Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Edycja albumowa)

Post 07 mar 2022 18:21

Te nasze recki najlepiej pokazują, jak różne podejście do tej samej muzyki ma każdy z nas. Jakże innych rzeczy każdy z nas szuka.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 mar 2022 18:57

Dragon pisze:
07 mar 2022 18:08
shodan pisze:
07 mar 2022 17:47
Wychodzi na to, że na tym forum tylko ja jestem melancholijny. :|
Gdybym to usłyszał w gimnazjum, to wrażenia byłyby zupełnie inne.
Hehe i kto tu jest gimnazjalistą teraz shodan? :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 07 mar 2022 19:02

Hehe :8

Stan Ridgway - Black Diamond

W tej rundzie znalazła się jednak sytuacja, w której poznaję coś kompletnie obcego dla mnie do tej pory. Dave pisał o Camouflage, ale ja kompletnie tego numeru nie kojarzę. W głowie miałem tylko wrażenie zasłyszanego dawno brzmienia, ale żeby przypisać je pod konkretny utwór... bardzo trudne, praktycznie niemożliwe zadanie do wykonania. Gitary i klawisze we wspomnianym przypominają mi epizod w twórczości TD z końcówki lat 80., gdzie oni podobne partie wykonywali na syntezatorach. Wychodził im wręcz MIDI rock, strasznie kanciasty, kwadratowy, ale klimatyczny na swój sposób. Tutaj słyszę ewidentnie, że jest bardziej AKUSTYCZNIE, ale to podobieństwo nie chciało zniknąć z głowy xD

Na podstawie tak krótkiego wybiegu w przeszłość można powiedzieć, że Black Diamond jest rzeczywiście bardziej intymne, refleksyjne. Nie uprawiamy historyzmu oczywiście, ale brzmienie... nie ułatwia. Poza momentami, w których sama gitara robi za akompaniament, reszta jest po prostu mocno osadzona w czasie wydania. Za pierwszym razem to było jak podróż w nieznane i zupełnie niespodziewane, ale póżniej ten przebieg zarysował się wyraźnie. Big Dumb Town da się lubić, choć aranż trochę dusi ten utwór - perkusja i to basowe drewniane umpaumpa to marne przyciągacze uwagi, ale ten wokal, płynny storytelling, przez to jestem jeszcze dobrej myśli. Następnie bardziej rzewnie, to chyba mój ulubiony fragment, Gone the Distance zbudowany na takiej oszczędności czasu i dźwięku, ale bogactwie emocji działa na mnie najmocniej. Potem Knife and Fork, kolejna ciekawie prowadzona historia, jeśli gdzieś warto przekładać teksty ponad wszystko, to z pewnością na tej płycie. Nigdy to jednak nie sprawi, że aranżacja przestanie mieć znaczenie i przez to zaczyna się problem.

Nie trudno zauważyć, że utwory mniej lub bardziej stoją w miejscu, tylko czasem zaskakują melodyjnym rozwinięciem (Luther played Guitar), ale zaczyna to brzmieć rodem z K Rose, co uważam za wadę. W połowie płyty zacząłem się zastanawiać nad tym, że gdyby pierwszy utwór znalazł się w tym miejscu, to wcale bardziej bym go nie polubił. Gitara akustyczna, harmonijki, a przede wszystkim ta okropna perkusja. Zaczynałem łapać się w sytuacji utraty uwagi, jakieś pojedyncze rozwiązania brzmieniowe podłapuję, ale jakby coraz trudniej mi się zatrzymać bliżej tego, co tu się dzieje tak w całości. Za pierwszym razem przyszła mi do głowy myśl, że przy takich aranżach o czym by nie śpiewać, to można za łatwo przejść obok tego obojętnie. Znalazły się jednak jeszcze ciekawe momenty.

Wild Bill Donovan, który pierwotnie był dla mnie najbardziej nieznośny, później śmiało zyskał miano jednego z lepszych utworów tutaj. Wspominane wyżej patenty tutaj zadziałały, jest w tym jakaś energia, zadziorność, której na płycie brakuje. Z drugiej strony Pink Parakeet z tak rewelacyjnym podkładem, który w jakimś houseowym czy soulowym kawałku byłby ozdobnikiem, a tu tak przykro grzęźnie i zmierza donikąd... Przywiodło mi to na myśl Psychic TV - oni też brali elementy naprawdę godne, specyficzną narrację dającą się lubić plus klubowy, houseowy bit, ale efekt miejscami wychodził równie nieciekawie.

Starałem się, parę momentów zachowam dla siebie, ale jako całość mocno przeciętna ostatecznie. Ciekawe teksty dobijają aranże z puszki, które albo są zaskakująco zachowawcze albo przekombinowane. Dla mnie, dla którego brzmienie potrafi uratować nawet największe tekstowe pierdolety, tutaj zadziało się bardzo niewiele dobrego, wręcz wyszło w drugą stronę. Gdzie jest najmniej elementów, tam najlepiej (choć przede wszystkim pomaga brak perki). Gone the Distance, Wild Bill Donovan, Crystal Palace.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 07 mar 2022 19:05

Stan Ridgway - Black Diamond

Dev to taki człowiek, że jak czymś się zajara i jedziesz jego autem, to jesteś w dupie. Będzie ci puszczał swoje ulubione rzeczy i nawet jak to jest największe gówno, to będzie to włączał po kilka razy. Czasami jednak zdarza się, że ma przebłyski, Jednym z takich przebłysków było Wall of Vdoopoo oraz płyty jego wokalistów – Andy’ego Prettyboya i właśnie stana Stana. Black Diamond dostałem od Deva podczas nasze anualnej wymiany muzycznej (taki protoplasta tego, co się tu dzieje w tym temacie), będąc już wcześniej odpowiednio sterroryzowany pojedynczymi utworami Ridgwaya. Skłamałbym gdybym powiedział, że od tamtej pory wracałem do tej płyty często. Nie dlatego, że jest zła, ale są takie albumy i tacy wykonawcy, których się bardziej szanuje i docenia, niż kocha. To taka mała definicja słowa RZETELNE.

Na wstępie napiszę co sądzę o wokalu Ridgwaya, bo to wokalista charakterystyczny. Facet mnie w serdeczny sposób bawi. Śpiewa z akcentem, który kojarzy mi się z południem Ameryki północnej (jakkolwiek to nie brzmi), ciągle wydaje się, że ma zatkany nos, ogólnie wali to na kilometr amerykańską redneczyzną. I jednak wchodzi, mimo tych wszystkich elementów, a może właśnie ze względu na nie. Jest coś urzekającego w tym śpiewa Ridgwaya, czasami ten jego głos kompletnie nie pasuje do muzyki, a jednak wszystko się zgadza.

Muzycznie jest tu sporo różnych rzeczy, trochę typowej americany, trochę new wave’u, sporo klimatów The Bad Seeds. Generalnie dzieje się sporo. Ridgway może nie jest najbardziej melodyjnym wokalistą, jego śpiewa jest dosyć monotonny, czasami wręcz wpada z trochę bardziej rytmiczną recytację, ale mi to wyjątkowo nie przeszkadza.

Utwory często rzucają się po stylistykach innych, np. jakieś echa Casha mi przeleciały w Wild Bill Donovan. Gone the Distance to taka Nirvana na koncercie unplugged. Ridgway bardzo przypomina tu Cobaina, przynajmniej w zwrotkach. EDIT: właśnie przeczytałem, że to jest numer napisany o śmierci Kurta xD Szacun dla Ridgwaya, że udało mu się zrobić tak celny tribute. Może lekko karykaturalny, ale obstawiam, że Cobainowi by się podobało.

Knife and Fork, to jest – i to będzie najbardziej z dupy porównanie w historii tego forum – coś co atmosferą bardzo przypomina mi utwór Dire Dire Docks z soundtracku do Mario 64 xD Taka lekko tajemnicza, mrocznawa, ale jednocześnie bardzo chillująca atmosfera. Zresztą niedaleko odbiega Stranded, które chyba mi Dev nawet puszczał ostatnio jak się widzieliśmy. A może to było Pink Parakeet? Oba kawałki doskonałe. Ten drugi kojarzy mi się trochę z wczesnym Bomb The Bass xD
Kocioł w Man of Stone jest dziwnie i fajnie zrealizowany, że nie mam pytań.

Podoba mi się, że mimo dosyć klasycznego instrumentarium i w zasadzie klasycznych aranżacji i klasycznych nurtów, które Stan tu przedstawia, całość brzmi totalnie świeżo i nieklasycznie. Nie potrafię tego wyjaśnić, więc nie będę wpadał bardziej w tę pułapkę, bo zacznę bredzić.

Jestem świadomy tego, że Ridgway na tej płycie mocno przynudza, ale jednocześnie w ogóle mnie to nie nudzi, wręcz przeciwnie. To jest dobry album i po przesłuchaniu mam takie fajne poczucie fajnie spędzonego czasu.

Btw, nie wiem jak Wy, ale ja Camouflage nie znałem zanim mi Dev nie puścił.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Czez
Posty: 9728
Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
Ulubiony utwór: Cala masa
Lokalizacja: Glasgow

Post 07 mar 2022 19:30

shodan pisze:
07 mar 2022 17:47
Czez pisze:
07 mar 2022 16:58
nie do normalnego sluchania.
Czez to jest jednak mistrz. :D I musi mieć w muzyce jednak łupnięcie.
Jak no-man Wam nie podeszło, to już nic ode mnie raczej nie ma na to większych szans.
Wychodzi na to, że na tym forum tylko ja jestem melancholijny. :|
Wcale nie musi byc lupniecie. Wszystko to kwestia nastroju i okolicznosci. Poza tym tez zalezy ile czego sie slucha. Ja jak wiatry odpowiednio zawieja, to tez slucham tylko takich.
Enjoy The Silence
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 07 mar 2022 21:59

Stan Ridgway - Black Diamond

Tego pana nigdy dotychczas nie słyszałem. Pamiętam tylko, że kiedyś Dev już o nim tu się rozpisywał. Ale nie chciało mi się wtedy tego sprawdzać, bo to były czasy, kiedy byłem bardzo oporny do poznawania czegokolwiek nowego. Gdy myślałem, że świat z grubsza kończy się na DM. I myślę, że te 8 czy 10 lat temu na 100% by mi się to nie spodobało.
A czy teraz mi się spodobało? A owszem. Sporo tu takiego kowbojskiego klimatu, który jeszcze nie tak dawno temu bym na wstępie odrzucił.
Już pierwszy numer Big Dumb Town jest bardzo dobry. Utwór ma niezłą melodię i podoba mi się brzmienie gitary. W równie dobrym jak nie lepszym Knife And Fork z kolei prym wiedzie pianino. Sporo fajnych rzeczy się tu w ogóle dzieje.
Luther Played Guitar ma uroczą melodię i świetny countrowy klimat. Podobnie zresztą jak Wild Bill Donovan. Jest jeszcze Pink Parakeet, jeden z najlepszych utworów na albumie, którego podkład kojarzy mi się nieco z no-man i płytą Loveblows & Lovecries - A Confession.
W Man of Stone sporo jest zagrywek instrumentów dętych, na które to w przypadku utworu Radiohead ostatnio ponarzekałem. Ale tutaj są one użyte naprawdę ze smakiem i pasują idealnie do klimatu utworu. Nie ma się do czego przyczepić.
Wymieniłem te najlepsze utwory, ale reszcie też zbytnio nic nie brakuje. To jest po prostu naprawdę bardzo przyjemna płyta.
Jeszcze dwa słowa odnośnie wokalu. Hien ma rację, że jest on bardzo charakterystyczny, nosowy. Często mam wręcz wrażenie, że Stan nie śpiewa, a zwyczajnie gdacze. Ale widocznie taka jego uroda. Na początku mi to przeszkadzało, ale po paru odsłuchach się przyzwyczaiłem. Choć na pewno nie będzie to mój ulubiony wokalista.
Myślę, że tę płytę dobrze mi się będzie słuchało w letnie popołudnia siedząc na leżaku na tarasie ogrodowym z piwem w ręku. :--
Szkoda tylko, że naprzeciwko nie ma jeszcze łąki z pasącymi się końmi. :D
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 08 mar 2022 12:42

Dodam może od siebie, że ta płyta była dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż zaczynałem z Ridgwayem od właśnie Camouflage a potem wpadłem w Wall of Voodoo. Do Ridgwaya wróciłem rok później i start to było The Big Heat, jego pierwszy album. Kolejne 2 trzymają ten trochę jajcarski klimat (choć nie brakuje tam "poważnych" utworów, jak np. wspaniałe Walkin' Home Alone na debiucie, czy A Mission in Life na Mosquitos, drugim albumie). Nagle Ridgway milknie solo na 5 lat i wypuszcza to. Jego kolejna płyta, Anatomy, też jest warta uwagi, bo rozwija niejako kierunek z Black Diamond dodając trochę bardziej popowego taczu. Snakebite z 2004 roku robi się soundtrackowe mocno, a jego ostatni album, czyli Neon Mirage z 2010 jest potwornie wręcz nostalgiczny. Bardzo polecam gościa, jest mocno nietuzinkowy.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 mar 2022 12:44

Na wiki, po Neon Mirage są jeszcze dwa albumy, to jakieś "nie liczy się"?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 08 mar 2022 12:53

Mr Trouble to właściwie EP którego połowa to live'y, ale nowy materiał i tak jest super. Priestess to album wspólny z żoną (creditowany Stan Ridgway & Pietra Wexstun), a oni już kilka rzeczy (trochę dla beki, trochę instrumentali) wydali wcześniej w ten sposób więc nie do końca liczę to jako Ridgwway solo (choć jego żona jest częścią jego zespołu i w studio i live). Tbh nie przesłuchałem tej płyty do końca jeszcze, jakoś mi nie podeszła xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 mar 2022 17:06

Z tego co napisał mi Melki to wraca również do gry albumowej i zacznie tamtym Blondie które wrzucał w pierwszej rundzie. Propozycja moja jest taka byśmy po Ridgwayu wrzucili swoje propozycje a kolejkę zaczęli od tego Eat To The Beat, Melki będzie miał chwilę by zacząć słuchać naszych albumów. Pasuje?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Czez
Posty: 9728
Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
Ulubiony utwór: Cala masa
Lokalizacja: Glasgow

Post 08 mar 2022 17:09

Stan Ridgway - Black Diamond

Uwaga, uwaga... plyta w deche. Moze ze dwa kaazlki byly jakby slabsze, ale ogolnie trzyma poziom. Malo tego, pomimo, ze niby jednostajna, a jednak roznorodna. Glownie widze, a raczej slysze w tym zasluge instrumentarium. A to instrumentem przewodnim jest gitara, a to pisninko, z to harmonijka sie wychyla... no jest roznorodnosc. Na tym nie koniec pochwal...
Knife snd Fork oraz Luther Played Guitar to prawdziwe perelki. Co ja tu bede wymyslal, no po prostu bardzo mi sie podobaja i tyle. Wokal, melidia... wszystko razem. Ogolnie ciezko mi dogodzic jesli chodzi o muzhke, ale tutaj praktycznie nie mam wiekszych zarzutow.

PS: co to za interluda po Crystal Palace? Inna piosenka, ktora nagle sie urywa...
Enjoy The Silence
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 mar 2022 08:12

Stan Ridgway - Black Diamond

Albumu Stana obawiałem się w tej rundzie najbardziej obok shodanowego no-man ze względu na dotychczasowe doświadczenia z serwowaną przez devotionala muzyką. Stana Ridgwaya nie kojarzyłem kompletnie, nie znałem nawet wspomnianego Camouflage, brzmi znajomo co prawda ale to taka uniwersalna melodia dość jak wiele innych. Zanim zabrałem się za odsłuch najpierw pierwsze miłe skojarzenie doznałem dzięki okładce. Album z 1996 roku i wizualnie wszystko się zgadza, obrzydliwe zestawienia kolorystyczne i ta czcionka, momentalnie miło skojarzyło mi się to z okładką albumu Behind Bars rapera Slick Ricka wydanego 2 lata wcześniej:

https://www.discogs.com/master/83192-Sl ... ehind-Bars

Potem zabrałem się za odsłuch i za pierwszym odsłuchem było naprawdę nieźle. Pierwsza refleksja była taka że ta płyta jest przyjemnie niezobowiązująca, coś co chętnie puściłbym sobie po powrocie z roboty o 14 i rozłożyłbym się leniwie na kanapie, leciałoby w tle i wypełniało przytulnie przestrzeń, mógłbym drzemać albo i nie, a popołudniowe słońce grzałoby mnie zaglądając przez okno. Przy drugim odsłuchu zaczęły się już konkretne zachwyty. Big Dumb Town brzmi jak zapomniany przebój z lat 80. dla mnie, coś co chętnie wcisnąłbym sobie do radia grając w GTA (Vice City najpewniej). Gone The Distance tak jak napisał Hien to piękna imitacja Nirvany w wersji unpligged, bardzo dobra przyznać muszę. Następnie kolejny mocny punkt płyty - Knife and Fork, zachwyciłem się tą produkcją, to jest dla mnie mega duchologiczna rzecz, taka tania elektronika z lat 90., momentalnie znów staję się dzieciakiem probującym przebrnąć przez jedną ze starych gier wideo jak chociażby Another World (były tam podobne brzmienia). A swoją drogą maniera wokalna tu totalnie skojarzyła mi się z devem i tym Waszym coverem Spooky niedawno wypuszczonym i myślę sobie że ten numer to też byłby piekny materiał na cover dla Was panowie, chciałbym żebyście poważnie to rozważyli 😊 Down The Coast Highway brzmi lekko i przyjemnie wprowadza klimaty country-podobne. I opiera się na tym fajnym szkieletowym instrumentarium co ostatnio totalnie mnie kręci, gitarka, pianinko, jakiś automacik perkusyjny w tle, od razu mam ochotę biec odpalić to tandetne Casio które kupiłem młodemu na gwiazdkę i poplumkać :D Luther Played Guitar to już country po całości. Dragonowi przeszkadzało skojarzenie z K-Rose (fikcyjną stacją radiową grającą muzykę country w grze GTA San Andreas) a mi to totalnie odpowiada bo tam leciały naprawdę świetne numery country a Luther jest taką kompilacją wszelkich country'owych kliszowych tematów. Mamy tu gitarkę w stylu honky-tonk, mamy w tekście Folsom Prison i San Quentin, mamy fajny akcent na wokalu a w tle pobrzmiewa harmonijka ustna, esencja wyciśnięta prawidłowo. Stranded znowu powiela szkieletowy schemacik - gitarka i perkusyjny automacik :D tak naprawdę możliwe że to perkusalia grane na żywo ale kojarzy mi się z takim tanim podkładem, kawałek nie wyróżnia się ale też nie przeszkadza. W Wild Bill Donovan wracamy w rejony country, tym bardziej nieco bardziej zdominowane przez harmonijkę ustną, bardzo fajny numer. Man of Stone przeszło mi trochę bez echa za to w Pink Parakeet bicik już hula jakby to była Lisa Stansfield i jakiś new jack swing a nie Ridgway. Underneath the Big Green Tree to ciepły numer pachnący nostalgią, ogólnie jak wiele numerów tutaj przywołuje takie przytulne skojarzenia jak wrzucany przez Hiena kawałek Ben Folds Five, strefa komfortu w pełnej krasie, taki równoważnik ciepłego kraciastego pledu (kurła widać jak bardzo mi brakuje zwykłej dziennej drzemki na kanapie xD ). Potem mamy cover Boba Dylana i w sumie czyja inna twórczość by tak tu pasowała jak nie jego właśnie. Cały czas to same instrumentarium i cały czas mi się to podoba, lubię albumy ze spójną paletą brzmień. Album zamyka nieco bardziej podniosłe Crystal Palace. Kolega mój podczas odsłuchu stwierdził że to brzmi jakby spiewał to w jakiejś kaplicy i coś w tym jest, samotny starszy gość obnażający duszę przed Bogiem, później robi się jednak nieco komediowo więc Stanowi jednak chyba o inny efekt chodziło. Na bis po chwili ciszy wchodzi takie lekkie country'owe przypomnienie że to w gruncie rzeczy PRZYJEMNIE NIEZOBOWIĄZUJĄCA płyta. I koniec.

Fajnie, lekko, przyjemnie, powtarzam się ale było zajebiście no. To jest płyta do zakochania się w niej, zachowuję na później i wiem że za 2-3 odsłuchy albo w konkretny dobry dzień mogę mieć ostrą fazę na to. Zrobiłeś mi dzień że tak powiem nie po polskiemu. Jeszcze na koniec dopowiem jedną rzecz nt. okładki bo nie widać na niej wyraźnie twarzy Stana i ja wcale nie zamierzałem szukać jego wizerunku bo jak włączyłem płytę to od razu wyobraziłem sobie że śpiewa to Harry Dean Stanton który grał m.in. w Ucieczce z Nowego Jorku ale głównie przed oczami mam jego postać jako Carla Rodda z Twin Peaks, zwłaszcza tego starego z trzeciego sezonu, on mi to cały czas śpiewał i była to najlepsza możliwa wizualizacja. Piękne dzięki za ten album, pierwszy album który łykam w całości w naszej grze i najlepsza propozycja dotąd, jesteś the best 👍
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 mar 2022 08:17

Ridgway to mi z twarzy przypomina trochę bardziej dożywionego Boba Dylana.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 mar 2022 12:44

Czez pisze:
08 mar 2022 17:09
PS: co to za interluda po Crystal Palace? Inna piosenka, ktora nagle sie urywa...
Hear that Bird, króciutki bonus, który właściwie jest drugą jego częścią, gdyż Crystal Palace samo w sobie jest bonusem ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 mar 2022 12:48

Czez by wiedział gdyby przeczytał wstępny opis Deva do tej płyty xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 mar 2022 12:57

Ważne, że się zachwycił xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 mar 2022 18:01

Stan Ridgway - Black Diamond

A ja się ani nie zachwycę, ani nie będę wzgardzał. xD
Znowu nie mogę użyć określeń RZETELNY ani GŁADKI - bo ta propozycja jest dla mnie najbardziej NIERÓWNĄ w historii tej zabawy. Ja se zdaje sprawę, że nie trwa ona Bóg wie jak długo, ale do tej pory gdy poznawałem coś nowego (np. album Depeche Mode grupy Violator) to poziom poszczególnych kompozycji lub momentów kompozycji był równy, a tutaj fragmenty średnie, męczące, momentami wręcz słabe przeplatały się z rzeczami konkretnymi i fajnymi.
Kiedy było najgorzej? Ano wtedy kiedy było najbardziej amerykańsko. Totalnie mnie zmeczyly te kawałki, w których wjeżdzała harmonijka, gitarka a'la Neil Young i typ brzmiał mniej więcej tak jak brzmiałby Mick Jagger (ja wiem, że to brytol, chodzi mi o podobieństwo w barwie głosu xd) parodiował ww. Younga.
A kiedy było fajnie? No wtedy, kiedy tej "chameryczki" było mniej, pojawiały się jakieś wstawki niebędace folkowym pitoleniem. Mój cichy faworyt tej płyty to Knife and Fork - chociaż mam jakieś dziwne deja vu, jakbym skądś znał ten motyw na pianinku który pojawia się na początku i dalej się gdzieś tam przewija. Fajne było też Crystal Palace, bo było dość ZRYTE XD DO tych rzeczy będę pewnie wracać, do reszty? siusiak wi, ale raczej nie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 mar 2022 19:13

No i pięknie, mamy to panowie. Runda 2 zakończona. Zachęcam do podawania propozycji do rundy 3 zatem, przypominam że na zachętę Melki otrzyma pierwszeństwo ale niech da znać czy jedziemy z Blondie, jeśli tak to niech z łaski swojej skopiuje lub zacytuje swój post o Blondie znowu, jeśli coś innego to niech skrobie opis. Deva zapraszam do spisania wrażeń z recenzji naszych PRZY OKAZJI wrzucania swojej propozycji. A ja zapodaję od siebie to:

Philip Glass - Koyaanisqatsi (rok wydania 1983)

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... E4qQRsnc7s

Z muzyką Glassa zetknąłem się po raz pierwszy w roku 2007 kiedy premierę miał pierwszy zwiastun gry Grand Theft Auto 4. W trailerze tym wykorzystano fragmenty utworu Pruit Igoe z albumu Koyaanisqatsi, a konkretniej należałoby powiedzieć że z filmu Godfreya Reggio o tej samej nazwie, do którego to soundtrack skomponował Philip Glass. Całość utworu Pruit Igoe dane mi było usłyszeć jakiś czas później, bo choć wspomniana gra wideo miała swoją premierę w roku 2008 to trudno mi powiedzieć kiedy konkretnie poznałem kompletny soundtrack z niej, ja sam w GTA 4 mogłem zagrać chyba koło roku 2012 kiedy brat obdarował mnie swoim pecetem bo wymieniał kompa na nowy. Pruit Igoe robiło wrażenie w każdym razie, ale żebym zgłębił więcej potrzebowałem dodatkowego bodźca, jakim okazało się być... Depeche Mode. Pościągałem sobie jakoś w tym 2012 roku na kompa wszystkie filmiki z reedycji DVD albumów DM, te krótkie dokumenty o powstawaniu albumów i w filmie nt. Music For The Masses wspomniał o Glassie sam Alan Wilder. Muzyka tego kompozytora wspomniana została jako źródło inspiracji dla niego przy tworzeniu niektórych utworów jak te zapętlone, nabudowujące się melodie w Behind The Wheel czy Little 15 (moim zdaniem jeszcze lepszym przykładem jest Pimpf ale i echo tych fascynacji słychać również w Wildera solowym Grain z płyty Hydrology). Znając wspomniane już Pruit Igoe sięgnąłem po Koyaanisqatsi, zarówno film jak i soundtrack.

Nie jestem już pewny kolejności odbioru czy najpierw przesłuchałem audio czy obejrzałem film ale przyznać muszę że seans Koyaanisqatsi zrobił na mnie spore wrażenie. Najśmieszniejsze że teraz dopiero zwróciłem uwagę na plakat filmowy z tekstem "Until now, you've never really seen the world you live in", faktycznie pierwsza myśl po obejrzeniu była taka że to odmienne spojrzenie na otaczający nas świat. Film ten nie zawiera żadnych dialogów ani wydarzeń nie pisał tu żaden scenarzysta - to po prostu różne obrazy świata - często ukazane w tempie przyspieszonym bądź spowolnionym, ukazujące naturę ale i też stopniowo wpływ człowieka na świat (od pustyń czy Kanionu Kolorado po zgiełk Nowego Jorku). Tytuł Koyaanisqatsi oznacza w języku indian Hopi mniej więcej "życie pozbawione równowagi" - niejako życie w chaosie. Język ten pojawia na poczatku jak i na końcu filmu, tam dodatkowo śpiewane są w tym języku przepowiednie mówiące z grubsza o tym że ingerencja człowieka w naturę sprowadzi na niego zagładę. Całość składa się w dość kosmiczne doznanie z nieco apokaliptycznym nastrojem. Przyznam że przed seansem nigdy dotąd nie patrzyłem na naszą planetę w podobny sposób, dobór scenerii do filmu i skupienie na takim ujęciu obrazów w skali makro sprawia że Ziemia prezentuje się jedynie jako obca, zimna skała dryfująca w kosmosie.

Muzyka Philipa Glassa ma w sobie naprawdę dużą moc, doskonale podkreśla monumentalność tych obrazów i nadaje scenerii podniosły, dramatyczny ton. Wszystko to przy użyciu niewielkiej palety środków, w instrumentarium przewijają się głównie organy (lub inny klawisz), sekcja dęta, smyczki i chór. Pod kątem kompozycji Glass prezentuje tu minimalizm, mamy prostotę melodii, które są mocno jednostajne, zapętlają się, grają często unisono, muzyka nabudowuje się, tworzy atmosferę napięcia, nieraz zamiast się wyciszyć zwyczajnie się urywa (dokładnie tak jak Pimpf).

Wówczas kiedy poznałem ten film zakochałem się w tym soundtracku i pamiętam że miałem na niego fazę ze 2 tygodnie, choć wydaje mi się że problem miałem wtedy z najdłuższym na albumie 15-minutowum The Grid które całkiem możliwe że przesłuchałem może 2-3 razy a później omijałem uznając za zbyt męczący. Melodie na tym albumie choć są proste to przez swoją transowość mocno wryły mi się wtedy w głowę, czy to organy w tytułowym Koyaanisqatsi, chór w utworze Vessels czy sekcja dęta z Cloudscape. Była to jedna z największych muzycznych fascynacji jakie przeżyłem i doprowadziła wówczas do tego że usiadłem do mojego kompa i w moim programie Fruity Loops Studio zacząłem bawić się wtyczką Orchestral aż zmajstrowałem mój własny hołd dla Glassa i brzmień z tego soundtracku, podrzucam link bonusowo jako ciekawostkę. Utwór ten jest moim największym "dziełem" z czasów mojej zabawy w tworzenie muzyki, powstawał przez miesiąc czasu ale ostatecznie i tak nie jestem do końca zadowolony z masteringu bo miałem problem z ustawieniem głośności perkusji względem reszty instrumentów. Kawałek nazwałem Waltz for Philip Glass a dorzucone do całej orkiestry rytm i brzmienie perkusji przyszły mi wtedy do głowy za sprawą takich utworów jak np. The Sweetest Condition :)

https://soundcloud.app.goo.gl/FkRW1

Co do filmu jeszcze to jeśli ktoś jest zainteresowany to można go obejrzeć, podsyłam link na dole posta, ale uprzedzam że trwa 1,5h i jest tu dużo więcej muzyki niż na podesłanej przeze mnie wersji soundtracku. Soundtrack do filmu ukazał się w kilku wersjach, podsyłam opcję podstawową, najkrótszą (46 min), którą znam, jest jeszcze album wydany w 1998 roku z nieco dłuższymi wersjami i później jeszcze najdłuższa reedycja z roku 2009, obie mające powyżej 70 minut i zamierzam je sobie sprawdzić w wolnej chwili. A jeśli ktoś film oleje to i tak pomimo braku obrazu uważam że muzyka na tym soundtracku broni się całkowicie nawet bez niego, ja sam co najśmieszniejsze nie słuchałem tego albumu w całości od 10 lat i cieszę się że mogłem go sobie odświeżyć. Mało tego, słuchając go teraz nie poczułem nawet na chwilę znużenia nawet przy wspomnianym The Grid i cały album oceniam na 10/10.

Koyaanisqatsi (film):
https://vider.info/vid/+fnccsev
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 09 mar 2022 19:36

Na dobry początek pora na jeden z tych albumów, które dobrze obrazują moje podejście do słuchania muzyki:

Blondie - Eat to the Beat:
https://www.youtube.com/watch?v=vEjCDri ... _78tEqNE0Y

Wszystkie piosenki z tej płyty mają wideoklipy (to był w ogóle pierwszy taki album, zdaje się, rok wydania 1979). Tutaj jest brakujący utwór tytułowy, utwór, który został pomyślany jako żart (wystarczy znaleźć tekst piosenki o jedzeniu pizzy, Alka Seltzerze itd.) w klimacie punkowym (Blondie wywodzi się z nowojorskiej sceny punkowej):
https://www.youtube.com/watch?v=4jCQdqrDjvg

Kolejność klipów nie jest taka, jak kolejność na płycie, żeby się ktoś nie zdziwił. Większość z nich przedstawia zespół na takiej czy owakiej scenie. 12 piosenek, które prezentują style od Sasa do lasa, ale razem łączą się dobrze w jedną całość. Nigdy nie przeszkadzało mi szybkie, kontrastowe zmienianie się stylów (efekt słuchania radia, ale też albumów takich jak ten). Mamy tu więc klasycznie rockowe przeboje (przede wszystkim otwierający Dreaming z kapitalną grą na perkusji Clema Burke'a oraz kończący Living In The Real World, a, i jeszcze Union City Blue i Accidents Never Happen), hardrockowy The Hardest Part, powolną i nastrojową Shaylę, kołysankę Sound-a-sleep, reggae w Die Young Stay Pretty, hałaśliwy i chyba najsłabszy na płycie Victor...
Moim faworytem pozostaje jednak nawiązująca mocno do lat 60. piosenka Slow Motion, nigdy nie wydany singiel (bo kolejnym przebojem Blondie stało się Call Me). Dynamiczna, żywiołowa, refren pojawia się, co ciekawe, dość późno i w dużej mierze pełni funkcję outra. Szkoda, że taka petarda nie stała się szerzej znana. Blondie, jak to napisał ich menedżer, nie chcieli się ograniczać do jednego stylu, chcieli spróbować wszystkiego. Często ze znakomitym efektem.
Aha, ja zapomniałem o bodaj największym przeboju z tej płyty - łączącym w sobie energię rocka i taneczność disco Atomic!!! A słuchałem przecież Atomic ze trzy dni temu. Samą płytę poznałem gdzieś w okolicach mojej osiemnastki, to był wtedy najchętniej i najczęściej odtwarzany przeze mnie album, zwłaszcza czwórka: Accidents Never Happen-Slow Motion-Shayla-Sound-a-sleep (swoją drogą, ta piosenka ma naprawdę usypiającą moc). A potem szedłem na różne dodatkowe zajęcia, naładowany już przed działaniem. To był piękny czas, świetni ludzie, działo się wtedy wiele i te wspomnienia czegoś, co już nie wróci, zostały we mnie na dobre. Album energiczny, pełen pozytywnej mocy, pierwsza część jest chyba bardziej zwarta od drugiej (Sound-a-sleep po Atomic, a przed Victorem...) Generalnie jeszcze dziś oceniam go bardzo pozytywnie (tylko do Victora jestem nastawiony sceptycznie).
W sumie nie napisałem wiele o muzykach, ale w tym zespole nie było wirtuozów, byli za to świetni autorzy piosenek: gitarzysta Chris Stein to wybitna pod tym względem postać. Do tego znakomity perkusista Burke i obdarzona magnetycznym wdziękiem wokalistka Debbie Harry (w ogóle: Blondie to cały zespół, wszystkie te sześć postaci). Świetny album!
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 mar 2022 19:42

Melki dłuższy link jak kopiujesz trzeba przytrzymać palcem (na smartfonie) lub kliknąć prawym klawiszem myszy na nim i dać "skopiuj adres linku" bo to co wyświetla się na forum to skrót tudzież link zawierający przeniesienie do kolejnej linijki (jak się przyjrzysz zauważysz pauzę i wielokropek w nim), tu poprawny link do Twojego Blondie:

https://www.youtube.com/watch?v=vEjCDri ... _78tEqNE0Y

Możesz go u siebie wkleić postępując z moją instrukcją powyżej jak coś.

P.S. zresztą i tak listę potem wrzucę z kolejnością
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup