Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 mar 2022 00:35

Ale Boney M to mam nadzieję szanujesz
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 25 mar 2022 00:36

Tak, jak najbardziej, jak wiele podobnych grup. To jest dobra rzecz. :)
Dobra muzyka do zabawy jest w cenie złota. :)
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 mar 2022 00:40

Nie będę za dużo spoilerował, ale wrócimy do tego tematu w przyszłości xd i to nie tylko w kontekście zabawowym
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 mar 2022 07:10

Skoro mamy komplet możemy przejść do omawiania albumu The Bravery.

Podrzucam oryginalny post i kajam się od razu bo ja sam dotąd nie posłuchałem Hot Pursuit o którym tu Hien wspomina a reckę już mam napisaną. Nadrobię i jeżeli numer się spodoba dorzucę ze dwa słowa na jego temat pewnie. Hien dał link do Spotify, ja na końcu dorzucam plejkę z jutuba bo nie każdy może usiąść do kompa pewnie a odsłuch albumu w losowej kolejności z poutykanymi utworami z duoy pomiędzy to gowno a nie odsłuch.
Hien pisze:
09 mar 2022 22:29
The Bravery - The Bravery

Pisałem przy okazji recenzji płyty Nasa o tym, że szkoda mi tamtych czasów pod kątem mojej obojętności na bieżący hip-hop. Ale to nie był tylko hip-hop. To było w zasadzie wszystko co wychodziło. Pierwsza połowa lat 2000, to było trochę średniowiecze dla mnie, a trochę nie i zaraz to wyjaśnię, ale najpierw mały background muzyczny. Jest w/w początek nowej dekady (a nawet tysiąclecia), The Strokes wydają albumy Is This It i Room on Fire, których gigantyczny sukces staje się pewnym bardzo istotnym precedensem – klasyczny rock znowu był popularny, po raz pierwszy na taką skale od lat 70. The Strokes otworzyli drzwi wszystkim młodym zespołom indie, które próbowały przebić się przez muzyczny landszaft opanowany nu metalem i rapem, od tego momentu tama puściła na maksa. Nie pytajcie mnie o znacznie zwrotu indie rock, uważam że sytuacja wyglądała wtedy trochę jak w latach 80 z new romantic, pakowano wszystkie zespoły do jednego wora, między innymi za stylówę (której blueprintem był Julian Casablancas), mimo że one wcale nie brzmiały tak samo.
W każdym razie, co robiłem wtedy ja? Miałem to wszystko w dupie, siedziałem zakopany w starych zespołach i słuchałem Trójki xD Okres ten miał plusy i minusy, teraz słuchanie Kaczkowskiego może być cringem i jeśli mam być szczery, i wtedy bywało, to jednak były to przyzwoite korepetycje (np. u niego pierwszy raz usłyszałem Lizard, dzięki czemu wkręciłem się w King Crimson, a w jakiejś pasmówce Niedźwieckiego pierwszy raz usłyszałem no-man).

Niestety, miałem wtedy idiotyczne, aroganckie i ekstremalnie szczeniackie podejście, według którego nowe, świeżo powstałe, debiutujące zespoły nie mogły być warte uwagi. Co one niby mogły zaprezentować, przecież to dzieci. A ja słuchałem Depeche Mode, U2, Petera Gabriela, itd., wykonawców doświadczonych, z prawdziwym stażem, z dorobkiem, a nie jakiegoś pitolenia grajków, którzy gówno wiedzą. Do tej pory mnie trzęsie jak o tym sobie przypominam. Dla mnie szczytem akceptacji było zainteresowanie się Radiohead w 2003 r. i słuchanie „Think Tank” Blur, a i tak uważałem, że to są „młode” zespoły. Można powiedzieć, że osiągnąłem w wieku 16 lat szczyt boomerstwa. Nie można było ze mną w szkole porozmawiać o jakiś fajnych, modnych zespołach, bo ja się obsrywałem i wracałem do Black Celebration. Nawet nie sprawdzałem tych nowinek, byłem z góry nastawiony anty (trochę czasami Shodan teraz ;)). Były w sumie tylko dwa świeższe zespoły, których wtedy słuchałem mocno: Placebo i Linkin Park. Oba przetrwały u mnie próbę czasu (no przynajmniej Linkin Park przetrwało), ale to były wyjątki potwierdzające regułę. Okres 2002 – 2006, to nadal było dla mnie średniowiecze.

Tymczasem, w okolicach 2004 r., jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne indie zespoły, których teraz jestem fanem, a wtedy miałem je w dupie. Był jeden moment kiedy mogłem się z tego wyrwać, jakoś w 2004 lub 2005 roku, siedząc popołudniu (zachodziło słońce) w dużym pokoju i jedząc obiad, zobaczyłem w MTV teledysk do „All Sparks” Editorsów i się nawet zainteresowałem, ale zeszło ze mnie zanim zdążyłem jakoś to przekuć w czyny (czyt. ściągnąć coś z emula, YT wtedy działał jak gówno i w sumie chyba jeszcze nie funkcjonował jak teraz, czyli nie było jakimś go-to miejscem do poznawania muzyki). Kojarzyłem większe hity tamtych czasów, np. Take me out, ale wydawały mi się po prostu niepoważne. Oni śpiewają o jakimś wychodzeniu na miasto, a ja przecież tutaj słucham Depesz Mołd, którzy śpiewają o życiu, o śmierci i w ogóle o miłości (zaraz parkinsona dostanę z cringu).

Wszystko się zmieniło w 2006 r. dzięki, lol, Depeche Mode xDDDD Jeszcze w 2005 r. ogłoszono, że Dipsze Mołd zagrają koncert w Katowicach w lutym kolejnego roku. Pojechałem tam wtedy z moja pierwszą dziewczyną jakimś Depesz-busem, pełnym depeszów. To był dzień wielu rozczarowań i jedyną rzeczą, która takim rozczarowaniem nie była, był support DM – The Bravery.
Wchodząc na salę i zajmując miejsce, nie miałem pojęcia kto będzie grał przed gwiazdą wieczoru i miałem to w dupie, nie interesowałem się tym. No i wyszli The Bravery, zespół tak bardzo oddalony od tego co robili DM (jednocześnie bardzo nim zainspirowany), pod każdym względem.
To był głośny, pełen energii występ, który powalił mnie na kolana. Oczywiście większość sali nie była pod wrażeniem (poza Devem, który gdzieś tam siedział na sali, ale się nie znaliśmy). Fani DM, przynajmniej Polscy, mieli wtedy opinię muzycznych dresów. Każdy support wygwizdywano, co chyba najbardziej eskalowało podczas występu polskiego zespołu Tilt przed Gahanem w 2003 r. Było mi autentycznie wstyd tam siedzieć, serce się krajało jak się patrzyło co się dzieje. Absolutne zero szacunku.
Na The Bravery nie było tak ekstremalnie, ale narzekania mogłem czytać potem w internecie np. na kresce. Pamiętam, że głównym zarzutem dla ludzi było to, że frontman wystąpił w swetrze. prostytutka no. Wiadomo, nie kręcisz dupą w skórzanej kurtce i podkoszulku, nie istniejesz. Kiedy wracałem z Katowic, to myślałem tylko o koncercie The Bravery. Następnego dnia, pierwszą rzeczą było ściągniecie ich albumu, debiutu pod tym samym tytułem. Po raz drugi zostałem powalony na ziemie. Nikt ze znajomych depeszy, których wtedy znałem, nie podzielał mojego entuzjazmu. Wszyscy się dziwili, czemu DM bierze sobie takie supporty z dupy, zamiast jeździć z zespołami takimi jak Nitzer Ebb. Od tamtej pory sporo się nad tym zastanawiałem, bo DM rzadko ciągali ze sobą grupy brzmiące jak oni (oni w sensie DM). Czy oni te zespoły sami wybierali, czy może ktoś robił to za nich. A może ktoś robił im listę nadających się wykonawców z labela, a oni z tego wybierali. Ta ostatnia opcja wydaje się być najbardziej prawdopodobna. Oni nie byli kompletnie ślepi na to z kim grają, w końcu Fletcher specjalnie założył Toast Hawaii żeby wydać płyty Client, które jako Technique grały przed DM między innymi w Warszawie na Exciter Tour.

W każdym razie, The Bravery było dla mnie objawieniem i z perspektywy lat mogę chyba powiedzieć, że to był jeden z najbardziej kluczowych zespołów, mających wpływ na moje wyjście z w/w muzycznego bunkra. Przez kolejne lata zacząłem wchłaniać pozostałe zespoły z „nurtu”, między innymi The Killers w 2007 r. (to dzięki Joy Division), Editors i Kasabian w 2009 r., potem Arctic Monkeys, Arcade Fire, Franz Ferdinand, itd. Jednak jedynym zespołem, którego słuchałem w największym hejdeju, i który udało mi się w takim czasie zobaczyć, było właśnie The Bravery. To było dla mnie, wtedy w 2006 r., otrzeźwiające i bardzo pozytywne przeżycie.

Na samym albumie, mimo że w zasadzie uwielbiam go w całości, są pewne fragmenty, które z różnych powodów mają dla mnie większe znaczenie. Tyrant był tym momentem na koncercie, kiedy zdałem sobie sprawę, że ja ten zespół MUSZĘ sprawdzić. Nie wiem co DM musieliby tamtego wieczora zrobić żeby to przebić. Ten kawałek nadal przenosi mnie w mega sentymentalne rejony, mimo że te czasy (2004 – 2006) wcale nie były dla mnie jakoś szczególnie dobre, wręcz uważam, że to był absolutny low mojego dotychczasowego życia. Ale jednak jak odpalam Tyrant, to budzi we mnie jedynie pozytywne emocje. Podobnie single z albumu - An Hontest Mistake, Unconditional i Fearless (z teledyskiem, który jest kwintesencją tego brzmienia), każdy to jest absolutne złoto. Public Service Annoucement wgniotło mnie na koncercie w wersji live z wkręcającym się elektronicznym arpem i generalnie całą energią jaką ten utwór niesie. The Bravery pokazało mi jak istotna jest taka energia jako środek wyrazu. Out of Line jest dobry showcase’em tego jak mięsisty jest tutaj mix. Wszystko aż chodzi.

Kocham w tym albumie olbrzymi nacisk położony na bas, w zasadzie cała płyta jedzie głównie na basie i to ich wyróżniało spośród innych zespołów rock revivalu w tamtym czasie. Wokalista, Sam Edincott, przypomina momentami Roberta Szmita, co w połączeniu z muzyką przywodzi trochę na myśl debiut The Cure, który uwielbiam (ale tylko trochę, bo to jednak inna muzyka). Melodie, żelazna sekcja rytmiczna, wokal i rozpędzony pociąg energii, to rzeczy, które robią dla mnie ten album. Dużo tu niezobowiązującego luzu, który można uchwycić tylko w młodości.

Nigdy nie przestałem być fanem The Bravery, ale ich drugi album trochę mnie rozczarował kiedy wyszedł w 2007 r. (poza singlem Time What Let Me Go), a potem nasze drogi trochę się rozjechały, w wyniku czego trzeci album przesłuchałem z dużym opóźnieniem. W 2011 r. zespół zawiesił istnienie (do czego przyznali się dopiero w 2014 r.). Od tamtej pory czekałem bardzo na ich powrót, tracąc nadzieje. No i stało się, oficjalnie TB wrócili w ubiegłym roku, na razie jedynie jako grupa koncertująca. Obejrzałem parę dni temu stream z ich zeszłorocznego koncertu na festiwalu w Meksyku i uczucia mam mieszane. Niby wszystko jest jak było, a nic nie jest. Sam Edincott brzmi na tym koncercie jakby był chory, albo jakby dopiero wstał z łóżka, w ogóle wygląda jak cosplay Trenta Reznora z czasów Downward Spiral, jego wokal jest mega anemiczny, a przecież jednym ze znaków rozpoznawczych The Bravery zawsze było to, że facet potrafił śpiewać jak pędzący pociąg. Cały ten występ jest jakiś taki nieinspirujący, zagrany bo zagrany. Rzetelnie (nawet tutaj nie do końca), ale bez jaj. Trochę mnie to zasmuciło, a z drugiej strony, minęło 16 lat odkąd ich widziałem ten jeden raz (kiedy byli u szczytu) i sam po sobie powinienem wiedzieć, ze człowiek się starzeje. Zobaczymy co pokażą na nowej płycie, bo zakładam, że nie zeszli się żeby zagrać parę festiwali, to nie tego typu zespół.

W każdy razie, The Bravery zawsze będzie dla mnie bardzo istotnym zespołem i płytą, bo dzięki nim, przestałem w końcu traktować nowe zespołu w sposób arogancki i naprawdę fajnie mieć wspomnienia z koncertu takiego bandu w połowie 2000s. To jest naprawdę dobre uczucie nie mieć racji.

Nie do końca jestem przekonany do tego jak ten album jest wrzucony na YT (single w playliście są tylko w wersjach z klipami, a ich jakość audio jest taka sobie, mimo że to oficjalny kanał), więc wyjątkowo daję link do Spotify:

https://open.spotify.com/album/6Iwyh8h43Jl4U3orWe4oGC

i jeszcze jedno. Wersja płyty, którą zassałem wtedy w 2006 r., to była Special Edition i dopiero po latach zorientowałem się, że oryginał wcale nie kończy się na Hot Pursuit. Niemniej, dla mnie to zawsze będzie cześć albumu i w moim świecie, płyta kończy się Hot Pursuit więc go tu dorzucam i polecam go sobie włączyć zaraz po reszcie.

https://www.youtube.com/watch?v=MpRLJ7z2Ki4
Playlista YouTube:

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... wmKr-jR0fg


P.S.

Później w kolejce:

Katie Melua - In Winter
https://www.youtube.com/watch?v=LPYxvgw ... u&index=10

GAS - Pop
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... pJa-LKGi7I

Grimes - Visions
https://youtube.com/playlist?list=PLlq7 ... lPbMPY3uiY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 mar 2022 08:07

The Bravery - The Bravery

Jeśli chodzi o ten post-punkowy czy rockowy revival z pierwszej dekady lat dwutysięcznych moja znajomość ogranicza się głównie to jednej kapeli, która jeszcze może przewinąć się w mojej bestce albumowej więc nie będę spoilerował. W każdym razie jeśli chodzi o resztę tych kapel typu The Killers, Kasabian, Kaiser Chiefs czy The Bravery to nigdy się jakoś nie wgryzałem, przeważnie odrzucał mnie ich image trochę emo, trochę plastik-punkowy.
Niemniej z zaciekawieniem podszedłem do odsłuchiwania tej płyty licząc na poszerzenie horyzontów o jakąś wartościową pozycję w tej kwestii.
Nie będę omawiał wszystkich utworów, tylko te najbardziej wyróżniające się.

Płytę dobrze rozpoczyna An Honest Mistake, chyba największy przebój albumu. Fantastyczna perka i gitara, fajnie uzupełniane przez syntezator, energiczne wejście w album. W Fearless najlepiej pobrzmiewa gitara, groove w tym numerze jest cięższy i bardziej toporny a wokal gdy wchodzi w wyższe rejestry i nieco zawija zalatuje mi Robertem Smithem z The Cure.
W Tyrant podobały mi się od początku elektroniczne wstawki, od razu ten numer wyróżniał się wraz z singlami na płycie. Wokal znowu po kjurowemu brzmi, numer świetny. Give In oraz Swollen Summer to kawał solidnego energicznego grania. Out Of Line zawiera fajną elektroniczną barokową ornamentację ale zabrakło mi większej eksplozji gitar na koniec, kiedy robi się ciekawie gitara się urywa. Uncoditional to singiel z taką typową dla tamtych czasów chamską zagrywką syntezatorową, która trochę psuje mi odbiór tego numeru. Wolałbym chyba żeby to było grane na gitarze i brzmiało nieco jak intro do NLMDA. Ogólnie chwytliwe, energiczne (znowu, bo co innego), fajny bas. W The Ring Song naprawdę podoba mi się refren. Pozostałe utwory na płycie to troszkę filler wg mnie. Ten bonusowy Hot Pursuit trochę chaotyczny, głośny, taki niby przebój ale czegoś mu brak.

Płyta w dużej mierze utrzymana w jednej konwencji jak to indie rock tamtej epoki, w gruncie rzeczy spoko choć nie do końca w moim klimacie, trąci mi tym plastikiem nieco. Jestem ciekaw co powie shodan bo tu melancholii i ballad nie uświadczy. Może jeszcze wrócę, najchętniej na pewno do An Honest Mistake albo Tyrant. Sam możliwe że podrzucę za dłuższy czas album w tych klimatach i z tamtych czasów bo jest taki jeden który lubię, a może skończy się tylko na jednym kawałku.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 mar 2022 09:09

The Bravery - The Bravery

Hien w dwóch pierwszych kolejkach zapodał dwa fajne albumy, które już pewnie usadowiły się na moim dysku. The Bravery też ściągnąłem z rozpędu pochopnie uważając, że Hien nie może zaproponować czegoś przynajmniej nie przyzwoitego. A tu niestety psikus. Bo The Bravery nie podoba mi się.
Nie podoba mi się płyta jako całość, bo jak sobie włączę jakiś pojedynczy utwór, to pomijając wokal jest zazwyczaj znośnie. Niektóre utwory naprawdę da się posłuchać. Ale łyknąć całej płyty naraz w tej konwencji nie jestem za bardzo w stanie. Po 3 numerach po prostu wysiadam.
Jeszcze jak usłyszałem pierwszy utwór – najlepszy z płyty – to pomyślałem „jest nieźle”. Fajny utwór, naprawdę. Potem poleciał utwór drugi i trzeci i już zacząłem czuć zaniepokojenie, że wszystko jest w podobnym tempie. Jeszcze nie mam pretensji, jak tempo jest wolne, bo wiecie, że uwielbiam wolne i melancholijne smęty.
W utworze nr 4 tempo lekko zwolniło dając mi nadzieję. Niestety to był jedyny moment nieco wolniejszy na tym albumie. Potem do końca jest znowu to, co wcześniej, czyli jednostajne, dosyć szybkie tempo. Nazbyt jednostajne. To największa bolączka tej płyty.
Druga to nieznośny wokal. Ten gość brzmi jak Robert Smith z kiurów, których nigdy przez niego nie lubiłem.
Przesłuchałem album ze 3 razy, ale nic już nie pamiętam, bo nic nie pozostało mi w pamięci. A to bardzo źle.
Ja z Hienem dzielę na pewno sporo wspólnych sympatii muzycznych, ale The Bravery akurat chyba nie będzie jednym z nich.

ps. Żadnych wniosków tutaj nie zżynałem od strippeda, bo reckę miałem gotową już i tak od paru dni.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 mar 2022 09:16

Czyli trafiłem w punkt (tym razem, choć i z Glassem mi się udało) :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 mar 2022 09:35

Recenzja Shodana przypomina mi trochę jak się rozmawiało o muzyce za dziecka.

- Jaką lubisz muzykę, szybką czy wolną? Bo ja szybką.

xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 mar 2022 10:11

The Bravery - The Bravery

Do tej pory dla mnie kompletnie nieznany zespół. Dżentelmeni grają sobie skocznego, energetycznego rocka. Skojarzenia? Franz Ferdinand, The Killers, cała ława zespołów, które jeszcze udało mi się złapać na MTV Live czy MTV Rocks po 2012 roku, kiedy wreszcie przerzuciliśmy się w domu na telewizję satelitarną. Oczywiście nie były to długie posiedzenia przed telewizorem, z drugiej strony puszczali tylko single robiące najwięcej szumu. Być może i The Bravery miało szansę być na antenie, ale żebym to zapamiętał... nie wszystko było Take Me Out.

Utwór po utworze ciągnie się za mną pozytywne wrażenie, ale nie jestem rzucony na kolana. Ta płyta (szczególnie pierwsza połowa) idealnie by się sprawdziła jako materiał wrzucony do p e w n e j gry wyścigowej, o której z pewnością wspomnę w innym miejscu, a która osadzona jest w jednym ze stanów USA. Klimaty zachodzącego słońca, sporych prędkości, cieszących oko krajobrazów, generalnie podróżowania - to też się udziela w trakcie słuchania. Melodie przyzwoite, dobra energia, da się lubić, choć gdybym miał zabierać się za taką muzykę w gorszym nastroju, to z pewnością tak skondensowany szał i rockowy żywioł mógłby przytłoczyć. Z drugiej strony w trakcie drugiego odsłuchu czułem się dobrze i mimo tego na wysokości Unconditional byłem już lekko zmęczony. Hot Pursuit to już dodatek dla tych, którzy lepiej przekonali się do reszty, dla mnie już zbytnio wykręcony za sprawą mocno przeciętnej elektroniki.

Hien zwraca uwagę na bas. Dzieje się pod tym względem dużo i to miejscami naprawdę na pierwszym planie, dość zaskakujące. Nie powiedziałbym, że to cecha, której szuka się w takiej muzyce na dzień dobry. Są utwory, gdzie mimo takiego zabiegu i tak basowa sztukateria ginie w natłoku energii.

Parę utworów zwróciło moją uwagę na tyle, że będę wracać - An Honest Mistake, Swollen Summer. Tyrant i Unconditional też jeszcze bardziej na plus niż po prostu rzetelność totalna bez drgnienia powiek. Reszta zbyt jednorodna.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 mar 2022 10:46

Czekałem na ten moment!

The Bravery - s/t

Mógłbym wszystko zamknąć w jednym zdaniu - ten pasztet jest zaje*isty. To jedna z moich ulubionych płyt i umieszczam ją przynajmniej w swoim prywatnym Top 50 (gdzie konkurencja ostra). Wszystko w niej lubię - energiczną i energetyczną muzykę, produkcję, teksty i wokal Endicotta, moc, która wyrzuca z kapci, no po prostu nie ma się (niemal) do czego przypieprzyć. Jeden z tych albumów, których można słuchać właściwie w kółko i się nie nudzi (a na pewno nie szybko). Okoliczności poznania The Bravery miałem identyczne z (naturalnym) Hienem. Obaj byliśmy na tym samym koncercie DM w katowickim Spodku w marcu 2006, tyle, że wtedy nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu generalnie. Ale obaj dostaliśmy tym supportem niczym obuchem w łeb. Dla mnie generalnie tamten koncert w ramach Touring the Angel był pierwszym takim prawdziwym świadomym koncertem, w jakim wziąłem udział (ot, tak się złożyło) i o ile koncepcję supportu jakoś tam rozumiałem, nie przywiązywałem do tego większej wagi. A tu proszę - wyszła kapela, która grałą absolutnie genialnie, choć nie zorientowałem się od razu. W mojej pamięci utkwiło zwłaszcza An Honest Mistake, co do którego myślałem, że otwierało ten set (w rzeczywistości zagrali to niemal pod koniec setu). I to ten kawałek popchnął mnie wówczas do zassania płyty. Ale z odsłuchem całości czekałem do kwietnia i z wiosną właśnie kojarzę ten krążek najsilniej. Największej z kolei fazy nań dostałem w kwietniu 2008, a więc 2 lata później (wtedy dosłownie nie mogłem się odkleić od tej płyty). Tam nie ma złego utworu, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że jest równa. Lśnią dla mnie obvious hity jak w/w AHM, Fearless i Unconditional, ale też No Breaks, Tyrant (chyba mój ulubiony na całej płycie), PSA i Out of Line, pozostałe są nieco słabsze. Ale muszę też wspomnieć o bonusie, z którym od razu zaciągnąłem ten album, czyli lubiane przez Hiena Hot Pursuit - to jeden z najlepszych kawałków tutaj, zaje*iste są te lekkie delaye na gitarach i wokalu, perka z odpowiednim powerem, no wszystko. Po prostu miodzio ;( akurat idzie kwiecień, więc wiem, że będę słuchał jak nienormalny. Zresztą.

O ile wykonawcami takimi jak Fall Out Boy, Kasabian, Bloc Party czy inne tego typu niespecjalnie się interesowałem (tbh nie wiedziałem wtedy w ogóle, że istnieją, poza DM było dla mnie jeszcze tylko Simple Minds i nic więcej się nie liczyło), to The Bravery mnie na taką inną, bardziej współczesną muzykę zaczęło otwierać. Wiosną 2007, kiedy ogarnąłem, co to za bandy te wyżej i że sporo ludzi u mnie w szkole ich słucha, podsunąłem kumplowi The Bravery, któych nie znał. On w zamian podrzucił mi The Killers, a jeśli chodzi o ścisłość album Sam's Town. Szokłem lekko, kiedy dowiedziałem się, że nazwę wzięli de facto od New Order (a tych też zawsze byłem wielkim fanem, co generalnie było paliwem dla toczenia ze mnie beki, bo słuchałem przedpotopowej muzy), ale jeszcze bardziej, kiedy płyta mi się wkręciła. Parę miesięcy później poznałem Hot Fuss a potem ukazała się kompilacja Sawdust... co za czasy. Do The Bravery wracałem regularnie, jak tylko ukazał się ich drugi album natychmiast wylądował na moim dysku. Uważam - podobnie jak Hien - że jest dużo mniej udany od debiutu, ale ma swoje dobre momenty (np. Bad Sun <3). Jakby komuś było mało albo czuł się niedopieszczony pewnymi zabiegami, to wydano go w dwóch wersjach (acz obydwie można było dostać wyłącznie razem), gdzie ta druga to są zupełnie inne miksy i w ogóle jakby te same utwory nagrane na nowo i inaczej. Jakoś totalnie przegapiłem ich 3 album (miałem wtedy fazę na Editorsów, za to Killersi mi przeszli przy okazji premiery Day & Age, które również uważam za low effort wydawnictwo), do którego usiadłem dopiero w 2014 (też wiosną). I spodobał mi się, choć nie od razu. Jest bardziej elektroniczny, Endicott wraca do piania z debiutu, które faktycznie zalatuje Schmittem, ale wszystko jakoś trzyma się kupy (polecam zwłaszcza The Spectator, które jest dla mnie bardzo fajnym brzmieniowo studium alkoholizmu czy Song for Jacob - huehue - i Hatefuck). No ale wtedy już nie grali. Dlatego ucieszyłem się jak usłyszałem, że się zeszli i planują studio work. Oby wyszło coś fajnego.

A jeśli chodzi jeszcze o DM i ich talent do wynajdywania supportów, to low tier rozwiązaniem było IMHO zaproszenie do trasy po SOTU Nitzer Ebb, bo to po prostu ziomki z wytwórni z muzą, której teraz słucha się chyba głównie na zlotach (nie, żebym ich nie lubił czy coś, mają parę fajnych numerów podobnie jak np. DAF i lubię do nich czasem wracać, ale nie widzę tego w innym miejscu niż w klubach). Za to bodaj po Delta Machine Gore osobiście wyciągnął The Soft Moon, które znałem już wcześniej i to był strzał w dziesiątkę. Tzn. akurat na tej trasie na żadnym koncercie nie byłem, ale mocno zwiększyło im to publicity a uważam, że nawet mimo bycia Joy Division with extra steps (ze zwiększoną dawką pretensjonalności w brzmieniu i tekstach) daje radę. Vasquez sroce spod ogona nie wyskoczył. Endicott zresztą też. Zaraz wrzucę płytę jeszcze raz, to sama przyjemność jej słuchać. I kojarzy się z piękną porą roku, która właśnie się zaczyna ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 mar 2022 10:58

Hien pisze:
25 mar 2022 09:35
Recenzja Shodana przypomina mi trochę jak się rozmawiało o muzyce za dziecka.

- Jaką lubisz muzykę, szybką czy wolną? Bo ja szybką.

xD
No ta płyta miała u mnie od początku tak negatywny odbiór, że naprawdę nie zagłębiałem się w szczegóły. Są oczywiście tu i ówdzie interesujące czy też dobrze brzmiące partie gitarowe, klawiszowe czy basowe, ale nie mają te szczegóły jednak wpływu na mój ogólny odbiór albumu.
Ponadto wiele razy też pisałem, że irytujący wokalista potrafi rozwalić nawet najlepszą płytę. A mnie ten gość irytuje.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 mar 2022 11:09

shodan pisze:
25 mar 2022 10:58
Są oczywiście tu i ówdzie interesujące czy też dobrze brzmiące partie gitarowe, klawiszowe czy basowe, ale nie mają te szczegóły jednak wpływu na mój ogólny odbiór albumu.
No, ale widzisz, to jest recenzja, a nie wpis do pamiętnika. Ja, jako wrzucający, lubię wiedzieć co ktoś uważa na temat muzyki, nie ważne czy odbiór jest pozytywny, czy negatywny. Lubię czytać recenzje, w których ktoś potrafi napisać co mu się nie podoba. A tak to na przyszłość wiem tylko, że nie spodoba Ci się The Cure i szybkie płyty xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 mar 2022 11:39

No rozumiem. W sumie co mi się nie podoba napisałem. Nie napisałem zaś nic o tym, co mi się podoba. Po prostu ta cała płyta tak mi się zlewa w jedno, że poza ogólnymi wrażeniami nie umiałem nawet odnieść się do czegoś bardziej szczegółowo. Podczas słuchania powinienem na bieżąco robić jakieś notatki, bo po przesłuchaniu całości już nic nie pamiętałem. Następnym razem się poprawię. :)
W przypadku The Cure nigdy nie lubiłem wokalisty. Ale nigdy nie słyszałem całej płyty, więc nie będę wyrokował z góry.
Zdaję sobie sprawę, że narzekania na tempo utworów to broń obosieczna i niektórzy będą dla odmiany marudzić w przypadku niektórych moich płyt na tempo zbyt wolne. Liczę się z tym, bo to całkiem naturalne. Mamy różne gusta muzyczne i różnie odbieramy muzykę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 mar 2022 11:53

Tempo to jest w ogóle ryzykowny miernik jakości xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 mar 2022 11:54

Zwłaszcza Tempo Change Moev z epki Toulyev.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 mar 2022 11:58

Albo Tempo Bonesa z płytki pod nazwą Useless.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 mar 2022 12:20

Hien pisze:
25 mar 2022 11:53
Tempo to jest w ogóle ryzykowny miernik jakości xd
Idealnie jest tedy, gdy tempo jest różnorodne. Jak choćby na płytach DM krótko mówiąc. :D
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 mar 2022 14:27

Idealnie jest, gdy świat jest różnorodny. I w ogóle wszystko. Jednak nie kupuję tej argumentacji shodanowej :D
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 26 mar 2022 22:13

The Bravery - The Bravery

Przesłuchałem te płytę dwa razy, nawet teraz, gdy piszę te słowa, jeszcze do niej wracam i jednak bliżej mi do stanowiska shodana.
Pierwotnie chciałem jakoś PRZEBIEGLE nawiązać do bardzo długiego opisu Hieniałkowskiego, który w sumie bardziej brzmi na fragment rozdziału z autobiografii pt. "Jak przestałem być depeszowcem?" i zasugerować, że kwestia mojego nastawienia jest skorelowana z tym, że w przeciwieństwie do JAKUBA nie poznałem tej płyty w jakimś ważnym, acz chujowym okresie mojego życia, ale wydaje mi się, że to nie tu leży problem.
Ja po prostu mam jakąś organiczną awersję do tego całego indie rocka z początków XXI wieku, nie wiem nawet skąd, bo już za sobą mam czasy słuchania jakichś internetowych znawców za dychę, wyzbyłem się wszelkich muzycznych kompleksów i w ogóle zacząłem wcinać olej z wątroby rekina. Nie wiem no, czego nie posłucham, za co się nie zabiorę, czy Interpol, Arcade Fire, Killers czy inne Strokes to mnie to jakoś wkurza, drażni, w najlepszym razie pozostawia obojętnym i nawet za bardzo nie umiem wyjaśnić skąd u mnie ta awersja, bo jak ja zaczynałem się interesować muzą na poważnie to już raczej takie granie było w odwrocie. Może po prostu nie jestem tak eklektyczny i otwarty jak mi się wcześniej wydawało. xd Ale cholera mnie tam wie, skoro niedawno udało mi się szczerze polubić Radiohead, to sky ist the limit jak to mówią....
W międzyczasie płyta przeleciała poraz trzeci i nawet nie zgrzytałem zębami za bardzo, ba, nawet udało mi się wyłowić w gąszczu tych przesterów i wokalu nie z mojej bajki parę fajności jak np. dobre Fearless albo Public Service Anoucment. Rites of Spring też spoko, te chórki wryły mi się w czachę.
Reasumując, dobrze że nie bawimy się w oceny cyferkowe, bo bym chyba zdurniał jeszcze bardziej, gdybym miał teraz taką wystawiać.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 mar 2022 22:21

No to Mentos będziesz miał jeszcze wiele kolejek u mnie z early 00s Indie rockiem, albo Cie siusiak strzeli, albo się przekonasz xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn