Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 maja 2022 23:41

O pewnych rzeczach pisze się lepiej w określonych okolicznościach. Płyty życia, ale nie chronologiczny przebieg płyt od najbardziej najlepszej do najmniej najlepszej, która się zmieściła w dziesiątce/dwudziestce piątce. Czy Schulze będzie szósty czy dziewiąty to żadna różnica. subHuman nie jest moją największą płytą życia, a od niej zacząłem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 maja 2022 23:51

Ja się w pełni zgodzę z Dragonem i bardzo się uparłem żeby dotrwać z DHOH na obecną kolejkę, bo w międzyczasie przyszło mi do głowy kilka innych płyt z listy best jaką stworzyłem, które chętniej bym teraz wrzucił. O ile w bestce utworów, przynajmniej pierwsza 25 mam żelazną, to potem będę kawałki wrzucał raczej pod wpływem chwili. Temat albumow też wydaje mi się luźniejszy pod tym kątem, bo 10 to bardzo mało i to i tak nie jest moje ścisłe top, więc po prostu wrzucam to, co aktualnie bardziej mi siedzi w głowie. Fishmans wrzucam od chyba trzech kolejek, ale jako, że robimy je po miesiąc, to opcje się zmieniały.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 maja 2022 00:36

Esprit 空想 - virtua.zip

Kolejna wizyta w świecie vaporwave'u, tyle że tym razem na pełnym dystansie. Ten niepozorny kolaż jedenastu (+ jeden bonus) miniaturek jest dla mnie swoistą artystyczną pigułką na dobry nastrój, na podkręcenie klimatu letniej melancholii czy też po prostu okazją do wspominek, wyciszenia albo wręcz przeciwnie, do lepszego skupienia się nad konkretną myślą, może nawet jej jakiegoś przepracowania? Tak bym to ujął. Wrzucany wcześniej Windows 98 to był początek poszukiwań w tym nurcie. Projekt George'a Clantona poznałem już w liceum, w dość specyficznym momencie, bo w połowie 2018 roku. Przechodziłem wtedy poważne wewnętrzne zmiany. Gwałtownie zmieniały się moje zainteresowania, poglądy na najróżniejsze tematy i zagadnienia też wtedy najbardziej gruntownie ewoluowały w to, co mniej uważam dzisiaj. Życie artystyczne też nabierało rumieńców, oczywiście jak na możliwości licealisty z mimo wszystko dość prowincjonalnego regionu. Do paru spraw nabrałem respektu i pewnego dystansu.

Czasami w tym nurcie można trafić na rzeczy bardzo ironiczne, silące się na jak najbardziej krawędziowy humor czy prostacką grę ze zjawiskami popkultury. W przypadku vaporwave'u cenię pomysł i oryginalność, ale też pewne zabiegi na pograniczu mistyfikacji, bo generalnie vaporwave ma coś w sobie z mistyfikacji. Zestawione dźwięki przywołują skojarzenia z określonymi czasami, a przecież często w danej konfiguracji nie występowały pierwotnie. Potrafią tak działać w pełni atmosferyczne rzeczy jak i zbiory motywów z amerykańskich czy japońskich telewizji z lat 80tych. Co w sytuacji, kiedy słuchamy kompletnie nowych rzeczy, a przez stopień ich przetworzenia i zniekształcenia odbieramy je za starsze? Ta łamigłówka wydaje mi się ciekawa. virtua.zip wpisuje się w nurt kolażowy, ale nie jest tak odtwórcza jak się może wydawać. Gra z oczekiwaniami, ale przede wszystkim służy do vibe'owania, oddaniu się klimatowi i odpłynięciu w rozmaite wewnętrzne refleksje. Pozytywne, ekstatyczne momenty mieszają się z tymi bardziej tajemniczymi, skierowanymi do wewnątrz. Jeśli ktoś chce odbierać te strzępy osobno - przegrał na starcie. Zabiera się za to w oryginalny sposób, tyle że zupełnie rozmija się z intencją. Może odbić się od ściany naprawdę dotkliwie. Muzyczny odpowiednik sztuki nieprzedstawiającej, choć nie tak radykalny jak np. projekt Fuji Grid TV, który na pełnej czerpie z dżingli reklamowych.

Dla mnie właściwa virtua.zip kończy się na pierwszym bonusie i w takiej formie Wam ją proponuję (na Spotify też jest tylko ta dwunastka). Widzę, że niestety Clantona dotknął wirus reedycji, który jak u twórców progresyfu czy starej elektroniki objawia się doklejaniem byle czego i byle jak, przez co gubi się dynamika i zamysł wydania pierwotnego.

Znam wiele więcej tak sformatowanych tworów, część z nich opiera się tylko i wyłącznie na samplach, ale żaden z nich nie podpasował mi równie mocno jak ten. Mam z nim związanych wiele osobistych wspomnień. Kojarzy mi się na przykład z moim szkolnym przyjacielem, z którym dzisiaj praktycznie nie rozmawiam, a wtedy (2018 rok) nawet o vaporwave'ie rozmawialiśmy często i gęsto, bo i on był nim mocno zainteresowany. Wymienialiśmy się płytami, wrażeniami, robiliśmy nawet jakieś pojedyncze vaporowe rzeczy dla żartu.

https://www.youtube.com/watch?v=9_RMPEz49Yk
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 maja 2022 05:52

Gang Starr - Moment of Truth
(1998)

https://youtube.com/playlist?list=PLrbF ... rtCti1t5AV

Miało już rapsów u mnie nie być w tej dyszce a tu niespodzianka - będą - możliwe nawet że jeszcze nie raz, zmienia się jak w kalejdoskopie moje podejście do tej gry, bo o ile w bestce utworów niekoniecznie mam ochotę Was zamęczać hip hopem tak tu tempo jest na tyle powolne że już zdążyłem za nim zatęsknić, ja ten gatunek po prostu uwielbiam, kształtował mnie więc będę mu tu zostawiał laurki a jednak album opowie o artyście więcej niż pojedynczy numer.

Wspominałem o Gang Starr w bestce utworów i o tym jak poznałem tę grupę, teraz dopowiem jak to było dalej gdy w liceum spotkałem ziomka który jarał się hip hopem i trochę mi go dostarczał od siebie. Po jaranku singlem Skills z 2002 roku od owego ziomka dostałem albumy Gang Starr - Hard To Earn z roku 1994 oraz Moment of Truth z roku 1998. Możliwe że nawet były niekompletne, na pewno nie miałem wtedy chyba ze dwóch numerów z MoT co nadrobiłem po latach ale nie były one akurat kluczowe na albumie. Te dwa albumy to chyba magnum opus tej grupy choć i albumy z lat 1992 i 2003 niewiele odstają poziomem. Pamiętam do dziś jak słuchałem tych dwóch albumów od ziomka na płycie cd z wypalonymi empetrójkami na pożyczonym od kolegi odtwarzaczu podczas szkolnej wycieczki, chyba jakoś jesienią 2004 roku bodajże? Jarałem się mocno w opór, trudno stwierdzić który z nich jest lepszy tak naprawdę, dlaczego więc stawiam na ten nowszy?

Przede wszystkim myślę że MoT jest nieco przystępniejszy w brzmieniu, nie posiada już takiej kanciastości charakterystycznej dla produkcji z pierwszej połowy lat 90. Po drugie jest tu kilka numerów które śmiało należą do czołówki dyskografii Gang Starr. Nie będę opisywał całego albumu ale na pewno warte uwagi są You Know My Steez będący podręcznikowym przykładem bragga singla GS, można go postawić w rządku z hitami z innych płyt jak Mass Appeal (być może największy ich hit ale niestety ze względu na reguły gry nie mam jak Was zmusić do słuchania wszystkiego), Full Clip czy Skills. Jest tu motywacyjny singielek Royalty z udziałem duetu r&b K-Ci & JoJo, jest niekwestionowany albumowy klasyk Above The Clouds w którym DJ Premier ładnie wkleił brzmienie dalekowschodnie aż się zastanawia człowiek czy to nie robił RZA z Wu-Tang Clan (swoją drogą gościnnie udziela się tam Inspectah Deck ze wspomnianej grupy więc poczuli ich filozoficzny klimat widocznie). Piękny jest tytułowy utwór Moment of Truth, lubię też She Knows What She Wants o wyrachowanych kobietach, uwielbiam brzmienie takich kawałków jak JFK 2 LAX czy Betrayal z udziałem Scarface'a (mistrz jeśli chodzi o przejmujące życiowe historyjki). No i ostatecznie zostaje zakończenie tej płyty które niesamowicie mi się wkręciło tamtego dnia na wycieczce szkolnej, numer gdzie już na wejściu bitu miałem ciarki, refleksyjny In Memory Of... poświęcony zmarłym przyjaciołom i bliskim. No takie numery to ja lubię bardzo muszę przyznać, zawsze łatwo je łykam, może to pokłosie tego że ojca pochowałem kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, tak myślę. W każdym razie dla mnie ten numer to wisienka na torcie.

Czy są tu fillery? Ano pewnie jakieś się znajdą zważywszy na fakt że album trwa ponad 78 minut (podejrzewam że to niejako wynik polityki wytwórni w tamtych czasach a może po prostu nawet chęć samych artystów do dzielenia się muzyką ile wlezie na kompakt co niekoniecznie zawsze dobrze wpływa na odbiór). Nawet jeśli to większość czasu album trzyma raczej mocny poziom, powiedziałbym że połowa jest więcej niż rzetelna przynajmniej a naprawdę słabych numerów tu chyba nie ma (albo idealizuję już teraz). Podoba mi się brzmienie tej płyty, jest dość jazzowo ale ogólnie brzmi wszystko chyba ciepło i trochę melancholijnie, ewentualnie skręca chwilami w mocniejsze hardkorowe tony. Większość numerów ma chyba przystępne dla ucha melodie, połowa może brzmieć podobnie do siebie ale są numery (jak te które wymieniłem) które chyba dostatecznie się wyróżniają. Co do liryki i tematyki to Guru przeważnie nie nawija jakichś bzdur i nie gloryfikuje przemocy, raczej opisuje rzeczywistość i sugeruje jakieś mądrzejsze wybory życiowe (ale to w momentach kiedy nie nawija o tym jakim jest zajebistym raperem hehe).

Tym albumem zamykam z mojej strony (przynajmniej w bestce) temat duetu Gang Starr będącego jednym z pierwszych poważnych filarów mojego gustu muzycznego kształtującego się świadomie tak naprawdę dopiero od 2001 roku. Mam nadzieję że Wam podejdzie choć trochę i zawsze chętnie podzielę się czymś więcej :) co do samej grupy dopowiem jeszcze że niestety już nie funkcjonuje, duet zaprzestał współpracy po 2003 roku więc załapałem się dosłownie na ich końcówkę, Guru skupił się na innych projektach solowych z producentem o ksywie Solar który zdaje się dopilnował by Guru zerwał dotychczasowe więzi z bliskimi i DJ Premierem. Później chorował i w lutym 2010 roku po zatrzymaniu krążenia zapadł w śpiączkę i niestety 19 kwietnia 2010 roku zmarł (o czym dowiedziałem się dużo później, u nas wtedy wałkowano temat katastrofy smoleńskiej). Były tam jeszcze niemiłe jazdy tego typu że Solar twierdził że Guru na moment wybudził się ze śpiączki i zdołał przekazać list dla fanów w ktorym stanowczo odcinał się od Premiera i dokonań w Gang Starr itp. Po wielu latach i batalii sądowej rodzina Guru przejęła kontrolę nad niewydanym materiałem a część odsprzedał ostatecznie Solar co zaowocowało w 2019 roku pośmiertnym albumem Gang Starr choć to już oczywiście nie do końca było to samo (choć zawsze fajnie posłuchać Guru na nowych bitach Premiera). Tak czy siak Gang Starr na zawsze w serduchu i RIP Guru.

P.S. Na koniec jeszcze honorowa wzmianka o czym zapomniałem a dla mnie wtedy ważna - w maju roku 2008 przyjechałem na jedną nockę do Łodzi do mojego brata specjalnie żeby pójść z nim na odbywający się wówczas w mieście Outline Color Festival na którym tamtego wieczoru swój koncert grał DJ Premier, co prawda nic wielkiego, ot popuszczał swoje produkcje (hity jakie wyprodukował) z winyli i poskreczował ale obejrzeć ten krótki set i poczuć ten hype wśród publiki to było bezcenne (i to jak pozdrawiał Łódź vel WOOOCH hehehe). Styka tych laurek, zapraszam do odsłuchu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 maja 2022 16:57

Poets of the Fall - Signs of Life (2005)

https://youtube.com/playlist?list=PLEou ... xRDQExLvkz

Płyta dla mnie szczególna z kilku powodów. Przynajmniej 3. Ale zanim do nich dojdę, mały background. PotF to zespół, który powstał w Finlandii w 2003 roku trochę przypadkiem, bo wpadło na siebie dwóch gości, którzy mieli wcześniej inne zespoły znane tylko na lokalnej scenie, a że wcześniej się trochę znali, postanowili założyć nowy. Tym nowym zespołem stali się właśnie Poeci. Od razu dostali pewien prezent od losu, i prawdę mówiąc, dzięki temu prezentowi stali się znani szerokiej publiczności (choć jeszcze nie na tyle, by zamienić się w gwiazdy sporego formatu; to przyszło chwilę później). Otóż frontman i wokalista Poetów, Marko Saaresto, kumplował się z Samem Lake'em, który był jednym ze scenarzystów pracujących dla dewelopera gier znanego pod nazwą Remedy. Chyba nie muszę wspominać, jaka była ich najsłynniejsza produkcja (a jeśli muszę, to to zrobię - oczywiście był to Max Payne). Lake był autorem scenariusza do wszystkich 3 części gry, ale do drugiej chciał dorzucić coś więcej od siebie. Napisał wiersz, który wręczył Saareście i poprosił go, by jego band (wówczas składający się chyba z 3 albo 4 osób) przerobił go na piosenkę. I tak powstał chyba najbardziej rozpoznawalny numer PotF, czyli Late Goodbye. Kawałek był użyty w pełni w grze tylko w creditsach, ale kilka postaci w grze albo nuci jego melodię, albo próbuje na czymś wygrywać muzykę, albo wręcz go sobie podśpiewuje. W drugą część Maxa Payne'a zagrałem chwilę po premierze (która też miała miejsce w 2003 roku) i oczywiście wtedy usłyszałem ten utwór po raz pierwszy, ale wówczas niespecjalnie przywiązywałem wagę do konkretnych utworów prawdziwych wykonawców umieszczanych w grach. No i to leciało na końcu i było takie dołujące trochę, no nie zainteresowałem się. Nie było zresztą za bardzo czym więcej, bo nie dość, że debiut (a więc właśnie to, co wrzucam) ukazał się dopiero w styczniu 2005 roku, to jeszcze samo Late Goodbye wyszło oficjalnie jako singiel w roku 2004. Właśnie jesienią 2005, przy całym swoim Wielkim Ejtisowym Wzmożeniu(TM), postanowiłem jednak - przeczytawszy o wykonawcy nieco więcej na Wiki, bo przypomniała mi się gra - ściągnąć pierwszy singiel (drugim i ostatnim był utwór Lift który otwiera album, ten dał im jeszcze większego boosta do popularności bo został z kolei użyty jako tło muzyczne do... 3DMarka xD więc wówczas o grupie usłyszeli już chyba wszyscy), jeszcze z BearShare, i pamiętam, że tłukłem go przez jakiś czas, bardzo spodobała mi się - nie ma co ukrywać - stosunkowo prosta muzyka i aranżacja (bo też nie ma co za bardzo od tego uciekać, zespół jest oficjalnie labelowany jak rock alternatywny, ale ma więcej wspólnego z popem), no i oczywiście tekst, choć ten jest dość melancholijny. Płytę zassałem dopiero w styczniu, kiedy miałem już dostęp do pewnego softu z niebieskim ptaszkiem, ale - SURPRISE - nie przesłuchałem jej. Żebym do niej wrócił, musiało minąć ponad 11 lat. Choć po drodze oczywiście miałem jeszcze do czynienia z zespołem. Współpraca przy numerze do MP2 układała się na tyle dobrze, że Lake poprosił grupę o nagranie - tym razem już samodzielnie - kawałka promującego kolejne wielkie dzieło Remedy, jakim był Alan Wake. Tak powstał singiel War, do którego nakręcono nawet wideo z aktorem ucharakteryzowanym na głównego bohatera gry, utwór oczywiście pojawia się w grze, ale tym razem w "środku" tejże w dość ciekawym zresztą towarzystwie, bowiem znajdziemy tam również Nicka Cave'a (i to jeden z moich absolutnie ulubionych songów) i nasze wspaniałe Depeche Mode. Mój dobry ziomo ze studiów w Łodzi jara się nimi niemal od samego początku (również poznał ich przez MP2, z tym, że od tamtej pory zassał wszystko, co wydali i zna dyskografię niemal na pamięć), więc wielokrotnie podrzucał mi pojedyncze numery, żebym sobie posłuchał. I tak wracałem to tu, to tam, ale ciągle nie pocisnąłem całego albumu (choć większość w/w już znałem z pojedynczych piosenek - potrzebowałem jednak settingu). Jakoś mi się zmieniło jesienią 2017, która była dla mnie - z różnych powodów - wyjątkowo depresyjna. Było paskudnie, szaro, mgliście, mieszkałem w Warszawie z wariatami, przechodziłem z jednego związku w drugi romans, wszystko wyglądało, jakby miało mi się zaraz zwalić na łeb, ale oto z kolegą Hienem wymyśliliśmy sobie pierwszą wymianę albumów między sobą. Zacząłem coraz częściej wracać do numerów z pierwszej płyty (którą znów, właściwie znałem już w całości ale poznawałem w sposób mocno fragmentaryczny), w końcu spiąłem to w całość, odsłuchałem jako całość, i oczywiście plułem sobie w brodę, że nie zrobiłem tego wcześniej. Jakże bym mógł, jestem Musiałem xD oczywiście relacjonowałem to Kubie i postanowiłem mu album podrzucić. Nasza ówczesna wymiana generalnie była dość hmm posępna jeśli chodzi o treść i ta płyta się w ten klimat świetnie wpasowywała. Mnie wpasowała się jako kompletne dzieło na tyle, że obok Piano Magic, Psyche i APB katowałem ją wtedy cały październik i pół listopada.

Poets of the Fall to specyficzna grupa. Hien ładnie ją kiedyś określił jako balansowanie na krawędzi przepaści z wielkim napisem NICKELBACK na dnie i stety-niestety coś w tym jest. Saaresto ma specyficzny głos i jeszcze bardziej specyficzną manierę śpiewu, brzmienie jest czymś, co bardzo próbuje być rockiem (momentami dość ostrym zresztą), ale jest bardzo popem i kiedy jest ostrzejsze, staje się popem jeszcze bardziej, po prostu z przesterowanymi gitarami i mocnymi garami, nic więcej. Jednocześnie przy zaakceptowaniu całej tej ich radio-friendly otoczki i kroju twórczości, od muzyki poprzez teksty do osoby wokalisty, to to jest naprawdę spoko. Nie wszystko, wiadomo, ale jednak moim zdaniem się broni, przynajmniej do pewnego stopnia. Melodie są chwytliwe, czasem zalatują Nickelbackiem albo, nie wiem, Hoobastank (kto ich jeszcze pamięta), ale czasem przywodzą na myśl bardzo dalekich krewnych Bryana Addamsa czy wręcz Aerosmith. Lift, drugi singiel z albumu, mam potwornie prosty i zarazem okrutnie chwytliwy riff, odpowiednie tempo, mocny i melodyjny refren, bardzo lubię ten kawałek. Zaraz za nim jest już nieco bardziej wannabe-rock-really-pop Overboard, ale nie wypadam z klimatu, w jaki wprowadził mnie opener i wciąż słucham z przyjemnością. Jako trzeci track mamy właśnie Late Goodbye, które dla mnie po latach wciąż się broni. Dodam jeszcze, że do MP2 wróciłem w 2014 roku i dopiero wtedy, nieco bogatszy o pewien sposób rozumienia konkretnych zjawisk (że tak to vaguely ujmę) sprawił, iż podszedłem do tej pozycji w sposób dojrzalszy. I jeszcze bardziej mnie ta gra dowaliła xD a użyte na końcu Late Goodbye nagle przybrało zupełnie inny wydźwięk, brzmienie stało się doskonałym podsumowaniem wyjątkowo smutnej fabuły. Kolejny kawałek, Don't Mess With Me to znów coś, co chce być ostre, ale zamiast habanero wsypano po prostu dużo czerwonej w proszku. I nic to, bo ciągle smaczne xD po prostu trzeba odrzucić poczucie, że słucha się rocka. To jest jak najbardziej pop z rockową dosypką, danie z knajpy, która chce uchodzić za fancy, ale dania na pewno tam takie nie są, za to na szczęście ceny raczej niskie. Doskonałym przykładem takiego popu jest kawałek Stay, który jest zresztą jednym z moich ulubionych, choć cheesy tak bardzo, że trzeba wietrzyć mieszkanie. Co do całej reszty przestanę spoilować i dodam tylko, że moi pozostali faworyci to Shallow, Everything Fades i Someone Special. Sleep jest nieco przynudzającym zamknięciem płyty (która jednak trwa swoje 50 minut), ale odbioru całości mi nie psuje. Brzmieniowo mamy do czynienia z czymś, co bardzo przynależy i do swojej epoki (lata 2003-2005) i do regionu pochodzenia, bo o ile w takiej Finlandii w tym samym czasie mogło ukazać się arcydzieło Joriegu Hulkkonena, jakim jest album Dualizm, to przecież największą popularność na Północy zdobywały wówczas rzeczy podobne do tego, co nagrali Poeci (zresztą ich debiut stał się totalnym hitem sprzedaży w całej Skandynawii - tj. poza Finlandią - i chyba również w Niemczech; grupa jest ekstremalnie popularna w Rosji, nawiasem mówiąc). Największy problem polega na tym, że zespół istnieje do dziś (to akurat nie jest problem) i od tego 2003 roku nagrywa więcej tego samego (to już akurat jest). Każdy ich kolejny krążek ma momenty (jak np. War, choć też nie jest to jakiś wybitny landmark fonografii, albo The Happy Song <3), ale poza tym to równie dobrze mogą być wrzucane w równych odstępach czasowych popłuczyny sesyjne z nagrań do debiutu. Najnowszy album wydali w kwietniu tego roku po dłuższej - spowodowanej pandemią - przerwie, i już tytuł promującego go singla, jakim jest UWAGA Requiem for My Harlequin sprawił, że odpuściłem słuchanie xD traktuję to jako swoje osobiste trochę guilty pleasure a trochę nie, wiem, że mój ziomo dalej się nimi potwornie jara (jednocześnie to gość, którego ulubioną grupą jest Blue Oyster Cult), wiem, że wielu moich znajomych, którym sprzedałem samo Late Goodbye niesamowicie się tym kawałkiem zajarało, ale też wiem, że to trochę zespół takich okazjonalnych one-offów i nie bardzo da się z tym cokolwiek zrobić. Ale też po co cokolwiek z tym robić? Słuchać! Lepsza byłaby pewnie jesień, ale zostawiam Was z tym oto (arcy)dziełem w to oto zimne wiosenne popołudnie. Kto wie, może nie będzie to dla Was pożegnanie z zespołem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 maja 2022 22:38

Susanne Sundfør - Music For People In Trouble

No dobra, czas najwyższy na panią Sundfør. Jej historia jest dużo krótsza niż Pet Shop Boys. Actually to był naprawdę gigant z przeszłości. Music For People In Trouble i sama Susanne to temat dużo młodszy. Poznałem ją chyba gdzieś tak w okolicach 2013-14. Nawet nie wiem gdzie usłyszałem jej singiel White Foxes. I jakby mnie momentalnie piorun walnął! Byłem po prostu znokautowany tym utworem i teledyskiem. Od razu oczywiście rzuciłem się na jej resztę dosyć skromnej wtedy dyskografii i byłem niezwykle ukontentowany. To były moje klimaty. Pierwsza płyta taka bardzo minimalistyczna. Głównie pianino i wokal młodej Susanne. Potem album The Brothel - piękny, pełen orientalnych motywów i ciekawych kompozycji album. Następnie The Silicon Veil skąd pochodzi właśnie White Foxes i wrzucany przeze mnie wcześniej Rome. Płyta pełna mocnych, syntezatorowych brzmień. Z dużą dawką syntezatorów Mooga, które tak bardzo lubię.
W 2015, gdy byłem w Kosowie Susanne wydała album Ten Love Songs. I to właśnie z tymi klimatami kojarzę tę płytę: górzysty piękny teren, baza wojskowa na zboczu pięknej góry pod serbską granicą i nowiutki album Susanne będącej wtedy u mnie na kosmicznym topie. Wspomnę tylko, że była to płyta prawie dyskotekowa, co powinno zainteresować Mudżyna. W przeciwieństwie do Music For People In Trouble, czyli płyty, za którą pewnie stripped i Dagon mnie znienawidzą, bo właściwie bez perkusji, bez kszty rapu a nawet bez techno! Trudno się mówi, dla mnie to jedna z płyt życia. Choć ze strony Susanne liczę jeszcze na lepsze cuda. I 2022 to może być nawet rok Sundor, bo na Fb przeczytałem, że Susanne latem odje.bie trasę koncertową po Norwegii, że zacytuję: This summer sees Susanne Sundfør embark on a long-awaited tour across Norway, offering unique and improvised concert experiences featuring new material. Mam nadzięję, że chodzi o nową, długo wyczekiwaną płytę Susanne, a nie tylko o featurig z Röyksopp.
Jak już napisałem płyta jest właściwie bez perki. Ale klimat mnie zachwyca. Ulubione utwory: dwa mega numery: Undercover i przede wszystkim nieziemski Mountauners z Grantem w duecie. Susanne ma niezwykły głos, talent muzyczny, gra na gitarze, klawiszach, zachwycająco śpiewa, komponuje. Czego chcieć więcej?
Acha, jest na dodatek z Norwegii. :D

https://www.youtube.com/watch?v=Abet-OycQpE&t=14s
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 maja 2022 23:10

shodan pisze:
18 maja 2022 22:38
Susanne ma niezwykły głos, talent muzyczny, gra na gitarze, klawiszach, zachwycająco śpiewa, komponuje. Czego chcieć więcej?
Może linku do albumu? :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 18 maja 2022 23:46

Shodan, widzę, narobił bigosu :mrgreen: Wcześniej chciał śpiewających pań.

Miały być śpiewające panie i będą śpiewające panie. Szczególnie, że dziś pewna wielka, choć nieco przebrzmiała, gwiazda kończy 60 lat. Pani Lauer-Cretu, jak widać, nie poddaje się i planuje dalszą działalność. Raczej trudno mieć większe (jakiekolwiek?) oczekiwania, lepiej więc wrócić do przeszłości i przypomnieć najlepszą jej płytę (choć nawet ona nie jest równa).

Sandra - Paintings in Yellow

Dlaczego ten album? Dużo mi dał, jeśli chodzi o otwieranie się na różną muzykę. I jest tak przesycony emocjami, że pod tym względem jego słuchanie to prawdziwa uczta. I w sumie dlatego słucham go rzadko. Na Sandrę otworzyłem się w dużym stopniu późną zimą zeszłego roku, choć, oczywiście, znałem trochę jej piosenek wcześniej (jak byłem nastolatkiem, to załapałem się na pewien renesans jej popularności związany z nową wersją Around My Heart, Everlasting Love też zawsze bardzo wysoko ceniłem). A samo otwarcie zawdzięczam... szachowym streamom z udziałem Jana-Krzysztofa Dudy. Grał w turniejach szachów szybkich, streamy zaczynały się o 17 i trwały do 22. Żeby przetrwać końską dawkę transmisji i obejrzeć na żywo finałowe partie (to było po 5 partii na dzień, co godzinę jedna), musiałem puszczać sobie muzykę w tle. O ile na początku leciały jakieś transy typu The Orb, folkowe Fuchsie i soundtrackowi Settlersi, to na koniec uznawałem, że trzeba czegoś z mocnym bitem, bo oczy się już zamykają, a chce się być na bieżąco. Pomyślałem, że trzeba tu przebojów z lat 80. Jak już różne Strangelove i inne Shouty się pokończyły, pomyślałem: a czemu nie Everlasting Love? A potem In The Heat Of The Night? A potem niepostrzeżenie wciągnąłem się w dyskografię.
Dwie pierwsze płyty są raczej niespójne (hity przeplatają się z piosenkami, które obdarzono mniejszą uwagą -> Maria Magdalena i wszystkie następne na drugiej stronie Longplaya). Na trzeciej Michael Cretu, wtedy już mąż piosenkarki, nauczył się tworzyć spójne całości. Przy tym album jest spokojniejszy od poprzednich. Paintings In Yellow podkreślają chyba to, co w niemieckiej (czy niemiecko-francuskiej) artystce najlepsze. Mocne (przetworzone elektronicznie) wokale + subtelne dźwięki. Tę subtelność najlepiej słychać w melodramatycznym Lovelight In Your Eyes (kojarzy się z okładką) oraz w One More Night z ładnym, klimatycznym klipem (generalnie krajobrazy w jej klipach nieźle kontrastują z jej wyglądem z dwóch-trzech lat, z którymi najbardziej jest kojarzona; pani ma wiele twarzy). Jest jeszcze Johnny Wanna Live, piosenka o małym, skrzywdzonym zwierzaczku, ponoć powstała, kiedy Sandrę skrytykowano za obnoszenie się ekstrawaganckim futrem. Zawsze jej dobrze wychodziły takie historie (Little Girl, Loreen, When The Rain Doesn't Come). Tekstowo płyta jest zupełnie solidna.

Dwie piosenki są wyraźnie krzykliwsze i jakby skierowane do amerykańskiej publiczności: (Life May Be) A Big Insanity i The Skin I'm In. I, jak nie u niej, te piosenki są najsłabsze. Nigdy do końca nie przekonałem się do tej drugiej, opowiadającej - jak to piosenkarze lubią - o tym, co myślą o krytyce i że sami lubią decydować o sobie. Nie napisałem jeszcze o otwierającym płytę przeboju - to słynna, porywająca, mocno poruszająca Hiroshima z teledyskiem w ciemnych kolorach. Chyba najmocniejszy punkt nie tylko tego albumu, ale i w ogóle całej dyskografii. Słychać, że i w poważnych tematach prezentuje się znakomicie (w sumie to Sandra zawsze sprawiała wrażenie bardzo poważnej osoby). Fajne są te wszystkie zmiany nastrojów przez modulację głosu, krzyki (Hiroshima, One More Night, tytułowy), ukazuje szeroką paletę możliwości Niemki. Dwie ostatnie piosenki to magiczna podróż zapowiadająca już Enigmę, którą nagrywano mniej więcej w tym czasie z tymi samymi ludźmi. Tytułowe Paintings In Yellow - jeszcze chyba ciekawsze niż Lovelight In Your Eyes - i Medley: The Journey - zwariowana podróż z momentami delikatnymi (początek: ciemność, niekończąca się noc) i mocnymi z fragmentem Paintings In Yellow i spokojnym wyciszeniem. Mnie te piosenki zawsze mocno rozgrzewają i nastawiają bardzo pozytywnie. Duża dawka pozytywnego dopingu. N koniec mamy jeszcze remiks Hiroshimy. Ona zawsze miała niewiele materiału (co nie dziwi, skoro nie nagrywała go sama).
Po tej płycie i po olbrzymim sukcesie Enigmy kariera gwiazdy nieco wyhamowała, choć Close To Seven też uważam za bardzo udaną płytę. Ciekawe, że najdojrzalsza jej płyta okazała się ostatnią (przedostatnią? tu nie mam przekonania) naprawdę wielką. A potem pani Sandra została szczęśliwą mamusią i jej zaangażowanie we własną twórczość znacząco spadło. Ale to inna historia. A Paintings In Yellow to cudo! Sto lat jubilatce!

https://www.youtube.com/watch?v=Yf2D1K- ... Dxljf9Jgvw
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 maja 2022 23:52

Niech ktoś kopnie Miętowego, bo ładnie idzie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 maja 2022 00:16

Sandra ma 60 lat? :shock: Ło panie, nie miałem pojęcia. Ale taką gwiazdę to ja rozumiem. :)
Tym bardziej, że śpiewała ten album jak była jednak dużo młodsza.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 maja 2022 00:18

A myślałeś, że ile ma?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 maja 2022 00:24

Myślałem, że jednak mniej. Choć z drugiej strony jak ja byłem wyrostkiem, to ona już śpiewała. Więc logiczne, że musi być sporo starsza ode mnie.
W ogóle to źle zrozumiałem temat, bo myślałem nie wiem czemu, że Melki chce nam zapodać jakieś kobieciny śpiewające po 60-ce.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 19 maja 2022 00:38

Jeszcze drugą, nie wiem w sumie, czy podobną, choć w podobnym wieku, panią wrzucę (ale chyba do utworów, bo żaden jej album nigdy do końca mnie nie porwał). Jakby nie patrzeć, to jest pokolenie moich rodziców i nie będzie fajnie, kiedy przyjdzie pożegnać te barwne postacie (tak, Gahan, Gore, Wilder i Fletch to też te roczniki ;().
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 maja 2022 01:01

shodan pisze:
19 maja 2022 00:24
Melki chce nam zapodać jakieś kobieciny śpiewające po 60-ce.
Panie, ale trochę pokory. Zdziwiłbyś się ile taka kobieta potrafi zrobić z głosem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 maja 2022 01:06

Wiem, ale wolę młodsze. :wstyd:
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 maja 2022 01:13

Lol
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 19 maja 2022 01:21

Akurat ta to już nic nie jest w stanie zrobić ;(.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 maja 2022 10:08

Shodan woli młodsze w odniesieniu do artystki, która w czasie wydania Paintings In Yellow nie miała jeszcze 30 lat.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 maja 2022 10:42

W sumie ja Shodana rozumiem, każdy woli młodsze xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 maja 2022 11:13

Zazwyczaj wolę wokal 30 latki/latka niż 60. Głos się z wiekiem najczęściej zmienia. Znam wiele wokalistów/wokalistek, które już nie brzmią tak dobrze jak kiedyś. Niech Gahan będzie tu najlepszym przykładem. Technicznie jest pewnie lepszy, ale barwa głosu to już nie to samo.