Best of Forum
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Cóż mogę powiedzieć, w sumie na recenzje mojego numeru lepiej spuścić zasłonę milczenia, gdzie miał się zaczepić tam się zaczepił. Moich fanów uspokajam że chyba pokłady emocjonalnej grafomanii już wyczerpałem, reszta powinna już bronić się muzyką samą w sobie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
To chyba wszyscy, więc dwa słowa na koniec ode mnie. Niezłe laury tym razem zebrałem dzięki królowi popu Jacksonowi! Nie spodziewałem się aż takiego odzewu. Myślałem, że znowu będzie "łe jakbyś wrzucił Bad albo Thriller, to byś wygrał". Cieszy mnie, że wygrałem kolejkę u osób, którzy tego utworu nie znali. W ogóle jestem zaskoczony, że połowa z Was tego nigdy nie słyszała.
Niezła w sumie kolejka, nawet te rapsy wypadają przyzwoicie, chociaż się ich obawiałem.
Niezła w sumie kolejka, nawet te rapsy wypadają przyzwoicie, chociaż się ich obawiałem.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jacksonem raczej nie miałbyś szans wygrać kolejki u mnie ale tylko z jednego powodu - nie przyznaję laurów utworom które już znam a chyba niczym nowym (nieznanym mi), fajnym od niego już trudno byłoby zaskoczyć. Ogólny prejz musi Ci wystarczyć, kolejkę wygrywają numery mi obce które mnie pozytywnie zaskoczą, nowe dodatki do biblioteki i w końcowej podsumowującej best 25 Waszych numerów tylko takie będą.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Computer Love zebrało tak zwany universal acclaim w kolejce, co mnie w ogóle nie dziwi, bo to Computer Love. Nie wiedziałem jak będzie z Shodanem, ale i on uległ, każdy w końcu musi.
Murzyn, ja to akurat jestem fanem tych bardziej osobistych wrzutek, niż kiedy silisz się na jakieś promo muzyczne, z którego często wychodzą rzeczy dla mnie meh, bo brakuje im jakiegoś personalnego pierwiastka.
Murzyn, ja to akurat jestem fanem tych bardziej osobistych wrzutek, niż kiedy silisz się na jakieś promo muzyczne, z którego często wychodzą rzeczy dla mnie meh, bo brakuje im jakiegoś personalnego pierwiastka.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
U mnie jest i będzie sporo utworów bez żadnego personalnego pierwiastka. Po prostu z wieloma utworami nie wiąże się żadna historia poza tą, że mi się zwyczajnie podobają. Nigdy też nie zamierzam wrzucać pod publiczkę, choć zdarzają się oczywiście rzeczy znane.
Ale znane utwory też są często dobre na tyle, żeby je tu umieszczać.
Ale znane utwory też są często dobre na tyle, żeby je tu umieszczać.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Myślę, że po południu można już wrzucać następne kolejkę. Zaczynamy ostatnią piątkę, więc liczę na petardy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mylisz się, ostatnią szóstkę...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A to możecie jeszcze gówno raz wrzucić xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
MAMY TO
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W związku z tym nazwiskiem u mnie może wygrać tylko Ms. Jackson, uuuuu
Po południu mam swoje zobowiązania we Wrocławiu i dopóki w pociągu KD działa internet to wrzucam.
Teto Preto - Em d+ìvidas
Ameryka Południowa elektroniką stoi. Nie jest to może repertuar o którym wiadomo z pierwszych stron gazet, ale poszukujący czegoś rzeczywiście niespotykanego mogą być bardzo zadowoleni. Wracam myślami do mojego ulubionego okresu, czyli końcówki liceum i czasu z początku studiów. Byłem już po wielu przełomowych wydarzeniach, całkiem sporo zdążyłem już zobaczyć na scenie pod względem teatralnym i muzycznym. Zainteresowanie wspomnianymi gałęziami sztuki wreszcie zaczęło się przekładać na jakieś konkrety. Potworzyło się parę nowych znajomości, w wielu nurtach i wśród wielu ciekawych osób zacząłem się kręcić, coraz więcej wiedziałem, coraz lepiej orientowałem. Któregoś dnia przewijając Instagrama widzę, że jeden z kojarzonych przeze mnie reżyserów wrzuca jakiś kawałek Teto Preto na stories instagramowe. Mając już swoje doświadczenia z latino elektroniką (o których jeszcze będzie potem) bez zbędnego oczekiwania wrzuciłem na słuchawki Pedra preta. Weszło idealnie, a i widziany niedługo potem spektakl tego dżentelmena przypadł mi do gustu.
Wybierałem spośród trzech utworów z tej płyty, odpadły Safo i Gasolina aditivada. Wybrałem najkrótszy i jak dla mnie najbardziej urozmaicony, wykręcony, zmienny. To projekt pochodzący z Brazylii, więc tym razem dla niektórych to może być pierwszy kontakt z piękną luzofońską mową, a na pewno nie ostatni za sprawą moich wrzutek, chyba że ktoś wymięknie po drodze. W ogóle samo to słowo - luzofońskie - jest przepiękne. Grali na Unsoundzie w 2019 roku, ale wtedy nie byłem nim zainteresowany, zresztą o Unsoundzie tak ogólnie będzie kolejna anegdotka przy okazji innego utworu, ale to najprędzej w kolejnej dwudziestce piątce. Ich koncerty mają coś w sobie z dragu, są dość kampowe, odważne, nieokrzesanej młodzieży bym na nich nie zabrał. Tego typu muzyka ma dla mnie jakąś sensualną energię w sobie, jest dość zmysłowa, przez warstwę językową jakby z innego wymiaru. Do tego tekstowo jest społecznie zaangażowana. Muzycznie śladów inspiracji można szukać w jakimś industrial techno czy tak z grubsza bardziej technicznej, ostrej (ale niekoniecznie najszybszej) muzyce klubowej. Muzyka tamtych rejonów ma jednak swoją osobliwą linię rozwojową, na której się niespecjalnie znam, więc rzucam tylko takie ślady dla chcących gdzieś Teto Preto zaszufladkować.
Są na mojej liście zespołów, które koniecznie chcialbym zobaczyć w akcji. Tego typu sztuka ma dla mnie charakter odświeżający, dobrze się w tym odnajduje, lubię takie zmyślne przekroczenia i rzeczy na pograniczu prowokacji. Zapewne przez samą muzykę jest to nie do wyłapania, ale gorliwi poszukiwacze, którzy wpadną na jakieś klipy, będą wiedzieć o co chodzi. Wychodzi na to, że tą wrzutką otwieram wątek queerowy w swoich propozycjach, czas najwyższy.
https://youtu.be/7qqkUsSYtzo
Po południu mam swoje zobowiązania we Wrocławiu i dopóki w pociągu KD działa internet to wrzucam.
Teto Preto - Em d+ìvidas
Ameryka Południowa elektroniką stoi. Nie jest to może repertuar o którym wiadomo z pierwszych stron gazet, ale poszukujący czegoś rzeczywiście niespotykanego mogą być bardzo zadowoleni. Wracam myślami do mojego ulubionego okresu, czyli końcówki liceum i czasu z początku studiów. Byłem już po wielu przełomowych wydarzeniach, całkiem sporo zdążyłem już zobaczyć na scenie pod względem teatralnym i muzycznym. Zainteresowanie wspomnianymi gałęziami sztuki wreszcie zaczęło się przekładać na jakieś konkrety. Potworzyło się parę nowych znajomości, w wielu nurtach i wśród wielu ciekawych osób zacząłem się kręcić, coraz więcej wiedziałem, coraz lepiej orientowałem. Któregoś dnia przewijając Instagrama widzę, że jeden z kojarzonych przeze mnie reżyserów wrzuca jakiś kawałek Teto Preto na stories instagramowe. Mając już swoje doświadczenia z latino elektroniką (o których jeszcze będzie potem) bez zbędnego oczekiwania wrzuciłem na słuchawki Pedra preta. Weszło idealnie, a i widziany niedługo potem spektakl tego dżentelmena przypadł mi do gustu.
Wybierałem spośród trzech utworów z tej płyty, odpadły Safo i Gasolina aditivada. Wybrałem najkrótszy i jak dla mnie najbardziej urozmaicony, wykręcony, zmienny. To projekt pochodzący z Brazylii, więc tym razem dla niektórych to może być pierwszy kontakt z piękną luzofońską mową, a na pewno nie ostatni za sprawą moich wrzutek, chyba że ktoś wymięknie po drodze. W ogóle samo to słowo - luzofońskie - jest przepiękne. Grali na Unsoundzie w 2019 roku, ale wtedy nie byłem nim zainteresowany, zresztą o Unsoundzie tak ogólnie będzie kolejna anegdotka przy okazji innego utworu, ale to najprędzej w kolejnej dwudziestce piątce. Ich koncerty mają coś w sobie z dragu, są dość kampowe, odważne, nieokrzesanej młodzieży bym na nich nie zabrał. Tego typu muzyka ma dla mnie jakąś sensualną energię w sobie, jest dość zmysłowa, przez warstwę językową jakby z innego wymiaru. Do tego tekstowo jest społecznie zaangażowana. Muzycznie śladów inspiracji można szukać w jakimś industrial techno czy tak z grubsza bardziej technicznej, ostrej (ale niekoniecznie najszybszej) muzyce klubowej. Muzyka tamtych rejonów ma jednak swoją osobliwą linię rozwojową, na której się niespecjalnie znam, więc rzucam tylko takie ślady dla chcących gdzieś Teto Preto zaszufladkować.
Są na mojej liście zespołów, które koniecznie chcialbym zobaczyć w akcji. Tego typu sztuka ma dla mnie charakter odświeżający, dobrze się w tym odnajduje, lubię takie zmyślne przekroczenia i rzeczy na pograniczu prowokacji. Zapewne przez samą muzykę jest to nie do wyłapania, ale gorliwi poszukiwacze, którzy wpadną na jakieś klipy, będą wiedzieć o co chodzi. Wychodzi na to, że tą wrzutką otwieram wątek queerowy w swoich propozycjach, czas najwyższy.
https://youtu.be/7qqkUsSYtzo
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No cóż, mniej-więcej spodziewałem się takiego feedbacku jaki otrzymałem. Myślałem tylko, że - mimo wszystko - dev będzie ciut przychylniejszy, a shodan mniej, ale nie takie rzeczy widziało to forum, więc zaskoczenia nie ma. Kolejeczka bardzo przyjemna, przypomnialem sobie dwa spoko kawałki, dwa spoko poznałem, dwa po prostu przesłuchałem. ;] Nie jest źle i nie mogę doczekać się, aż zaskoczę samego siebie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No, skoro kolega Dragon i tak już otworzył kolejkę to ja ten tego no....
Gregory Porter - Holding On
(2016)
https://youtu.be/OlwceBF-2T4
Czas na cześć trzecią i ostatnią tej rozstaniowej podróży, była niepewność, rozpacz, gniew, a po całej tej burzy emocji przyszło uspokojenie i powrót do szarej samotniczej rzeczywistości. Soundtrackiem na tamten czas był Gregory Porter, ale co ciekawe utwór Holding On poznałem najpierw w roku 2015 w wydaniu klubowym, bo taka wersja znalazła się na drugiej płycie house'owego duetu Disclosure. Holding On był zdecydowanym highlightem albumu Caracal, lubiłem go bardzo i kiedy wiosną 2016 roku zobaczyłem na YouTube że Gregory wydał swoją własną jazzową wersję przed odpaleniem tego numeru byłem przekonany że nie przebije wersji klubowej. Jakże srogo się wówczas myliłem, okazało się że dopiero w jazzowym wydaniu ten utwór uderzył mnie całą swoją mocą. Ten numer to jest właśnie ta MELANCHOLIA obiecana shodanowi a zarazem jedna z moich odpowiedzi na jego jazzową Alicię Keys (reszta wpadnie potem może). Fantastyczny wieczorny vibe, spokojna melodia, urzekający wokal i tekst walący prosto w serducho. Wisienką na torcie jest tu solo ma trąbce i kupuję to w 101%. To był mój hymn tamtego czasu, kurz opadł a w sercu była dziura. Widocznie tak być miało i dzięki temu niejako chcąc jakoś odmienić swój los zacząłem niedługo potem szukać w pamięci ludzi z przeszłości z którymi kontakt się urwał. I na dodatek wpadłem na jedną z tych osób będąc w pracy pewnego dnia co tylko umocniło rozmyślania na ten temat, jednak zajęło mi to jeszcze dodatkowy miesiąc nim zebrałem się w sobie i odezwałem się do mojej dawnej znajomej. Dzisiaj jesteśmy po ślubie, najwyraźniej potrzeba nam było poodbijać się od różnych osób by po prawie 10 latach spróbować jakoś inaczej od nowa
Gregory Porter - Holding On
(2016)
https://youtu.be/OlwceBF-2T4
Czas na cześć trzecią i ostatnią tej rozstaniowej podróży, była niepewność, rozpacz, gniew, a po całej tej burzy emocji przyszło uspokojenie i powrót do szarej samotniczej rzeczywistości. Soundtrackiem na tamten czas był Gregory Porter, ale co ciekawe utwór Holding On poznałem najpierw w roku 2015 w wydaniu klubowym, bo taka wersja znalazła się na drugiej płycie house'owego duetu Disclosure. Holding On był zdecydowanym highlightem albumu Caracal, lubiłem go bardzo i kiedy wiosną 2016 roku zobaczyłem na YouTube że Gregory wydał swoją własną jazzową wersję przed odpaleniem tego numeru byłem przekonany że nie przebije wersji klubowej. Jakże srogo się wówczas myliłem, okazało się że dopiero w jazzowym wydaniu ten utwór uderzył mnie całą swoją mocą. Ten numer to jest właśnie ta MELANCHOLIA obiecana shodanowi a zarazem jedna z moich odpowiedzi na jego jazzową Alicię Keys (reszta wpadnie potem może). Fantastyczny wieczorny vibe, spokojna melodia, urzekający wokal i tekst walący prosto w serducho. Wisienką na torcie jest tu solo ma trąbce i kupuję to w 101%. To był mój hymn tamtego czasu, kurz opadł a w sercu była dziura. Widocznie tak być miało i dzięki temu niejako chcąc jakoś odmienić swój los zacząłem niedługo potem szukać w pamięci ludzi z przeszłości z którymi kontakt się urwał. I na dodatek wpadłem na jedną z tych osób będąc w pracy pewnego dnia co tylko umocniło rozmyślania na ten temat, jednak zajęło mi to jeszcze dodatkowy miesiąc nim zebrałem się w sobie i odezwałem się do mojej dawnej znajomej. Dzisiaj jesteśmy po ślubie, najwyraźniej potrzeba nam było poodbijać się od różnych osób by po prawie 10 latach spróbować jakoś inaczej od nowa
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
O, sam nie podsumowałem... Przyjemnie czytać o dobrych zaskoczeniach i o wzbudzaniu chillu, właśnie o to chodziło. Dla mnie CBL to wyróżniający się goście w swoim gatunku, ale też nie oczekuję oczywiście znajomości wielu wykonawców w tym nurcie xD Teraz nadchodzi właśnie trochę większa mieszanka klimatów, języków, emocji, więc może będzie mniejsze wrażenie podobieństwa wszystkiego do siebie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Smiths – I Won’t Share You
Wiele utworów Smisów mógłbym tu wrzucić i nie mieć wyrzutów, ale ten zawsze był najważniejszy i nic się nie zmieniło pod tym kątem. Tak naprawdę, to powinno wlecieć po Elvisie, bo to kawałek Elvisem inspirowany i z płyty, która ma Elvisa na okładce, ale Vangelisa musiałem puścić wcześniej. W każdym razie, przy okazji There Is A Lite Mentosa, napisałem już trochę o tym, jak to w 2008 r. przeżywałem absolutny szczyt fazy na The Smiths. Czasami tak jest, że się zespół zna od jakiegoś czasu, nawet paru lat, ale człowiek nie wsiąka w dyskografie, nie łapie tego uczucia kiedy przychodzisz do domu z uczelni/pracy i chcesz słuchać tylko jednego wykonawcy, będąc przekonanym, że gdybyś miał zabrać na bezludną wyspę dvd z dyską jednej grupy muzycznej, to byś nie miał absolutnie żadnego problemu z wyborem. W wakacje 2008 r., wszystkie gwiazdy ułożyły się tak żebym tej fazy na Smisów dostał. Ich muzyka perfekcyjnie korelowała z tym co wtedy oglądałem (MASH) i czytałem (Śniadanie u Tiffany’ego), a do tego mój dobry przyjaciel, fanatyk Morrisseya, odbył ze mną kilka bardzo inspirujących rozmów, oczywiście z liryką Morrisseya w tle. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach bycie fanem Morrisseya jest nietaktem, otwartym wspieraniem niewłaściwych partii politycznych, niewłaściwych wartości, srania na LGBTQ+, itd. Byciu przeciwko wszystkim rzeczom, które niegdyś były z Mozem ściśle związane. Nie ukrywam, że komentarze Morrisseya z ostatnich lat mnie również zasmuciły i nie rozumiem skąd one się biorą, ale nie potrafię faceta hejtować, ani tym bardziej przestać słuchać jego muzyki.
W 2008 r. nie było jeszcze w modzie pluć na Morrisseya. Jeszcze nie minęła połowa roku, a ja zdążyłem już trzy razy dostać kosza (dwa razy na własne życzenie, bo przestało mi zależeć). Siedząc na wakacjach nad morzem, patrzyłem na te wszystkie pary i myślałem sobie „ehh”. Z tym wiąże się inny kawałek TS, ale nie podam tytułu żeby nie było, że próbuję przemycić dwa w jednym. Chodziłem więc samotnie i słuchałem Morrisseya śpiewającego smutne rzeczy. Ale on smutne rzeczy zawsze śpiewał z przymrużeniem oka. Większość ludzi ma go za smutnego siusiaka, który się użala, ale ci ludzie nigdy nie czytali jego tekstów, lub zwyczajnie są zbyt prości żeby pewne rzeczy dostrzec. Są tam niesamowite ilości humoru, inspirowane Wildem, ale jak najbardziej wyraźne. Brzuch mnie bolał od śmiechu, przy niektórych tekstach.
„I Won’t Share You” to akurat coś z innej beczki, bo Morrissey uderza w zdecydowanie bardziej sentymentalną strunę, chociaż nie odmawia sobie w jednej linijce potoczenia beki z weltschmerzu.
Jak to u niego, są tu odniesienia do literatury i do rzeczy, o których tylko Stiwen Patryk M. wie, niemniej udaje mu się, mimo braku pełnej czytelności, stworzyć atmosferę nostalgiczną, nasuwającą życiowe podsumowania i rozliczenia. Ja byłem wtedy w takim dziwnym momencie zawieszenia, między ważnymi wydarzeniami (nie koniecznie pozytywnymi), a innymi ważnymi wydarzeniami (zdecydowanie bardziej pozytywnymi), do tego podjąłem decyzję, że zostaję na studiach, na których miałem przezimować rok, próbując znowu zdawać na ASP. Nie wiedziałem czego dokładnie chcę od życia, ale wiedziałem czego nie chcę, czyli łaski pierdzielniętych profesorów z Akademii, a to już jednak było coś. Fajnie było podjąć jakąś świadomą decyzję, ale jednocześnie otworzyło to przede mną puszkę niewiadomego xD I mimo że w wieku 22 lat, trudno mówić o jakimś życiowym podsumowaniu, to jednak musiałem jakoś się rozliczyć z etapem, z którego wyszedłem i jakoś przygotować się na etap kolejny, który póki co ignorowałem. „I Won’t Share You”, mimo że siusiak wie o czym jest, bardzo mi pasowało w tym momencie zawieszenia. Pamiętam gapienie się na morze, obserwowanie ludzi, którzy mają już poukładane w życiu, obserwowanie ludzi którzy „jeszcze nie wiedzą” i przechodzenie jakiegoś nieopisanego katharsis, z którego nie wynikało nic. Takie życie.
Z bardziej formalnych spraw, kocham minimalizm tego utworu. Johnny Marr gra na gitarze akustycznej (brzmi jak ukulele, ale w creditsach nie ma słowa o tym instrumencie, a wypisane jest wszystko), w tym kawałku strasznie suchej, jakby w tle, dzięki czemu na front wychodzi absolutnie genialny (jak jego wszystkie) motyw na basie Andy’ego Rourke’a.
Następnie, Smis wykonują jeszcze dwa mocne, muzyczne ciosy w serce, najpierw w 1:28 kiedy wchodzi rozbrajający motyw na autoharfie, a potem pod sam koniec, kiedy Marr jakby w ostatniej chwili, w napływie inspiracji, sięga po harmonijkę. Wokal Morrisseya jest tak piękny, że nawet nie będę próbował o nim pisać, bo ośmieszę jego, siebie i jak tak dobrze mi pójdzie, to Was wszystkich. Nagły fade out jeszcze bardziej szarpie za serce, bo jest taki… nagły. Tak jak pewne rzeczy w życiu, na które nie jesteśmy przygotowani xD
https://www.youtube.com/watch?v=4CV-SOmSKUs
Link, który zapodałem ma fanowski montaż z filmu „The Last Picture Show”, więc możecie zmienić kartę w przeglądarce, lub nie patrzeć. Wybrałem tę wersję, bo inne, nawet nieoficjalne, mają remastera z 2011, który nie jest może zły, ale kompletnie zmienia brzmienie kawałka. Jak mam być tru, to muszę dać wersję z 1987, nawet jeśli dla Was nie robi to różnicy.
Wiele utworów Smisów mógłbym tu wrzucić i nie mieć wyrzutów, ale ten zawsze był najważniejszy i nic się nie zmieniło pod tym kątem. Tak naprawdę, to powinno wlecieć po Elvisie, bo to kawałek Elvisem inspirowany i z płyty, która ma Elvisa na okładce, ale Vangelisa musiałem puścić wcześniej. W każdym razie, przy okazji There Is A Lite Mentosa, napisałem już trochę o tym, jak to w 2008 r. przeżywałem absolutny szczyt fazy na The Smiths. Czasami tak jest, że się zespół zna od jakiegoś czasu, nawet paru lat, ale człowiek nie wsiąka w dyskografie, nie łapie tego uczucia kiedy przychodzisz do domu z uczelni/pracy i chcesz słuchać tylko jednego wykonawcy, będąc przekonanym, że gdybyś miał zabrać na bezludną wyspę dvd z dyską jednej grupy muzycznej, to byś nie miał absolutnie żadnego problemu z wyborem. W wakacje 2008 r., wszystkie gwiazdy ułożyły się tak żebym tej fazy na Smisów dostał. Ich muzyka perfekcyjnie korelowała z tym co wtedy oglądałem (MASH) i czytałem (Śniadanie u Tiffany’ego), a do tego mój dobry przyjaciel, fanatyk Morrisseya, odbył ze mną kilka bardzo inspirujących rozmów, oczywiście z liryką Morrisseya w tle. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach bycie fanem Morrisseya jest nietaktem, otwartym wspieraniem niewłaściwych partii politycznych, niewłaściwych wartości, srania na LGBTQ+, itd. Byciu przeciwko wszystkim rzeczom, które niegdyś były z Mozem ściśle związane. Nie ukrywam, że komentarze Morrisseya z ostatnich lat mnie również zasmuciły i nie rozumiem skąd one się biorą, ale nie potrafię faceta hejtować, ani tym bardziej przestać słuchać jego muzyki.
W 2008 r. nie było jeszcze w modzie pluć na Morrisseya. Jeszcze nie minęła połowa roku, a ja zdążyłem już trzy razy dostać kosza (dwa razy na własne życzenie, bo przestało mi zależeć). Siedząc na wakacjach nad morzem, patrzyłem na te wszystkie pary i myślałem sobie „ehh”. Z tym wiąże się inny kawałek TS, ale nie podam tytułu żeby nie było, że próbuję przemycić dwa w jednym. Chodziłem więc samotnie i słuchałem Morrisseya śpiewającego smutne rzeczy. Ale on smutne rzeczy zawsze śpiewał z przymrużeniem oka. Większość ludzi ma go za smutnego siusiaka, który się użala, ale ci ludzie nigdy nie czytali jego tekstów, lub zwyczajnie są zbyt prości żeby pewne rzeczy dostrzec. Są tam niesamowite ilości humoru, inspirowane Wildem, ale jak najbardziej wyraźne. Brzuch mnie bolał od śmiechu, przy niektórych tekstach.
„I Won’t Share You” to akurat coś z innej beczki, bo Morrissey uderza w zdecydowanie bardziej sentymentalną strunę, chociaż nie odmawia sobie w jednej linijce potoczenia beki z weltschmerzu.
Jak to u niego, są tu odniesienia do literatury i do rzeczy, o których tylko Stiwen Patryk M. wie, niemniej udaje mu się, mimo braku pełnej czytelności, stworzyć atmosferę nostalgiczną, nasuwającą życiowe podsumowania i rozliczenia. Ja byłem wtedy w takim dziwnym momencie zawieszenia, między ważnymi wydarzeniami (nie koniecznie pozytywnymi), a innymi ważnymi wydarzeniami (zdecydowanie bardziej pozytywnymi), do tego podjąłem decyzję, że zostaję na studiach, na których miałem przezimować rok, próbując znowu zdawać na ASP. Nie wiedziałem czego dokładnie chcę od życia, ale wiedziałem czego nie chcę, czyli łaski pierdzielniętych profesorów z Akademii, a to już jednak było coś. Fajnie było podjąć jakąś świadomą decyzję, ale jednocześnie otworzyło to przede mną puszkę niewiadomego xD I mimo że w wieku 22 lat, trudno mówić o jakimś życiowym podsumowaniu, to jednak musiałem jakoś się rozliczyć z etapem, z którego wyszedłem i jakoś przygotować się na etap kolejny, który póki co ignorowałem. „I Won’t Share You”, mimo że siusiak wie o czym jest, bardzo mi pasowało w tym momencie zawieszenia. Pamiętam gapienie się na morze, obserwowanie ludzi, którzy mają już poukładane w życiu, obserwowanie ludzi którzy „jeszcze nie wiedzą” i przechodzenie jakiegoś nieopisanego katharsis, z którego nie wynikało nic. Takie życie.
Z bardziej formalnych spraw, kocham minimalizm tego utworu. Johnny Marr gra na gitarze akustycznej (brzmi jak ukulele, ale w creditsach nie ma słowa o tym instrumencie, a wypisane jest wszystko), w tym kawałku strasznie suchej, jakby w tle, dzięki czemu na front wychodzi absolutnie genialny (jak jego wszystkie) motyw na basie Andy’ego Rourke’a.
Następnie, Smis wykonują jeszcze dwa mocne, muzyczne ciosy w serce, najpierw w 1:28 kiedy wchodzi rozbrajający motyw na autoharfie, a potem pod sam koniec, kiedy Marr jakby w ostatniej chwili, w napływie inspiracji, sięga po harmonijkę. Wokal Morrisseya jest tak piękny, że nawet nie będę próbował o nim pisać, bo ośmieszę jego, siebie i jak tak dobrze mi pójdzie, to Was wszystkich. Nagły fade out jeszcze bardziej szarpie za serce, bo jest taki… nagły. Tak jak pewne rzeczy w życiu, na które nie jesteśmy przygotowani xD
https://www.youtube.com/watch?v=4CV-SOmSKUs
Link, który zapodałem ma fanowski montaż z filmu „The Last Picture Show”, więc możecie zmienić kartę w przeglądarce, lub nie patrzeć. Wybrałem tę wersję, bo inne, nawet nieoficjalne, mają remastera z 2011, który nie jest może zły, ale kompletnie zmienia brzmienie kawałka. Jak mam być tru, to muszę dać wersję z 1987, nawet jeśli dla Was nie robi to różnicy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Birdy – Voyager
Dobra pany, czas podzielić się moją największą fazą jaką miałem od dawna, a może i w życiu. Utwór jest dosyć świeży, bo znam go od 12 lutego tego roku, ale mimo, że nie lubię kierować się tutaj chwilowym zauroczeniem, to jak mało który już zasłużył na miejsce w mojej bestce życia. Zresztą 422 scrobbli w niespełna 4 miesiące ma swoją wymowę i pokazuje, w jakich dawkach pochłaniałem ten numer. A to tylko odsłuchy zarejestrowane z komputera. Zapewniam Was, że tych nie scrobblowanych z telefonu lub przenośnego playera było ze dwa razy tyle.
Birdy poznałem parę lat temu dzięki pewnemu przypadkowo zasłyszanemu coverowi. Pochodził on z jej debiutanckiej płyty z z coverami właśnie z 2011r. Birdy miała wtedy zaledwie 14 lat!. W ogóle to jest brytyjska piosenkarka mająca szkockie, angielskie, belgijskie oraz holenderskie pochodzenie. Sama komponuje swoje piosenki i gra na pianinie oraz gitarze. Ściągnąłem tę płytę z coverami i dwie następne. Było tam parę fajnych utworów, które czasami posłuchałem, ale generalnie jakoś w jej sidła wtedy jeszcze totalnie nie wpadłem. Do czasu, czyli zapoznania się z jej 4 albumem Young Heart. To jest po prostu muzyka jakby skrojona pode mnie, ale o tym pewnie przy innej okazji. Na fali tegorocznej fazy nowym albumem doceniłem też wreszcie jej wcześniejsze płyty.
Voyager to taki niezwykle przyjemnie brzmiący utwór, zagrany właściwie tylko przy wykorzystaniu klasycznych żywych instrumentów. Cudowne delikatne pianinkowe akordy, apetyczne gitary, bas i głos Jasmine robią mi taki klimat, że brak słów. Linia melodyczna od początku mnie zniewalała, a refren wciąż wywołuje ciarki. Do tego niezwykle klimatyczny i piękny teledysk. Niby nic takiego, Birdy kręci się po lub wokół domu gdzieś na odludziu. Potem podróżuje, aż na końcu ląduje z gitarą i walizeczką na wietrznej plaży na tle wzburzonego morza. Ale jest to tak klimatycznie i pięknie nakręcone, tak dopasowane do utworu, że jaram się jak głupi. Uwielbiam takie klimaty po prostu.
Podoba mi się też, że Birdy to taka cicha i skromna dziewczyna, która nie pozuje na gwiazdę i nie pcha się na afisz za wszelką cenę.
Gdybym miał wybrać tylko 10 utworów, czy nawet 5, które wolno by mi było słuchać do końca życia, na pewno byłby tam Voyager. Bo ma w sobie coś tak niesamowicie uwodzicielskiego, że nie umiem się od tego uwolnić. A szczerze mówiąc w ogóle tego nie chcę. Niech ta faza trwa w nieskończoność. Bo to jest po prostu piękne.
https://www.youtube.com/watch?v=kfnTWa2EPCc
I wersja z clipem na później, żebyście w ogóle wiedzieli, o kim mowa.
https://www.youtube.com/watch?v=c7YfWffIW0A
Dobra pany, czas podzielić się moją największą fazą jaką miałem od dawna, a może i w życiu. Utwór jest dosyć świeży, bo znam go od 12 lutego tego roku, ale mimo, że nie lubię kierować się tutaj chwilowym zauroczeniem, to jak mało który już zasłużył na miejsce w mojej bestce życia. Zresztą 422 scrobbli w niespełna 4 miesiące ma swoją wymowę i pokazuje, w jakich dawkach pochłaniałem ten numer. A to tylko odsłuchy zarejestrowane z komputera. Zapewniam Was, że tych nie scrobblowanych z telefonu lub przenośnego playera było ze dwa razy tyle.
Birdy poznałem parę lat temu dzięki pewnemu przypadkowo zasłyszanemu coverowi. Pochodził on z jej debiutanckiej płyty z z coverami właśnie z 2011r. Birdy miała wtedy zaledwie 14 lat!. W ogóle to jest brytyjska piosenkarka mająca szkockie, angielskie, belgijskie oraz holenderskie pochodzenie. Sama komponuje swoje piosenki i gra na pianinie oraz gitarze. Ściągnąłem tę płytę z coverami i dwie następne. Było tam parę fajnych utworów, które czasami posłuchałem, ale generalnie jakoś w jej sidła wtedy jeszcze totalnie nie wpadłem. Do czasu, czyli zapoznania się z jej 4 albumem Young Heart. To jest po prostu muzyka jakby skrojona pode mnie, ale o tym pewnie przy innej okazji. Na fali tegorocznej fazy nowym albumem doceniłem też wreszcie jej wcześniejsze płyty.
Voyager to taki niezwykle przyjemnie brzmiący utwór, zagrany właściwie tylko przy wykorzystaniu klasycznych żywych instrumentów. Cudowne delikatne pianinkowe akordy, apetyczne gitary, bas i głos Jasmine robią mi taki klimat, że brak słów. Linia melodyczna od początku mnie zniewalała, a refren wciąż wywołuje ciarki. Do tego niezwykle klimatyczny i piękny teledysk. Niby nic takiego, Birdy kręci się po lub wokół domu gdzieś na odludziu. Potem podróżuje, aż na końcu ląduje z gitarą i walizeczką na wietrznej plaży na tle wzburzonego morza. Ale jest to tak klimatycznie i pięknie nakręcone, tak dopasowane do utworu, że jaram się jak głupi. Uwielbiam takie klimaty po prostu.
Podoba mi się też, że Birdy to taka cicha i skromna dziewczyna, która nie pozuje na gwiazdę i nie pcha się na afisz za wszelką cenę.
Gdybym miał wybrać tylko 10 utworów, czy nawet 5, które wolno by mi było słuchać do końca życia, na pewno byłby tam Voyager. Bo ma w sobie coś tak niesamowicie uwodzicielskiego, że nie umiem się od tego uwolnić. A szczerze mówiąc w ogóle tego nie chcę. Niech ta faza trwa w nieskończoność. Bo to jest po prostu piękne.
https://www.youtube.com/watch?v=kfnTWa2EPCc
I wersja z clipem na później, żebyście w ogóle wiedzieli, o kim mowa.
https://www.youtube.com/watch?v=c7YfWffIW0A
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kurka wodna dobra kolejeczka się kroi póki co. 
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Łooo panie właśnie obejrzałem clip do PEDRA PRETA. Ale jazda!Dragon pisze:02 cze 2022 11:03Zapewne przez samą muzykę jest to nie do wyłapania, ale gorliwi poszukiwacze, którzy wpadną na jakieś klipy, będą wiedzieć o co chodzi.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No dawać synkowie utwory, bo nie ma czasu. Przed wyjazdem na urlop trzeba skończyć tę 25-kę.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Też masz urlop?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Od 27.06. A w lipcu lecę na tydzień do Portugalii.