Best of Forum (Edycja albumowa)
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Trochę ale jednocześnie prawdopodobnie będę przed Musiałem, więc ciągle bk xd
Poets of Fall - Signs of Life
Mam dziwne przeczucie, że już to tutaj pisałem i się powtarzam(tbh to uczucie miewam w ostatnim czasie zdumiewająco często - rośnie we mnie postmodernista), ale trochę się bałem tej płyty i byłem jej ciekaw przed odsłuchem. Mimo wszystko post-grunge i to całe amerykańskie granie z Antyradia to są rzeczy, których od lat nie słucham sam z siebie i prawdę powiedziawszy to przed udziałem w tej zabawie w życiu by mi nie przeszło przez łeb, aby sobie coś takiego zapuścić. Stosunek do takiego Nickelback mam z grubsza taki sam jak Shodan i niby kolega Musiał trochę mnie uspokoił wspominając o Max Paynie 2 (świetna giera!) i w ogóle, ale jednak zdawałem sobie sprawę, że wypłynę na nieznane mi oceany i lądolady.
I cóż, mam tu mały zgrzyt z oceną tego dzieła. W zasadzie to jestem lekko zaskoczony, bo mimo wszystko nie umiem ocenić tej płyty jednoznacznie negatywnie. Chyba serio liczyłem na coś znacznie, znacznie gorszego i prawdopodobnie fakt, iż NIE otrzymałem totalnej kaszany wywołał u mnie dysonans poznawczy xD Zakładałem jakieś straszne męczarnie, pamiętajac to jak męczyłem się z długimi momentami Ridgeway'a czy tym nieszczesnym Foxxem, a tu prawdę powiedziawszy te odsłuchy zleciały zaskakująco bezboleśnie.
Zaryzykuję tezę, że ta płyta jest na swój sposób... sympatyczna. To jest jedno z tych śmiesznych spostrzeżeń, które ciężko racjonalnie wyjaśnić, ale mam to cały czas, gdy sobie słucham tego albumu. To w sumie zabawne jak słuchanie albumów w kontekście całości potrafi zmienić ich odbiór, bo jak sobie próbuję słuchać większości tych piosenek oddzielnie to sprawiają wrażenie... no takie średnie bym powiedział. Cóż, może dałem się porwać charyźmie fińskiego doppelgangera wokalisty Nickelback (nie pamiętam jak się nazywa xD), ale faktycznie słuchanie tych rzewnych balladek razem sprawia o wiele lepsze wrażenie. Jeśli coś wyróżnić - Late Goodbye było spoko, Stay, Shallow oraz ta ballada na końcu pt. Sleep. A i jeszcze Lift też nawet jest całkiem spoko. Dzięki magii losowości moich skojarzeń, podczas pierwszego odsłuchu Shallow mocno mi się kojarzyło z utworem Porcupine Tree o tym samym tytule, ale teraz sobie przesłuchałem i napisałem to tylko po to, by munlup mógł se ze mnie beke cisnąć hehe.
Nie będę przedłużał, bo nie chcę, aby Musiał wrzucił recenzję Gang Starr przede mną. Stwierdziłbym, że to zajebista płyta, ale gdyby dev albo mój kolega od Gothica podrzucili mi ją 15 lat temu, teraz raczej tak nie stwierdzę, ale jak widać po recenzji mimo wszystko jakieś pozytywy udało mi się wygrzebać. Mimo, iż to raczej jedna ze słabszych płyt w tej zabawie, to i tak imo dev wrzucał gorsze rzeczy, bo pamiętam jak się męczyłem z tym Foxxem haha.
Poets of Fall - Signs of Life
Mam dziwne przeczucie, że już to tutaj pisałem i się powtarzam(tbh to uczucie miewam w ostatnim czasie zdumiewająco często - rośnie we mnie postmodernista), ale trochę się bałem tej płyty i byłem jej ciekaw przed odsłuchem. Mimo wszystko post-grunge i to całe amerykańskie granie z Antyradia to są rzeczy, których od lat nie słucham sam z siebie i prawdę powiedziawszy to przed udziałem w tej zabawie w życiu by mi nie przeszło przez łeb, aby sobie coś takiego zapuścić. Stosunek do takiego Nickelback mam z grubsza taki sam jak Shodan i niby kolega Musiał trochę mnie uspokoił wspominając o Max Paynie 2 (świetna giera!) i w ogóle, ale jednak zdawałem sobie sprawę, że wypłynę na nieznane mi oceany i lądolady.
I cóż, mam tu mały zgrzyt z oceną tego dzieła. W zasadzie to jestem lekko zaskoczony, bo mimo wszystko nie umiem ocenić tej płyty jednoznacznie negatywnie. Chyba serio liczyłem na coś znacznie, znacznie gorszego i prawdopodobnie fakt, iż NIE otrzymałem totalnej kaszany wywołał u mnie dysonans poznawczy xD Zakładałem jakieś straszne męczarnie, pamiętajac to jak męczyłem się z długimi momentami Ridgeway'a czy tym nieszczesnym Foxxem, a tu prawdę powiedziawszy te odsłuchy zleciały zaskakująco bezboleśnie.
Zaryzykuję tezę, że ta płyta jest na swój sposób... sympatyczna. To jest jedno z tych śmiesznych spostrzeżeń, które ciężko racjonalnie wyjaśnić, ale mam to cały czas, gdy sobie słucham tego albumu. To w sumie zabawne jak słuchanie albumów w kontekście całości potrafi zmienić ich odbiór, bo jak sobie próbuję słuchać większości tych piosenek oddzielnie to sprawiają wrażenie... no takie średnie bym powiedział. Cóż, może dałem się porwać charyźmie fińskiego doppelgangera wokalisty Nickelback (nie pamiętam jak się nazywa xD), ale faktycznie słuchanie tych rzewnych balladek razem sprawia o wiele lepsze wrażenie. Jeśli coś wyróżnić - Late Goodbye było spoko, Stay, Shallow oraz ta ballada na końcu pt. Sleep. A i jeszcze Lift też nawet jest całkiem spoko. Dzięki magii losowości moich skojarzeń, podczas pierwszego odsłuchu Shallow mocno mi się kojarzyło z utworem Porcupine Tree o tym samym tytule, ale teraz sobie przesłuchałem i napisałem to tylko po to, by munlup mógł se ze mnie beke cisnąć hehe.
Nie będę przedłużał, bo nie chcę, aby Musiał wrzucił recenzję Gang Starr przede mną. Stwierdziłbym, że to zajebista płyta, ale gdyby dev albo mój kolega od Gothica podrzucili mi ją 15 lat temu, teraz raczej tak nie stwierdzę, ale jak widać po recenzji mimo wszystko jakieś pozytywy udało mi się wygrzebać. Mimo, iż to raczej jedna ze słabszych płyt w tej zabawie, to i tak imo dev wrzucał gorsze rzeczy, bo pamiętam jak się męczyłem z tym Foxxem haha.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ciekawi mnie co będzie pierwsze - zaległa recka deva, podsumowanie deva czy wszystkie nasze recki dt. wrzutki shodana
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pewnie hiszpańska inkwizycja...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Podejrzewam, że zdążymy zapomnieć, że Dev w ogóle bierze w tym udział.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W międzyczasie zainteresowanych zabawą zapraszam do omawiania albumu Music For People In Trouble od Susanne Sundfør
shodan pisze:18 maja 2022 22:38Susanne Sundfør - Music For People In Trouble
No dobra, czas najwyższy na panią Sundfør. Jej historia jest dużo krótsza niż Pet Shop Boys. Actually to był naprawdę gigant z przeszłości. Music For People In Trouble i sama Susanne to temat dużo młodszy. Poznałem ją chyba gdzieś tak w okolicach 2013-14. Nawet nie wiem gdzie usłyszałem jej singiel White Foxes. I jakby mnie momentalnie piorun walnął! Byłem po prostu znokautowany tym utworem i teledyskiem. Od razu oczywiście rzuciłem się na jej resztę dosyć skromnej wtedy dyskografii i byłem niezwykle ukontentowany. To były moje klimaty. Pierwsza płyta taka bardzo minimalistyczna. Głównie pianino i wokal młodej Susanne. Potem album The Brothel - piękny, pełen orientalnych motywów i ciekawych kompozycji album. Następnie The Silicon Veil skąd pochodzi właśnie White Foxes i wrzucany przeze mnie wcześniej Rome. Płyta pełna mocnych, syntezatorowych brzmień. Z dużą dawką syntezatorów Mooga, które tak bardzo lubię.
W 2015, gdy byłem w Kosowie Susanne wydała album Ten Love Songs. I to właśnie z tymi klimatami kojarzę tę płytę: górzysty piękny teren, baza wojskowa na zboczu pięknej góry pod serbską granicą i nowiutki album Susanne będącej wtedy u mnie na kosmicznym topie. Wspomnę tylko, że była to płyta prawie dyskotekowa, co powinno zainteresować Mudżyna. W przeciwieństwie do Music For People In Trouble, czyli płyty, za którą pewnie stripped i Dagon mnie znienawidzą, bo właściwie bez perkusji, bez kszty rapu a nawet bez techno! Trudno się mówi, dla mnie to jedna z płyt życia. Choć ze strony Susanne liczę jeszcze na lepsze cuda. I 2022 to może być nawet rok Sundor, bo na Fb przeczytałem, że Susanne latem odje.bie trasę koncertową po Norwegii, że zacytuję: This summer sees Susanne Sundfør embark on a long-awaited tour across Norway, offering unique and improvised concert experiences featuring new material. Mam nadzięję, że chodzi o nową, długo wyczekiwaną płytę Susanne, a nie tylko o featurig z Röyksopp.
Jak już napisałem płyta jest właściwie bez perki. Ale klimat mnie zachwyca. Ulubione utwory: dwa mega numery: Undercover i przede wszystkim nieziemski Mountauners z Grantem w duecie. Susanne ma niezwykły głos, talent muzyczny, gra na gitarze, klawiszach, zachwycająco śpiewa, komponuje. Czego chcieć więcej?
Acha, jest na dodatek z Norwegii.
https://www.youtube.com/watch?v=Abet-OycQpE&t=14s
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Susanne Sontag - Muzyka dla pip w kłopotach
Bałem się tej płyty jak ognia. Wnioskując po wrzutce SS z bestki utworów, spodziewałem się jakiejś przyzwoitej, ale nie przemawiającej do mnie i męczącej elektroniki. A tu istne Tytusowe WTEM! Takie niespodzianki od Shodana, to ja lubię! To prawda, że znowu śpiewająca babka z minimal podkładem, ale jaka wielka jest ulga, że nie musiałem przedzierać się przez jakieś pseudo Florence and the Machine. To jest ciekawy album, bo momentami dryfuje w stronę lekkości K Meluły, a zaraz potem robi jakiś zwrot, który wyrywa Susanne z tego bajkowego kontekstu (lub wprowadza w jeszcze bardziej bajkowy, zależy jak się na to patrzy). Np.The Sound of War, który gitarowo zaczyna się jak Nick Drake, wokal kojarzy mi się trochę z In Winter (do czasu, jak wszystko w tym kawałku), wszystko płynie sobie w dosyć klasyczny sposób, a do załamania w niewiele ponad połowie. Najpierw fragment, który przypomina mi soundtrack do oryginalnej Suspirii, a potem ambientowa koda. Ja nie twierdzę, że takie elementy są potrzebne i bez tego muzyka nie jest interesująca, ale doceniam, że SS udało się mnie zaskoczyć, to był po prostu fajny zabieg. Ale największe zasko miałem przy Mountaineers. Nie sprawdzałem kto gra na tej płycie, bo w sumie mnie to waliło, ale słucham sobie tego kawałka i nagle słyszę znajomy, męski głos. To John Grant, facet którego swego czasu uznałem za najlepszy męski głos na świecie (i nadal podtrzymuję tę opinię). Grant nie robi featów u byle kogo i na byle jakich płytach. W sumie SS wydaje w Bella Union, wieloletniego wydawcy JG, więc pewnie do współpracy doszło przez polecenie, ale jednak! Dużo tu fajnych piosenek, Good Luck Bad Luck przypomina mi momentami Bizzare Love Triangle, a ten jazz który wjeżdża na do widzenia, robi nie mniejsze wrażenie, co Sound of War.
Nie będę opisywał każdego utworu, bo biorę ten album jako całość. Bardzo spójne minimal dzieło, które brzmieniem przypomina mi trochę jeden album Mike'a Oldfielda (nie zdradzę który, bo zapewne wrzucę go do bestki). To jest naprawdę bardzo dobra płyta. Zarówno utwory oparte o gitarę, jak i te pianinowe (tutaj już mocne skojarzenia z A Fine Frenzy, czy w ogóle z Alison Sudol) mi się podobają, różnego rodzaju dodatki (skromna elektronika, jakiś jazz) również. Świetna wrzutka, która będzie się rozpychać o pierwsze miejsce.
PS. Zrobiłem mały eksperyment i posłuchałem albumu od tyłu (w sensie odwróciłem tracklistę). Bardzo fajne doświadczenie.
Bałem się tej płyty jak ognia. Wnioskując po wrzutce SS z bestki utworów, spodziewałem się jakiejś przyzwoitej, ale nie przemawiającej do mnie i męczącej elektroniki. A tu istne Tytusowe WTEM! Takie niespodzianki od Shodana, to ja lubię! To prawda, że znowu śpiewająca babka z minimal podkładem, ale jaka wielka jest ulga, że nie musiałem przedzierać się przez jakieś pseudo Florence and the Machine. To jest ciekawy album, bo momentami dryfuje w stronę lekkości K Meluły, a zaraz potem robi jakiś zwrot, który wyrywa Susanne z tego bajkowego kontekstu (lub wprowadza w jeszcze bardziej bajkowy, zależy jak się na to patrzy). Np.The Sound of War, który gitarowo zaczyna się jak Nick Drake, wokal kojarzy mi się trochę z In Winter (do czasu, jak wszystko w tym kawałku), wszystko płynie sobie w dosyć klasyczny sposób, a do załamania w niewiele ponad połowie. Najpierw fragment, który przypomina mi soundtrack do oryginalnej Suspirii, a potem ambientowa koda. Ja nie twierdzę, że takie elementy są potrzebne i bez tego muzyka nie jest interesująca, ale doceniam, że SS udało się mnie zaskoczyć, to był po prostu fajny zabieg. Ale największe zasko miałem przy Mountaineers. Nie sprawdzałem kto gra na tej płycie, bo w sumie mnie to waliło, ale słucham sobie tego kawałka i nagle słyszę znajomy, męski głos. To John Grant, facet którego swego czasu uznałem za najlepszy męski głos na świecie (i nadal podtrzymuję tę opinię). Grant nie robi featów u byle kogo i na byle jakich płytach. W sumie SS wydaje w Bella Union, wieloletniego wydawcy JG, więc pewnie do współpracy doszło przez polecenie, ale jednak! Dużo tu fajnych piosenek, Good Luck Bad Luck przypomina mi momentami Bizzare Love Triangle, a ten jazz który wjeżdża na do widzenia, robi nie mniejsze wrażenie, co Sound of War.
Nie będę opisywał każdego utworu, bo biorę ten album jako całość. Bardzo spójne minimal dzieło, które brzmieniem przypomina mi trochę jeden album Mike'a Oldfielda (nie zdradzę który, bo zapewne wrzucę go do bestki). To jest naprawdę bardzo dobra płyta. Zarówno utwory oparte o gitarę, jak i te pianinowe (tutaj już mocne skojarzenia z A Fine Frenzy, czy w ogóle z Alison Sudol) mi się podobają, różnego rodzaju dodatki (skromna elektronika, jakiś jazz) również. Świetna wrzutka, która będzie się rozpychać o pierwsze miejsce.
PS. Zrobiłem mały eksperyment i posłuchałem albumu od tyłu (w sensie odwróciłem tracklistę). Bardzo fajne doświadczenie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Susanne Sundfor - Music for People in Trouble
Po Rome nie wiedziałem czego dalej oczekiwać od Norweżki. Shodanowy opis kierował skojarzenia w stronę czegoś lekkiego i powabnego. Początek na tyle niewyróżniający się, że bałem się kolejnej słodko-pierdzącej płyty. Zacząłem ulegać tym skojarzeniom, że jednak shodan zakopał się w muzyce lekkiej, trochę poetyckiej, ale dość łatwo przyswajalnej, po prostu ŁADNEJ. Po jakimś czasie jednak wszedł wreszcie "The Sound of War" i już sam początek przyjemnie skojarzył mi się z graniem w Twierdzę. Tu akurat świetnie wyszedł ten brak pośpiechu i podskórny nerw na początku, który potem przeradza się w jakieś właśnie wojenne pejzaże, ale bez przesycenia samplami, tutaj zostaje tylko taka energia, pewne przejęcie i intensywna zmiana klimatu. Utwór tytułowy też polega na tak poważnym kontraście. Te dwa utwory to zdecydowanie moje ulubione fragmenty i do nich zamierzam wracać. Reszta jest z gatunku tych, które mogą uderzyć do głowy najszybciej w bardzo konkretnym nastroju i sytuacji dookoła.
Druga połowa wydaje się bardziej uporządkowana, dzieje się więcej pod względem wokalnym, dochodzi ciekawsze instrumentarium (np. flet w No One...), to przestaje być płyta prościutkich piosenek opartych na tym samym, dobrze znanym schemacie. Zaczynają pełzać w zupełnie innych, ciekawszych kierunkach mimo tego, że dalej chodzi o takie wyważenie, kameralność, intywność (?) takiego doświadczenia. Płyta raczej do osobistych odsłuchów, takich naprawdę uczciwych i z ręką na serduchu. The Golden Age w tle przypomina jakieś twory Tomity, to ciekawe przełamanie kolejnego schematu, choć na pewnej chwilowej imitacji ten "eksperyment" się kończy, a szkoda. Mountaineers jak motyw na zakończenie filmu, gdzie oko kamery oddala się od planu wojennego, ruin miasta, w których np. główny bohater poszukuje swojego domu, mniej więcej takie skojarzenia nasuwają mi się do głowy. Zbędne mamrotanie ziomka wreszcie się kończy i ten podniosły ostateczny koniec jest pozytywnym wyróżnikiem.
Nierówna płyta ze zwodniczym, zbędnym, słodko-pierdzącym początkiem. Od dżeziku w Good Luck... do tytułowego utworu jest pierwszy fragment, który doceniam. Potem znowu przyjemnie jest w Undercover (ŁADNĄ melodie pani Suzanne śpiewa) i No One.... Pod koniec jest już po prostu neutralnie. Generalnie raczej na plus. Shodan lubi zapowiadać jakieś konkretne wrażenia czy opinie, w moim przypadku d e l i k a t n i e się pomylił.
Po Rome nie wiedziałem czego dalej oczekiwać od Norweżki. Shodanowy opis kierował skojarzenia w stronę czegoś lekkiego i powabnego. Początek na tyle niewyróżniający się, że bałem się kolejnej słodko-pierdzącej płyty. Zacząłem ulegać tym skojarzeniom, że jednak shodan zakopał się w muzyce lekkiej, trochę poetyckiej, ale dość łatwo przyswajalnej, po prostu ŁADNEJ. Po jakimś czasie jednak wszedł wreszcie "The Sound of War" i już sam początek przyjemnie skojarzył mi się z graniem w Twierdzę. Tu akurat świetnie wyszedł ten brak pośpiechu i podskórny nerw na początku, który potem przeradza się w jakieś właśnie wojenne pejzaże, ale bez przesycenia samplami, tutaj zostaje tylko taka energia, pewne przejęcie i intensywna zmiana klimatu. Utwór tytułowy też polega na tak poważnym kontraście. Te dwa utwory to zdecydowanie moje ulubione fragmenty i do nich zamierzam wracać. Reszta jest z gatunku tych, które mogą uderzyć do głowy najszybciej w bardzo konkretnym nastroju i sytuacji dookoła.
Druga połowa wydaje się bardziej uporządkowana, dzieje się więcej pod względem wokalnym, dochodzi ciekawsze instrumentarium (np. flet w No One...), to przestaje być płyta prościutkich piosenek opartych na tym samym, dobrze znanym schemacie. Zaczynają pełzać w zupełnie innych, ciekawszych kierunkach mimo tego, że dalej chodzi o takie wyważenie, kameralność, intywność (?) takiego doświadczenia. Płyta raczej do osobistych odsłuchów, takich naprawdę uczciwych i z ręką na serduchu. The Golden Age w tle przypomina jakieś twory Tomity, to ciekawe przełamanie kolejnego schematu, choć na pewnej chwilowej imitacji ten "eksperyment" się kończy, a szkoda. Mountaineers jak motyw na zakończenie filmu, gdzie oko kamery oddala się od planu wojennego, ruin miasta, w których np. główny bohater poszukuje swojego domu, mniej więcej takie skojarzenia nasuwają mi się do głowy. Zbędne mamrotanie ziomka wreszcie się kończy i ten podniosły ostateczny koniec jest pozytywnym wyróżnikiem.
Nierówna płyta ze zwodniczym, zbędnym, słodko-pierdzącym początkiem. Od dżeziku w Good Luck... do tytułowego utworu jest pierwszy fragment, który doceniam. Potem znowu przyjemnie jest w Undercover (ŁADNĄ melodie pani Suzanne śpiewa) i No One.... Pod koniec jest już po prostu neutralnie. Generalnie raczej na plus. Shodan lubi zapowiadać jakieś konkretne wrażenia czy opinie, w moim przypadku d e l i k a t n i e się pomylił.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No i super. Jestem na razie miło zaskoczony opiniami. 
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Shodan, nawet nie wiesz, jak dobrze się słucha pani Sundfor w leniwe, słoneczne popołudnie (dziś dzień odpoczynku) 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czy to jest już recenzja Melki? xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Nie, jeszcze nie
.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Susanne Sundfør - Music For People In Trouble
Shodan wrzucając ten album z góry założył że wraz z Dragonem go zeszrotujemy, w sumie nie wiem czy zasłużyliśmy żeby od razu nas skreślać na wejściu, wszak Susanne to śpiewającą pani ale jednak kolejny, inny artysta i inna muzyka, no ale shodan przeważnie już ma nas zaszufladkowanych i wie lepiej ;D
Nie będę ukrywał, wrzucane wcześniej Rome mnie jakoś nie porwało a przed tym albumem bałem się jakiegoś kolejnego klonu Katie Melua. Częściowo te obawy się potwierdziły, ale przejdźmy do szczegółów.
Album otwiera Mantra, utwór oparty jedynie na akustycznej gitarze i wokalu (nie licząc outro). Zaskoczyło mnie to z miejsca i muszę przyznać że ascetyczność tego numeru naprawdę mnie urzekła. Spodobało mi się to, ostatnio faktycznie trochę czasy mamy kiepskie i taka muzyka dla ludzi w kłopotach jest potrzebna, a ten pierwszy numer bardzo fajnie wycisza i uspokaja. No i jeszcze raz podkreślam to słowo - ascetyczny - bo co prawda ja sam wrzucałem Samphę na fortepian i wokal ale tam było więcej grania a tu ta gitara jest tak ledwie od niechcenia prawie grana i to coś dla mnie świeżego, nie znam takiej muzyki zbytnio. Następujący po otwieraczu Reincarnation już za to mocno daje mi vibe Melua z In Winter, niby ok ale nie robi mi nic. Good Luck, Bad Luck nieco kontynuuje mi ten klimat, ogólnie wokal Susanne mnie nie kręci na tym etapie, wolę już fortepian w tle no i potem końcówkę kiedy numer urywa się i wchodzi jazzowe outro. Jest specyficznie, mam pewne luźne skojarzenie ale odkładam je na bok. The Sound of War już lepiej, wracamy do klimatu plumken gitary i wokal, tym razem bardziej dramatyczny jest to utwór. Jest nieźle a potem... znowu kolejne zaskakujące outro! Wchodzi elektroniczny drone, robi się znowu dziwnie, filmowo i moje luźne skojarzenie z poprzedniego utworu wraca ze zdwojoną mocą - to jest cholernie Lynchowskie! Jak dla mnie klimaty 3 sezonu Twin Peaks, to by idealnie tam pasowało. Więc wiem już że to nie będzie jednowymiarowy album klona Katie Melua, o nie, tu się dziwne rzeczy dziać będą (notabene rozdźwięk też rodem z Twin Peaks - od słodyczy opery mydlanej po jakiś chory psychologiczny thriller, swoją drogą byłem ciekaw czy Hien będzie miał podobne feelsy ale widzę że chyba nie). Kiedy wchodzi tytułowy utwór czuję że już na dobre utknąłem chyba w tej Lynchowskiej "Czarnej Chacie", tym razem dziwny przerywnik otwiera utwór, ten monolog ze swoimi dźwiękami i glitchami serio robi mi klimat jakbym oglądał właśnie odcinek wspomnianego już serialu. Potem znów plumken gitara i dla odmiany flet, świetny dwuczęściowy utwór ogółem. W Bedtime Story powraca fortepian - wolę chyba Susanne przy akompaniamencie gitary jednak - ale przemiłym zaskoczeniem jest instrument dęty, zdaje się klarnet jak zaglądam do creditsów, oraz zastosowanie echa czy reverbu w refrenie (to samo co spodobało mi się u Arki wrzucanej przez Dragona teraz). Przy Undercover biję się w pierś bo olałem link od shodana i słuchałem playlisty osobnych numerów gdzie Undercover jest skrócone o minutę. W wersji albumowej brzmi lepiej, zdąży się wkręcić bardziej, pod koniec słychać tamburyn i powolny bit co przywodzi miłe skojarzenia z Condemnation. W No One Believes In Love Anymore znów trochę przynudza wokal mam wrażenie, wolę już instrumentalną część utworu kiedy wchodzi flet. The Golden Age reprezentuje tą ciekawszą połowę płyty, fajne brzmienie basowego klawisza przywodzi mi z miejsca na myśl Philipa Glassa, ale klimat dookoła jest raczej senno-bajkowy. Jest... interesująco, nie nudzę się chociaż. Na koniec przychodzi Mountaineers z którym mam w sumie największy problem. Przyznam że czytając Wasze recki zdziwiłem się kiedy przeczytałem wzmiankę że to duet z niejakim Grantem bo nie mogłem sobie przypomnieć męskiego wokalisty na płycie ale okazało się że to po prostu to co kojarzyło mi się z gregoriańskim chorałem raczej i nie przywiązywałem do niego żadnej wagi. Po Grancie wchodzi Susanne, robi się niebiańsko i w sumie tyle, ten numer najbardziej spływa po mnie jak po kaczce co nie pozostawia najlepszego wrażenia na końcu.
Nie jest taki najgorszy ten album, ma swoje momenty i w tych najbardziej wykręconych momentach że tak powiem mi się podoba. Jest jakaś nikła szansa że do niego wrócę, w sumie kiedy zrobimy przerwę myślę że do niego wrócę chętniej niż do wielu innych pozycji, tylko może potrzebuje innej aury dookoła albo sytuacji życiowej, kto wie. Fajnie wycisza ta muzyka ale chwilami i mnie nudzi jak rzetelne śpiewające panie. Cóż, i tak jest lepiej niż przewidywał shodan chyba. Najlepsze momenty dla mnie - Mantra, Music For People In Trouble oraz The Golden Age. Miejscami też niestety chwile bez wokalu Susanne.
Shodan wrzucając ten album z góry założył że wraz z Dragonem go zeszrotujemy, w sumie nie wiem czy zasłużyliśmy żeby od razu nas skreślać na wejściu, wszak Susanne to śpiewającą pani ale jednak kolejny, inny artysta i inna muzyka, no ale shodan przeważnie już ma nas zaszufladkowanych i wie lepiej ;D
Nie będę ukrywał, wrzucane wcześniej Rome mnie jakoś nie porwało a przed tym albumem bałem się jakiegoś kolejnego klonu Katie Melua. Częściowo te obawy się potwierdziły, ale przejdźmy do szczegółów.
Album otwiera Mantra, utwór oparty jedynie na akustycznej gitarze i wokalu (nie licząc outro). Zaskoczyło mnie to z miejsca i muszę przyznać że ascetyczność tego numeru naprawdę mnie urzekła. Spodobało mi się to, ostatnio faktycznie trochę czasy mamy kiepskie i taka muzyka dla ludzi w kłopotach jest potrzebna, a ten pierwszy numer bardzo fajnie wycisza i uspokaja. No i jeszcze raz podkreślam to słowo - ascetyczny - bo co prawda ja sam wrzucałem Samphę na fortepian i wokal ale tam było więcej grania a tu ta gitara jest tak ledwie od niechcenia prawie grana i to coś dla mnie świeżego, nie znam takiej muzyki zbytnio. Następujący po otwieraczu Reincarnation już za to mocno daje mi vibe Melua z In Winter, niby ok ale nie robi mi nic. Good Luck, Bad Luck nieco kontynuuje mi ten klimat, ogólnie wokal Susanne mnie nie kręci na tym etapie, wolę już fortepian w tle no i potem końcówkę kiedy numer urywa się i wchodzi jazzowe outro. Jest specyficznie, mam pewne luźne skojarzenie ale odkładam je na bok. The Sound of War już lepiej, wracamy do klimatu plumken gitary i wokal, tym razem bardziej dramatyczny jest to utwór. Jest nieźle a potem... znowu kolejne zaskakujące outro! Wchodzi elektroniczny drone, robi się znowu dziwnie, filmowo i moje luźne skojarzenie z poprzedniego utworu wraca ze zdwojoną mocą - to jest cholernie Lynchowskie! Jak dla mnie klimaty 3 sezonu Twin Peaks, to by idealnie tam pasowało. Więc wiem już że to nie będzie jednowymiarowy album klona Katie Melua, o nie, tu się dziwne rzeczy dziać będą (notabene rozdźwięk też rodem z Twin Peaks - od słodyczy opery mydlanej po jakiś chory psychologiczny thriller, swoją drogą byłem ciekaw czy Hien będzie miał podobne feelsy ale widzę że chyba nie). Kiedy wchodzi tytułowy utwór czuję że już na dobre utknąłem chyba w tej Lynchowskiej "Czarnej Chacie", tym razem dziwny przerywnik otwiera utwór, ten monolog ze swoimi dźwiękami i glitchami serio robi mi klimat jakbym oglądał właśnie odcinek wspomnianego już serialu. Potem znów plumken gitara i dla odmiany flet, świetny dwuczęściowy utwór ogółem. W Bedtime Story powraca fortepian - wolę chyba Susanne przy akompaniamencie gitary jednak - ale przemiłym zaskoczeniem jest instrument dęty, zdaje się klarnet jak zaglądam do creditsów, oraz zastosowanie echa czy reverbu w refrenie (to samo co spodobało mi się u Arki wrzucanej przez Dragona teraz). Przy Undercover biję się w pierś bo olałem link od shodana i słuchałem playlisty osobnych numerów gdzie Undercover jest skrócone o minutę. W wersji albumowej brzmi lepiej, zdąży się wkręcić bardziej, pod koniec słychać tamburyn i powolny bit co przywodzi miłe skojarzenia z Condemnation. W No One Believes In Love Anymore znów trochę przynudza wokal mam wrażenie, wolę już instrumentalną część utworu kiedy wchodzi flet. The Golden Age reprezentuje tą ciekawszą połowę płyty, fajne brzmienie basowego klawisza przywodzi mi z miejsca na myśl Philipa Glassa, ale klimat dookoła jest raczej senno-bajkowy. Jest... interesująco, nie nudzę się chociaż. Na koniec przychodzi Mountaineers z którym mam w sumie największy problem. Przyznam że czytając Wasze recki zdziwiłem się kiedy przeczytałem wzmiankę że to duet z niejakim Grantem bo nie mogłem sobie przypomnieć męskiego wokalisty na płycie ale okazało się że to po prostu to co kojarzyło mi się z gregoriańskim chorałem raczej i nie przywiązywałem do niego żadnej wagi. Po Grancie wchodzi Susanne, robi się niebiańsko i w sumie tyle, ten numer najbardziej spływa po mnie jak po kaczce co nie pozostawia najlepszego wrażenia na końcu.
Nie jest taki najgorszy ten album, ma swoje momenty i w tych najbardziej wykręconych momentach że tak powiem mi się podoba. Jest jakaś nikła szansa że do niego wrócę, w sumie kiedy zrobimy przerwę myślę że do niego wrócę chętniej niż do wielu innych pozycji, tylko może potrzebuje innej aury dookoła albo sytuacji życiowej, kto wie. Fajnie wycisza ta muzyka ale chwilami i mnie nudzi jak rzetelne śpiewające panie. Cóż, i tak jest lepiej niż przewidywał shodan chyba. Najlepsze momenty dla mnie - Mantra, Music For People In Trouble oraz The Golden Age. Miejscami też niestety chwile bez wokalu Susanne.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dla mnie muza z Twin Peaks (jeśli ograniczamy się tylko do Badalementiego), to coś kompletnie unikatowego i rzadko budzi mi się w głowie to skojarzenie. Wiem o co Ci chodzi w przypadku SS, ale dla mnie to jest trochę za mało. Inna sprawa, że takich zabiegów/klimatów nasłuchałem się sporo, zanim poznałem Badalementiego, więc może dlatego moja głowa nie wędruje od razu do jednego źródła.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
BTW, dwa dni temu minął miesiąc od rozpoczęcia kolejki. Mam wrażenie, że nawet z Czezem szło to kiedyś szybciej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Właśnie w tym rzecz że celowo go pominąłem i pisałem o 3 sezonie TP gdzie Lynch sięgał po wielu innych twórców którzy jednak trzymali wyjątkowy klimat.Hien pisze:19 cze 2022 17:43Dla mnie muza z Twin Peaks (jeśli ograniczamy się tylko do Badalementiego),
Jakieś dziwne drony czy mroczne ambienty serwował np. Dean Hurley
https://youtu.be/e_aKXcJXdoI
A ten zadymiony jazz to bardziej niż z Badalamentim przypominał mi Johnny'ego Jewela:
https://youtu.be/ijcTx6vBoJw
Swoją drogą poszukałem i wiem że Lynch sam w sobie jest/był duża inspiracją dla Susanne (jego książka Catching the Big Fish, nie muzyka czy filmy), zaś podobno przy tworzeniu jej utworu The Brothel inspiracją było brzmienie czołówki z Twin Peaks. Ale to tylko ciekawostki, drobne znaki że te światy gdzieś się łączą jednak.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z Czezem nie było tak ciężkostrawnych hh wrzutekHien pisze:19 cze 2022 18:53BTW, dwa dni temu minął miesiąc od rozpoczęcia kolejki. Mam wrażenie, że nawet z Czezem szło to kiedyś szybciej.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No i Czez podczas swojej krótkiej obecności w tej zabawie zdołał wrzucić Violatora, a zaryzykuję tezę, że uczestnicy zabawy raczej go znają xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wypowiedzi, które starzeją się słdevotional pisze:25 sty 2022 15:15Tydzień na album to jest aż nadto.Hien pisze:25 sty 2022 14:55Tydzień na album, który średnio będzie miał 40 minut, to chyba nie jest mało czasu? xD Nawet biorąc pod uwagę wielokrotne odsłuchy.