Best of Forum
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Boards of Canada - Kid For Today
Wspominałem już o czacie jaki mam na msngrze z dwoma kolegami, nazywa się Overhype i tak będę teraz go nazywał, bo on się będzie pojawiał nieraz. Tak się składa, że 2/3 Oh to fani BoC. Tą 1/3 niefanowską jestem ja, a raczej po prostu nie znam bandu zbyt dobrze. Oczywiście, podsyłano mi stuff, ale ja, pomimo że słuchałem z uznaniem, nigdy nie miałem za bardzo ochoty się dalej w to wkręcać. Wiem skąd się bierze popularność Boards of Canada, potrafię to usłyszeć, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że już gdzieś to kiedyś słyszałem i w sumie, nie ma w tym nic na tyle interesującego żebym się wziął za jakiś pełny album. Szkoda, że Dragon nie wrzucił albumu, to może zmuszony, zapoznałbym się w końcu z jakimś kompletnym dziełem, a tak pozostaje mi tylko kolejny utwór. Jest to fajny utwór. Faktycznie, kojarzy mi się z jakaś akcją na dworze, w tym wypadku jakiś pochmurny dzień, jesienny krajobraz, jakaś uliczka, obok szkoła z opustoszałym podwórkiem, jakieś trzepaki, huśtawki, itd. „Strefa mroku”, krótko mówiąc. Ta muza przypomina mi, i teraz jak zrobić żeby to nie zabrzmiało jakbym się nabijał, przypomina mi krótkie dżingle zapętlone w menu płyt dołączanych do Świata Gier Komputerowych (pisałem już o tym chyba przy okazji Esprit). Trafia do mnie opisanie BoC jako czegoś na swój sposób duchologicznego, bo u mnie takie lekko sentymentalne wrażenie stwarza, ale poza tym doceniam na każdym innym polu. Nic oryginalnego, ale bardzo solidnego, mnie wystarczy żeby dać ok.
Gong - The Isle of Everywhere
Swego czasu coś tam Gonga słuchałem, bo to był jeden z zespołów, których nie wypadało nie znać będąc fanem rocka progresywnego. Moja opinia na temat tego zespołu nadal jest raczej ciepła, ta muzyka nie zestarzała się źle. W ogóle beka, bo Gong to jeden z tych zespołów, które będą żyć wiecznie.
Z oryginalnego składu nikt już nie został, najstarszy stażem członek dołączył w 2007 r., a zespół powstał w 1967 r. xD A przynajmniej jego pierwsza inkarnacja, bo potem tych Gongów było więcej niż składów Boney M. Przypomina mi to sytuację z Goblinami i ja to na swój sposób cenię, bo to ciekawe doświadczenie mieć kilka wersji zespołu, nagrywających płyty w studiu, ciągnąc muzykę w różnych kierunkach. No, ale ja tu gadu gadu, a nic o utworze. No co, space rock prostytutka xD space rock, psychodelia, prog. Powinienem zjechać ten kawałek, bo to fleksowanie się nad instrumentami przez 10 minut z krótkim, lekko funkującym loopem w tle… ale nie potrafię xD to mi się zwyczajnie podoba, nie wiem, no space rock xD Jest coś w tej muzyce, że może trwać i trwać i faktycznie te akrobacje instrumentalne są z założenia słabe, ale tutaj jakoś mi nie przeszkadzają. Może dlatego, że Gong, w przeciwieństwie do wielu zespołów progresywnych, ogarniętych obsesją technicznej perfekcji, nie zapominają o tworzeniu konkretnej atmosfery. Tak więc leci prejz dla Gong.
New Order - Blue Monday
Obiecałem Murzynowi, że nie będę się wyzłośliwiał, zwłaszcza, że de facto recenzuję tu utwór trzech osób xD Ja się jakoś nigdy nie załapałem na hypetrain "Blue Monday" i zawsze kiedy ludzie zasrywają mi fejsa tym utworem w blue monday, to nerwica mnie strzela. Ja wiem, że to jest dobry kawałek, jeden z tych co mają wszystko żeby być hitem i był to hit zasłużony, mimo że minęło jeszcze trochę czasu zanim Albrecht Dicken (znany również jako Bernard Sumner) wyrobił się do śpiewania popowych piosenek. Szkoda, że wielu z nas jest ograbionych z tego fajnego doświadczenia słuchania tego kiedy to było nowe. Shodan mooooże będzie mógł coś tu napisać na ten temat, dla reszty to będzie już wspominanie retro i to retro z czasów kiedy nie było nas na świecie. Swoją drogą, Shodan lubi narzekać na brak refrenów, a tu chyba refrenu nie ma.
Mnie to w sumie nie przeszkadza, w sumie z kolegami w Azbescie robiliśmy to samo, jak coś się zaczynało, to już leciało tak samo do końca kawałka xD
W tamtym czasie nie umieliśmy inaczej, ale można było robić przyzwoite rzeczy w ten sposób i to było spoko. No, w każdym razie, ode mnie dosyć chłodny prejz dla "Blue Monday", bo doceniam ten kawałek pod każdym docenialnym względem, ale sam nie darzę go jakimś gorącym uczuciem, nie mam z nim jakichś fajnych wspomnieć (a nawet mam niefajne) i generalnie nie włączam go z własnej woli. Ale szanuję.
Colin Vearncombe - Water on Snow
Z Blackiem/Colinem zaznajomił mnie oczywiście Musiał, bo kto inny? Wcześniej Blacka znałem tylko z „Wonderful Life”, kawałka, który lubiłem, ale bez przesady, nie włączałem go sam z siebie. Kojarzył mi się miło z dzieciństwie. Tymczasem facet, który wydawał się one hit wonderem, zrobił wspaniałą karierę. Komercyjnie nie wspiął się już na żadne wyżyny, ale jego muzyka popłynęła w kierunkach zdecydowanie mi bliższych, niż to co robił w latach 80. Głos jak stodoła i olbrzymi talent. Na początku 2016 r., jechaliśmy z Devem na pogrzeb wspólnej znajomej, tzn. ja już byłem na miejscu, a Dev dojeżdżał. Rano, w dzień pogrzebu, zostałem obudzony informacją, że David Bowie nie żyje. Potem, tego samego dnia, Dev przeczytał na fb, że Colin Vearncombe miał poważny wypadek samochodowy i jest w śpiączce. Niedługi czas później, zmarł. To był gruby i ciężki dzień. „Water on Snow” powórcił w sad playliście, o której wspominałem przy okazji Poets of The Fall. Jest to wspaniały kawałek i nie chce mi się trochę wdawać w szczegóły. Jest i tyle.
Recoil - Luscious Apparatus
Dziki Anal. Powiem szczerze, że fajnie, że mamy go z głowy w albumach i tu, no chyba, że ktoś jeszcze planuje rzucać Recoilem, no to trudno. "Unsound Methods", to jest spoko album. Alan osiągnął tam pewien pułap konkretnego brzmienia i w sumie cieszę się, że miał na tyle rigczu, zeby na kolejnych płytach próbować już innych rzeczy. Alan to królewicz studia, produkcji. I to w zasadzie dobrze określa ten utwór. To jest showcase produkcji, tego co można zrobić z dźwiękiem, z instrumentami, z nakładkami, żeby uzyskać ciekawe efekty. Takie demo studyjnego know-how. Kompozycja z tego jest raczej mierna, ale brzmienie robi wrażenie. Wprawdzie ta recytacja mi nie robi, nie szukam już audiobooków w muzyce, ale podkład jest ciekawym doświadczeniem, słucha się przyjemnie. Dźwięk dla dźwięku, sztuka dla sztuki. Dla takich rzeczy też musi być miejsce.
Kylie Minogue - Can't Get You Out Of My Head
Poznanie tego kawałka przez TRZY SZÓSTKI, to jest niezły hit. Podejrzewam, że „Oops I Did It Again” Mentos poznał z bloga Dejnarowicza xD Śmiechy śmiechami, ale prawdą jest, że te 20 lat temu, każdy to znał i leciało to wszędzie. Powiem więcej, nadal leci. W sumie nie uwierzę, że ktoś tego nigdy nie słyszał. Dla Minogue to było jednak coś, mieć taki giga przebój, tyle lat po rozpoczęciu kariery i czarowaniu „I Should Be So Lucky” śliniących się do niej starych, których synowie ślinili się potem oglądając klip do „Can't Get You Out Of My Head„, Dużo klasy i wdzięku ma ta kobieta oraz, podobnie jak Madonna, nosa do tego z kim pracuje. Niezwykły klimat ma ten kawałek, trochę senny, a jednak bujający. Ja się nie znam, ale mi się to podoba. LALALA LALALALALA i tyle.
Fajna kolejka, miła i sympatyczna. Nie mam jednego typu, jeśli już to myślę, że Dev, niedaleko potem Mentos i Melki, odrobinę dalej Dragon (ale odrobinę). Potem trochę nic i Murzyn z Shodanem. Ale pamiętajcie, ja to wszystko SZNAUJĘ xDDDD
Wspominałem już o czacie jaki mam na msngrze z dwoma kolegami, nazywa się Overhype i tak będę teraz go nazywał, bo on się będzie pojawiał nieraz. Tak się składa, że 2/3 Oh to fani BoC. Tą 1/3 niefanowską jestem ja, a raczej po prostu nie znam bandu zbyt dobrze. Oczywiście, podsyłano mi stuff, ale ja, pomimo że słuchałem z uznaniem, nigdy nie miałem za bardzo ochoty się dalej w to wkręcać. Wiem skąd się bierze popularność Boards of Canada, potrafię to usłyszeć, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że już gdzieś to kiedyś słyszałem i w sumie, nie ma w tym nic na tyle interesującego żebym się wziął za jakiś pełny album. Szkoda, że Dragon nie wrzucił albumu, to może zmuszony, zapoznałbym się w końcu z jakimś kompletnym dziełem, a tak pozostaje mi tylko kolejny utwór. Jest to fajny utwór. Faktycznie, kojarzy mi się z jakaś akcją na dworze, w tym wypadku jakiś pochmurny dzień, jesienny krajobraz, jakaś uliczka, obok szkoła z opustoszałym podwórkiem, jakieś trzepaki, huśtawki, itd. „Strefa mroku”, krótko mówiąc. Ta muza przypomina mi, i teraz jak zrobić żeby to nie zabrzmiało jakbym się nabijał, przypomina mi krótkie dżingle zapętlone w menu płyt dołączanych do Świata Gier Komputerowych (pisałem już o tym chyba przy okazji Esprit). Trafia do mnie opisanie BoC jako czegoś na swój sposób duchologicznego, bo u mnie takie lekko sentymentalne wrażenie stwarza, ale poza tym doceniam na każdym innym polu. Nic oryginalnego, ale bardzo solidnego, mnie wystarczy żeby dać ok.
Gong - The Isle of Everywhere
Swego czasu coś tam Gonga słuchałem, bo to był jeden z zespołów, których nie wypadało nie znać będąc fanem rocka progresywnego. Moja opinia na temat tego zespołu nadal jest raczej ciepła, ta muzyka nie zestarzała się źle. W ogóle beka, bo Gong to jeden z tych zespołów, które będą żyć wiecznie.
Z oryginalnego składu nikt już nie został, najstarszy stażem członek dołączył w 2007 r., a zespół powstał w 1967 r. xD A przynajmniej jego pierwsza inkarnacja, bo potem tych Gongów było więcej niż składów Boney M. Przypomina mi to sytuację z Goblinami i ja to na swój sposób cenię, bo to ciekawe doświadczenie mieć kilka wersji zespołu, nagrywających płyty w studiu, ciągnąc muzykę w różnych kierunkach. No, ale ja tu gadu gadu, a nic o utworze. No co, space rock prostytutka xD space rock, psychodelia, prog. Powinienem zjechać ten kawałek, bo to fleksowanie się nad instrumentami przez 10 minut z krótkim, lekko funkującym loopem w tle… ale nie potrafię xD to mi się zwyczajnie podoba, nie wiem, no space rock xD Jest coś w tej muzyce, że może trwać i trwać i faktycznie te akrobacje instrumentalne są z założenia słabe, ale tutaj jakoś mi nie przeszkadzają. Może dlatego, że Gong, w przeciwieństwie do wielu zespołów progresywnych, ogarniętych obsesją technicznej perfekcji, nie zapominają o tworzeniu konkretnej atmosfery. Tak więc leci prejz dla Gong.
New Order - Blue Monday
Obiecałem Murzynowi, że nie będę się wyzłośliwiał, zwłaszcza, że de facto recenzuję tu utwór trzech osób xD Ja się jakoś nigdy nie załapałem na hypetrain "Blue Monday" i zawsze kiedy ludzie zasrywają mi fejsa tym utworem w blue monday, to nerwica mnie strzela. Ja wiem, że to jest dobry kawałek, jeden z tych co mają wszystko żeby być hitem i był to hit zasłużony, mimo że minęło jeszcze trochę czasu zanim Albrecht Dicken (znany również jako Bernard Sumner) wyrobił się do śpiewania popowych piosenek. Szkoda, że wielu z nas jest ograbionych z tego fajnego doświadczenia słuchania tego kiedy to było nowe. Shodan mooooże będzie mógł coś tu napisać na ten temat, dla reszty to będzie już wspominanie retro i to retro z czasów kiedy nie było nas na świecie. Swoją drogą, Shodan lubi narzekać na brak refrenów, a tu chyba refrenu nie ma.
Mnie to w sumie nie przeszkadza, w sumie z kolegami w Azbescie robiliśmy to samo, jak coś się zaczynało, to już leciało tak samo do końca kawałka xD
W tamtym czasie nie umieliśmy inaczej, ale można było robić przyzwoite rzeczy w ten sposób i to było spoko. No, w każdym razie, ode mnie dosyć chłodny prejz dla "Blue Monday", bo doceniam ten kawałek pod każdym docenialnym względem, ale sam nie darzę go jakimś gorącym uczuciem, nie mam z nim jakichś fajnych wspomnieć (a nawet mam niefajne) i generalnie nie włączam go z własnej woli. Ale szanuję.
Colin Vearncombe - Water on Snow
Z Blackiem/Colinem zaznajomił mnie oczywiście Musiał, bo kto inny? Wcześniej Blacka znałem tylko z „Wonderful Life”, kawałka, który lubiłem, ale bez przesady, nie włączałem go sam z siebie. Kojarzył mi się miło z dzieciństwie. Tymczasem facet, który wydawał się one hit wonderem, zrobił wspaniałą karierę. Komercyjnie nie wspiął się już na żadne wyżyny, ale jego muzyka popłynęła w kierunkach zdecydowanie mi bliższych, niż to co robił w latach 80. Głos jak stodoła i olbrzymi talent. Na początku 2016 r., jechaliśmy z Devem na pogrzeb wspólnej znajomej, tzn. ja już byłem na miejscu, a Dev dojeżdżał. Rano, w dzień pogrzebu, zostałem obudzony informacją, że David Bowie nie żyje. Potem, tego samego dnia, Dev przeczytał na fb, że Colin Vearncombe miał poważny wypadek samochodowy i jest w śpiączce. Niedługi czas później, zmarł. To był gruby i ciężki dzień. „Water on Snow” powórcił w sad playliście, o której wspominałem przy okazji Poets of The Fall. Jest to wspaniały kawałek i nie chce mi się trochę wdawać w szczegóły. Jest i tyle.
Recoil - Luscious Apparatus
Dziki Anal. Powiem szczerze, że fajnie, że mamy go z głowy w albumach i tu, no chyba, że ktoś jeszcze planuje rzucać Recoilem, no to trudno. "Unsound Methods", to jest spoko album. Alan osiągnął tam pewien pułap konkretnego brzmienia i w sumie cieszę się, że miał na tyle rigczu, zeby na kolejnych płytach próbować już innych rzeczy. Alan to królewicz studia, produkcji. I to w zasadzie dobrze określa ten utwór. To jest showcase produkcji, tego co można zrobić z dźwiękiem, z instrumentami, z nakładkami, żeby uzyskać ciekawe efekty. Takie demo studyjnego know-how. Kompozycja z tego jest raczej mierna, ale brzmienie robi wrażenie. Wprawdzie ta recytacja mi nie robi, nie szukam już audiobooków w muzyce, ale podkład jest ciekawym doświadczeniem, słucha się przyjemnie. Dźwięk dla dźwięku, sztuka dla sztuki. Dla takich rzeczy też musi być miejsce.
Kylie Minogue - Can't Get You Out Of My Head
Poznanie tego kawałka przez TRZY SZÓSTKI, to jest niezły hit. Podejrzewam, że „Oops I Did It Again” Mentos poznał z bloga Dejnarowicza xD Śmiechy śmiechami, ale prawdą jest, że te 20 lat temu, każdy to znał i leciało to wszędzie. Powiem więcej, nadal leci. W sumie nie uwierzę, że ktoś tego nigdy nie słyszał. Dla Minogue to było jednak coś, mieć taki giga przebój, tyle lat po rozpoczęciu kariery i czarowaniu „I Should Be So Lucky” śliniących się do niej starych, których synowie ślinili się potem oglądając klip do „Can't Get You Out Of My Head„, Dużo klasy i wdzięku ma ta kobieta oraz, podobnie jak Madonna, nosa do tego z kim pracuje. Niezwykły klimat ma ten kawałek, trochę senny, a jednak bujający. Ja się nie znam, ale mi się to podoba. LALALA LALALALALA i tyle.
Fajna kolejka, miła i sympatyczna. Nie mam jednego typu, jeśli już to myślę, że Dev, niedaleko potem Mentos i Melki, odrobinę dalej Dragon (ale odrobinę). Potem trochę nic i Murzyn z Shodanem. Ale pamiętajcie, ja to wszystko SZNAUJĘ xDDDD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wiem, że ostatnio w chyba dwóch utworach narzekałem na rzekomy "brak" refrenu. Ale nie dlatego, że go tam nie było, tylko dlatego, że był tak beznadziejny. A znam za to dużo świetnych utworów bez refrenu jako takiego i mi to wcale nie przeszkadza. Jak choćby Blue Monday.Hien pisze:28 cze 2022 11:00Swoją drogą, Shodan lubi narzekać na brak refrenów, a tu chyba refrenu nie ma.
Nie wiedziałem, że Colin Vearncombe to Black. I nie wiedziałem, że nie żyje.
Kiedyś już gdzieś czytałem, że gość znany z Wonderful Life miał tak naprawdę dużo więcej do zaoferowania. I zawsze przekonanie się o tym odkładałem na później. Może dzięki tej wrzutce wreszcie się zmobilizuję?
To prawda. Właściwie ciężko tu mówić o kompozycji czy jakiejkolwiek linii melodycznej. Jednak utwór robi wrażenie i to chyba nawet większa sztuka, niż dorabianie aranżu do jakiejś melodii.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czy większa, to nie wiem. Na pewno nie większa niż napisanie dobrej piosenki, a tego, niestety, Alan nie miał (nie twierdzę, że to jakaś zbrodnia, facet miał swoje poletko). Chociaż "The Landscape Is Changing", jak na nowicjusza, wyszło mu nieźle.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja mówiłem tylko o aranżowaniu, nie o pisaniu kompozycji. Bo w tym względzie, to rzeczywiście do Gora nie miał w ogóle startu.
Ale w swoich klimatach Alan odnajdywał się idealnie.
Ale w swoich klimatach Alan odnajdywał się idealnie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ano w aranżu Alan był dobry. Czasami przesadzał z gęstością, ale w Recoil nie może być raczej mowy o innym podejściu xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
BoC oczywiście pojawi się w albumówce
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
U mnie też najprawdopodobniej 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jak już kiedyś nadrobisz zaległości to może i wrzucisz
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No u mnie poznawanie muzyki z losowych miejsc to norma, ale chyba nic nie przebije mojego brata, który po obejrzeniu programu Studio Yayo ściągnął debiut Talking Heads xDPoznanie tego kawałka przez TRZY SZÓSTKI, to jest niezły hit. Podejrzewam, że „Oops I Did It Again” Mentos poznał z bloga Dejnarowicza xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
ŁODAFAK 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W Studio Yayo było TH? XDDDD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Travis Boxes
Hienowa melancholia naprawdę mi pasuje. Boxes wchodzi w pewien dialog z wrzutkami z początku naszej gry. Zespół dla mnie kompletnie obcy, ale przetwarza rockową estetykę w taki sposób, że wyłapuję różne echa, ale zazwyczaj jest to zrobione w na tyle charakterny sposób, że na statystycznych odsłuchach się nie kończy. Elektroniczny podkład tego typu to moja słabość, jest trochę radioheadowy, kiedy zestawia się go z takimi akustycznymi brzmieniami, ale całość nie jest tak bogato rozbudowana. Lekko, powabnie, ale z podszytym nerwem i melancholią. Atmosferyczny rock o niebo subtelniejszy i mniej czarno-biały niż nie jedna postrockowa kobyła. Ciekawi mnie to ostrzejsze wydanie, o którym pisze Hien, choć jednocześnie trochę się go obawiam, bo tutaj wszystko gra, jak trzeba i żadnej ostrości... nie trzeba.
Gong The Isle of Everywhere
Pierwszy kontakt z tym utworem i ja już znowu wiem dobrze, czemu w pewnym momencie progresyf przestał mnie interesować. Wiele dni i tygodni przebijałem się przez równie podobne, gęściutkie, rozbudowane, a jednocześnie kompletnie nieangażujące rzeczy. Mam bardzo ambiwalentne odczucia do mieszania elektronicznych brzmień z tak żywiołową, improwizowaną (albo tylko pozornie improwizowaną) muzyką na żywych instrumentach. Jesteśmy w rozkroku między funkowymi, jazzowymi ciągotami, a światem psychodelicznych, zamaszystych pasaży (uwielbiam to słowo) syntezatorowych. Próbuję się skupić, ale ostatecznie zawsze w którymś momencie numer spełnia rolę muzaka, tła pod inne, bardziej angażujące działania. Dla mnie to struktura wykorzystująca dwa języki muzyczne, które może nawet się uzupełniają, ale ten efekt jest przeciętny. Szkoda też, że ta kanonada się urywa gwałtownie, właściwego finiszu brak, a jakby tak okazało się, że z jakimś uzupełnieniem byłoby lepiej?
New Order Blue Monday
Z wyraźnym opóźnieniem w stosunku do moich licealnych znajomych odkrywałem New Order. Pośrednio przez to, że Blue Monday było dla mnie dość wkurzające i przez pryzmat słabego doświadczenia z tym kawałkiem niespecjalnie grzała mnie myśl sięgnięcia po coś więcej. W pewnym momencie Technique czy 1981-1982 zrobiły swoje. Groove klasyczne umpa umpa, w sumie to najprzyjemniejszy element całości. Reszta przypomina pod względem konstrukcji wydawane w tamtym czasie elektro utwory, dokładniej mówiąc ich gorsze 12calowe wersje. Radiową wersję strawiłbym lepiej. Tutaj dzieje się straszny śmietnik w aranżu, znowu jakiś zgniły kompromis i dokraszanie hipnotycznego rytmu średniawym wokalem, kuriozalnymi zatrzymaniami całości, gitarowym plumkaniem bez ładu i składu. Kraftwerkowy sampel specyficzny. Całość jest nieprzyjemnie niespójna klimatycznie, końcówka tanio pompatyczna, dramatyczna? C h u j wie o co tu chodzi, a jak aspekt klubowy się kompletnie nie udziela, to houston mamy problem. Nie mam ochoty w sumie nawet tego dociekać. Rytm okraszony wysypiskiem śmieci nie jest w stanie tego utrzymać.
Colin Veamcombe Water on Snow
Niech i ten numer będzie cheesy, ale jest bardzo emocjonalny, jest to dla mnie autentyczne, a tutaj naturalne wydaje się JAKIEŚ przekroczenie. Momenty pojawiania się tego dwugłosu są bardzo blisko przekroczenia granicy melodramatu do przetrawienia. W chwilach zwątpienia, znacznie niższego poczucia wartości, rozstania... mogłoby to działać podobnie jak No Suprises na przykład. Intro acapella wydaje się zbędne, budzi we mnie jakieś rytualne skojarzenia, nie pasuje do reszty. Z pewnością nie jest to rzecz do słuchania ot tak, bez powodu. Ląduje na półce "w momentach kryzysowych".
Recoil Luscious Apparatus
Są lepsze strzały na Unsound Methods, chociażby bezpośrednio grający z religijną liryką Red River Cargo albo najbardziej piosenkowy Stalker. Lucek Aparatczyk nie jest taki niestandardowy, Liquid stoi takimi miniaturowymi słuchowiskami, a i UM przecież nie ma ich tak mało. Dość efekciarskie, ten kawałek stoi produkcją, bo tekst, jak to mówią młodzi, trochę edgy. Nie wiem, czy kiedykolwiek coś mnie tutaj bardziej rajcowało ponad tymi perkusyjnymi pętlami. Dawniej miałem więcej sympatii do Recoil jako całości, dzisiaj aż tak mnie ta muzyka nie kręci - poza subHuman, ale tam i lirycznie jest skromniej, a muzycznie za to więcej oddechu, czasu, wyciszenia. Kiedyś muszę zrobić wielki powrót do wszystkich płyt i zweryfikować te wątpliwości. Po Lucku nie bardzo mi się do tego spieszy.
Kylie Minogue Cant Get You Out of My Head
W głębokim dzieciństwie i ten kawałek się przewinął przez uszy. Nie pamiętam już tego, co o nim kiedyś myślałem. Na pewno wybrzmiewał w głowie lepiej przed odświeżeniem. Zestarzał się średnio, taka Reni Jusis przy Kylie to jest mistrzyni rytmu i jej rzeczy są lepiej wyprodukowane, itd, itp, etc. Tutaj drzewo sandałowe jest od początku do końca, zaskakująco wolno, a do tego niespecjalnie przebojowo. Pewnie magia LA LA LA zadziałała, a do tego lekko śmieszą elektroniczne efekty zestawione miejscami z taką tanią elektroniczną symfonią w tle. Wokoder też mi tam zgrzyta. Brutalna weryfikacja dawnych doświadczeń muzycznych, choć nie jestem przekonany, że i dawniej byłem jakoś naprawdę zachwycony. Inny byłby też odbiór za pierwszym razem tu i teraz.
To bardzo zróżnicowana kolejka, ale przy pierwszych przesłuchaniach byłem bardziej pozytywnie nastawiony. W wielu przypadkach po wsłuchaniu się czar prysł. Na plus na pewno Travis, o zieleń mogłaby powalczyć jeszcze wrzutka deva. Pozostałe ostatecznie odbieram neutralnie (wielka klęska Anala Widlera), ale o czerwień najbardziej prosi się Gong i New World Order.
Hienowa melancholia naprawdę mi pasuje. Boxes wchodzi w pewien dialog z wrzutkami z początku naszej gry. Zespół dla mnie kompletnie obcy, ale przetwarza rockową estetykę w taki sposób, że wyłapuję różne echa, ale zazwyczaj jest to zrobione w na tyle charakterny sposób, że na statystycznych odsłuchach się nie kończy. Elektroniczny podkład tego typu to moja słabość, jest trochę radioheadowy, kiedy zestawia się go z takimi akustycznymi brzmieniami, ale całość nie jest tak bogato rozbudowana. Lekko, powabnie, ale z podszytym nerwem i melancholią. Atmosferyczny rock o niebo subtelniejszy i mniej czarno-biały niż nie jedna postrockowa kobyła. Ciekawi mnie to ostrzejsze wydanie, o którym pisze Hien, choć jednocześnie trochę się go obawiam, bo tutaj wszystko gra, jak trzeba i żadnej ostrości... nie trzeba.
Gong The Isle of Everywhere
Pierwszy kontakt z tym utworem i ja już znowu wiem dobrze, czemu w pewnym momencie progresyf przestał mnie interesować. Wiele dni i tygodni przebijałem się przez równie podobne, gęściutkie, rozbudowane, a jednocześnie kompletnie nieangażujące rzeczy. Mam bardzo ambiwalentne odczucia do mieszania elektronicznych brzmień z tak żywiołową, improwizowaną (albo tylko pozornie improwizowaną) muzyką na żywych instrumentach. Jesteśmy w rozkroku między funkowymi, jazzowymi ciągotami, a światem psychodelicznych, zamaszystych pasaży (uwielbiam to słowo) syntezatorowych. Próbuję się skupić, ale ostatecznie zawsze w którymś momencie numer spełnia rolę muzaka, tła pod inne, bardziej angażujące działania. Dla mnie to struktura wykorzystująca dwa języki muzyczne, które może nawet się uzupełniają, ale ten efekt jest przeciętny. Szkoda też, że ta kanonada się urywa gwałtownie, właściwego finiszu brak, a jakby tak okazało się, że z jakimś uzupełnieniem byłoby lepiej?
New Order Blue Monday
Z wyraźnym opóźnieniem w stosunku do moich licealnych znajomych odkrywałem New Order. Pośrednio przez to, że Blue Monday było dla mnie dość wkurzające i przez pryzmat słabego doświadczenia z tym kawałkiem niespecjalnie grzała mnie myśl sięgnięcia po coś więcej. W pewnym momencie Technique czy 1981-1982 zrobiły swoje. Groove klasyczne umpa umpa, w sumie to najprzyjemniejszy element całości. Reszta przypomina pod względem konstrukcji wydawane w tamtym czasie elektro utwory, dokładniej mówiąc ich gorsze 12calowe wersje. Radiową wersję strawiłbym lepiej. Tutaj dzieje się straszny śmietnik w aranżu, znowu jakiś zgniły kompromis i dokraszanie hipnotycznego rytmu średniawym wokalem, kuriozalnymi zatrzymaniami całości, gitarowym plumkaniem bez ładu i składu. Kraftwerkowy sampel specyficzny. Całość jest nieprzyjemnie niespójna klimatycznie, końcówka tanio pompatyczna, dramatyczna? C h u j wie o co tu chodzi, a jak aspekt klubowy się kompletnie nie udziela, to houston mamy problem. Nie mam ochoty w sumie nawet tego dociekać. Rytm okraszony wysypiskiem śmieci nie jest w stanie tego utrzymać.
Colin Veamcombe Water on Snow
Niech i ten numer będzie cheesy, ale jest bardzo emocjonalny, jest to dla mnie autentyczne, a tutaj naturalne wydaje się JAKIEŚ przekroczenie. Momenty pojawiania się tego dwugłosu są bardzo blisko przekroczenia granicy melodramatu do przetrawienia. W chwilach zwątpienia, znacznie niższego poczucia wartości, rozstania... mogłoby to działać podobnie jak No Suprises na przykład. Intro acapella wydaje się zbędne, budzi we mnie jakieś rytualne skojarzenia, nie pasuje do reszty. Z pewnością nie jest to rzecz do słuchania ot tak, bez powodu. Ląduje na półce "w momentach kryzysowych".
Recoil Luscious Apparatus
Są lepsze strzały na Unsound Methods, chociażby bezpośrednio grający z religijną liryką Red River Cargo albo najbardziej piosenkowy Stalker. Lucek Aparatczyk nie jest taki niestandardowy, Liquid stoi takimi miniaturowymi słuchowiskami, a i UM przecież nie ma ich tak mało. Dość efekciarskie, ten kawałek stoi produkcją, bo tekst, jak to mówią młodzi, trochę edgy. Nie wiem, czy kiedykolwiek coś mnie tutaj bardziej rajcowało ponad tymi perkusyjnymi pętlami. Dawniej miałem więcej sympatii do Recoil jako całości, dzisiaj aż tak mnie ta muzyka nie kręci - poza subHuman, ale tam i lirycznie jest skromniej, a muzycznie za to więcej oddechu, czasu, wyciszenia. Kiedyś muszę zrobić wielki powrót do wszystkich płyt i zweryfikować te wątpliwości. Po Lucku nie bardzo mi się do tego spieszy.
Kylie Minogue Cant Get You Out of My Head
W głębokim dzieciństwie i ten kawałek się przewinął przez uszy. Nie pamiętam już tego, co o nim kiedyś myślałem. Na pewno wybrzmiewał w głowie lepiej przed odświeżeniem. Zestarzał się średnio, taka Reni Jusis przy Kylie to jest mistrzyni rytmu i jej rzeczy są lepiej wyprodukowane, itd, itp, etc. Tutaj drzewo sandałowe jest od początku do końca, zaskakująco wolno, a do tego niespecjalnie przebojowo. Pewnie magia LA LA LA zadziałała, a do tego lekko śmieszą elektroniczne efekty zestawione miejscami z taką tanią elektroniczną symfonią w tle. Wokoder też mi tam zgrzyta. Brutalna weryfikacja dawnych doświadczeń muzycznych, choć nie jestem przekonany, że i dawniej byłem jakoś naprawdę zachwycony. Inny byłby też odbiór za pierwszym razem tu i teraz.
To bardzo zróżnicowana kolejka, ale przy pierwszych przesłuchaniach byłem bardziej pozytywnie nastawiony. W wielu przypadkach po wsłuchaniu się czar prysł. Na plus na pewno Travis, o zieleń mogłaby powalczyć jeszcze wrzutka deva. Pozostałe ostatecznie odbieram neutralnie (wielka klęska Anala Widlera), ale o czerwień najbardziej prosi się Gong i New World Order.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
???
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Też mi tam nie pasuje xd specyficzny, bo dziwnie użyty i tak perfidnie wycięty
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja tylko powiem, że też planuje w bestce wrzucić jedną konkretną płytę boc, więc jestem ciekaw kto komu co podpieprzy....
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ale o czym Ty mówiszDragon pisze:29 cze 2022 12:57Też mi tam nie pasuje xd specyficzny, bo dziwnie użyty i tak perfidnie wycięty
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mudżyn koneser sampli i pierwszy krytyk, ale jak przychodzi co do czego, to wali głupa
https://www.whosampled.com/New-Order/Blue-Monday/
Tutaj idzie tło z Uranium, szybko można to sprawdzić i w paru miejscach też się o tym pisze.
https://www.whosampled.com/New-Order/Blue-Monday/
Tutaj idzie tło z Uranium, szybko można to sprawdzić i w paru miejscach też się o tym pisze.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O kurła ale sampel faktycznie, brzmi jak randomowe pady xd fakt że podoba mi się to akurat bardzo więc zastosowanie mi odpowiada
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak jak ostatnio były aż dwa czerwienie, tak teraz wyjątkowo będzie 3x na zielono.
Boards of Canada - Kid For Today
No cóż, troszkę się przy tym utworze wynudziłem prawdę mówiąc. Znów mamy przez ponad 6 min. jeden i ten sam motyw w towarzystwie różnych przeszkadzajek. Nie jest to nawet o tyle złe, co po prostu nudne. Nie wiem, może czuję już po tylu kolejkach po prostu jakiś przesyt tymi jednostajnymi smoczymi instrumentalami? Może w jakichś innych okolicznościach słuchałoby mi się tego lepiej? Gdzieś w plenerze, najlepiej na jakichś bezdrożach, może w lesie. Nie wiem. Ale powiem Wam, że jak skończyła się yutubowa playlista strippeda, to włączył mi się jakiś losowy instrumentalny utwór, który z miejsca mnie zainteresował. Rzuciłem okiem po ok. 2 minutach słuchania na wykonawcę i się zdziwiłem, że to BoC w utworze Happy Cycling. Czyli ten zespół potrafi grać ciekawiej, tylko może Dragon omyłkowo wybrał jakiś słabszy utwór?
W każdym razie Dragon zapowiedział całą płytę BoC, więc wtedy zobaczymy, czy mi to podejdzie. Być może tutaj po prostu rzeczywiście nie trafił z odpowiednim utworem akurat pode mnie.
W ogóle to się zdziwiłem, że BoC to Szkoci, a nie… Kanadyjczycy.
Travis – Boxes
Hien niezmiennie mnie nie zawodzi. I znowu wrzuca bardzo dobry utwór. Im więcej go słucham, tym jest lepiej. Po paru odsłuchach wydaje mi się nawet, że znałem go od zawsze, choć to nieprawda. Widocznie tak bardzo przyswajalnym jest. Fajna i przyjemna melodia, bardzo dobry wokal, spokojny i lekki aranż. Jest pianino więc już jest dobrze. Fajnie pogrywa perkusja, delikatne gitary. Naprawdę bardzo przyjaźnie i miło dla ucha to brzmi. Nie wyobrażam sobie, żeby można nie lubić takiej muzyki.
To taka bardzo wyluzowana muzyka ze szczyptą melancholii. Widzę, że Hien się w takich klimatach odnajduje najbardziej. Ale mnie też one bardzo pasują.
Stripped pisał kiedyś, że Hien gra bardzo bezpiecznie. No tak to wygląda, bo rzadko można jego wrzutkom naprawdę coś zarzucić. Ale jestem pewien, że to żadne kunktatorstwo z jego strony. On po prostu naprawdę lubi słuchać muzyki bardzo przyjaznej dla słuchaczy i ich uszu.
Były kolejki, że Hien tą wrzutką wygrałby w cuglach. Ale będzie tu miał jednak naprawdę mocną konkurencję. Na pewno jednak ta piosenka jest w ścisłej czołówce.
Gong - The Isle of Everywhere
No i Melki przywalił 10 minutowym potworkiem. Zawsze gdy przed odsłuchem widzę tak długi czas trwania utworu, to czuję zaniepokojenie. Ale tutaj te 10 minut zlatuje dosyć szybko i całkiem przyjemnie. To kawałek fajnego proga. Albo space rocka jak napisał Hien. Przypomina mi zresztą nieco PT, ale i KC. Mamy tu elementy jazzu i mnie ta przewaga jazzu nad funky nie przeszkadza w ogóle. Tak samo nie przeszkadzają mi instrumentalne akrobacje. Są w przeważającej części ciekawe i wciągające. A wszystko ciągnie fajna linia basowa i perkusja. Na początku trochę drażniły mnie te kobiece wycia w pierwszej części utworu, ale się i do tego przyzwyczaiłem.
Generalnie ani trochę się nie nudziłem. Fajny utwór i tyle. Ja nie jestem ani uprzedzony do proga, ani zafiksowany na jego punkcie. Traktuję ten gatunek jak każdy inny. Nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale czasami i takiej chce się posłuchać.
New Order - Blue Monday
Jak już pisałem miałem w planach w drugiej turze zapodać Blue Monday, ale Golas mnie uprzedził. Ale nic się nie stało, bo dzięki temu zrobił mi miejsce na inny, wcale nie gorszy utwór od New Order. A miałem nawet pewne wątpliwości, co wybrać. Stripped mi je rozwiązał.
Blue Monday jak i New Order znam od zawsze. W moich szkolnych latach był to jeden z najbardziej popularnych zespołów muzycznych. Na temat ich muzyki odbywało się w moich kręgach naprawdę sporo rozmów i dyskusji. Zawsze bardzo lubiłem wokal Sumnera. I zawsze jarała mnie ta charakterystyczna basowa gitara Petera Hooka. Brzmienie tej gitary to było coś, co wyróżniało ten zespół.
Blue Monday to jest utwór idealny. Tak jak napisał stripped ma wszystko, co potrzeba do szczęścia. Rozumiem, że nie każdemu może się podobać, bo jeszcze takiego mądrego nie było na świecie, co to by nagrał coś, co zadowoli wszystkich. Ale znając Golasa, to jego uwielbienie do Blue Mondey ani trochę mnie nie dziwi. Ja też uwielbiam i dołączam do tego Kółka Wielbicieli Blue Monday.
Colin Vearncombe - Water on Snow
O i dla takich momentów warto brać udział w tych bestkach. Bo nie tylko , że można się dowiedzieć rzeczy, o których nie miało się pojęcia (że Colin Vearncombe i Black to ta sama osoba), to jeszcze można poznać muzykę, do której samemu by się prawdopodobnie nigdy nie udało dokopać.
Gość najbardziej znany jest oczywiście z hitu Wonderful Life z 1987r. Znakomity numer mający jak dla mnie chyba jeden z najbardziej zaje.bistych wstępów, jakie słyszałem.
Teraz dzięki dejvowi mam możliwość poznać coś innego ze stajni tego pana. I jestem zwyczajnie zachwycony! Już sam wstęp potwornie mnie zaintrygował. Piękne zaśpiewy jakiejś pani acapella, które od razu przenoszą mnie w jakiś inny wymiar. Przed oczami stanęła mi od razu scenka, jak kamera umieszczona parę metrów nad ziemią przesuwa się po jakimś krajobrazie rodem ze Skandynawii ukazując dziką przyrodę. Za każdym przesłuchem mam te same obrazy przed oczami. Nieraz widziało się zresztą coś takiego w filmach.
Potem wchodzi już Colin ze swoim kosmicznie dobrym wokalem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak dobry ma on głos. Przygrywa akustyczna gitara, spokojna perkusja, co chwilę nienachalnie wtrącają się klawisze pianina. Jest pięknie i magicznie. Troszkę ostrzej robi się w okolicach refrenu za sprawą elektrycznej gitary. A potem znowu wyciszenie i znów jest magicznie. I tak cudownie. Było ostatnio sporo nastrojowej i pięknej muzyki w tym temacie, szczególnie od Hiena, ale jednak dawno nic mnie nie zachwyciło aż do tego stopnia! Ta przepiękna kompozycja, ten cudny i smakowity aranż, ten niesamowity wokal.
Dobra koniec tych zachwytów, bo się zaraz rozpłynę.
Dev wygrywa tę kolejkę. Na starcie myślałem, że w cuglach wygra stripped z Blue Modnay, bo to również znakomita rzecz, którą sam planowałem wrzucić. Ale jednak od dekad dobrze mi znana. A tutaj mam coś zupełnie mi wcześniej nieznanego. Więc tym faktem dev zyskał mały bonusik. No i nastrojowy utwór też często u mnie ma jednak fory.
Tak się złożyło, że dopiero po opisaniu swoich wrażeń przeczytałem opis deva do tej wrzutki i ten opis już mi na dobre zaostrzył apetyt. Na biegiem lecę po całą płytę i z niecierpliwością czekam na wrzutkę deva dotyczącą Blacka.
Kylie Minogue - Can't Get You Out Of My Head
Utwór oczywiście jest mi doskonale znany. Od razu przypominają mi się czasy, gdy jako nastoletni szczaw zasłuchiwałem się jakieś 200 lat temu w debiutancką płytę pt. Kylie wzdychając do tejże Kylie patrzącej na mnie z okładki kasety.
Can't Get You Out Of My Head to już nieco nowsze czasy. Kylie z podlotka stała się dojrzałą artystką. Ale po jej debiucie już nigdy nie sięgnąłem po całą płytę. Jakoś nie czułem potrzeby, bo wystarczały mi jej single, które krążyły w eterze.
Can't Get You Out Of My Head to bardzo dobry i energetyczny numer. Łatwo przyswajalna melodia okraszona fajnym bitem. Taki typowy radiowy hicik. Bez zbędnych wstępów od razy utwór wchodzi z buta i ja takie zabiegi lubię. Brzmienie mi bardzo odpowiada z wyjątkiem jednej rzeczy – w okolicach refrenów włącza się taki irytujący powtarzający się dźwięk (jakby ktoś grał na jakiejś nie wiem - sprężynie?). Po drugim refrenie to on już zresztą wybrzmiewa do końca. Psuje mi to odbiór i denerwuje. Ale ogólnie utwór jest bardzo fajny. Głos Kylie zawsze mi też odpowiadał. Jestem więc na tak oczywiście.
Bardzo dobra kolejka z aż trzema perłami od Hiena, strippeda i szczególnie deva. Melki i Mentos też bardzo pozytywnie. Tym razem Dragon trochę słabiej, no ale jak to mówią - nie zawsze jest niedziela.
Boards of Canada - Kid For Today
No cóż, troszkę się przy tym utworze wynudziłem prawdę mówiąc. Znów mamy przez ponad 6 min. jeden i ten sam motyw w towarzystwie różnych przeszkadzajek. Nie jest to nawet o tyle złe, co po prostu nudne. Nie wiem, może czuję już po tylu kolejkach po prostu jakiś przesyt tymi jednostajnymi smoczymi instrumentalami? Może w jakichś innych okolicznościach słuchałoby mi się tego lepiej? Gdzieś w plenerze, najlepiej na jakichś bezdrożach, może w lesie. Nie wiem. Ale powiem Wam, że jak skończyła się yutubowa playlista strippeda, to włączył mi się jakiś losowy instrumentalny utwór, który z miejsca mnie zainteresował. Rzuciłem okiem po ok. 2 minutach słuchania na wykonawcę i się zdziwiłem, że to BoC w utworze Happy Cycling. Czyli ten zespół potrafi grać ciekawiej, tylko może Dragon omyłkowo wybrał jakiś słabszy utwór?
W każdym razie Dragon zapowiedział całą płytę BoC, więc wtedy zobaczymy, czy mi to podejdzie. Być może tutaj po prostu rzeczywiście nie trafił z odpowiednim utworem akurat pode mnie.
W ogóle to się zdziwiłem, że BoC to Szkoci, a nie… Kanadyjczycy.
Travis – Boxes
Hien niezmiennie mnie nie zawodzi. I znowu wrzuca bardzo dobry utwór. Im więcej go słucham, tym jest lepiej. Po paru odsłuchach wydaje mi się nawet, że znałem go od zawsze, choć to nieprawda. Widocznie tak bardzo przyswajalnym jest. Fajna i przyjemna melodia, bardzo dobry wokal, spokojny i lekki aranż. Jest pianino więc już jest dobrze. Fajnie pogrywa perkusja, delikatne gitary. Naprawdę bardzo przyjaźnie i miło dla ucha to brzmi. Nie wyobrażam sobie, żeby można nie lubić takiej muzyki.
To taka bardzo wyluzowana muzyka ze szczyptą melancholii. Widzę, że Hien się w takich klimatach odnajduje najbardziej. Ale mnie też one bardzo pasują.
Stripped pisał kiedyś, że Hien gra bardzo bezpiecznie. No tak to wygląda, bo rzadko można jego wrzutkom naprawdę coś zarzucić. Ale jestem pewien, że to żadne kunktatorstwo z jego strony. On po prostu naprawdę lubi słuchać muzyki bardzo przyjaznej dla słuchaczy i ich uszu.
Były kolejki, że Hien tą wrzutką wygrałby w cuglach. Ale będzie tu miał jednak naprawdę mocną konkurencję. Na pewno jednak ta piosenka jest w ścisłej czołówce.
Gong - The Isle of Everywhere
No i Melki przywalił 10 minutowym potworkiem. Zawsze gdy przed odsłuchem widzę tak długi czas trwania utworu, to czuję zaniepokojenie. Ale tutaj te 10 minut zlatuje dosyć szybko i całkiem przyjemnie. To kawałek fajnego proga. Albo space rocka jak napisał Hien. Przypomina mi zresztą nieco PT, ale i KC. Mamy tu elementy jazzu i mnie ta przewaga jazzu nad funky nie przeszkadza w ogóle. Tak samo nie przeszkadzają mi instrumentalne akrobacje. Są w przeważającej części ciekawe i wciągające. A wszystko ciągnie fajna linia basowa i perkusja. Na początku trochę drażniły mnie te kobiece wycia w pierwszej części utworu, ale się i do tego przyzwyczaiłem.
Generalnie ani trochę się nie nudziłem. Fajny utwór i tyle. Ja nie jestem ani uprzedzony do proga, ani zafiksowany na jego punkcie. Traktuję ten gatunek jak każdy inny. Nie jest to dla mnie muzyka pierwszego wyboru, ale czasami i takiej chce się posłuchać.
New Order - Blue Monday
Jak już pisałem miałem w planach w drugiej turze zapodać Blue Monday, ale Golas mnie uprzedził. Ale nic się nie stało, bo dzięki temu zrobił mi miejsce na inny, wcale nie gorszy utwór od New Order. A miałem nawet pewne wątpliwości, co wybrać. Stripped mi je rozwiązał.
Blue Monday jak i New Order znam od zawsze. W moich szkolnych latach był to jeden z najbardziej popularnych zespołów muzycznych. Na temat ich muzyki odbywało się w moich kręgach naprawdę sporo rozmów i dyskusji. Zawsze bardzo lubiłem wokal Sumnera. I zawsze jarała mnie ta charakterystyczna basowa gitara Petera Hooka. Brzmienie tej gitary to było coś, co wyróżniało ten zespół.
Blue Monday to jest utwór idealny. Tak jak napisał stripped ma wszystko, co potrzeba do szczęścia. Rozumiem, że nie każdemu może się podobać, bo jeszcze takiego mądrego nie było na świecie, co to by nagrał coś, co zadowoli wszystkich. Ale znając Golasa, to jego uwielbienie do Blue Mondey ani trochę mnie nie dziwi. Ja też uwielbiam i dołączam do tego Kółka Wielbicieli Blue Monday.
Colin Vearncombe - Water on Snow
O i dla takich momentów warto brać udział w tych bestkach. Bo nie tylko , że można się dowiedzieć rzeczy, o których nie miało się pojęcia (że Colin Vearncombe i Black to ta sama osoba), to jeszcze można poznać muzykę, do której samemu by się prawdopodobnie nigdy nie udało dokopać.
Gość najbardziej znany jest oczywiście z hitu Wonderful Life z 1987r. Znakomity numer mający jak dla mnie chyba jeden z najbardziej zaje.bistych wstępów, jakie słyszałem.
Teraz dzięki dejvowi mam możliwość poznać coś innego ze stajni tego pana. I jestem zwyczajnie zachwycony! Już sam wstęp potwornie mnie zaintrygował. Piękne zaśpiewy jakiejś pani acapella, które od razu przenoszą mnie w jakiś inny wymiar. Przed oczami stanęła mi od razu scenka, jak kamera umieszczona parę metrów nad ziemią przesuwa się po jakimś krajobrazie rodem ze Skandynawii ukazując dziką przyrodę. Za każdym przesłuchem mam te same obrazy przed oczami. Nieraz widziało się zresztą coś takiego w filmach.
Potem wchodzi już Colin ze swoim kosmicznie dobrym wokalem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak dobry ma on głos. Przygrywa akustyczna gitara, spokojna perkusja, co chwilę nienachalnie wtrącają się klawisze pianina. Jest pięknie i magicznie. Troszkę ostrzej robi się w okolicach refrenu za sprawą elektrycznej gitary. A potem znowu wyciszenie i znów jest magicznie. I tak cudownie. Było ostatnio sporo nastrojowej i pięknej muzyki w tym temacie, szczególnie od Hiena, ale jednak dawno nic mnie nie zachwyciło aż do tego stopnia! Ta przepiękna kompozycja, ten cudny i smakowity aranż, ten niesamowity wokal.
Dobra koniec tych zachwytów, bo się zaraz rozpłynę.
Dev wygrywa tę kolejkę. Na starcie myślałem, że w cuglach wygra stripped z Blue Modnay, bo to również znakomita rzecz, którą sam planowałem wrzucić. Ale jednak od dekad dobrze mi znana. A tutaj mam coś zupełnie mi wcześniej nieznanego. Więc tym faktem dev zyskał mały bonusik. No i nastrojowy utwór też często u mnie ma jednak fory.
Tak się złożyło, że dopiero po opisaniu swoich wrażeń przeczytałem opis deva do tej wrzutki i ten opis już mi na dobre zaostrzył apetyt. Na biegiem lecę po całą płytę i z niecierpliwością czekam na wrzutkę deva dotyczącą Blacka.
Kylie Minogue - Can't Get You Out Of My Head
Utwór oczywiście jest mi doskonale znany. Od razu przypominają mi się czasy, gdy jako nastoletni szczaw zasłuchiwałem się jakieś 200 lat temu w debiutancką płytę pt. Kylie wzdychając do tejże Kylie patrzącej na mnie z okładki kasety.
Can't Get You Out Of My Head to już nieco nowsze czasy. Kylie z podlotka stała się dojrzałą artystką. Ale po jej debiucie już nigdy nie sięgnąłem po całą płytę. Jakoś nie czułem potrzeby, bo wystarczały mi jej single, które krążyły w eterze.
Can't Get You Out Of My Head to bardzo dobry i energetyczny numer. Łatwo przyswajalna melodia okraszona fajnym bitem. Taki typowy radiowy hicik. Bez zbędnych wstępów od razy utwór wchodzi z buta i ja takie zabiegi lubię. Brzmienie mi bardzo odpowiada z wyjątkiem jednej rzeczy – w okolicach refrenów włącza się taki irytujący powtarzający się dźwięk (jakby ktoś grał na jakiejś nie wiem - sprężynie?). Po drugim refrenie to on już zresztą wybrzmiewa do końca. Psuje mi to odbiór i denerwuje. Ale ogólnie utwór jest bardzo fajny. Głos Kylie zawsze mi też odpowiadał. Jestem więc na tak oczywiście.
Bardzo dobra kolejka z aż trzema perłami od Hiena, strippeda i szczególnie deva. Melki i Mentos też bardzo pozytywnie. Tym razem Dragon trochę słabiej, no ale jak to mówią - nie zawsze jest niedziela.