Fishmans - Uchū Nippon Setagaya
Nadejszła wiekopomna chwila. Sądząc po ostatniej kolejce, powinienem wycelować mnie więcej tak, że będziecie tego słuchać i recenzować w pierwszą rocznicę mojej wielkiej, znanej na forum, fazy na Fishmans xD Konsensus wśród fanów jest taki, że „Uchū Nippon Setagaya” to najlepszy album zespołu, przy czym generalnie wielkie poważanie ma cała trylogia „Setegaya”, czyli albumy „Kuchu Camp”, „Long Season” i wspomniane „Uchu” (wydane w 96 i 97 roku). Fishmans podpisali po albumie „Orange” gruba umowę z Polydor. Była to wygrana na loterii muzycznego życia, ale warunki cyrografu były spore ponieważ zakładały nagranie i wydanie 3 albumów w dwa lata. Zespół nie tylko dokonał tego szaleńczego czynu, ale nagrał najbardziej szanowane albumy w dyskografii. Wybrałem „Uchu” z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że jako album, jest to najfajniejsza propozycja trylogii. „Kuchu Camp” (to na nim jest „Night Cruising”) uwielbiam równie mocno i w zasadzie oba te albumy chciałbym tu wrzucić, ale nie mogę, zatem przyznam bez bicia, że wybieram ten bardziej, hmm, medialny? „Long Season” w wersji studyjnej jest ok, ale dopiero koncertowa powala na ziemię niczym spirytus.
No, ale zamiast pisać czemu pewnych albumów nie wybrałem, to rozwinę wątek „Uchū Nippon Setagaya”. To jest ostatni album Fishmans nagrany przed śmiercią lidera, Shinji’ego Sato. Po nim, zaczęli demować kolejne piosenki (niektóre w wersjach demo potem wyszły) i wydali jeden singiel, wrzucony już przeze mnie “ゆらめきin the Air”. „Uchu” to był album dziwny. Pierwsze kilka utworów, to niemal solo Shinjiego, chłop przynosił już prawie gotowe rzeczy do studia. Zespół miał wiarę w dzieła tego zdolnego Japończyka. Tempo nagrywania tych ostatnich płyt było mordercze i nie za bardzo było inne wyjście. „Pokka Pokka” to bardzo chillowy kawałek, który przypomina mi klimaty, które zrobiły się dosyć modne jakoś na początku 00sów. Napisałbym, że Fishmans próbują tu nowych dla siebie rzeczy, ale tak można pisać o każdym kawałku na płycie. „Weather Report” to jest dosyć fazowa rzecz, nie wiem nawet co moge o niej napisać, tego trzeba posłuchać. "うしろ姿" to jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Co tu się nie dzieje. Utwór przechodzi w utwór i przechodzi w utwór. Bardzo pomysłowo zaaranżowane, zagrane, ale przede wszystkim hipnotycznie zaśpiewane przez Sato. „In the Flight” to jeden z tych kawałków, których używa się w jakichś tributach dla Saton i generalnie jest to bardzo refleksyjny utwór. Nie piszę smutny, bo on w zasadzie nie jest smutny tylko taki, nie wiem, rozdzierający, ale z czymś pozytywnym unoszącym się w powietrzu.
„Magic Love” (tudzież jak śpiewa Shinji – MADŻIKURA) to był pierwszy singiel. Z początku nie ogarnąłem tego numeru, to było za bardzo psycho, ale potem zaczął wchodzić jak złoto. W sumie wszystko tu jest dobre, począwszy od perkusyjnego intra, elektroniki, melodii. Jest tu coś takiego wakacyjnego w tym. "バックビートにのっかって" to jest długi i pokrętny, ale dosyć wciągający kawałek. Każda wersja live brzmiała trochę inaczej. Nocne klimaty, czyli to co lubię. Najlepsze jednak nadchodzi wraz z następnym kawałkiem. „Walking in the Rhythm” to kolos, który z początku wydawał mi się za długi, zbyt monotonny, za bardzo reggae… wiecie, wszystkie takie pierdy, które niektórym Wam pojawią się w głowach, ostrzegam więc, bo to się zmienia z czasem.
Któregoś razu, wracając pociągiem do domu, wkręciłem się w „Walking in the Rhythm” jak wiertarka. W mieszkaniu słuchałem tego dalej i chodziłem w kółko powtarzając razem z zespołem „łokin ze ryzem, łokin ze ryzem, łokin ze ryzem”. Jeżeli miałbym z tego kawałka zostawić jeden instrument, to byłby to bas. Yuzuru Kashiwabara to był niesamowicie utalentowany basista, facet każdy utwór zamieniał w złoto, ale tu już dochodzi do poziomu kosmicznego. Dragon kiedyś napisał, że wersja live z 1998 r. jest lepsza, ale nie mogę się z tym zgodzić. Tamta jest bardziej zwarta i ma jakieś naleciałości z remiksu, ale brakuje w niej tej motoryczności i tego co w studyjnej jest takie wyjątkowe. Niemniej, wszystkie wersje mi się w jakimś stopniu podobają.
Album kończy „Daydream”, który jest dosyć niezłą siekierą kiedy słucha się tej płyty znając historię zespołu. Shinji Sato zmarł na początku 1999 r., do końca nie wiadomo na co, podobno był na coś chory. Wiele osób podejrzewało samobójstwo, ze względu na mocno depresyjne teksty, które Shinji pisał w ostatnim roku swojego życia. „Daydream” ma taki lekko depresyjny wydźwięk. Wszystko tu robi na mnie wrażenie, gitara, arpeggio z syntezatora i ta figura gitarowa, która zapętla się pod koniec. Numer wzniosły, ale moim zdaniem nie pretensjonalny, bo Fishmans nie potrafią być pretensjonalni, nawet jeżeli robią wszystko żeby tak brzmieć. To jest trzech uśmiechniętych Japończyków i to się zawsze przebija w ich muzyce, choćby grali poważne, kilkunastominutowe kompozycje. Może dlatego tak bardzo do mnie trafia ich twórczość, bo tu jest absolutne zero pozerstwa. Można sobie tylko wyobrażać, co oni mogli osiągnąć gdyby Sato nie zmarł. Zwrot „japońskie Radiohead” jest słuszny, może nie ze względu na brzmienie, ale to w jaki bezkompromisowy sposób ten zespół zaczął się rozwijać i jak olbrzymi talent mieli jego członkowie.
Fishmans przebyli długą drogę od prostego bandu ska i reggae do jednego z najbardziej odważnych japońskich zespołów, który przy śmiesznym deadlinie, nagrał swoje najlepsze albumy. Te ostatnie płyty, zespół nagrał jako trio: Shinji Sato (gitara, wokal), Yuzuru Kashiwabara (bas) i Kin-ichi Motegi (perkusja) z pomocą koncertowego składu: Honzi (skrzypce, klawisze) i Dartsa (gitary). Piękny album wspaniałego zespołu, który nigdy by się nie przebił na Zachodzie gdyby, heh, RYM.
https://www.youtube.com/watch?v=SxsvkiCzFjg
Słuchajcie, powyższy link to jedyny w miarę przyzwoity jakie jest na YT. Nie ma żadnej oficjalnej playlisty, jest tylko składak wrzutek ludzi, różnej jakośći. Polecam żebyście w ogóle nie słuchali tego z YT, tylko weszli na Spotify lub ściągnęli z neta (jest tylko jedna wersja albumu).