Birdy - Young Heart
Voyager przypadł mi do gustu, więc nie krzywiłem się zbytnio na przygodę z całą Young Heart. Konkretne odsłuchy mocno się rozciągnęły w czasie, ale dzięki temu wiele pierwszych lepszych przemyśleń wyparowało lub ewoluowało w coś bardziej kształtnego i sensownego. Początkowo ilość utworów najbardziej mi przeszkadzała i to dalej traktuję jako pewien mankament. Miejscami klimat zmienia się dość znacząco, ale jest parę zapychaczy. Na tej płycie wyróżniłbym trzy typy kawałków. Są fillerki, zazwyczaj (ale nie zawsze) to te minimalistyczne kawałki. Druga kategoria to rzeczy najbardziej wyraziste, najbogatsze aranżacyjnie, poważne punkty zaczepienia, do których można spokojnie wracać w izolacji od reszty. Zostają jeszcze te, które podtrzymują dobry klimat tych najmocniejszych, są bardziej rozmyte i do nich będę wracał, kiedy najdzie mnie ochota na dłuższy kontakt z płytą, ale bez zabierania się za całość.
W przeciwieństwie do Moments of Truth całość nie jest aż tak długa, a utwory nie są aż tak podobne do siebie. Muzykę Birdy odbieram równie pozytywnie jak Heartstrings, tyle że tam zmieściły się same konkrety - tutaj są przestoje. Poza nimi było naprawdę przyjemnie. Nie jest aż tak dobrze jak u Fiszmansów, ale siłą rzeczy będę wracał częściej, bo to znacznie lżejsza, łatwiej przyswajalna muzyka. Jesień nadejdzie, pewnie obok Meli Koteluk, Lany, sporych fragmentów płyt Radiohead pojawi się to, co tutaj najbardziej mi podeszło. Do połowy płyty lepiej się słucha całości, potem robi się coraz wyraźniejszy podział na dobre strzały i rzeczy przepływające przez uszy. Young Heart niby jest ostatni, ale spokojnie mógłby się zamienić miejscami z niektórymi numerami i większej różnicy by nie było. Shodan przyzwyczaił nas do wrzucania śpiewających kobiet i w tej kategorii Jasmine Lucilla Elizabeth Jennifer van den Bogaerde u mnie zajmuje pierwsze miejsce.
W trakcie ostatniego odsłuchu zapisywałem sobie te najlepsze momenty, do których chcę wracać. Dobre flow Voyagera podtrzymują Loneliness i Surrender. Potem było najmniej ciekawie, po najgorszym Nobody Knows Me Like You Do idzie znowu przyjemny River Song. Najlepiej zadziałało na mnie Deepest Lonely, jest hipnotycznie przez te wokale w tle, rytm jakby bujający i w tej chatce w lesie robi się barwnie, z satysfakcjonującym rozmachem, ale bez skojarzeń z musicalem. Celestial Dancers też stawiam wysoko, choć to już taki klimat typu wpatruję się zza okna w padający deszcz, ale po Edgeland wiem, że w ten sposób też można mnie podejść. Szczegółowe opisy były bez sensu, bo generalnie wszystko jest utrzymane w podobnym, lekko jesiennym klimacie, ale parę razy udało się dobrze trafić z wyborem pory dla Birdy i przy trochę innym klimacie za oknem. Mogę dodać, że raczej pierwsze chwytały partie wokalne.
Bez wątpienia najlepsza wrzutka wujka shodana jak do tej pory