Best of Forum (edycja filmowa)
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja też mogłem zignorować album mbv, a jednak się wypowiedziałem. Może niezbyt miło, ale jednak.
-
Dragon
- Posty: 10306
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dokładnie o to chodzi w zabawach bestkowych, żeby podzielić się swoimi wrażeniami, nawet najbardziej toksycznym kwasem xD
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos pewnie nie obejrzał i nie ma ochoty oglądać. Faja mu zmiękła, bo wszyscy obejrzeli.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Będę tym odważnym i zacznę. Film mi się podobał. Jestem fanem klasyków Spielberga i wprawdzie od wielu lat nie sprawdzam jego nowszych filmów, to nadal cenię go jako reżysera i ten film to takie rzetelne spielbergowe kino. Swoją drogą, pamiętam czasy, na początku lat 90, kiedy wszystkie polski media wymawiały go jeszcze jako Szpilberg. Jeśli chodzi o Toma Hanksa, nie mam z nim problemu. Nie oglądam filmów ze względu na jego w nich obecność, ale też ich z tego powodu nie unikam. Aktor, jak aktor, ma u mnie propsy za występ w klipie Carly.
Jeśli chodzi o "Most Szpiegów" to jest to taki rodzaj kina, który trudno jakoś konkretnie określić. Trochę tu fajnych noir elementów, ale głównie wizualnych.
Niby to dramat historyczny i fajnie wiedzieć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Jednocześnie, w ogóle by mi nie przeszkadzało gdyby to była kompletna fikcja lub historia z mocnymi elementami fikcji (ala "Bękarty Wojny"). W każdym razie, to jest bardzo przyjemne, mainstreamowe podejście do interesującego tematu. Film bardziej o ludziach, niż o historii, a do tego bardziej dla Amerykanów, którzy mogą sobie przypomnieć ten moment w historii kraju. Śmiesznie się to teraz ogląda kiedy Rosja zbiera największy światowy hejt od czasów Związku Radzieckiego.
Fabuła jest taka w sam raz, ani jakoś niesamowicie wciągająca, ale też nie nudzi, nie dłuży się (mimo, że film jest dosyć długi), po prostu fajnie się oglądało. Z naciskiem oczywiście na oglądało, bo duet Spielberg/Kamiński to zawsze jest gwarancja pięknie nakręconego, atrakcyjnego dla oka, klimatycznego kina. Zdjęcia są fenomenalne. Można wręcz powiedzieć, że to jest rzetelne, ale IMO duszy temu wszystkiemu absolutnie nie brakuje. Sceny z mrocznych, zimowych, post-wojennych Niemiec robią wrażenie, jakiego bym po takich scenach oczekiwał. Krótkie wstawki z ZSRR również, jest w tym ten twardy mrok radzieckiej architektury, który (jeśli chodzi o mainstramowe kino) z podobnym efektem oddano w "Gambicie Królowej".
Aktorzy robią robotę. Dla mnie, każdy film w którym pojawia się Alan Alda (nawet na krótko) to musi być film przynajmniej dobry, bez oglądania. Hanks jak to Hanks, ma cały czas minę jakby się zesrał w gacie, ale mimo wszystko gościa w tym filmie lubię. Najbardziej cenię w "Moście Szpiegów" Marka Rylance'a, która gra Rudolfa, rola jest ujmująca, a wykonanie przekonujące. Facet ukradł każdą scenę, w której się pojawił.
Film, jak na dosyć tęgą tematykę, jest bardzo luźny, przyjemny, taki dla każdego. Happy end wydaje się być tak nierzeczywisty, że trudno uwierzyć w autentyczność tej historii, a przecież to dzieło oparte na faktach. Niemniej, dla mnie to nie jest problem. Może się starzeję, ale za mną już czasy kiedy szukałem w filmach jakiegoś wywrócenia światopoglądu, emocjonalnego poturbowania, czy gorzkiego smaku ciągnącego się miesiąc po obejrzeniu. Dobrze wyreżyserowany, świetnie wyglądający i fajnie zagrany, typowy film Spielberga na weekend, to coś co w tym momencie bardzo sobie cenię.
I to tyle jeśli chodzi o moje wrażenia, może nie ma tego dużo, ale to jest też prosty film. Zobaczymy jak się dyskusja rozwinie. W każdym razie, dzięki Czezu za fajny film.
Jeśli chodzi o "Most Szpiegów" to jest to taki rodzaj kina, który trudno jakoś konkretnie określić. Trochę tu fajnych noir elementów, ale głównie wizualnych.
Niby to dramat historyczny i fajnie wiedzieć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Jednocześnie, w ogóle by mi nie przeszkadzało gdyby to była kompletna fikcja lub historia z mocnymi elementami fikcji (ala "Bękarty Wojny"). W każdym razie, to jest bardzo przyjemne, mainstreamowe podejście do interesującego tematu. Film bardziej o ludziach, niż o historii, a do tego bardziej dla Amerykanów, którzy mogą sobie przypomnieć ten moment w historii kraju. Śmiesznie się to teraz ogląda kiedy Rosja zbiera największy światowy hejt od czasów Związku Radzieckiego.
Fabuła jest taka w sam raz, ani jakoś niesamowicie wciągająca, ale też nie nudzi, nie dłuży się (mimo, że film jest dosyć długi), po prostu fajnie się oglądało. Z naciskiem oczywiście na oglądało, bo duet Spielberg/Kamiński to zawsze jest gwarancja pięknie nakręconego, atrakcyjnego dla oka, klimatycznego kina. Zdjęcia są fenomenalne. Można wręcz powiedzieć, że to jest rzetelne, ale IMO duszy temu wszystkiemu absolutnie nie brakuje. Sceny z mrocznych, zimowych, post-wojennych Niemiec robią wrażenie, jakiego bym po takich scenach oczekiwał. Krótkie wstawki z ZSRR również, jest w tym ten twardy mrok radzieckiej architektury, który (jeśli chodzi o mainstramowe kino) z podobnym efektem oddano w "Gambicie Królowej".
Aktorzy robią robotę. Dla mnie, każdy film w którym pojawia się Alan Alda (nawet na krótko) to musi być film przynajmniej dobry, bez oglądania. Hanks jak to Hanks, ma cały czas minę jakby się zesrał w gacie, ale mimo wszystko gościa w tym filmie lubię. Najbardziej cenię w "Moście Szpiegów" Marka Rylance'a, która gra Rudolfa, rola jest ujmująca, a wykonanie przekonujące. Facet ukradł każdą scenę, w której się pojawił.
Film, jak na dosyć tęgą tematykę, jest bardzo luźny, przyjemny, taki dla każdego. Happy end wydaje się być tak nierzeczywisty, że trudno uwierzyć w autentyczność tej historii, a przecież to dzieło oparte na faktach. Niemniej, dla mnie to nie jest problem. Może się starzeję, ale za mną już czasy kiedy szukałem w filmach jakiegoś wywrócenia światopoglądu, emocjonalnego poturbowania, czy gorzkiego smaku ciągnącego się miesiąc po obejrzeniu. Dobrze wyreżyserowany, świetnie wyglądający i fajnie zagrany, typowy film Spielberga na weekend, to coś co w tym momencie bardzo sobie cenię.
I to tyle jeśli chodzi o moje wrażenia, może nie ma tego dużo, ale to jest też prosty film. Zobaczymy jak się dyskusja rozwinie. W każdym razie, dzięki Czezu za fajny film.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9729
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Cala przyjemnosc po mojej stronie.
Enjoy The Silence
-
Dragon
- Posty: 10306
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To ja za pierwszym odważnym idę bandą, lecę łukiem.
Moszt spiegów
Film z gatunku historycznej opowieści z Ameryką jako superbohaterem, której uosobieniem jest tutaj Hanks. Dostaje misję bronienia radzieckiego szpiega. Poważne wyzwanie, choć ostatecznie niezbyt trudne dla wprawnego adwokata. Wykonywane obowiązki spotykają się z publicznym ostracyzmem, niechęcią współpracowników. Trochę przypadkowo ta historia splata się z wątkiem misji wywiadowczej prowadzonej na terenie ZSRR. Siłą rozpędu główny bohater dostaje zadanie prowadzenia "nieoficjalnych" negocjacji. Sumienny patriota dowiaduje się jeszcze o losie studenta zatrzymanego przez NRD. Walczy o dwóch za jednego. Mimo wielu ryzykownych posunięć i możliwości doprowadzenia do poważnego zgrzytu dyplomatycznego ostatecznie spełnia swoje zadanie. Tajemnica wychodzi na jaw, społeczeństwo i rodzina darzą go ogromnym szacunkiem i uznaniem.
Wyszło bardziej lekkostrawnie niż myślałem na początku. Na szczęście to nie jest od początku do końca obraz, który gra na zerojedynkowych zestawieniach. Amerykański adwokat nie ma lekko. Wzór państwa wiernego prawu, w którym każdy zostanie właściwie potraktowany przez wymiar spr... guzik tam. Wyższe sfery prawnicze, służby porządkowe - ich przedstawiciele obdarzeni pewnym zaufaniem i oczekiwanym obiektywizmem w działaniu ulegają jakimś plemiennym reakcjom. Dla gry politycznej można się zrzec pewnych wartości. Ten krytyczny aspekt w pierwszej części filmu doceniam. Z tym wszystkim mierzy się trochę naiwny idealista, choć jednocześnie nie brakuje mu ikry, stanowczości i wewnętrznego przekonania. Kreowany przez Hanksa bohater jest trochę posągowym klocem, ale TH to dobry aktor, bardzo sprawnie wywiązuje się z tego zadania, jest przekonujący, choć wciela się do pewnego stopnia w jakąś wytartą kliszę. Przypominam sobie kolorystykę ujęć w sądzie na przykład i nie mam żadnych wątpliwości, że to człowiek o niezachwianym systemie wartości, "faktyczny" stróż prawa i sprawiedliwości. Broni radzieckiego szpiega, który wzbudził moją sympatię. Na początku trochę za dużo tej szpiegowskiej gierki na pokaz, na szczęście takie efekciarskie zabiegi dramaturgiczne szybko gasną na rzecz czegoś głębszego psychologicznie (choć też bez przesady). Starszy pan z zacięciem artystycznym, który po seansie zupełnie nie pasuje do tak zaprezentowanego obrazu Związku Radzieckiego. Jego przyjaźń z głównym bohaterem jak z bajeczki, ale absolutnie satysfakcjonująca, bardzo zgrabnie poprowadzona. Zakończenie tego wątku poprzez spojrzenia na moście i prezent trochę słodko pierdzące, z drugiej strony było tutaj wiele gorszych zabiegów, po prostu kiczowatych.
Miejscami można poważnie złapać się za głowę. Zdjęcia są w porządku, ale służą kreskówkowemu zestawieniu dwóch światów. USA skąpane w kolorach, żywotności, ciepłej aurze. ZSRR i NRD w mroźnej zimie, bezduszne, czerwone aż do przesady. Scena w radzieckim sądzie wyglądała jak zrobiona komputerowo. Budzące politowanie rozłożone w czasie zestawienie dwóch scen jazdy, ekhm, transportem szynowym, tu widać Symbolikę przez wielkie s. W NRD skok na mur kończy się brutalnym rozstrzelaniem. W USA dzieciaki w ten sposób się beztrosko bawią. Nie lubię łopaty w sztuce. Albo te spojrzenia po lekturach gazet. W trakcie procesu Rudolfa niechęć i wrogość. Po odzyskaniu dwójki ze Wschodu ciepło, sympatia i duma. CIA traktuje więźnia humanitarnie (choć nie bez zgryzot na twarzach), KGB robi tutaj taką bardzo delikatną wersję Przesłuchania Bugajskiego. Blok wschodni jest antypatyczny pełną gębą, po stronie amerykańskiej drażniący jest etos służbisty u partnerujących Hanksowi postaci podczas misji w NRD. Można kogoś poświęcić, bo nie jest najważniejszy w tej chwili. Od skrajnie jednostronnego widowiska Spielberg ucieka właśnie dzięki takiemu obrazowaniu służb. Nie ma sentymentów, jeśli zostaniecie wyłapani przez radary lub zdemaskowani przez Sowietów, zostaje tylko samobójstwo. Czyn, o którym praktycznie nikt się nie dowie. Albo główny bohater, który nie jest portretowany na znawcę Berlina, a jednocześnie w bardzo szybkim czasie musi sprawnie wykonać kolejne kroki. W przypadku niepowodzenia też nikt za nim płakać nie będzie, chyba że rodzina. Obecna jest również figura państwa komunistycznego jako tworu, w którym jakąkolwiek informację lub "fakt" należy dokładnie zanalizować z każdej strony. Wszędzie czai się wróg. Rodzinka? Może być podstawiona. List? Sfabrykowany twór. Przynajmniej alkohol w gabinecie jednego z nich nie zaszkodził naszemu pierwszoplanowemu bohaterowi. Kobiety oczywiście również nie istnieją, to albo wkładka rodzinna albo sekretarki albo figury radzieckiego systemu dezinformacji.
Podobał mi się ten młody pomagier w biurze enerdowskiego państwowca. Jego postać dodała odrobiny kolorytu i LUDZKIEGO aspektu w tym tak nieludzkim przecież systemie, wiadomo.
Pomimo litanii wad oglądało się całkiem przyjemnie, bo film broni się rozsądnym tempem prowadzenia historii. Suspens też działa, wobec tego prawnika jakoś trudno było mi być obojętnym. O aktorstwie nie ma co mówić, jest solidnie, nie ma fałszywych tonów. Jestem otwarty na dalszą dyskusję, dlatego może tyle styknie na dzień dobry wieczór.
Moszt spiegów
Film z gatunku historycznej opowieści z Ameryką jako superbohaterem, której uosobieniem jest tutaj Hanks. Dostaje misję bronienia radzieckiego szpiega. Poważne wyzwanie, choć ostatecznie niezbyt trudne dla wprawnego adwokata. Wykonywane obowiązki spotykają się z publicznym ostracyzmem, niechęcią współpracowników. Trochę przypadkowo ta historia splata się z wątkiem misji wywiadowczej prowadzonej na terenie ZSRR. Siłą rozpędu główny bohater dostaje zadanie prowadzenia "nieoficjalnych" negocjacji. Sumienny patriota dowiaduje się jeszcze o losie studenta zatrzymanego przez NRD. Walczy o dwóch za jednego. Mimo wielu ryzykownych posunięć i możliwości doprowadzenia do poważnego zgrzytu dyplomatycznego ostatecznie spełnia swoje zadanie. Tajemnica wychodzi na jaw, społeczeństwo i rodzina darzą go ogromnym szacunkiem i uznaniem.
Wyszło bardziej lekkostrawnie niż myślałem na początku. Na szczęście to nie jest od początku do końca obraz, który gra na zerojedynkowych zestawieniach. Amerykański adwokat nie ma lekko. Wzór państwa wiernego prawu, w którym każdy zostanie właściwie potraktowany przez wymiar spr... guzik tam. Wyższe sfery prawnicze, służby porządkowe - ich przedstawiciele obdarzeni pewnym zaufaniem i oczekiwanym obiektywizmem w działaniu ulegają jakimś plemiennym reakcjom. Dla gry politycznej można się zrzec pewnych wartości. Ten krytyczny aspekt w pierwszej części filmu doceniam. Z tym wszystkim mierzy się trochę naiwny idealista, choć jednocześnie nie brakuje mu ikry, stanowczości i wewnętrznego przekonania. Kreowany przez Hanksa bohater jest trochę posągowym klocem, ale TH to dobry aktor, bardzo sprawnie wywiązuje się z tego zadania, jest przekonujący, choć wciela się do pewnego stopnia w jakąś wytartą kliszę. Przypominam sobie kolorystykę ujęć w sądzie na przykład i nie mam żadnych wątpliwości, że to człowiek o niezachwianym systemie wartości, "faktyczny" stróż prawa i sprawiedliwości. Broni radzieckiego szpiega, który wzbudził moją sympatię. Na początku trochę za dużo tej szpiegowskiej gierki na pokaz, na szczęście takie efekciarskie zabiegi dramaturgiczne szybko gasną na rzecz czegoś głębszego psychologicznie (choć też bez przesady). Starszy pan z zacięciem artystycznym, który po seansie zupełnie nie pasuje do tak zaprezentowanego obrazu Związku Radzieckiego. Jego przyjaźń z głównym bohaterem jak z bajeczki, ale absolutnie satysfakcjonująca, bardzo zgrabnie poprowadzona. Zakończenie tego wątku poprzez spojrzenia na moście i prezent trochę słodko pierdzące, z drugiej strony było tutaj wiele gorszych zabiegów, po prostu kiczowatych.
Miejscami można poważnie złapać się za głowę. Zdjęcia są w porządku, ale służą kreskówkowemu zestawieniu dwóch światów. USA skąpane w kolorach, żywotności, ciepłej aurze. ZSRR i NRD w mroźnej zimie, bezduszne, czerwone aż do przesady. Scena w radzieckim sądzie wyglądała jak zrobiona komputerowo. Budzące politowanie rozłożone w czasie zestawienie dwóch scen jazdy, ekhm, transportem szynowym, tu widać Symbolikę przez wielkie s. W NRD skok na mur kończy się brutalnym rozstrzelaniem. W USA dzieciaki w ten sposób się beztrosko bawią. Nie lubię łopaty w sztuce. Albo te spojrzenia po lekturach gazet. W trakcie procesu Rudolfa niechęć i wrogość. Po odzyskaniu dwójki ze Wschodu ciepło, sympatia i duma. CIA traktuje więźnia humanitarnie (choć nie bez zgryzot na twarzach), KGB robi tutaj taką bardzo delikatną wersję Przesłuchania Bugajskiego. Blok wschodni jest antypatyczny pełną gębą, po stronie amerykańskiej drażniący jest etos służbisty u partnerujących Hanksowi postaci podczas misji w NRD. Można kogoś poświęcić, bo nie jest najważniejszy w tej chwili. Od skrajnie jednostronnego widowiska Spielberg ucieka właśnie dzięki takiemu obrazowaniu służb. Nie ma sentymentów, jeśli zostaniecie wyłapani przez radary lub zdemaskowani przez Sowietów, zostaje tylko samobójstwo. Czyn, o którym praktycznie nikt się nie dowie. Albo główny bohater, który nie jest portretowany na znawcę Berlina, a jednocześnie w bardzo szybkim czasie musi sprawnie wykonać kolejne kroki. W przypadku niepowodzenia też nikt za nim płakać nie będzie, chyba że rodzina. Obecna jest również figura państwa komunistycznego jako tworu, w którym jakąkolwiek informację lub "fakt" należy dokładnie zanalizować z każdej strony. Wszędzie czai się wróg. Rodzinka? Może być podstawiona. List? Sfabrykowany twór. Przynajmniej alkohol w gabinecie jednego z nich nie zaszkodził naszemu pierwszoplanowemu bohaterowi. Kobiety oczywiście również nie istnieją, to albo wkładka rodzinna albo sekretarki albo figury radzieckiego systemu dezinformacji.
Podobał mi się ten młody pomagier w biurze enerdowskiego państwowca. Jego postać dodała odrobiny kolorytu i LUDZKIEGO aspektu w tym tak nieludzkim przecież systemie, wiadomo.
Pomimo litanii wad oglądało się całkiem przyjemnie, bo film broni się rozsądnym tempem prowadzenia historii. Suspens też działa, wobec tego prawnika jakoś trudno było mi być obojętnym. O aktorstwie nie ma co mówić, jest solidnie, nie ma fałszywych tonów. Jestem otwarty na dalszą dyskusję, dlatego może tyle styknie na dzień dobry wieczór.
-
Czez
- Posty: 9729
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Pewnie, mozemy podyskutowac.
Enjoy The Silence
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Most Szpiegów, Proszę Państwa
Zacznę w sposób bardzo prosty - film w mojej opinii był genialny i wybitnie mi się podobał. Składa się na to kilka elementów, najważniejszy jest ten, że po prostu lubię raz, że Spielberga, którego uważam za jednego z najbardziej interesujących reżyserów a dwa, braci Coen, którzy są autorami scenariusza do tego dzieła. Jak tylko sprawdziłem w necie, któż taki ten film napisał, to muszę przyznać, iż od razu wiedziałem, z czym będę miał do czynienia (choć, oczywiście, creditsy należą się również Mattowi Charmanowi w tym zakresie). To w istocie był fantastyczny seans, nie mogłem się oderwać, a na swoje nieszczęście oglądałem film na 2 raty, że tak to ujmę. Na wstępie do tego tematu napisałem, iż ja właściwie nie znam się na kinie, także zapewne moje opisy mogą się co bardziej ogarniętym wydać w tej chwili cokolwiek dziwaczne, może zbyt pobieżne, no trudno. Muszę z tym żyć. Zacznę od... początku.
Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu masywnym odpychaczem od Mostu Szpiegów może być Hanks. I ja... w ogóle tego nie rozumiem xD Tzn. osobiście lubię Hanksa, nie przeszkadza mi jego momentami nieco drewniana gra, jeden wyraz twarzy, z rzadka modulacja głosu (chyba, że akurat się drze), co więcej! Uważam to za jego niezaprzeczalne atuty. Dla mnie nabiera dzięki w/w pewnej autentyczności. Widziałem wiele filmu z G. Raciasem i chyba tylko jeden uważam za totalny gniot (na ironię, jest to dzieło braci Coen, Starsza Pani Musi Zniknąć, w oryginale Ladykillers). Dzieło SZPILBERGA dla mnie umieszcza grę T. Hanksa wysoko. Jest dla mnie wręcz highlightem tego filmu (ale nie tylko, o czym za chwilę), doskonale sportretował Donovana (o którym potem trochę poczytałem) i przyświecające mu takie a nie inne motywy jego zachowania. Nie przedstawił go w jakiś przerysowany czy nazbyt pomnikowy sposób (w mojej opinii that is). Ludzki Hanks w ludzkiej postaci. Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, podobnie jak Hien uważam, że błyszczał Rylance. Gość jest genialny w swoim minimalizmie, jego gra wydaje się być aż przesadnie oszczędna, a jednocześnie ma w sobie potężny ładunek. Aparycja bardzo mu w tym pomaga - zarówno jego wygląd jak i głos są tak mocno hmm spokojne (?), że aż niepokojące, co wyraźnie pomogło mu w roli Abela (choć jemu pomaga to właściwie w każdej jego roli, z najnowszych choćby Don't Look Up). Sama relacja między Abelem a Hanksem - mam wrażenie - nie byłaby tak zarysowana, jak udało się w tym utworze bez tych dwóch konkretnych aktorów. Co do pozostałych - nie miałem jednego rozczarowania. Alan Alda, Scott Shepherd, drobne wrzutki aktorów bardziej serialowych jak choćby Jesse Plemons (który wszędzie wygląda jak najbardziej niegroźny człowiek na świecie, który zaraz Cię za*ierdoli) czy, bardzo przeze mnie lubiany Michael Gaston (wszędzie tak samo groźny). No i - creme de la creme - najbardziej przeze mnie (wiem, powtarzam się) ceniony niemiecki aktor, Sebastian Koch, który gdzie nie zagra wypada świetnie (tu w roli Vogla). Koch jest zresztą odtwórcą jednej z dwóch głównych ról w jednym z moich ulubionych filmów ever, Das Leben Der Anderen, który z bardzo wysokim prawdopodobieństwem umieszczę w tej zabawie. Czy u dobrych reżyserów zawsze grają sami dobrzy aktorzy? Tutaj się zdecydowanie udało.
Tyle o obsadzie, to może fabuła? Ta jest naprawdę bardzo dobra - oparta o prawdziwe wydarzenia (nie bez przeinaczeń) daje bardzo fajny wgląd w mniej hmm oczywisty fragment Zimnej Wojny z niemal samych jej początków. Ładnie eksploatuje wątki radykalnego antykomunizmu panującego w amerykańskiej klasie politycznej od końca lat 40. do połowy 50. (polecam poczytać o tzw. makkartyzmie), gdzie jakikolwiek przejaw sympatii nie tyle do ideologii co do człowieka który mógł choć w minimalnym stopniu się o nią otrzeć traktowany jest jak zdrada stanu. Rzecz jasna stanowi to w pewnym uproszczeniu oś fabularną filmu, ale jakby nie do końca, i to podobało mi się w nim najbardziej. Dla mnie najistotniejszym przekazem płynącym z Mostu Szpiegów była pewna... apoteoza to może złe słowo, niech będzie (wiem, że to częściowo synonimy) pochwała humianitaryzmu? Ale na pewno mówimy o podkreśleniu właściwej postawy moralnej w obliczu pozornego moralnego ładu ("better dead than red" i inne). Abel jest zły? Jest. Jest szpiegiem? Jest. Czy zasługuje z tego tytułu na karę, zważywszy na fakt, iż na dobrą sprawę nie wiemy do końca (w filmie nie jest to wprost powiedziane), jakiego rodzaju dane wywiadowcze zdobywał? Zapewne tak. Pytanie tylko, jak ta kara powinna wyglądać. "Urok" amerykańskiego polowanie na czerwone czarownice pięknie ujawnia się w całej swej krasie na sali sądowej, gdzie tłum - ewidentnie nie złożony przecież z pozbawionych aparatu poznawczego mas dołów społecznych - zachowuje się niczym takie właśnie masy wyrażając grube oburzenie decyzją sędziego o skazaniu gościa na 30 lat (umówmy się, gdyby faktycznie miał tyle siedzieć to de facto oznaczałoby dla niego dożywocie, Abel zresztą IRL zmarł bodaj w 1970 roku), bowiem tłum chce krwi. Donovan broni go do upadłego niekoniecznie dlatego, że akurat przewidział potencjalną wymianę - używa jej jako dobrego argumentu w negocjacjach, ale do końca zależy mu na obronie wyznawanego przez siebie (i w jego mniemaniu przez innych, bądź też tak być powinno) systemu wartości. Fajnie podkreśla to rozmowa jego z agentem Hoffmanem na początku filmu - Amerykanie tacy jak Donovan autentycznie nie tylko chcą wierzyć, że żyją w lepszej rzeczywistości i w zgodzie z lepszymi (jakkolwiek to nie zabrzmi) regułami, ale chcą też zgodnie z nimi postępować. Nie będziemy więc zachowywać się tak, jak w potencjalnie podobnej sytuacji zachowaliby się Sowieci. Oni niech mordują, są gorsi. My nie, bowiem jesteśmy lepsi, i nie należy jedynie tworzyć takiego obrazu urbi et orbi bez trzymania się tychże reguł. Ot, niekończący się temat dyskusji o zasadności kary śmierci - zabił? I my go zabijmy. Tylko, czy nie czyni to przypadkiem mordercami NAS? Ciekawe, że film pozwala sobie na nieco cheesy eksploatację tego wątku, sceny w pociągu czy ostrzelanie domu rodziny Donovana (w rzeczywistości nie miało to miejsca). Jednak już pewna klamra z przeskakiwaniem przez mur/ogrodzenie jakoś mnie ujęła (pewnie swoją naiwnością, ale wciąż). Ważąc wszystkie powyższe, uważam fabułę za naprawdę dobrą, choć oczywiście mogę być nieco tendencyjny - lubię ten okres w historii świata, jest dla mnie ekstremalnie interesujący, zwłaszcza same początki - a przecież wtedy było jeszcze przed kryzysem kubańskim, który na dobre rozkręcił rywalizację mocarstw, z krótką przerwą na tzw. detente w latach 70., ale w tę wierzył chyba tylko zachód Europy. Innymi słowy - znak jakości!
No to teraz kwestie techniczne - muzyka nie była zła, ale nie zapadła mi też jakoś bardzo w pamięć. Udźwiękowienie sobie daruję, skoncentruję się na zdjęciach. A te są fantastyczne! Kapitalnie uchwycony klimat Stanów z końca lat 50. (choć momentami miałem wrażenie, że aż nazbyt przerysowany), gdzie co prawda czasem jest jesiennie, nieco smutnawo i deszczowo, ale wciąż "kolorowo" i stoi to mocno w kontrze do Wschodu, choć tak naprawdę Rosja Sowiecka (poza tą absurdalnie wyglądającą salą sądową) nie jest nam ukazana. Jest Berlin, ciężki, smutny, wciąż mocno powojenny (oczywiście tak było, nie ma się co przypieprzać), i dodatkowo przywalony śniegiem, by podkreślić szarzyznę. Standardowy zabieg w hollywoodzkim kinie, także ciężko się tutaj denerwować... z ciekawostek, Berlin Wschodni, a raczej jego zewnętrza, były kręcone... we Wrocławiu, zresztą chyba dokładnie w tym samym miejscu, w którym niedawno kręcono sporo ważnych scen do netfliksowej Wielkiej Wody xD Wizualnie film to dla mnie majstersztyk, mało wiem o pracy kamery, ustawieniu planów etc., ale po prostu przyjemnie mi się na to patrzyło. Z pewnych względów takie dzieła stanowią dla mnie wręcz obrazowe dokumenty, które - pod opieką właściwych ludzi - stanowią fantastyczny portret swojej epoki. W dużym skrócie - Nowy Jork piękny, Wrocław brzydki (znaczy Berlin, znaczy Europa Wschodnia, na jedno wychodzi). Jest miodnie, aż nabrałem ochotę na podobne dzieła, gdzie je znajdę???
Słowem podsumowania - film był świetny. Czez bywa cheesy (czezi lol) w wątkach muzycznych, ale czasem jak czymś przywali w łeb to mamy totalny nokaut. I tak się stało w tym wypadku. Most Szpiegów to naprawdę fantastyczna pozycja, którą - spytany - na pewno będę polecał. Fabule możnaby zarzucić pewną naiwność gdyby nie to, że no... jest kurde oparta na faktach (poza drobnymi acz zauważalnymi zmianami, jeśli się zna background), co dodaje temu nieco happyendowemu zakończeniu zabarwienia zakropionego pociechą, że może nie żyjemy w świecie aż tak złym i, jak to śpiewał Jori Hulkkonen, sometimes you win (but not very often). Kupuję ją też dlatego, że będąc na miejscu Donovana zachowałbym się dokładnie tak samo, za młodu byłem bardzo pryncypialny, potem mi przeszło, teraz chyba wraca. Obsada zagrała, Hanks był przekonujący, Rylance czarujący, Koch raz przyjemny raz groźny, aktorzy grający Sowietów niebezpiecznie obrzydzający (w ogóle, mała uwaga na marginesie na sam koniec - znajduję zabawnym, że w Bloku Wschodnim niemal wszyscy mówią w mniejszym lub większym stopniu po angielsku, i o ile nie powinno być to zaskakujące w przypadku oficerów KGB pracujących w berlińskiej ekspozyturze, kiedy mur dopiero się stawiał, poza tym przecież po drugiej stronie działała agentura anglosaska etc., to już taki Vogel czy Pan Prokurator [bez gliniarza] brzmieli trochę absurdalnie. Inna ciekawostka jest taka, iż z jakiegoś powodu - hollywoodzkie wymagania - aktorzy grający Rosjan na wysokim szczeblu ZAWSZE muszą bełkotać z tym potwornym, twardym akcentem. Bo trzeba ich niemal palcem wytknąć, że EJ JAKBY CO TO SĄ RUSCY NIE??? Podczas gdy bodaj Witold Jurasz opowiadał, jak błędnym założeniem jest to, że Rosjanie zawsze w taki sposób mówią i po tym można poznać, że ktoś pochodzi ze Wschodu, albowiem właściwie wszyscy rosyjscy czy wcześniej sowieccy dyplomaci - i to nawet urzędnicy niskiego szczebla - jeśli mówili już po angielsku, to z reguły lepiej od samych Brytyjczyków. No ale prawda czasu prawda ekranu blablabla), no, jest bardzo dobrze, jeśli nie lepiej. Technikalia? Świetne! Film mimo swoich ponad dwóch godzin w ogóle mi się nie dłużył. Będę wracał. A nie mam wielu takich filmów.
Ave Czezar!
Zacznę w sposób bardzo prosty - film w mojej opinii był genialny i wybitnie mi się podobał. Składa się na to kilka elementów, najważniejszy jest ten, że po prostu lubię raz, że Spielberga, którego uważam za jednego z najbardziej interesujących reżyserów a dwa, braci Coen, którzy są autorami scenariusza do tego dzieła. Jak tylko sprawdziłem w necie, któż taki ten film napisał, to muszę przyznać, iż od razu wiedziałem, z czym będę miał do czynienia (choć, oczywiście, creditsy należą się również Mattowi Charmanowi w tym zakresie). To w istocie był fantastyczny seans, nie mogłem się oderwać, a na swoje nieszczęście oglądałem film na 2 raty, że tak to ujmę. Na wstępie do tego tematu napisałem, iż ja właściwie nie znam się na kinie, także zapewne moje opisy mogą się co bardziej ogarniętym wydać w tej chwili cokolwiek dziwaczne, może zbyt pobieżne, no trudno. Muszę z tym żyć. Zacznę od... początku.
Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu masywnym odpychaczem od Mostu Szpiegów może być Hanks. I ja... w ogóle tego nie rozumiem xD Tzn. osobiście lubię Hanksa, nie przeszkadza mi jego momentami nieco drewniana gra, jeden wyraz twarzy, z rzadka modulacja głosu (chyba, że akurat się drze), co więcej! Uważam to za jego niezaprzeczalne atuty. Dla mnie nabiera dzięki w/w pewnej autentyczności. Widziałem wiele filmu z G. Raciasem i chyba tylko jeden uważam za totalny gniot (na ironię, jest to dzieło braci Coen, Starsza Pani Musi Zniknąć, w oryginale Ladykillers). Dzieło SZPILBERGA dla mnie umieszcza grę T. Hanksa wysoko. Jest dla mnie wręcz highlightem tego filmu (ale nie tylko, o czym za chwilę), doskonale sportretował Donovana (o którym potem trochę poczytałem) i przyświecające mu takie a nie inne motywy jego zachowania. Nie przedstawił go w jakiś przerysowany czy nazbyt pomnikowy sposób (w mojej opinii that is). Ludzki Hanks w ludzkiej postaci. Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, podobnie jak Hien uważam, że błyszczał Rylance. Gość jest genialny w swoim minimalizmie, jego gra wydaje się być aż przesadnie oszczędna, a jednocześnie ma w sobie potężny ładunek. Aparycja bardzo mu w tym pomaga - zarówno jego wygląd jak i głos są tak mocno hmm spokojne (?), że aż niepokojące, co wyraźnie pomogło mu w roli Abela (choć jemu pomaga to właściwie w każdej jego roli, z najnowszych choćby Don't Look Up). Sama relacja między Abelem a Hanksem - mam wrażenie - nie byłaby tak zarysowana, jak udało się w tym utworze bez tych dwóch konkretnych aktorów. Co do pozostałych - nie miałem jednego rozczarowania. Alan Alda, Scott Shepherd, drobne wrzutki aktorów bardziej serialowych jak choćby Jesse Plemons (który wszędzie wygląda jak najbardziej niegroźny człowiek na świecie, który zaraz Cię za*ierdoli) czy, bardzo przeze mnie lubiany Michael Gaston (wszędzie tak samo groźny). No i - creme de la creme - najbardziej przeze mnie (wiem, powtarzam się) ceniony niemiecki aktor, Sebastian Koch, który gdzie nie zagra wypada świetnie (tu w roli Vogla). Koch jest zresztą odtwórcą jednej z dwóch głównych ról w jednym z moich ulubionych filmów ever, Das Leben Der Anderen, który z bardzo wysokim prawdopodobieństwem umieszczę w tej zabawie. Czy u dobrych reżyserów zawsze grają sami dobrzy aktorzy? Tutaj się zdecydowanie udało.
Tyle o obsadzie, to może fabuła? Ta jest naprawdę bardzo dobra - oparta o prawdziwe wydarzenia (nie bez przeinaczeń) daje bardzo fajny wgląd w mniej hmm oczywisty fragment Zimnej Wojny z niemal samych jej początków. Ładnie eksploatuje wątki radykalnego antykomunizmu panującego w amerykańskiej klasie politycznej od końca lat 40. do połowy 50. (polecam poczytać o tzw. makkartyzmie), gdzie jakikolwiek przejaw sympatii nie tyle do ideologii co do człowieka który mógł choć w minimalnym stopniu się o nią otrzeć traktowany jest jak zdrada stanu. Rzecz jasna stanowi to w pewnym uproszczeniu oś fabularną filmu, ale jakby nie do końca, i to podobało mi się w nim najbardziej. Dla mnie najistotniejszym przekazem płynącym z Mostu Szpiegów była pewna... apoteoza to może złe słowo, niech będzie (wiem, że to częściowo synonimy) pochwała humianitaryzmu? Ale na pewno mówimy o podkreśleniu właściwej postawy moralnej w obliczu pozornego moralnego ładu ("better dead than red" i inne). Abel jest zły? Jest. Jest szpiegiem? Jest. Czy zasługuje z tego tytułu na karę, zważywszy na fakt, iż na dobrą sprawę nie wiemy do końca (w filmie nie jest to wprost powiedziane), jakiego rodzaju dane wywiadowcze zdobywał? Zapewne tak. Pytanie tylko, jak ta kara powinna wyglądać. "Urok" amerykańskiego polowanie na czerwone czarownice pięknie ujawnia się w całej swej krasie na sali sądowej, gdzie tłum - ewidentnie nie złożony przecież z pozbawionych aparatu poznawczego mas dołów społecznych - zachowuje się niczym takie właśnie masy wyrażając grube oburzenie decyzją sędziego o skazaniu gościa na 30 lat (umówmy się, gdyby faktycznie miał tyle siedzieć to de facto oznaczałoby dla niego dożywocie, Abel zresztą IRL zmarł bodaj w 1970 roku), bowiem tłum chce krwi. Donovan broni go do upadłego niekoniecznie dlatego, że akurat przewidział potencjalną wymianę - używa jej jako dobrego argumentu w negocjacjach, ale do końca zależy mu na obronie wyznawanego przez siebie (i w jego mniemaniu przez innych, bądź też tak być powinno) systemu wartości. Fajnie podkreśla to rozmowa jego z agentem Hoffmanem na początku filmu - Amerykanie tacy jak Donovan autentycznie nie tylko chcą wierzyć, że żyją w lepszej rzeczywistości i w zgodzie z lepszymi (jakkolwiek to nie zabrzmi) regułami, ale chcą też zgodnie z nimi postępować. Nie będziemy więc zachowywać się tak, jak w potencjalnie podobnej sytuacji zachowaliby się Sowieci. Oni niech mordują, są gorsi. My nie, bowiem jesteśmy lepsi, i nie należy jedynie tworzyć takiego obrazu urbi et orbi bez trzymania się tychże reguł. Ot, niekończący się temat dyskusji o zasadności kary śmierci - zabił? I my go zabijmy. Tylko, czy nie czyni to przypadkiem mordercami NAS? Ciekawe, że film pozwala sobie na nieco cheesy eksploatację tego wątku, sceny w pociągu czy ostrzelanie domu rodziny Donovana (w rzeczywistości nie miało to miejsca). Jednak już pewna klamra z przeskakiwaniem przez mur/ogrodzenie jakoś mnie ujęła (pewnie swoją naiwnością, ale wciąż). Ważąc wszystkie powyższe, uważam fabułę za naprawdę dobrą, choć oczywiście mogę być nieco tendencyjny - lubię ten okres w historii świata, jest dla mnie ekstremalnie interesujący, zwłaszcza same początki - a przecież wtedy było jeszcze przed kryzysem kubańskim, który na dobre rozkręcił rywalizację mocarstw, z krótką przerwą na tzw. detente w latach 70., ale w tę wierzył chyba tylko zachód Europy. Innymi słowy - znak jakości!
No to teraz kwestie techniczne - muzyka nie była zła, ale nie zapadła mi też jakoś bardzo w pamięć. Udźwiękowienie sobie daruję, skoncentruję się na zdjęciach. A te są fantastyczne! Kapitalnie uchwycony klimat Stanów z końca lat 50. (choć momentami miałem wrażenie, że aż nazbyt przerysowany), gdzie co prawda czasem jest jesiennie, nieco smutnawo i deszczowo, ale wciąż "kolorowo" i stoi to mocno w kontrze do Wschodu, choć tak naprawdę Rosja Sowiecka (poza tą absurdalnie wyglądającą salą sądową) nie jest nam ukazana. Jest Berlin, ciężki, smutny, wciąż mocno powojenny (oczywiście tak było, nie ma się co przypieprzać), i dodatkowo przywalony śniegiem, by podkreślić szarzyznę. Standardowy zabieg w hollywoodzkim kinie, także ciężko się tutaj denerwować... z ciekawostek, Berlin Wschodni, a raczej jego zewnętrza, były kręcone... we Wrocławiu, zresztą chyba dokładnie w tym samym miejscu, w którym niedawno kręcono sporo ważnych scen do netfliksowej Wielkiej Wody xD Wizualnie film to dla mnie majstersztyk, mało wiem o pracy kamery, ustawieniu planów etc., ale po prostu przyjemnie mi się na to patrzyło. Z pewnych względów takie dzieła stanowią dla mnie wręcz obrazowe dokumenty, które - pod opieką właściwych ludzi - stanowią fantastyczny portret swojej epoki. W dużym skrócie - Nowy Jork piękny, Wrocław brzydki (znaczy Berlin, znaczy Europa Wschodnia, na jedno wychodzi). Jest miodnie, aż nabrałem ochotę na podobne dzieła, gdzie je znajdę???
Słowem podsumowania - film był świetny. Czez bywa cheesy (czezi lol) w wątkach muzycznych, ale czasem jak czymś przywali w łeb to mamy totalny nokaut. I tak się stało w tym wypadku. Most Szpiegów to naprawdę fantastyczna pozycja, którą - spytany - na pewno będę polecał. Fabule możnaby zarzucić pewną naiwność gdyby nie to, że no... jest kurde oparta na faktach (poza drobnymi acz zauważalnymi zmianami, jeśli się zna background), co dodaje temu nieco happyendowemu zakończeniu zabarwienia zakropionego pociechą, że może nie żyjemy w świecie aż tak złym i, jak to śpiewał Jori Hulkkonen, sometimes you win (but not very often). Kupuję ją też dlatego, że będąc na miejscu Donovana zachowałbym się dokładnie tak samo, za młodu byłem bardzo pryncypialny, potem mi przeszło, teraz chyba wraca. Obsada zagrała, Hanks był przekonujący, Rylance czarujący, Koch raz przyjemny raz groźny, aktorzy grający Sowietów niebezpiecznie obrzydzający (w ogóle, mała uwaga na marginesie na sam koniec - znajduję zabawnym, że w Bloku Wschodnim niemal wszyscy mówią w mniejszym lub większym stopniu po angielsku, i o ile nie powinno być to zaskakujące w przypadku oficerów KGB pracujących w berlińskiej ekspozyturze, kiedy mur dopiero się stawiał, poza tym przecież po drugiej stronie działała agentura anglosaska etc., to już taki Vogel czy Pan Prokurator [bez gliniarza] brzmieli trochę absurdalnie. Inna ciekawostka jest taka, iż z jakiegoś powodu - hollywoodzkie wymagania - aktorzy grający Rosjan na wysokim szczeblu ZAWSZE muszą bełkotać z tym potwornym, twardym akcentem. Bo trzeba ich niemal palcem wytknąć, że EJ JAKBY CO TO SĄ RUSCY NIE??? Podczas gdy bodaj Witold Jurasz opowiadał, jak błędnym założeniem jest to, że Rosjanie zawsze w taki sposób mówią i po tym można poznać, że ktoś pochodzi ze Wschodu, albowiem właściwie wszyscy rosyjscy czy wcześniej sowieccy dyplomaci - i to nawet urzędnicy niskiego szczebla - jeśli mówili już po angielsku, to z reguły lepiej od samych Brytyjczyków. No ale prawda czasu prawda ekranu blablabla), no, jest bardzo dobrze, jeśli nie lepiej. Technikalia? Świetne! Film mimo swoich ponad dwóch godzin w ogóle mi się nie dłużył. Będę wracał. A nie mam wielu takich filmów.
Ave Czezar!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja dodam tylko mały fun fact (zanim się dyskusja rozkręci), że akcja filmu dzieje się rok przed wydaniem "Only The Lonely" Sinatry xD Więc macie jeszcze historyczno-społeczno-socjalny backdrop.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9729
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
No jestem w szoku, ze cos ode mnie spodobalo sie devotionalowi, wow. A jesli chcesz wiecej filmow... ile tytulow Ci podrzucic?
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czezu zwolnij, w kolejce są też nasze filmy 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jeśli w tym stylu to na pewno ze 2 jeszcze poproszę, ale tak, jako rzecze Hienotustra, najpierw nasza kolejkaCzez pisze:18 paź 2022 11:09No jestem w szoku, ze cos ode mnie spodobalo sie devotionalowi, wow. A jesli chcesz wiecej filmow... ile tytulow Ci podrzucic?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10306
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czekamy pewnie na Sebę Kolegę
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Seba Porcupine Tree Szanowny Kolega pewnie nawet nie obejrzał, bo boi się Hanksa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9729
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Nie mowie, ze tu i teraz. Ja tez czekam na reszte kolejkidevotional pisze:18 paź 2022 13:32Jeśli w tym stylu to na pewno ze 2 jeszcze poproszę, ale tak, jako rzecze Hienotustra, najpierw nasza kolejkaCzez pisze:18 paź 2022 11:09No jestem w szoku, ze cos ode mnie spodobalo sie devotionalowi, wow. A jesli chcesz wiecej filmow... ile tytulow Ci podrzucic?kto jeszcze recenzuje?
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i co. Wuja się tak awanturował, że nie oglądamy, ale minął prawie tydzień od pierwszej recenzji, a Shodan nic. I po co się było szarpać?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Cierpliwość największą cnotą człowieka.
Most szpiegów.
Obejrzałem film rzeczywiście już parę tygodni temu, więc nawet już nie pamiętam nazwisk bohaterów. No ale nic.
Nie jestem jakimś wielkim znawcą kina, więc często coś oglądając nawet nie wiem, kto jest reżyserem. Z wyjątkiem oczywiście filmów tych dla mnie naprawdę kultowych. Spielberg to oczywiście znane nazwisko, wiem, że reżyserował ET. Bez zaglądania do wikipedi nie potrafiłbym wymienić innych tytułów. Choć jak już zajrzałem, to wtedy co chwilę było "ach no tak, to też przecież jego". Za to rozróżniam aktorów, bo ich się na ekranie widzi. I muszę przyznać, że Tom Hanks to jeden z moich bezsprzecznie ulubionych aktorów.
Film się zaczyna od aresztowania radzieckiego szpiega oraz przydzielenia mu do obrony adwokata granego przez Hanksa właśnie. Kiedy wszyscy oczekują, że ta obrona to będzie jakaś sztukancka pokazówka, a adwokat wbrew wszystkim się temu przeciwstawia i postanawia, że będzie go bronił za wszelką cenę, zaczynam czuć niepokój. Bo myślałem, że do końca filmu akcja toczyć się będzie na sali sądowej. Na szczęście akcja filmu potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Mamy podróż adwokata do Berlina, gdzie sporo ryzykując próbuje uwolnić nie tylko amerykańskiego pilota, ale i więzionego studenta. W finale nie wiem czego oczekiwać. Spodziewam się różnych rzeczy, łącznie z rozstrzelaniem przez ruskich obu szpiegów już na moście. Tymczasem nie dość, że wymiana dochodzi do skutku, to jeszcze udaje się odzyskać studenta. Zakończenie jak w typowym amerykańskim filmie z superbohaterem w roli głównej. Z tym, że tutaj mamy pokazaną ponoć historię, która naprawdę się wydarzyła.
Zazwyczaj w amerykańskich filmach USA jest przedstawiane jako kraj, który zawsze organizuje ekspedycje ratownicze choćby dla jednego uwięzionego gdzieś w świecie lub wszechświecie amerykańskiego obywatela. Bez względu na koszty i ofiary. Tutaj mamy odwrotną sytuację. USA jest przedstawione jako kraj dwulicowy, dbający tylko o narodowy interes, który chętnie poświęci życie studenta, a pilota chce odzyskać tylko po to, żeby za dużo nie zdążył wygadać wrogowi.
Mamy też pokazaną małą próbkę radzieckiego cyrku i absurdu, która była wtedy wszechobecna. Zresztą u nich to chyba nadal tak jest.
Film jest świetny od strony wizualnej. Mamy bardzo klimatyczne sceny, szczególnie w Berlinie udawanym przez Wrocław. Scenerie wyglądają naprawdę ładnie i przekonująco. Mamy świetną grę aktorską. Hanks dobry jak zawsze ale i aktor grający radzieckiego szpiega Mark Rylance gra rewelacyjnie.
Pewnie są w tym filmie gdzie nie gdzie sceny trochę naciągane czy przejaskrawione, jak to w amerykańskim kinie, ale w którym filmie ich nie ma? Chyba granicy przyzwoitości nie przekroczono. Ja nigdy nie szukam na siłę dziury w całym, bo gdybym wszędzie doszukiwał się logiki i mega realizmu, to chyba nie oglądałbym filmów w ogóle.
Podsumowując było to bardzo dobrze spędzone prawie 2,5h.
Most szpiegów.
Obejrzałem film rzeczywiście już parę tygodni temu, więc nawet już nie pamiętam nazwisk bohaterów. No ale nic.
Nie jestem jakimś wielkim znawcą kina, więc często coś oglądając nawet nie wiem, kto jest reżyserem. Z wyjątkiem oczywiście filmów tych dla mnie naprawdę kultowych. Spielberg to oczywiście znane nazwisko, wiem, że reżyserował ET. Bez zaglądania do wikipedi nie potrafiłbym wymienić innych tytułów. Choć jak już zajrzałem, to wtedy co chwilę było "ach no tak, to też przecież jego". Za to rozróżniam aktorów, bo ich się na ekranie widzi. I muszę przyznać, że Tom Hanks to jeden z moich bezsprzecznie ulubionych aktorów.
Film się zaczyna od aresztowania radzieckiego szpiega oraz przydzielenia mu do obrony adwokata granego przez Hanksa właśnie. Kiedy wszyscy oczekują, że ta obrona to będzie jakaś sztukancka pokazówka, a adwokat wbrew wszystkim się temu przeciwstawia i postanawia, że będzie go bronił za wszelką cenę, zaczynam czuć niepokój. Bo myślałem, że do końca filmu akcja toczyć się będzie na sali sądowej. Na szczęście akcja filmu potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Mamy podróż adwokata do Berlina, gdzie sporo ryzykując próbuje uwolnić nie tylko amerykańskiego pilota, ale i więzionego studenta. W finale nie wiem czego oczekiwać. Spodziewam się różnych rzeczy, łącznie z rozstrzelaniem przez ruskich obu szpiegów już na moście. Tymczasem nie dość, że wymiana dochodzi do skutku, to jeszcze udaje się odzyskać studenta. Zakończenie jak w typowym amerykańskim filmie z superbohaterem w roli głównej. Z tym, że tutaj mamy pokazaną ponoć historię, która naprawdę się wydarzyła.
Zazwyczaj w amerykańskich filmach USA jest przedstawiane jako kraj, który zawsze organizuje ekspedycje ratownicze choćby dla jednego uwięzionego gdzieś w świecie lub wszechświecie amerykańskiego obywatela. Bez względu na koszty i ofiary. Tutaj mamy odwrotną sytuację. USA jest przedstawione jako kraj dwulicowy, dbający tylko o narodowy interes, który chętnie poświęci życie studenta, a pilota chce odzyskać tylko po to, żeby za dużo nie zdążył wygadać wrogowi.
Mamy też pokazaną małą próbkę radzieckiego cyrku i absurdu, która była wtedy wszechobecna. Zresztą u nich to chyba nadal tak jest.
Film jest świetny od strony wizualnej. Mamy bardzo klimatyczne sceny, szczególnie w Berlinie udawanym przez Wrocław. Scenerie wyglądają naprawdę ładnie i przekonująco. Mamy świetną grę aktorską. Hanks dobry jak zawsze ale i aktor grający radzieckiego szpiega Mark Rylance gra rewelacyjnie.
Pewnie są w tym filmie gdzie nie gdzie sceny trochę naciągane czy przejaskrawione, jak to w amerykańskim kinie, ale w którym filmie ich nie ma? Chyba granicy przyzwoitości nie przekroczono. Ja nigdy nie szukam na siłę dziury w całym, bo gdybym wszędzie doszukiwał się logiki i mega realizmu, to chyba nie oglądałbym filmów w ogóle.
Podsumowując było to bardzo dobrze spędzone prawie 2,5h.
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To co, został Mentos, który nawet nie chce tego filmu oglądać xD
W ogóle to szkoda, że żadna dyskusja się tu nie wywiązuje. Każdy pisze swoje, ale nie odnosi się do innych, myślałem, że tutaj to będzie łatwiejsze niż w innych bestkach, ale widzę, że nie bardzo.
W ogóle to szkoda, że żadna dyskusja się tu nie wywiązuje. Każdy pisze swoje, ale nie odnosi się do innych, myślałem, że tutaj to będzie łatwiejsze niż w innych bestkach, ale widzę, że nie bardzo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9729
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
No ja cierpliwie czekalem na wszystkich, tylko teraz nie wiem czy nentos tez cos napisze.
Enjoy The Silence