Nie poddaję się tak łatwo jak co niektórzy. Bo mehnąć to żadna sztuka. Ale przekonać się choć trochę do czegoś niewygodnego, to już coś.Hien pisze:16 lis 2022 13:52Wuja się przekonuje do lat 70, jest gruboI to nawet z popsutą playlistą.
Best of Forum (Edycja albumowa)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re:
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mieliśmy z ojcem iść na ten koncert. Do dziś mi się w głowie nie mieści, że to się nie wydarzyło.Dragon pisze:16 lis 2022 14:12Ostatnia taka ciekawa i wykręcona trasa, ale Polacy się nie poznali xdHien pisze:16 lis 2022 11:03Taki fun fact dla wszystkich, w 1997 r. Bowie grał V-2 Schneider w dosyć kwaśnej, tanecznej wersji (w swoim elektronicznym, tanecznym okresie)
https://www.youtube.com/watch?v=r7-hky7N5sA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
David Bowie - Heroes
Cieszyłem się na to spotkanie z Davidem Bowiem, bo znam kolesia jakoś nieco bliżej od lat może 10 raptem kiedy obczaiłem Low, potem w sumie jeszcze inny album i odniosłem wrażenie że to mega sympatyczny koleżka był. Ogólnie jakimś cudem zaniedbywałem przez lata jego dyskografię a z drugiej strony niesamowicie go sobie ceniłem i uważałem za najbardziej charyzmatyczną postać w dziejach muzyki chyba w ogóle. Lubiłem go też za jego udział w Twin Peaks: Ogniu Krocz Ze Mną oraz w komedii Ucieczka W Noc którą przy okazji polecam tu, bo do bestki filmowej pchać mi się nie chce nadal xD
W każdym razie fajnie że teraz mogę nadrobić Herosów których znałem jedynie z title tracku i otwieracza zapodanego swego czasu przez mentosa, oba lubię. Przejdźmy do konkretów.
Beauty and the Beast to żwawe otwarcie albumu. Rytmiczny "stomper" że tak z angielska napiszę bo tupie się nogą przy nim chętnie, jest nawet na swój sposób trochę funky w tych powykręcanych synthach na tym groovie.
Joe the Lion bardziej na rockowo otwierają gitary, znów żywa rytmiczna perkusja, ogólnie wkrada się trochę chaos kiedy Bowie zaczyna śpiewać. Ten podkład w stronę hard rocka bardziej spogląda, albo po prostu glam rocka, jest taki przepych w tym, taka pompa. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale wizualnie kojarzy mi się z okładką Sgt. Peppera albo tymi różnymi dziwnymi grafikami odcinków z Monty Pythona.
Heroes to klasyk który poznałem późno, ale lepiej późno niż dzięki mentosowi hehe. Uwielbiam ten kawałek, tu perkusja aż tak nie naparza, bardziej te wyjące gitary są na pierwszym planie i zwracają uwagę. Piękny utwór i piękny, krzepiący tekst. W sumie nie wiem czy nie pierwsza wersja jaką słyszałem to nie była dopiero ta Petera Gabriela wykorzystana w Stranger Things. Wersję depeszy też sobie cenię, jest jakby mniej zobowiązująca, mniej dramatyczna ale wciąż piękna dla mnie. Fajnie że omawiamy ten numer tutaj to będę mógł spokojnie rzucić czymś innym od Bowiego w swoim czasie.
Sons of the Silent Age spowalnia tempo, utrzymuje się nieco natchniony klimat poprzednika, pojawiają się chórki, pobrzmiewa saksofon. Bowie śpiewa z niegasnącym przejęciem, ogólnie wokal tu najbardziej przykuwa uwagę. Lata 70. na pełnej.
Blackout znów rzęzi metalicznym brzmieniem gitar które przewija się od początku albumu, wracamy do żywszej perkusji i fortepianu. Bowie znowu się wydziera, znów mam to poczucie chaosu, cyrku, zwariowanej orkiestry glam rockowej. Na pewno jest to należyte zamknięcie pierwszej połowy albumu, takie z przytupem bo ta połowa w większości taka była albo przynajmniej takie wrażenie pozostawia.
V-2 Schneider ciekawie się rozpoczyna, powoli, niepozornie, bas buduje klimat, dochodzi stopa, saksofon i fortepian, mamy przytup z pierwszej połowy w formie takiej ujarzmionej, taki przyczajony tygrys. Bardzo smaczny intro track.
Sense of Doubt zaczyna się z miejsca złowrogim klimatem opartym o ciężkie fortepianowe nuty i synthy. Jest nawet trochę sci-fi. Intrygująca instrumentalna kompozycja rodem z dreszczowca rozgrywającego się na opuszczonej stacji kosmicznej? Płynnie przechodzi w Moss Garden które tonuje nastrój, robi się jakoś zwiewnie i orientalnie nieco. Póki co podoba mi się najbardziej poza tytułowym kawałkiem. Akurat była szarówka za oknem jak go słuchałem pierwszy raz i taki klimat czuję w tym utworze. Następnie znowu płynnie przechodzimy do Neuköln. Tu klimacik jest trochę creepy, saksofon dziwne melodie gra na tle ambientowych pejzaży, wyczuwam dystopię w tym taką ale przedstawioną adekwatnie do możliwości tamtej ery. Saksofon smutno jęczy na końcu.
The Secret Life of Arabia przerywa ten instrumentalny ciąg i powraca śpiewanym utworem z fajnym bujającym rytmem, przyznam że to dziwny zabieg z takim rozłożeniem akcentów na płycie. Gitary dźwięcznie pogrywają, do bitu pojawiają się klaszczące dłonie, boogie po całości, zostawiliśmy zniszczone miasta za sobą i ruszyliśmy do dyskoteki. Murzyn się cieszy i klaszcze pośladami wesoło podrygując na parkiecie.
Fin.
Podsumowując - początkowo nie bardzo mi siedziała strona A tego albumu (lubimy z mentosem inne klimaty) ale przegryza się i dojrzewa we mnie. Jest dziki cyrk trochę tam, orkiestra osobliwa i hałaśliwa ale ten nieład czy trochę brud ma swój urok i zaczynam go doceniać. Stronę B łykam jak pelikan od A do Z bo to piękna. Ogólnie całość jest SMACZNA i basta, to jednak chyba cechowało Bowiego w tamtym okresie a pewnie i w ogóle ale ja z moim lenistwem przekonam się za lat 100 o tym. Prawdopodobnie może nie poświęciłem Herosom dość czasu nadal ALE liczy się efekt a ten jest taki że chętnie wrócę i dam tej płycie pracować nade mną. Jestem usatysfakcjonowany, kolejny dobry klasyk nadrobiony.
Cieszyłem się na to spotkanie z Davidem Bowiem, bo znam kolesia jakoś nieco bliżej od lat może 10 raptem kiedy obczaiłem Low, potem w sumie jeszcze inny album i odniosłem wrażenie że to mega sympatyczny koleżka był. Ogólnie jakimś cudem zaniedbywałem przez lata jego dyskografię a z drugiej strony niesamowicie go sobie ceniłem i uważałem za najbardziej charyzmatyczną postać w dziejach muzyki chyba w ogóle. Lubiłem go też za jego udział w Twin Peaks: Ogniu Krocz Ze Mną oraz w komedii Ucieczka W Noc którą przy okazji polecam tu, bo do bestki filmowej pchać mi się nie chce nadal xD
W każdym razie fajnie że teraz mogę nadrobić Herosów których znałem jedynie z title tracku i otwieracza zapodanego swego czasu przez mentosa, oba lubię. Przejdźmy do konkretów.
Beauty and the Beast to żwawe otwarcie albumu. Rytmiczny "stomper" że tak z angielska napiszę bo tupie się nogą przy nim chętnie, jest nawet na swój sposób trochę funky w tych powykręcanych synthach na tym groovie.
Joe the Lion bardziej na rockowo otwierają gitary, znów żywa rytmiczna perkusja, ogólnie wkrada się trochę chaos kiedy Bowie zaczyna śpiewać. Ten podkład w stronę hard rocka bardziej spogląda, albo po prostu glam rocka, jest taki przepych w tym, taka pompa. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale wizualnie kojarzy mi się z okładką Sgt. Peppera albo tymi różnymi dziwnymi grafikami odcinków z Monty Pythona.
Heroes to klasyk który poznałem późno, ale lepiej późno niż dzięki mentosowi hehe. Uwielbiam ten kawałek, tu perkusja aż tak nie naparza, bardziej te wyjące gitary są na pierwszym planie i zwracają uwagę. Piękny utwór i piękny, krzepiący tekst. W sumie nie wiem czy nie pierwsza wersja jaką słyszałem to nie była dopiero ta Petera Gabriela wykorzystana w Stranger Things. Wersję depeszy też sobie cenię, jest jakby mniej zobowiązująca, mniej dramatyczna ale wciąż piękna dla mnie. Fajnie że omawiamy ten numer tutaj to będę mógł spokojnie rzucić czymś innym od Bowiego w swoim czasie.
Sons of the Silent Age spowalnia tempo, utrzymuje się nieco natchniony klimat poprzednika, pojawiają się chórki, pobrzmiewa saksofon. Bowie śpiewa z niegasnącym przejęciem, ogólnie wokal tu najbardziej przykuwa uwagę. Lata 70. na pełnej.
Blackout znów rzęzi metalicznym brzmieniem gitar które przewija się od początku albumu, wracamy do żywszej perkusji i fortepianu. Bowie znowu się wydziera, znów mam to poczucie chaosu, cyrku, zwariowanej orkiestry glam rockowej. Na pewno jest to należyte zamknięcie pierwszej połowy albumu, takie z przytupem bo ta połowa w większości taka była albo przynajmniej takie wrażenie pozostawia.
V-2 Schneider ciekawie się rozpoczyna, powoli, niepozornie, bas buduje klimat, dochodzi stopa, saksofon i fortepian, mamy przytup z pierwszej połowy w formie takiej ujarzmionej, taki przyczajony tygrys. Bardzo smaczny intro track.
Sense of Doubt zaczyna się z miejsca złowrogim klimatem opartym o ciężkie fortepianowe nuty i synthy. Jest nawet trochę sci-fi. Intrygująca instrumentalna kompozycja rodem z dreszczowca rozgrywającego się na opuszczonej stacji kosmicznej? Płynnie przechodzi w Moss Garden które tonuje nastrój, robi się jakoś zwiewnie i orientalnie nieco. Póki co podoba mi się najbardziej poza tytułowym kawałkiem. Akurat była szarówka za oknem jak go słuchałem pierwszy raz i taki klimat czuję w tym utworze. Następnie znowu płynnie przechodzimy do Neuköln. Tu klimacik jest trochę creepy, saksofon dziwne melodie gra na tle ambientowych pejzaży, wyczuwam dystopię w tym taką ale przedstawioną adekwatnie do możliwości tamtej ery. Saksofon smutno jęczy na końcu.
The Secret Life of Arabia przerywa ten instrumentalny ciąg i powraca śpiewanym utworem z fajnym bujającym rytmem, przyznam że to dziwny zabieg z takim rozłożeniem akcentów na płycie. Gitary dźwięcznie pogrywają, do bitu pojawiają się klaszczące dłonie, boogie po całości, zostawiliśmy zniszczone miasta za sobą i ruszyliśmy do dyskoteki. Murzyn się cieszy i klaszcze pośladami wesoło podrygując na parkiecie.
Fin.
Podsumowując - początkowo nie bardzo mi siedziała strona A tego albumu (lubimy z mentosem inne klimaty) ale przegryza się i dojrzewa we mnie. Jest dziki cyrk trochę tam, orkiestra osobliwa i hałaśliwa ale ten nieład czy trochę brud ma swój urok i zaczynam go doceniać. Stronę B łykam jak pelikan od A do Z bo to piękna. Ogólnie całość jest SMACZNA i basta, to jednak chyba cechowało Bowiego w tamtym okresie a pewnie i w ogóle ale ja z moim lenistwem przekonam się za lat 100 o tym. Prawdopodobnie może nie poświęciłem Herosom dość czasu nadal ALE liczy się efekt a ten jest taki że chętnie wrócę i dam tej płycie pracować nade mną. Jestem usatysfakcjonowany, kolejny dobry klasyk nadrobiony.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To by było na tyle tej kolejeczki Panowie a była to kolejka już 8. Zostały dwie do końca pierwszej dychy. W tej kolejce no cóż... dziwna to kolejka była, pełna skrajności, od 3 wrzutek się solidnie odbiłem a 2 z kolei kupuję chętnie po całości i wjadą do mojego kanonu. Myślę co by tu dalej wrzucić bo mam jedną pozycję pewną którą muszę wrzucić nadal i jedną nadal do wyboru. Mentosa zapraszam jak coś do reakcji na nasze reakcje/recki i jutro myślę startujemy od rana z nowymi wrzutkami.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Widzę, że gremium forumowe jest tu raczej zgodne co do oceny tej płyty, praktycznie wszyscy jak jeden mąż stwierdziliście, że strona B > strona A i generalnie płyta jest SOLIDNA. Ciężko mi z tym polemizować, jestem świadom tego, że trafiła do bestki głównie z przyczyn tego, że to było moje pierwsze poważne muzyczne odkrycie poza (a w zasadzie obok DM) i pewnie gdybym ją poznał w takim dajmy na to 2012, to bym pisal o niej to samo. I możliwe, że też bym twierdził, że pierwsze dwa kawałki są overhyped, ale to jest już gdybanie na poziomie co by było gdyby ciocia była wujkiem. xd Mogę wam tylko w sekstecie wyznać, że w kolejnej kolejce może nawet lekko was zaskoczę, bo nie przygotowałem niczego AŻ TAK ogranego jak w ostatnich kilku xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Oka. Mentos wjechał od razu także no
WRZUCAJCIE
WRZUCAJCIE
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko rzucę małymi statystykami. Recenzowanie płyt zajęło nam mniej więcej:
BoC - 12 dni (pierwsza wrzuta, zawsze dłużej schodzi)
Sinatra - 8 dni
ELO - 8 dni
Fever Ray - 9 dni
Taylor - 8 dni
Bowie - 3 DNI... widać czyja wrzuta i kto nie recenzował xD
BoC - 12 dni (pierwsza wrzuta, zawsze dłużej schodzi)
Sinatra - 8 dni
ELO - 8 dni
Fever Ray - 9 dni
Taylor - 8 dni
Bowie - 3 DNI... widać czyja wrzuta i kto nie recenzował xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
moze i czekacie na moje recenzje długo, ale za to są przeciętne
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Myślałem, myślałem aż w końcu wymyśliłem. Miałem poplanowane już pierwotnie ze dwie czy trzy różne czarne rapowe wrzutki ale myślę sobie eeee po co. Lubię, one wjadą jeszcze ale przyjdzie czas. Nie ma co Was tym zamęczać i zanudzać. A gdyby tak wystrzelić czymś takim... takim co w sumie tylko ja bym mógł faktycznie wrzucić, co darzę sentymentem i było jakimś wydarzeniem w moim życiu nawet i wśród moich znajomych. Może nie najlepszym w historii muzyki ale w pewnych wąskich kategoriach czemu nie. Bo kiedy wychodziło to jednak człowiek doceniał i się jarał. No i mam.
Lilu - LA
(2008)
Proszę Państwa oto Lilu - łódzka raperka i wokalistka, autorka tekstów, z wykształcenia muzyk (skrzypce) a także aktorka. Lilu poznałem (jakżeby inaczej) za sprawą jej współpracy z niejakim Reno. Nie jestem pewien już jak do niej doszło, faktem jest że Reno na swoim debiucie-nielegalu miał kawałek pt. Supersztuka w którym opowiadał o idealnej kobiecie i Lilu postanowiła nagrać odpowiedź do tego kawałka o tym samym tytule (czy znali się wcześniej - nie wiem). W każdym razie mieli potem parę wspólnych kawałków, Reno wyprodukował też połowę numerów z albumu LA i gościnnie rapuje też w singlu Kobiety (produkcji Snobe). Ten debiutancki album Lilu był trochę wydarzeniem dla mnie bo raz że na kobiecym polskim rapie się nie znałem (te szlaki w naszym kraju już były wtedy przetarte, łącznie z pierwszym legalem który wydała w 2005 r. WdoWA), dwa zanim album wyszedł zgłębiłem jak mogłem dotychczasowe nagrywki Lilu i mi siadły bo uważam że jest utalentowaną raperką, a trzy to ten album był totalną mieszanką stylów (do tego stopnia że zdaje się odbiorcy byli zdezorientowani a album można było znaleźć w Empiku w dziale pop o ile pamiętam).
Na LA ("la" to nuta której dźwięk wytwarza standardowy kamerton) Lilu zarówno rapuje jak i śpiewa, stylistycznie sięga po rap, dancehall i r&b, z tym że te rapowe podkłady już między sobą mają wachlarz od takich w stylu popularnego w tamtej dekadzie Scotta Storcha (otwierający album utwór Nie Ma Drugiej Takiej, produkcji Snobe), przez funkowe (Kobiety, znowu Snobe oraz Żyję Spox prod. Reno) aż po jazzujące (Poetyka, prod. Dawid Szczęsny). Trafiają się tu nawet różne dziwne basowe eksperymenty jak Tikatukatam produkcji Spaso. Dancehall na płycie zapewniają utwory Zła (prod. Ikon), Kocham Kocham Kocham i Rolex (oba prod. Reno), zaś r&b znajdziemy w kawałkach Mruczanka (prod. duet Juniorbwoy), Nasz Zakątek czy Na Brzegu Świata (oba by Reno). Jeśli do tego wszystkiego dorzucimy interludium z góralskim śpiewem wychodzi z tego przepotężny bigos xD być może właśnie to trochę przyczyniło się że ta płyta nie siadła tak jak powinna albo mogła, na naszym podwórku poza Sistars r&b się nie przyjęło przez długie lata, damski rap się nie liczył, swoje dancehallowe 5 minut miała wtedy też dopiero debiutująca albumem solo Marika (która też gościnnie się tu przewija). Album o ile mi wiadomo wytłoczono w ilości 2000 sztuk, jestem szczęśliwym posiadaczem jednej z nich i cieszę się że mogłem być tam wtedy i żyć tą płytą kiedy wychodziła, bo nawet jeśli w jakiejś mierze przewijają się tu typowe feministyczne teksty niezależnej kobiety to były też inne niegłupie i nieraz zabawne czy podane z dystansem co sobie zawsze ceniłem. Poza tym kurde, pewnie zeszrotujecie ten album bo okropnie się zestarzał ALE gdybyście na moment włączyli w głowie sobie mindset a.d. 2008 to może załapiecie że w sumie wiecie dlaczego to się wyróżniało na polskim rynku wydawniczym i było fajne, cool i świeże bo takiej muzy się nie robiło za bardzo (i w sumie się nie dziwię bo się nie sprzedawała). Za to właśnie propsuję ten album i darzę sentymentem i sobie go tu wrzucam cobyście zaznali czegoś prosto od Waszego forumowego Murzynka a nie od byle randoma z RYMu.
Co by tu na koniec jeszcze, aha, na płycie tak w ogóle pojawia się plejada gości co sprawia że Lilu w sumie chwilami nie błyszczy może, występują tu undergroundowi raperzy jak Pan Wankz, Reno, Finker czy Smarki, bardziej znani jak Łona i Rahim z Paktofoniki (album wydało MaxFlo Records, jego wytwórnia), dancehallowcy jak Marika (Bass Medium Trinity) i Cheeba (East West Rockers). Lilu posiada charakterystyczny ciepły wokal, miejscami bawi się nim, fajnie wokale nakłada na siebie czy rozkłada w stereo, odlatuje w jakieś wokalizy też co mi się podobało i podoba nadal. Moje ulubione momenty albumu to otwieracz, Kobiety, Mruczanka oraz Poetyka. W utworze 4 Wersy gościnnie na skrzypcach elektrycznych zagrała C'ma, interludium Góralskie śpiewa Marysia Maciata. Dużo ksywek, oczopląsu dostaniecie, trudno. Słuchać i dziękować lub nie xD
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... nIG_SiuJkd
Lilu - LA
(2008)
Proszę Państwa oto Lilu - łódzka raperka i wokalistka, autorka tekstów, z wykształcenia muzyk (skrzypce) a także aktorka. Lilu poznałem (jakżeby inaczej) za sprawą jej współpracy z niejakim Reno. Nie jestem pewien już jak do niej doszło, faktem jest że Reno na swoim debiucie-nielegalu miał kawałek pt. Supersztuka w którym opowiadał o idealnej kobiecie i Lilu postanowiła nagrać odpowiedź do tego kawałka o tym samym tytule (czy znali się wcześniej - nie wiem). W każdym razie mieli potem parę wspólnych kawałków, Reno wyprodukował też połowę numerów z albumu LA i gościnnie rapuje też w singlu Kobiety (produkcji Snobe). Ten debiutancki album Lilu był trochę wydarzeniem dla mnie bo raz że na kobiecym polskim rapie się nie znałem (te szlaki w naszym kraju już były wtedy przetarte, łącznie z pierwszym legalem który wydała w 2005 r. WdoWA), dwa zanim album wyszedł zgłębiłem jak mogłem dotychczasowe nagrywki Lilu i mi siadły bo uważam że jest utalentowaną raperką, a trzy to ten album był totalną mieszanką stylów (do tego stopnia że zdaje się odbiorcy byli zdezorientowani a album można było znaleźć w Empiku w dziale pop o ile pamiętam).
Na LA ("la" to nuta której dźwięk wytwarza standardowy kamerton) Lilu zarówno rapuje jak i śpiewa, stylistycznie sięga po rap, dancehall i r&b, z tym że te rapowe podkłady już między sobą mają wachlarz od takich w stylu popularnego w tamtej dekadzie Scotta Storcha (otwierający album utwór Nie Ma Drugiej Takiej, produkcji Snobe), przez funkowe (Kobiety, znowu Snobe oraz Żyję Spox prod. Reno) aż po jazzujące (Poetyka, prod. Dawid Szczęsny). Trafiają się tu nawet różne dziwne basowe eksperymenty jak Tikatukatam produkcji Spaso. Dancehall na płycie zapewniają utwory Zła (prod. Ikon), Kocham Kocham Kocham i Rolex (oba prod. Reno), zaś r&b znajdziemy w kawałkach Mruczanka (prod. duet Juniorbwoy), Nasz Zakątek czy Na Brzegu Świata (oba by Reno). Jeśli do tego wszystkiego dorzucimy interludium z góralskim śpiewem wychodzi z tego przepotężny bigos xD być może właśnie to trochę przyczyniło się że ta płyta nie siadła tak jak powinna albo mogła, na naszym podwórku poza Sistars r&b się nie przyjęło przez długie lata, damski rap się nie liczył, swoje dancehallowe 5 minut miała wtedy też dopiero debiutująca albumem solo Marika (która też gościnnie się tu przewija). Album o ile mi wiadomo wytłoczono w ilości 2000 sztuk, jestem szczęśliwym posiadaczem jednej z nich i cieszę się że mogłem być tam wtedy i żyć tą płytą kiedy wychodziła, bo nawet jeśli w jakiejś mierze przewijają się tu typowe feministyczne teksty niezależnej kobiety to były też inne niegłupie i nieraz zabawne czy podane z dystansem co sobie zawsze ceniłem. Poza tym kurde, pewnie zeszrotujecie ten album bo okropnie się zestarzał ALE gdybyście na moment włączyli w głowie sobie mindset a.d. 2008 to może załapiecie że w sumie wiecie dlaczego to się wyróżniało na polskim rynku wydawniczym i było fajne, cool i świeże bo takiej muzy się nie robiło za bardzo (i w sumie się nie dziwię bo się nie sprzedawała). Za to właśnie propsuję ten album i darzę sentymentem i sobie go tu wrzucam cobyście zaznali czegoś prosto od Waszego forumowego Murzynka a nie od byle randoma z RYMu.
Co by tu na koniec jeszcze, aha, na płycie tak w ogóle pojawia się plejada gości co sprawia że Lilu w sumie chwilami nie błyszczy może, występują tu undergroundowi raperzy jak Pan Wankz, Reno, Finker czy Smarki, bardziej znani jak Łona i Rahim z Paktofoniki (album wydało MaxFlo Records, jego wytwórnia), dancehallowcy jak Marika (Bass Medium Trinity) i Cheeba (East West Rockers). Lilu posiada charakterystyczny ciepły wokal, miejscami bawi się nim, fajnie wokale nakłada na siebie czy rozkłada w stereo, odlatuje w jakieś wokalizy też co mi się podobało i podoba nadal. Moje ulubione momenty albumu to otwieracz, Kobiety, Mruczanka oraz Poetyka. W utworze 4 Wersy gościnnie na skrzypcach elektrycznych zagrała C'ma, interludium Góralskie śpiewa Marysia Maciata. Dużo ksywek, oczopląsu dostaniecie, trudno. Słuchać i dziękować lub nie xD
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... nIG_SiuJkd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Co tu dużo mówić... Bowie to było bardzo dobre podsumowanie dość nierównej kolejki. Na pewno też za długiej xD Po krótkim czasie najwięcej powrotów było do Fever Ray. Pewne płyty potrzebują duużo czasu, żeby chcieć do nich wracać. Ciekawe rzeczy, choć trochę szkoda, że mało co prowokuje do częstych odsłuchów.
DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (1996)
Trzymam się klimatu panującego na dworze, choć w tym przypadku nie manipulowałem kolejnością płyt. To dla mnie jeden z ważniejszych krążków, a o wykonawcy wiem tyle, co kot napłakał. Pod tym pseudo kryje się Paul D. Miller, który nawet aspiruje do kogoś więcej niż ot artysta co muzyczkę robi, ale w Polsce nikt się tym nie przejął. Już o tych nagraniach jest naprawdę niewiele informacji. Parę lat temu przysłużyły się poważnemu poszerzeniu moich horyzontów muzycznych. Spora w tym zasługa etykietki. To ponoć kanoniczna cegłówka dla illbientu.
Wracamy do historii gimnazjalnych, ale tym razem bardziej w stronę czysto muzyczną. Między klasyczną elektroniką były poszukiwania dobrych obskjurów z rzeczy lat 90' i nowszych. Przypominam sobie tamtego Roberta, który wertuje wikipedię. Były też strony aspirujące do bycia czymś w rodzaju muzycznych encyklopedii. Nie takich z Bachem i Mozartem, nieee. Chciałem poznać dużo wszystkiego, co było związane z elektroniką, współczesną muzyką popularną. Pamiętam, że byłem mocno zafiksowany na punkcie wydania w dalekiej przyszłości własnej encyklopedii muzyki elektronicznej. Oczywiście z przykładami. Zanim trafiłem na Ishkura szukałem "źródeł" na własną rękę. Było to praktyczne i niepraktyczne jednocześnie. Zajmowało czas, pobudzało myślenie. Wiedziałem podskórnie, że nic z tego nie będzie, ale... W tamtym czasie było tak wiele podobnie sensownych zapychaczy. Illbient brzmiał interesująco. Po kilku płytach odnoszę wrażenie, że to bardziej szyld służący promocji marnego "mrocznego" trip hopu niż faktycznie osobny gatunek. Na początku wrażenie było zupełnie inne.
Może dlatego, że Songs of a Dead Dreamer jest tak wyjątkowe. Przekracza gatunki, proponuję bogatą i różnorodną opowieść, którą można sensownie podzielić na rozdziały. Wszystko utrzymane w trupiej, mglistej atmosferze. Od początku do końca poruszamy się w świecie postapo. Jest wiele świadectw dawnego życia. Ciekawe są źródła niektórych sampli, ale tę zabawę wam zostawię. Podróż przebiega niespiesznie, nie ma miejsca na szybkie i gwałtowne zmiany nastroju. Przystanek za przystankiem zahaczamy o jazz, hip hopy, dub, szybkie brejki, a nawet rzeczy w stylu Klausa Schulze. Nie ma przerwy od tego eklektyzmu, ale całość jest niesamowicie spójna. Najwięcej tu brudnych, może nawet ciężkich bitów, ale to i tak po pierwszym odsłuchu nic wam nie powie. Może być wymagająco, taka natura tej muzyki. Uwaga popłaca. Te najdłuższe pętle czasem i mnie lekko męczą, ale na śpiocha słuchać się nie da. Tutaj nie ma szansy wybrać jednego reprezentatywnego utworu, zrobiłbym płycie krzywdę. Najczęściej wracam do hipnotycznego Hologrammic Dub, ale zaraz potem musowo idą całe fragmenty, Juba/Thoughts Like Rain (z patosu przez dżunglę do parku okrytego mgłą) lub Anansi Abstrakt/Grapheme (brzmią jak improwizacje na gotowym materiale). Albo Terran Invasion tylko troszkę kosmiczne. Mogę tak wymieniać do końca.
Trudno taką muzą chwalić się znajomym, może proponowałem to pojedynczym osobom. Songs... pewnie poznałem w połowie 2015 roku i regularnie do dziś mi towarzyszy. Po latach nawet zacząłem sprawdzać jego inne płyty, ale o tym może kiedy indziej. Potrzebuje odpowiedniego nastawienia i otwartych uszu. Dawniej ten odrealniony seans siadał równie często jak rzeczy wrzucane w bestce od utworów. Dzisiaj to po prostu znakomicie zrealizowana atmosfera decyduje o tym, że wiernie wracam. Wrzucam pierwsze wydanie z 1996 roku, późniejsze jest pozbawione dwóch bardzo istotnych numerów (a na pewno nie ma ich na Spotify). Tylko w takim formacie słucham tej płyty z pełną przyjemnością. Zaskoczycie mnie szybkimi i zdecydowanymi ocenami, szczególnie tymi pozytywnymi xD ale bendem rad i wesół
https://youtube.com/playlist?list=PLi6x ... k1XJPD_nSB
DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (1996)
Trzymam się klimatu panującego na dworze, choć w tym przypadku nie manipulowałem kolejnością płyt. To dla mnie jeden z ważniejszych krążków, a o wykonawcy wiem tyle, co kot napłakał. Pod tym pseudo kryje się Paul D. Miller, który nawet aspiruje do kogoś więcej niż ot artysta co muzyczkę robi, ale w Polsce nikt się tym nie przejął. Już o tych nagraniach jest naprawdę niewiele informacji. Parę lat temu przysłużyły się poważnemu poszerzeniu moich horyzontów muzycznych. Spora w tym zasługa etykietki. To ponoć kanoniczna cegłówka dla illbientu.
Wracamy do historii gimnazjalnych, ale tym razem bardziej w stronę czysto muzyczną. Między klasyczną elektroniką były poszukiwania dobrych obskjurów z rzeczy lat 90' i nowszych. Przypominam sobie tamtego Roberta, który wertuje wikipedię. Były też strony aspirujące do bycia czymś w rodzaju muzycznych encyklopedii. Nie takich z Bachem i Mozartem, nieee. Chciałem poznać dużo wszystkiego, co było związane z elektroniką, współczesną muzyką popularną. Pamiętam, że byłem mocno zafiksowany na punkcie wydania w dalekiej przyszłości własnej encyklopedii muzyki elektronicznej. Oczywiście z przykładami. Zanim trafiłem na Ishkura szukałem "źródeł" na własną rękę. Było to praktyczne i niepraktyczne jednocześnie. Zajmowało czas, pobudzało myślenie. Wiedziałem podskórnie, że nic z tego nie będzie, ale... W tamtym czasie było tak wiele podobnie sensownych zapychaczy. Illbient brzmiał interesująco. Po kilku płytach odnoszę wrażenie, że to bardziej szyld służący promocji marnego "mrocznego" trip hopu niż faktycznie osobny gatunek. Na początku wrażenie było zupełnie inne.
Może dlatego, że Songs of a Dead Dreamer jest tak wyjątkowe. Przekracza gatunki, proponuję bogatą i różnorodną opowieść, którą można sensownie podzielić na rozdziały. Wszystko utrzymane w trupiej, mglistej atmosferze. Od początku do końca poruszamy się w świecie postapo. Jest wiele świadectw dawnego życia. Ciekawe są źródła niektórych sampli, ale tę zabawę wam zostawię. Podróż przebiega niespiesznie, nie ma miejsca na szybkie i gwałtowne zmiany nastroju. Przystanek za przystankiem zahaczamy o jazz, hip hopy, dub, szybkie brejki, a nawet rzeczy w stylu Klausa Schulze. Nie ma przerwy od tego eklektyzmu, ale całość jest niesamowicie spójna. Najwięcej tu brudnych, może nawet ciężkich bitów, ale to i tak po pierwszym odsłuchu nic wam nie powie. Może być wymagająco, taka natura tej muzyki. Uwaga popłaca. Te najdłuższe pętle czasem i mnie lekko męczą, ale na śpiocha słuchać się nie da. Tutaj nie ma szansy wybrać jednego reprezentatywnego utworu, zrobiłbym płycie krzywdę. Najczęściej wracam do hipnotycznego Hologrammic Dub, ale zaraz potem musowo idą całe fragmenty, Juba/Thoughts Like Rain (z patosu przez dżunglę do parku okrytego mgłą) lub Anansi Abstrakt/Grapheme (brzmią jak improwizacje na gotowym materiale). Albo Terran Invasion tylko troszkę kosmiczne. Mogę tak wymieniać do końca.
Trudno taką muzą chwalić się znajomym, może proponowałem to pojedynczym osobom. Songs... pewnie poznałem w połowie 2015 roku i regularnie do dziś mi towarzyszy. Po latach nawet zacząłem sprawdzać jego inne płyty, ale o tym może kiedy indziej. Potrzebuje odpowiedniego nastawienia i otwartych uszu. Dawniej ten odrealniony seans siadał równie często jak rzeczy wrzucane w bestce od utworów. Dzisiaj to po prostu znakomicie zrealizowana atmosfera decyduje o tym, że wiernie wracam. Wrzucam pierwsze wydanie z 1996 roku, późniejsze jest pozbawione dwóch bardzo istotnych numerów (a na pewno nie ma ich na Spotify). Tylko w takim formacie słucham tej płyty z pełną przyjemnością. Zaskoczycie mnie szybkimi i zdecydowanymi ocenami, szczególnie tymi pozytywnymi xD ale bendem rad i wesół
https://youtube.com/playlist?list=PLi6x ... k1XJPD_nSB
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Z okazji premiery nowego krążka mojego all time ukochanego zespołu i tej pory roku...
Simple Minds - Black and White 050505 (2005)
O Simple Minds napisałem już sporo przy innych okazjach (choćby moja pierwsza wrzutka ever), ale i tak wyrąbię tutaj notkę z treścią, jak zawsze. Jim Kerr i Charlie Burchill zaczynali w roku 1977, kiedy obaj mieli po 18 lat. Pochodzili z robotniczego w dużej mierze Glasgow i odkąd poznali Davida Bowie (to znaczy, poznali jego muzykę), a potem punk, jedyne, czego już chcieli w życiu, to grać. Zaczęli w punkowym outlecie Johnny and the Self Abusers (od imienia pierwszego frontmana i gitarzysty, Johna Milarky'ego, Kerr robił wtedy za drugiego wokalistę), ale ten się szybko rozleciał, bo członkami były, no, dzieciaki, i każdy miał inne pomysły na swoją karierę. W ciągu roku skład się ustabilizował - tworzyli go Kerr na wokalu, Burchill na gitarze, Derek Forbes na basie, Mick MacNeil na klawiszach i Brian McGee na garach. Line up wytrzymał do połowy 1981 roku, kiedy w trakcie sesji nagraniowych na ich 4 krążek (genialne Sons and Fascination/Sister Feelings Call, będące w istocie przypadkowo podwójnym wydawnictwem) odszedł McGee. Na moment zastąpił go Kenny Hyslop, którego potem, w trakcie nagrywania jednego z ich najważniejszych albumów - New Gold Dream 81-82-83-84 - zastąpił Mike Ogletree (współzakładał potem Fiction Factory). Odszedł zaraz po premierze albumu i na jego miejsce wskoczył "czarny Szkot" Mel Gaynor. W 1985, chwilę po ukazaniu się ich największego hit singla, a więc Don't You (Forget About Me), odchodzi basista Derek Forbes. A po Street Fighting Years (to ten krążek z Belfast Child) ucieka Mick MacNeil. Od tamtej pory grupa to właściwie po prostu Kerr i Burchill oraz cała masa dodatkowych muzyków, "stali" członkowie to odchodzili, to wracali (Gaynor, Forbes, który zaliczył powrót na lata 1997-1999), niektórzy uciekali zaraz po zapuszczeniu korzeni w zespole (kolejny basista Eddie Duffy, zresztą gra na Black and White); najfajniejszy skład, jaki wykrystalizował się przy okazji ukazania się płyty Big Music w listopadzie 2014 wytrzymał 3 lata xD (zobaczyłem go zresztą na żywo na początku 2014 roku w warszawskiej Stodole). Wtedy permanentnie odchodzą Mel Gaynor (de facto "klasyczny" członek grupy od 1982 roku) oraz Andy Gillespie (klawiszowiec, który walił u nich w parapety z przerwami od lat 90.). Trudno mi trochę uwierzyć, że w tym momencie Simple Minds liczy sobie 7 osób, z czego 3 to kobiety xD Jeszcze weselej się robi, kiedy się pomyśli, że ich najnowsza płyta zawiera tak naprawdę raptem 5 autorskich numerów SPECJALNIE na potrzeby tego wydawnictwa, reszta to przeróbki starych rzeczy, które nigdy się nie ukazały, dwa autoplagiaty i jeden cover. Tak naprawdę to przesłuchałem wczoraj kilkakrotnie i mam straszne uczucie niedosytu xD Wracam więc do "złotych czasów".
Jest lato 2004. Mam 15 lat i jestem oczarowany, zafascynowany i zakochany. Moim obiektem uczuć jest - a jakże - Depeche Mode. Na własność mam raptem 2 płyty i jedną kompilację, ale zaraz wrócę do gimbazy i dowiem się, że moja nauczycielka od francuskiego (prywatnie przyjaciółka pewnego gościa o ksywie Serek) jest ich fanatyczką. Zacznie mi pożyczać albumy do zgrywania, i tak poznam Excitera, Music for the Masses i Black Celebration, które na zawsze będą mi się kojarzyły z jesienią. Za chwilę będę też miał łącze internetowe w domu, pierwszy raz w życiu (Neostrada FTW). YouTube jeszcze nie istnieje, ściągać niczego nie potrafię, ale wciąż jest MTV Classic. Wolne chwile spędzam więc przed odbiornikiem i chłonę więcej ejtisów. Któregoś dnia widzę... wideo do Hypnotised (co już opisałem gdzie trzeba). A potem do Up on the Catwalk (fenomenalny utwór, tak swoją drogą), i mam lekki dysonans poznawczy - czy to na pewno ten sam zespół (podobnie miałem w przypadku New Order, gdy zobaczyłem wideo do Crystal a potem do Blue Monday-88)? Mój nastoletni umysł najwyraźniej nie był w stanie ogarnąć, że zespoły trwają, zmieniają się i grają różne rzeczy na przestrzeni lat. Mniejsza. W sukurs przychodzi mi moja nauczycielka od angielskiego, która okazuje się być wielką fanką Simple Minds. Pożycza mi albumy New Gold Dream i Real Life. Niestety, tego z Hypnotised nie ma. Więc, przy najbliższej nadarzającej się okazji (tj. w Święta) kupuję sobie Good News From the Next World (i nie tylko). Zatapiam się. Początek 2005 to DM i SM na zmianę (później dojdzie do tego więcej ejtisów, ale to późnym latem dopiero). Mając internety rejestruję się na TYM forum, regularnie sprawdzam strony obydwu zespołów. Dowiaduję się, że oba planują na jesień premiery nowych krążków. Czy może być lepiej? Zresztą, podtytuł Black and White nie jest przypadkowy, gdyż sesje nagraniowe zakończyły się dokładnie 5-go maja 2005. Ma on jeszcze inną symbolikę (poza jakimiś liczbami magicznymi), ale o tym za chwilę. Czekam grzecznie do jesieni, tłukąc DM i SM na zmianę całe lato. Żongluję cdkami w discmanie niczym przyćpany DJ w warszawskim Luzztrze, jedna piosenka, druga piosenka, jeszcze sobie MP3 wypalałem na RW, żeby móc regularnie zmieniać playlisty. Nadchodzi jesień. Dodatkowo wkręcam się we wspomniane wcześniej New Order, ale jednak wiadomo, na czym oczy się koncentrują. I w końcu wychodzi, najpierw Black and White.
Więc biegnę do Media Markt i kupuję (mam do dziś). Odpalam od razu, słucham. Trzeba tutaj wiedzieć, że ostatnim "rockowym" albumem od Simple Minds było właśnie Good News From the Next World, które wyszło 10 lat wcześniej. Potem polecieli w lekki najntisowy pop, żeby na początku lat 2000 wpaść w electropop (współpracowali wtedy m.in. z Vincem Clarkiem, który skomponował dla nich i nagrał instrumental zamykający płytę Cry), także nawrót był ciekawy. Bo już pierwszy kawałek wjeżdża z kopa, pianino i klawisze są jedynie tłem do przygrywek Burchilla na jego legendarnym wiośle. Kerr drze mordę, bębny walą, bas pulsuje. Jest moc. Potem nadchodzi ich pierwszy singiel z płyty, Home. Pamiętam, jak oglądałem wideo doń na ich oficjalnej stronie jeszcze w czerwcu albo lipcu, jarając się niczym DPS w Kamieniu Pomorskim ponad 10 lat temu. Wideo, odpalane wyłącznie przez QuickTime, miało rozdzielczość chyba 200x200, ale fun był xD Home jest idealnym materiałem na singiel promujący. Szybki, energiczny, nostalgiczny kawałek drogi, do tego lekko mroczne wideo, nawet w Polsce się ładnie sprzedał na Trójkowej Liście Przebojów. Kocham ten utwór całym sercem, miałem szczęście usłyszeć go na żywo i było to przewspaniałe wykonanie. Kolejne numery to lżejsze i wręcz słodko-pierdzące Stranger, znów pazurowate Different World (do którego tytułu Kerr dokleił nazwę miejscowości na Sycylii, gdzie zbudował sobie swój hotel), wracające do klimatów niemal synthpopowych Underneath the Ice, autocover The Jeweller (będący przeróbką numeru Jeweller to the Stars z ich albumu Our Secrets Are the Same, który słynie z tego, że nigdy się w pełni oficjalnie nie ukazał; a szkoda, jest świetny), potem zaś numer o... Holokauście. Dosłownie, Kerr napisał tytułowy kawałek pod wpływem wizyty w Oświęcimiu, zresztą, podtytuł (tutaj wracam) 050505 miał być stylizowany na tatuaż obozowy. Kiedyś nie trawiłem tej piosenki uważając ją za najsłabsze ogniwo wydawnictwa. Dziś ją uwielbiam, jest potwornie melancholijna, nostalgizująca (jakkolwiek to nie zabrzmi w jej kontekście), wręcz przygniatająca. Pracujące w niej smyczki uważam za arcydzieło. Jest to zresztą świetny wstęp do zamknięcia albumu przez kolejny utwór drogi, jakim jest Kiss the Ground, a potem Dolphins, będące ociekającą od ciężaru emocji balladą o - w dużym uproszczeniu - końcu życia. Perfekcyjne nagranie, perfekcyjna płyta. Słucham wciąż i wciąż, zawsze odpalając ją na jesieni. Na playliście, którą wrzucam, znajdują się jeszcze 3 dodatkowe numery, które oryginalnie były b-side'ami singli ją promujących. Po raz pierwszy w takiej wersji ukazały się w roku 2019, kiedy na rynek weszły remastery wszystkiego, co wydali w latach 2001-2014. Nie traktuję ich w tej zabawie jako pozycji obowiązkowych, ale warto przesłuchać - zwłaszcza Mighty Joe Moon, które zaliczam do swoich ulubionych obskjurów od nich. I tak, gdy Direction of the Heart zostawia mnie nieco zmieszanego w uczuciach wracam do "korzeni", można powiedzieć. Już ich słuchałem, kiedy Black and White miało premierę. Załapałem się na absolutnie przewspaniałe doświadczenie, trudno uwierzyć, że Cry, które wtedy dzieliło od Black and White 3 lata w tym roku miało swoje 20-lecie... Czas ucieka, Kerr i Burchill czekają. Zapraszam.
https://youtube.com/playlist?list=PLExg ... EIw6kxjoH_
Simple Minds - Black and White 050505 (2005)
O Simple Minds napisałem już sporo przy innych okazjach (choćby moja pierwsza wrzutka ever), ale i tak wyrąbię tutaj notkę z treścią, jak zawsze. Jim Kerr i Charlie Burchill zaczynali w roku 1977, kiedy obaj mieli po 18 lat. Pochodzili z robotniczego w dużej mierze Glasgow i odkąd poznali Davida Bowie (to znaczy, poznali jego muzykę), a potem punk, jedyne, czego już chcieli w życiu, to grać. Zaczęli w punkowym outlecie Johnny and the Self Abusers (od imienia pierwszego frontmana i gitarzysty, Johna Milarky'ego, Kerr robił wtedy za drugiego wokalistę), ale ten się szybko rozleciał, bo członkami były, no, dzieciaki, i każdy miał inne pomysły na swoją karierę. W ciągu roku skład się ustabilizował - tworzyli go Kerr na wokalu, Burchill na gitarze, Derek Forbes na basie, Mick MacNeil na klawiszach i Brian McGee na garach. Line up wytrzymał do połowy 1981 roku, kiedy w trakcie sesji nagraniowych na ich 4 krążek (genialne Sons and Fascination/Sister Feelings Call, będące w istocie przypadkowo podwójnym wydawnictwem) odszedł McGee. Na moment zastąpił go Kenny Hyslop, którego potem, w trakcie nagrywania jednego z ich najważniejszych albumów - New Gold Dream 81-82-83-84 - zastąpił Mike Ogletree (współzakładał potem Fiction Factory). Odszedł zaraz po premierze albumu i na jego miejsce wskoczył "czarny Szkot" Mel Gaynor. W 1985, chwilę po ukazaniu się ich największego hit singla, a więc Don't You (Forget About Me), odchodzi basista Derek Forbes. A po Street Fighting Years (to ten krążek z Belfast Child) ucieka Mick MacNeil. Od tamtej pory grupa to właściwie po prostu Kerr i Burchill oraz cała masa dodatkowych muzyków, "stali" członkowie to odchodzili, to wracali (Gaynor, Forbes, który zaliczył powrót na lata 1997-1999), niektórzy uciekali zaraz po zapuszczeniu korzeni w zespole (kolejny basista Eddie Duffy, zresztą gra na Black and White); najfajniejszy skład, jaki wykrystalizował się przy okazji ukazania się płyty Big Music w listopadzie 2014 wytrzymał 3 lata xD (zobaczyłem go zresztą na żywo na początku 2014 roku w warszawskiej Stodole). Wtedy permanentnie odchodzą Mel Gaynor (de facto "klasyczny" członek grupy od 1982 roku) oraz Andy Gillespie (klawiszowiec, który walił u nich w parapety z przerwami od lat 90.). Trudno mi trochę uwierzyć, że w tym momencie Simple Minds liczy sobie 7 osób, z czego 3 to kobiety xD Jeszcze weselej się robi, kiedy się pomyśli, że ich najnowsza płyta zawiera tak naprawdę raptem 5 autorskich numerów SPECJALNIE na potrzeby tego wydawnictwa, reszta to przeróbki starych rzeczy, które nigdy się nie ukazały, dwa autoplagiaty i jeden cover. Tak naprawdę to przesłuchałem wczoraj kilkakrotnie i mam straszne uczucie niedosytu xD Wracam więc do "złotych czasów".
Jest lato 2004. Mam 15 lat i jestem oczarowany, zafascynowany i zakochany. Moim obiektem uczuć jest - a jakże - Depeche Mode. Na własność mam raptem 2 płyty i jedną kompilację, ale zaraz wrócę do gimbazy i dowiem się, że moja nauczycielka od francuskiego (prywatnie przyjaciółka pewnego gościa o ksywie Serek) jest ich fanatyczką. Zacznie mi pożyczać albumy do zgrywania, i tak poznam Excitera, Music for the Masses i Black Celebration, które na zawsze będą mi się kojarzyły z jesienią. Za chwilę będę też miał łącze internetowe w domu, pierwszy raz w życiu (Neostrada FTW). YouTube jeszcze nie istnieje, ściągać niczego nie potrafię, ale wciąż jest MTV Classic. Wolne chwile spędzam więc przed odbiornikiem i chłonę więcej ejtisów. Któregoś dnia widzę... wideo do Hypnotised (co już opisałem gdzie trzeba). A potem do Up on the Catwalk (fenomenalny utwór, tak swoją drogą), i mam lekki dysonans poznawczy - czy to na pewno ten sam zespół (podobnie miałem w przypadku New Order, gdy zobaczyłem wideo do Crystal a potem do Blue Monday-88)? Mój nastoletni umysł najwyraźniej nie był w stanie ogarnąć, że zespoły trwają, zmieniają się i grają różne rzeczy na przestrzeni lat. Mniejsza. W sukurs przychodzi mi moja nauczycielka od angielskiego, która okazuje się być wielką fanką Simple Minds. Pożycza mi albumy New Gold Dream i Real Life. Niestety, tego z Hypnotised nie ma. Więc, przy najbliższej nadarzającej się okazji (tj. w Święta) kupuję sobie Good News From the Next World (i nie tylko). Zatapiam się. Początek 2005 to DM i SM na zmianę (później dojdzie do tego więcej ejtisów, ale to późnym latem dopiero). Mając internety rejestruję się na TYM forum, regularnie sprawdzam strony obydwu zespołów. Dowiaduję się, że oba planują na jesień premiery nowych krążków. Czy może być lepiej? Zresztą, podtytuł Black and White nie jest przypadkowy, gdyż sesje nagraniowe zakończyły się dokładnie 5-go maja 2005. Ma on jeszcze inną symbolikę (poza jakimiś liczbami magicznymi), ale o tym za chwilę. Czekam grzecznie do jesieni, tłukąc DM i SM na zmianę całe lato. Żongluję cdkami w discmanie niczym przyćpany DJ w warszawskim Luzztrze, jedna piosenka, druga piosenka, jeszcze sobie MP3 wypalałem na RW, żeby móc regularnie zmieniać playlisty. Nadchodzi jesień. Dodatkowo wkręcam się we wspomniane wcześniej New Order, ale jednak wiadomo, na czym oczy się koncentrują. I w końcu wychodzi, najpierw Black and White.
Więc biegnę do Media Markt i kupuję (mam do dziś). Odpalam od razu, słucham. Trzeba tutaj wiedzieć, że ostatnim "rockowym" albumem od Simple Minds było właśnie Good News From the Next World, które wyszło 10 lat wcześniej. Potem polecieli w lekki najntisowy pop, żeby na początku lat 2000 wpaść w electropop (współpracowali wtedy m.in. z Vincem Clarkiem, który skomponował dla nich i nagrał instrumental zamykający płytę Cry), także nawrót był ciekawy. Bo już pierwszy kawałek wjeżdża z kopa, pianino i klawisze są jedynie tłem do przygrywek Burchilla na jego legendarnym wiośle. Kerr drze mordę, bębny walą, bas pulsuje. Jest moc. Potem nadchodzi ich pierwszy singiel z płyty, Home. Pamiętam, jak oglądałem wideo doń na ich oficjalnej stronie jeszcze w czerwcu albo lipcu, jarając się niczym DPS w Kamieniu Pomorskim ponad 10 lat temu. Wideo, odpalane wyłącznie przez QuickTime, miało rozdzielczość chyba 200x200, ale fun był xD Home jest idealnym materiałem na singiel promujący. Szybki, energiczny, nostalgiczny kawałek drogi, do tego lekko mroczne wideo, nawet w Polsce się ładnie sprzedał na Trójkowej Liście Przebojów. Kocham ten utwór całym sercem, miałem szczęście usłyszeć go na żywo i było to przewspaniałe wykonanie. Kolejne numery to lżejsze i wręcz słodko-pierdzące Stranger, znów pazurowate Different World (do którego tytułu Kerr dokleił nazwę miejscowości na Sycylii, gdzie zbudował sobie swój hotel), wracające do klimatów niemal synthpopowych Underneath the Ice, autocover The Jeweller (będący przeróbką numeru Jeweller to the Stars z ich albumu Our Secrets Are the Same, który słynie z tego, że nigdy się w pełni oficjalnie nie ukazał; a szkoda, jest świetny), potem zaś numer o... Holokauście. Dosłownie, Kerr napisał tytułowy kawałek pod wpływem wizyty w Oświęcimiu, zresztą, podtytuł (tutaj wracam) 050505 miał być stylizowany na tatuaż obozowy. Kiedyś nie trawiłem tej piosenki uważając ją za najsłabsze ogniwo wydawnictwa. Dziś ją uwielbiam, jest potwornie melancholijna, nostalgizująca (jakkolwiek to nie zabrzmi w jej kontekście), wręcz przygniatająca. Pracujące w niej smyczki uważam za arcydzieło. Jest to zresztą świetny wstęp do zamknięcia albumu przez kolejny utwór drogi, jakim jest Kiss the Ground, a potem Dolphins, będące ociekającą od ciężaru emocji balladą o - w dużym uproszczeniu - końcu życia. Perfekcyjne nagranie, perfekcyjna płyta. Słucham wciąż i wciąż, zawsze odpalając ją na jesieni. Na playliście, którą wrzucam, znajdują się jeszcze 3 dodatkowe numery, które oryginalnie były b-side'ami singli ją promujących. Po raz pierwszy w takiej wersji ukazały się w roku 2019, kiedy na rynek weszły remastery wszystkiego, co wydali w latach 2001-2014. Nie traktuję ich w tej zabawie jako pozycji obowiązkowych, ale warto przesłuchać - zwłaszcza Mighty Joe Moon, które zaliczam do swoich ulubionych obskjurów od nich. I tak, gdy Direction of the Heart zostawia mnie nieco zmieszanego w uczuciach wracam do "korzeni", można powiedzieć. Już ich słuchałem, kiedy Black and White miało premierę. Załapałem się na absolutnie przewspaniałe doświadczenie, trudno uwierzyć, że Cry, które wtedy dzieliło od Black and White 3 lata w tym roku miało swoje 20-lecie... Czas ucieka, Kerr i Burchill czekają. Zapraszam.
https://youtube.com/playlist?list=PLExg ... EIw6kxjoH_
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dobrze, że Dev dzieli te opisy na akapity, bo od dłuższego czasu wiem, że należy zaczynać od drugiego xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Lol xD Na marginesie dodam, że po premierze Black and White ruszyli w trasę, która w marcu 2006 zahaczyła o Polskę. Oczywiście byłem, jarałem się, występ był genialny, dorwałem koszulkę z printem okładki i noszę ją po dziś dzień. Szkoda, że w naszym wspaniałym kraju byli potem jeszcze tylko raz (też byłem), a teraz grają w takiej Chorwacji, ale u nas nie ;_;
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mieścisz się w tę koszulkę?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jestem szczuplejszy teraz niż byłem wtedy xDDD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie urosłeś?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Miałem wtedy 17 lat niecałe i tyle wzrostu, ile mam teraz 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dev się ostatnio rozkokosił i wciąż mnie uprzedza.
New Order – Technique (1989)
New Order to był jeden z moich ulubionych zespołów w latach szkolnych. I nadal ich bardzo lubię, choć słucham jednak dużo rzadziej niż kiedyś. Gdy chodziłem do technikum, to ich muzyka była bardzo popularna. Nie jedną przerwę czy okienko przegadaliśmy z kolegami o ich muzyce. Nie jedno popołudnie upłynęło nam na wspólnym słuchaniu m.in. New Order właśnie. Album Technique zawsze był moim ulubionym. Bo to w odróżnieniu do paru innych jest naprawdę muzyka na dobrym i przede wszystkim bardzo równym poziomie. I wydaje mi się też, że dosyć spójna stylistycznie. W jej skład wchodzi tylko 9 utworów i trwa zaledwie 39 minut. I właściwie słuchając jej ma się wrażenie, że każdy z tych dziewięciu utworów to potencjalny przebój. Właściwie każdy utwór zawiera wyrazistą melodię, chwytliwe zagrywki oraz taneczny rytm. Album ma klubowy charakter, choć nie brak tu i gitarowych zagrywek. Tym albumem New Order właściwie na dobre odeszli od post-punku kierując się w bardziej taneczne rejony. Niezmiennie za to charakterystyczna jest gitara basowa Hooka i wokal Sumnera.
Moje ulubione utwory to: Round & Round, Mr Disco, Vanishing Point i Dream Attack.
Niezbyt często wracam do Technique, ale ten album jak i w ogóle New Order zawsze wywołuje u mnie mocno nostalgiczne wspomnienia z czasów młodości. To przyjemne uczucie, podobnie jak słuchanie tej płyty. Czasy się zmieniły, muzyka się zmieniła, ale nie szkodzi. To wciąż jest bardzo dobra muzyka. Pewnie większość z Was ją zna, a kto nie zna, niech posłucha. A co.
https://www.youtube.com/watch?v=QBziNQA ... i7QjVoZ0XQ
New Order – Technique (1989)
New Order to był jeden z moich ulubionych zespołów w latach szkolnych. I nadal ich bardzo lubię, choć słucham jednak dużo rzadziej niż kiedyś. Gdy chodziłem do technikum, to ich muzyka była bardzo popularna. Nie jedną przerwę czy okienko przegadaliśmy z kolegami o ich muzyce. Nie jedno popołudnie upłynęło nam na wspólnym słuchaniu m.in. New Order właśnie. Album Technique zawsze był moim ulubionym. Bo to w odróżnieniu do paru innych jest naprawdę muzyka na dobrym i przede wszystkim bardzo równym poziomie. I wydaje mi się też, że dosyć spójna stylistycznie. W jej skład wchodzi tylko 9 utworów i trwa zaledwie 39 minut. I właściwie słuchając jej ma się wrażenie, że każdy z tych dziewięciu utworów to potencjalny przebój. Właściwie każdy utwór zawiera wyrazistą melodię, chwytliwe zagrywki oraz taneczny rytm. Album ma klubowy charakter, choć nie brak tu i gitarowych zagrywek. Tym albumem New Order właściwie na dobre odeszli od post-punku kierując się w bardziej taneczne rejony. Niezmiennie za to charakterystyczna jest gitara basowa Hooka i wokal Sumnera.
Moje ulubione utwory to: Round & Round, Mr Disco, Vanishing Point i Dream Attack.
Niezbyt często wracam do Technique, ale ten album jak i w ogóle New Order zawsze wywołuje u mnie mocno nostalgiczne wspomnienia z czasów młodości. To przyjemne uczucie, podobnie jak słuchanie tej płyty. Czasy się zmieniły, muzyka się zmieniła, ale nie szkodzi. To wciąż jest bardzo dobra muzyka. Pewnie większość z Was ją zna, a kto nie zna, niech posłucha. A co.
https://www.youtube.com/watch?v=QBziNQA ... i7QjVoZ0XQ
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nick Drake – Pink Moon
Pierwszy raz zetknąłem się z nazwiskiem Nick Drake około 2008 r., kiedy zacząłem się interesować coverami nagranymi przez no-man (nagrali swoje wersje kawałków „Pink Moon” i „Road”). Na tamtym etapie jeszcze nie sprawdziłem jego muzyki, dopiero zainspirowany jakimś wpisem na forum PT stwierdziłem, że muszę w końcu posłuchać oryginału „Pink Moon” (utworu). Pamiętam ten moment, to było o jakiejś 5-6 rano, zaraz po świętach Bożego Narodzenia, a ja byłem w drodze na dworzec w Kutnie, gdzie miałem przesiadkę. Początkowo szokłem, bo głos Nicka wydawał mi się, proszę się nie śmiać (albo w sumie można), bardzo murzyński. Nie robiłem żadnego riserczu wcześniej, nie wiedziałem kim jest ten człowiek, jak wygląda, itd. Ten pierwszy odsłuch bardzo mnie zaintrygował. Prosta aranżacja (podobnie jak w wersji no-man, ale inna), interesujący wokal, ciepły klimat. Cały album nadrobiłem niedługo potem. Począwszy od Wigilii 2010 r., narodziła się u mnie tradycja słuchania tego albumu w ten dzień. Zazwyczaj leci kilka razy pod rząd, bo jest krótki. Lata leciały, czasy się zmieniały, ale „Pink Moon” zawsze leciał w każdą Wigilię.
Kim jest Nick Drake? Nie chcę tutaj robić Wikipedii, ale kilka słów napisać trzeba. Nick urodził w 1948 roku i żył niewiele ponad 26 lat. Wydał za życia trzy albumy i w tym czasie nie doczekał się żadnego znaczącego prejzu. Ten przyszedł, kiedy lata później znani ludzie zaczęli go wymieniać jako źródło inspiracji (m.in. Radiohead, a do tego Brad Pitt, który był potem narratorem w radiowym dokumencie o Drake’u). Chłopak zmarł będąc przekonanym, że jego piosenki są nic nie warte. Przedawkował leki antydepresyjne, rodzice znaleźli go rano w jego pokoju. Do dziś nie wiadomo, czy było to samobójstwo, czy nieszczęśliwy wypadek. Już czujecie Święta? XD
Dobra, to nie jest wesoła historia, ale tez trochę o to chodzi i wytłumaczę to. „Pink Moon” był ostatnim pełnym albumem, który Nick nagrał i wydał. Wcześniejsze płyty zawierały gościnny udział muzyków sesyjnych, ale przy tej okazji, Drake postanowił nagrać piosenki tak, jak grał je w swoim pokoju u rodziców, lub w mieszkaniu, które w tamtym czasie wynajmował. Zadzwonił do inżyniera Johna Wooda i w dwa wieczory nagrali to, co dziś znamy jako jeden z kultowych albumów z lat 70tych.
Słuchając „Pink Moon” pierwszy raz, trudno nie odebrać tej płyty jako bardzo ciepłej i pozytywnej.
Pamiętacie jak ukuliśmy zwrot o brzmieniu KOMINKOWYM? Ta płyta ma kominkowe brzmienie.
Taka aura unosiła się zawsze nad muzyką tego chłopaka, a jego głos zawsze brzmiał tak jakby Nick przez cały czas był lekko uśmiechnięty w trakcie śpiewania. Nawet słysząc fragmenty niektórych tekstów, człowiek jakoś to wypiera, bo atmosfera jest przytulna, ale kaman, słuchając takiego „Parasite” trudno jednak przeoczyć, że Nick śpiewa o niewesołych rzeczach. A jednak. Prawdą jest, że teksty w obcym języku, mocno zmiękczają ten przekaz, nawet jeśli to język w 100% dla nas zrozumiały. Tak naprawdę dopiero lektura biografii Drake’a otworzyła mi trochę oczy na to, jak mroczne były ostatnie lata życia tego młodego muzyka. I w sumie „Pink Moon” pokazuje życiową prawdę prawdziwą, że granica między rozpaczą, a wesołością jest często bardzo cienka. Dla mnie, ten album nie stracił przez te 12 lat mojego obcowania z nim nic ze swojego ciepła, jednocześnie mając tę smutną, mroczną podszewkę. To jest magiczny album. Cała płyta to sam Nick z gitarą, z jednym, dogranym potem fragmentem na pianinie w tytułowym utworze. Drake był gitarzystą wyjątkowym i specyficznym. Stroił gitarę jak mu pasowało, czasami przy każdym utworze i był absolutnym mistrzem fingerpickingu, co było charakterystyczne dla jego gry i czego dobrym showcasem jest „Pink Moon”. Głos Nicka jest, ponownie, bardzo ciepły, ma to „uśmiechnięte” brzmienie, bardzo spokojne, wyluzowane. Wszystkie te elementy składają się na taki mój odbiór tej płyty i nawet Drake śpiewający satanistyczne teksty, by tego nie zmienił. Ten album ma tylko 28 minut, a odnosi się wrażenie, że Nick zawarł tu więcej treści niż niektórzy zawierają w godzinie (to nie jest żaden pojazd na Gang Starr, czy Taylor, nie myślałem tu o nich).
Nie piszę o pojedynczych utworach, bo traktuje tę płytę całościowo, zresztą byłoby mi trudno wyłowić z tego naprawdę mocnych faworytów. Nawet taki kawałek jak „Horn”, ekstremalnie prosty, trwający jedynie półtorej minuty, przemawia do mnie tak, jak niewiele rzeczy w muzyce do mnie przemawiało. W tym roku również nie zabraknie jej u mnie na Święta. Polecam, aby każdy z Was poświęcił w Wigilię te 28 minut i odpalił sobie „Pink Moon”.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... Lud5orBpVq
Pierwszy raz zetknąłem się z nazwiskiem Nick Drake około 2008 r., kiedy zacząłem się interesować coverami nagranymi przez no-man (nagrali swoje wersje kawałków „Pink Moon” i „Road”). Na tamtym etapie jeszcze nie sprawdziłem jego muzyki, dopiero zainspirowany jakimś wpisem na forum PT stwierdziłem, że muszę w końcu posłuchać oryginału „Pink Moon” (utworu). Pamiętam ten moment, to było o jakiejś 5-6 rano, zaraz po świętach Bożego Narodzenia, a ja byłem w drodze na dworzec w Kutnie, gdzie miałem przesiadkę. Początkowo szokłem, bo głos Nicka wydawał mi się, proszę się nie śmiać (albo w sumie można), bardzo murzyński. Nie robiłem żadnego riserczu wcześniej, nie wiedziałem kim jest ten człowiek, jak wygląda, itd. Ten pierwszy odsłuch bardzo mnie zaintrygował. Prosta aranżacja (podobnie jak w wersji no-man, ale inna), interesujący wokal, ciepły klimat. Cały album nadrobiłem niedługo potem. Począwszy od Wigilii 2010 r., narodziła się u mnie tradycja słuchania tego albumu w ten dzień. Zazwyczaj leci kilka razy pod rząd, bo jest krótki. Lata leciały, czasy się zmieniały, ale „Pink Moon” zawsze leciał w każdą Wigilię.
Kim jest Nick Drake? Nie chcę tutaj robić Wikipedii, ale kilka słów napisać trzeba. Nick urodził w 1948 roku i żył niewiele ponad 26 lat. Wydał za życia trzy albumy i w tym czasie nie doczekał się żadnego znaczącego prejzu. Ten przyszedł, kiedy lata później znani ludzie zaczęli go wymieniać jako źródło inspiracji (m.in. Radiohead, a do tego Brad Pitt, który był potem narratorem w radiowym dokumencie o Drake’u). Chłopak zmarł będąc przekonanym, że jego piosenki są nic nie warte. Przedawkował leki antydepresyjne, rodzice znaleźli go rano w jego pokoju. Do dziś nie wiadomo, czy było to samobójstwo, czy nieszczęśliwy wypadek. Już czujecie Święta? XD
Dobra, to nie jest wesoła historia, ale tez trochę o to chodzi i wytłumaczę to. „Pink Moon” był ostatnim pełnym albumem, który Nick nagrał i wydał. Wcześniejsze płyty zawierały gościnny udział muzyków sesyjnych, ale przy tej okazji, Drake postanowił nagrać piosenki tak, jak grał je w swoim pokoju u rodziców, lub w mieszkaniu, które w tamtym czasie wynajmował. Zadzwonił do inżyniera Johna Wooda i w dwa wieczory nagrali to, co dziś znamy jako jeden z kultowych albumów z lat 70tych.
Słuchając „Pink Moon” pierwszy raz, trudno nie odebrać tej płyty jako bardzo ciepłej i pozytywnej.
Pamiętacie jak ukuliśmy zwrot o brzmieniu KOMINKOWYM? Ta płyta ma kominkowe brzmienie.
Taka aura unosiła się zawsze nad muzyką tego chłopaka, a jego głos zawsze brzmiał tak jakby Nick przez cały czas był lekko uśmiechnięty w trakcie śpiewania. Nawet słysząc fragmenty niektórych tekstów, człowiek jakoś to wypiera, bo atmosfera jest przytulna, ale kaman, słuchając takiego „Parasite” trudno jednak przeoczyć, że Nick śpiewa o niewesołych rzeczach. A jednak. Prawdą jest, że teksty w obcym języku, mocno zmiękczają ten przekaz, nawet jeśli to język w 100% dla nas zrozumiały. Tak naprawdę dopiero lektura biografii Drake’a otworzyła mi trochę oczy na to, jak mroczne były ostatnie lata życia tego młodego muzyka. I w sumie „Pink Moon” pokazuje życiową prawdę prawdziwą, że granica między rozpaczą, a wesołością jest często bardzo cienka. Dla mnie, ten album nie stracił przez te 12 lat mojego obcowania z nim nic ze swojego ciepła, jednocześnie mając tę smutną, mroczną podszewkę. To jest magiczny album. Cała płyta to sam Nick z gitarą, z jednym, dogranym potem fragmentem na pianinie w tytułowym utworze. Drake był gitarzystą wyjątkowym i specyficznym. Stroił gitarę jak mu pasowało, czasami przy każdym utworze i był absolutnym mistrzem fingerpickingu, co było charakterystyczne dla jego gry i czego dobrym showcasem jest „Pink Moon”. Głos Nicka jest, ponownie, bardzo ciepły, ma to „uśmiechnięte” brzmienie, bardzo spokojne, wyluzowane. Wszystkie te elementy składają się na taki mój odbiór tej płyty i nawet Drake śpiewający satanistyczne teksty, by tego nie zmienił. Ten album ma tylko 28 minut, a odnosi się wrażenie, że Nick zawarł tu więcej treści niż niektórzy zawierają w godzinie (to nie jest żaden pojazd na Gang Starr, czy Taylor, nie myślałem tu o nich).
Nie piszę o pojedynczych utworach, bo traktuje tę płytę całościowo, zresztą byłoby mi trudno wyłowić z tego naprawdę mocnych faworytów. Nawet taki kawałek jak „Horn”, ekstremalnie prosty, trwający jedynie półtorej minuty, przemawia do mnie tak, jak niewiele rzeczy w muzyce do mnie przemawiało. W tym roku również nie zabraknie jej u mnie na Święta. Polecam, aby każdy z Was poświęcił w Wigilię te 28 minut i odpalił sobie „Pink Moon”.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... Lud5orBpVq
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To już dwa ciekawe powroty się szykują ^^