Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Re:

Post 17 lis 2022 19:15

devotional pisze:
17 lis 2022 10:36
Miałem wtedy 17 lat niecałe i tyle wzrostu, ile mam teraz ;(
Łoł, nieźle, moje ostatnie koszulki z tamtego czasu dawno się już zużyły ;(
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lis 2022 19:29

Znalazłem ostatnio moja koszulkę And One, którą nosiłem w wieku 18 lat. To była Ska xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lis 2022 19:30

Mentos dawaj
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 19 lis 2022 21:11

Sparks - No. 1 in Heaven

Tamdadararam! Sparks już wam uprzednio zaprezentowałem - w bestce utworowej dostaliście ode mnie This Town Ain’t Big Enough for Both of Us, ogólnie i generalnie super kawałek i chyba nawet feedback był dość pozytywny, a przynajmniej tak to pamiętam. xD Teraz czas na ich debiut w zabawie albumowej.
Ja generalnie to ze Sparksami polubiłem się relatywnie niedawno, bo tak naprawdę to w poprzednim roku i po obejrzeniu filmu dokumentalnego Edgarda Wrighta, o czym tutaj pisałem - może i trochę przesłodzonej, ale summa summarum uroczej laurki, do której odsyłam każdego, kto chciałby nwm mieć szerszy kontekst w swojej recenzji, poznać jakoś lepiej ten zespół, albo na przykład nie ma nic lepszego do roboty przez półtorej godziny. Od razu pokochałem tych pozytywnie zakręconych krejzoli, którzy nie mieli oporów przed realizacją tak losowych projektów jak słuchowisko o wizycie Ingmara Bergmana w Hollywood, ekranizacją mangi we współpracy z Timem Burtonem (no cóż, tu na przeszkodzie stanęly inne czynniki akurat xD) czy seria 21 koncertów, na których odegrali swoje (wówczas) 21 albumów studyjnych live utwór po utworze, a przy tym pozostali relatywnie normalnymi ludźmi.
Ja tutaj nie chcę parafrazować Wikipedii, więc tylko napiszę, że słyszałem takie ładne określenia: "ulubiony zespół twojego ulubionego zespołu" oraz "najbardziej znany nieznany zespół muzyczny" i przyznam, że po prostu są całkiem celne i adekwatne, bo - mimo powszechnego SZACUNU w branży (na boga, przeca oni nagrywali z Franz Ferdinand, a nawet McCartney w jednym ze swoich teledysków parodiował "morderczy" wzrok Rona Maela) oraz wielu płyt na koncie jakoś nie wydaje mi się, by to był szczególnie popularny zespół.
Dostajecie ode mnie płytę, która pewnie faktycznie musiała być popularna w niebiosach, aczkolwiek nigdy tego jakoś nie weryfikowałem - na Ziemi wielkiego statusu nie osiągnęła, co świadczy o tym, że w 1979 roku nasza planeta jeszcze nie osiągnęła najwyższego poziomu ewolucji. Ten album jest dobrym przykładem na to, że to o czym pisałem tam wyżej, tj. to, że Maelowie przełamywali bariery, byli honorowymi członkami teleekspresoweego Klubu Ludzi Pozytywnie Zakręconych i może nawet użyłbym łatki, że progresywni, chociaż w sumie nigdy nei słyszałem o tym, by ktoś tak o tym zespole pisał. W każdym bądź razie po serii relatywnie zwykłych albumów glamowych, bracia Mael stwierdzili że AAA WALIĆ TO i postanowili podjąć współpracę z Giorgio Moroderem - kto to jest, to nie muszę pisac chyba. Nagrali więc album mniej rockowy, z mniejszą ilością gitar, ale za to większą syntezatorów, elektroniki i tego całego pitu-pitu, które miało wkrótce stać się modne, ale póki co jeszcze mało kto tak grał.
Efekt nie powalił wówczas krytyków i w ogóle, więc chrzanić ich, bo wyszła płyta wspaniała. Dostajecie ode mnie po prostu sześć świetnych piosenek. Moim nieśmiałym faworytem jest uroczo przebojowe Academy Award Performance, ale świetne jest tu wszystko - czy to hicior La Dolce Vita, czy dynamiczne Beat The Clock, pokręcone My Other Voice czy epickie "The Number One Song in Heaven". Lol, wymieniłem prawie całą płytę, patrzcie no na tego Mintaja!
Kończę waśc, pieprzenia wam oszczędzę. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... D6G53Q3i3D
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lis 2022 21:25

Eleganza.

Zatem startujemy z kolejką 9.

Na pierwszy rzut Lilu z albumem LA
stripped pisze:
16 lis 2022 23:28
Lilu - LA
(2008)

Proszę Państwa oto Lilu - łódzka raperka i wokalistka, autorka tekstów, z wykształcenia muzyk (skrzypce) a także aktorka. Lilu poznałem (jakżeby inaczej) za sprawą jej współpracy z niejakim Reno. Nie jestem pewien już jak do niej doszło, faktem jest że Reno na swoim debiucie-nielegalu miał kawałek pt. Supersztuka w którym opowiadał o idealnej kobiecie i Lilu postanowiła nagrać odpowiedź do tego kawałka o tym samym tytule (czy znali się wcześniej - nie wiem). W każdym razie mieli potem parę wspólnych kawałków, Reno wyprodukował też połowę numerów z albumu LA i gościnnie rapuje też w singlu Kobiety (produkcji Snobe). Ten debiutancki album Lilu był trochę wydarzeniem dla mnie bo raz że na kobiecym polskim rapie się nie znałem (te szlaki w naszym kraju już były wtedy przetarte, łącznie z pierwszym legalem który wydała w 2005 r. WdoWA), dwa zanim album wyszedł zgłębiłem jak mogłem dotychczasowe nagrywki Lilu i mi siadły bo uważam że jest utalentowaną raperką, a trzy to ten album był totalną mieszanką stylów (do tego stopnia że zdaje się odbiorcy byli zdezorientowani a album można było znaleźć w Empiku w dziale pop o ile pamiętam).

Na LA ("la" to nuta której dźwięk wytwarza standardowy kamerton) Lilu zarówno rapuje jak i śpiewa, stylistycznie sięga po rap, dancehall i r&b, z tym że te rapowe podkłady już między sobą mają wachlarz od takich w stylu popularnego w tamtej dekadzie Scotta Storcha (otwierający album utwór Nie Ma Drugiej Takiej, produkcji Snobe), przez funkowe (Kobiety, znowu Snobe oraz Żyję Spox prod. Reno) aż po jazzujące (Poetyka, prod. Dawid Szczęsny). Trafiają się tu nawet różne dziwne basowe eksperymenty jak Tikatukatam produkcji Spaso. Dancehall na płycie zapewniają utwory Zła (prod. Ikon), Kocham Kocham Kocham i Rolex (oba prod. Reno), zaś r&b znajdziemy w kawałkach Mruczanka (prod. duet Juniorbwoy), Nasz Zakątek czy Na Brzegu Świata (oba by Reno). Jeśli do tego wszystkiego dorzucimy interludium z góralskim śpiewem wychodzi z tego przepotężny bigos xD być może właśnie to trochę przyczyniło się że ta płyta nie siadła tak jak powinna albo mogła, na naszym podwórku poza Sistars r&b się nie przyjęło przez długie lata, damski rap się nie liczył, swoje dancehallowe 5 minut miała wtedy też dopiero debiutująca albumem solo Marika (która też gościnnie się tu przewija). Album o ile mi wiadomo wytłoczono w ilości 2000 sztuk, jestem szczęśliwym posiadaczem jednej z nich i cieszę się że mogłem być tam wtedy i żyć tą płytą kiedy wychodziła, bo nawet jeśli w jakiejś mierze przewijają się tu typowe feministyczne teksty niezależnej kobiety to były też inne niegłupie i nieraz zabawne czy podane z dystansem co sobie zawsze ceniłem. Poza tym kurde, pewnie zeszrotujecie ten album bo okropnie się zestarzał ALE gdybyście na moment włączyli w głowie sobie mindset a.d. 2008 to może załapiecie że w sumie wiecie dlaczego to się wyróżniało na polskim rynku wydawniczym i było fajne, cool i świeże bo takiej muzy się nie robiło za bardzo (i w sumie się nie dziwię bo się nie sprzedawała). Za to właśnie propsuję ten album i darzę sentymentem i sobie go tu wrzucam cobyście zaznali czegoś prosto od Waszego forumowego Murzynka a nie od byle randoma z RYMu.
Co by tu na koniec jeszcze, aha, na płycie tak w ogóle pojawia się plejada gości co sprawia że Lilu w sumie chwilami nie błyszczy może, występują tu undergroundowi raperzy jak Pan Wankz, Reno, Finker czy Smarki, bardziej znani jak Łona i Rahim z Paktofoniki (album wydało MaxFlo Records, jego wytwórnia), dancehallowcy jak Marika (Bass Medium Trinity) i Cheeba (East West Rockers). Lilu posiada charakterystyczny ciepły wokal, miejscami bawi się nim, fajnie wokale nakłada na siebie czy rozkłada w stereo, odlatuje w jakieś wokalizy też co mi się podobało i podoba nadal. Moje ulubione momenty albumu to otwieracz, Kobiety, Mruczanka oraz Poetyka. W utworze 4 Wersy gościnnie na skrzypcach elektrycznych zagrała C'ma, interludium Góralskie śpiewa Marysia Maciata. Dużo ksywek, oczopląsu dostaniecie, trudno. Słuchać i dziękować lub nie xD

https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... nIG_SiuJkd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 lis 2022 23:19

Lilu - LA

Moje pierwsze myśli kiedy zacząłem słuchać Lilu, to było ‘Ehh Murzyn… znowu prowokujesz żeby Ci jechać po rodzinie xD’ Wedle polecenia, wszedłem w mindset 2008 r. Płyta wyszła pod koniec września, więc szykuję dupe na drugi rok studiów, jestem w dobrym nastroju bo ekipa jest zacna i nie mogę się doczekać aż się z nimi znowu zobaczę. Nie pamiętam, czy miałem jakieś poprawki, chyba nie. Mam dłuższe włosy i kretyńską bródkę. No ok, powiedzmy, że to czuję. Ale nie wiem prostytutka. Faktycznie, muzycznie jest to inne, fajnie inne, ale czy na pewno dobre? Stay tuned.

Jedno wiem na pewno, dawno już nie słyszałem tak chujowych tekstów, a to że są po polsku, tylko sprawę pogarsza. Po „nie chcę pieprzyć się przy świecach, bo cię nie kocham” poddałem się kompletnie. Murzyn twierdzi, że Lilu ma charakterystyczny wokal, ale w sumie dla mnie to jest taka Natalia Przybysz „w domu”. Kurde, Sistars to jednak było coś, z całym szacunkiem dla tych wszystkich producentów i writerów stojących za „LA”. Swoją drogą, bawi mnie trochę to podkreślanie Murzyna, kto co produkował, tak jakbym pisząc o DM, pisał za każdym razem Enjoy The Silence (prod. Flood), Corrupt (prod. Ben Hillier), Poison Heart (prod. James Ford), itd. xD Ja wiem, że w hip-hopie to jest istotne, ale to miecz dwusieczny, bo dla mnie to wszystko prawie brzmi tak samo i nie wiem jak to o tych producentach świadczy. No nie ważne.

Czując przepotężny cringe słuchając tekstów Lilu, śpiewanych lub rapowanych tym takim swaggerskim głosem jakby grała główną rolę w „Step Up 2”, czy chociaż „Kochaj i tańcz”, postanowiłem skupić się na muzyce. A tu taki, nie wiem, nawet nie Timbaland „w domu”.
Owszem, są ciekawe fragmenty, np. „Telefon” - minimalistycznie, rytmicznie, hipnotycznie, z pomysłem, podobnie „Żyję Spox”, - autorstwa starszego Murzyna, fajnie się wkręca elektronicznym basem i vibem. „Mruczanka” w sumie też bardzo fajnie gra w tle, pomysłowy podkład. Wchodzą „Kobiety” i sobie myślę, a co to za podróba „Byłaś Serca Biciem”. No, z czasem i kolejnymi odsłuchami zaczyna się w tym słyszeć więcej i w związku z tym, doceniać. Domyślam się, że to była płyta montowana i nagrywana chałupniczo, znam wynikające z tego ograniczenia i ze zrozumieniem kiwam głową robiąc podkowę w dół. Ogólnie bity Reno brzmią spoko, więc nie będzie szkalowania murzyńskiej rodziny. Ale np. w „Na brzegu świata” podkład brzmi taniutko, a sytuację ratuję sama Lilu świetnymi wokalami. I w sumie kiedy tego słucham któryś raz, to nawet i muzyka zyskuje przez ten klimat. „Poetyka” mnie zaciekawiła, bo uwielbiam loopy ze starych zagrywek na wibrafonie („Sheeploop” no-man, bitch). No i jest to zdecydowanie wyjątkowy punkt programu. A outro? Porcupine Tree Szanowni Koledzy, to jest hajlajt albumu dla mnie, zarówno te beztekstowe wokale, jak i muza. Finał „LU”, czyli te dwa wspomniane numery, to jest coś, za co warto się przemęczyć (mniej lub bardziej) z wcześniejszą zawartością płyty.

Kiedy pierwszy raz włączyłem ten album, to na pierwszym kawałku pomyślałem „jp Murzyn….”. No pierwsze wrażenie było takie, że to jest gówno. Ale już w połowie całego albumu, zmieniłem zdanie. Może nie jakoś drastycznie, to nadal jest średnia płyta, ale na pewno nie gówno. Na końcu już byłem wręcz pełen uznania. Kolejne przesłuchania utwierdziły mnie, że to nie jest takie barachło.

Na pewno, poza fatalnymi tekstami i średnim rapem, największą wadą albumu jest długość. 56 minut to może nie jest jeszcze jakaś olbrzymia przesada, ja wiem że płyty z taką muzyką zazwyczaj tyle trwają, ale w przypadku „LA” wychodzi to bardzo szybko i w pewnym momencie zaczyna męczyć i nużyć. Ucho się męczy, bity zaczynają się zlewać ze sobą, Lilu nawija w ten sam sposób, a nawet jak nie, to człowiek i tak już tego nie wyłapuje. To jest cud, że ja potrafiłem się poznać na „Na Brzegu Świata” i „Poetyce”.

Koniec końców, „LA” to jest takie ***** (któryś z popularniejszych w połowie lat 2000 zagranicznych wykonawców h-h lub/i rnb) „w domu” po całości. Ba, nawet nie tylko zagranicznych, bo i Sistars na bank było słuchane i tego poziomu Lilu (na tym etapie przynajmniej) też nie osiąga. Z drugiej strony, płyta powstawała w warunkach bardziej amatorskich, niż pro, więc tu się należy szacun, bo to brzmi nieźle. Ok, „Loose” by z tego nie było, choćby wysłać taśmy Timbo, ale polacy robacy w 2008 r. nie robili takich płyt za te 100 zł, czy coś (nie pamiętam na ile oni tam w skicie Lilu wycenili, smutne). Jakaś magia zostaje w finałowej dwójce osiągnięta (i miejscami generalnie na albumie też), więc tu są jakieś zadatki i jestem ciekaw jak się kariera Lilu potoczyła. Płyta zaczyna się jak bardzo chujowy nielegal, ale kończy jak interesująca wariacja na temat tego, co się działo zagranicą. Może robię błąd, ale kupuję to. Teksty nadal uważam za tragiczne, ale niestety, nasz język jest bezlitosny i to trzeba rozumieć. Te same treści w angielskim przechodzą bez problemu, ale po naszemu? Nasz obnaża najmniejszy cringe. Wokal wannabe-Przybyszowa, po jakimś czasie przestaje męczyć tymi skojarzeniami, szkoda że (ponownie) dopiero w ostatnich kawałkach Lilu naprawdę zaczyna robić z nim coś fajnego. Podkłady są jakie są, ich jakość się waha, ale czuć, że były klejone z sercem i zaangażowaniem. Murzyn widział powstawanie tej płyty od zaplecza, to i jego perspektywa jest unikatowa i bardziej osobista.

Dziwny album, do którego będę wracał. Na razie to wszystko co mogę o nim napisać. Moja opinia o tej muzyce bardzo szybko się zmieniła, więc coś tu jest do cholery na rzeczy! Nie można tego zignorować.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lis 2022 23:26

Podsumowując ocena na "gówno z plusem" xD

Myślałem że to pisałem ale nie pisałem - w salonach EMPIK płyta kosztowała w chwili premiery całe 20 zł...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 lis 2022 23:33

No właśnie nie jestem w stanie tego jakoś po ludzku ocenić, przez co wychodzi jakbym dawał "gówno z plusem", ale myślę, że generalnie słowo gówno możemy już w kontekście tej płyty wykreślić, tzn ja wykreślam. Bardziej zmierzam w kierunku "intrygującej takiejsobości".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lis 2022 23:39

Nie no luz, jeżeli poczułeś się zaintrygowany to znaczy jakieś ziarno niepewności zasiałem i poczytuję to sobie już jako połowę sukcesu hehe. Jest ta płyta dziwna, nietypowa i taka jest twórczość Lilu. Propsy dla Ciebie za odpowiednie spojrzenie na to, to że wrzucilem tą płytę nie znaczy że stawiam ją na równi z Floydami dajmy na to, ale była dla mnie przeżyciem i pozostaje fajnym wspomnieniem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 lis 2022 02:33

Lilu - LA

Zanim przejdę do rzeczy... Szanuję samo wyzwanie. Wypuszczenie tak eklektycznej rzeczy w Polsce wtedy to naprawdę gruba, ryzykowna sprawa. 2008 rok w mojej okolicy to jeszcze okres wymownej dominacji blokerstwa, ganianin po podwórku. Wieczornych niepokojów, gdy ktoś nie wraca na czas, a otoczenie nie sprzyja późnym spacerom na dotlenienie. Wolta stylistyczna wobec dominacji określonego, trochę innego modelu tekstów i figury artysty-rapera zasługuje na uwagę. Z perspektywy miejsca, w którym się wychowywałem, słuchanie tej płyty w tamtym czasie byłoby jak odkrycie równoległego świata. Treści mówiących coś podobnego, ale w innym języku. Zgadzam się, że w tym przypadku hip-hop krzyżuje się z funkiem, r&b, jest nawet ślad około reggae. Tragizm sytuacji polega na tym, że ostatecznie całość wywraca się w związku z konceptem. Jego nie ma na nic, a słychać to od samego początku.

Słuchacza od pierwszych sekund wpuszcza się w świat pewny i zdecydowany. Lilu jest dla mnie kompletnie anonimowa, nie wiem czy w momencie wydania krążka była jakkolwiek popularna. Dostajemy LA w pigułce, ale prosto z mostu i na pełnej - plastikowa produkcja, wrażenie demówki. Niskie tony? Nie znaleziono. Mam wrażenie, że wszystko było klejone w pośpiechu. Może i nie ma takiej drugiej jak ona, ale czy faktycznie to dobrze? Pan Wankz wychodzi na cieniasa częstochowskiego, porażająco słaby występ. Minimalnie rozbudowana perka pod koniec próbuje przekonać, że tu jednak jest życie. Niestety, dalej czeka na nas poza tym tona drewna na składzie. Moje wątpliwości budzą teksty. Są w nieznośny sposób zawieszone pomiędzy wieloma emocjami i odczuciami. Powaga i pastisz. Banalne rymy i mimo wszystko spójny przekaz. Tu jeszcze miałem wrażenie, że nawijka jest sprawna. W Złej słychać ślady r&b. Są jak z puszki. Ale są.

Porażają pomysły na aranże i ich realizacja - brakuje życia, organiczności, energetyczności. Totalnie zduszone hooki, mechanicznie powycinane szeptanki. Drumsom brakuje mocy, grają zupełnie nie tak i tam, gdzie powinny. Tikatukatam największe nieporozumienie początku. Dziwnych zabiegów nie zabraknie do końca, w pewnym momencie po prostu byłem już przebodźcowany. Kocham Kocham Kocham ma trudne zadanie, ale tutaj ślady poważnego ducha są. Bit brzmi jak wariacja nt Mojej Panienki, ale przynajmniej wzbudza reakcje podobną do bujania. Kolejny FATALNY gość, skąd wytrzasnęła tego Sean Paula za 5 złotych? Paradoksalnie do tej pory najciekawsze brzmienie, dobre doły, aż tak nie zarżnięty groove. Szkoda perki, jest szkatułkowo zbudowana perka, ale jednocześnie zbyt rozdrobniona. Kampokrindż góralski bardzo niejednoznaczny. Ilość różnych tropów się zwiększa, spójność już dawno nas opuściła. Jeśli materiał z LA traktować na serio w kategoriach feministycznych, to przede wszystkim w tym skicie...

Różnorodność stylistyczna, wielość producentów, a mimo to wrażenie roboty po taniości nie opuszcza mnie do końca. Jak wytłumaczyć to, że nagle w Za kogo ty mnie masz znajduje się tak długie outro? Płyta oddycha, tylko że bardzo nierówno. Znowu osobliwe teksty, ani niespecjalnie hedonistyczne, ani wyraźnie poetyckie. W tym momencie byłem zdumiony, że zaraz pojawi się numer z Łoną. Ostatecznie jestem na plus, to jest moment chwały tutaj. Pomimo słabego la la la na koniec. W tym przypadku bit działa, bo jest tak zmyślną pętlą, że pomimo jego kwadratowości doskonale sprawdza się z sugestywnym, sensualnym wokalem Lilu. Za momeny zgrzyt - jestem fanem monarchii jak Marek Jurek to jedna z najmniej oczywistych linijek xD Dość śmieszna, z a s k a k u j ą c o źle się starzeje. Po połowie płyty siłą rzeczy zaczynam odczuwać zmęczenie. Nawet kiedy jakiś czas po ostatnim odsłuchu myślę o LA, to jestem pewien, że całość na kolejny raz byłaby już bardzo niestrawna. W Naszym Zakątku podoba mi się Rahim, brzmi dość typowo w warstwie tekstowej, a jednocześnie bardzo pewnie, wręcz agresywnie. Jest przy tym jednak liryczny, niekoniecznie banalny.

Poza Telefonem lubię momenty dobrze zrobionego offbeatu. Jeśli Lilu wybiega ponad te sztywne pół bity to wychodzi coś więcej... ale nawet w tym przypadku to nie zawsze się sprawdza. W Mruczance pod tym względem skopali refren. Na szczęście reszta, choć to krótkie momenty w wielu utworach, to dobra robota. Zastanawiam się, czemu jako całość LA jest tak przeciętna. Problemem jest gruntowne niezdecydowanie. Czasami wątpliwy jest jakikolwiek autentyzm. Przypomina to materiał przygotowany pod teatralną inscenizację o kobiecie-raperce. Dobra dykcja, słyszalna technika i takie kocopoły jak numery o ciuszkach. Końcówka płyty z motywami symfonicznymi nie budzi już żadnego wrażenia. Jestem przytłoczony, zmęczony. Kolejny tani zabieg na odwrócenie uwagi od żadnego przekazu. To, że akurat Telefon podpasował najbardziej, jest zasługą Łony. I znowu, niby poważnie, ale z dziwnie podszytym dystansem, dowcipem. Nieświadomie? Do ostatnich dźwięków nie jestem pewien, kiedy piszę te słowa też nie. Wiem na pewno, że posłuchu LA już raczej nigdy nie zbierze i dobrze.

Faktycznie coś jest na rzeczy z tym wokalnym podobieństwem do Natalii Przybysz. Proste teksty w języku polskim wymagają dokładnego pomyślunku, a tu często porażają taką gimnazjalną energią. Niby szkoda tego wszystkiego, ale jednak nie.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 lis 2022 12:11

Lilu - La

Co ten Murzyn, to ja nawet nie. Nie mam pojęcia, jak opisać ten album, w ogóle xD Primo, nigdy nie byłem into taka muzyka. Secundo, gdy mi ją w końcu ktoś sprzedał (ZWŁASZCZA polską), słuchałem z zainteresowaniem, bo traktuję to jako pewnego rodzaju obserwację. Sistars znam i lubię (choć fanem się nie nazwę), i faktycznie czuję tutaj jakiegoś ducha sióstr Przybysz. Ale to tylko duch, wywoływany przez bandę nawalonych Komandosem dzieciaków przy pomocy wyciętej z brystolu tablicy Oujia w posępną, haloweenową noc. To, co mi się tutaj nawet podoba to warstwa muzyczna, w sensie, nie jest to produkcja na nie wiadomo jakim poziomie, ale jak to już określił kol. Hien, jak na domorosłą realizację to brzmi naprawdę spoko. Featy wydają mi się w większości absurdalne, sytuację ratuje Łona, bo to Łona, sam jego głos daje mi jakieś poczucie obcowania z profesjonalizmem xD Nie umiem tego inaczej nazwać. Jeśli miałbym wymieniać highlighty w warstwie brzmieniowej, to byłyby to Zła, Kobiety i Telefon (no, jeszcze Mruczanka za lekko oniryczny klimat), reszta jest nieco niżej. Nie bardzo wiem, co mogę napisać o tekstach. Agaciak ratuje sytuację swoim głosem i manierą śpiewu (głos ma naprawdę ładny, a maniera nie jest bardzo denerwująca, jak się przyjmie pewną konwencję wykonawczą). Rzecz w tym, że całość nie brzmi mi na 2008 rok, a na jakiś 2003? Mam potworne skojarzenia z... Kasią Klich, kompletnie już dziś zapomnianą. Gdyby ktoś mi powiedział, że to jej płyta i bonusem jest Lepszy Model to byłbym w stanie w to uwierzyć. Teksty są zresztą kopalnią cringe'u, już nawet nie chodzi o mocne oscylowanie wokół tematyki seksu i relacji etc., bo po mojemu w języku polskim nie da się o tym bezcringe'owo pisać i śpiewać (no, ale taka specyfika języka to raz, a dwa, człowiek się przyzwyczaja do angielskiego, gdzie da się BEZ tego). Chodzi o to, że one są po prostu... nędzne. Zdarzy się parę dobrych fragmentów czy one-linerów, ale w większości yyy eee, how about no. Może nie nazwę całości guanem, ale zachwycać też się nie będę, bo nie ma czym. No dobra, głos naprawdę super, ale czy musi śpiewać takie gówna...

Tak przy okazji dorzucę, że zastanawiam się, gdzie musiałbym się znaleźć, w jakim towarzystwie, w jakich okolicznościach, żeby poznać taką muzykę w ogóle. Jeszcze laska jest z Łodzi, a nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Nikt z moich znajomych nie słuchał takiej muzyki? Nieprawda, tzn. słuchali hip hopu, ale nie takiego, ktoś słuchał r'n'b, ale nie takiego, etc. W radio to nie leciało - przynajmniej ja nie pamiętam - zresztą, ładnie podjęła to sama Lilu w numerze Rolex. Może powinienem był urodzić się w Bełchatowie? Nie mam pojęcia xD Kompletnie nie wiem, gdzie mógłbym wpaść na taką muzykę. Tak samo, jak nie do końca wiem, skąd rekrutują się ludzie takiej muzyki słuchający. Może to zresztą i lepiej, wtedy, w 2008 roku pewnie nie byłbym o nich najlepszego zdania. Dziś patrzę na takie rzeczy z nieco innej perspektywy, ale nadal nie jest to coś, co mnie porywa. Trochę szkoda ze względu na niektóre bity, na umiejętności wokalne Lilu, no ale nie można mieć wszystkiego. Inna rzecz, że ta płyta jest po prostu za długa. Zdecydowanie zbyt długa jak na mój zasób cierpliwości. Meham. Murzyn może lepiej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 lis 2022 10:08

Lilu – LA

Gdy przeczytałem, że Lilu to polska raperka, to byłem pełen obaw. Ale nie zwykłem się łatwo poddawać i oczywiście postanowiłem dać szansę pani Aleksandrze.
Okazało się, że śpiewu jest jednak znacznie więcej niż rapu, co mnie cieszy. Wszyscy narzekają na warstwę liryczną, która zwyczajowo mnie mało obchodzi. Ba nawet w połowie pierwszego odsłuchu się zorientowałem, że nie wiem kompletnie, o czym było tych parę utworów. Słuchałem muzyki zupełnie nie rejestrując tekstów mimo, że są po polsku. No tak już mam. Potem już się wsłuchiwałem i powiem tak – teksty jak teksty. Ani lepsze, ani gorsze od wypocin wielu innych wykonawców. A niektóre wręcz mi się podobały (Telefon, Jeansy). Lubię zabawne teksty o dupie Maryni i tyle.
Nie zamierzam narzekać na długość albumu. Każdy z nas wrzucał równie długie, ja sam wrzucałem, więc narzekanie teraz na ten element byłoby z mojej strony śmieszną rzeczą. Tym bardziej, że album wcale mnie nie zmęczył jakoś mocno. Przesłuchałem ładnych parę razy i nie miałem wcale zapędów, żeby chcieć wyłączyć. Nawet się nie raz dziwiłem, że 16 piosenek tak szybko zleciało.
Generalnie album jest całkiem spoko. Naprawdę przyjął mi się całkiem bezboleśnie i nie wzbraniałem się przed kolejnymi przesłuchaniami. Jestem zdziwiony, bo wiem, że sam bym takiej płyty nie włączył pewnie nigdy. I nie masz się co Murzyn przejmować opiniami i tłumaczyć ze swojego wyboru. Chciałeś to wrzucić i wrzuciłeś. To Twój wybór.
Lilu może nie ma jakiegoś bardzo wyjątkowego czy charakterystycznego głosu, ale po prostu jest to dobry i przyjemny wokal. Najmniej podobają mi się te gościnne wstawki raperów, których akurat nigdy nie lubiłem. Na szczęście nie ma ich tak dużo.
Warstwa brzmieniowa jest ok. Nie wiem, czy to poziom profesjonalny czy raczej jakaś domówka. Nie znam się na tym. Najważniejsze, że dobrze mi się tego słucha. Podkłady w niektórych miejscach całkiem ciekawe. Jedyna rzecz, która naprawdę mi nie odpowiada, to Góralskie. A to dlatego, że zwyczajnie i szczerze nienawidzę góralskich zaśpiewów. I w ogóle nie pasuje to do reszty. Na szczęście utworek jest bardzo krótki.
Czy są tu jakieś fillery? Czy ja wiem? Chyba nie. Jest parę utworów takich, że jakby ich nie było, to bym może nie płakał, jak np. Tikatukatam czy Za kogo ty mnie masz. Ale również nie powiem, żeby mi wadziły. Tych dobrych utworów jest dużo więcej. Najbardziej podobają mi się: funkowe Kobiety, Telefon, Jeansy, Rolex oraz świetne utwory w klimatach R&B, czyli Mruczanka, Nasz zakątek, Na brzegu świata. Bardzo podoba mi się wokal w utworze Nasz zakątek. Muzyka R&B jest u mnie ostatnio naprawdę na fali wznoszącej. No i podobają mi się te naleciałości arabskiej muzyki w Zła i nawet w Jeansach.
Reszta utworów jest po prostu spoko.
Generalnie album miło mnie zaskoczył. Bardzo dobrze mi się tego słuchało i na pewno będę wracał. Zarówno do albumu jak i bankowo do najlepszych utworów.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lis 2022 10:14

No ładnie, ładnie. Siedzę i biję sobie brawa w tej chwili, shodan był chyba jedyną szansą (jaką bym obstawiał) że ta płyta u kogoś zaskoczy i jestem ucieszon że pykło. Mentos to wiadomo że i tak napisze że NIE WIE więc może od razu przejdźmy dalej xddd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 lis 2022 10:16

O ile w ogóle posłucha. ;)
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 lis 2022 18:14

Od poniedziałku lecimy z kolejnym albumem jak coś
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 lis 2022 21:43

Tutaj taki srakulec to zobaczymy jak długo pójdzie Spooky... spokój dla mnie
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 27 lis 2022 17:27

Lilu - LA

Dobra, nie blokuję tej zabawy, bo zapoznałem się z tym albumem, to znaczy uściślając - nawet żem go przesłuchał, i nawet więcej niż raz! Może napisać, że tyle dobrego o tej płycie mogę napisać byłoby lekką przesadą, ale to raczej nie będzie mój top życia oraz mam parę uwag, ale po kolei jak to mawiał dorożkarz.

Późne lata "zerowe" pamiętam jako bardzo specyficzny okres. Taki dość dużego i szybkiego rozwoju społecznego, gospodarczego i wszelkiej maści cywilizacyjnego, brudne i zapyziałe ulice polskich miast przestawały być aż tak brudne i zapyziałe jak jeszcze kilka lat wcześniej, po tychże ulicach zamiast maluchów i polonezów jeździły jakieś sprowadzane z niemiec fiaty oraz toyoty, powstawały drogi, stadiony, malało bezrobocie no i generalnie jakoś tak zaczynało się robić fajniej, normalniej, nawet ludzie zaczęli się uśmiechać się do siebie na ulicach, ale jednocześnie nadal nie było jakoś rewelacyjnie i trochę jedną nogą tkwiliśmy w maraźmie i zaściankowej mentalności wczesnych lat zerowych. Nie będę tego rozwijać, bo to nie jest jakaś analiza społeczno-socjologiczna, tylko recenzja płyty rapowej, po prostu chciałem zarysować pewien kontekst, bo nie ukrywam, że cały czas słuchając tej płyty czułem się jakbym się do tej epoki cofnął i aż musiałem sprawdzić czy nie słucham tego albumu na Nokii z Symbianem i czy aby na pewno jutro nie idę do licbazy.

I ja sobie zdaję sprawę, że w 2008 to jednak świat był ciut mniej tolerancyjnym miejscem i że ówczesne środowisko hip-hopowe było mocno zmaskulinizowane (tbh to do tej pory nie wydaje mi się, by się jakoś zmieniło w tej kwestii, ale nie znam się) oraz że będąc kobietą wyjąkowo ciężko było się tam przebić. No i rozumiem, że aby to zrobić trzeba było być odważnym, trochę kontrowersyjnym i w ogóle, ale kurczę no... No ja mam tak samo jak Musiał. Nie mogę się przebić przez te teksty. Próbowałem, podchodziłem i ni da rady. Mam problem z warstwą tekstową, praktycznie cała płyta obraca się wokół tematyki seksu, związków, noszenia bielizny i tego typu rzeczy, aż odetchnąłem z ulgą, gdy usłyszałem ten kawałek o konsumpcjoniźmie, bo - chociaż raczej ameryki nie odkrywa - przynajmniej był o czymś innym. No mnie tam to nie wadzi, że życie laski się kręci wokół tego, ale jednak jakieś znużenie mnie przy tym, cholercia, dopadło. Kręciłem lekko nosem w momentach gdy laska próbowała zachowywać się jak damski odpowiednik SAMCA ALFA, te momenty bardziej liryczne wywołały we mnie w sumie NIC. Było parę momentów, które nazwałbym wręcz obciachowymi, jak np. ta rozmowa jakichś byczków o tym, że kupiliby Lilu za kilku zeta albo góralski skit z tekstem o waleniu konia, ale jestem świadom tego, że to jednak był 2008 rok i pewne rzeczy mają prawo się zestarzeć.

Inna sprawa to jednak to, że bez czynnika sentymentalnego tudzież osobistego ciężko mi docenić takie rzeczy, nawet mocno mrużąc i przymykając oczy na przemian, bo jednak życie to proces podlegający nieustannym zmianom czy coś takiego. A w sumie to właściwie żałuję tego, że Lilu jest średnią tekściarką, bo flow ma całkiem okej i bity są też okej. Tu może brzmię jakbym chciał udobruchać murzina, ale serio najbardziej mi siadł kawałek z featem jego brata i chrzanić to, że akurat tekstowo to chyba najgorszy przykład tego, o czym pisałem parę zdań wcześniej. xD Fajnie, że na tej płycie był też Wankz z Dinala, bo mam sentyment do ich płyty i fajnie, że typ prowadzi zajęcia z socjologii. Generalnie muzycznie płyta jesst całkiem spoko, może pod koniec mnie trochę tam siadła, ale też bez przesady i gdybym nie znał polskiego, to bym mógł stwierdzić, ze daje radę.

Ale jednak znam i cóż. Trochę spieprzony potencjał.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lis 2022 19:11

Zmarnowany potencjał, można tak powiedzieć. Jeden plus że okazuje się Mentos kojarzy Wankeja a Dinal przewinie się u mnie w utworach w swoim czasie.
Uspokajam że takich szalonych wrzutek już więcej nie będzie tutaj, od teraz w większości wszystko to nudne co znacie i lubicie.

Jedziemy dalej, otwieram kolejkę dla albumu DJa Spooky - Songs of a Dead Dreamer

Dragon pisze:
16 lis 2022 23:53
Co tu dużo mówić... Bowie to było bardzo dobre podsumowanie dość nierównej kolejki. Na pewno też za długiej xD Po krótkim czasie najwięcej powrotów było do Fever Ray. Pewne płyty potrzebują duużo czasu, żeby chcieć do nich wracać. Ciekawe rzeczy, choć trochę szkoda, że mało co prowokuje do częstych odsłuchów.

DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (1996)

Trzymam się klimatu panującego na dworze, choć w tym przypadku nie manipulowałem kolejnością płyt. To dla mnie jeden z ważniejszych krążków, a o wykonawcy wiem tyle, co kot napłakał. Pod tym pseudo kryje się Paul D. Miller, który nawet aspiruje do kogoś więcej niż ot artysta co muzyczkę robi, ale w Polsce nikt się tym nie przejął. Już o tych nagraniach jest naprawdę niewiele informacji. Parę lat temu przysłużyły się poważnemu poszerzeniu moich horyzontów muzycznych. Spora w tym zasługa etykietki. To ponoć kanoniczna cegłówka dla illbientu.

Wracamy do historii gimnazjalnych, ale tym razem bardziej w stronę czysto muzyczną. Między klasyczną elektroniką były poszukiwania dobrych obskjurów z rzeczy lat 90' i nowszych. Przypominam sobie tamtego Roberta, który wertuje wikipedię. Były też strony aspirujące do bycia czymś w rodzaju muzycznych encyklopedii. Nie takich z Bachem i Mozartem, nieee. Chciałem poznać dużo wszystkiego, co było związane z elektroniką, współczesną muzyką popularną. Pamiętam, że byłem mocno zafiksowany na punkcie wydania w dalekiej przyszłości własnej encyklopedii muzyki elektronicznej. Oczywiście z przykładami. Zanim trafiłem na Ishkura szukałem "źródeł" na własną rękę. Było to praktyczne i niepraktyczne jednocześnie. Zajmowało czas, pobudzało myślenie. Wiedziałem podskórnie, że nic z tego nie będzie, ale... W tamtym czasie było tak wiele podobnie sensownych zapychaczy. Illbient brzmiał interesująco. Po kilku płytach odnoszę wrażenie, że to bardziej szyld służący promocji marnego "mrocznego" trip hopu niż faktycznie osobny gatunek. Na początku wrażenie było zupełnie inne.

Może dlatego, że Songs of a Dead Dreamer jest tak wyjątkowe. Przekracza gatunki, proponuję bogatą i różnorodną opowieść, którą można sensownie podzielić na rozdziały. Wszystko utrzymane w trupiej, mglistej atmosferze. Od początku do końca poruszamy się w świecie postapo. Jest wiele świadectw dawnego życia. Ciekawe są źródła niektórych sampli, ale tę zabawę wam zostawię. Podróż przebiega niespiesznie, nie ma miejsca na szybkie i gwałtowne zmiany nastroju. Przystanek za przystankiem zahaczamy o jazz, hip hopy, dub, szybkie brejki, a nawet rzeczy w stylu Klausa Schulze. Nie ma przerwy od tego eklektyzmu, ale całość jest niesamowicie spójna. Najwięcej tu brudnych, może nawet ciężkich bitów, ale to i tak po pierwszym odsłuchu nic wam nie powie. Może być wymagająco, taka natura tej muzyki. Uwaga popłaca. Te najdłuższe pętle czasem i mnie lekko męczą, ale na śpiocha słuchać się nie da. Tutaj nie ma szansy wybrać jednego reprezentatywnego utworu, zrobiłbym płycie krzywdę. Najczęściej wracam do hipnotycznego Hologrammic Dub, ale zaraz potem musowo idą całe fragmenty, Juba/Thoughts Like Rain (z patosu przez dżunglę do parku okrytego mgłą) lub Anansi Abstrakt/Grapheme (brzmią jak improwizacje na gotowym materiale). Albo Terran Invasion tylko troszkę kosmiczne. Mogę tak wymieniać do końca.

Trudno taką muzą chwalić się znajomym, może proponowałem to pojedynczym osobom. Songs... pewnie poznałem w połowie 2015 roku i regularnie do dziś mi towarzyszy. Po latach nawet zacząłem sprawdzać jego inne płyty, ale o tym może kiedy indziej. Potrzebuje odpowiedniego nastawienia i otwartych uszu. Dawniej ten odrealniony seans siadał równie często jak rzeczy wrzucane w bestce od utworów. Dzisiaj to po prostu znakomicie zrealizowana atmosfera decyduje o tym, że wiernie wracam. Wrzucam pierwsze wydanie z 1996 roku, późniejsze jest pozbawione dwóch bardzo istotnych numerów (a na pewno nie ma ich na Spotify). Tylko w takim formacie słucham tej płyty z pełną przyjemnością. Zaskoczycie mnie szybkimi i zdecydowanymi ocenami, szczególnie tymi pozytywnymi xD ale bendem rad i wesół

https://youtube.com/playlist?list=PLi6x ... k1XJPD_nSB
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 lis 2022 08:25

Kiedy inni zapadli w sen zimowy, Mudżinho zasuwa za sześciu.

DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer

Dragon tak dla odmiany częstuje nas albumem z jakąś dziwną elektroniczną łatką, mam wrażenie jedną z takich wymyślonych na siłę dla muzyki rozbieganej po różnych klimatach. Na płycie elektronika gra głównie ambientowe tła a pierwsze skrzypce grają sample, perkusyjne loopy i niski bas.

Album ma długi rozbieg, mamy intro, potem jakby interludium minutowe i kolejny utwór już nieco ponad trzyminutowy ale przekornie zatytułowany jako Interludium z kolei. Ten wstęp to jakieś błądzenie po labiryncie ulic opuszczonego miasta gdzieś w przyszłości jakby. Jak dla mnie zero konkretów ale ma robić klimat.
Galactic Funk to znowu zaledwie przydługa rozgrzewka dla albumu, pierwszy jakiś konkretny rytm, jakieś gry sampli, jeden z nich - ten charakterystyczny gwizd - kojarzę z pewnego utworu Gang Starr. Ten bit nie jest aż tak dobry by mnie hipnotyzował ponad 6 minut, ale jakoś zleciało. Hologrammic Dub wypada nieco lepiej w tworzeniu specyficznego przydymionego trip-hopowego klimatu. W tych dwóch numerach nieco czuję się jakbym słuchał zaginionych nagrań Massive Attack z tamtego okresu. Po krótkim sci-fi interludium przechodzimy do utworu Juba, który wstępem przypomina mi o tamtym kabaretowym numerze z soundtracku Ucieczki z Nowego Jorku, brzmienie może inne ale z uwagi na ten reverb klimat mi to robi podobny jakby to leciało właśnie w jakimś opustoszałym teatrze w czasach post-apo. Potem jednak jest powrót do tego brzmienia z dreszczowca sci-fi na pełnej i z ukrycia obserwuję jakichś obcych (ale nie wyglądających jak Ci Obcy z filmu) przemierzających korytarze stacji kosmicznej w poszukiwaniu ofiary. Pod koniec utworu jednak wkradają się fajne plemienne brzmienia które niczym budzik telefonu uwalniają człowieka z sennego koszmaru ucieczki przed obcymi. Thoughts Like Rain przypomina mi trochę jakieś mroczne ambienty z SAW2. Później nadchodzi Anansi Abstract który jest bez dwóch zdań punktem kulminacyjnym albumu i gwoździem programu. Powolny, rozciągnięty, hipnotyczny dub który zaczyna się zapętloną melodią fletu. Melodia ta kojarzy mi się z pewnym numerem ale to wrzucę na grupie do odsłuchu. Następnie wchodzi rytmiczna melodica oraz rytm perkusji, bit posiadający dość fajny swing że tak powiem, ma on sam w sobie jakby takie lekkie opóźnienie, pewną niedoskonałość która go wyróżnia. Do tego rzecz jasna te wszystkie reverby, echo, jakieś dźwięki puszczone od tyłu, rewelacyjne brzmienie. Później na chwilę bit zmienia się na inny, bardziej prosty i drewniany, ale i tak cały numer ma świetny vibe przy którym zdarzyło mi się raz całkowicie odpłynąć przy wspomaganiu pseudoefedryny zażytej w walce z zatkanym nosem, była to bardzo przyjemna turbo drzemka xD kolejno wchodzi Grapheme, zaczyna się znowu tym takim mrocznym sci-fi ambientem, uzupełnia go ciepły wibrafon i wjeżdża fajny obskurny hip hopowy bit. I ten bit świetne trzyma ten numer, który z grubsza uzupełniają tylko dźwięki nawiązywania łączności z kosmitami jakby, będę miał trochę takie kosmiczne nie wiadomo co też w albumach w swoim czasie :) po kolejnym zgrabnym interludium otrzymujemy niby kolejny dub ale bardziej w sensie technicznym niż stricte gatunkowym bo numer mocno podparty jest na jazzowych samplach. Kontrabas, rytmiczna perkusja, trąbka i to wszystko w sosie z reverbów itp, całkiem smaczne danie. The Terran Invasion of Alpha Cent rozpoczyna się niepozornie brzmieniem jakby jakiejś harfy i swobodnie dryfuje przez kosmos aż ląduje i osadza się na kolejnym dubie ostatecznie. Ostatni przerywnik na płycie czyli Time Out of Joint to zdaje się wyraźny ukłon w stronę Pink Floyd, oparty o charakterystyczne arpeggio zgrabny i krótki hołd. To nieco rozpędzone interludium szykuje nas na finalny utwór w którym pierwsze skrzypce grają szybkie breaki. Rytmiczne High Density wieńczy płytę, mocno się jarałem nim na początku ale później osiadł na laurach. Można mógłby było postawić na jakiś wyraźniejszy bas tutaj moim zdaniem bo za dużo się dzieje w wysokich częstotliwościach. Outro charakteryzuje to co i wstęp do płyty, właściwie mogłoby nie istnieć bo nic nie wnosi.

Podsumowując mogę napisać że było to dość przyjemne doświadczenie bo płyta osadzona jest w klimatach jakie trochę lepiej znam, lubię czy rozumiem. Nie wiem nadal czym jest illbient chyba że to właśnie to to dziwne sci-fi ambientowe brzmienie, reszta była fajną mieszanką trip-hopu, hip hopu i muzyki dub. Album raczej obskjur myślę, raczej nie z gatunku tych najlepszych może (z wrzut Dragona lepsza myślę Arca nadal) ale możliwe że z tych ulubionych i gdzieś to do mojego kanonu wejdzie między wczesne trip hopy a jakieś sci-fi klimaty. Najlepszy moment albumu to duet Anansi Abstrakt/Grapheme i tu najchętniej będę wracał osobno, czasem może wrócę do całości.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 gru 2022 13:17

Ja tylko przypomnę że eeee taki temat istnieje. Mam nadzieję że pomiędzy meczykami co niektórzy mają czas na odsłuch. A tych niemundialowych tym bardziej zachęcam do wypowiedzi :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup