Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Re:

Post 08 lut 2023 21:17

Hien pisze:
08 lut 2023 17:45
Oj tam oj tam. Nie mam tylko ochoty na jakieś przestawianie albumów, bo komuś się nie chce słuchać i pisać kiedy inni, bo "nie ma psychy na to"
A ja mam :grins:
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 lut 2023 01:18

Billie Eilish - Happier Than Ever (2021)

No dobra panowie, czas zaje.bać z grubej rury. Oszczędzałem ten wyjątkowy album od początku zabawy i pewnie jeszcze chwilę bym odwlekał tę chwilę, gdyby paru członków tego forum nie wymusiło na mnie tej wrzutki. Nie wiem, skąd w ogóle byli tacy pewni, że chcę ją wrzucić. Pewnie śledzili mojego lasta i widzieli jak dużo tego słucham. Bo fazę na Billie mam potężną. Ale to nie może dziwić, jak ma się na dysku tak bardzo dobry album.
Bóg mi świadkiem, jak bardzo uwielbiam Billie Eilish. Poznałem w ogóle tę dziewczynę za sprawą córki jakieś 3 lata temu. Puszczała jej single często. Na początku podchodziłem nieufnie, ale Bad Guys i parę innych utworów z jej pierwszego albumu, między innymi genialne When I Was Older szybko mnie przekabaciły. Pierwszy album był bardzo dobry. Ale drugą płytą Happier Than Ever Billie po prostu rozwaliła mi konstrukcję. To jest muzyka tak bardzo dobra, że aż nie chce się wierzyć. Billie ma w tej muzyce duży wkład zapewne, ale nie można zapominać o jej bracie Finneasie. Mam wręcz wrażenie, ze to właśnie on może grać tu pierwsze skrzypce.
Billie wypracowała swój niepowtarzalny styl, zarówno jeżeli chodzi o wizerunek, jak i o wokal. Nie znam drugiej takiej wokalistki. Na pierwszej płycie głównie szeptała, mamrotała, śpiewała bardzo cicho, zachowawczo, choć i tak miało to swoją wymowę. Na Happier Than Ever dużo odważniej używa swojego głosu. I okazuje się, że ma czym zaimponować. Głos ma nie tylko potężny, ale jego barwa po prostu jest szokująco dobra. Jej styl śpiewania, jej maniery wokalne są niepowtarzalne. Ona ma w tej chwili zaledwie 22 lata, a już w moich oczach i pewnie nie tylko moich jest legendą.
Utwór z 2020r. do ostatniego filmu o agencie Bondzie to po prostu majstersztyk. Ta seria filmowa miała wiele świetnych tematów przewodnich, ale żaden nawet w jednej dziesiątej nie ruszał mnie jak numer Billie. Ona po prostu każde zadanie wykonuje perfekcyjnie. I numer z Bonda jest perfekcyjny i tak kurewsko dobry, że ciary latają stadami.
Przejdźmy wreszcie do albumu. Otwieracz jest bardzo dobry. Ale wraz z drugim utworem I Didn't Change My Number zaczyna się moja ekscytacja i mokre sny. Ten utwór jest tak niewiarygodnie dobry, że szok. Bardzo krótki, perfekcyjny strzał. Billie Bossa Nova bryluje świetnym basem. Właśnie bas jest jedną z głównych atrakcji tego albumu i jej znakiem rozpoznawczych. Świetna melodia w rytmie bossa nova i świetna Billie na wokalu.
Nie będę tu opisywał każdego utworu. Odkrywajcie je sobie sami. Wspomnę tylko o tych wyjątkowych. A że jest ich sporo, to inna sprawa.
GOLDWING wyrywa z kapci bez żadnego ale. Rzecz genialna po prostu. Zaraz potem cudne Lost Cause wydane na singlu.
Następnie jeden z moich absolutnych hajlajtów na albumie, czyli Halley's Comet. Nastrojowy i klimatyczny numer. Billie niezwykle zmysłowa, melodia niezwykle piękna. Ostatnia minuta utworu ma totalnie odmienny klimat.
Dalej taki po prostu przegadany szeptem utwór Not My Responsibility, ale jakże dobry! Klimat wylewa się wiadrami. Następny OverHeated ma bardzo podobny klimat, ale jest żywszy i jeszcze lepszy. Wreszcie dochodzimy do jednego z moich absolutnych ulubieńców, czyli Everybody Dies. Ten utwór jest nesamowicie piękny. Tylko Billie potrafi stworzyć tak niesamowity klimat. Dla takich utworów po prostu warto żyć.
NDA - singiel, który jest kolejnym z moich ulubieńców. Wyjątkowa kompozycja, świetne brzmienie. Końcówka z wokalem Billie rozbija bank. Potem singlowy Therefore I Am, którego nie sposób nie polubić. I wreszcie wisienka na torcie, czyli tytułowy Happier Than Ever. Utwór ze wszech miar genialny. Pierwsza część utworu bardzo spokojna. Piękna, ale spokojna z udziałem praktycznie tylko akustycznej gitary. Potem robi się gęsto, agresywne elektryczne gitary przejmują scenę. Billie pokazuje swoje prawdziwe wokalne możliwości. A i tak dużo bardziej wolę ten utwór słuchać w wersjach live.
Billie Eilish to taka gwiazda nowej generacji. Młodziutka, ale świecąca niesamowitym blaskiem. Prezentująca wraz ze swoim genialnym bratem niezwykle nowoczese brzmienie. Strach pomyśleć, co będzie w przyszłości. Bo że będzie dobrze, to nie mam wątpliwości.
Billie ponoć cierpi na syndrom Tourette’a, co objawia się u niej nerwowymi tikami. Nigdy tego u niej nie zauważyłem, ale coś być musi na rzeczy. Myślę, iż jest szansa, że kiedyś w bestce utworowej mogę wrzucić polskiego wykonawcę z takim syndromem.
God bless Billie!
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lut 2023 01:20

Za co lubię bestkę, odc. 420

Poprzednią płytkę Bili znam na wylot, teraz wreszcie zmierzę się z następczynią xd
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 lut 2023 01:35

Potwierdzam, pojechaliśmy z Murzynem na Mazury i tak długo biliśmy Shodana w piwnicy, aż zmusiliśmy go do wrzucenia Billie. Podziękujecie później.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lut 2023 01:40

shodan pisze:
12 lut 2023 01:18
Myślę, iż jest szansa, że kiedyś w bestce utworowej mogę wrzucić polskiego wykonawcę z takim syndromem.
???
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 lut 2023 01:47

Wszystko w swoim czasie Dragon.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lut 2023 01:48

Czas jak czas, brzmi to okropnie xD
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 lut 2023 02:06

Oby to był techno syndrom hehe
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lut 2023 02:27

Big Black - Songs about fucking

Generalnie śmiesznie się to trochę ułożyło - w bestce utworowej uchodzę za uosobienie czystego randomu i losowości, by w albumowej uchodzić praktycznie za konserwę, która wrzuca same uznane klasyki i albumu z gatunku "1000 płyt, które musisz usłyszyć przed śmiercią" czy coś w ten deseń. Powiedzmy, że ta propozycja to lekka próba zerwania z tą GĘBĄ.
Big Black to jeden z więcej niż dwóch, ale mniej niż 5963 projektów niejakiego Steve'a Albiniego - legendy NIEZALU, typa który wyprodukował od cholery płyt i generalnie jest w swoich kręgach postacią kultową. Możecie go kojarzyć z wyprodukowania mało znanego In Utero niszowego zespołu Nirvana. Może nie powiem, że byłem kolesiem zafascynowany, bo jednak nie jest w moim typie, ale chyba był jedną z tych osób o których się dowiedziałem w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, bo pewnie jakbym go czytał teraz, to bym go uznawał za lekko bucowatego pierdzibąka, który z jednej strony może i ma jakąś tam WIZJĘ tworzonej tudzież produkowanej przezeń muzy, ale z drugiej z którego wieloma poglądami totalnie się nie zgadzam - dla przykładu kiedyś widziałem wywiad, w którym stwierdził, że muzyka oparta na samplach to dla niej siusiak nie muza (tak, dokładnie tak powiedział i to po polsku). Z trzeciej to w sumie i tak nawet mimo tego nie ma problemu z samplowaniem swojej muzy, zgadzam się z jego wieloma take'ami na temat branży muzycznej, no i generalnie jednak jest jakiś tam urok w byciu przezeń bezczelnym bucem.
Dobra, ale mniejsza z tym, jak kogoś zachęce to może sobie coś o panu Albinim poczytać w sieci WWW, a jak nie to nie. Piosenki o kopulacji poznałem blisko z dekadę temu - o tym, kim bylem i jaki byłem pisałem wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Dodam niemniej, że poznałem je w NAPRAWDĘ ODPOWIEDNIM czasie tamtego okresu mojego życia, bo byłem zmęczony nicnierobieniem, dostałem potężnego kosza i generalnie to eufemizmem byłoby określenie tego okresu jako średnim. Czas zabijałem poznawaniem gargantuicznych ilości muzy, wtedy jeszcze ściąganej z Soulseeka czy skądś i serio poznanie tej płyty było wręcz jak cios w splot słoneczny czy jakoś tak. Ta płyta to 30 minut z hakiem skondensowanej złości, brudu, syfu, gniewu i cholera wie czego, generalnie to odnoszę wrażenie, że to już z piętnaście trylionów razy pisałem, że te wszystkie emocje wylewają się z tego albumu i jest przepotężny.
W zasadzie to chyba nie powinienem nic tu dalej pisać, bo wiem dobrze, że część z was przeżegna się stopami na myśl o tych męczarniach (chociaż bez przesady, to naprawdę krótka płyta xd). No i nie napiszę! Tylko dodam, że wrzucam wersję z coverem He's a Whore, bo jest fajny. Coś tam bierzcie i słuchajcie tego, bowiem [post dostępny dla subskrybentów MINTAJ+]

https://www.youtube.com/watch?v=IWn6L6K ... B&index=10
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 lut 2023 14:59

dla MINTAJ+ pewnie jest ukryte "coś tam"
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lut 2023 15:36

Nie wiem, cofnąłem subskrybcję
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 lut 2023 17:17

Okurde, Miętus wychodzi mi naprzeciw, gdyż zbierałem się do tego albumu latami i wreszcie będzie okazja xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 lut 2023 15:33

Jutro zaczniemy omawiać Tears For Fears, jeśli ktoś pragnie wrzucać podsumowanie pierwszej bestki albumowej to może to robić w starym temacie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 lut 2023 07:24

No to lecimy Panowie, rozpoczynamy drugą dychę naszych ulubionych albumów i zaczynamy go od albumu The Tipping Point grupy Tears For Fears :)
Hien pisze:
01 lut 2023 10:39
Tears for Fears – The Tipping Point

Z Tears for Fears jest u mnie tak, że mógłbym praktycznie każdy album ich tu wrzucić i byłbym zadowolony. Czy to by było „The Hurting”, czy obtarte już mega-hity „The Big Chair” i „Seeds of Love”, czy solówki Orzabala „Elemental” i „Raoul”, czy cover-album The Beatles „Happy Endings”, to bym się z tym czuł dobrze. Znam ten zespół praktycznie od zawsze, ale w rzeczywistości wkręciłem się w nich porządnie dopiero w 2008 r. Pracowałem w Dziale Promocji na mojej uczelni (studenci mogli zarabiać tam hajs w wakacje) i w radiu poleciało „Everybody Wants to Rule the World” w takich dosyć kolorowych okolicznościach dla mnie, bo świrowałem do kilka lat starszej „szefowej”. Nie wiem, to trochę jak z „White Christmas”, zna się te kawałki na wylot od wieków, ale nagle zaczyna się je naprawdę słyszeć i naprawdę ich słuchać. Wróciłem do domu i zaczęła się kampania słuchania Tears for Fears. Nie wiem, może kiedyś jakiś Mentos, czy ktoś, wrzuci jeden z tych WIELKICH albumów, to więcej o tym napiszę. Wątek „szefowej” też się jeszcze kiedyś pojawi. No wspomnień masa. Dlaczego w takim razie zdecydowałem się wrzucić tutaj najnowszy, wydany niemal dokładnie rok temu album Tears for Fears?

Z kilku powodów. Jeśli ja go nie wrzucę, to nikt go nie wrzuci, a pewnie byście nawet nie posłuchali xD Bo kto słucha come backów zespołów z lat 80? Jak często grupy z tych czasów, wracające z pierwszym od 20 lat albumem, mają coś ciekawego do zaoferowania? Ok, to są oczywiście dosyć krzywdzące stereotypy, ale umówmy się, z dupy to się nie wzięło i jakoś się zwyczajnie nie chce sprawdzać tych płyt. Ja wiedziałem, że będę chciał przesłuchać ten album, bo to Tears for Fears, ale w innym wypadku możliwe, że bym to olał. Tymczasem Roland Orzabal i Curt Smith dowalili jednym z najlepszych albumów w karierze oraz absolutnie najlepszym moim zdaniem albumem wydanym w 2022 r.

Powiem szczerze, nawet ja trochę w to nie wierzyłem. Singli wydanych pod koniec 2021 r. nie słuchałem, nawet nie dlatego żeby czekać na całość, ale po prostu mi się nie chciało, nie czułem parcia. Słyszałem jeden numer wydany parę lat wcześniej na składance best of i on był ok, ale czekałem spokojnie na płytę. Zresztą na nią to się generalnie czekało i czekało. Latami. Dekadami. Pamiętam, jak wtedy w 2008 r. zastanawiałem się kiedy coś wydadzą. Gdyby mi ktoś powiedział, że dopiero za 15 lat, to bym skisł.

Historia powstawania tej płyty jest długa i pokrętna. Na zespół zrzucono kilkunastu modnych, młodych producentów żeby zmontowali im perfekcyjny album pop nowych czasów. TTF nie chcieli odrywać kuponów, chcieli brzmieć świeżo i nie trącić ejtisami, ale kolejne miesiące/lata pracy w ten sposób, coraz bardziej pokazywała temu duetowi, że to zwyczajnie nie działa. Około 2017 r. mieli już gotową „wersję” nowej płyty, ale nikt nie był zadowolony, zwłaszcza Curt Smith, który stwierdził, że pisanie kawałków z ludźmi, których nie było na świecie kiedy podbijali świat (i którzy w ogóle nie rozumieją tego zespołu), brzmiących jak wszystko tylko nie Tears for Fears, to po prostu nie dla niego i on rezygnuje.
Do tego, kilka lat wcześniej żona Rolanda zmarła po ciężkiej walce z chorobą. Facet przeszedł dosyć mocną metamorfozę, bo przestał się farbować i zapuścił brodę, przez co obecnie wygląda jak święty mikołaj (co mu zadziwiająco pasuje). Sam miał duże problemy ze zdrowiem, a płyta zaczęła im się walić na łeb. Nie potrafiąc podjąć żadnej decyzji, TFF pojechali w 2019 r. w trasę koncertową i była ona tak udana, że dała im jakaś nadzieję, że te sesje da się uratować. I wtedy wjechał covid. Po miesiącach niebytu w studiu, dwójka ostatecznie umówiła się w domu Rolanda żeby coś ustalić i spróbować zacząć pisać jak wtedy kiedy zaczynali, razem. Po raz pierwszy od dekad, usiedli w jednym pokoju z gitarami i zaczęli grać. Tak powstał utwór otwierający płytę - „No Small Thing”, który był nowym początkiem dla zespołu, i dzięki któremu w ogóle możemy mówić o nowej płycie TFF. Jest to zresztą najlepszy kawałek na „The Tipping Point”. Jest tak dobry, że byłem bliski umieszczeniu go w bestce utworów, ostatecznie przeważyły wspomnienia, ale było blisko. Cała ta płyta, ale zwłaszcza ten utwór, była dla mnie tym, czym rok wcześniej „Living Proof” The War on Drugs, bo znowu miałem spore problemy ze zdrowiem. Słuchałem tej płyty codziennie w drodze do pracy i w pracy. Okoliczności były jeszcze bardziej mroczne niż to, bo album wyszedł dosłownie dzień po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, wojna przez ten rok spowszedniała, większość z nas zdążyła się z nią oswoić, wrócić do normalnego życia. Ten konflikt jest sobie w tle, ale nie kładzie się już takim cieniem na wszystko co robimy. Rok temu było inaczej. To wszystko było tak raptowne i przerażające, że przez pierwsze kilka tygodni, groźba wojny i w naszym kraju, wydawała się być po prostu realna. To było jeszcze zanim wojsko Rosji okazało się być wydmuszką, myślę że wszyscy byliśmy zaskoczeni, że ta militarna „potęga” to koń na glinianych nogach. Za mojego życia, wojna nigdy nie była tak blisko i to odcisnęło piętno na tamtym czasie. Wstawałem rano, wychodziłem z domu. Dni były wtedy bardzo słoneczne, zima odpuszczała, początki wiosny było czuć w powietrzu. Włączałem sobie nowe TFF, leciało „No Small Thing”, niebo było błękitne, wszystko było super, poza tym, że zaraz za nasza granicą trwała wojna, która mogła potencjalnie wlać się i do nas. Przedziwny to był czas, ale „The Tipping Point” było tak dobre, że wyrywało mnie z tych trosk. Oglądanie na co dzień pojawiających się wykonań tych kawałków w tv, było naprawdę krzepiące. Tytułowy kawałek na pozycji nr 2, ma zajebiste intro, a potem wchodzi 100% Tears for Fears. O ile „No Small Thing” było czystym TFF w nieco odmiennym opakowaniu, tak „The Tipping Point” to już jest pod każdym względem typowe Tears for Fears. Doskonały jest ten kawałek. Nie chcę każdego z nich opisywać, żeby Wam nie sugerować wrażeń na tym albumie, ale o kilku kawałkach muszę wspomnieć. „Break the Man” to był zasłużony singiel i niesamowity earworm. Lubiłem go sobie puszczać na wakacjach, bo tak się wkręca i ma to proste pop-quality, które ten zespół zawsze miał w swoich hitach. Na głównym wokalu Curt Smith, który mimo tego, że się trochę posunął, nadal daje radę (może jest wspomagany auto-tunem, ale oglądając występy na żywo, to wierzę, że nie musiał). „Rivers of Mercy” to moment zwrotny na albumie. Nieoficjalnie jest to sequel „Woman in Chains”, nikt go tak nie reklamował, ale to po prostu słychać. Każdy kto zna „Woman in Chains” wie jaki to jest przepotężny utwór, nigdy nie zapomnę pierwszych przesłuchać kiedy dosłownie kładł mnie na ziemię. Odnoszenie się do takiego klasyka to niebezpieczna gra, ale moim zdaniem, udało im się. Może „Rivers of Mercy” nie jest tak dobry jak „Woman in Chains”, ale niewiele mu brakuje i nadal poraża. Ta linia basu od razu wkręca się głęboko w serce i powoduje ciary. Podobnie jak kończący płytę „Stay”. Wiele innych utworów uwielbiam, ale będę ewentualnie wspominał o nich wraz z napływającymi Waszymi opisami.

No, Panowie, co ja Wam będę pisał. Jeżeli jeszcze tego nie znacie, wahaliście się, mieliście uprzedzenia/w dupie, to teraz macie pretekst / jesteście zmuszeni zapoznać się z tym albumem.
Zespoły, które były na szczycie w latach 80, miały prawdziwy test charakterów, talentów i wiary w ciągu lat 90-tych, a wiele z tych, które wróciło na fali 80-revivalu, zrobiło to dla kasy. Tears for Fears przezimowało ten czas powrotu mody na ejtisy, chociaż trwale koncertowali, czym niestety wkopali się w kategorię zespołów retro, czego nie można było powiedzieć o tych grupach, które nigdy naprawdę poważnej przerwy w karierze nie miały, np. Depeche Mode, czy (przynajmniej do 2008 r.) The Cure, a nawet (co może bawić) Rick Astley. Na szczęście udało im się dopiąć ten album, wyrwać się z korporacyjnego bata pisania ze sztabem obcych ludzi i stworzyć dzieło, które udowodniło, że Tears for Fears nie są zespołem retro, że nadal potrafią nagrywać świetne piosenki i wpływać na słuchacza, jak nikt inny.

Wiem, że Devowi trochę wbijam nóż w plecy, bo jemu się ten album kojarzy z prawdopodobnie najgorszymi chwilami ostatnich lat (podejrzewam, że wolałby walczyć na froncie na Ukrainie niż to przeżywać), ale może mu się ta płyta jakoś odczaruje, jak się z nią zmierzy rok później, nie wiem. Mam nadzieję xD

https://www.youtube.com/watch?v=ocuGMwn ... SAwdjsbSg9
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 lut 2023 07:57

Widzę że chętnych brak to polecę pierwszy.

Tears For Fears - The Tipping Point

Po cichu chyba liczyłem że może przy okazji tych bestek ponadrabiam kilka klasyków które każdy znać powinien ale to może w tej kwestii poratuje mentos a może dev, u Hiena nie ma na to szans, nasz kolega nie gra pod publiczkę nigdy i nie leci po łatwe okejki. Tak, widząc co Hien wrzucił skręciło mnie w środku na myśl o comebacku kapeli z lat 80. aczkolwiek tytułowy singiel słyszałem i nawet wrzucałem na forum swego czasu bo brzmiał całkiem w porządalu. Teraz przyszło zmierzyć się z całością i zobaczyć jak ta przemiana TFF po latach wyszła.

No Small Thing które otwiera album faktycznie zaskakuje nie brzmiąc jak typowy comeback kapeli z lat 80. Akustyczna gitara, spokojne melodie i wokale, brzmi to mocno amerykańsko w moim odczuciu. Ładna transformacja zespołu ku dojrzałemu wcieleniu. Podoba mi się budujący w pewnym momencie napięcie synth przed refrenem, później kolejne zagęszczenie klimatu w końcówce utworu, dobrze zrealizowane, zostaje w pamięci. Przy drugim na liście The Tipping Point już dostajemy bardziej comebackowy ejtisowy vibe, chociaż to intro jest mylące na chwilę. Cukierkowy kawałek, ale naprawdę dobra kompozycja. Chyba słuchając tego czuję się tak jak szary Kowalski który w 2005 roku po latach przerwy usłyszał nagle Precious i przypomniał sobie złote lata DM. Elektronika brzmi współcześnie ale pastelowy klimat utworu zerka wstecz na dawne dokonania Tears For Fears. Bardziej w przyszłość z kolei zerka kolejny utwór - Long, Long, Long Time. Tak mi się kojarzą te cięte wokale czy co to tak pobrzmiewa na początku. Potem robi się przyjemnie lekko gdy wchodzi refren, podoba mi się też jak ten numer wycisza się w zwrotkach. Ogólnie zlatuje mi on szybko i ma się ochotę włączyć go ponownie. Break The Man znów z tymi delikatnymi synthami i lekkim brzmieniem pachnie mi latami 80. w odświeżonym wydaniu. Podobnie jak przy poprzednim utworze mam wrażenie jakby numer urywał się nagle i za wcześnie nieco. Wlatuje My Demons i psuje mi całe dobre wrażenie jakie do tej pory robiła na mnie ta płytą. Paskudny wokal z nałożonym efektem, fatalny aranż, całość brzmi jak jakiś tani kowbojski electropop. Rivers of Mercy robi mi vibe gabrielowskiego Mercy Street kiedy ten cieplutki bas i delikatne synthy wjeżdżają. Przez cały numer potem słyszę w głowie bezsensowny tekst "rivers of mercy street" xD automacik perkusyjny fajnie stuka w tle, znów ŁADNA aranżacja. Powiedzmy że na moment pozwala to zapomnieć o poprzednim numerze z płyty. Troszkę może za długi ten kawałek z kolei jest. Please Be Happy to krótka melancholijna ballada z ładną wstawką na trąbce. Master Plan, sam nie wiem, brzmi po prostu jak to czym jest, współczesny numer starej kapeli która wróciła po latach, mam wrażenie że i późniejsze a-ha i Bowie brzmieli tak na pewnym etapie. End Of The Night trochę lepiej, ma więcej singlowego potencjału jak utwory z początku plyty, z takimi synthami co to brzmią współcześnie i jednocześnie zdradzają skąd panowie wyszli. Stay to elektroniczna ballada, brzmienie ma nawet przyjemne ale kawałek ogólnie przynudza. Album tu się kończy i czuję spory niedosyt i rozczarowanie.

The Tipping Point to nie jest zły album, ma swoje naprawdę dobre momenty i momenty raczej miałkie w moim odbiorze, ale bez jakichś totalnych koszmarków, nawet to My Demons się wkręca po czasie choć efekt na wokalu psuje nomen omen cały efekt, hah. Bolączką tego albumu jest dla mnie fatalny sequencing, wszystko zaczyna się pięknie i przez pierwsze utwory człowieka wciąga, potem nadchodzi potknięcie w połowie albumu i potem do końca już nic nie jest takie samo. Stay powinno było pojawić się ciut wcześniej dla zmiany klimatu a End Of The Night zamykać album, zostawiałby wtedy dużo lepsze wrażenie po sobie. Szkoda, liczyłem na więcej, zwłaszcza gdy Hien zareklamował tę płytę jako być może najlepszy album minionego roku, a jeśli tak jest to ja po tym odsłuchu nie miałbym chyba ochoty sprawdzać już muzyki z 2022 roku. Pomimo tego że te początkowe numery są dobre tak szczerze wkręcił mi się (chodził mi po głowie) otwierający album No Small Thing ale była to troszkę zmyła i może szkoda że jednak panowie całkiem nie odpuścili sobie tego puszczania oka w stronę ejtisowych słuchaczy i nie poszli w takie mocniej akustyczny vibe. Przesłuchałem ten album kilkakrotnie - a może bardziej utwory z niego - bo dość topornie mi szły te odsłuchy i przeważnie na raty, mam poczucie że dobrnąłem do ściany i na ten moment więcej z tego nie wycisnę, The Tipping Point wraca do poczekalni w nadziei na lepszy moment.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 lut 2023 20:22

Panowie, pobudka! Żenujący czas reakcji macie jak na tak krótki album...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 lut 2023 20:59

Poza reckami i smażeniem stron tekstu na forum jest jeszcze życie. Żadne żenujące, pięć dni na płytę przy dawnym tygodniowym+ rytmie to i tak spoczko. Dodatkowo było jeszcze podsumowanie, no nie wiem, kilkudziesięciu płyt przesłuchanych w rok i dla zachowania elementatnej uczciwości warto było parę godzin w ciągu dnia poświęcić. Nie wstaję rano z myślą o formie tekstu na Devotees, już nie umiem i nie mam ochoty nerdzić.

Nie wiem o co chodzi z tymi budzikami, ale obiecuję, że odpisuję na coś takiego ostatni raz xD

PS Czas mam jutro-pojutrze i wtedy coś się pojawi
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 25 lut 2023 21:00

Nie jest to najłatwiejszy album do przegryzienia, przynajmniej dla mnie.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 lut 2023 21:22

Dragon pisze:
25 lut 2023 20:59
Nie wiem o co chodzi z tymi budzikami, ale obiecuję, że odpisuję na coś takiego ostatni raz xD
Nie musisz, nie masz czasu, ok. Album wisiał od dawna i wiadomo było co będzie omawiane, zwyczajnie się dziwię że minął prawie tydzień i odzew jest w sumie żaden, przypominajka vel budzik jest dla tej części z nas którym się pewno nie chce tudzież wolą oglądać się na innych albo chować za wymówkami (wiem że tam jesteście) :mrgreen:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 lut 2023 21:39

Zawsze piszę na świeżo, nie lubię słuchać dziesięć razy tej samej płyty... nie robię tak nawet z rzeczami, na które mam fazę xD albo to są naprawdę wyjątkowe przypadki. To samo można przełożyć na bestkę z utworami, ale tam przyjmuję zasadę, że zaczynam słuchać raczej wtedy, gdy wskoczą wszystkie propozycje.