Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 lut 2023 22:08

Wuja wrzuca Liquid, dostaje trzy recenzje pierwszego dnia. Ja wrzucam prosty album pop i po 5 dniach jeden hejt od Murzyna xd życie, czy nie, jest to trochę śmieszne.
Dragon pisze:
25 lut 2023 20:59
Nie wiem o co chodzi z tymi budzikami, ale obiecuję, że odpisuję na coś takiego ostatni raz xD
Nie chce mi się szukać, ale mam deja vu, i to takie do kwadratu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 lut 2023 22:41

Może być i do sześcianu. Jeśli dla kogoś czekanie na rzetelny odsłuch płyty jest żenujące, no to cóż...
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 lut 2023 22:45

A to dzwonisz chyba nie z tą sprawą, no ale.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 lut 2023 22:50

Dobrze wiem co piszę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 lut 2023 23:01

Dobra, to obudźcie mnie jak ktoś tu w końcu wrzuci coś zgodnego z tematem i jak Dragon w końcu przestanie odpowiadać na posty, na które obiecuje, że przestanie odpowiadać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 lut 2023 23:07

@Dragon Chyba jednak nie ale co ja tam wiem. :mrgreen:

Nikt Ci nie zarzuca olewki czy wymówek, ja bynajmniej nie podejrzewam Cię o takie podejście do tematu, bardziej myślę to deja vu można mieć w kwestii tych obietnic czy zapowiedzi o które nikt w sumie nie zabiegał a którymi tylko na siebie sami bata kręcą ludzie (i nie mówię już nawet o reckach) xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 lut 2023 23:10

Myślę panowie, że jednak trochę za bardzo ponaglacie. To jest album, a nie pojedynczy utwór.
Nie wiem, czy 3 recki już pierwszego dnia, to dobra rzecz. Może świadczy o tym, że album został potraktowany z góry, a nie poważnie. Ja lubię dać muzyce szansę.
To już ostatnio w lidze były proporcjonalnie lepsze przestoje.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 lut 2023 23:25

Ale u Dragona to raczej nie ma miejsca na danie szansy, bo musi być na świeżo xD Daję iks de zanim komuś się kije w dupach odezwą

Ja to generalnie uważam, że to nie tempo jest żenujące, tylko Murzyn. Bo kłamie. Musi kłamać. Pisze niby, że ma pracę, że ma żonę, dziecko, że ma psa. Że ma problemy ze zdrowiem. Wiecie, takie rzeczy, które można wręcz określić jakimś "życiem". A jednocześnie prężnie bierze udział w kilku bestkach, słucha płyt po parę razy, przez kilka dni, itd. I nawet nie użył raz karty "życie". Wiadomo, że tego się nie da pogodzić. Zatem Murzyn musi kłamać xD Nie ma pracy, nie ma żony, nie ma dziecka, nie ma żadnych problemów zdrowotnych. Psa (Murzyna) też nie może mieć. Siedzi tylko na zasiłku (ale tylko dlatego, żeby mieć na internet) i od rana do wieczora słucha rzeczy z bestek i klepie recenzje. Ostatnio tak się wyrobił, że zaczął oglądać i recenzować film w bestce, w której nie bierze udziału. Wiadomo, że nie można miec życia, przy takim parciu na szkło. Sorry, MURZYN. TY KŁAMAĆ. JA JANE.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 lut 2023 23:44

shodan pisze:
25 lut 2023 23:10
Nie wiem, czy 3 recki już pierwszego dnia, to dobra rzecz. Może świadczy o tym, że album został potraktowany z góry, a nie poważnie. Ja lubię dać muzyce szansę.
Kwaśny kabarecik w stylu ironicznym musi się dziać regularnie, stąd przepychanka o pojedyncze zdania.

Wiadomo, że w przypadku Liquid czy generalnie tych płyt, przez które pośrednio tu siedzimy, pewne wnioski można skrobnąć od ręki. Co innego z totalnymi nowinkami. Nie ma presji ślęczenia nad datami, wyprzedzania określonych terminów.

Nic nie poradzę na czynniki losowe, przez które się spóźniam. Chęć jest, ale nie zawsze się da, proste. Czy to kręcenie na siebie bata... pięknie się różnimy. Z niczym nie zalegałem wyraźnie ponad pewien próg tolerancji, a jak nie mogłem dalej, to rezygnowałem. Każde opóźnienie jestem w stanie uzasadnić, ale nie będę schodził do poziomu usprawiedliwiania nieobecności w podstawówce, zresztą nie mam takiej potrzeby. Co śmieszniejsze, tutaj nie jestem w ogóle spóźniony. Dawajcie lepiej te Firsty, a nie jak ludzie rozmawiać.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 lut 2023 00:03

Dragon sam jesteś kabarecik. Ja tylko mówię, że muzyce trzeba dać szansę. Nieważne czy nowej, czy wznowionej milion lat po pojedynczym odsłuchu.
Piszesz, że lubisz wypowiadać się na świeżo. A na świeżo to można jedynie sałatkę warzywną zjeść.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 lut 2023 00:24

W tym momencie warto zakończyć, wolę już ugryźć się w język.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 26 lut 2023 00:45

Obyś miał ropiejące rany od tego gryzienia. :8
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 26 lut 2023 12:48

Tears For Fears - The Tipping Point

Tears For Fears to zespół, który znam właściwie tylko z kilku największych przebojów, jeszcze parę lat temu zupełnie nie czułem potrzeby zaznajamiania się z całymi albumami wykonawców z tamtych czasów (z wyjątkiem, rzecz jasna, Depeche Mode, jakaś Kim Wilde też chyba była i może ktoś jeszcze), ale dojrzałem do tego, żeby się z nimi zmierzyć. Ich powroty na scenę rzeczywiście bardzo często były nieudane (może Pet Shop Boys są jakimś wyjątkiem?) Inna rzecz, że właśnie z tych powodów nie miałem żadnych uprzedzeń, żadnych powodów, by myśleć o nich tak czy siak.
Opis tworzyłem metodą Dragona - "na gorąco" - i wydaje mi się, że dzięki temu udało mi się jakąś świeżość zachować.
Płyta zaczyna się od utworu No Small Thing i dźwięków gitary oraz ciepłego wokalu. Zaczyna się bardzo niespiesznie. Piosenka rozwija się w delikatną, bezpretensjonalną balladę, pogodna melodia, słychać dramaturgię w głosie, z kolejnymi odsłuchami zyskuje. Fajny, chwytliwy refren z fajnym przejściem, wywołuje przy tym pewne uczucie tak nostalgii, jak i chęci bojowego działania. Obiecujący to początek. Tekst niegłupi. Końcówka bardziej szalona. Wchodzi utwór tytułowy, przypominający nieco odświeżony przebój rodem z lat 80. Co tu pisać, świetny powrót, chwytliwy bardzo kawałek, aranżacja nieco gęstsza od No Small Thing, fajne wokale, intro rodem z filmu/serialu dziejącego się na angielskiej prowincji (przypomina mi te wszystkie kryminały, które oglądałem z mamą), potem wchodzi już motyw jednoznacznie kojarzący się z latami ich świetności, te chórki... Świetny refren. Dobra rzecz.
Kolejny w programie jest utwór Long, Long, Long Time. Jak usłyszałem pierwsze słowa, to aż mi się skojarzyło z Lemon Tree albo nawet z Hearts Breaking Even Bon Jovi. Ciepła, nostalgiczna piosenka, będzie na dłuższą metę wywoływać wiele prostych emocji. Aż żałuję, że ostatnio trochę zaniechałem wywoływania ich w ten sposób, mój proces twórczy na pewno by od tego przyspieszył. A jest co tworzyć, a czasu mało, bo praca i odpoczynek! Dobra, miało być o płycie, nie o moim braku czasu. Fajne harmonie wokalne w refrenie, typowy taki powrót do ejtisów w dobrym znaczeniu, lubię takie klimaty. Jak po pierwszym odsłuchu płyta rozczarowywała, wydawała się dość letnia, więc wyłączyłem, za drugim też, ale odsłuchałem całość, tak od trzeciego już tylko rośnie. Aż nie mogę się powstrzymać przed analogią do The Bottom Line.
Wchodzi Break The Man i wchodzi brzdąkająca gitara, bardzo chwytliwy, młodzieńczy kawałek, nawiązujący do najlepszych tradycji muzyki pop, aż się chce po tym posłuchać jakiejś ELO czy czegoś podobnego. Taki przełom lat 70. i 80. A potem zmienia się aura, wchodzą My Demons, początek brzmi jak jakieś intro DM-owe z koncertów, mamy człowieka-demolkę w tekście ;(, mamy ewidentnie efekt na wokalu, fajny sposób śpiewania, w pewnym momencie wchodzi mi do głowy Personal (ten kowbojski teledysk!) Zaczyna się dynamicznie, mocno elektronicznie, słychać znacznie większą porcję agresji (w wokalu), ten refren się wbija do głowy, jest zdecydowanie ostrzej, co nadaje płycie odpowiednich kontrastów w środku, coraz lepiej. Choć utwór może być z gatunku tych, których dobrze się słucha osobno. Dla porównania z Rivers of Mercy posłuchałem sobie Mercy Street Gabriela, które już anonsowano i rzeczywiście, obie piosenki dobrze się komponują ze sobą. Tytułowa fraza jakby była wyśpiewywana spoza świata głównego bohatera, pogodny utwór, rzeczywiście budzi jakąś nadzieję na odnalezienie lepszego świata, może nawet w tym świecie. Te "anielskie" wokale, powolne, delikatne melodie wprowadzają bardzo pozytywny nastrój, chciałoby się, żeby tak zostało. Ale jutro poniedziałek ;(. Nieważne, jeszcze cały dzień przede mną. Taki prosty motyw, a jak dobrze działa. Kawałek do słuchania w zaciszu domowym, raczej nie sprawdziłby się w słuchawkach w drodze, tam jest miejsce dla Shout. Puściłem po tym proponowane Woman In Chains i słychać w nim już na początku przyjemną sielankę, krajobraz wiejski, aura taka rodem z poezji Leśmiana, bo pogodna forma kontrastuje z tekstem o wyczekującej, cierpiącej kobiecie. Rzeczywiście, te dwie piosenki są pod pewnymi względami bardzo podobne. Wracamy do The Tipping Point i do Please Be Happy, taka powolna, miękka ballada z nieco tajemniczym wstępem, konwencjonalna i w sumie ok, niespiesznym wokalem, chyba najmniej wyrazisty utwór jak dotąd. W pewnym momencie aranżacja gęstnieje, pojawia się trąbka jak chwila na przemyślenia i wraca refren. Idziemy dalej, a tam Master Plan. Też taki sympatyczny kawałek jak poprzedni, ale czuć, że jakby się pomysły trochę kończyły. Jak to często bywa na tych pozycjach na płytach różnych wykonawców. Jest ok, po prostu ok, może i można się zachwycić, ale to raczej nie na tym etapie, psioczyć nie będę, bo nie ma na co. End of Night. Czuję własną słabą formę, bo jakoś coraz gorzej mi się to przegryza, a to ledwie kilkunastu kawałków przesłuchałem. A może to końcówka jest taka sobie? Czuć w każdym razie powrót do klimatów rodem z lat 80. Na finał delikatne Stay z równie delikatnym śpiewem. Duża jest dawka nostalgii za lepszym światem, duża dawka takiej szczęśliwości w tle, za którą się tęskni, a która jest zwykle tylko chwilowa, przypomina mi to zapoznawanie się z płytami Sandry, tam miałem bardzo podobne odczucia (podstawić tu Paintings In Yellow czy nawet Change Your Mind i jest to samo). Jest w tym jednocześnie coś przygnębiającego, że tak nie może być, że o taki ładny obrazek trzeba bardzo ciężko walczyć, a efekty przychodzą późno, a tu i teraz jest, jakie jest (czyli szare i się nie chce).

Zaskoczyła mnie ta płyta: po pierwszym odsłuchu myślałem, że to będzie wtopa. Po drugim - że będzie wtopa, bo niewiele we mnie zostało. Przy trzecim zaskoczyło i wygląda na to, że może zostać na dłużej. Sporo fajnych klimatów, motywów, przyjemny głos i ta cisza po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Bardzo ciekawa przygoda, nie sądziłem, że jest po co zaglądać do TFF, a tu się okazało, że panowie mają całkiem sporo do zaoferowania. Dzięki, Hien!
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 lut 2023 13:32

Proszę!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 26 lut 2023 19:43

Tears for Fears - The Tipping Point

Rok temu o tej porze bawiłem we Wrocławiu. Semestr zakończył się praktycznie bezboleśnie. Egzaminy zza laptopa? Formalność, bo miałem bardzo dobre zajęcia z niewiele starszymi ode mnie prowadzącymi. Potrafili zachęcić do czytania i aktywnego dyskutowania. Przynajmniej mnie i moją przyjaciółkę, wielbicielkę dobrych książek, fretek i wszystko co lewackie, czyli najlepsze. Wybuch wojny kojarzę z wieczorem w mieszkaniu w okolicach Sky Tower. Nerwowe przeglądanie tego, co jeszcze można nazwać rzetelnymi serwisami informacyjnymi. Teoretycznie to ja byłem tych najbardziej spokojnym w towarzystwie, ale w głębi byłem bardzo przejęty. Brakowało pewności, wszystko działo się bardzo gwałtownie, dość niespodziewanie. Kolejne dni w napięciu porównywalnym do tego, co działo się przed pierwszym lockdownem, gdy letni semestr 19/20 się zaczął, ale po tygodniu utknęliśmy w domach na kolejne dni, tygodnie, miesiące. Dzisiaj nieznośnie przyzwyczailiśmy się do wojny. Jej skutki słyszę praktycznie za każdym razem, gdy wyjdę z domu, bo na ulicy ukraiński przestał być rzadkością. Teraz to drugi równorzędny język używany przez ludzi, którzy zasługują na taką samą pomoc, wyrozumiałość i zrozumienie jak każdy inny.

Dzisiaj siedzę w domu w Wałbrzychu, trochę się zmieniło. Nie jestem w związku. Bywam we Wrocławiu trochę rzadziej, choć duża w tym zasługa mniejszej ilości dyżurów w teatrze i przerwy na studiach. Jak za dawnych lat mobilizuję się do czytania kolejnych książek. Grywam w Twierdzę. Mam ze sobą udany wypad we wtorek. W takich okolicznościach zabrałem się za The Tipping Point. Rok temu już miałem ją na oku, chwilę wisiała w poczekalni, a potem bez żalu ją odstawiłem na wieczne niedoczekanie. Czy słusznie? Po pierwszym odsłuchu jak najbardziej. Teraz uważam trochę inaczej, ale to dalej nie jest bardzo dobra płyta. Przede wszystkim ma dość dziwne, sztuczne brzmienie. Przy wokalach ktoś ewidentnie dłubał za długo. Nie ma kawałka, żeby nie słyszeć jakiegoś efektu lub specyficznego syntetycznego pogłosu. Miejscami produkcja jest naprawdę gęsta, ale trudno się połapać co za to odpowiada. Pod koniec robi się wręcz przytłaczająco. Płyta jest zbyt ospała, żebym jej słuchał latem. Elektronika bardzo często z tyłu, a jak pojawia się na pierwszym planie (End of Night), to jest niemożliwie irytująca. Przedostatni kawałek podobałby mi się najbardziej, gdyby nie to, co ostatecznie z nim zrobiono. Dużo dźwiękowego bigosu, który paskudzi dobre wokale i generalnie sam pomysł na to wszystko.

Nie ma potencjału na klasyczne bangery jak za czasów The Hurting czy Songs From the Big Chair. Lubię te płyty, ale do TTP podchodziłem bez żadnych oczekiwań. Dojrzała forma zespołu, czyli generalnie wszystko utrzymane w podobnym rytmie. Jeśli coś się wybija ponad ogólny poziom, to zaraz ginie na tle średniego tempa, brzmienia, w którym brakuje jakichkolwiek fajerwerków i wyrózników. Nie znam do końca charakteru tego zespołu, tylko czasami przypominało to, co robili w ejtisach... a zaczyna się dobrze. No Small Thing to naprawdę rozbudowany kawałek. Nie podoba mi się to wrażenie amerykańskości, ale przynajmniej jest konkretny pomysł. Potem wjeżdża tytułowy numer i jest zaskakująco dobrze. Wkradło się trochę życia, przypomina mi to w refrenie TAMTĄ, DAWNĄ energię. Dziwne śmieciowe efekty i ozdobniki aż tak nie przeszkadzają, bo mamy konkretną melodię i popis wokalny. Coś z tym wysokim śpiewaniem jest nie tak, ale tutaj się płynie od początku do końca. Podoba mi się też Long, Long, Long Time, choć początek zaskakująco nowoczesny, na takie brzmienia nie liczyłem, ale gdy już się z nimi zetknąłem, to chciałbym zdecydowanie więcej "eksperymentów". Szkoda, że w tym momencie skończyły się pomysły. Break the Man brzmi jak fuzja Fiction Factory i ichniejszego Pale Shelter. Nieprzyjemny recykling. Potem dostajemy w drugi policzek bardzo złym My Demons. Tutaj chyba śpiewa już AI. Brzmi bardziej jak sesyjny odrzut, niestety. Wyrózniłbym jeszcze wspominane wcześniej End of Night i Stay. W przypadku tego drugiego słychać fragmenty z takim lekko techno sznytem, trzeba było iść za ciosem, a nie! Klimatycznie podobne wrażenia jak na Edgeland, takie patenty doskonale pasujące na spacer wczesną jesienią, gdy dookoła lekko pada. Reszta w formule przesłuchać, przyjąć, strawić, zapomnieć, ale nie powiem, że szkoda, bo to była najlepsza okazja, żeby wreszcie płytę przesłuchać xD

A z Long, Long, Long Time zaprzyjaźniam się na dłużej tak serio, serio, serio. Naprawdę dobra rzecz.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 lut 2023 21:30

Proszę!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 13:20

Tears for Fears - The Tipping Point

God damn it. Ciężko. Nie powiem nawet, jak długo zbierałem się do ponownego odsłuchania tej płyty. Hien wspomniał w swoim opisie, że obcowanie z tym skądinąd genialnym krążkiem będzie dla mnie męczarnią, no i miał rację. Album ukazał się dokładnie dzień po inwazji Ruskich na Ukrainę, w momencie, w którym ja po kilkutygodniowym wygnaniu u starych wróciłem do Warszawy na - pardon moją egzaltację - zgliszcza swojego poprzedniego życia. W mieszkaniu czekała na mnie była już partnerka, z którą (na tamten moment) bezskutecznie próbowałem jakoś na nowo ułożyć stosunki (co się koniec końców w sumie udało, ale sporo później). Nie ułatwiało mi tego patrzenie, jak ona sama starając się odnaleźć w innej rzeczywistości powoli osuwa się w alkoholizm (żona Orzabala, rings any bells? xD), a i siłą rzeczy ucieka pod skrzydła drugiego partnera (perki funkcjonowania w poliamorycznym związku). Miałem jeszcze solidnie niepoukładane w głowie w odniesieniu do całej tej sytuacji, co spowodowało, że na przestrzeni raptem kilku dni zdążyliśmy się kilka razy soczyście pokłócić, potem pogodzić, potem znów pokłócić, etc. Ostatecznie zostałem - trochę przypadkiem - skonfrontowany z zapalnikiem, który uruchomił reakcję łańcuchową. W efekcie znów zwiałem do Zgierza na kilka dni, i dopiero po kolejnym powrocie udało się nam dojść do jakiegokolwiek porozumienia (to długofalowo spowodowało, że po dziś dzień utrzymujemy kontakt bez wzajemnego żalu). Dla mnie z kolei zaczął się solidnie reboundowy marzec, kiedy to sam zacząłem mocno tonąć w tanim winie i czerwonych Marlboro, słuchając maniakalnie... tej płyty. Płyty, która, no, zawsze będzie mi się kojarzyła z tamtym czasem, chcę tego czy nie. Na przestrzeni ostatniego roku wracałem do pojedynczych numerów, ale nigdy do całości, nie byłem w stanie. Często włączałem tytułowy kawałek, który swoim przekazem wyjątkowo pasował pod tamte wydarzenia. Break the Man, My Demons (zjeżdżone tutaj, a mnie się, kurde, podoba) czy Stay fruwało po słuchawkach. Całości nie byłem w stanie włączyć aż do teraz. No i co się stało? Oczywiście, wróciły wspomnienia xD A że i moja obecna hmm sytuacja nie należy do najbardziej jasnych, zaś w bliskiej perspektywie mam ewakuację do rodziców na kilka długich miesięcy, nie mam poczucia, że cokolwiek uległo jakiejś zmianie na lepsze. The Tipping Point stało się więc takim recurring soundtrackiem drugiego z rzędu podłego przełomu lutego i marca. Jak będzie trzeci, to przysięgam, że już nigdy więcej tej płyty nie włączę xD

Ale ad rem. Mimo moich obrzydliwych skojarzeń i paskudnych emocjonalnie konotacji uważam owe dzieło za jeden z najlepszych comebacków grupy mimo wszystko solidnie zakorzenionej w ejtisach ever. To jest album skończony, nie ma na nim niczego, co nie powinno się tam znaleźć, żadnych fillerów, żadnego zbędnego utworu, żadnych kiepskich albo po prostu niepotrzebnych zabiegów stylistyczno-produkcyjnych. Długo kazali sobie czekać na swoje siódme wydawnictwo, ale kiedy w końcu to nastąpiło, cóż, warto było czekać. Włączam, słucham, dostaję w mordę. No Small Thing to jest, trochę paradoksalnie, utwór, który najbardziej kojarzy mi się z zeszłym rokiem, choć wracałem do niego najmniej. Słuchałem go zresztą jeszcze przed premierą całości i nabrałem wrażenia, że całość może mieć taki lekko akustyczny charakter. Pomyliłem się, ale była to miła niespodzianka. Pamiętam też, że po kilku obejrzeniach wideo do tejże piosenki zaczęło mi się ono podobać, gdzie wcześniej byłem gotów zarzucić mu sporą dozę pretensjonalności. Ot, prostota przekazu, ale mimo wszystko bardzo silnego. Najpierw złapałem odczucie, że poza jednak dość spokojnym waleniem w struny nie złapię nie wiadomo jakiego vibe'u, dopóki za którymś razem nie weszło "FREEEDOOOM IS NOOO SMAAAL THIIING". Tego było mi słuchać najciężej, ale pomijając ten popowy sznyt uważam ten utwór z jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek napisali. Tytułowy to tytułowy, jest również genialny w moim odczuciu, ale - co już napisałem wyżej - stanowi kolejny cios wymierzony we w tym momencie leżącego. Chwilę oddechu łapię przy Long, Long, Long Time, które również zaliczam do swoich ulubieńców na The Tipping Point. Break the Man fantastycznie faluje w rejonach ejtisowych dokonań grupy, gdzieś w bliskim sąsiedztwie The Hurting, choć to przecież już zupełnie inna liga. Smith wciąż potrafi śpiewać, nawet jeśli gdzieś coś go tam wspomaga. Dość dołujący (dla mnie) numer w przesłaniu, ale muzycznie nie jestem w stanie mu niczego zarzucić. Podobnie, kurde, My Demons, tak, wiem, robotyczne nieco, ucieka w nieco tanią elektronikę, robi mimikrę techno, ale mam to gdzieś xD Agresja płynąca z tego kawałka pozwala w ogóle na moment odpocząć po solidnym wpier*olu, jaki początek (z małymi wyjątkami) albumu serwuje. No, a potem Rivers of Mercy, przy którym - słuchając go po raz pierwszy - autentycznie się poryczałem xD TFF at their finest, skojarzenia z Woman in Chains jak najbardziej zasadne, brakuje tylko Olety Adams. Chór w tle robi piorunujące wrażenie, soczyście wgniata w fotel, właściwie i teraz, po roku od ostatniego odsłuchu (mam problem z takimi emocjonalnymi numerami) znów się łezka zakręciła. No, to jest po prostu fantastyczny utwór, nie mam nic więcej do dodania. Please Be Happy kontynuuje ciężki klimat, choć w nieco bardziej popowy - a powiedziałbym wręcz filmowy - sposób. Zwłaszcza jak wchodzi trąbka, nie mogę pozbyć się z głowy wymyślonych scen jakiegoś nieco przesadzonego w formie i treści melodramatu. Nie psuje to jednak samego utworu. Master Plan właściwie podąża tą samą ścieżką, jest też dla mnie mocno podobny do poprzedniego utworu, nawet w refrenie. Ale dobrze wchodzi, i nawet, jeśli przez moment to mógł być mój kandydat na filler, to szybko się tego wrażenia pozbywam. Mam vibe'y związane mocno z płytą The Seeds of Love, a to już jest krok od doskonałości. End of Night wraca do formuły niemal ejtisowej, coś w stylu TFF meets Duran Duran (którzy, na marginesie, też wydali niezły krążek w poprzednim roku). Przede wszystkim w momencie, w którym wchodzi refren. Jeszcze to "oh oh oh oh" w tle, większego hołdu czasom dawno minionym nie dało się tutaj chyba złożyć. Zresztą, początkowo ta płyta była realizowana z gośćmi z dla mnie dosyć taniej grupy Bastille, i chyba w tym utworze słychać to najbardziej wyraźnie. Wychodzimy szybko z nastroju taneczno-radiowego przy pomocy Smitha po raz kolejny i Stay. No tak, jaki inny koniec dla takiej płyty. Leżę, nie mogę wstać, jeszcze mnie zdzielają brzeszczotem po ryju. Nie mam siły mówić, że tak się nie robi. Trochę gitary, oniryczne pady, delikatna elektronika w tle, Smith momentami nieco zbyt zawodzi, jeśli już miałbym się do czegoś przypieprzać, ale pasuje to do całości kawałka. Właściwie trudno powiedzieć, czy takim wyjściem z albumu mamy do czynienia z jakimś wykrzyknikiem, czy raczej smutającymi trzema kropkami. Jednak skłaniam się ku drugiej odpowiedzi. Utwór się kończy, a ja mam potrzebę odpalić płytę ponownie. Wpaść w spiralę, nie wychodzić z niej nawet na chwilę, bo na zewnątrz - po takim seansie - nie ma dla mnie niczego.

Odpalę? Nie wiem. Teraz, po niemal roku od pierwszego odsłuchu (ostatni raz zrobiłem to chyba w kwietniu) widzę, a raczej słyszę, że nie zdystansowałem się od tego wydawnictwa, zresztą, od całej towarzyszącej jej dla mnie otoczki na dobrą sprawę. Mam więc revival zdecydowanie mało przyjemnych emocji, ale trochę nic nie mogę na to poradzić. Wiedziałem, że Hienałcze wrzuci tutaj ten krążek, wiedziałem też, kiedy to zrobi. Dawał mi z dość oczywistych względów heads up w związku z tym, żebym się niby przygotował, i nawet próbowałem kurde, no ale się nie udało. Właściwie, oszukiwałbym się mówiąc sobie, że się da. Pamiętam najbardziej taki moment, to już w marcu było, kiedy dzień po spotkaniu z pewną osobą, która wypowiedziała jedno zdanie, jakie przewróciło później całą resztę 2022 do góry nogami, siedziałem sam w swoim gabinecie w biurze, zasłonięte rolety, zgaszone światła, ja pracuję i słucham The Tipping Point. Minęło półtora miesiąca od mojego rozstania, a ja zamiast próbować z tego wychodzić jeszcze bardziej się w cały ten nastrój wgniatałem. Teraz, dopisując ostatnie słowa do tej recki słucham ponownie Rivers of Mercy, które obok tytułowego, No Small Thing i End of Night uważam za najlepszy kawałek na płycie. Nie jestem ani odrobinę dalej od punktu, w którym byłem rok temu. The Tipping Point brzmi tak samo źle i tak samo pięknie. Zaraz przyjdzie marzec, po nim kwiecień, jak to śpiewał Jim Kerr w Belfast Child, life goes on. To jeden z tych momentów, kiedy nienawidzę mocno swojego nostalgizowania i skłonności do sentymentalizmu. Ale co zrobić, kiedy naprawdę chciałem włączyć ten album, bo on jest genialny, i podpisuję się obiema rękoma pod tym, co powiedział Kuba - najważniejsza rzecz, jaka mogła ukazać się w 2022. Przechodzi na 2023, może teraz dam mu szybciej kolejną szansę. Jak już się otrzepię z kurzu, umyję twarz i pójdę dalej zgrywając twardziela którym - The Tipping Point ładnie to pokazało - ani trochę nie jestem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 lut 2023 13:56

PROSZĘ (trochę żeś zmarnował szansę na "DZIEKUJĘ" xD)
devotional pisze:
27 lut 2023 13:20
po dziś dzień utrzymujemy kontakt bez wzajemnego żalu
who u foolin

ale przynajmniej w końcu ktoś docenił "My Demons", bo już miałem wrażenie, że wszyscy będą ślepo po Murzynie powtarzać to samo. Dev, i tu odnoszę się do całej recenzji, jest dowodem tego, że jest jeszcze jakiś rigcz na świecie oraz ludzie, którzy odczuwają EMOCJE
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lut 2023 14:02

Słabe bity, meh/10 :D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 14:40

Hien pisze:
27 lut 2023 13:56
PROSZĘ (trochę żeś zmarnował szansę na "DZIEKUJĘ" xD)
Ależ proszę (PROSZĘ):

DZIĘKUJĘ.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl