Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 lut 2023 14:43

PROSZĘ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lut 2023 14:43

PROSZĘ PRZESTAĆ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 14:47

Hien pisze:
27 lut 2023 14:43
PROSZĘ
DZIĘk..

Znaczy, no, to super, Kuba, dzięki xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 28 lut 2023 06:33

Tears for Fears - The Tipping Point

Zespół Tears for Fears pamiętam bardzo dobrze z… paru singli z dawnych lat. I tyle. Nigdy nie czułem jakoś potrzeby głębszego poznawania ich muzyki. Ani te 30 lat temu, ani tym bardziej teraz. No bo tak jak Hien pisze – kto czeka na come back zespołu siwych dziadków po 20 latach przerwy? Bez tej bestki nigdy bym sam tego nie posłuchał. I w sumie byłoby szkoda, bo to całkiem udany album.
Pierwszy raz posłuchałem parę dni temu i wrażenia były takie pół na pół. Część utworów od razu mi się spodobała, a część ani trochę. Potem przyszły kolejne odsłuchy i właściwie było coraz lepiej. Zacząłem lepiej rozróżniać poszczególne utwory i się przekonywać do coraz większej ich liczby. Bo często bywa, że do danej muzyki trzeba się jednak trochę przyzwyczaić. Z tej masy powoli i stopniowo wyłapywać pojedyncze elementy, które składają się na album. The Tripping Point to nie jest akurat wcale jakaś trudna płyta, ale chwilę trzeba jej jednak poświęcić. Pierwsze trzy utwory ujęły mnie właściwie od razu. No small Thing to ładna balladka na gitarę. Z czymś mi się kojarzy, ale nie wiem z czym. Może po prostu z amerykańskimi klimatami. Wokalista fajnie śpiewa, w tle bardzo ładne klawisze. To jest na pewno jeden z najlepszych momentów na albumie i bardzo zachęcający początek. Potem wcale nie jest gorzej, bo tytułowy utwór jest równie dobry. Hien go wcześniej proponował w jakimś temacie, więc go już słuchałem. Typowy radiowy przebój z bardzo dobrym intrem i wokalami. To jest rzeczywiście taki TFF, jaki pamiętam z zamierzchłej przeszłości. Long, Long, Long Time podnosi wg mnie poprzeczkę jeszcze wyżej. Podoba mi się jeszcze bardziej od dwóch wcześniejszych utworów. Szczególnie zwrotki są ładne i pięknie zaśpiewane. Świetne klawiszowe akordy. Bardzo przyjemna aranżacja. Myślę, że to może być nawet mój ulubiony moment na albumie.
Potem nadchodzi jedyny właściwie moment na płycie, który mi się nie podoba, a mianowicie Break The Man. Zaczyna się nawet przyjemnie, ale potem robi się nieciekawie. Ten utwór jest nawet nie tyle zły, co zwyczajnie nudny i kompletnie nijaki. Takim singlem w życiu by mnie nie zachęcili do posłuchania albumu.
Na szczęście za chwilę wszystko wraca do normy w postaci bardzo dobrego My Demons. Dynamiczny przebojowy numer, przy którym nóżka sama chodzi. Wraz z Rivers of Mercy nadchodzi spora dawka klimatu. To jest to, co niewątpliwie lubię – ładna ballada, przy której można się rozmarzyć, popaść w zadumę. Jest pianino, chórki, przyjemna gitara, a przez chwilę na początku nawet akordeon. Lubię ten wokal, który jest na początku utworu. Please Be Happy to znowu ballada i wcale nie gorsza od poprzedniej. A może i lepsza. Te klawisze w tle w refrenach są przepiękne. W ogóle to naprawdę piękna kompozycja.
Potem wjeżdża Master Plan i to jest kurde kolejny bardzo dobry numer. Szczególnie refren pozostaje mocno w pamięci. Utwór znów bardzo mi coś przypominający, w takim prawdziwie brytyjskim stylu.
End of Night to takie lekkie przyhamowanie. To wciąż spoko utwór, ale jednak nieco gorszy od paru innych. Kompozycyjnie bez zarzutu, ale w tej aranżacji coś mi lekko nie gra. Te brzęczące chwilami syntezatory mogą irytować. No i na koniec znów ładna balladka elegancko kończąca ten album. Album bardzo udany moim zdaniem. Nie wiedziałem czego można się spodziewać po zespole powracającym po dwóch dekadach przerwy, ale wyszło bardzo dobrze. W większości mamy tutaj bardzo dobre i chwytliwe melodie poubierane w przyjemne dźwięki. Wokaliści wciąż mimo wieku dają radę. Piszecie, że coś tam przy tych wokalach kombinowano, ale dla mnie to nieważne. Ważne, że dobrze brzmią. Szczególnie podoba mi się głos Rolanda.
Pewnie nie raz do The Tipping Point powrócę. Przynajmniej do ulubionych utworów. Dobry początek nowego albumowego rozdania.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 lut 2023 22:51

Tears fof Fears - Tipping Point

Ponieważ każdy tutaj zaczyna od opisania stanu swojego żywota ten rok temu, po rozpoczęciu inwazji przez Ruskich, która w dość niefortunny sposób zbiegła się czasowo z premierą tej płyty, postanowiłem się wyłamać i zacząć od opisania swoich pierwszych wspomnień oraz konotacji z zespołem Tears for Fears. No i szybko pojawił się problem, bo okazało się, że gdzieś one musiały przepaść w meandrach mojej pamięci, regularnie zapychanej kolejnymi niepotrzebnymi ciekawostkami, kadrami ze starej tv oraz wulgarnymi obelżywościami. xD Serio, nie pamiętam od kiedy znam ten zespół, ani tego jak poznałem ten zespół - po prostu jakoś się pojawił i został. Może nie w ścisłym życiowym topie, ale Piosenki z Wielkiego Krzesła i ten album z dzieciakiem na okładce bardzo cenię, co jakiś czas wracam do HICIORÓW, które bardzo lubię i zaryzykuję tezę, że to najfajniejszy zespół grający jak Depeche Mode z 80's niebędący DM z tamtej epoki. Chore, ale mam do tego prawo. Mogę wam też sprzedać, że jeden z tych HICIORÓW na bank kiedyś pojawi się w utworówce, bo - szczerze mówiąc - pokochałem go w pełni dopiero niedawno, ale kmwtw i tak, a ja nie chcę uprzedzać faktów.
Z perspektywy czasu widzę, że okres rokutemu i początek tej okropnej wojny był początkiem serii strasznie okropecznych zdarzeń, które miały miejsce w moim życiu przez przeważająca część roku 2022. Echa tego pewnie do was siłą rzeczy docierały, niejednokrotnie pisałem o swoim marnym stanie psychicznym w bestkach, chyba dopadły mnie prawie wszystkie plagi egipskie w owym czasie, włącznie z koniecznością szukania pracy ad hoc, rozczarowaniem sercowym i towarzyskim, nagłą, wymuszoną przeprowadzką oraz byciem wydymanym przez cwaniaczka-kapitalistę. xD Widmo wojny raczej mnie nie niepokoiło, bo raczej od początku mało prawdopodobnym się wydawało, by Putin ruszył na członka NATO, ale myślę sobie, że jednak takie rzeczy jak ta wojna czy katastrofa ekologiczna raczej nie pomagały w osiągnieciu nirvany heh.
No i gdzieś na tle tego pejzażu, równie barwnego i radosnego, co dowolny obraz starego Beksińskiego, pojawia się TA płyta, wielki powrót legendy i coś tam. Ofc przez cały poprzedni rok ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, by go sprawdzać i to z mniej więcej podobnych powodów, które wymienił OP. Podpisuję się większością swoich kończyn pod zdaniem o tym, że większość comebacków po latach jest jaka jest i rzadko kiedy zdarzają się płyty, które są przynajmniej dobre, bo jednak mało kto jest Bowiem (chociaż w sumie i jego powrót w postaci Next Day był taki se o). Jednak pośród masy wymęczonego DZIADOSTWA (to słowo znakomicie tu pasuje) da się znaleźć parę łyżek miodu albo chociaż czegoś RZETELNEGO i trochę byłem ciekaw tego co trafi się akurat tutaj.
Welp, jest trochę tak, a trochę siak. Nie mam serca nazwać tej płyty złą, nie napiszę, że którykolwiek z odsłuchów mnie zmęczył, znudził, znużył, ani cokolwiek w ten deseń. Nie, tetowałem ją w paru warunkach, jako soundtrack do codziennych czynności sprawdza się spoko i jest kurczę tak po prostu fajna. Musiałem trochę przystosować się do brzmienia, bo to jednak jedna z tych płyt, które trochę brzmią jak stary zespół próbujący grać współcześnie. Nie wiem czy skumacie o co mi chodzi, to taki specyficzny typ SOUNDU, który brzmi trochę zamuliście, trochę jak zmęczony, ale jednocześnie jest mocno wyprodukowany, by nie rzec wypolerowany. Na tej płycie jest to na tyle intensywne, że siłą rzeczy zwróciłem na to uwagę.
Przyznam, że opisywany album nie jest przypadkiem szczególnie męczącym, naprawdę znalazłbym niewielkim nakładem sił gorzej brzmiące rzeczy, ale jak sobie tak myślę, to jednak W PEWNYM, acz zauważyalnym stopniu zarzyna tę płytę. I trochę tego żałuję, bo jednak niektóre kompozycje mają tu potencjał. Takie No Small Things zapowiada się koszmarnie, w połowie pierwszego odsłuchu żegnałem się stopą, ale parafrazując pewnego polityka ważne jest to jak się kończy, a dryfuje w całkiem fajną stronę i końcówka tego kawałka naprawdę go, kolokwialnie mówiąc, robi. Long, Long, Long Time brzmi na rzecz która mogłaby brzmieć spoko, gdyby została nagrana kilkanaście lat temu - teraz trochę ciut za bardzo brakuje temu kawałkowi mocy. Siłą rzeczy zwróciłem uwagę też na My Demons, które zaczyna się trochę jak One of these days w domu, a potem zmierza w stronę jakiegoś dziwnego odrzutu z SOTU i słowo daję - znowu to jest rzecz, która mogłaby brzmieć cool nagrana kilkanaście lat temu albo przez kogoś kilkanaście lat młodszego.
Kurczę, dużo tu rzeczy, o których mógłbym napisać, że gdyby nagrano je jakiś czas temu mogłyby brzmieć fajniej - mógłbym jeszcze tu uwzględnić tytułowy. Albo Rivers of Mercy. Możliwe, że Stay też by mi bardziej siadło? Teraz sobie tak skaczę po płycie i takie End of Night to na pewno by brzmiało, oj na pewno HYHYHY.
No więc tego, rok 2022 był jaki był, a ta płyta brzmi jak brzmi. Gdzieś tu był potencjał na coś lepszego, summa summarum jakiejś tragedii też nie ma, ale mimo to - pozostanę przy swoich dziaderskich klasykach. Hyhyhy.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 lut 2023 23:37

Proszę!

I to chyba moje ostatnie Proszę w temacie omawiania tej płyty. Nikt się do końca nie poznał, no trudno. Bycie fanem samego "Shout" to też jest powód do dumy, nie mówię, że nie.
Najmniej chyba jęczał Musiał, a jednocześnie jęczał najbardziej. I w sumie mam wrażenie, że ostatnio podsuwamy mu same rzeczy, które mu przypominają o rozwodzie (TFF, Maria Magdalena), a ten łapie haczyk i spowiada się tak, że ową exMusiałową uszy muszą piec promieniując aż do pępka. No, ale ona temu winna i generalnie idziemy na jednego. Poczekam aż Mentos wrzuci wiadomo co, i będę mógł wtedy więcej trochę napisać o słuchaniu Wielkiego Krzesła w 2008 r. Sam też wrzucę do utworów coś więcej TFF, zdradzę nawet, że singla, ale obstawiam, że nikt go nigdy nie słuchał. Nie będę przedłużał, bo pod gabinetem już murzyny czekają.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2023 06:51

Widzę że zapomnialem napisać cokolwiek nt. wojny w Ukrainie to napiszę tylko że cieszę się że nie słuchałem tej płyty kiedy wyszła i nie mam takich okropnych skojarzeń z nią związanych hehe.

A jak mentos wrzuci Wielkie Krzesło to opowiem Wam jak to właśnie jej teraz słucham sobie rzetelnie i co o niej se myślę.

Meanwhile, Murzyny.

A Tribe Called Quest - The Low End Theory

(btw nie napisałem ale ten tytuł jest dwuznaczny i nawiązuje zarówno do statusu czarnoskórych w amerykańskim społeczeństwie - najniższa "kasta" - i do dźwięków o niskiej częstotliwości, znaczy się basu etc.)
stripped pisze:
01 lut 2023 10:52
Jadę z albumem który myślałem wrzucać już wcześniej ale ostatecznie wjechał Gang Starr jako pierwszy. Przy okazji tamtej płyty też Melki napomknął o jazz rapie i obiecywałem że wrócimy do tego tematu i właśnie o tym jest trochę ta wrzutka.

A Tribe Called Quest - The Low End Theory
(1991)

Na temat ATCQ pisałem już nieco we wrzutce utworowej, muzyka tej grupy wraz z muzyką De La Soul pojawiła się w moim życiu w 2005 roku i z miejsca zrewolucjonizowała moje podejście do rapu. Dotychczas rap dla mnie zamykał się niejako w dwóch, może trzech odsłonach, jedną były bangery, drugą różne smętne życiowe kawałki i trzecią old school lat 80. wymieszany z electro. Nie było w nim zbytnio pozytywnych brzmień z którymi mógłbym się utożsamiać i tego kolorytu zaznałem dzięki wspomnianym wyżej grupom. Obie należały do wykonawców nurtu zwanego alternatywnym hip hopem, skupionego na zabawie słowem, pozytywnych przesłaniach w tekstach i ogólnie dość luźnym brzmieniem. Jeśli chodzi o Tribe na dobrą sprawę łykam bez popity ich pierwsze cztery albumy, do dwóch ostatnich zaś praktycznie nie wracam. Wiąże się to poniekąd raz ze zmianą brzmienia a dwa z wypaleniem się chemii między oboma raperami tej grupy czyli Q-Tipem i Phife Dawgiem.

Długo rozważałem którym albumem z ich dyskografii mógłbym Was uraczyć i selekcja była trudnym zadaniem dla mnie bo na dobrą sprawę każda z pierwszych czterech albumów nagranych pomiędzy 1990 a 1996 rokiem jest niemalże sobie równa i każdy za co innego cenię. Ostatecznie wybór padł na minimalnie chyba najbardziej prejzowany w środowisku rapowym drugi album grupy - The Low End Theory. Po debiutanckim albumie na którym to rapował głównie Q-Tip (Phife udzielił się raptem w dwóch utworach) nadeszła chwila prawdy dla grupy. Wówczas to Q-Tip namówił Phife'a - wielkiego miłośnika koszykówki - by calkowicie poświęcił się rapowej karierze. Panowie skupili się na pracy nad drugą płytą która brzmieniowo miała stać się wkrótce czołowym przykładem nurtu określanego mianem jazz rapu, symbolizując odejście od oklepanych w hip hopie sampli z Jamesa Browna ku bardziej obskjurowym pętlom przeważnie pochodzącym z jazzowych płyt. Produkując ten album Q-Tip postanowił wykręcić możliwie najbardziej czarne, korzenne brzmienie, dlatego większość bitów na płycie ogranicza się do twardych bębnów, gęstego jazzowego kontrabasu i okazjonalnych jedynie ozdobniczych melodii dęciaków lub innych instrumentów (wszystko oczywiście pochodzące z sampli, może z wyjątkiem gościnnego udziału jazzowego kontrabasisty Rona Cartera w utworze Verses From The Abstract). Dwa bity na albumie dorzucił jeszcze niejaki Skeff Anselm.

Co do zawartości płyty, nie będę omawiał wszystkich kawałków ale są tu numery ze ścisłej czołówki dyskografii grupy, na pewno można tu zaliczyć wszystkie trzy single z albumu. Check The Rhime to bujający numer będący chyba jednym z najlepszych przykładów chemi między oboma raperami, lekkość z jaką wymieniają się linijkami oraz ich energia to filar tej muzyki. Jazz (We've Got) to esencja jazz rapu w swoim brzmieniu, zaś finałowe Scenario z udziałem raperów z grupy Leaders of the New School (Charlie Brown, Dinco oraz uwaga... Busta Rhymes) to jeden z największych tzw. posse cutów w dziejach rapu, czyli kawałków nagranych w kolektywie kilku raperów lub nawet jak w tym przypadku dwóch grup niejako. Zdecydowanie warte uwagi są też moim zdaniem utwory takie jak otwierający album Excursions (solowy numer Q-Tipa i moim zdaniem najlepsze otwarcie albumu Tribe w ich dyskografii), Buggin' Out z kilkoma klasycznymi linijkami Phife Dawga, Butter (solowy numer Phife'a o kobietach), The Infamous Date Rape (o ryzykownych relacjach damsko-męskich) czy Show Business (o cieniach showbiznesu, z gościnnym udziałem raperów: Diamond D, Sadat X i Lord Jamar). Co do wspomnień związanych z tą płytą mam takie jedno jak będąc w liceum osłuchiwałem dopiero te albumy ATCQ od brata i pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do Łodzi do teatru na spektakl - adaptację książki "Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego. W każdym razie była jesień, szaro-buro, potem ten spektakl też taki przygnębiający i ta atmosfera teatru chodziła za mną - to ciemne pomieszczenie oświetlone miejscowo lampami, stukot obcasów i trzeszczenie drewnianej podłogi, i jakoś potem w autobusie odpaliłem ten album i te jazzowe podkłady z kontrabasem jeszcze dopełniły mi tej ponurej jesiennej aury. Pamiętam na pewno zachwyt otwierającym album Excursions a potem już poszło.

Na dobrą sprawę może nie ułatwiam Wam sprawy bo z 4 płyt które brałem pod uwagę wybieram tę najmniej przystępną prawdopodobnie (sam zaczynałem od innego albumu, z większą ilością chwytliwych sampli i melodii), ale z drugiej strony daję Wam esencję i najbardziej czarny materiał jaki tu może padł do tej pory. Ta płyta stoi bębnami, basem i wokalami czyli rapem, nie ma zbędnych ozdobników i skupia się na tym co najważniejsze w tej muzyce. Przy okazji kiedy ją poznawałem była trochę wyzwaniem dla uszu i głowy bo skoro nie słodziła chwytliwymi samplami jak inne albumy Tribe człowiek uczył się doceniać drobnostki, każde urozmaicenie bitu jakie się pojawiało. W kwestii rapu i flow obu panów to na tej płycie moim zdaniem prezentowali najlepszą chemię i energię i dlatego swego czasu ten album najbardziej katowałem w mojej wieży hifi, jest tu luz, jest humor i dawka dobrej muzyki. Jestem gotów na krytykę pod kątem zbytniej powtarzalności brzmień jak w przypadku Gang Starr, jednakże liczę że wspomniana energia udzieli Wam się i chętnie pobujacie głową do bitu a może i wyłapiecie coś fajnego w tych tekstach. To jest czysty hip hop z czasów swojej złotej ery kiedy liczyły się takie wartości jak oryginalność, styl, technika i prawdziwość, kiedy mainstreamowy rap oznaczał MC Hammera i nikt go poważnie nie traktował w rapowych kategoriach. Album trwa tym razem 48 minut, brałem to również pod uwagę przy selekcji aby Was nie zanudzić znów ścianą kawałków, myślę że krótszy czas trwania (przy ok 70 minutach Gang Starr) i nieco lżejszy vibe uczynią odsłuch przyjemniejszym doświadczeniem dla tych mniej obytych z gatunkiem (choć po tylu kolejkach powinienem zapytać czy są tu tacy hehe). Rozważałem wiele różnych płyt rapowych którymi mógłbym się podzielić jednakże stawiam na tę którą uważam bardziej za spójną całość niż taką na której skipuję numery. Jak wspomniałem może to być płyta nieco trudna w odbiorze ze względu na swój minimalizm ale kiedy się przegryzie to reszta muzyki ATCQ będzie wchodzić Wam raczej bez problemu.

https://youtube.com/playlist?list=PLrbF ... i0anvqabxV
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 mar 2023 14:33

A Tribe Called Quest - The Low End Theory

Murzyn wrzuca gadających murzynów, wszystko na miejscu. Cieszę się, że dostaję kolejną po Gang Starr dawkę staroświeckiego, mocno opartego na break-beatach hip-hopu. Te lata to specyficzna muzyka, specyficzny rap, itd. Ostatnio trochę się zmęczyłem współczesnym rapem, mam już dosyć trapowych podkładów, wokalu przepuszczonego przez milion efektów i auto-tune, tekstów o aktualnych problemach, itd. W takich chwilach nie ma nic lepszego na odtrucie, jak jakaś klasyka z przełomu lat 80 i 90, i właśnie coś takiego serwuje tutaj Murzyński.

Te kawałki oparte głównie na perkusji i basie oraz drobnych ozdobnikach, mają niepowtarzalny klimat. Zawsze jest w tym coś jazzującego lub noir, głównie w liniach basowych, ale nie tylko. Wszystko płynie w tym hipnotycznym tempie 95 BPM i naprawdę łatwo się w ten klimat wkręcić. Podobnie jak „The Moment of Truth”, „The Low End Theory” może się po pierwszych przesłuchaniach wydawać trochę monotonne, chyba że ktoś naprawdę lubuje się w tego typu brzmieniach, zatem ponownie nie mam z tym żadnego problemu, zwłaszcza, że to jest relatywnie krótki album jak na hip-hop.

Lirycznie, nadal się docieram z tymi tekstami (jest tego dużo i nie zawsze kumam nawijkę), ale już wyłuskałem kilka wybitnych fragmentów np. „well, excuse me, I gotta add my two cents in don't be alarmed, the rhyme was condensed in, a matter of minutes so it must be told, all that glitters not gold „, itd.

Ulubione fragmenty, tutaj trudno się naprawdę określić, bo album gra najlepiej jako całość. „Vibes and Stuff” (ten wybrzmiewający samplowany wibrafon jest doskonały), „Check the Rhime”, „Jazz (We've Got)”, „Buggin’ Out”, „Verses from the Abstract” (te fragmenty rnb!) i tbh, cały ten album jest po prostu jednym, długim, kapitalnym ciągiem muzyki. Wszystko się ze sobą klei, bity są fenomenalne, sample fantazyjnie dopasowane, tworzące niepowtarzalny klimat, o który przede wszystkim mnie się tutaj rozchodzi.

W sumie zabawne jest, że Murzyn ma w związku z tą płytą taką fajną historyjkę Z ŁODZI. I kiedy on pisze o tych zaciemnionych pomieszczeniach teatrów, to ja kumam ten klimat. I generalnie spędziłem sporo czasu w gimnazjum, słuchając hip-hopu włócząc się po smutnych osiedlach, przy zachmurzonym niebie, nieraz z deską w łapie.

Słuchając „The Low End Theory” stwierdziłem, że odświeżę sobie debiut ATCQ „People's Instinctive Travels and the Paths of Rhythm” żeby nabrać lepszej perspektywy i słychać, że MURZYNY przeszły drogę. Chciałbym napisać długą, ale to było raptem rok wcześniej. Zespół bardzo szybko się rozwinął. Tamta płyta nie była aż tak bardzo drum/bass-heavy, dużo tam było poszukiwania brzmienia w trochę innych miejscach i w trochę inny sposób. „The Low End...” to album, który znacznie bardziej brzmi jak dzieło zrealizowane przez ludzi, którzy wiedzieli jaki efekt chcą uzyskać. Jest tu też zdecydowanie więcej rapu i to naprawdę dobrego rapu.

Jako, mimo wszystko, osoba nie znająca się na hip-hopie, nie potrafię się jakoś mądrzej wypowiedzieć na temat tego albumu, wiem za co go cenię, wiem co mi się w nim podoba. Ten stary hip-hop to dla mnie jest taka strefa komfortu. Kojarzy mi się ze starymi czasami, z graniem w Tonego Hawka, z dawną MTV, z szerokimi spodniami i tym, że kiedy opadł pył po brawadzie z jaką hip-hop przegalopował przez dekadę 00, właśnie takie zespoły jak A Tribe Called Quest, pozwoliły mi znowu spojrzeć na ten gatunek z szacunkiem i szczerym zainteresowaniem (w końcu samplowali ich no-man, hehe).

Murzyn zaczyna drugą bestkę na bardzo wysokim poziomie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 06 mar 2023 02:04

A Tribe Called Quest - The Low End Theory

Zawsze mi się wydawało, że byli w GTA San Andreas. Nie wiem od czego to zależy. Nazwę zespołu kojarzę od lat, a nigdy nie potrafiłem ich przypisać do konkretnego kawałka. Wychodzi na to, że Electric Relaxation to pierwszy poważny kontakt i zaskoczyło od razu. Podchodziłem do Low End Theory bez specjalnego nastawienia. Tak jak w przypadku innych hip-hopowych propozycji jackowych zaskoczenia i momenty ZAJAWKI wchodzą po czasie, pod wpływem najmniej oczywistego motywu albo tej jednej linijki w punkt.

Pierwszy odsłuch? Nauczony doświadczeniem nie kopałem się z koniem i potraktowałem całość czysto poznawczo, bez wyłapywania na tym etapie punktów największej uwagi czy podniety. To nie jest ponad godzina materiału, ale i tak trudno o utrzymanie stałego napięcia i zainteresowania przez cały czas. Krótsza płyta, ale niesłychanie gęsta. Zaprawieni w boju słuchacze są pewnie w stanie wyłapać subtelne różnice w wykorzystanych pętlach basowych i perkusyjnych. Zagraniczny rap musi mnie najpierw zainteresować muzycznymi błyskotkami lub naprawdę sprawną/efektowną nawijką, by chcieć potem z własnej woli grzebać w tekstach. Takich patentów tutaj nie brakuje.

Początek wydaje się dość monotonny, ale na wysokości Rap Promoter zaczyna się właściwa jazda bez trzymanki. Drobne urozmaicenia się nawarstwiają. Klimat jest gęstszy, zaglądamy do różnych barów, klubików jazzowych. Panowie nie robią sobie i nam żadnych przerw. Ostatecznie chyba tak najlepiej słuchać całości - za jednym strzałem, po względnym zaznajomieniu faworyci wychodzą przed szereg i wtedy jest do czego wracać dla tego wrażenia, które kumuluje się w pigułce. Małym problemem jest to, że nie zawsze kawałki płynnie przechodzą jeden po drugim. Między Infamous Date Rape i Check the Rhime jest dość bezlitosne cięcie, choć po pół minuty wjeżdża zbliżony zestaw brzmień. Marudzę na to, bo kilka minut wcześniej przejścia bywają zayebiście subtelne, wręcz niezauważalne, bardzo to lubię.

Od pierwszego razu najbardziej wyróżniał się Everything Is Fair, ten bit jest najdalej od całej reszty za sprawą tego wokalnego wycinka i zwartej nawijki, która zainteresowała mnie bardziej przez strzelające pistolety. Miałem powiedzieć, że końcówka płyty trochę usypia, ale What? z tą wyraźnie funky, ale dość minimal energią to kolejny udany wyróżnik. Najsłabsze numery przy tak równej i dobrej reszcie kończą jako zapychacze, bo delikatnie rozmywają misternie budowane wrażenie. Mam tak z Infamous Date Rape, Skypager, ostatnim kawałkiem z dodatkową porcją kolesi. Momenty chwały to PRZEDE WSZYSTKIM przejście z Rap Promoter do Butter, o jakie to jest soczyste. Samo Butter znakomicie poprowadzone, pianinko z elektronicznym dodatkowym dźwiękiem zawsze wchodzą w punkt. W tym momencie zacząłem też zauważać różne sposoby rapowania, kolejny istotny element wpływający na to, jak jednocześnie zwarty i urozmaicony jest to materiał. Verses... ma bit, który najbardziej pasuje do Radia Los Santos. Nic tylko bujać się do tego kawałka jadąc jakimś lowriderem przez biedniejsze dzielnice LS. Podobają mi się też te delikatne offbeatowe momenty, to bujanie się na bicie jest w opór satysfakcjonujące. Generuje dobry chill. Vibes and Stuff ma najbardziej spójny zestaw perka+bas, wibrafon dodaje głębi, choć i bez niego dzieje się dużo, jest bardzo barowo, dymnie. Na ten moment to mój ulubiony kawałek na spółkę z Butter. Niewymienione towarzystwo też jest w porządku, ale zyskuje w ramach odsłuchu całości. Powiem tak, Mudżyn za pierwszym razem DOSTARCZYŁ. Ostatnio przeżywam większe zainteresowanie polską sceną i nie ukrywam, że przez to też odbiór tej płyty jest znacznie lepszy, ale to na tyle dobra produkcja, że w pewnym momencie po prostu musi zwrócić uwagę. Przy uważnych odsłuchach nie może być inaczej, bo jest do czego się dokopać.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 mar 2023 11:13

To ja tylko grzecznie zapytam - jak walka z Murzynami Wam idzie? :) Ogólnie coś odnoszę wrażenie ciężej ta kolejka na razie leci.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 mar 2023 11:26

Wszyscy 100 lat za Murzynami
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 mar 2023 00:11

A Tribe Called Quest - The Low End Theory

No nie powiem – posłuchałem sporo tego albumu. No ale w przypadku takiego laika w kwestii hip-hopu to konieczne, żeby z tego coś wynieść. Wiem, że pewnie nigdy nie będę wytrawnym fanem tego gatunku, nigdy nie będę tej muzyki słuchał w takich ilościach, jak innych rzeczy. Ale amerykański rap naprawdę zacząłem cenić. I czasami lubię do tych rzeczy wrócić. Może rzadko słucham całych albumów, ale jednak wracam. To jest dla mnie taka idealna muzyka tła, kiedy sobie leci podczas robienia różnych rzeczy. I ten album też taki jest. Chociaż w skupieniu też potrafiłem posłuchać bez problemu.
No ale właśnie, przejdźmy do bohatera tej kolejki. Pierwsze 3-4 odsłuchy były takim trochę odbijaniem się od tego. Hien pisał, że album na początku może wydawać się monotony. I ja się z tym zgadzam. Nawet teraz tak twierdzę. W wielu przypadkach te bity brzmią bardzo podobnie. A na początku wręcz wydawało mi się, że identycznie. Oczywiście po paru rundkach zacząłem wyłapywać te czasami bardzo subtelne różnice i smaczki. Ale najpierw musiałem sporo posłuchać i poznać materiał. Jeszcze wczoraj myślałem, że moja recenzja będzie raczej w negatywnym tonie. Ale dzisiejsze 3 odsłuchy rzuciły na album nowe światło i dosyć mocno mi się odmieniło. Po prostu usiadłem, włączyłem i wszystko mi się zwyczajnie podobało. Tak zwyczajnie bez ostrzeżenia. Czasami tak właśnie mam. Np. przy 6-tym odsłuchu kręcę mocno nosem, a przy siódmym mam wrażenie, że słucham zupełnie innego albumu i się jaram. No ale to właśnie kwestia osłuchania.
Stripped wspominał w kontekście The Low End Theory, że to taki jazz-rap. I rzeczywiście tak jest. Sporo tu jazzowania. I to mi się podoba. Różne zagrywki na trąbkach i saksofonie robią znakomitą robotę. Te basowo-perkusyjne podkłady może i wydają się monotonne, ale są bardzo dobrej jakości. A w tle słychać te różne fajne zagrywki, których na początku nawet za bardzo nie wyłapywałem.
Zgadzam się z Dragonem, że niektóre przejścia między utworami są zbyt gwałtowne, jak np. między Verses from the Abstract , Show Businnes i Vibes and Stuff. Ale to szczegół.
Moje ulubione momenty na albumie to Excursions, Rap Promoter, Butter, Verses from the Abstract, Vibes and Stuff, Check the Rhime, Everything is Fair. What? też jest właściwie dobre i jako jedyny chyba dosyć mocno odróżnia się od reszty.
Jeszcze słowo o rapowaniu. Nie ma tu co prawda aż tak dobrych głosów jak np. wrzucani wcześniej Notorius B.I.G. czy Nas, ale i tak jest spoko. Przekonałem się do chłopaków w 100%. Szkoda tylko, że nie znam angielskiego i nie wiem, o czym nadają.
Podsumowując – album mi się podoba. To trzeci hip-hopowy album z Ameryki od Murzyna i trzeci raz jestem na tak. Bo to jest dobra muzyka mimo początkowych problemów jakie z nią miałem. No ale ja z hip-hopem zawsze takie na początku mam. Muszę sporo się osłuchać, żeby docenić i polubić. Potrafić rozróżniać poszczególne utwory. Wyłapać to co najlepsze.
Bardzo dobra inauguracja drugiej albumowej bestki w wykonaniu Golasa.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 mar 2023 08:54

Szacun wuja za walkę, za to podejście w stylu "Jazon a może to nie album jest do bani tylko źle słuchasz", za konsekwencję. Spodziewałem się odbicia od tej płyty bo IMO jak mówiłem to trochę bardziej grower który potrzebuje właśnie może więcej czasu w przeciwieństwie do innych płyt Tribe wypełnionych bardziej chwytliwymi samplami.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 mar 2023 09:08

Dla mnie to jest grower zdecydowanie, daję mu jeszcze jeden spin i wleci recka.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 mar 2023 10:22

Czekam na moment, w którym Wuja usiądzie w fotelu i powie na głos "Jazon, ale weź Ty się odczep od Come Back, może się sam nakręcasz, a numer jest dobry".
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 mar 2023 15:00

Ziomeczki dawać nakurwiać że tak powiem, pieścicie się z tym ostro jakbyście w życiu hip hopu nie słyszeli dotąd xd mentos w utworach ładnie pocisnął i osiadł na laurach zamiast skoczyć za ciosem, Melki pewnie umiera znowu z przemęczenia, dev teraz będzie kręcił nawet-nie-godzinną płytę parę dni znowu jak znam życie xd

kaman bojs
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 mar 2023 17:26

Jutro ostatni dzień na recki Trajbów, od poniedziałku lecimy z Blacklist i wtedy już pięknie podziękuję za Wasze przemyślenia
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 mar 2023 17:31

Widzę, że Melki jak z hukiem do bestek wrócił, tak z hukiem z nich wyleci. Szkoda. Dziwi mnie też, że Mentosa tak zatkało. Serio tak się wszyscy boją klasycznej hip-hopowej płyty?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 mar 2023 17:57

Odechciewa się...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 mar 2023 19:06

bA Tribe Called Quest - The Low End Theory


Gdybym za każdym razem, gdy wspominam tutaj o albumie, który kiedyś słyszałem albo o którym kiedyś słyszałem, ale w sumie to nic o nim nie powiem mógłbym dostać dwa złote, to pewnie musiałbym nadal pracować i w dobie obecnej inflacji uznałbym to za żaden przychód. Tutaj by tak nie było, chociaż znowu sięgamy po Słuchałemtegokiedyścore, aczkolwiek pamiętam że te (tradycyjne) już 10 lat temu ta płyta zrobiła na mnie duże wrażenie i nawet teraz trochę żałuję, że Murzin nie dał mi pretekstu do zapoznania się z czymś innym. Tak, wiem, że mogłem zrobić to na własną rękę czy coś, ale zarobiony przez te dekadę byłem i w ogóle.
Niemniej, nie żałuję jakoś bardzo, gdyż nie ma co tu się rozpisywać i w ogóle: nasz czarny koleżka z Bełchatowa po prostu znowu dostarczył płytą świetną i wrzucił być prawdziwy, gęsty i czarny rap prosto z trzewi czy coś w ten deseń, nie wiem, nie jestem Borysem Dejnarowiczem i nie umiem w barwne metafory. Znowu dostaliśmy lekcję dobrego hip-hopu, przepełnionego zabawą słowem, pokręconymi, eksperymentalnymi samplami oraz gęstym brzmieniem. Znowu też mam ten sam "problem", który pojawia się w przypadku pisania o tzw. WIELKICH płytach - ciężko uniknąć pisania będącego blisko pustosłowia, ale no naprawdę jak sobie słucham tej płyty to w pełni rozumiem, czemu na Murzyna mówimy Murzyn, bo pewnie gdybym też odkrył ten album za małolata, to bym teraz wkręcił się w hip-hop i teraz opowiadał swoim dzieciom o tym jak się strzelało na Bronxie czy coś w ten deseń.
Ta płyta ma bardzo fajny vibe i KROPKA. NIe będę udawał, że jakoś szczególnie intensywnie wsłuchiwałem się w warstwę tekstową, ale nawet bez tego i nawet po pierwszym odsłuchu słychać tę wspominaną przez Murzyna chemię. Słucham jej właśnie podczas pisania tych słów i chyba mógłbym też podpieprzyć opinię tzn. podpisać się pod słowami Munlupa - faktycznie jest w niej coś takiego komfortowego. Może nie mam takich samych wspomnień jak kolega, bo nie grałem w Tony Hawka jakoś dużo, ani nie miałem styczności z MTV, ale po prostu jest w niej coś takiego, co wywołuje takie uczucie - właściwie to nie umiem do końca sprecyzować co takiego, ale nawet się nad tym nie zastanawiam, tylko po prostu daję się jemu porwać.
Rzeknę jeszcze parę słówek o kawałkach które zrobiły na mnie największe wrażenie: Verses from the Abstract jest superaśne, miałem z nim w ogóle efekt Mandeli, bom myślał, że słyszałem ten kawałek w GTA (zapomnijcie, że kiedykolwiek unikniecie w tutejszych bestkach nawiązań do soundtracku GTA), jest chyba najlepszą reprezentacją tego luzu i komfortu o którym pisałem wcześniej. Jazz (We've Got), wbrew swojej nazwie, jest mocno jazzującym kawałkiem, który też jest super. Wkręciło mi się też zamykające płytę Scenario, Infamous Date Rape oraz - last but not least - Vibes and Stuff, którego nazwa jest w sumie podsumowaniem mojej recenzji.
OKej, nie będę przeciągąć - dostaliśmy porcję super muzyki, z tego co widzę, to wy też się na niej poznaliście, więc nawet nie będę was roastował za potencjalną ignorancję. Daję wielkiego PROPSA za tę płytę.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA