Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O widzisz, fajnie nawet że podbijasz ten argument o pewnej strefie komfortu, chyba muszę się zgodzić bo ta płyta płynie elegancko po prostu, jak słuchasz czegoś i masz poczucie że wszystko jest na miejscu to jest to trochę muzyczny ekwiwalent siedzenia w wygodnym fotelu z piwerkiem w ręku hehe.
Miłe zaskoczenie do tej pory to prejz jaki zbierają Verses From The Abstract i Vibes And Stuff bo to dla mnie mocno takie album cuty są i ja np. łatwiej łykałem Show Business czy Everything Is Fair niż tamte dwa. Zaskakują też wzmianki o Rap Promoter który jest dla mnie minimalnie najmniej lubianym numerem od zawsze. Swoją drogą ja wracając do tej płyty wielokrotnie w tym roku doceniłem z kolei bardziej Skypager którego przejście z saksofonem często chodziło po mej głowie.
Mentosowi bardzo chętnie poleciłbym inną płytę Tribe no ale, nie oszukujmy się, i tak nie przesłuchałby jej przez kolejną dekadę a wtedy mniej więcej w końcu będę mógł tu wrzucić kolejny ich album xD
Miłe zaskoczenie do tej pory to prejz jaki zbierają Verses From The Abstract i Vibes And Stuff bo to dla mnie mocno takie album cuty są i ja np. łatwiej łykałem Show Business czy Everything Is Fair niż tamte dwa. Zaskakują też wzmianki o Rap Promoter który jest dla mnie minimalnie najmniej lubianym numerem od zawsze. Swoją drogą ja wracając do tej płyty wielokrotnie w tym roku doceniłem z kolei bardziej Skypager którego przejście z saksofonem często chodziło po mej głowie.
Mentosowi bardzo chętnie poleciłbym inną płytę Tribe no ale, nie oszukujmy się, i tak nie przesłuchałby jej przez kolejną dekadę a wtedy mniej więcej w końcu będę mógł tu wrzucić kolejny ich album xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja, nudząc się czekaj na Wasze recenzje, nadrobiłem trzeci album ATCQ i się trochę rozczarowałem. Numer zapodany przez Murzyna w utworach, mocno odstaje od reszty in plus. Ale to pierwsze wrażenie. Będę jeszcze wracał do tej płyty i nadrobię czwartą. Swoją drogą, przesłuchałem też fragmentu Live in Chicago i powiem, że mało który band hip-hopowy dobrze wypada na żywo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A bo usiadłeś z partyzanta do tego bez porządnego introduction ze strony Murzyna to nie weszło xd Midnight Marauders to była płyta od której zaczynałem, dla wielu ich najlepszy album który po czasie jednak ja z pierwszych czterech lubię minimalnie najmniej? Dla mnie jest jak połączenie debiutu i Low End Theory, wszystko niby pięknie tam płynie, jest świetnie dopracowane i może na swój sposób dlatego... nudne? Nie ma lekkości debiutu ani rewolucyjnego osobliwego brzmienia Low End Theory.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Tu sam doktor rehabilitowany, do takich rzeczy trzeba z podprowadzeniem fachowca. Nie bez przyczyny dawkuję wam berliny...
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dajcie znać jak się skończycie macać fajami xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
A Tribe Called Quest - The Low End Theory
Mój stosunek do hip hopu... Aaa, co ja się będę powtarzał. Wszystko wiecie, więc siadam do mięsa. Przesłuchałem tę płytę łącznie ze 4 razy, chyba zacząłem 5, ale wszystko z YT, bo jestem leniwą kur*ą, więc w końcu zassałem ją z SS. To jest kapitalny album. Naprawdę, i tbh miałem poczucie, że polubię go od samego początku. Musiałem się jednakowoż upewnić, stąd te wszystkie spiny, ale była to dla mnie czysta przyjemność. Przede wszystkim ze względu na breakbeaty, na których całość jest oparta. Do tego cały dobór sampli, samo Excursions odpalałem z 10 razy for pure fun xD Niby prawie wszystko brzmi tutaj mocno podobnie (nawet sposób rapowania), ale jednocześnie stanowi przez to świetną jednorodną całość. Nie mogę się za bardzo odnosić wspominając o jakimś mitycznym staroszkolnym rapie, jednak czuć srogo, że ta muzyka wychodzi z innej epoki i jedną nogą wciąż tkwi w latach 80. Miałem mocne (mam nadal) vibe'y z Bomb the Bass. Groove aż się wylewa z tej muzyki, noga mi lata, głowa zresztą też, zaraz poszukam na Vinted skejtów xD W teksty zacząłem się wczytywać (z początku nie zwracałem ciągłej uwagi na to, co jest nawijane) dopiero przy trzecim odsłuchu, ale czytając kilka z nich naszła mnie chęć, by je po prostu wykuć, bowiem aż się chce samemu je z siebie wypluwać do takiej muzyki. Muzyki, która, mówię ponownie, aż zaskakuje swoją spójnością, w której jednak nie ma miejsca na, nie wiem, nudę. Wejście w postaci Excursions, potem bas w Buggin' Out. Rap Promoter oparte właściwie na samym bicie, gitarze w tle i tych skreczach, potem JEB, czysto bluesowy crash i zaczynam nabierać wrażenia, że słucham jakiejś undergroundowej stacji z lat 90. Smutek mnie trochę bierze, że właściwie bardzo długo wciskałem hip hop do dość konkretnej szuflady zapominając o tym, jakie ma korzenie. Zgwałcony przez media na przełomie wieków, potem jeszcze dojeżdżanie trupa promowaniem w Eskach i tym podobnych gówien takich jak Ascetoholix zrobiło mi mindset na taką muzykę, przez co łatwo mi się z nią było pożegnać na rzecz ejtisów. A sporo straciłem, zbyt mało zadaję się z Murzynami (albo chociaż jednym lol). Tutaj naprawdę od diabła rzeczy zaskakuje, takie Butter np. brzmi jak zdetunowany dżingiel reklamowy, jeszcze z tym saksofonem w refrenie. Był taki typ, Jazzy Jeff się chyba nazywał, wpadłem na niego przez - a jakże - RAM cafe, i był tam sobie taki utwór o tytule Not About Rap, cały ten krążek mi się bardzo z tym kojarzy. I chill, i nie, trochę... absurdu wręcz, takie brzmienie, co poradzę, ale skleja się właśnie w taką stronę. Podoba mi się to, jak każdy niemal numer się właściwie się po prostu trochę urywa, daje mi to taki vibe niedokończenia, jakby to wszystko - a przecież tak trochę jest - było posklejane z tych nieco randomowo podobieranych fragmentów (które jednocześnie tak kurde pasują do siebie), na szybko, niby bez pomyślunku a tak naprawdę wszystko było planowane zapewne dosyć długo xD JARAM SIĘ, innymi słowy. Ciekawe, że - może jest to związane z moimi dziurami w rapowej edukacji, choć obejrzałem masę amerykańskich filmów z lat 90. obserwując w nich coraz bardziej akcentowaną kulturę i setting ludności czarnoskórej w ogóle nie widzę w głowie Bronxu czy Haarlemu, widzę bardziej szary Radogoszcz Wschód obstawiony syrenkami, ładami 2107 i resztkami zaporożców, piekarzy sprzedających chleb z lufcika przyczepy Niewiadów 126, generalnie bardzo polskie skojarzenia, ale kompletnie zmyślone przez moją głowę, bo wtedy nie zdawałem sobie sprawę z istnienia takiej muzyki. Czy odkrywam ją teraz za późno? NIE WIEM, ostatnio dochodzę do wniosku, że na nic w życiu nie jest za późno. Więc i na taką muzę nie będzie. Może coś o ulubionych numerach? Trochę wyłamując się od całej reszty (ale tylko trochę) powiem, że moje serduszko totalnie skradł Show Business, groove etc. wpadł mi do głowy przez powtarzane BUSINESS, którego właściwie nie mogę z niej wywalić nawet teraz. Drugi będzie opener, który jest dla mnie drugim najlepszym rapowym openerem z tej bestki po Satanic Reverses od hienowych Bohaterów Hiphopkryzji. Vibes and Stuff, tak tutaj endorsowane pakuję dopiero na trzecie miejsce xD Acz ten wibrafon z poucinaną trąbką (chyba?) w tle robi kapitalny klimat, zwłaszcza pod jaranie zielska (gdybym jeszcze tylko jarał zielsko). Prócz tego Butter, Infamous Date Rape i Jazz (We've Got, to mi się w ogóle najbardziej z tym Jazzy - lol - Jeffem kojarzy), mam ochotę się gibać jak pier*olony rezus. Wybitnie podpisuję się pod wszystkimi stwierdzeniami dot. tego albumu będącego czymś w rodzaju strefy komfortu, której w ogóle nie chce się opuszczać. Jakiś stary pecet na drewniano-niebieskim biurku (albo takim tandetnym czarnym), pokój obłożony plakatami artystów z każdej parafii, żaluzje w drewnianych oknach, Windows 95, Cimoszewicz został premierem, szlugi po 3,50 od paczki (tylko, że zarobki na zbliżonym poziomie), właściwie gdybym miał wtedy te 17 czy 18 lat i słuchał takiej muzy totalnie zapragnąłbym być raperem. Teraz co prawda Murzynem raczej nie zostanę, ale dlaczego miałbym, Murzyn jest jeden i zapodaje świetny album w bestce, jak wychodzi poza rap jest super, w rapie jest super, co się dzieje! To Musiał reckę klei, choć nieco spóźniony, więc Murzyn wkurzony, YO. It's 1991 and I refuse to go back.
Mój stosunek do hip hopu... Aaa, co ja się będę powtarzał. Wszystko wiecie, więc siadam do mięsa. Przesłuchałem tę płytę łącznie ze 4 razy, chyba zacząłem 5, ale wszystko z YT, bo jestem leniwą kur*ą, więc w końcu zassałem ją z SS. To jest kapitalny album. Naprawdę, i tbh miałem poczucie, że polubię go od samego początku. Musiałem się jednakowoż upewnić, stąd te wszystkie spiny, ale była to dla mnie czysta przyjemność. Przede wszystkim ze względu na breakbeaty, na których całość jest oparta. Do tego cały dobór sampli, samo Excursions odpalałem z 10 razy for pure fun xD Niby prawie wszystko brzmi tutaj mocno podobnie (nawet sposób rapowania), ale jednocześnie stanowi przez to świetną jednorodną całość. Nie mogę się za bardzo odnosić wspominając o jakimś mitycznym staroszkolnym rapie, jednak czuć srogo, że ta muzyka wychodzi z innej epoki i jedną nogą wciąż tkwi w latach 80. Miałem mocne (mam nadal) vibe'y z Bomb the Bass. Groove aż się wylewa z tej muzyki, noga mi lata, głowa zresztą też, zaraz poszukam na Vinted skejtów xD W teksty zacząłem się wczytywać (z początku nie zwracałem ciągłej uwagi na to, co jest nawijane) dopiero przy trzecim odsłuchu, ale czytając kilka z nich naszła mnie chęć, by je po prostu wykuć, bowiem aż się chce samemu je z siebie wypluwać do takiej muzyki. Muzyki, która, mówię ponownie, aż zaskakuje swoją spójnością, w której jednak nie ma miejsca na, nie wiem, nudę. Wejście w postaci Excursions, potem bas w Buggin' Out. Rap Promoter oparte właściwie na samym bicie, gitarze w tle i tych skreczach, potem JEB, czysto bluesowy crash i zaczynam nabierać wrażenia, że słucham jakiejś undergroundowej stacji z lat 90. Smutek mnie trochę bierze, że właściwie bardzo długo wciskałem hip hop do dość konkretnej szuflady zapominając o tym, jakie ma korzenie. Zgwałcony przez media na przełomie wieków, potem jeszcze dojeżdżanie trupa promowaniem w Eskach i tym podobnych gówien takich jak Ascetoholix zrobiło mi mindset na taką muzykę, przez co łatwo mi się z nią było pożegnać na rzecz ejtisów. A sporo straciłem, zbyt mało zadaję się z Murzynami (albo chociaż jednym lol). Tutaj naprawdę od diabła rzeczy zaskakuje, takie Butter np. brzmi jak zdetunowany dżingiel reklamowy, jeszcze z tym saksofonem w refrenie. Był taki typ, Jazzy Jeff się chyba nazywał, wpadłem na niego przez - a jakże - RAM cafe, i był tam sobie taki utwór o tytule Not About Rap, cały ten krążek mi się bardzo z tym kojarzy. I chill, i nie, trochę... absurdu wręcz, takie brzmienie, co poradzę, ale skleja się właśnie w taką stronę. Podoba mi się to, jak każdy niemal numer się właściwie się po prostu trochę urywa, daje mi to taki vibe niedokończenia, jakby to wszystko - a przecież tak trochę jest - było posklejane z tych nieco randomowo podobieranych fragmentów (które jednocześnie tak kurde pasują do siebie), na szybko, niby bez pomyślunku a tak naprawdę wszystko było planowane zapewne dosyć długo xD JARAM SIĘ, innymi słowy. Ciekawe, że - może jest to związane z moimi dziurami w rapowej edukacji, choć obejrzałem masę amerykańskich filmów z lat 90. obserwując w nich coraz bardziej akcentowaną kulturę i setting ludności czarnoskórej w ogóle nie widzę w głowie Bronxu czy Haarlemu, widzę bardziej szary Radogoszcz Wschód obstawiony syrenkami, ładami 2107 i resztkami zaporożców, piekarzy sprzedających chleb z lufcika przyczepy Niewiadów 126, generalnie bardzo polskie skojarzenia, ale kompletnie zmyślone przez moją głowę, bo wtedy nie zdawałem sobie sprawę z istnienia takiej muzyki. Czy odkrywam ją teraz za późno? NIE WIEM, ostatnio dochodzę do wniosku, że na nic w życiu nie jest za późno. Więc i na taką muzę nie będzie. Może coś o ulubionych numerach? Trochę wyłamując się od całej reszty (ale tylko trochę) powiem, że moje serduszko totalnie skradł Show Business, groove etc. wpadł mi do głowy przez powtarzane BUSINESS, którego właściwie nie mogę z niej wywalić nawet teraz. Drugi będzie opener, który jest dla mnie drugim najlepszym rapowym openerem z tej bestki po Satanic Reverses od hienowych Bohaterów Hiphopkryzji. Vibes and Stuff, tak tutaj endorsowane pakuję dopiero na trzecie miejsce xD Acz ten wibrafon z poucinaną trąbką (chyba?) w tle robi kapitalny klimat, zwłaszcza pod jaranie zielska (gdybym jeszcze tylko jarał zielsko). Prócz tego Butter, Infamous Date Rape i Jazz (We've Got, to mi się w ogóle najbardziej z tym Jazzy - lol - Jeffem kojarzy), mam ochotę się gibać jak pier*olony rezus. Wybitnie podpisuję się pod wszystkimi stwierdzeniami dot. tego albumu będącego czymś w rodzaju strefy komfortu, której w ogóle nie chce się opuszczać. Jakiś stary pecet na drewniano-niebieskim biurku (albo takim tandetnym czarnym), pokój obłożony plakatami artystów z każdej parafii, żaluzje w drewnianych oknach, Windows 95, Cimoszewicz został premierem, szlugi po 3,50 od paczki (tylko, że zarobki na zbliżonym poziomie), właściwie gdybym miał wtedy te 17 czy 18 lat i słuchał takiej muzy totalnie zapragnąłbym być raperem. Teraz co prawda Murzynem raczej nie zostanę, ale dlaczego miałbym, Murzyn jest jeden i zapodaje świetny album w bestce, jak wychodzi poza rap jest super, w rapie jest super, co się dzieje! To Musiał reckę klei, choć nieco spóźniony, więc Murzyn wkurzony, YO. It's 1991 and I refuse to go back.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
...and I refuse to come wack
Ale nadal cieszy taki prejzik że się Musiał pastą do butów wysmarował
Ale nadal cieszy taki prejzik że się Musiał pastą do butów wysmarował
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
plus tazo i wciąż obowiązująca w Polsce kara śmierci xDdevotional pisze:12 mar 2023 12:12Jakiś stary pecet na drewniano-niebieskim biurku (albo takim tandetnym czarnym), pokój obłożony plakatami artystów z każdej parafii, żaluzje w drewnianych oknach, Windows 95, Cimoszewicz został premierem, szlugi po 3,50 od paczki (tylko, że zarobki na zbliżonym poziomie)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie wiem czy Melki tu jeszcze dojedzie czy nie, dwa tygodnie chyba wystarczą na omawianie Trajbów...
Jak coś możecie lecieć dalej z Midnight of the Century od Blacklist
Jak coś możecie lecieć dalej z Midnight of the Century od Blacklist
devotional pisze:01 lut 2023 16:59Blacklist - Midnight of the Century (2009)
Po wrzutce bardziej elektronicznej wracam do gitarowego grania, ale mniej w brzmieniu Simple Minds. Blacklist to zespół muzyczny z Nowego Jorku, który powstał jakoś w 2004 roku, także, ktoś mógłby powiedzieć, dawno temu. W związku z tym może się wydawać grupą już odpowiednio ograną, z pewną pozycją i pokaźnym katalogiem twórczości. Nic bardziej mylnego xD Grupa jest mocno obskjurowa nawet w "swoich rejonach", ale raczej im to nie przeszkadza; wręcz przeciwnie, idzie nabrać wrażenia, że to dla nich dodatkowy atut, gdyż swoimi produkcjami prezentują się jako zdecydowanie mroczny wykonawca (dodatkowo ich pierwsze wydawnictwa wypuściła nieistniejąca już mikrowytwórnia Wierd Records, która w swoim katalogu miała raczej elektronikę, np. debiut Automelodi, Xeno & Oaklander oraz Frank Just Frank). Co grają? Rock, pop-rock trochę, trochę gotyku, trochę... sam nie wiem czego właściwie, ale są bardzo fajni w mojej opinii. Mamy czterech gości, na wokalu Joshua Strachan (albo Strawn, latają po necie obydwie wersje nazwiska), dodatkowo szarpie wiosło, jest jeszcze na kolejnym James Minor, z basem Ryan Rayhill a za garami Glenn Maryansky (wcześniej w kompletnie zapomnianym już zespole Antarctica). W 2005 wypuścili jedno EP. Kolejne 2 lata później, a w 2009 pierwszy album, ten, który tutaj zapodaję. Potem ruszyli w trasę i... zniknęli xD Dosłownie, po prostu ich nie było, social media umarły, żadnych informacji, żadnego czegokolwiek. Ja znam ich od 2012 roku (o tym zaraz), śledziłem gdzieś jakąś aktywność, i trochę mnie zasmuciło, że nagle przepadli. Po czym równie nagle wrócili - w 2020 roku wypuścili króciutkie EP (znaczy tak to reklamowali, to właściwie singiel), a potem odtworzyli swojego Facebooka i coś tam przebąkiwali o powrocie na trasę i do studia. Efektem jest drugi album, wydany w październiku ubiegłego roku. No i cóż, jest świetny imho. Tak, ja zdaję sobie sprawę z tego, że to jest rodzaj takiego lekko pretensjonalnego mroku (tak może być odbierany), zwłaszcza, że to jest grupa kolesi po czterdziestce w skórach i z emo-długimi włosami, ale tbh I don't care. Tzn. ja sam czuję tę pretensjonalność, ale to jest naprawdę dobra muzyka, choć żadnej Ameryki nie odkrywają.
Wpadłem na nich eksplorując właśnie katalog wytwórni Wierd, o której wspomniałem wcześniej. Co mnie zainspirowało? John Foxx xD Wrzucił kiedyś na swój twarzoksiążkowy profil link do utworu duetu Xeno & Oaklander, reklamując ich jako fantastyczne minimal electro. Było to wczesnym latem 2011. Zassałem ich debiut, potem kolejny album, akurat jesienią tamtego roku ukazywała się nowa płyta, więc był fun. Po drodze zacząłem sprawdzać, co tam jeszcze ten publisher wypuszcza w przestrzeń. W ten sposób poznałem solo projekt połowy X&O, czyli Seana McBride'a o nazwie Martial Canterel, potem Led Er Est, potem Automelodi, Frank (just Frank), Staccato Du Mal, Franka Alpine'a, Plastic Flowers czy Kindest Lines. No i właśnie Blacklist, chociaż ich stosunkowo późno, bowiem choć album miałem na dysku od jakiegoś lutego 2012, to zacząłem się w nim zasłuchiwać dopiero w listopadzie/grudniu. Tak, cisnąłem też wówczas słodki hipsterpop, którego dawki już Wam serwowałem tutaj w bestce utworowej, ale oczywiście wszystko musi być odpowiednio wyważone, i tym wyważeniem było dla mnie Midnight of the Century. Co tu mamy? Bębny tłuką, gitary rzężą, wzmacniacze wyją, jednocześnie wszystko jest mocno melodyjne. Strawn czy tam Strachan ma wyjątkowo pop-rock friendly głos, aż stworzony do takiej muzyki i bardzo specyficzny styl w zakresie pisania tekstów, które są... no właśnie, to jest ciekawe. Przesadzone są w środkach stylistycznych do bólu, ale jednocześnie mają ciekawe punkty odniesienia: to dzieła francuskich egzystencjonalistów, to nawiązania do filozofii, a takie Shock in the Hotel Falcon jest o hiszpańskiej wojnie domowej. Ciężko było to odcyfrować nie znając kontekstu, szczęśliwie od 2019 roku już na ich odświeżonym profilu na FB sam Strawn wrzucał teksty wraz z backgroundem ich powstawania, można się było dowiedzieć tego i owego. Tak więc słuchałem dużo zimą 2012, a potem nagle nie, i znów jesienią 2014, i potem znów nagle nie, aż nie zassałem ich pierwszych epek, które zdominowały mi początek wiosny 2015. A ostatnio nowa płyta. Nie jest to format wydawnictw wrzuconych przez poprzedników, zresztą, nawet nie śmiałbym stawać z nimi w szranki, przecież nie o to chodzi. Brzmieniowo i treściowo była to dla mnie - i jest nadal - bardzo ważna płyta w nieco zapomnianych już czasach. Nadal taką pozostaje. Zwłaszcza wspomniany wcześniej Szok Hotelowy, jedyny singiel z płyty, którym było Flight of the Demoiselles, Julie Speaks, When Worlds Collide... Życzę przyjemnych seansów <3
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 2rJxApGsja
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Blacklist - Midnight of the Century
Lubię kiedy Musiał wrzuca gitarowe rzeczy, bo mniej więcej jestem w stanie przewidzieć, jak to będzie brzmiało. Wiem, że nasz kolega ze Zgierza nie lubi przesadnego jazgotu, lubi natomiast jak rock jest bujający, czego świadectwem są w zasadzie wszystkie jego rockowe wrzutki. Nikt inny tutaj nie wrzuca takich płyt, więc doskonale się składa, że to jest jakaś składowa Musiałowego core-u. Kiedy włączyłem płytę, to pomyślałem sobie, że to brzmi jak trochę bardziej brudne White Lies, ale z czasem zaczęły pojawiać się inne skojarzenia, takie jak wczesne U2, The Bravery, czy oczywiście Simple Minds, i mieszanina 00sowego indie, więc na papierze coś dla mnie. No i faktycznie, jest to coś dla mnie. Brzmienie jest jednocześnie przystępne i nieprzystępne. Produkcja bardzo podkreśla rytmikę tych piosenek, są bardzo bujające, motoryczne, bas i perkusja wychodzą na pierwszy plan. Z drugiej strony, surowa gitara zalewa wszystko od zaplecza falą szorstkości. Na wikipedii oni są opisani jako post-punk revival, o czym Dev nie wspominał, ale mnie takie określenie pasuje. Miałbym nawet fajny album jako odpowiedź dla tej wrzutki, ale kolejka w moich płytach jest stety/niestety dosyć długa. W KAŻDYM RAZIE. Pierwsze przesłuchanie, mimo że satysfakcjonujące i przyjemne, zakończyło się jednocześnie wnioskiem, że to album na jedno kopyto, i że jedno przesłuchanie to jest grubo za mało żeby się tu odnaleźć i napisać coś sensownego. Po trzech razach i trzech dniach obcowania z tym albumem, mogę już coś napisać.
Generalnie płyta jest fajna. Przyjemne brzmienie gitary, taneczny rytm, mocno pracujący bas. To są atuty, którymi swego czasu kupili mnie The Bravery i nadal mnie to w jakiś sposób jara, chociaż wydaje mi się, że muzyka TB bardziej się do tego nadawała i piosenki jednak mieli do tego lepsze.
Wokalista, co dla mnie jest plusem, ma głos trochę podobny do wokalisty Iris – Reagana Jonesa (zwłaszcza to słychać w „The Cunning of History”), a nawet trochę ciekawszy. W „Flight of the Demoiselles” słychać mocno wpływ U2 z czasów „Boy”, ale najbardziej mnie rozbawiło „simple minds” w tekście, bo to brzmi totalnie jak Simple Minds z płyty, którą Musiał ostatnio wrzucał. Czasami mam też, dla mnie oczywiście pozytywne, skojarzenia z Poets of the Fall. No, ale żeby nie było, że cała ta recenzja to będzie lista podobieństw, ten kolaż tworzy jakąś osobną tożsamość, chociaż przyznam, że nie jest ona jakoś bardzo mocno zaakcentowana. Pomyślałem, że żeby mieć pełny obraz, powinienem przesłuchać ich drugi album z 2022 r. Wrażenia opisze na końcu.
Specyficzna produkcja sprawia, że perkusja brzmi bardzo płasko, jest mocno wkompresowana w resztę muzyki, więc czasami brakuje jej pierdolnięcia. Z drugiej strony, wzmacnia to puls tych numerów i ich taneczność, tak więc coś za coś. Po tym zabiegu głównie słychać, że to są 00sy. Rock w tamtej dekadzie był nie tylko do machania głową, ale też na parkiet, co było dosyć odświeżające. Blacklist nie grają jednak tylko skocznych kawałków i np. takie „Shock in the Hotel Falcon” traci przez tę spłaszczoną perkusję. Tu by się przydało jakieś porządne dudnienie, a bardziej to brzmi jak impreza zza ściany. Utwory takie jak „Odessa”, czy „The Cunning of History” kombinują w trochę inną stronę, szkoda tylko, że też tracą, bo są przepuszczone przez ten sam preset producencki. Genialne są kawałki „Julie Speaks” i piękne zamknięcie pt. „The Believer”.
Ostatecznie, głównie produkcja mi tu wadzi, bo się tutaj po prostu nie postarano. Może nie wszystko tu jest zagrane na jedno kopyto, ale na pewno jest zrobione w taki sposób, przez co nawet spokojniejsze numery zaczynają męczyć uszy. Mastering też dupy nie urywa, ale dekada 00s to raczej mroczny okres w dziejach jakości tegoż, czego najlepszym przykładem są remastery DM wydane w mniej więcej tym samym czasie. No, ale takie to było dziesięciolecie, które zapisze się muzycznie chujowym masteringiem, copy control, i „polską ceną”.
Pomimo tego, że mi się ta płyta podoba, nie było mi szczególnie łatwo o niej pisać, chociaż jest to ciekawe odkrycie. Lubie wyławiać tego typu indie zespoły z lat 00, bo one czerpały z różnych źródeł i każdy brzmiał trochę inaczej od reszty. Nie wszystkie z tych grup miało taką ekspozycję, jak te najbardziej znane, więc teraz trzeba się do nich trochę dokopywać. Tutaj z pomocą właśnie przyszedł Adrian M. i jest super. A że nie wszystko tutaj jest perfekcyjne, to nic, rzadko się takie albumy zdarzają.
No, ale miałem jeszcze wspomnieć krótko o „Afterworld”. Rzadko się zdarza, żeby zespół wydał album, zniknął na te prawie 13 lat i potem jeszcze dał znak życia. Zawsze mnie takie scenariusze ciekawią. Nie można tu obserwować stopniowej, muzycznej ewolucji grupy, tylko dostajemy tym 15letnim doświadczeniem prosto w ryj. To trochę jak spotkanie starego, dobrego znajomego, którego się właśnie tyle czasu nie widziało i w rozmowie wychodzi, czy i jak się zmienił w tym czasie. Z Blacklist jest tak, że powierzchownie nie zmienili się dużo, ale kiedy się wsłuchać, to zmienili się bardzo. Poruszają się nadal w tych samych klimatach, ale z większym focusem i interesującym songwritingiem. Ale co najważniejsze, z milion razy lepszą produkcją. Ta muzyka nareszcie oddycha i zdecydowanie jej to służy. Jest tu sporo takiego lekko ejtisowego revebu, co zbliża ich odrobinę bardziej do Joy Division i nadaje lekko doomowego vibe’u. Chętnie bym zaczął tu wachlować tytułami kawałków, zabiegami i innymi zajebistościami, ale nie mogę zapominać, który album opisuję lol. Niemniej, mam teraz poszerzoną perspektywę i uważam, że Blacklist powinni grać dalej, bo ten drugi album jest naprawdę lepszy. A czy będą dalej grać, to już się okaże.
Żeby temat wydoić do końca, ściągnąłem sobie jeszcze bootleg tego zespołu, żeby sprawdzić jak te kawałki sprawdziły się live. No i wszystko cacy, to był dobry band koncertowy i to słychać, kawałki tez dostają trochę więcej życia w tych wersjach, a do tego mogłem sprawdzić kilka numerów, których na płytach nie było (może są niewydane, lub z jakichś EP, teraz mi się nie chce sprawdząc). Także tutaj tez daję munlupowy znak jakości.
No, w każdym razie. Wrzutę Musiała propsuję, ma swoje problemy, ale nie będę się po raz kolejny powtarzał, nie zmienia to faktu, że jest to spoko muzyka, zespół z fajnym brzmieniem, może nie jakimś mocno oryginalnym, ale w tym grajdole post-punk-goth-cold nie da się za bardzo zabłysnąć dziś unikalnym brzmieniem. Dopóki to jest rzetelne i klimatyczne, to ode mnie ma okejkę.
Lubię kiedy Musiał wrzuca gitarowe rzeczy, bo mniej więcej jestem w stanie przewidzieć, jak to będzie brzmiało. Wiem, że nasz kolega ze Zgierza nie lubi przesadnego jazgotu, lubi natomiast jak rock jest bujający, czego świadectwem są w zasadzie wszystkie jego rockowe wrzutki. Nikt inny tutaj nie wrzuca takich płyt, więc doskonale się składa, że to jest jakaś składowa Musiałowego core-u. Kiedy włączyłem płytę, to pomyślałem sobie, że to brzmi jak trochę bardziej brudne White Lies, ale z czasem zaczęły pojawiać się inne skojarzenia, takie jak wczesne U2, The Bravery, czy oczywiście Simple Minds, i mieszanina 00sowego indie, więc na papierze coś dla mnie. No i faktycznie, jest to coś dla mnie. Brzmienie jest jednocześnie przystępne i nieprzystępne. Produkcja bardzo podkreśla rytmikę tych piosenek, są bardzo bujające, motoryczne, bas i perkusja wychodzą na pierwszy plan. Z drugiej strony, surowa gitara zalewa wszystko od zaplecza falą szorstkości. Na wikipedii oni są opisani jako post-punk revival, o czym Dev nie wspominał, ale mnie takie określenie pasuje. Miałbym nawet fajny album jako odpowiedź dla tej wrzutki, ale kolejka w moich płytach jest stety/niestety dosyć długa. W KAŻDYM RAZIE. Pierwsze przesłuchanie, mimo że satysfakcjonujące i przyjemne, zakończyło się jednocześnie wnioskiem, że to album na jedno kopyto, i że jedno przesłuchanie to jest grubo za mało żeby się tu odnaleźć i napisać coś sensownego. Po trzech razach i trzech dniach obcowania z tym albumem, mogę już coś napisać.
Generalnie płyta jest fajna. Przyjemne brzmienie gitary, taneczny rytm, mocno pracujący bas. To są atuty, którymi swego czasu kupili mnie The Bravery i nadal mnie to w jakiś sposób jara, chociaż wydaje mi się, że muzyka TB bardziej się do tego nadawała i piosenki jednak mieli do tego lepsze.
Wokalista, co dla mnie jest plusem, ma głos trochę podobny do wokalisty Iris – Reagana Jonesa (zwłaszcza to słychać w „The Cunning of History”), a nawet trochę ciekawszy. W „Flight of the Demoiselles” słychać mocno wpływ U2 z czasów „Boy”, ale najbardziej mnie rozbawiło „simple minds” w tekście, bo to brzmi totalnie jak Simple Minds z płyty, którą Musiał ostatnio wrzucał. Czasami mam też, dla mnie oczywiście pozytywne, skojarzenia z Poets of the Fall. No, ale żeby nie było, że cała ta recenzja to będzie lista podobieństw, ten kolaż tworzy jakąś osobną tożsamość, chociaż przyznam, że nie jest ona jakoś bardzo mocno zaakcentowana. Pomyślałem, że żeby mieć pełny obraz, powinienem przesłuchać ich drugi album z 2022 r. Wrażenia opisze na końcu.
Specyficzna produkcja sprawia, że perkusja brzmi bardzo płasko, jest mocno wkompresowana w resztę muzyki, więc czasami brakuje jej pierdolnięcia. Z drugiej strony, wzmacnia to puls tych numerów i ich taneczność, tak więc coś za coś. Po tym zabiegu głównie słychać, że to są 00sy. Rock w tamtej dekadzie był nie tylko do machania głową, ale też na parkiet, co było dosyć odświeżające. Blacklist nie grają jednak tylko skocznych kawałków i np. takie „Shock in the Hotel Falcon” traci przez tę spłaszczoną perkusję. Tu by się przydało jakieś porządne dudnienie, a bardziej to brzmi jak impreza zza ściany. Utwory takie jak „Odessa”, czy „The Cunning of History” kombinują w trochę inną stronę, szkoda tylko, że też tracą, bo są przepuszczone przez ten sam preset producencki. Genialne są kawałki „Julie Speaks” i piękne zamknięcie pt. „The Believer”.
Ostatecznie, głównie produkcja mi tu wadzi, bo się tutaj po prostu nie postarano. Może nie wszystko tu jest zagrane na jedno kopyto, ale na pewno jest zrobione w taki sposób, przez co nawet spokojniejsze numery zaczynają męczyć uszy. Mastering też dupy nie urywa, ale dekada 00s to raczej mroczny okres w dziejach jakości tegoż, czego najlepszym przykładem są remastery DM wydane w mniej więcej tym samym czasie. No, ale takie to było dziesięciolecie, które zapisze się muzycznie chujowym masteringiem, copy control, i „polską ceną”.
Pomimo tego, że mi się ta płyta podoba, nie było mi szczególnie łatwo o niej pisać, chociaż jest to ciekawe odkrycie. Lubie wyławiać tego typu indie zespoły z lat 00, bo one czerpały z różnych źródeł i każdy brzmiał trochę inaczej od reszty. Nie wszystkie z tych grup miało taką ekspozycję, jak te najbardziej znane, więc teraz trzeba się do nich trochę dokopywać. Tutaj z pomocą właśnie przyszedł Adrian M. i jest super. A że nie wszystko tutaj jest perfekcyjne, to nic, rzadko się takie albumy zdarzają.
No, ale miałem jeszcze wspomnieć krótko o „Afterworld”. Rzadko się zdarza, żeby zespół wydał album, zniknął na te prawie 13 lat i potem jeszcze dał znak życia. Zawsze mnie takie scenariusze ciekawią. Nie można tu obserwować stopniowej, muzycznej ewolucji grupy, tylko dostajemy tym 15letnim doświadczeniem prosto w ryj. To trochę jak spotkanie starego, dobrego znajomego, którego się właśnie tyle czasu nie widziało i w rozmowie wychodzi, czy i jak się zmienił w tym czasie. Z Blacklist jest tak, że powierzchownie nie zmienili się dużo, ale kiedy się wsłuchać, to zmienili się bardzo. Poruszają się nadal w tych samych klimatach, ale z większym focusem i interesującym songwritingiem. Ale co najważniejsze, z milion razy lepszą produkcją. Ta muzyka nareszcie oddycha i zdecydowanie jej to służy. Jest tu sporo takiego lekko ejtisowego revebu, co zbliża ich odrobinę bardziej do Joy Division i nadaje lekko doomowego vibe’u. Chętnie bym zaczął tu wachlować tytułami kawałków, zabiegami i innymi zajebistościami, ale nie mogę zapominać, który album opisuję lol. Niemniej, mam teraz poszerzoną perspektywę i uważam, że Blacklist powinni grać dalej, bo ten drugi album jest naprawdę lepszy. A czy będą dalej grać, to już się okaże.
Żeby temat wydoić do końca, ściągnąłem sobie jeszcze bootleg tego zespołu, żeby sprawdzić jak te kawałki sprawdziły się live. No i wszystko cacy, to był dobry band koncertowy i to słychać, kawałki tez dostają trochę więcej życia w tych wersjach, a do tego mogłem sprawdzić kilka numerów, których na płytach nie było (może są niewydane, lub z jakichś EP, teraz mi się nie chce sprawdząc). Także tutaj tez daję munlupowy znak jakości.
No, w każdym razie. Wrzutę Musiała propsuję, ma swoje problemy, ale nie będę się po raz kolejny powtarzał, nie zmienia to faktu, że jest to spoko muzyka, zespół z fajnym brzmieniem, może nie jakimś mocno oryginalnym, ale w tym grajdole post-punk-goth-cold nie da się za bardzo zabłysnąć dziś unikalnym brzmieniem. Dopóki to jest rzetelne i klimatyczne, to ode mnie ma okejkę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Blacklist - Midnight of the Century
Czas na omówienie kolejnej wrzuty gitarowej od naszego kolegi obskjura. Do tej pory wrzutki idące w tę stronę ociekały głównie vibem i nie chwytały mnie kompozycjami poza drobnymi wyjątkami, mam tu na myśli albumy Poetów i Wild Nothing, gryzące z różnych stron gitarowe pop rockowe lub indie rockowe granie w XXI wieku.
Podchodziłem do słuchania tej płyty kilkakrotnie, często na raty, na dłuższą metę prezentowane tu granie nie było w stanie mnie ugryźć i zwyczajnie czułem się zniechęcony. Z tego względu nie będę silił się na omawianie wszystkich kawałków. Still Changes które otwiera album to jest banger. Fajny numer, ładnie leci sekcja rytmiczna, podoba mi się energia tego kawałka i ta jangly gitara w drugiej zwrotce. To byłby idealny kawałek do jednej z odsłon mojej ulubionej serii gier wideo, sam zresztą w odpowiednim czasie myślę rzucić takim kawałkiem w sam raz pod jazdę Harleyem po hamerykańskich ulicach. Wszystko fajnie ale kiedy wlatuje drugi kawałek z jeszcze żwawszym tempem i podszyty tym post-punkowym brzmieniem pomyślałem sobie "AHA, to będzie jeden z takich albumów" spodziewając się pod pewnymi względami czegoś pomiędzy wrzucanym tu The Bravery a Poets of The Fall, w sensie dużo gitarowego energicznego rżnięcia z jakimś jednym czy dwoma numerami w innym stylu. Flight of the Demoiselles mnie nie urzekło, poczułem się nieco jakbym słuchał U2 w takim wydaniu ala Vertigo itp., lekkie podbicie tempa zaraz po dość energicznym otwieraczu wydało mi się nietrafionym zabiegiem. Podobała mi się Odessa ze swoją akustyczną gitarą, stanowi jakaś zmianę brzmienia na pewno. W Julie Speaks jest fajny riff gitarowy między zwrotkami. Poison For Tomorrow długo nie mogłem rozróżnić od poprzedniego kawałka. The Believer jest całkiem spoko ze swoją jangly gitarką i smyczkami z klawisza brzmi dla mnie jak The Cure z lat 90., zresztą głos wokalisty kilkakrotnie na tym albumie kojarzy mi się z Robertem Smithem. Niemniej najciekawszym numerem na płycie jest dla mnie The Cunning of History. Ma fantastyczne brzmienie z tym niesamowitym reverbem czy też delayem, fajne klawisze i elementy perkusyjne. Ma to wszystko jakiś taki vibe który cofa mnie do czasów dzieciństwa trochę jak wrzucane przeze mnie The Figurehead, swoją drogą brzmi jak numer który mógłby się znaleźć choćby na Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me gdzie różne dziwne rzeczy były (If Only Tonight We Could Sleep etc.). Prosty klawisz z nałożonym efektem wywołuje we mnie poczucie jakiegoś smutku i dyskomfortu. Największy highlight albumu obok utworu otwierającego.
Ciężko mi się słuchało tej płyty naprawdę, bynajmniej nie dlatego żeby była jakoś naprawdę zła bo można by rzec wszystko się zgadza, bas fajnie mruczy, perka rytmicznie płynie itd. aczkolwiek to jest takie indie rockowe granie na yolo trochę, bogate w energię i robiące rockowy vibe choć ubogie kompozycyjnie jak dla mnie. Te szybsze numery zlewały mi się ze sobą, brakowało mi jakichś wyróżników, melodie brzmiały mocno generic. Co do wokali, znowu będę czepialski bo z jednej strony kojarzące się miło z Kjurami a z drugiej znajdywałem w nich coś co często przyklejam wokalowi samego Musiała a jednocześnie wokalom w różnych jego wrzutkach, zastanawiałem się jak określić tą musiałowość w śpiewaniu i chyba najprościej będzie mi powiedzieć że brzmi mi to jakoś pretensjonalnie. Pomimo różnych fajnych rzeczy poutykanych tu i ówdzie na albumie poza dwoma najbardziej sprejzowanymi trackami nie czuję ochoty odpalać tej muzyki. Trochę mi z tym źle bo wychodzi na to że jednak łatwiej nauczyć Musiała gibać się jak rezus w rytmie rap niż Murzyna by zamiatał głową słuchając bardziej współczesnego rocka (nóżka może chodzi ale to nie ten poziom feelsów nadal).
Czas na omówienie kolejnej wrzuty gitarowej od naszego kolegi obskjura. Do tej pory wrzutki idące w tę stronę ociekały głównie vibem i nie chwytały mnie kompozycjami poza drobnymi wyjątkami, mam tu na myśli albumy Poetów i Wild Nothing, gryzące z różnych stron gitarowe pop rockowe lub indie rockowe granie w XXI wieku.
Podchodziłem do słuchania tej płyty kilkakrotnie, często na raty, na dłuższą metę prezentowane tu granie nie było w stanie mnie ugryźć i zwyczajnie czułem się zniechęcony. Z tego względu nie będę silił się na omawianie wszystkich kawałków. Still Changes które otwiera album to jest banger. Fajny numer, ładnie leci sekcja rytmiczna, podoba mi się energia tego kawałka i ta jangly gitara w drugiej zwrotce. To byłby idealny kawałek do jednej z odsłon mojej ulubionej serii gier wideo, sam zresztą w odpowiednim czasie myślę rzucić takim kawałkiem w sam raz pod jazdę Harleyem po hamerykańskich ulicach. Wszystko fajnie ale kiedy wlatuje drugi kawałek z jeszcze żwawszym tempem i podszyty tym post-punkowym brzmieniem pomyślałem sobie "AHA, to będzie jeden z takich albumów" spodziewając się pod pewnymi względami czegoś pomiędzy wrzucanym tu The Bravery a Poets of The Fall, w sensie dużo gitarowego energicznego rżnięcia z jakimś jednym czy dwoma numerami w innym stylu. Flight of the Demoiselles mnie nie urzekło, poczułem się nieco jakbym słuchał U2 w takim wydaniu ala Vertigo itp., lekkie podbicie tempa zaraz po dość energicznym otwieraczu wydało mi się nietrafionym zabiegiem. Podobała mi się Odessa ze swoją akustyczną gitarą, stanowi jakaś zmianę brzmienia na pewno. W Julie Speaks jest fajny riff gitarowy między zwrotkami. Poison For Tomorrow długo nie mogłem rozróżnić od poprzedniego kawałka. The Believer jest całkiem spoko ze swoją jangly gitarką i smyczkami z klawisza brzmi dla mnie jak The Cure z lat 90., zresztą głos wokalisty kilkakrotnie na tym albumie kojarzy mi się z Robertem Smithem. Niemniej najciekawszym numerem na płycie jest dla mnie The Cunning of History. Ma fantastyczne brzmienie z tym niesamowitym reverbem czy też delayem, fajne klawisze i elementy perkusyjne. Ma to wszystko jakiś taki vibe który cofa mnie do czasów dzieciństwa trochę jak wrzucane przeze mnie The Figurehead, swoją drogą brzmi jak numer który mógłby się znaleźć choćby na Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me gdzie różne dziwne rzeczy były (If Only Tonight We Could Sleep etc.). Prosty klawisz z nałożonym efektem wywołuje we mnie poczucie jakiegoś smutku i dyskomfortu. Największy highlight albumu obok utworu otwierającego.
Ciężko mi się słuchało tej płyty naprawdę, bynajmniej nie dlatego żeby była jakoś naprawdę zła bo można by rzec wszystko się zgadza, bas fajnie mruczy, perka rytmicznie płynie itd. aczkolwiek to jest takie indie rockowe granie na yolo trochę, bogate w energię i robiące rockowy vibe choć ubogie kompozycyjnie jak dla mnie. Te szybsze numery zlewały mi się ze sobą, brakowało mi jakichś wyróżników, melodie brzmiały mocno generic. Co do wokali, znowu będę czepialski bo z jednej strony kojarzące się miło z Kjurami a z drugiej znajdywałem w nich coś co często przyklejam wokalowi samego Musiała a jednocześnie wokalom w różnych jego wrzutkach, zastanawiałem się jak określić tą musiałowość w śpiewaniu i chyba najprościej będzie mi powiedzieć że brzmi mi to jakoś pretensjonalnie. Pomimo różnych fajnych rzeczy poutykanych tu i ówdzie na albumie poza dwoma najbardziej sprejzowanymi trackami nie czuję ochoty odpalać tej muzyki. Trochę mi z tym źle bo wychodzi na to że jednak łatwiej nauczyć Musiała gibać się jak rezus w rytmie rap niż Murzyna by zamiatał głową słuchając bardziej współczesnego rocka (nóżka może chodzi ale to nie ten poziom feelsów nadal).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie jak Wam idzie?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W piątek wjeżdża DM, więc pewnie bestka rip, hehe.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Liczę że przynajmniej temat Blacklist zamkniemy do tej pory...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No ja tylko opis zrobić, czyli dziś albo ewentualnie jutro.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Blacklist - Midnight of the Century
Dev znowu atakuje muzyką rockową. I ja znowu mam z tym pewien kłopot. Chłopaki wcześniej porównywali Blacklist do pojawiających się już tutaj zespołów typu Poets of the Fall, Wild Nothing czy The Bravery. Żadnego z tych zespołół nie polubiłem, bo żaden nie grał muzyki dla mnie. I Blacklist to też nie jest dla mnie. Bo za każdym przesłuchaniem album Midnight of the Century mocno mnie zmęczył. Tak 2-3 pierwsze utwory jeszcze były ok, jeszcze do zniesienia, ale im dalej, tym gorzej. Wydedukowałem, że z tym albumem mam dwa główne problemy.
Pierwszy to koszmarna marność i nijakość kompozycji. Te utwory są tak nieciekawe, tak nudne, podobnie brzmiące, że żadne brzmienie ich nie jest w stanie uratować. Te gitary czy inne instrumenty grają poprawnie, ale też nie na tyle ciekawie, żeby zmienić sytuację. Mimo kilku odsłuchów nie potrafię odróżnić utworów od siebie. Nie potrafię niczego wyróżnić ponad resztę. Są momenty nieźle brzmiące, jak choćby początek Language of the Living Dead, ale potem wchodzi linia melodyczna, która jest tak samo nijaka, jak w każdym innym utworze. Owszem ten utwór jest bardzo rytmiczny, ma fajne zagrywki gitarowe, można nawet nogą pomachać w rytm perkusji, ale to za mało, skoro nie ma melodii. A to wrażenie wielokrotnie potęguje problem nr 2 tego zespołu – fatalny wokalista. Gość ma tak męczący, monotonny i bezbarwny wokal, że mam wrażenie, iż zamordowałby każdą, nawet najlepszą melodię. Dev deklarował, że wokalista ma pop-rock friendly głos, a mnie w połowie albumu działa on już wręcz na nerwy.
Po kilkudziesięciu minutach tłuczenia w gary i struny mamy wreszcie moment oddechu w The Cunning of History. Trochę późno jednak. No i mimo fajnego początku i w ogóle dobrej aranżacji znów kuleje linia melodyczna, której właściwie w ogóle nie ma. Wokalista znów smęci bez większego celu, dobrze, że dosyć krótko tym razem.
Mógłbym jeszcze z tydzień zwlekać z opisem i posłuchać albumu jeszcze z 10 razy. Pewnie wtedy coś bym tam wyłowił z tego jednostajnego łojenia. Pewnie zacząłbym odróżniać jakieś utwory. Ale chyba nie ma się co męczyć, bo romansu z tego i tak nie będzie. Nie mój klimat, nie moja bajka. Jeżeli rockowy zespół miałby mnie jakoś mocniej zainteresować, to jednak musi mieć to coś wyjątkowego w swoim brzmieniu, jak np. The Cure w Seventeen Seconds. Tutaj jest niby rzetelnie, ale koszmarnie nudno. A dev obiecywał mocno melodyjne piosenki, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić.
Naprawdę wolę pisać pozytywne rzeczy o Waszych albumach, słodzić Wam, przekonywać się do muzyki, no ale jak się nie da, to się nie da. To chyba do tej pory najsłabszy album od deva wg mnie.
Dev znowu atakuje muzyką rockową. I ja znowu mam z tym pewien kłopot. Chłopaki wcześniej porównywali Blacklist do pojawiających się już tutaj zespołów typu Poets of the Fall, Wild Nothing czy The Bravery. Żadnego z tych zespołół nie polubiłem, bo żaden nie grał muzyki dla mnie. I Blacklist to też nie jest dla mnie. Bo za każdym przesłuchaniem album Midnight of the Century mocno mnie zmęczył. Tak 2-3 pierwsze utwory jeszcze były ok, jeszcze do zniesienia, ale im dalej, tym gorzej. Wydedukowałem, że z tym albumem mam dwa główne problemy.
Pierwszy to koszmarna marność i nijakość kompozycji. Te utwory są tak nieciekawe, tak nudne, podobnie brzmiące, że żadne brzmienie ich nie jest w stanie uratować. Te gitary czy inne instrumenty grają poprawnie, ale też nie na tyle ciekawie, żeby zmienić sytuację. Mimo kilku odsłuchów nie potrafię odróżnić utworów od siebie. Nie potrafię niczego wyróżnić ponad resztę. Są momenty nieźle brzmiące, jak choćby początek Language of the Living Dead, ale potem wchodzi linia melodyczna, która jest tak samo nijaka, jak w każdym innym utworze. Owszem ten utwór jest bardzo rytmiczny, ma fajne zagrywki gitarowe, można nawet nogą pomachać w rytm perkusji, ale to za mało, skoro nie ma melodii. A to wrażenie wielokrotnie potęguje problem nr 2 tego zespołu – fatalny wokalista. Gość ma tak męczący, monotonny i bezbarwny wokal, że mam wrażenie, iż zamordowałby każdą, nawet najlepszą melodię. Dev deklarował, że wokalista ma pop-rock friendly głos, a mnie w połowie albumu działa on już wręcz na nerwy.
Po kilkudziesięciu minutach tłuczenia w gary i struny mamy wreszcie moment oddechu w The Cunning of History. Trochę późno jednak. No i mimo fajnego początku i w ogóle dobrej aranżacji znów kuleje linia melodyczna, której właściwie w ogóle nie ma. Wokalista znów smęci bez większego celu, dobrze, że dosyć krótko tym razem.
Mógłbym jeszcze z tydzień zwlekać z opisem i posłuchać albumu jeszcze z 10 razy. Pewnie wtedy coś bym tam wyłowił z tego jednostajnego łojenia. Pewnie zacząłbym odróżniać jakieś utwory. Ale chyba nie ma się co męczyć, bo romansu z tego i tak nie będzie. Nie mój klimat, nie moja bajka. Jeżeli rockowy zespół miałby mnie jakoś mocniej zainteresować, to jednak musi mieć to coś wyjątkowego w swoim brzmieniu, jak np. The Cure w Seventeen Seconds. Tutaj jest niby rzetelnie, ale koszmarnie nudno. A dev obiecywał mocno melodyjne piosenki, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić.
Naprawdę wolę pisać pozytywne rzeczy o Waszych albumach, słodzić Wam, przekonywać się do muzyki, no ale jak się nie da, to się nie da. To chyba do tej pory najsłabszy album od deva wg mnie.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dzisiaj kolejny odsłuch, potem jeszcze jeden i będę gotowy.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dwa powinny wystarczyć <hehe>
Ciekaw jestem jak tam Melki bo tak średnio wygląda jego udział tutaj póki co, powoli odnoszę wrażenie że tych Ozrików nigdy nie przerobimy jednak xD tym bardziej cieszę się że nie uległem w kwestii zmiany kolejności albumów w kolejce
Ciekaw jestem jak tam Melki bo tak średnio wygląda jego udział tutaj póki co, powoli odnoszę wrażenie że tych Ozrików nigdy nie przerobimy jednak xD tym bardziej cieszę się że nie uległem w kwestii zmiany kolejności albumów w kolejce
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Może jakiś system nagród dla Melkiego za czynny udział?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
PROPONUJEMY PROGRAM MELCZET+
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup