Best of Forum (edycja filmowa)
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kurde, rzuciłem okiem na tę wersję "Coś", którą wrzucił Wuja i to jest jakiś cyrk w tych 60 fps xD To wygląda jak film dokumentalny kręcony amatorską kamerą albo teatr telewizji XD
Porównałem z wersją na br, którą mam i ona wygląda jak film, a nie to dziwadło wrzucone przez Wuja. Masakra.
EDIT: słuchajcie, IMO ta wersja jest lepsza, tak to powinno wyglądać
https://www.cda.pl/video/1268453410
ps. pozwoliłem sobie dorzucić tego linka do oryginalnego posta Shodana.
Porównałem z wersją na br, którą mam i ona wygląda jak film, a nie to dziwadło wrzucone przez Wuja. Masakra.
EDIT: słuchajcie, IMO ta wersja jest lepsza, tak to powinno wyglądać
https://www.cda.pl/video/1268453410
ps. pozwoliłem sobie dorzucić tego linka do oryginalnego posta Shodana.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dzięki Hien .
Tak więc bierzta i oglądajta w lepszej wersji.
Tak więc bierzta i oglądajta w lepszej wersji.
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
"Coś"
Pierwszy w tej zabawie film, który nie tylko znam, ale znam na pamięć. Mogłem go nie oglądać, a i tak obejrzałem sobie parę razy przed pisaniem, dla czystej przyjemności. Wuja prezentuje absolutną klasykę horroru science-fiction i to autorstwa legendy gatunku Johna Carpentera. W roli głównej jeden z moich ulubionych aktorów Kurt Russel, co daje dream team z nakręconego rok wcześniej „Escape from New York” (Carpenter + Russel). „The Thing” formalnie jest remakiem „The Thing from Another World”, ale w praktyce to po prostu innego rodzaju adaptacja książki źródłowej „Who Goes There?” Johna Campbella Jr. Dla mnie status tego filmu jest kompletnie nieistotny, rzucam to jako trivie.
Fabularnie „The Thing” wydaje się proste jak świński ogon – UFO rozbija się na ziemi, zaczynają się problemy, itd. Ale to pozory, bo sprawy komplikują się bardziej. Całość zaczyna się jak sequel jakiegoś innego filmu, otwierająca scena jest jakby recapem zakończenia poprzedniego. Niewiele razy widywałem coś takiego. Zazwyczaj twórcy zostawiają sobie furtkę dla kontynuacji, a tymczasem tutaj sugeruje się prequel, który faktycznie powstał w 2011 r. Czy warto było, to już inna sprawa. Tajemnica związana z tym co tak naprawdę stało się w obozie Norwegów, mroziła krew w żyłach, bo przecież najbardziej straszy to, czego nie widać. Z drugiej strony, i tak do jakiegoś stopnia wiadomo co tam się wydarzyło, więc ostatecznie nie mam problemu z tym prequelem, jest ok. No, ale nie o nim mam pisać. W opisywanie fabuły się nie będę bawił, bo wszyscy oglądamy ten sam film, ale pogawędzę sobie an temat tego, co mi się najbardziej w „The Thing” podoba (i tak, będą spoilery).
Po pierwsze, klimat. Taki odpowiednik wajbu z naszych muzycznych bestek. Kocham zimę, uwielbiam atmosferę odizolowanego, zasypanego śniegiem, mroźnego miejsca gdzie słychać tylko wicher. To chyba rzecz najbliższa statku dryfującego w kosmosie. Bohaterowie są uwięzieni, mają ograniczone zasoby i możliwość obrony, tak jak w „Obcym”. „The Thing” idzie jednak o krok dalej, do czego wrócę.
Klimat podbijają piękne zdjęcia, scenografia oraz muzyka. To ostatnie skomponował Ennio Morricone, co może zaskakiwać, bo Carpenter do większości swoich filmów sam robił muzykę. Ostatecznie, Morricone nagrał soundtrack elektroniczno-orkiestrowy, z głównym motywem brzmiącym jak coś nagranego przez Carpentera. Sam Carpenter dograł parę muzycznych fragmentów, większość była raczej dronowo-ambientowa, można poznać w filmie które to są fragmenty. W każdym razie, muzyka jest rewelacyjna, te mroczne syntezatory robią robotę, jak mało co. Tu nie ma miejsca na epickie, bogate aranżacyjnie dzieła orkiestrowe, bo to by po prostu nie działało. Co innego minimalistyczna, analogowa elektronika. Jak to ładnie mawiają Anglicy - a match made in heaven.
Klimat w takim filmie to już jest 1/3 sukcesu. Drugą 1/3 jest intryga, która straszy. Trzecią jest tak zwany „potwór”. W tym wypadku nie jest to potwór, tylko obcy organizm, który tworzy potwory, ale nie tylko, bo dokonuje też asymilacji, tworząc perfekcyjne duplikaty tego z czym weszło w reakcję (oczywiście organicznego). To jest nadal jeden z najzajebistszych pomysłów gatunku i wyróżnia „The Thing” wśród innych tego typu dzieł. Z tym wiąże się też inny problem dla głównych bohaterów, bo „coś” może zmienić się w każdego z nich, wystarczy że ktoś na chwilę zniknie z oczu i już jest podejrzany. O to mi chodziło, kiedy pisałem, że „The Thing” idzie o krok dalej niż „Obcy”. W tym drugim, wiadomo było komu ufać, natomiast organizm z „Coś”” powoduje zamęt nie tylko atakując bohaterów, ale też skłócając ich ze sobą, wpędzając w paranoję, bo nikomu nie można ufać. Każdy może być, z braku innego słowa, cosiem. Ta paranoja udziela się widzowi, bo pokazane jest nam dokładnie tyle, żeby każdego podejrzewać. Pomimo, że głównym bohaterem jest de facto MacReady, to kamera nie śledzi go przez cały czas, zatem i on na pewnym etapie zaczyna wydawać się podejrzany. Pod tym względem „The Thing” jest absolutnym mistrzostwem, nie tylko gatunku horror sci-fi, ale w ogóle. Zwłaszcza wrażenie robi zakończenie. Do dziś fani spierają się kto ostatecznie pozostał zakażony, MacReady, czy Childs. Czy żaden z nich. Film nie daje na to odpowiedzi i szczerze mam nadzieję, że nie powstanie sequel, który będzie próbował to wyjaśniać. Istnieje wprawdzie gra, która kontynuuje te historię, ale nie grałem w nią, więc nie wiem, jak tam to fabularnie załatwili.
Obsada filmu jest doskonała. Każda z postaci jest unikatowa, a aktorzy bardzo się o to postarali. Mamy tu piękny przekrój po charakterach i specjalizacjach, co jeszcze bardziej gmatwa kwestię paranoi i braku zaufania (np. Childs jest porywczy, nie chce się poddać testom, a Blair jako pierwszy zauważa w jak tragicznej sytuacji są, co potem okazuje się być ściemą). W „The Thing”, poza Russelem, wystąpiło kilka legend np. Wilford Brimley.
Efekty specjalne w tym filmie to absolutne mistrzostwo, jak na 1982 r. Piękne, starannie przygotowane praktyczne efekty. Do tej pory zastanawiam się, jak udało im się zrobić niektóre rzeczy, jak wprawić w niektóre kukły w ruch żeby nie było widać jakiegoś mechanizmu, sznurków, czy innych gówien. Za wszystko to odpowiadał Rob Bottin i jego ekipa. To, co udało im się zrobić, do dziś robi wrażenie.
„The Thing” został piękne i zmyślnie nakręcony. Wbrew pozorom, nie pokazuje się aż tak dużo (na pewno nie tyle, co w prequelu), a atmosferę grozy budują doskonałe ujęcia i sceny. Rzut na zmrożony krajobraz tu, na zamyśloną twarz Kurta Russela tam, drobiazgi, które wspomagają, o ile nie tworzą narrację tego dzieła. Monolog MacReady'ego w połowie filmu jest piękny. Scena kiedy pies wchodzi do pokoju Clarka i widać tylko jego cień, jeży włos na głowie. Podobnie jak dźwięki, które wydają stwory. Nie będę się dalej rozpisywał, żeby nie popłynąć w bełkot, ale dla mnie „The Thing” to horror sci-fi idealny. Świetnie napisany, starannie przygotowany (efekty, muzyka, dźwięk), przemyślany, straszący nie głupimi jump-scare’ami, ale róznymi ciekawymi zabiegami fabularnymi i genialnie wykreowaną atmosferą. Do tego fenomenalna obsada, kultowe dialogi i kwestie („How long were you alone with that dog?”, „I just cannot believe any of this voodoo bullshit”) i mamy wszystko co trzeba. Carpenter jest prawdziwym mistrzem gatunku.
Na fali pisania o „The Thing”, odświeżyłem sobie dzisiaj prequel z 2011 r. i niestety, jest znacznie gorszy niż pamiętałem. Niestety brakuje mu całkowicie klimatu, potwora widać cały czas, nie ma nawet przez chwilę tej niepewności kto jest zakażony, bo i tak wiadomo kto. Ponadto, o czym już pisałem kiedyś, absolutnie fatalne efekty komputerowe, które przypominają w porywach gry z PlayStation 3. Praktyczne efekty z oryginału może są stare, ale przynajmniej są wiarygodne i nie ma się wątpliwości, że te wszystkie maszkary fizycznie był na planie (bo były). Najgorsze, że niemal całe „The Thing 2011” nakręcono z takimi efektami, co można zobaczyć na YT lub na fotach w necie. Niestety wtedy wkroczyło studio i kazało nakręcić wszystko od nowa z efektami z kompa, bo takie był modne. Ostateczny efekt jest tragiczny. To wielka potwarz dla Toma Woodruffa Jr’a i firmy Amalgamated Dynamics (zajmowali się między innymi efektami do filmów z Obcym), którzy ciężko pracowali nad praktycznymi efektami, a jej efekty poszły w całości do kosza. Film w ogóle nie jest straszny, „coś” wygląda tandetnie i pozostaje tylko schować twarz w dłoniach. Poza tym, „TT2011” ma fatalną muzykę. Marco Beltrami ma zero poszanowania do oryginalnych filmów, bo ten sam numer odwalił z „Terminatorem 3”, robiąc generyczny, orkiestrowy soundtrack. Fabularnie jest ok, chociaż tak jak pisałem, brakuje tego dreszczu kiedy zastanawiamy się kto jest człowiekiem, a kto nie i generalnie często robi się z widza idiotę, tłumacząc wszystko jak dziecku. Zakończenie z asymilacją Cartera nie ma absolutnie żadnego sensu. Najlepsza scena całości, to finał, który bezpośrednio łączy się z oryginalnym „The Thing”, z muzyka Morricone w tle. Ciary gwarantowane. Generalnie film robi dobrą robotę, pokazując jak doszło do różnych rzeczy pokazanych w oryginale, a to nie jest łatwa robota kiedy trzeba pisać historię od tyłu. I to tyle, niestety nie jest to najlepszy film.
Krótko podsumowując, Wuja ma u mnie łatwe 20/10, bo wrzucił klasyka, którego uwielbiam od lat. Mam nawet książkę „Coś” i zaraz ją sobie odświeżę.
Pierwszy w tej zabawie film, który nie tylko znam, ale znam na pamięć. Mogłem go nie oglądać, a i tak obejrzałem sobie parę razy przed pisaniem, dla czystej przyjemności. Wuja prezentuje absolutną klasykę horroru science-fiction i to autorstwa legendy gatunku Johna Carpentera. W roli głównej jeden z moich ulubionych aktorów Kurt Russel, co daje dream team z nakręconego rok wcześniej „Escape from New York” (Carpenter + Russel). „The Thing” formalnie jest remakiem „The Thing from Another World”, ale w praktyce to po prostu innego rodzaju adaptacja książki źródłowej „Who Goes There?” Johna Campbella Jr. Dla mnie status tego filmu jest kompletnie nieistotny, rzucam to jako trivie.
Fabularnie „The Thing” wydaje się proste jak świński ogon – UFO rozbija się na ziemi, zaczynają się problemy, itd. Ale to pozory, bo sprawy komplikują się bardziej. Całość zaczyna się jak sequel jakiegoś innego filmu, otwierająca scena jest jakby recapem zakończenia poprzedniego. Niewiele razy widywałem coś takiego. Zazwyczaj twórcy zostawiają sobie furtkę dla kontynuacji, a tymczasem tutaj sugeruje się prequel, który faktycznie powstał w 2011 r. Czy warto było, to już inna sprawa. Tajemnica związana z tym co tak naprawdę stało się w obozie Norwegów, mroziła krew w żyłach, bo przecież najbardziej straszy to, czego nie widać. Z drugiej strony, i tak do jakiegoś stopnia wiadomo co tam się wydarzyło, więc ostatecznie nie mam problemu z tym prequelem, jest ok. No, ale nie o nim mam pisać. W opisywanie fabuły się nie będę bawił, bo wszyscy oglądamy ten sam film, ale pogawędzę sobie an temat tego, co mi się najbardziej w „The Thing” podoba (i tak, będą spoilery).
Po pierwsze, klimat. Taki odpowiednik wajbu z naszych muzycznych bestek. Kocham zimę, uwielbiam atmosferę odizolowanego, zasypanego śniegiem, mroźnego miejsca gdzie słychać tylko wicher. To chyba rzecz najbliższa statku dryfującego w kosmosie. Bohaterowie są uwięzieni, mają ograniczone zasoby i możliwość obrony, tak jak w „Obcym”. „The Thing” idzie jednak o krok dalej, do czego wrócę.
Klimat podbijają piękne zdjęcia, scenografia oraz muzyka. To ostatnie skomponował Ennio Morricone, co może zaskakiwać, bo Carpenter do większości swoich filmów sam robił muzykę. Ostatecznie, Morricone nagrał soundtrack elektroniczno-orkiestrowy, z głównym motywem brzmiącym jak coś nagranego przez Carpentera. Sam Carpenter dograł parę muzycznych fragmentów, większość była raczej dronowo-ambientowa, można poznać w filmie które to są fragmenty. W każdym razie, muzyka jest rewelacyjna, te mroczne syntezatory robią robotę, jak mało co. Tu nie ma miejsca na epickie, bogate aranżacyjnie dzieła orkiestrowe, bo to by po prostu nie działało. Co innego minimalistyczna, analogowa elektronika. Jak to ładnie mawiają Anglicy - a match made in heaven.
Klimat w takim filmie to już jest 1/3 sukcesu. Drugą 1/3 jest intryga, która straszy. Trzecią jest tak zwany „potwór”. W tym wypadku nie jest to potwór, tylko obcy organizm, który tworzy potwory, ale nie tylko, bo dokonuje też asymilacji, tworząc perfekcyjne duplikaty tego z czym weszło w reakcję (oczywiście organicznego). To jest nadal jeden z najzajebistszych pomysłów gatunku i wyróżnia „The Thing” wśród innych tego typu dzieł. Z tym wiąże się też inny problem dla głównych bohaterów, bo „coś” może zmienić się w każdego z nich, wystarczy że ktoś na chwilę zniknie z oczu i już jest podejrzany. O to mi chodziło, kiedy pisałem, że „The Thing” idzie o krok dalej niż „Obcy”. W tym drugim, wiadomo było komu ufać, natomiast organizm z „Coś”” powoduje zamęt nie tylko atakując bohaterów, ale też skłócając ich ze sobą, wpędzając w paranoję, bo nikomu nie można ufać. Każdy może być, z braku innego słowa, cosiem. Ta paranoja udziela się widzowi, bo pokazane jest nam dokładnie tyle, żeby każdego podejrzewać. Pomimo, że głównym bohaterem jest de facto MacReady, to kamera nie śledzi go przez cały czas, zatem i on na pewnym etapie zaczyna wydawać się podejrzany. Pod tym względem „The Thing” jest absolutnym mistrzostwem, nie tylko gatunku horror sci-fi, ale w ogóle. Zwłaszcza wrażenie robi zakończenie. Do dziś fani spierają się kto ostatecznie pozostał zakażony, MacReady, czy Childs. Czy żaden z nich. Film nie daje na to odpowiedzi i szczerze mam nadzieję, że nie powstanie sequel, który będzie próbował to wyjaśniać. Istnieje wprawdzie gra, która kontynuuje te historię, ale nie grałem w nią, więc nie wiem, jak tam to fabularnie załatwili.
Obsada filmu jest doskonała. Każda z postaci jest unikatowa, a aktorzy bardzo się o to postarali. Mamy tu piękny przekrój po charakterach i specjalizacjach, co jeszcze bardziej gmatwa kwestię paranoi i braku zaufania (np. Childs jest porywczy, nie chce się poddać testom, a Blair jako pierwszy zauważa w jak tragicznej sytuacji są, co potem okazuje się być ściemą). W „The Thing”, poza Russelem, wystąpiło kilka legend np. Wilford Brimley.
Efekty specjalne w tym filmie to absolutne mistrzostwo, jak na 1982 r. Piękne, starannie przygotowane praktyczne efekty. Do tej pory zastanawiam się, jak udało im się zrobić niektóre rzeczy, jak wprawić w niektóre kukły w ruch żeby nie było widać jakiegoś mechanizmu, sznurków, czy innych gówien. Za wszystko to odpowiadał Rob Bottin i jego ekipa. To, co udało im się zrobić, do dziś robi wrażenie.
„The Thing” został piękne i zmyślnie nakręcony. Wbrew pozorom, nie pokazuje się aż tak dużo (na pewno nie tyle, co w prequelu), a atmosferę grozy budują doskonałe ujęcia i sceny. Rzut na zmrożony krajobraz tu, na zamyśloną twarz Kurta Russela tam, drobiazgi, które wspomagają, o ile nie tworzą narrację tego dzieła. Monolog MacReady'ego w połowie filmu jest piękny. Scena kiedy pies wchodzi do pokoju Clarka i widać tylko jego cień, jeży włos na głowie. Podobnie jak dźwięki, które wydają stwory. Nie będę się dalej rozpisywał, żeby nie popłynąć w bełkot, ale dla mnie „The Thing” to horror sci-fi idealny. Świetnie napisany, starannie przygotowany (efekty, muzyka, dźwięk), przemyślany, straszący nie głupimi jump-scare’ami, ale róznymi ciekawymi zabiegami fabularnymi i genialnie wykreowaną atmosferą. Do tego fenomenalna obsada, kultowe dialogi i kwestie („How long were you alone with that dog?”, „I just cannot believe any of this voodoo bullshit”) i mamy wszystko co trzeba. Carpenter jest prawdziwym mistrzem gatunku.
Na fali pisania o „The Thing”, odświeżyłem sobie dzisiaj prequel z 2011 r. i niestety, jest znacznie gorszy niż pamiętałem. Niestety brakuje mu całkowicie klimatu, potwora widać cały czas, nie ma nawet przez chwilę tej niepewności kto jest zakażony, bo i tak wiadomo kto. Ponadto, o czym już pisałem kiedyś, absolutnie fatalne efekty komputerowe, które przypominają w porywach gry z PlayStation 3. Praktyczne efekty z oryginału może są stare, ale przynajmniej są wiarygodne i nie ma się wątpliwości, że te wszystkie maszkary fizycznie był na planie (bo były). Najgorsze, że niemal całe „The Thing 2011” nakręcono z takimi efektami, co można zobaczyć na YT lub na fotach w necie. Niestety wtedy wkroczyło studio i kazało nakręcić wszystko od nowa z efektami z kompa, bo takie był modne. Ostateczny efekt jest tragiczny. To wielka potwarz dla Toma Woodruffa Jr’a i firmy Amalgamated Dynamics (zajmowali się między innymi efektami do filmów z Obcym), którzy ciężko pracowali nad praktycznymi efektami, a jej efekty poszły w całości do kosza. Film w ogóle nie jest straszny, „coś” wygląda tandetnie i pozostaje tylko schować twarz w dłoniach. Poza tym, „TT2011” ma fatalną muzykę. Marco Beltrami ma zero poszanowania do oryginalnych filmów, bo ten sam numer odwalił z „Terminatorem 3”, robiąc generyczny, orkiestrowy soundtrack. Fabularnie jest ok, chociaż tak jak pisałem, brakuje tego dreszczu kiedy zastanawiamy się kto jest człowiekiem, a kto nie i generalnie często robi się z widza idiotę, tłumacząc wszystko jak dziecku. Zakończenie z asymilacją Cartera nie ma absolutnie żadnego sensu. Najlepsza scena całości, to finał, który bezpośrednio łączy się z oryginalnym „The Thing”, z muzyka Morricone w tle. Ciary gwarantowane. Generalnie film robi dobrą robotę, pokazując jak doszło do różnych rzeczy pokazanych w oryginale, a to nie jest łatwa robota kiedy trzeba pisać historię od tyłu. I to tyle, niestety nie jest to najlepszy film.
Krótko podsumowując, Wuja ma u mnie łatwe 20/10, bo wrzucił klasyka, którego uwielbiam od lat. Mam nawet książkę „Coś” i zaraz ją sobie odświeżę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Też mam książkę i jako, że w poniedziałek jadę na tydzień służbowo nad morze, to sobie ją wezmę i przeczytam.
Piękna recka Hien. Masz Ty dar do pisania. Tak w ogóle to z góry zakładałem, że z Twojej strony w przypadku The Thing nie muszę się niczego obawiać.
Piękna recka Hien. Masz Ty dar do pisania. Tak w ogóle to z góry zakładałem, że z Twojej strony w przypadku The Thing nie muszę się niczego obawiać.
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Może się mylę, ale wydaje mi się, że jak ktoś kocha "Obcego" to musi umieć docenić "Coś". Mimo, że to są różne filmy, to jednak mają ze sobą bardzo dużo wspólnych rzeczy, nawet takich niewidocznych gołym okiem, wiszących w powietrzu, takich które powodują, że te serie przyciągają do siebie konkretnych ludzi. Zrobiłem sobie dziś seans The Thing 2011 i The Thing (w tej kolejności, żeby było chronologicznie) i po prostu klimat jaki te filmy wywołują sprawia, że czuję się jak w domu. Jeśli miałbym wskazać jakaś moją strefę komfortu w kinie, to by były właśnie tego typu dzieła.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mam dokładnie tak samo.
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i jak Wam idzie The Thing? Ktoś jeszcze obejrzał/planuje w najbliższym czasie?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Może "Coś" już ich przechwyciło. 
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zakładam, że ludzie po asymilacji jeszcze chętniej oglądają "Coś" xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Coś tam obejrzeliście?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Będę oglądał albo w piątek albo w niedzielę (ale wieczorem, więc w najgorszym wypadku recka wjedzie w poniedziałek).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No i co Musiał, obejrzałeś? Czy ktokolwiek inny?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18316
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Do tej pory wszyscy są już imitacjami samych siebie. Trzeba wykonać testy.
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jeszcze nie ;___;
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No spoko, miesiąc mija od ostatniej (i jedynej) recenzji, a tylko Dev się odezwał, w dodatku, że nie oglądał. Pozdro xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13788
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Coś nie pykło z tym filmem, hy.
Jak COŚ to ja też nie oglądałem xd
Jak COŚ to ja też nie oglądałem xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Panowie pls jakiś update, kto obejrzał, kto nie, kto się zbiera, kto już olał. Kto się nie wypowie w tym temacie do końca tygodnia, ten ma małego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
W piątek mam wolne! Ten film jest na jakimś streamingu?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24625
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jest na cda, link in bio.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7379
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To postaram się w piątek przycisnąć!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl