Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kraftwerk - Tour de France
Jeśli miałbym wymienić zespół, który byłby moim największym odkryciem tej zabawy, to zdecydowanie Kraftwerk bym umieścił jako jeden z ostatnich, bo kurdebela - interesować się muzyką elektroniczną w nawet nie jakimś znaczącym stopniu i ich nie znać to trochę tak jakby wypowiadać się o malarstwie nie wiedząc kim był Monet. Tj. pewnie można i w ogóle, ale nie wiadomo po co. Za to jednym z ważniejszych odkryć dla mnie było niewątpliwie to, że poza tymi największymi i ogólnie znanymi albumami nagrywali oni rzeczy nie tylko słuchalne, a nawet nieodstające od nich w żaden sposób poziomem, oraz to, że to generalnie wielki zespół jest i basta. Zawsze niby tak uważałem i pisałem, ale teraz jestem tego pewien jak hazardzista przepierdalający swoje ostatnie pieniądze na siedemnaście rzutów rożnych w meczu Real - Barca czy coś w ten deseń.
Po takim wstępie powinienem pewnie napisać jakiś pean, jakąs laurkę, hymn pochwalny, czy inne cholera wie co. Albo wydaje mi się, że powinienem. I od razu powiem, że tego nie zrobię, bo to po prostu płyta z gatunku tych które są tylko i aż dobre i których tylko i aż dobrze się słucha, ale nic więcej. Być może piszę tak tutaj o co trzeciej płycie i nie będę tutaj jakiś szczególnie oryginalny, ale trudno. Ja ten album doceniam właśnie między innymi za to, bo wychodzę z założenia, że takie płyty są potrzebne, że bez takiej "klasy średniej" dobrych albumów te lepsze by tak nie błyszczały i nie były takie dobre. No i przy okazji, to nasłuchałem się w swoim czasie wystarczająco wiele na temat tego, że ta płyta jest do dupy, bo na niej poszli w jakieś techno, że niby jest to taka siaka i asłuchalna, co jest oczywiście niezaprzeczalnym urokiem tj. efektem ubocznym przebywania w odpowiednich środowiskach i przebywania w odpowiednich miejscach.
Teraz jest ten moment, w którym żałuję, że nie mam talentu literackiego, bo chciałem płynnie przejść do opisu tego kawałka, który roboczo nazwałem sobie suitą, chociaż suitą w sumie nie jest, ale chodzi mi po prostu o te pierwsze pięć utworów na płycie. I są one bardzo dobre, jest w nich to co w Kraftwerku lubię - to mechaniczno-automatyczne brzmienie, które jednocześnie wydaje się być stworzone przez roboty, automaty i wszelkiej maści maszyny, przy tym brzmiąc jednocześnie ludzko i w sumie to sam nie do końca wiem jak oni to łączą, ale to działa i działa więcej niż dobrze. W każdym razie gdybym umiał w barwne i kwieciste metafory tudzież inne opisy, to bym pewnie napisał coś o tym, jak dobrze oddano tutaj ducha wyścigu kolarskiego, tempo peletonu albo wysiłek kolarza, ale nie umiem i nie czuję się na siłach. Oprócz kawałków zatytułowanych Tour de France, mocno mi wrył się też kawałek o innym tytule - Tour de France, w sensie ten wieńczący tę płytę. Ja się tu na początku bałem, bo to dyszenie mi zwiastowało, że wbije z buta Martin Gore i zacznie śpiewać I WANT YOU NOW albo wydarzy się coś innego, równie strasznego, ale dostaliśmy dawkę tego Kraftwerka, który stara się być chwytliwy poprzez powtarzanie w kółko jednej frazy i okazuje się, że taki faktycznie jest. Taką ELEKTROWNIĘ lubię i mógłbym wpieprzać łyżeczkami.
Trochę tutaj dyskryminuję resztę płyty, co robię tyleż świadomie, co niesłusznie. Cóż, przesłuchałem całość dobre kilka razy, chyba trochę za mało na to, by coś mogło u mnie urosnąć, ale z growerami to już tak jest, że one pojawiaja się totalnie losowo i totalnie randomowo wrzyniają. Vitamin będę miał na uwadze, ten kawałek może u mnie kiedyś mocno zapunktować, podoba mi się to soczyste, bujające brzmienie i generalnie kolega Robert miał tu rację twierdząc, że nic a nic się tu nie zestarzało. Reszta też jest po prostu tylko i aż dobra, ale tutaj w zasadzie mogę powtórzyć to co napisałem wcześniej - są to rzeczy tylko i aż dobre.
No i fajnie było, i dobrze było, co się posłuchało, to się doceniło. Kraftwerk wielkim poetą był i basta, a ta płyta jest dobra i elo.
Jeśli miałbym wymienić zespół, który byłby moim największym odkryciem tej zabawy, to zdecydowanie Kraftwerk bym umieścił jako jeden z ostatnich, bo kurdebela - interesować się muzyką elektroniczną w nawet nie jakimś znaczącym stopniu i ich nie znać to trochę tak jakby wypowiadać się o malarstwie nie wiedząc kim był Monet. Tj. pewnie można i w ogóle, ale nie wiadomo po co. Za to jednym z ważniejszych odkryć dla mnie było niewątpliwie to, że poza tymi największymi i ogólnie znanymi albumami nagrywali oni rzeczy nie tylko słuchalne, a nawet nieodstające od nich w żaden sposób poziomem, oraz to, że to generalnie wielki zespół jest i basta. Zawsze niby tak uważałem i pisałem, ale teraz jestem tego pewien jak hazardzista przepierdalający swoje ostatnie pieniądze na siedemnaście rzutów rożnych w meczu Real - Barca czy coś w ten deseń.
Po takim wstępie powinienem pewnie napisać jakiś pean, jakąs laurkę, hymn pochwalny, czy inne cholera wie co. Albo wydaje mi się, że powinienem. I od razu powiem, że tego nie zrobię, bo to po prostu płyta z gatunku tych które są tylko i aż dobre i których tylko i aż dobrze się słucha, ale nic więcej. Być może piszę tak tutaj o co trzeciej płycie i nie będę tutaj jakiś szczególnie oryginalny, ale trudno. Ja ten album doceniam właśnie między innymi za to, bo wychodzę z założenia, że takie płyty są potrzebne, że bez takiej "klasy średniej" dobrych albumów te lepsze by tak nie błyszczały i nie były takie dobre. No i przy okazji, to nasłuchałem się w swoim czasie wystarczająco wiele na temat tego, że ta płyta jest do dupy, bo na niej poszli w jakieś techno, że niby jest to taka siaka i asłuchalna, co jest oczywiście niezaprzeczalnym urokiem tj. efektem ubocznym przebywania w odpowiednich środowiskach i przebywania w odpowiednich miejscach.
Teraz jest ten moment, w którym żałuję, że nie mam talentu literackiego, bo chciałem płynnie przejść do opisu tego kawałka, który roboczo nazwałem sobie suitą, chociaż suitą w sumie nie jest, ale chodzi mi po prostu o te pierwsze pięć utworów na płycie. I są one bardzo dobre, jest w nich to co w Kraftwerku lubię - to mechaniczno-automatyczne brzmienie, które jednocześnie wydaje się być stworzone przez roboty, automaty i wszelkiej maści maszyny, przy tym brzmiąc jednocześnie ludzko i w sumie to sam nie do końca wiem jak oni to łączą, ale to działa i działa więcej niż dobrze. W każdym razie gdybym umiał w barwne i kwieciste metafory tudzież inne opisy, to bym pewnie napisał coś o tym, jak dobrze oddano tutaj ducha wyścigu kolarskiego, tempo peletonu albo wysiłek kolarza, ale nie umiem i nie czuję się na siłach. Oprócz kawałków zatytułowanych Tour de France, mocno mi wrył się też kawałek o innym tytule - Tour de France, w sensie ten wieńczący tę płytę. Ja się tu na początku bałem, bo to dyszenie mi zwiastowało, że wbije z buta Martin Gore i zacznie śpiewać I WANT YOU NOW albo wydarzy się coś innego, równie strasznego, ale dostaliśmy dawkę tego Kraftwerka, który stara się być chwytliwy poprzez powtarzanie w kółko jednej frazy i okazuje się, że taki faktycznie jest. Taką ELEKTROWNIĘ lubię i mógłbym wpieprzać łyżeczkami.
Trochę tutaj dyskryminuję resztę płyty, co robię tyleż świadomie, co niesłusznie. Cóż, przesłuchałem całość dobre kilka razy, chyba trochę za mało na to, by coś mogło u mnie urosnąć, ale z growerami to już tak jest, że one pojawiaja się totalnie losowo i totalnie randomowo wrzyniają. Vitamin będę miał na uwadze, ten kawałek może u mnie kiedyś mocno zapunktować, podoba mi się to soczyste, bujające brzmienie i generalnie kolega Robert miał tu rację twierdząc, że nic a nic się tu nie zestarzało. Reszta też jest po prostu tylko i aż dobra, ale tutaj w zasadzie mogę powtórzyć to co napisałem wcześniej - są to rzeczy tylko i aż dobre.
No i fajnie było, i dobrze było, co się posłuchało, to się doceniło. Kraftwerk wielkim poetą był i basta, a ta płyta jest dobra i elo.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To teraz a-ha! dawaj!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
a-ha East of the Sun, West of the Moon
Moje doświadczenia z a-ha są niezbyt skomplikowane. Wiadome ejtisowe single, które hulały po Złotych Przebojach i innych Starsach znam aż za dobrze, ale specyfika ich nagrań sprawia, że trudno się nimi specjalnie zmęczyć. W przypływie zainteresowania sprawdziłem sobie ichniejszy debiucik. Z całego tego przesłuchiwania pamiętam tylko jeszcze większe docenienie Sun Always Shine..., poza tym nic więcej. Zabrałem się za wrzutę shodanową bez wielkich oczekiwań, a nuż coś się przyjmie.
Zaczyna się od Crying In The Rain, który w ostatnim czasie hulał w rodzinnym mieszkaniu dość często. Moja mamunia ma czasami momentami spotanicznego kontaktu z rzeczami dawno niesłyszanymi. Potem lądują w możliwie najlepszymi jakości na pendrivie i przygrywają w chwilach odpoczynku. Za którymś razem zaskoczyło i u mnie. Ładnie powycinane grzmoty, subtelna melodia śpiewana, elegancka zagrywka gitarowa. Wszystko jest na swoim miejscu, a do tego naprawdę zostaje w głowie na dłużej. Są w tym jakieś większe emocje, gęstszy klimacik w porównaniu do reszty, niestety. A-ha na tej płycie brzmi momentami niczym gorsza kopia jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego amerykańskiego zespołu. Wszystkie numery idą w podobnym tempie, takie średnio szybkie granie pasujące i do radia, i do telewizji pod czołówki seriali. Nie wyłapałem tutaj ani mocy, ani żadnego mroku, jest za to masa charakterystycznego brzmienia z epoki. Perka z puszki, gitarki kompletnie neutralne, ale przynajmniej klawisze brzmią soczyście, trochę baśniowo, wzbudzają lekko odrealnione wrażenia. Na tyle gładziutki i niezbyt różnorodny materiał, że chyba najlepiej wchodzi słuchany w całości.
Tak w pierwszym odruchu najbardziej wyróżniają się Sycamore Leaves i Cold River, bo mają najbardziej rockowy charakter. Ten pierwszy to p r a w i e grunge, z kolei drugi mimo straszne oklepanych patentów ma przecudownie napisany refren. Nieźle tam pracuje klapa od kibla, ale z czasem może się osłuchać jeszcze lepiej. Tak to już jest tutaj - dobre fragmenty zlewają się z całkiem poprawną, choć dość nijaką resztą. Wokalnie w porządku na całej długości, choć mniej to takiego a-ha, jakie pamiętam, więcej dziwnej maniery i inspiracji hamerykańskim graniem. Gdybym nie wiedział, że to oni, to w ogóle bym nie rozpoznał co jest grane. Baardzo doomerska końcówka płyty włącznie z tym dodatkowym głosem "z zewnątrz" w tle xD Generuje jakieś głębsze wrażenia, których nie umiem w sobie odblokować. Momentami bywa strasznie dziaderska, dziaderska z elementami saloonowymi właśnie. Cheesy brzmienie na początku pogłębia saksofon i przez to też nabieram dystansu. Idzie słuchać jako tło, ale tak skrupulatnie zagłębiać się kawałek po kawałku to nie daję rady. Early Morning ma coś w sobie dobrego knopflerowego, duch Dire Straits wisi nad paroma piosenkami tutaj. Te płaczliwe, najwyżej śpiewane to już lekka przesada.
Hierarchia wartości? Crying in the Rain, Cold Rywaa (taki dobry numer, to pod koniec jeszcze wokal musi zacząć brzmieć dziwnie), Sycamore Leaves, a reszta dobra od wielkiego dzwonu.
Moje doświadczenia z a-ha są niezbyt skomplikowane. Wiadome ejtisowe single, które hulały po Złotych Przebojach i innych Starsach znam aż za dobrze, ale specyfika ich nagrań sprawia, że trudno się nimi specjalnie zmęczyć. W przypływie zainteresowania sprawdziłem sobie ichniejszy debiucik. Z całego tego przesłuchiwania pamiętam tylko jeszcze większe docenienie Sun Always Shine..., poza tym nic więcej. Zabrałem się za wrzutę shodanową bez wielkich oczekiwań, a nuż coś się przyjmie.
Zaczyna się od Crying In The Rain, który w ostatnim czasie hulał w rodzinnym mieszkaniu dość często. Moja mamunia ma czasami momentami spotanicznego kontaktu z rzeczami dawno niesłyszanymi. Potem lądują w możliwie najlepszymi jakości na pendrivie i przygrywają w chwilach odpoczynku. Za którymś razem zaskoczyło i u mnie. Ładnie powycinane grzmoty, subtelna melodia śpiewana, elegancka zagrywka gitarowa. Wszystko jest na swoim miejscu, a do tego naprawdę zostaje w głowie na dłużej. Są w tym jakieś większe emocje, gęstszy klimacik w porównaniu do reszty, niestety. A-ha na tej płycie brzmi momentami niczym gorsza kopia jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego amerykańskiego zespołu. Wszystkie numery idą w podobnym tempie, takie średnio szybkie granie pasujące i do radia, i do telewizji pod czołówki seriali. Nie wyłapałem tutaj ani mocy, ani żadnego mroku, jest za to masa charakterystycznego brzmienia z epoki. Perka z puszki, gitarki kompletnie neutralne, ale przynajmniej klawisze brzmią soczyście, trochę baśniowo, wzbudzają lekko odrealnione wrażenia. Na tyle gładziutki i niezbyt różnorodny materiał, że chyba najlepiej wchodzi słuchany w całości.
Tak w pierwszym odruchu najbardziej wyróżniają się Sycamore Leaves i Cold River, bo mają najbardziej rockowy charakter. Ten pierwszy to p r a w i e grunge, z kolei drugi mimo straszne oklepanych patentów ma przecudownie napisany refren. Nieźle tam pracuje klapa od kibla, ale z czasem może się osłuchać jeszcze lepiej. Tak to już jest tutaj - dobre fragmenty zlewają się z całkiem poprawną, choć dość nijaką resztą. Wokalnie w porządku na całej długości, choć mniej to takiego a-ha, jakie pamiętam, więcej dziwnej maniery i inspiracji hamerykańskim graniem. Gdybym nie wiedział, że to oni, to w ogóle bym nie rozpoznał co jest grane. Baardzo doomerska końcówka płyty włącznie z tym dodatkowym głosem "z zewnątrz" w tle xD Generuje jakieś głębsze wrażenia, których nie umiem w sobie odblokować. Momentami bywa strasznie dziaderska, dziaderska z elementami saloonowymi właśnie. Cheesy brzmienie na początku pogłębia saksofon i przez to też nabieram dystansu. Idzie słuchać jako tło, ale tak skrupulatnie zagłębiać się kawałek po kawałku to nie daję rady. Early Morning ma coś w sobie dobrego knopflerowego, duch Dire Straits wisi nad paroma piosenkami tutaj. Te płaczliwe, najwyżej śpiewane to już lekka przesada.
Hierarchia wartości? Crying in the Rain, Cold Rywaa (taki dobry numer, to pod koniec jeszcze wokal musi zacząć brzmieć dziwnie), Sycamore Leaves, a reszta dobra od wielkiego dzwonu.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W sumie nie mam pomysłu na większe podsumowanie TdF Soundtracks. Liczyłem na Hiena i nie zawiódł bardzo przyjemną do poczytania ścianką tekstu. In minus zaskoczył Mudżyn, a reszta na swój sposób walczyła z płytką i było wiele okazałych zwycięstw. Po czasie myślę, że to był dość bezpieczny wybór. Przez jakiś czas żałowałem, że puściłem w tym momencie, ale wyszło lepiej niż mogłem zakładać. Lubię traktowanie płyty jako dobrze skomponowanej opowieści przez którą się płynie. W tym przypadku warto jednak docenić każdy numer z osobna, bo są naprawdę charakterne. Każdy powrót do tej płyty to jeden uśmiech na twarzy pewnego 23latka, hehe
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Dziwna to płyta, to East of the Sun, West of the Moon. Zupełnie nie wiem, jak się zabrać za opis. Dziwne, że już rap czy inny punk były dużo łatwiejsze w dookreślaniu wywoływanych wrażeń.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
a-ha - East of the Sun, West of the Moon
Moje dotychczasowe doświadczenia z grupą a-ha zamykały się w raptem... 3-4 utworach może, w tym singlowym Crying In The Rain. Najlepiej wspominam wrzutkę deva z minionego lata, to było naprawdę miłe zaskoczenie usłyszeć że zrobili taki comeback w nowym tysiącleciu, no i sentymentem darzę wrzucany przez shodana numer który i ja bym w bestce zamieścił ale bardziej przez pozytywne skojarzenie z numerem który dopiero tu wleci w swoim czasie. Czas na pierwsze doświadczenie albumowe zatem.
Nie będę ukrywał, ciężko mi się tego słuchało, na różne rzeczy narzekam w tej bestce, męczyła mnie monotonia Tour De France chociażby ale jednak większy problem sprawiają mi te płyty z lat 80. i 90. będące produkcyjnymi skansenami tamtej epoki, pełne różnych rozwiązań które zestarzały się jak mleko. Miałem wcześniej problem słuchając Stinga, miałem ostatnio problem z Alphaville i tu również niestety źle mi się tego słuchało. Po słuchaniu większości tej płyty w głowie czy w serduchu nie pozostaje nic, spływa ta muza po mnie obojętnie i nawet nie potrafię wykrzesać z siebie pół zdania na temat wielu numerów, z tego względu podkreślę jedynie jakieś ciekawsze punkty płyty. Warto jednak podkreślić na wstępie że w tym morzu mielizny które sprawiało że odsłuch był dla mnie porównywalny z próbą zjedzenia na raz kilogramowego krążka sera bez popity znalazły się dwa całkiem fajne punkciki które wyróżniłem sobie nawet stosownym serduchem na laście, bo tych dwóch numerów słuchało się z prawdziwą przyjemnością.
Crying In The Rain to utwór który kojarzyłem z telewizji ale który nigdy mnie jakoś nie urzekał. Wracając do niego stwierdziłem że jest to ot rzetelna mocno ejtisowa w brzmieniu ballada ale nie jest to utwór na poziomie Stay On These Roads.
East of the Sun nieco zaskoczył u mnie przy drugim odsłuchu, wyróżnia się brzmieniem na tle bardziej serowej reszty. Klimatyczna ballada z fajnym brzmieniem. Synthowe, tajemnicze tło, gitarka, później filmowo brzmiące smyczki.
Rolling Thunder faktycznie klamrą jakby zamyka album nawiązując do otwieracza albumu, tylko tu już bardziej happy endem to zalatuje.
Paradoksalnie jednak najlepiej z całej płyty oceniam przerywnik The Way We Talk oraz niejako outro w postaci (Seemingly) Nonstop July. Ten przerywnik ma bardzo fajny klimat, śpiewany zdaje się jest nie przez wokalistę grupy akurat i ten gość brzmi tutaj jak Bono, lol. Natomiast (Seemingly) Nonstop July to piękna balladka w stylu Beatlesów, to brzmi jakby wyszło spod pióra McCartneya jak dla mnie. Te dwa numery bronią się dla mnie chyba tym że ta produkcja nie zawiera tylu różnych produkcyjnych reliktów tamtej epoki, nie zalatują tak ejtisami, nie ma tanich synthów, tej perki z puszki itp. rzeczy, te kawałki są prostsze ale bardziej ponadczasowe od reszty.
Niestety, nie zaskoczę chyba mówiąc że dwa numery wiosny nie czynią i to za mało by wracać do całości tej płyty, niemniej mają one szansę na pojedyncze powroty. Jak na takie luźne znaleziska albumowe są to chyba jedne z fajniejszych na jakie natrafiłem w tej bestce, mają vibe jaki lubię, fanom tej płyty one chyba mniej leżą akurat bo jak zauważono są nieco z dupy ale w moich oczach ratują nieco odbiór i sprawiają że czas spędzony z płytą nie pójdzie całkiem na marne.
Moje dotychczasowe doświadczenia z grupą a-ha zamykały się w raptem... 3-4 utworach może, w tym singlowym Crying In The Rain. Najlepiej wspominam wrzutkę deva z minionego lata, to było naprawdę miłe zaskoczenie usłyszeć że zrobili taki comeback w nowym tysiącleciu, no i sentymentem darzę wrzucany przez shodana numer który i ja bym w bestce zamieścił ale bardziej przez pozytywne skojarzenie z numerem który dopiero tu wleci w swoim czasie. Czas na pierwsze doświadczenie albumowe zatem.
Nie będę ukrywał, ciężko mi się tego słuchało, na różne rzeczy narzekam w tej bestce, męczyła mnie monotonia Tour De France chociażby ale jednak większy problem sprawiają mi te płyty z lat 80. i 90. będące produkcyjnymi skansenami tamtej epoki, pełne różnych rozwiązań które zestarzały się jak mleko. Miałem wcześniej problem słuchając Stinga, miałem ostatnio problem z Alphaville i tu również niestety źle mi się tego słuchało. Po słuchaniu większości tej płyty w głowie czy w serduchu nie pozostaje nic, spływa ta muza po mnie obojętnie i nawet nie potrafię wykrzesać z siebie pół zdania na temat wielu numerów, z tego względu podkreślę jedynie jakieś ciekawsze punkty płyty. Warto jednak podkreślić na wstępie że w tym morzu mielizny które sprawiało że odsłuch był dla mnie porównywalny z próbą zjedzenia na raz kilogramowego krążka sera bez popity znalazły się dwa całkiem fajne punkciki które wyróżniłem sobie nawet stosownym serduchem na laście, bo tych dwóch numerów słuchało się z prawdziwą przyjemnością.
Crying In The Rain to utwór który kojarzyłem z telewizji ale który nigdy mnie jakoś nie urzekał. Wracając do niego stwierdziłem że jest to ot rzetelna mocno ejtisowa w brzmieniu ballada ale nie jest to utwór na poziomie Stay On These Roads.
East of the Sun nieco zaskoczył u mnie przy drugim odsłuchu, wyróżnia się brzmieniem na tle bardziej serowej reszty. Klimatyczna ballada z fajnym brzmieniem. Synthowe, tajemnicze tło, gitarka, później filmowo brzmiące smyczki.
Rolling Thunder faktycznie klamrą jakby zamyka album nawiązując do otwieracza albumu, tylko tu już bardziej happy endem to zalatuje.
Paradoksalnie jednak najlepiej z całej płyty oceniam przerywnik The Way We Talk oraz niejako outro w postaci (Seemingly) Nonstop July. Ten przerywnik ma bardzo fajny klimat, śpiewany zdaje się jest nie przez wokalistę grupy akurat i ten gość brzmi tutaj jak Bono, lol. Natomiast (Seemingly) Nonstop July to piękna balladka w stylu Beatlesów, to brzmi jakby wyszło spod pióra McCartneya jak dla mnie. Te dwa numery bronią się dla mnie chyba tym że ta produkcja nie zawiera tylu różnych produkcyjnych reliktów tamtej epoki, nie zalatują tak ejtisami, nie ma tanich synthów, tej perki z puszki itp. rzeczy, te kawałki są prostsze ale bardziej ponadczasowe od reszty.
Niestety, nie zaskoczę chyba mówiąc że dwa numery wiosny nie czynią i to za mało by wracać do całości tej płyty, niemniej mają one szansę na pojedyncze powroty. Jak na takie luźne znaleziska albumowe są to chyba jedne z fajniejszych na jakie natrafiłem w tej bestce, mają vibe jaki lubię, fanom tej płyty one chyba mniej leżą akurat bo jak zauważono są nieco z dupy ale w moich oczach ratują nieco odbiór i sprawiają że czas spędzony z płytą nie pójdzie całkiem na marne.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie przypominam że zaraz minie tydzień omawiania ha-ha więc proszę dojeżdżać z reckami, mój szalony plan zakłada że wraz z lipcem otworzymy kolejną kolejkę a zostały nam dwie płyty jeszcze
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Naprawdę szalony plan. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tbh w ogóle nie szalony, pyknąć ha-ha do końca tygodnia, potem zostaną dwa tygodnie na dwie płyty. Kiedyś to była u nas norma. A Ty Wuja powinieneś mieć te ostatnie dwie płyty już porządnie osłuchane, skoro teraz masz wolne.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Eeee wujek to chyba tak ironicznie napisał, zaczynaliśmy kolejkę na majówkę a tu zaraz wakacje będą, trzeba to rozpykać terminowo bo nam letnia kolejka ucieknie heh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Byłoby to niefortunne.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Niezwykle ciężkie zadanie.Hien pisze:13 cze 2023 10:51A Ty Wuja powinieneś mieć te ostatnie dwie płyty już porządnie osłuchane, skoro teraz masz wolne.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Strasznie marudny jesteś jak na kogoś kto jest taki wyluzowany i zadowolony z życia.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zadowolony z życia nie znaczy zadowolony z Waszych albumów. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No Wuja, sam żeś też aż tak nie zaszalał.
ha-ha - East of the Sun, West of the Moon
A-ha to zespół, do którego mam spory sentyment, ale nie licząc hitów, rzadko sięgam po ich twórczość sprzed 2000 roku. „Minor Earth Major Sky” to był absolutny punkt zwrotny w karierze tych Norwegów i przy większości tego co nagrali w tamtej dekadzie, ich katalog z lat 80 i 90 blednie. „East of the Sun” to album, który owszem słyszałem, ale to było tak dawno, że nie pamiętam nawet kiedy to było, na pewno byłem dużo młodszy, owłosiony i szczuplejszy. Bałem się tego powrotu, ale okazało się, że nie było tak źle, chociaż szczególnie dobrze również nie.
Ten album, to coś co osobiście nazywam ‘organicznymi ejtisami’ czyli ejtisami granymi na rockowo, ale z użyciem wszystkich klisz i tandetnych zabiegów, jakie kojarzą się z typowym, bardziej elektronicznym obliczem tej dekady. Kiedy Depeche Mode nagrywali „Violatora”, a U2 „Achtung Baby”, mocno prześcigając swoje czasy i wskazując kierunek nowoczesnej muzyce, A-ha byli jeszcze obiema nogami w latach 80-tych i to słychać. Niby ten album opisywany jest jako mroczniejszy, i jako zerwanie z radio-friendly brzmieniem, ale to wyszło połowicznie.
„Crying in the Rain” zaczyna się fajnie tym tremolo deszczem, wejście instrumentów też robi dobre wrażenie. To rzeczywiście nie jest a-ha jakie znamy. Potem wchodzą wokale i przypominają mi trochę rdzenną amerykańską muzykę. Ogólnie czuć tu vibe Daniela Lanois, co dla mnie oczywiście jest dużym plusem. Ogólnie fajna piosenka sama w sobie.
„Early Mornign” to fajny bluesik jak na a-ha. W tle bardzo cicho majaczy wibrafon. Niestety potem pojawiają się trochę niepotrzebne ejtisowe klawisze. Gitary brzmią fajnie, perkusja również. Bardzo fajny Morten, który pokazuje się w tym kawałku z najlepszej strony. Na tym etapie, płyta prezentuje się jeszcze naprawdę bardzo dobrze.
Przy „I Call Your Name” zaczynają się schody. Wstęp do kawałka daje bardzo silny vibe „Mody na suckes”. Takie rzeczy wychodzą z jakąś klasą, ale tylko w USA, Norwegia w to nie umie. Są takie fragmenty zwrotek, kiedy utwór brzmi jak udawane INXS. Niestety w pozostałym zakresie, są tu grube organiczne ejtisy i to raczej in minus. Nie wiem, może gdyby to był jakiś bożonarodzeniowy kawałek z klipem, w którym a-ha rzucaliby się śnieżkami, to bym to jakoś kupił, a to to raczej średnio.
„Slender Frame” fajnie się zaczyna, jak jakiś numer Mike and the Mechanics, czy coś. Ten motyw na pianinie kojarzy mi się z „Don’t Turn Around” Ace of Base. Brzmienie kawałka nie jest złe, ale sama kompozycja jest taka ze średniej półki, takiej nie najniższej, ale już wystarczającej żeby jakiś Passe-Partout mógł sobie z niej coś wziąć. Jest mroczniej niż standardowe ha-ha przyzwyczaiło, klawiszowa zagrywka na końcu fajna. Ogólnie takie ok z rezerwą.
„East of the sun” intryguje ambientowym intrem. Wchodzi gitara i robi się taki lekko alt-rockowy/metalowy klimat, jakby zaraz miało wejść jakieś Nickelback (ale to nie jest zarzut). Morten Harket mruczy jakby grał to nad ogniskiem, ale nagle wjeżdża refren z tą zajebistą partią orkiestry, którą zaaranżował sam Magne Furuholmen. Bardzo minimalistyczne solo na gitarze pod koniec. Musze przyznać, że im się to naprawdę udało. Może jest patetycznie, ale przynajmniej nie wylewa się z tego ser.
„Sycamore Leaves” to znowu bluesujące a-ha. Fajna produkcja, dobrze brzmiące gitary, może za dużo reverbu na perkusji, ale z drugiej strony, jest ona na tyle dobra, że nie traci szczególnie przez te typowo ejtisowe zabiegi. Morten jest zabawny, bo stara się śpiewać jak jakiś stary rockendrolowiec, którym nie był. Przez to, kawałek brzmi momentami jak pastisz, a nie coś, co ten zespół nagrał na serio. Te takie chóralne, mruczane zaśpiewy brzmią totalnie jak jakieś Alice in Chains. Jestem na rozdrożu z tym kawałkiem, ale bardziej mi się podoba niż nie podoba.
„Waiting for Her” zaczyna się przedziwnie, nie wiadomo co się w ogóle dzieje, i kto i co i ile tu ćpał. Potem wchodzi jednak pełen zespół i muszę powiedzieć, że jestem kupiony, bo numer brzmi trochę jak The War on Drugs (tylko grzeczniej i plastikowo). Jest cheesy i to bardzo mocno, ale mi to nie przeszkadza w tym kawałku. Morten super śpiewa, chórki rozczulają. To jest kawałek z kolekcji ckliwego rocka z filmów romantycznych. Dla mnie to jest spoko.
„Cold River” zaczyna się bębnami ala Phil Collins (gdyby zabrać wszystkie talerze), co w sumie tylko podkreśla ejtisowy rodowód. To jest, jak to ładnie Murzyn określił, „rock z pazurem” czyli generalnie coś bekowo tandetnego i udawanego. Ja nie kupuje takich rzeczy od a-ha, sorry. To od początku, do końca brzmi jakby robili sobie jaja i nagrywali jakiś album z parodiami. Gitary pobrzmiewają trochę Garym Numanem, ale to dla mnie niczego nie ratuje. Cringe river.
„The Way We Talk” przypomina mi bardzo muzykę, którą Robert Holmes zrobił do gry „Gabriel Knight 3”. Taki barowy jazz. Jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Magne ma jakiś dziwny efekt nałożony na wokal i momentami brzmi jak Sting.
„Rolling Thunder” zaczyna się jak „To the Bone” Stevena Wilsona. Morten śpiewa trochę jak Bono pod koniec lat 80 i ogólnie ma to vibe U2 z tamtych czasów. Niestety nagle wchodzą te ejtisowe klawisze i czar pryska. To by był tak dużo lepszy numer gdyby wywalić te wszystkie kliszowe zagrywki na syntezatorze. Gitarowy mostek jest bardzo spoko, ale potem znowu wchodzą te kurewskie klawisze i gitara ala Scorpions, wciągając ten kawałek w ejtisy, w momencie, w którym zaczął on im uciekać. Muszę poszukać jakichś wykonań live, czy coś, bo jest w tym utworze duży potencjał, który jest elegancko miażdżony przez chujowe, ejtisowe zabiegi. Tylko Mortena szkoda, bo on się tu dwoi i troi.
„(Seemingly) Non Stop July” w ostatniej chwili robi nieoczekiwany zwrot. Początek po amerykańsku, ale potem tej Ameryki zaczyna wchodzić coraz więcej. W pierwszej chwili myślałem, że to jakaś podróba „Sympathy for the Devil”, ale numer rozwija się w innym kierunku. Barowe pianino, lekko gospelowy klimat (na maksa brakuje czarnego chóru w tle), klimacik. Morten, pomimo tego tła, nie wchodzi w jakieś fałszywe konwencje, i śpiewa po swojemu. Jeden z najlepszych momentów płyty.
No i co, nie było wcale tak źle. Najpierw Murzyn mnie nastraszył, że to jest słabe, potem pierwszy raz sam posłuchałem i zdałem sobie sprawę, że faktycznie nic nie pamiętam z tej płyty, i że brzmi ona karykaturalnie. Ale kolejne odsłuchy dały mi trochę trzeźwiejszy obraz i ostatecznie mogę powiedzieć, że to jest niezła płyta. Mogła być dużo lepsza, gdyby zespół miał jaja żeby się poważnie odciąć od ejtisowego rodowodu (chociaż podejrzewam, że dla nich wtedy to i tak było drastyczne odcięcie). Może gdyby to nagrali rok później, nie wiem. To nie miejsce na takie dywagacje, ale gdybym miał jakoś określić ten album, to właśnie jako zmarnowany potencjał na coś naprawdę dobrego. W takiej postaci, w jakiej to nagrano i wydano, jest to przyzwoita płyta z kilkoma bardzo dobrymi momentami, kilkoma koszmarnymi i średnią resztą.
ha-ha - East of the Sun, West of the Moon
A-ha to zespół, do którego mam spory sentyment, ale nie licząc hitów, rzadko sięgam po ich twórczość sprzed 2000 roku. „Minor Earth Major Sky” to był absolutny punkt zwrotny w karierze tych Norwegów i przy większości tego co nagrali w tamtej dekadzie, ich katalog z lat 80 i 90 blednie. „East of the Sun” to album, który owszem słyszałem, ale to było tak dawno, że nie pamiętam nawet kiedy to było, na pewno byłem dużo młodszy, owłosiony i szczuplejszy. Bałem się tego powrotu, ale okazało się, że nie było tak źle, chociaż szczególnie dobrze również nie.
Ten album, to coś co osobiście nazywam ‘organicznymi ejtisami’ czyli ejtisami granymi na rockowo, ale z użyciem wszystkich klisz i tandetnych zabiegów, jakie kojarzą się z typowym, bardziej elektronicznym obliczem tej dekady. Kiedy Depeche Mode nagrywali „Violatora”, a U2 „Achtung Baby”, mocno prześcigając swoje czasy i wskazując kierunek nowoczesnej muzyce, A-ha byli jeszcze obiema nogami w latach 80-tych i to słychać. Niby ten album opisywany jest jako mroczniejszy, i jako zerwanie z radio-friendly brzmieniem, ale to wyszło połowicznie.
„Crying in the Rain” zaczyna się fajnie tym tremolo deszczem, wejście instrumentów też robi dobre wrażenie. To rzeczywiście nie jest a-ha jakie znamy. Potem wchodzą wokale i przypominają mi trochę rdzenną amerykańską muzykę. Ogólnie czuć tu vibe Daniela Lanois, co dla mnie oczywiście jest dużym plusem. Ogólnie fajna piosenka sama w sobie.
„Early Mornign” to fajny bluesik jak na a-ha. W tle bardzo cicho majaczy wibrafon. Niestety potem pojawiają się trochę niepotrzebne ejtisowe klawisze. Gitary brzmią fajnie, perkusja również. Bardzo fajny Morten, który pokazuje się w tym kawałku z najlepszej strony. Na tym etapie, płyta prezentuje się jeszcze naprawdę bardzo dobrze.
Przy „I Call Your Name” zaczynają się schody. Wstęp do kawałka daje bardzo silny vibe „Mody na suckes”. Takie rzeczy wychodzą z jakąś klasą, ale tylko w USA, Norwegia w to nie umie. Są takie fragmenty zwrotek, kiedy utwór brzmi jak udawane INXS. Niestety w pozostałym zakresie, są tu grube organiczne ejtisy i to raczej in minus. Nie wiem, może gdyby to był jakiś bożonarodzeniowy kawałek z klipem, w którym a-ha rzucaliby się śnieżkami, to bym to jakoś kupił, a to to raczej średnio.
„Slender Frame” fajnie się zaczyna, jak jakiś numer Mike and the Mechanics, czy coś. Ten motyw na pianinie kojarzy mi się z „Don’t Turn Around” Ace of Base. Brzmienie kawałka nie jest złe, ale sama kompozycja jest taka ze średniej półki, takiej nie najniższej, ale już wystarczającej żeby jakiś Passe-Partout mógł sobie z niej coś wziąć. Jest mroczniej niż standardowe ha-ha przyzwyczaiło, klawiszowa zagrywka na końcu fajna. Ogólnie takie ok z rezerwą.
„East of the sun” intryguje ambientowym intrem. Wchodzi gitara i robi się taki lekko alt-rockowy/metalowy klimat, jakby zaraz miało wejść jakieś Nickelback (ale to nie jest zarzut). Morten Harket mruczy jakby grał to nad ogniskiem, ale nagle wjeżdża refren z tą zajebistą partią orkiestry, którą zaaranżował sam Magne Furuholmen. Bardzo minimalistyczne solo na gitarze pod koniec. Musze przyznać, że im się to naprawdę udało. Może jest patetycznie, ale przynajmniej nie wylewa się z tego ser.
„Sycamore Leaves” to znowu bluesujące a-ha. Fajna produkcja, dobrze brzmiące gitary, może za dużo reverbu na perkusji, ale z drugiej strony, jest ona na tyle dobra, że nie traci szczególnie przez te typowo ejtisowe zabiegi. Morten jest zabawny, bo stara się śpiewać jak jakiś stary rockendrolowiec, którym nie był. Przez to, kawałek brzmi momentami jak pastisz, a nie coś, co ten zespół nagrał na serio. Te takie chóralne, mruczane zaśpiewy brzmią totalnie jak jakieś Alice in Chains. Jestem na rozdrożu z tym kawałkiem, ale bardziej mi się podoba niż nie podoba.
„Waiting for Her” zaczyna się przedziwnie, nie wiadomo co się w ogóle dzieje, i kto i co i ile tu ćpał. Potem wchodzi jednak pełen zespół i muszę powiedzieć, że jestem kupiony, bo numer brzmi trochę jak The War on Drugs (tylko grzeczniej i plastikowo). Jest cheesy i to bardzo mocno, ale mi to nie przeszkadza w tym kawałku. Morten super śpiewa, chórki rozczulają. To jest kawałek z kolekcji ckliwego rocka z filmów romantycznych. Dla mnie to jest spoko.
„Cold River” zaczyna się bębnami ala Phil Collins (gdyby zabrać wszystkie talerze), co w sumie tylko podkreśla ejtisowy rodowód. To jest, jak to ładnie Murzyn określił, „rock z pazurem” czyli generalnie coś bekowo tandetnego i udawanego. Ja nie kupuje takich rzeczy od a-ha, sorry. To od początku, do końca brzmi jakby robili sobie jaja i nagrywali jakiś album z parodiami. Gitary pobrzmiewają trochę Garym Numanem, ale to dla mnie niczego nie ratuje. Cringe river.
„The Way We Talk” przypomina mi bardzo muzykę, którą Robert Holmes zrobił do gry „Gabriel Knight 3”. Taki barowy jazz. Jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Magne ma jakiś dziwny efekt nałożony na wokal i momentami brzmi jak Sting.
„Rolling Thunder” zaczyna się jak „To the Bone” Stevena Wilsona. Morten śpiewa trochę jak Bono pod koniec lat 80 i ogólnie ma to vibe U2 z tamtych czasów. Niestety nagle wchodzą te ejtisowe klawisze i czar pryska. To by był tak dużo lepszy numer gdyby wywalić te wszystkie kliszowe zagrywki na syntezatorze. Gitarowy mostek jest bardzo spoko, ale potem znowu wchodzą te kurewskie klawisze i gitara ala Scorpions, wciągając ten kawałek w ejtisy, w momencie, w którym zaczął on im uciekać. Muszę poszukać jakichś wykonań live, czy coś, bo jest w tym utworze duży potencjał, który jest elegancko miażdżony przez chujowe, ejtisowe zabiegi. Tylko Mortena szkoda, bo on się tu dwoi i troi.
„(Seemingly) Non Stop July” w ostatniej chwili robi nieoczekiwany zwrot. Początek po amerykańsku, ale potem tej Ameryki zaczyna wchodzić coraz więcej. W pierwszej chwili myślałem, że to jakaś podróba „Sympathy for the Devil”, ale numer rozwija się w innym kierunku. Barowe pianino, lekko gospelowy klimat (na maksa brakuje czarnego chóru w tle), klimacik. Morten, pomimo tego tła, nie wchodzi w jakieś fałszywe konwencje, i śpiewa po swojemu. Jeden z najlepszych momentów płyty.
No i co, nie było wcale tak źle. Najpierw Murzyn mnie nastraszył, że to jest słabe, potem pierwszy raz sam posłuchałem i zdałem sobie sprawę, że faktycznie nic nie pamiętam z tej płyty, i że brzmi ona karykaturalnie. Ale kolejne odsłuchy dały mi trochę trzeźwiejszy obraz i ostatecznie mogę powiedzieć, że to jest niezła płyta. Mogła być dużo lepsza, gdyby zespół miał jaja żeby się poważnie odciąć od ejtisowego rodowodu (chociaż podejrzewam, że dla nich wtedy to i tak było drastyczne odcięcie). Może gdyby to nagrali rok później, nie wiem. To nie miejsce na takie dywagacje, ale gdybym miał jakoś określić ten album, to właśnie jako zmarnowany potencjał na coś naprawdę dobrego. W takiej postaci, w jakiej to nagrano i wydano, jest to przyzwoita płyta z kilkoma bardzo dobrymi momentami, kilkoma koszmarnymi i średnią resztą.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Słuchaj Murzyna, a będziesz zimą w sandałach chodził.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, ale w sumie bardziej miał rację, niż nie miał. Nawet nam się ulubione momenty pokrywają.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
a-ha - East of the Sun, West of the Moon
A-ha to zespół znany mi dotąd właściwie z dwóch hitów: Take on Me, bardzo popularnego w polskich radiach oraz wzmiankowanego już tutaj Stay on These Roads. Nie czułem dotąd potrzeby zapoznawania się z większymi fragmentami dyskografii, choć wspomniane przeboje to rzetelne hity. Pomyślałem nawet, że przełom lat 80. i 90. w muzyce pop to taki okres, z którego pochodzi niemało bardzo lubianych przeze mnie piosenek, więc zapowiada się ciekawie.
Zaczęło się bardzo ciekawie - od klimatycznego otwieracza Crying In The Rain. Bardzo spokojne, melancholijne otwarcie, taka typowa piosenka miłosna. Tytułowa fraza to znany motyw, mnie od razu się skojarzył z Keep The Faith, inni pewnie znajdą kolejne skojarzenia. Twarda, surowa perkusja, sympatyczne brzmienie (nie wiem, czy nie zbyt sprzyjające zaśnięciu w miękkim fotelu, zresztą, w nim nie słucham), niezły głos wokalisty. Na początku w ogóle pomyślałem, że się pomyliłem i słucham jakiejś koncertowej wersji WIMS, tak mi się te pierwsze dźwięki skojarzyły. Generalnie fajny początek, nieczęsto spotykany. Następny w kolejce jest Early Morning, gdzie wokal wchodzi z buta. Nie wiem, czy dobrze myślę, czy to tylko takie moje skojarzenie, ale bit mógłby być bardziej podbity, bo kawałek jest dosyć eteryczny i jakiś taki za cichy, przytłumiony. W każdym razie po kolejnym już odsłuchu zyskał pewną sympatię.
Potem mamy I Call Your Name i ta sympatia zaczyna się trochę ulatniać, bo brzmi podobnie do poprzednich, a jest dość mało wyrazisty. Słucham kolejny raz pod rząd, żeby doprecyzować opinię i stwierdzam, że dość szybko zapominam o tym, że w ogóle coś leci. W roli kołysanek sprawdzają się dużo ciekawsze kawałki. Dziwnie brzmią te keyboardy ze stłumionym bitem, w związku z czym, cytując klasyka, "raczej nie".
Slender Frame zaczyna się fajnie, w trochę ciemniejszych barwach, ale potem pojawia się brzmienie, które, moim zdaniem, nie pasuje do tej muzyki (brzmi jak rock zagrany na tych keyboardach, kompletny miszmasz w raczej niedobrym znaczeniu tego słowa). Pojawia się w pewnym momencie ostrzejsza gitara i to jest tutaj fajnie zrobione (koło 2:45-2:50). Czuć jednak, że tempo płyty będzie poważnym problemem, bo usypia. Tytułowy kawałek ma, jak to napisał Hien, fajne, ambientowe wejście. Potem wchodzi gitara. Ten kawałek mógłby być bardziej minimalistyczny. Harket snuje opowieść przy ognisku (aha, Hien pomyślał o tym samym
), potem zaczynają się jakieś dziwne, pseudopodniosłe zaśpiewy, tekst zupełnie nijaki (chciałem wiedzieć, o czym gość tak zawodzi), boję się, że ten zaśpiew będzie chodził po głowie, bo jest okropny.
Sycamore Leaves to chyba najbardziej wyrazisty i, jak dotąd, najlepszy utwór na płycie, z tym chwiejącym się rytmem, nieco innym brzmieniem (gitarowym! wreszcie!), ciekawą linią wokalu (kiedy powtarza tytuł), jest bardziej nerwowo, pojawia się wreszcie napięcie, znika ta senność, partia odpływająca w dal koło 3 minuty jest fajna, mogłoby się już urwać czy wyciszyć, ale nie będę narzekał, jeśli będę chciał do czegoś wrócić, to do tego w pierwszej kolejności. Waiting for Her to taki typowy kawałek z tamtych lat, jak leci w tle, to nie przeszkadza, ale słucha się, kiedy chce się słuchać byle czego, bo na coś więcej brak chęci i sił. Cold River ma znów bardziej rockowe brzmienie - brawo! Fajny kawałek, fajnie bujający jak taki amerykański rock (skojarzenia powędrowały w stronę New Jersey i to tych jajcarskich momentów na płycie), fajny jest ten rytm jak przeskakiwanie z nogi na nogę, czegoś takiego trochę mi brakowało wcześniej. Tzn. w sumie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale z tym pazurem brzmią zwyczajnie naturalniej, lepiej to do nich pasuje.
The Way We Talk to miniaturka, bardzo delikatna, po Cold River już wiem, że bardziej mi pasują w ostrzejszym wydaniu. Coś w tym porównaniu ze Straits jest, to przecież była grupa z wieloma niuansami w twórczości, a tu jest aż za jednolicie. Właśnie, jednolicie: Rolling Thunder. Mam poczucie, że słyszę w nim echa czy to Crying In The Rain, czy to Waiting for Her, no, nie jest to wymarzony finał, raczej senność wraca. (Seemingly) Nonstop July na finał przy delikatnym akompaniamencie, powoli się rozwija, fajna, łagodna, przyjemna dla ucha piosenka.
I jak to wygląda na koniec? Wygląda tak, że płyta w dużej mierze jest monotonna, a na dłuższą metę trudno rozróżnić niektóre utwory, o jakiejś głębszej analizie nie wspominając. To brzmienie... panowie grają taką muzykę, że przydałoby się mniej elektroniki w tym wydaniu, brzmi to, jak Hien napisał, karykaturalnie, a więcej gitarowego brzmienia i wyrazistszego rytmu. Po pierwszym odsłuchu generalnie nie wiedziałem, co napisać, żeby za bardzo nkie zjechać i dobrze, bo potem zaczęło się nieco przegryzać. Na plus: Crying In The Rain, Sycamore Leaves, Cold River, (Seemingly) Nonstop July pewnie się przegryzie, krótkie The Way We Talk też ładne. Większa część płyty to jednak takie tło (tu nawiążę do Dragona, który napisał, że najlepiej się słucha jako całości). Generalnie solidnie, z paroma błyskami na dość matowym tle, z drugiej jednak strony jakiś blamaż też im się nie trafił.
A-ha to zespół znany mi dotąd właściwie z dwóch hitów: Take on Me, bardzo popularnego w polskich radiach oraz wzmiankowanego już tutaj Stay on These Roads. Nie czułem dotąd potrzeby zapoznawania się z większymi fragmentami dyskografii, choć wspomniane przeboje to rzetelne hity. Pomyślałem nawet, że przełom lat 80. i 90. w muzyce pop to taki okres, z którego pochodzi niemało bardzo lubianych przeze mnie piosenek, więc zapowiada się ciekawie.
Zaczęło się bardzo ciekawie - od klimatycznego otwieracza Crying In The Rain. Bardzo spokojne, melancholijne otwarcie, taka typowa piosenka miłosna. Tytułowa fraza to znany motyw, mnie od razu się skojarzył z Keep The Faith, inni pewnie znajdą kolejne skojarzenia. Twarda, surowa perkusja, sympatyczne brzmienie (nie wiem, czy nie zbyt sprzyjające zaśnięciu w miękkim fotelu, zresztą, w nim nie słucham), niezły głos wokalisty. Na początku w ogóle pomyślałem, że się pomyliłem i słucham jakiejś koncertowej wersji WIMS, tak mi się te pierwsze dźwięki skojarzyły. Generalnie fajny początek, nieczęsto spotykany. Następny w kolejce jest Early Morning, gdzie wokal wchodzi z buta. Nie wiem, czy dobrze myślę, czy to tylko takie moje skojarzenie, ale bit mógłby być bardziej podbity, bo kawałek jest dosyć eteryczny i jakiś taki za cichy, przytłumiony. W każdym razie po kolejnym już odsłuchu zyskał pewną sympatię.
Potem mamy I Call Your Name i ta sympatia zaczyna się trochę ulatniać, bo brzmi podobnie do poprzednich, a jest dość mało wyrazisty. Słucham kolejny raz pod rząd, żeby doprecyzować opinię i stwierdzam, że dość szybko zapominam o tym, że w ogóle coś leci. W roli kołysanek sprawdzają się dużo ciekawsze kawałki. Dziwnie brzmią te keyboardy ze stłumionym bitem, w związku z czym, cytując klasyka, "raczej nie".
Slender Frame zaczyna się fajnie, w trochę ciemniejszych barwach, ale potem pojawia się brzmienie, które, moim zdaniem, nie pasuje do tej muzyki (brzmi jak rock zagrany na tych keyboardach, kompletny miszmasz w raczej niedobrym znaczeniu tego słowa). Pojawia się w pewnym momencie ostrzejsza gitara i to jest tutaj fajnie zrobione (koło 2:45-2:50). Czuć jednak, że tempo płyty będzie poważnym problemem, bo usypia. Tytułowy kawałek ma, jak to napisał Hien, fajne, ambientowe wejście. Potem wchodzi gitara. Ten kawałek mógłby być bardziej minimalistyczny. Harket snuje opowieść przy ognisku (aha, Hien pomyślał o tym samym
Sycamore Leaves to chyba najbardziej wyrazisty i, jak dotąd, najlepszy utwór na płycie, z tym chwiejącym się rytmem, nieco innym brzmieniem (gitarowym! wreszcie!), ciekawą linią wokalu (kiedy powtarza tytuł), jest bardziej nerwowo, pojawia się wreszcie napięcie, znika ta senność, partia odpływająca w dal koło 3 minuty jest fajna, mogłoby się już urwać czy wyciszyć, ale nie będę narzekał, jeśli będę chciał do czegoś wrócić, to do tego w pierwszej kolejności. Waiting for Her to taki typowy kawałek z tamtych lat, jak leci w tle, to nie przeszkadza, ale słucha się, kiedy chce się słuchać byle czego, bo na coś więcej brak chęci i sił. Cold River ma znów bardziej rockowe brzmienie - brawo! Fajny kawałek, fajnie bujający jak taki amerykański rock (skojarzenia powędrowały w stronę New Jersey i to tych jajcarskich momentów na płycie), fajny jest ten rytm jak przeskakiwanie z nogi na nogę, czegoś takiego trochę mi brakowało wcześniej. Tzn. w sumie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale z tym pazurem brzmią zwyczajnie naturalniej, lepiej to do nich pasuje.
The Way We Talk to miniaturka, bardzo delikatna, po Cold River już wiem, że bardziej mi pasują w ostrzejszym wydaniu. Coś w tym porównaniu ze Straits jest, to przecież była grupa z wieloma niuansami w twórczości, a tu jest aż za jednolicie. Właśnie, jednolicie: Rolling Thunder. Mam poczucie, że słyszę w nim echa czy to Crying In The Rain, czy to Waiting for Her, no, nie jest to wymarzony finał, raczej senność wraca. (Seemingly) Nonstop July na finał przy delikatnym akompaniamencie, powoli się rozwija, fajna, łagodna, przyjemna dla ucha piosenka.
I jak to wygląda na koniec? Wygląda tak, że płyta w dużej mierze jest monotonna, a na dłuższą metę trudno rozróżnić niektóre utwory, o jakiejś głębszej analizie nie wspominając. To brzmienie... panowie grają taką muzykę, że przydałoby się mniej elektroniki w tym wydaniu, brzmi to, jak Hien napisał, karykaturalnie, a więcej gitarowego brzmienia i wyrazistszego rytmu. Po pierwszym odsłuchu generalnie nie wiedziałem, co napisać, żeby za bardzo nkie zjechać i dobrze, bo potem zaczęło się nieco przegryzać. Na plus: Crying In The Rain, Sycamore Leaves, Cold River, (Seemingly) Nonstop July pewnie się przegryzie, krótkie The Way We Talk też ładne. Większa część płyty to jednak takie tło (tu nawiążę do Dragona, który napisał, że najlepiej się słucha jako całości). Generalnie solidnie, z paroma błyskami na dość matowym tle, z drugiej jednak strony jakiś blamaż też im się nie trafił.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
a-ha - East of the Sun, West of the Moon
Gdy zobaczyłem, że w tej kolejce recenzjujemy album a-ha stwierdziłem: A-HA. Tak, musiałem rozpocząć tym jakże arcywybornym żartem. Nie będę ukrywał, że twórczość tego słynnego norweskiego zespołu jest mi znana bardzo pobieżnie, tj. kojarzę tylko te dwa oklepane na wszelkie możliwe sposoby hiciory, z czego jednym to rzygam, a drugi to nawet lubię, ale niewiele więcej. Tutaj miało być, że znam, ale RYM twierdzi, że kiedyś przesłuchałem ich debiut - zupełnie go nie pamiętam szczerze mówiąc i pewnikiem to jest jedna z tych popowych płyt na której są dwa-trzy hiciory, jeden deep cut i tona zapychaczy. Spodziewałem się tutaj tego samego.
I tu pytanie - co otrzymałem? No na pewno album zawierający jedenaście piosenek, ale nie do końca to, czego oczekiwałem - jak w życiu. Jak to zwykle na tego typu płytkach bywa (muszę uknuć jakiś roboczy termin na takie albumy, ale szczerze mówiąc ni cholery nie mam do tego weny), zaczyna się całkiem nieźle, bo na podstawie swoich niesamowicie spostrzegawczych obserwacji dostrzegłem, że te najlepsze kąski trafiają na sam początek tracklisty. I faktycznie PŁACZĄC W DESZCZU to solidny popowy hicior z tamtej epoki - trochę rzewny, ale jeszcze bez przekroczenia tej granicy między rzewnością a pretensjonalnością HICIOR, których wtedy leciało w radiach i telewizjach muzycznych od groma i jest po prostu fajny o. Taki na zasadzie, że go doceniam, chociaż nie wywołuje u mnie cholera wie jakiej ekstazy ni czegokolwiek innego. Early Morning to klasyczny przedstawiciel gatunku drugich utworów na tej płycie, czyli też hitów, ale już nie aż z takim potencjałem co ich poprzednik, no i tu jest imo gorzej. Nie wiem co to cholera miało być, ale nie bierze mnie to w ogóle i dla mnie to zdecydowanie jeden z utworów w historii muzyki i nic poza tym.
I Call Your Name ma ten śmieszny saksofon podpieprzony Robertowi Chojnackiemu i jakiś taki vibe Simple Minds, ale raczej nie będącego w szczytowej formie. Internety mówią mi, że to też miał być singiel i nawet mnie to nie dziwi, ale chyba nie ma co liczyć na to, że ten kawałek trafi do którejś z kolejnych bestek.
Slender Frame jest zaskakująco przyjemne, jak na jeden z niby-fillerów. Kompozycja może nie jest szczególnie wyrafinowana, ale pies to trącał, skoro mi się po prostu podoba. Przyjemne intro, mocny refren i dużo zaskakująco fajnych zagrywek na gitarsonach i pianinku. Pochylę się nad ostatnim kawałkiem strony A, prawietytułowym East of the Sun, bo imo jest nad czym. Wstęp mnie trochę rozczulił, takie nibyambientowe zagrywki na popowych albumach zawsze przypominają mi o tym słynnym momencie w dziejach muzyki, gdzie na którejś kasecie Bayer Full znalazł się kawałek brzmiący jak jakieś Swans - ta bardziej zmemizowana część z was pewnie będzie wiedzieć o co mi chodzi. Jestem niemniej kolejny raz zaskoczony, bo to naprawdę całkiem zgrabna balladka, taka z gatunku wręcz prostych i oczywistych. Takie patetyczne rzeczy dość łatwo sknocić, przeszarżować, ale tutaj = mimo próby dokonania z tego za pomocą zaaranżowania orkiesty - przeszarżować się nie udało, a skoro tak, to całość działa i kropka.
Generalnie to póki co ja tu widzę, że panowie Norwedzy ogarniają subtelną sztukę odpowiedniego dawkowania EMOCJI, a za to niewątpliwie spory plus. A skoro tak jest, to póki co jesteśmy w domu i spotkanie ze stroną A uznałem za zaskakująco przyjemne.
Ale każda moneta ma dwie strony czy coś w ten deseń. Sycamore Leaves zaczyna się... interesująco. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tutaj czegoś, co będzie zalatywać Alice in Chains i to aż tak. Szczerze mówiąc to mam aż dysonans, bo trochę mi to zalatuje czymś pokroju pastiszu tego typu grania ale przy tym jest zaskakująco niezłe. Może ciut za długie, ale nadal nie mam zamiaru narzekać.
Nie wiem kto wpadł na pomysł, by Waiting for Her umieścić jako kolejny kawałek, ale jeśli założymy, że tracklista nie była układana metodą chybił-trafił, to zaryzykuję tezę, że ten ktoś miewał w życiu lepsze pomysły. To akurat, niestety, jeden ze słabszych momentów całości i każe mi odszczekać te słowa o umiejętności trzymania patosu w ryzach, bo lukier to tutaj się wylewa i generalnie całość ma vibe tysiąca Meatloafów, a każdy z nich zjadł tonę cukierków, co sprawia, że trochę czuję się jak w reklamie Merci czy coś. No nie przekonam się, chociaż chórki w refrenach mają potencjał.
Cold River też nie trafi do mojego panteonu czegokolwiek. Chyba, że kiedyś z jakichś przyczyn stworzę panteon najbardziej nijakich rockerskich kawałków - wtedy umieściłbym go bardzo wysoko. Jak ostatnio byłem w Krakowie (blisko 2 lata temu lol, ale to leci), to odwiedziłem z kolegami taki ROCKOWY pub gdzieś na rynku, gdzie na playliście dominowało takie generyczne, nijakie granie z gitarami i pamiętam, że po jakichś 40 minutach mieliśmy dość - myślę, że ten kawałek by tam pasował idealnie. Końcówka niby ciekawa, ale na pewno nie ratuje całości.
The Way We Talk to akurat całkiem spoko miniaturka. Wokal mocno mi zalatuje jakimś INDIE z okolic przełomu lat 00/10 i znowu mam ten pieprzony dysonans, ale pianinko jest fajne i robi robotę. Plusik generalnie.
Rolling Thunder też mnie nie bierze, taki niby power pop, ale bez energii, tj. jakaś może tu jest, ale taka, której nie czuje, z którą nie rezonuję i mnie nie bierze. Problemem nawet nie jest ta dawka patosu, po prostu całość ma fajne momenty i jakiś tam potencjał, ale znowu czuję się jakbym słuchał jakiegoś pastiszu U2, a umówmy się, że nie jestem jakimś wielkim fanem U2.
Zmierzamy do końca. Przed odsłuchem ostatniego kawałka byłem ciekaw, do licha, z czym będziemy mieć do czynienia, bo póki co druga strona tej płyty oferuje nam praktycznie WSZYSTKO. Zamiast black metalu z domieszką dark ambientu dostałem takie se o akustyczne granie. Do przeżycia, mnie nie porwało.
Generalne wrażenie ze strony B jest takie, że straszny tutaj stylistyczny misz-masz panuje, każdy kawałek z innej parafii praktycznie, ale też prawie każdy brzmi jak pośledniejsza kopia i zdecydowanie więcej tu zapychaczy niż ciekawych momentach. Tego akurat się spodziewałem, więc generalnie nie czuję się zaskoczony, mimo iż przy opisie co drugiej kompozycji pisałem o sporym zaskoczeniu.
Ogólnie to ten - nie jest źle na pewno. Bałem się, że odsłuchiwanie tej płyty kawałek po kawałku może wywołać u mnie reakcje natury różnorakiej, refluksy i refleksje na temat tego, że znienawidzę tę płytę gdzieś w okolicach 7-8 piosenki. Nie było tak źle - parę hitów, parę ciekawostek, zapychaczy chyba mniej niż się spodziewałem. Znowu nie spodziewam się powrotów do całości, ale summa summarum było całkiem nieźle. Teraz czekam na wasze opinie na temat (starej) TELEWIZJI.
Gdy zobaczyłem, że w tej kolejce recenzjujemy album a-ha stwierdziłem: A-HA. Tak, musiałem rozpocząć tym jakże arcywybornym żartem. Nie będę ukrywał, że twórczość tego słynnego norweskiego zespołu jest mi znana bardzo pobieżnie, tj. kojarzę tylko te dwa oklepane na wszelkie możliwe sposoby hiciory, z czego jednym to rzygam, a drugi to nawet lubię, ale niewiele więcej. Tutaj miało być, że znam, ale RYM twierdzi, że kiedyś przesłuchałem ich debiut - zupełnie go nie pamiętam szczerze mówiąc i pewnikiem to jest jedna z tych popowych płyt na której są dwa-trzy hiciory, jeden deep cut i tona zapychaczy. Spodziewałem się tutaj tego samego.
I tu pytanie - co otrzymałem? No na pewno album zawierający jedenaście piosenek, ale nie do końca to, czego oczekiwałem - jak w życiu. Jak to zwykle na tego typu płytkach bywa (muszę uknuć jakiś roboczy termin na takie albumy, ale szczerze mówiąc ni cholery nie mam do tego weny), zaczyna się całkiem nieźle, bo na podstawie swoich niesamowicie spostrzegawczych obserwacji dostrzegłem, że te najlepsze kąski trafiają na sam początek tracklisty. I faktycznie PŁACZĄC W DESZCZU to solidny popowy hicior z tamtej epoki - trochę rzewny, ale jeszcze bez przekroczenia tej granicy między rzewnością a pretensjonalnością HICIOR, których wtedy leciało w radiach i telewizjach muzycznych od groma i jest po prostu fajny o. Taki na zasadzie, że go doceniam, chociaż nie wywołuje u mnie cholera wie jakiej ekstazy ni czegokolwiek innego. Early Morning to klasyczny przedstawiciel gatunku drugich utworów na tej płycie, czyli też hitów, ale już nie aż z takim potencjałem co ich poprzednik, no i tu jest imo gorzej. Nie wiem co to cholera miało być, ale nie bierze mnie to w ogóle i dla mnie to zdecydowanie jeden z utworów w historii muzyki i nic poza tym.
I Call Your Name ma ten śmieszny saksofon podpieprzony Robertowi Chojnackiemu i jakiś taki vibe Simple Minds, ale raczej nie będącego w szczytowej formie. Internety mówią mi, że to też miał być singiel i nawet mnie to nie dziwi, ale chyba nie ma co liczyć na to, że ten kawałek trafi do którejś z kolejnych bestek.
Slender Frame jest zaskakująco przyjemne, jak na jeden z niby-fillerów. Kompozycja może nie jest szczególnie wyrafinowana, ale pies to trącał, skoro mi się po prostu podoba. Przyjemne intro, mocny refren i dużo zaskakująco fajnych zagrywek na gitarsonach i pianinku. Pochylę się nad ostatnim kawałkiem strony A, prawietytułowym East of the Sun, bo imo jest nad czym. Wstęp mnie trochę rozczulił, takie nibyambientowe zagrywki na popowych albumach zawsze przypominają mi o tym słynnym momencie w dziejach muzyki, gdzie na którejś kasecie Bayer Full znalazł się kawałek brzmiący jak jakieś Swans - ta bardziej zmemizowana część z was pewnie będzie wiedzieć o co mi chodzi. Jestem niemniej kolejny raz zaskoczony, bo to naprawdę całkiem zgrabna balladka, taka z gatunku wręcz prostych i oczywistych. Takie patetyczne rzeczy dość łatwo sknocić, przeszarżować, ale tutaj = mimo próby dokonania z tego za pomocą zaaranżowania orkiesty - przeszarżować się nie udało, a skoro tak, to całość działa i kropka.
Generalnie to póki co ja tu widzę, że panowie Norwedzy ogarniają subtelną sztukę odpowiedniego dawkowania EMOCJI, a za to niewątpliwie spory plus. A skoro tak jest, to póki co jesteśmy w domu i spotkanie ze stroną A uznałem za zaskakująco przyjemne.
Ale każda moneta ma dwie strony czy coś w ten deseń. Sycamore Leaves zaczyna się... interesująco. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tutaj czegoś, co będzie zalatywać Alice in Chains i to aż tak. Szczerze mówiąc to mam aż dysonans, bo trochę mi to zalatuje czymś pokroju pastiszu tego typu grania ale przy tym jest zaskakująco niezłe. Może ciut za długie, ale nadal nie mam zamiaru narzekać.
Nie wiem kto wpadł na pomysł, by Waiting for Her umieścić jako kolejny kawałek, ale jeśli założymy, że tracklista nie była układana metodą chybił-trafił, to zaryzykuję tezę, że ten ktoś miewał w życiu lepsze pomysły. To akurat, niestety, jeden ze słabszych momentów całości i każe mi odszczekać te słowa o umiejętności trzymania patosu w ryzach, bo lukier to tutaj się wylewa i generalnie całość ma vibe tysiąca Meatloafów, a każdy z nich zjadł tonę cukierków, co sprawia, że trochę czuję się jak w reklamie Merci czy coś. No nie przekonam się, chociaż chórki w refrenach mają potencjał.
Cold River też nie trafi do mojego panteonu czegokolwiek. Chyba, że kiedyś z jakichś przyczyn stworzę panteon najbardziej nijakich rockerskich kawałków - wtedy umieściłbym go bardzo wysoko. Jak ostatnio byłem w Krakowie (blisko 2 lata temu lol, ale to leci), to odwiedziłem z kolegami taki ROCKOWY pub gdzieś na rynku, gdzie na playliście dominowało takie generyczne, nijakie granie z gitarami i pamiętam, że po jakichś 40 minutach mieliśmy dość - myślę, że ten kawałek by tam pasował idealnie. Końcówka niby ciekawa, ale na pewno nie ratuje całości.
The Way We Talk to akurat całkiem spoko miniaturka. Wokal mocno mi zalatuje jakimś INDIE z okolic przełomu lat 00/10 i znowu mam ten pieprzony dysonans, ale pianinko jest fajne i robi robotę. Plusik generalnie.
Rolling Thunder też mnie nie bierze, taki niby power pop, ale bez energii, tj. jakaś może tu jest, ale taka, której nie czuje, z którą nie rezonuję i mnie nie bierze. Problemem nawet nie jest ta dawka patosu, po prostu całość ma fajne momenty i jakiś tam potencjał, ale znowu czuję się jakbym słuchał jakiegoś pastiszu U2, a umówmy się, że nie jestem jakimś wielkim fanem U2.
Zmierzamy do końca. Przed odsłuchem ostatniego kawałka byłem ciekaw, do licha, z czym będziemy mieć do czynienia, bo póki co druga strona tej płyty oferuje nam praktycznie WSZYSTKO. Zamiast black metalu z domieszką dark ambientu dostałem takie se o akustyczne granie. Do przeżycia, mnie nie porwało.
Generalne wrażenie ze strony B jest takie, że straszny tutaj stylistyczny misz-masz panuje, każdy kawałek z innej parafii praktycznie, ale też prawie każdy brzmi jak pośledniejsza kopia i zdecydowanie więcej tu zapychaczy niż ciekawych momentach. Tego akurat się spodziewałem, więc generalnie nie czuję się zaskoczony, mimo iż przy opisie co drugiej kompozycji pisałem o sporym zaskoczeniu.
Ogólnie to ten - nie jest źle na pewno. Bałem się, że odsłuchiwanie tej płyty kawałek po kawałku może wywołać u mnie reakcje natury różnorakiej, refluksy i refleksje na temat tego, że znienawidzę tę płytę gdzieś w okolicach 7-8 piosenki. Nie było tak źle - parę hitów, parę ciekawostek, zapychaczy chyba mniej niż się spodziewałem. Znowu nie spodziewam się powrotów do całości, ale summa summarum było całkiem nieźle. Teraz czekam na wasze opinie na temat (starej) TELEWIZJI.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Chyba wszyscy, więc podsumuję krótko. Dev zdecydowanie pozytywnie, reszta poznała się średnio lub wcale. W sumie się nie dziwię, skoro większość deklarowała, że znała a-ha z dwóch utworów. Brak osłuchania, obycia. Dev zna zespół i ten album dużo lepiej i to od razu po opisie widać. Ja znam album od 1991r. więc dla mnie to też zupełnie inny poziom wrażeń. Gdybym go po raz pierwszy usłyszał dzisiaj, to możliwe, że też bym pomarudził. Ale pamiętam, jak mnie ta muzyka te 30 lat temu jarała. I w sumie jara do dziś. Inne albumy a-ha są mi w zasadzie obojętne, ten album nie.
Dziwi mnie trochę argumentacja Malkolita, że brak tu energii i muzyka sprzyja zasypianiu. Tym bardziej, że sam często zapodaje muzykę bardzo spokojną. Nigdzie nie jest w sumie napisane, że utwory spokojne są gorsze od tych narowistych. Nie w tym rzecz.
Co ciekawe Dragon twierdzi, że materiał jest gładziutki (o tak, wreszcie powróciło słynne dragonowe określenie, którego sława sięga już chyba nawet poza nasz gwiazdozbiór
) i niezbyt różnorodny, a Mentos mówi z kolei o miszmaszu stylistycznym. Jakże różny odbiór tego samego albumu!
No ale w sumie nie jest tak źle. Bywało gorzej i to w przypadku lepszych albumów.
Dziwi mnie trochę argumentacja Malkolita, że brak tu energii i muzyka sprzyja zasypianiu. Tym bardziej, że sam często zapodaje muzykę bardzo spokojną. Nigdzie nie jest w sumie napisane, że utwory spokojne są gorsze od tych narowistych. Nie w tym rzecz.
Co ciekawe Dragon twierdzi, że materiał jest gładziutki (o tak, wreszcie powróciło słynne dragonowe określenie, którego sława sięga już chyba nawet poza nasz gwiazdozbiór
No ale w sumie nie jest tak źle. Bywało gorzej i to w przypadku lepszych albumów.