Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)
Idę się utopić.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lol nie dramatyzujmy, fakt że Melki wody wylał sporo w opisie ale to nie koniec świata xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja wrzucił jeden album, który się ludziom podobał i już kozaczy xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra, jako że zasadniczo Television ogarnęliśmy i zostaje nam jeno Jethro Tull do ogarnięcia to coby nie marnować czasu i móc działać później do przodu proszę
WRZUCAJCIE ALBUMY
WRZUCAJCIE ALBUMY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Junior Boys - Last Exit (2004)
Odpowiadam na ekspresowe powiadomienie, żeby złapać się dobrze w czasie i nie mieć potem wątpliwości. Właśnie myślałem o przygotowaniu sobie wcześniej kilku gotowych opisów... widzę, że trzeba szybciej działać xD Muszę też przeciwdziałać fali rockowo-dziaderskich wrzutek z poprzedniej kolejki. Wracamy do klimatu zapodanego juuż jakiś czas temu. Co ciekawe, w marcu zeszłego roku przewidywałem obecność Last Exit przed Marquee Moon, ale jednak Seba mnie uprzedził xD Choć wtedy pewnie myślałem, że sam wrzucę tutaj jedyną słuszną płytę Television. To propozycja raczej bez poważniejszego kontekstu osobistego. Moi znajomi raczej nie znają tego zespołu. Kawałki z tej płyty nie hulają na imprezach. Z drugiej strony trudno o coś takiego, choć z trzeciej to nie jest najbardziej domatorski electropop na świecie, nagrania są przesiąknięte do pewnego stopnia klubową atmosferą. Bardzo ciekawie zawieszony między Sex Shop Boys, Depeche Mode (ale nie w stylu mhocznych kopistów) i ciepłym housem z epoki. RYM trochę mnie zaskakuje, ale Last dostatecznie poważnie potwierdza, że Młodzi Chłopcy to odkrywka z końcówki liceum. Nie mają zbyt skomplikowanej dyskografii, ale moim zdaniem do trzeciej Begone Dull Care robi się coraz gorzej. Potem następuje poprawa formy, niestety nie na dystansie większych części płyt. Single z Waiting Game wydanego rok temu zniechęciły do sprawdzenia całości.
A tutaj przygoda dopiero się zaczyna. Do całości nie wracam za często, ale przynajmniej połowa hula na tyle regularnie, że odświeżający kontakt to tak naprawdę trzy poważniejsze przypominajki obok plejady hitów otrzaskanych w stopniu podobnym co klasyka Tangerine Dream, Żara czy 99% dyskografii Depeche Mode. Bardzo spójne, dość oszczędne brzmienia nie nudzą przede wszystkim za sprawą doskonałych pomysłów, urozmaicenia tempa, sposobu użycia określonych barw. Cała płyta osnuta jest w atmosferze przyjemnie spędzonego wieczoru, który dopiero się rozkręca. Poza Belloną, krótkim przerywnikiem Neon Rider i Under the Sun to muzyka cały czas obecna w moim życiu. Niektóre serie towarzyszą mi w prozaicznych sytuacjach, doskonale uzupełniają nastroje różne na przestrzeni tych czterech lat. Między prysznicem, goleniem, a spuszczaniem z tonu po intensywnych interakcjach lub podtrzymywaniem wysokich emocji niedługo po zakończeniu, już na odchodne. Najbardziej radiowy potencjał mają High Come Down i Birthday, chyba najmniej tutaj poszukiwań i momentów, w których to instrumentale wychodzą wyraźnie do przodu, dają się poznać w trochę dłuższym kontakcie. Najchętniej wracam do tych lekko przeciągniętych momentów. Już opener (More Than Real) robi dobrze przez specyficzny elektro mostek. Nigdy nie ma przegięcia z intensywnością, materiał nie rozsadza uszu nadmiarem zarówno basu jak i syntezatorowych grubszych tekstur. High Come Down wprowadza trochę bardziej duszącą atmosferę, a nadchodzący potem tytułowy kawałek to pierwszy poważniejszy przystanek, który po prostu roztapia człowieka w fotelu. Wszystkie teksty krążą wokół tematów relacji romantycznych, bywa czasem mniej optymistycznie, ale co to byłaby za płyta, gdyby opatrzono ją tylko jednym odcieniem szarości? Od zawsze moim ulubionym momentem jest finałowa trójeczka. Three Words kojarzy mi się najbardziej z Depeche Mode, ma coś z sobie z ducha violatorowego. Zanim wjedzie poznany przez Was finał, dla wzmocnienia efektu soczystego zwieńczenia muzycznej randki musi być moment najpoważniejszego napięcia, chwili przed ostatecznym oczyszczeniem głowy. Teach Me How To Fight było najbliżej bestki poza When Im Not Around. Lubię to narastanie wrażenia przed popisowym refrenem, przede wszystkim pod względem wokalnym. Ciekawe co będziecie mieli do powiedzenia o Under the Sun - dla mnie to jedyny powód, dla którego nie jest to doskonałość od początku do końca. Klimat lekko się rozmywa, moment gitarowy zupełnie niepotrzebny. Czas na wytchnienie lepiej realizuje wspomniane Three Words, nie odbiega tak bardzo od reszty.
Mam nadzieję, że tym razem już bez żadnych wątpliwości zachęcę do kontaktu z Chłopcami na dobre! Proponuję podstawkę, bo tylko w tym formacie Last Exit znam i wielbię. Dlatego też proponuję własną playlistę.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... bZMkIk-R66
Odpowiadam na ekspresowe powiadomienie, żeby złapać się dobrze w czasie i nie mieć potem wątpliwości. Właśnie myślałem o przygotowaniu sobie wcześniej kilku gotowych opisów... widzę, że trzeba szybciej działać xD Muszę też przeciwdziałać fali rockowo-dziaderskich wrzutek z poprzedniej kolejki. Wracamy do klimatu zapodanego juuż jakiś czas temu. Co ciekawe, w marcu zeszłego roku przewidywałem obecność Last Exit przed Marquee Moon, ale jednak Seba mnie uprzedził xD Choć wtedy pewnie myślałem, że sam wrzucę tutaj jedyną słuszną płytę Television. To propozycja raczej bez poważniejszego kontekstu osobistego. Moi znajomi raczej nie znają tego zespołu. Kawałki z tej płyty nie hulają na imprezach. Z drugiej strony trudno o coś takiego, choć z trzeciej to nie jest najbardziej domatorski electropop na świecie, nagrania są przesiąknięte do pewnego stopnia klubową atmosferą. Bardzo ciekawie zawieszony między Sex Shop Boys, Depeche Mode (ale nie w stylu mhocznych kopistów) i ciepłym housem z epoki. RYM trochę mnie zaskakuje, ale Last dostatecznie poważnie potwierdza, że Młodzi Chłopcy to odkrywka z końcówki liceum. Nie mają zbyt skomplikowanej dyskografii, ale moim zdaniem do trzeciej Begone Dull Care robi się coraz gorzej. Potem następuje poprawa formy, niestety nie na dystansie większych części płyt. Single z Waiting Game wydanego rok temu zniechęciły do sprawdzenia całości.
A tutaj przygoda dopiero się zaczyna. Do całości nie wracam za często, ale przynajmniej połowa hula na tyle regularnie, że odświeżający kontakt to tak naprawdę trzy poważniejsze przypominajki obok plejady hitów otrzaskanych w stopniu podobnym co klasyka Tangerine Dream, Żara czy 99% dyskografii Depeche Mode. Bardzo spójne, dość oszczędne brzmienia nie nudzą przede wszystkim za sprawą doskonałych pomysłów, urozmaicenia tempa, sposobu użycia określonych barw. Cała płyta osnuta jest w atmosferze przyjemnie spędzonego wieczoru, który dopiero się rozkręca. Poza Belloną, krótkim przerywnikiem Neon Rider i Under the Sun to muzyka cały czas obecna w moim życiu. Niektóre serie towarzyszą mi w prozaicznych sytuacjach, doskonale uzupełniają nastroje różne na przestrzeni tych czterech lat. Między prysznicem, goleniem, a spuszczaniem z tonu po intensywnych interakcjach lub podtrzymywaniem wysokich emocji niedługo po zakończeniu, już na odchodne. Najbardziej radiowy potencjał mają High Come Down i Birthday, chyba najmniej tutaj poszukiwań i momentów, w których to instrumentale wychodzą wyraźnie do przodu, dają się poznać w trochę dłuższym kontakcie. Najchętniej wracam do tych lekko przeciągniętych momentów. Już opener (More Than Real) robi dobrze przez specyficzny elektro mostek. Nigdy nie ma przegięcia z intensywnością, materiał nie rozsadza uszu nadmiarem zarówno basu jak i syntezatorowych grubszych tekstur. High Come Down wprowadza trochę bardziej duszącą atmosferę, a nadchodzący potem tytułowy kawałek to pierwszy poważniejszy przystanek, który po prostu roztapia człowieka w fotelu. Wszystkie teksty krążą wokół tematów relacji romantycznych, bywa czasem mniej optymistycznie, ale co to byłaby za płyta, gdyby opatrzono ją tylko jednym odcieniem szarości? Od zawsze moim ulubionym momentem jest finałowa trójeczka. Three Words kojarzy mi się najbardziej z Depeche Mode, ma coś z sobie z ducha violatorowego. Zanim wjedzie poznany przez Was finał, dla wzmocnienia efektu soczystego zwieńczenia muzycznej randki musi być moment najpoważniejszego napięcia, chwili przed ostatecznym oczyszczeniem głowy. Teach Me How To Fight było najbliżej bestki poza When Im Not Around. Lubię to narastanie wrażenia przed popisowym refrenem, przede wszystkim pod względem wokalnym. Ciekawe co będziecie mieli do powiedzenia o Under the Sun - dla mnie to jedyny powód, dla którego nie jest to doskonałość od początku do końca. Klimat lekko się rozmywa, moment gitarowy zupełnie niepotrzebny. Czas na wytchnienie lepiej realizuje wspomniane Three Words, nie odbiega tak bardzo od reszty.
Mam nadzieję, że tym razem już bez żadnych wątpliwości zachęcę do kontaktu z Chłopcami na dobre! Proponuję podstawkę, bo tylko w tym formacie Last Exit znam i wielbię. Dlatego też proponuję własną playlistę.
https://www.youtube.com/playlist?list=P ... bZMkIk-R66
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ciężko będzie mi uciec od rapowych klimatów w drugiej dyszce jeśli mam szczerze dzielić się albumami dla mnie najważniejszymi i takimi które stawiam wśród najlepszych. Jeśli w pierwszej dyszce popełniłem jakiś błąd to ten że nie wrzuciłem tej płyty wtedy. Myślę że do tej pory wrzuciłem wszystkie najważniejsze "kamienie milowe" podczas mojej przygody z tym gatunkiem, pozostało jeszcze to co choć może lirycznie nie było tak bliskie to było po prostu najlepsze, best of Murzynz, czyli sam król...
The Notorious B.I.G. - Life After Death
(1997)
Biggie - król Nowego Jorku - nie tylko dlatego że ja tak twierdzę, to naprawdę był tytuł nadany mu przez muzyczną prasę w roku 1995, zaledwie rok po jego debiutanckim albumie! Koleś miał zaledwie 23 lata wtedy, potraficie to sobie wyobrazić? Zyskał tytuł który przedtem w ogóle nie funkcjonował w obiegu a o który po jego przedwczesnej śmierci walczyć będzie wielu innych. W międzyczasie on sam z drobnego przestępcy z ulic Brooklynu przeistoczył się w rapowego mafioza, ten nowy image wynikający ze zmieniających się trendów w rapie podkreślały jego drogie garnitury, kapelusz i laska - nieodłączny atrybut od czasu wypadku samochodowego w którym ucierpiała jego noga.
Do nagrywania Life After Death Biggie przystępował więc niejako z pozycji lidera, mając za plecami już komercyjny sukces debiutu i receptę na sukces zwiększył tylko nacisk na bardziej wypolerowaną produkcję muzyczną i zapragnął dostarczyć publice produkt równie dobry jak królujący wówczas w mainstreamie pochodzący z Kalifornii Dr Dre i Snoop Dogg. Stan zdrowia nie pozwalał jednak Biggiemu na długie stanie na nogach, zmuszony był więc wówczas nagrywać wokale na album siedząc na krześle w studio co też trochę wpłynęło na fakt że dostarcza teksty z mniejszą energią niż na debiucie, jego flow stało się spokojne i opanowane, na jego szczęście było to jednak spójne z tą nową sceniczną pozą.
Biggie był świadom tego że tworzy dzieło swego życia, mając dużo większe możliwości niż na debiucie sięgnął na tym albumie po całą śmietankę najlepszych producentów oraz gości z różnych stron USA. W efekcie powstał album wielki, być może nawet najlepszy jaki powstał w dziejach gatunku i będący potem wzorem dla wielu innych raperów marzących o sukcesie komercyjnym. Na warstwy tej płyty będącej czymś w rodzaju wypasionego tortu składają się zarówno bangery często gęsto oparte na samplach z lat 80. jak i bardziej uliczne opowiastki, przy których tym razem jednak twarde bity ustąpiły miejsca produkcjom nadającym im niemalże filmowy charakter.
Nie ma sensu bym próbował kawałek po kawałku przedstawić Wam wszystkie zalety tej płyty, zwłaszcza że to będzie kobyła jakiej tu jeszcze nie było dotąd - Life After Death jest bowiem albumem podwójnym tzn. nagranym na dwóch kompaktach tudzież 4 płytach winylowych, zawiera prawie dwie godziny muzyki, wiem że to może być wyzwanie dla niektórych, polecam zatem słuchać po 1 CD na raz. Z mojej strony mogę jedynie podkreślić garść ulubionych numerów. Kick In The Door (jeden z dwóch bitów DJ Premiera na albumie) uwielbiam za rozliczenie się z zazdrosnymi konkurentami z nowojorskiej sceny rapowej (w tym co zabawne pocisnął nawet samemu Premierowi na jego własnym bicie - Premo wyprodukował rok wcześniej bit na którym ich wspólny znajomy Jeru The Damaja dissował Puff Daddy'ego i Bad Boy Records). Sky's The Limit to klasyczny popowo brzmiący singiel będący opowieścią o drodze od zera do milionera na bardzo przyjemnym samplu. Notorious Thugs to legendarny numer z udziałem grupy Bone Thugs-N-Harmony, panowie dograli swoje zwrotki do numeru po czym Big zabrał kawałek do domu, przestudiował go i dopiero osobno dograł swoją zwrotkę starając się naśladować charakterystyczne szybkie flow swoich gości. Jako ostatni wyróżniłbym I Got A Story To Tell, numer który przez długie lata olewałem uważając że ma strasznie kijowy bit i tym samym nie dawałem sobie szansy wysłuchać co Big ma do powiedzenia w tym numerze a to storytelling najwyższej próby, do dziś trwa dyskusja nad tym ile prawdy było w tej opowieści no i do tego to outro, ten człowiek może wymyślał proste patenty ale wiele takich rzeczy robił jako pierwszy, zawsze był o krok przed resztą i gdyby żył obraz rapowej sceny byłby dziś nieco inny z pewnością.
Myślę że wystarczy Wam tego opisu, ta płyta jest już wystarczająco obszerna sama w sobie by niektórych przerazić ale mam nadzieję że zamiast iść się topić pójdziecie zatopić się w tych bitach i opowieściach sprzed 26 lat. Licząc na szybko widzę że Biggiego nie ma z nami już dłużej niż był na tym padole, dożył raptem 25 lat, nagrał dwie płyty za życia i z tak krótką dyskografią przerwaną tragiczną śmiercią został legendą. Jeden z niewielu raperów zasłynął tym że nigdy nie notował własnych tekstów, wszystkie tworzył i nawijał z głowy co oczywiście miało swoje minusy, jak sam mówił stracił przez to pewnie mnóstwo materiału którego starczyłoby na kilka płyt. Dla mnie był jedyny w swoim rodzaju, miał flow, poczucie humoru i charyzmę, miał to coś co elektryzuje i niewielu artystów to posiada.
https://youtube.com/playlist?list=PLhWN ... pMxZNdJBW-
CD1 kończy się na I Got A Story To Tell. Drugą płytę otwiera Notorius Thugs.
P.S. jest nawet lepsza IMO playlista - jako jeden ciągły film z tagami ale nie wiem jak Wam się to odpali czy nie w gdzieś w srodku, najwyżej przewińcie na start. Plus ma taki ten link że jak już odpalisz to zdaje się reklamy nie lecą między numerami potem:
https://youtu.be/rCyWFj0nLyk
The Notorious B.I.G. - Life After Death
(1997)
Biggie - król Nowego Jorku - nie tylko dlatego że ja tak twierdzę, to naprawdę był tytuł nadany mu przez muzyczną prasę w roku 1995, zaledwie rok po jego debiutanckim albumie! Koleś miał zaledwie 23 lata wtedy, potraficie to sobie wyobrazić? Zyskał tytuł który przedtem w ogóle nie funkcjonował w obiegu a o który po jego przedwczesnej śmierci walczyć będzie wielu innych. W międzyczasie on sam z drobnego przestępcy z ulic Brooklynu przeistoczył się w rapowego mafioza, ten nowy image wynikający ze zmieniających się trendów w rapie podkreślały jego drogie garnitury, kapelusz i laska - nieodłączny atrybut od czasu wypadku samochodowego w którym ucierpiała jego noga.
Do nagrywania Life After Death Biggie przystępował więc niejako z pozycji lidera, mając za plecami już komercyjny sukces debiutu i receptę na sukces zwiększył tylko nacisk na bardziej wypolerowaną produkcję muzyczną i zapragnął dostarczyć publice produkt równie dobry jak królujący wówczas w mainstreamie pochodzący z Kalifornii Dr Dre i Snoop Dogg. Stan zdrowia nie pozwalał jednak Biggiemu na długie stanie na nogach, zmuszony był więc wówczas nagrywać wokale na album siedząc na krześle w studio co też trochę wpłynęło na fakt że dostarcza teksty z mniejszą energią niż na debiucie, jego flow stało się spokojne i opanowane, na jego szczęście było to jednak spójne z tą nową sceniczną pozą.
Biggie był świadom tego że tworzy dzieło swego życia, mając dużo większe możliwości niż na debiucie sięgnął na tym albumie po całą śmietankę najlepszych producentów oraz gości z różnych stron USA. W efekcie powstał album wielki, być może nawet najlepszy jaki powstał w dziejach gatunku i będący potem wzorem dla wielu innych raperów marzących o sukcesie komercyjnym. Na warstwy tej płyty będącej czymś w rodzaju wypasionego tortu składają się zarówno bangery często gęsto oparte na samplach z lat 80. jak i bardziej uliczne opowiastki, przy których tym razem jednak twarde bity ustąpiły miejsca produkcjom nadającym im niemalże filmowy charakter.
Nie ma sensu bym próbował kawałek po kawałku przedstawić Wam wszystkie zalety tej płyty, zwłaszcza że to będzie kobyła jakiej tu jeszcze nie było dotąd - Life After Death jest bowiem albumem podwójnym tzn. nagranym na dwóch kompaktach tudzież 4 płytach winylowych, zawiera prawie dwie godziny muzyki, wiem że to może być wyzwanie dla niektórych, polecam zatem słuchać po 1 CD na raz. Z mojej strony mogę jedynie podkreślić garść ulubionych numerów. Kick In The Door (jeden z dwóch bitów DJ Premiera na albumie) uwielbiam za rozliczenie się z zazdrosnymi konkurentami z nowojorskiej sceny rapowej (w tym co zabawne pocisnął nawet samemu Premierowi na jego własnym bicie - Premo wyprodukował rok wcześniej bit na którym ich wspólny znajomy Jeru The Damaja dissował Puff Daddy'ego i Bad Boy Records). Sky's The Limit to klasyczny popowo brzmiący singiel będący opowieścią o drodze od zera do milionera na bardzo przyjemnym samplu. Notorious Thugs to legendarny numer z udziałem grupy Bone Thugs-N-Harmony, panowie dograli swoje zwrotki do numeru po czym Big zabrał kawałek do domu, przestudiował go i dopiero osobno dograł swoją zwrotkę starając się naśladować charakterystyczne szybkie flow swoich gości. Jako ostatni wyróżniłbym I Got A Story To Tell, numer który przez długie lata olewałem uważając że ma strasznie kijowy bit i tym samym nie dawałem sobie szansy wysłuchać co Big ma do powiedzenia w tym numerze a to storytelling najwyższej próby, do dziś trwa dyskusja nad tym ile prawdy było w tej opowieści no i do tego to outro, ten człowiek może wymyślał proste patenty ale wiele takich rzeczy robił jako pierwszy, zawsze był o krok przed resztą i gdyby żył obraz rapowej sceny byłby dziś nieco inny z pewnością.
Myślę że wystarczy Wam tego opisu, ta płyta jest już wystarczająco obszerna sama w sobie by niektórych przerazić ale mam nadzieję że zamiast iść się topić pójdziecie zatopić się w tych bitach i opowieściach sprzed 26 lat. Licząc na szybko widzę że Biggiego nie ma z nami już dłużej niż był na tym padole, dożył raptem 25 lat, nagrał dwie płyty za życia i z tak krótką dyskografią przerwaną tragiczną śmiercią został legendą. Jeden z niewielu raperów zasłynął tym że nigdy nie notował własnych tekstów, wszystkie tworzył i nawijał z głowy co oczywiście miało swoje minusy, jak sam mówił stracił przez to pewnie mnóstwo materiału którego starczyłoby na kilka płyt. Dla mnie był jedyny w swoim rodzaju, miał flow, poczucie humoru i charyzmę, miał to coś co elektryzuje i niewielu artystów to posiada.
https://youtube.com/playlist?list=PLhWN ... pMxZNdJBW-
CD1 kończy się na I Got A Story To Tell. Drugą płytę otwiera Notorius Thugs.
P.S. jest nawet lepsza IMO playlista - jako jeden ciągły film z tagami ale nie wiem jak Wam się to odpali czy nie w gdzieś w srodku, najwyżej przewińcie na start. Plus ma taki ten link że jak już odpalisz to zdaje się reklamy nie lecą między numerami potem:
https://youtu.be/rCyWFj0nLyk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
David Sylvian – Dead Bees on a Cake
Śmiesznie się złożyło, że z wieloma płytami z mojego absolutnego i ścisłego topu, wyskakuję dopiero teraz. Najpierw „Speak”, a teraz „Dead Bees”, płyta dla mnie i w pewnych moich kręgach legendarna oraz jeden z najpiękniejszych momentów w karierze DS-a. Album, który zrobił mi totalne przemeblowanie muzyczne w głowie i stał się soundtrackiem wielu wspaniałych momentów. Swego czasu odrzuciłem nawet ofertę pracy, bo wolałem słuchać tej płyty (długa historia).
Pisałem przy okazji „A Fire in the Forest”, jak poznałem Sylviana, ale przypomnę szybko, że było to przesłuchanie „Blemish” na początku 2010 r. z powodów roztaczanej w moich kręgach legendy tego artysty oraz albumu. Bardzo szybko zakochałem się w muzyce tego faceta oraz w jego głosie, jak również bardzo szybko zacząłem zgłębiać jego dyskografię. Pierwsze przesłuchanie „Dead Bees” to wcale nie był grom z jasnego nieba. Z początku wracałem tylko do „Darkest Dreaming” a reszta jakoś przeleciała mi koło ucha. To jest niejako kontynuacja wątku, który poruszyłem ostatnio, przy którejś recenzji, o tym, że ten sam album lub piosenka potrafią nie zrobić żadnego wrażenia, a jakiś czas potem zrobić piorunujące, w zależności od miliona rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Tamto lato należało do Nine Horses i live dvd „When Poets Dreamed of Angels”.
Nie pamiętam dokładnie, czy to był 2012, czy 2013 rok kiedy „Dead Bees” weszło na pełnej. Zaczęło się od „I Surrender” kiedy wjeżdżałem do miasteczka nad morzem, wieczorem, nagle wszystko było na swoim miejscu z tym utworem. Mam takie swoje dziwne rytuały (zwłaszcza nad morzem), że przed snem lubię słuchać sobie po utworze z jakiejś płyty, i następnego dnia następnym, itd., podobnie rano (tak było z The War on Drugs na przykład). Zacząłem sobie tak słuchać „Dead Bees” i każdy kawałek równał mnie z ziemią w sposób, w który nie sądziłem wcześniej, że byłby w stanie. To był najbardziej satysfakcjonujący i radykalny re-discover albumu w moim dotychczasowym życiu (i dowód na to, że w przypadku Sylviana, podobnie jak z XTC, wszystko prędzej czy później zachwyca). Połączenie „Dead Bees” + morze, okazało się idealne, ale nie mówię tylko o samym morzu, jako morzu, ale też klimacie nadmorskich miasteczek.
Z początku, pisząc tę wrzutkę, postanowiłem opisywać każdy utwór z osobna, ale szybko zaczęła mnie wkurzać moja własna egzaltacja i to, że nie potrafiłem przekazać żadnej interesującej treści w temacie tych piosenek, poza czysto subiektywnym rozpływaniem się. Podświadomie chyba próbowałem wam to tak opisać, żebyście za wszelką cenę „właściwie” odebrali tę płytę, ale to bez sensu. Każdy zrobi to po swojemu, więc nie będę tracił czasu na korygowanie odbioru i napisze ogólniej.
Album jest bardzo gęsty w brzmienia, powiem nawet, że momentami jest to gęstość liczona w Alanach (a to nie jedyny alanowy element). Jednocześnie, „Dead Bees” to bardzo przestrzenna płyta i zawsze fascynowało mnie to, co udało się tutaj Sylvianowi uzyskać. Dużo, a jednak mało, ciepło, a jednak chłodno. Przygrywa wiele przetworzonych gitar, sporo przeszkadzajkowej elektroniki oraz cała gama orientalnego instrumentarium. Sporo numerów jest opartych na loopach, chociaż nie zawsze będzie to tak oczywiste, jak np. w utworach wykonawców hip-hopowych. DS uzyskuje na albumie różne klimaty, bywa tropikalnie, bywa tajemniczo, bywa mrocznie, ale również i romantycznie. Dla mnie „Dead Bees” ma jakąś taką sekwencję wydarzeń. Zaczynamy z „I Surrender”, pod wieczór, w jakimś lokalu, przy drinku, czując w powietrzu zapach morza, a potem ruszamy w podróż. Myślę, że każdemu rozwinie się ona w głowie inaczej. To jest bardzo ‘nocna’ płyta, która łączy w sobie wiele różnych stylów, które w ramach tej godziny z hakiem, łączy doskonały wokal Davida Sylviana.
Poza samym DS-em, pojawiają się jeszcze dwa głosy. Pierwszy, to jego ówczesna żona – Ingrid Chavez. Zanim padnie zarzut, że Sylvian miał kaprys zapraszać żonę, warto wiedzieć, że na tym etapie Ingrid była już znaną i poważaną wokalistką, która miała za sobą, między innymi, bliską współpracę z Princem. Niestety talenty Chavez zostały wykorzystane tu raczej w dziwny sposób, i tu wracam do Alana. Ingrid pojawia się w niektórych utworach i dostarcza spoken word, ale niestety, w formie ‘sex telefonu’ (tyle że chociaż nie opowiada o gwałcie). W kawałku „Praise”, wokalnie udziela się Shree Maa, kobieta, która stała się guru Sylviana kiedy ten zaczął zgłębiać z żoną hinduizm. Kwestia nowo poznanej religii, odgrywa dużą rolę w tekstach na „Dead Bees”, ale pojawiają się też bardziej ogólne i relowe tematy, jak miłość, porzucenie, pragnienie, itd.
Płyta jest długa (70 minut), ale wierzę, że tego nie odczujecie. Całość jest niezwykle spójna, jak na album, który czerpie z tak wielu, tak różnych stylistyk i gatunków. Są momenty naprawdę magiczne, jak moje ulubione „Cafe Europa” (totalnie klimat nocy spędzonej na plaży w blasku księżyca, opis tani, ale zobaczycie), ale też „Talheim”, „Krishna Blue”, „Darkest Dreaming”, „Wanderlust”, czy wspomniane „Praise”. W bardziej konwencjonalnych utworach, też można się zakochać na maksa, np. w pięknej miniaturce „Dobro”, czy skrzypcowym „The Shining of Things”. Dla mnie, nie ma na tym albumie słabych utworów, jest parę rzeczy, które wchodziły mi z oporem, z którymi rożyłem się kilka lat, ale w końcu i one powędrowały do serca.
Ja bym mógł całe eseje pisać o tym, jaka ta płyta jest wspaniała, ile ja w niej słyszę, jakie uczucia we mnie wywołuje, itd., ale im bardziej będę w to brnął, tym bardziej się zniechęcicie i potem będę musiał czytać, jak to Munlup nakręcił bańkę, a nie weszło (tak jak zresztą mnie za pierwszym razem). To jest jedna z moich ultimate płyt na lato, ale nie do smażenia się w słońcu, ale raczej oglądania gwiazd na niebie przy szumie fal (ale bez też).
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... 9c0v4qZfUY
PS. po małym zawrocie głowy spowodowanym zassaniem innej wersji albumu Murzyna (z dodatkowym kawałkiem na CD1) pomyślałem, że w razie czego, dopisze tutaj, że prawilne "Dead Bees" ma niecałe 70 minut i 14 kawałków. W 2018 wyszedł remaster na winylu, który chyba trafił też na streamingi, trwa 84 minuty i ma odrzuty z sesji wmieszane w oryginalną tracklistę (18 kawałków), więc w razie czego, nie słuchajcie tego, słuchajcie wersji krótkiej.
Śmiesznie się złożyło, że z wieloma płytami z mojego absolutnego i ścisłego topu, wyskakuję dopiero teraz. Najpierw „Speak”, a teraz „Dead Bees”, płyta dla mnie i w pewnych moich kręgach legendarna oraz jeden z najpiękniejszych momentów w karierze DS-a. Album, który zrobił mi totalne przemeblowanie muzyczne w głowie i stał się soundtrackiem wielu wspaniałych momentów. Swego czasu odrzuciłem nawet ofertę pracy, bo wolałem słuchać tej płyty (długa historia).
Pisałem przy okazji „A Fire in the Forest”, jak poznałem Sylviana, ale przypomnę szybko, że było to przesłuchanie „Blemish” na początku 2010 r. z powodów roztaczanej w moich kręgach legendy tego artysty oraz albumu. Bardzo szybko zakochałem się w muzyce tego faceta oraz w jego głosie, jak również bardzo szybko zacząłem zgłębiać jego dyskografię. Pierwsze przesłuchanie „Dead Bees” to wcale nie był grom z jasnego nieba. Z początku wracałem tylko do „Darkest Dreaming” a reszta jakoś przeleciała mi koło ucha. To jest niejako kontynuacja wątku, który poruszyłem ostatnio, przy którejś recenzji, o tym, że ten sam album lub piosenka potrafią nie zrobić żadnego wrażenia, a jakiś czas potem zrobić piorunujące, w zależności od miliona rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Tamto lato należało do Nine Horses i live dvd „When Poets Dreamed of Angels”.
Nie pamiętam dokładnie, czy to był 2012, czy 2013 rok kiedy „Dead Bees” weszło na pełnej. Zaczęło się od „I Surrender” kiedy wjeżdżałem do miasteczka nad morzem, wieczorem, nagle wszystko było na swoim miejscu z tym utworem. Mam takie swoje dziwne rytuały (zwłaszcza nad morzem), że przed snem lubię słuchać sobie po utworze z jakiejś płyty, i następnego dnia następnym, itd., podobnie rano (tak było z The War on Drugs na przykład). Zacząłem sobie tak słuchać „Dead Bees” i każdy kawałek równał mnie z ziemią w sposób, w który nie sądziłem wcześniej, że byłby w stanie. To był najbardziej satysfakcjonujący i radykalny re-discover albumu w moim dotychczasowym życiu (i dowód na to, że w przypadku Sylviana, podobnie jak z XTC, wszystko prędzej czy później zachwyca). Połączenie „Dead Bees” + morze, okazało się idealne, ale nie mówię tylko o samym morzu, jako morzu, ale też klimacie nadmorskich miasteczek.
Z początku, pisząc tę wrzutkę, postanowiłem opisywać każdy utwór z osobna, ale szybko zaczęła mnie wkurzać moja własna egzaltacja i to, że nie potrafiłem przekazać żadnej interesującej treści w temacie tych piosenek, poza czysto subiektywnym rozpływaniem się. Podświadomie chyba próbowałem wam to tak opisać, żebyście za wszelką cenę „właściwie” odebrali tę płytę, ale to bez sensu. Każdy zrobi to po swojemu, więc nie będę tracił czasu na korygowanie odbioru i napisze ogólniej.
Album jest bardzo gęsty w brzmienia, powiem nawet, że momentami jest to gęstość liczona w Alanach (a to nie jedyny alanowy element). Jednocześnie, „Dead Bees” to bardzo przestrzenna płyta i zawsze fascynowało mnie to, co udało się tutaj Sylvianowi uzyskać. Dużo, a jednak mało, ciepło, a jednak chłodno. Przygrywa wiele przetworzonych gitar, sporo przeszkadzajkowej elektroniki oraz cała gama orientalnego instrumentarium. Sporo numerów jest opartych na loopach, chociaż nie zawsze będzie to tak oczywiste, jak np. w utworach wykonawców hip-hopowych. DS uzyskuje na albumie różne klimaty, bywa tropikalnie, bywa tajemniczo, bywa mrocznie, ale również i romantycznie. Dla mnie „Dead Bees” ma jakąś taką sekwencję wydarzeń. Zaczynamy z „I Surrender”, pod wieczór, w jakimś lokalu, przy drinku, czując w powietrzu zapach morza, a potem ruszamy w podróż. Myślę, że każdemu rozwinie się ona w głowie inaczej. To jest bardzo ‘nocna’ płyta, która łączy w sobie wiele różnych stylów, które w ramach tej godziny z hakiem, łączy doskonały wokal Davida Sylviana.
Poza samym DS-em, pojawiają się jeszcze dwa głosy. Pierwszy, to jego ówczesna żona – Ingrid Chavez. Zanim padnie zarzut, że Sylvian miał kaprys zapraszać żonę, warto wiedzieć, że na tym etapie Ingrid była już znaną i poważaną wokalistką, która miała za sobą, między innymi, bliską współpracę z Princem. Niestety talenty Chavez zostały wykorzystane tu raczej w dziwny sposób, i tu wracam do Alana. Ingrid pojawia się w niektórych utworach i dostarcza spoken word, ale niestety, w formie ‘sex telefonu’ (tyle że chociaż nie opowiada o gwałcie). W kawałku „Praise”, wokalnie udziela się Shree Maa, kobieta, która stała się guru Sylviana kiedy ten zaczął zgłębiać z żoną hinduizm. Kwestia nowo poznanej religii, odgrywa dużą rolę w tekstach na „Dead Bees”, ale pojawiają się też bardziej ogólne i relowe tematy, jak miłość, porzucenie, pragnienie, itd.
Płyta jest długa (70 minut), ale wierzę, że tego nie odczujecie. Całość jest niezwykle spójna, jak na album, który czerpie z tak wielu, tak różnych stylistyk i gatunków. Są momenty naprawdę magiczne, jak moje ulubione „Cafe Europa” (totalnie klimat nocy spędzonej na plaży w blasku księżyca, opis tani, ale zobaczycie), ale też „Talheim”, „Krishna Blue”, „Darkest Dreaming”, „Wanderlust”, czy wspomniane „Praise”. W bardziej konwencjonalnych utworach, też można się zakochać na maksa, np. w pięknej miniaturce „Dobro”, czy skrzypcowym „The Shining of Things”. Dla mnie, nie ma na tym albumie słabych utworów, jest parę rzeczy, które wchodziły mi z oporem, z którymi rożyłem się kilka lat, ale w końcu i one powędrowały do serca.
Ja bym mógł całe eseje pisać o tym, jaka ta płyta jest wspaniała, ile ja w niej słyszę, jakie uczucia we mnie wywołuje, itd., ale im bardziej będę w to brnął, tym bardziej się zniechęcicie i potem będę musiał czytać, jak to Munlup nakręcił bańkę, a nie weszło (tak jak zresztą mnie za pierwszym razem). To jest jedna z moich ultimate płyt na lato, ale nie do smażenia się w słońcu, ale raczej oglądania gwiazd na niebie przy szumie fal (ale bez też).
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... 9c0v4qZfUY
PS. po małym zawrocie głowy spowodowanym zassaniem innej wersji albumu Murzyna (z dodatkowym kawałkiem na CD1) pomyślałem, że w razie czego, dopisze tutaj, że prawilne "Dead Bees" ma niecałe 70 minut i 14 kawałków. W 2018 wyszedł remaster na winylu, który chyba trafił też na streamingi, trwa 84 minuty i ma odrzuty z sesji wmieszane w oryginalną tracklistę (18 kawałków), więc w razie czego, nie słuchajcie tego, słuchajcie wersji krótkiej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bomb the Bass - Clear (1995)
Jest już lato, oficjalnie drugi dzień, a to oznacza letnią muzykę. Beka, że 3 miesiące temu jeszcze walił śnieg, a za 3 miesiące równie dobrze może zacząć, czas ucieka, wieczność czeka... Akurat wrzucam Wam, Porcupine Titulo Forumowicze, album, którego zawsze słucham w sierpniu. Jakieś takie przeczucie mam, że akurat do sierpnia dojedziemy z tą pozycją, może nawet na koniec miesiąca (to jeszcze lepiej w sumie), więc nie będę pierd*olił, tylko pisał. Rok 1995 obfitował w interesujące wydarzenia. Debata Kwaśniewski-Wałęsa, o której już wspomniałem w innym wątku, odejście Wildera z ThePech Mode, oblężenie Sarajewa, Ridgway wydaje jedną z najlepszych płyt w swojej karierze i to nie pod swoim nazwiskiem, pierwszy raz pojechałem z rodzicami na wczasy do Mielna, ostatni rok mieszkałem w Łodzi, a w ogóle przyszło wtedy na świat parę osób (głównie AFAB), z którymi ostatnio jakoś dużo mam do czynienia (chyba nawet za dużo...). Ale poza tym ukazało się TO. Bomb the Bass, co o nim wiemy, albo co Wy wiecie... bardziej projekt muzyczny niż zespół sensu stricto, zmontowany w drugiej połowie lat 80. przez Tima Simenona. Simenon był DJem i takim pół-producentem, który zaczął w pewnym momencie mocno eksperymentować z samplami. Do tego stopnia, że swój pierwszy numer wydany pod monikerem Bomb the Bass, tj. Beat Dis, złożył wyłącznie z sampli wziętych z innych utworów (film ten jest oparty na faktach z innych filmów), sam był autorem jedynie linii, hehe, basowej. Poszedł pierwszy album, który jest mocno eksperymentalny w brzmieniu (nawet teraz, a co dopiero wtedy, gdy tego typu muza, oparta o breakbeaty i masowe samplowanie dopiero tak naprawdę raczkowała). Sukces otrąbiony, Simenon został producentem pełną gębą, zrobił np. jeden z moich ulubionych kawałków z końca lat 80., czyli Buffalo Stance Neneh Cherry (w ogóle Neneh Cherry jest super, a kto się nie zgadza ten trąba), ale nie tylko, albowiem miał kolabo moment z moim ulubionym artystą, Johnem Foxxem. Foxx miał na przełomie lat 80. i 90. fazę na acid i house, spiknął się w Londynie z Shemem McCauleyem, znanym w środowisku producentem hip-hopowym (gość już nie żyje btw), a ten przedstawił Foxxa Simenonowi. We 3 założyli grupę Nation 12, która nagrała breakbeatową płytę w stylu mocno lo-fi o tytule Electrofear, ale ta ukazała się oficjalnie dopiero w 2005 roku, a więc 13 lat po premierze dwóch singli z tejże xD Po drodze Simenon zaliczył najlepszy swój moment w karierze z fantastycznym skądinąd krążkiem Unknown Territory (która dzięki okładce i nazwie grupy właściwie załatwiła Timowi bana w brytyjskich mediach na dłuższy czas ze względu na... Wojnę w Zatoce), potem znów uciekł w produkcję, a potem... no cóż, Clear.
Co Simenon robił po Clear to chyba wszyscy wiedzą, w sensie bezpośrednio po, mianowicie produkował Ultrę, która do dziś pozostaje moim ulubionym krążkiem Depeche Mode, od niego zresztą zacząłem swoją przygodę z zespołem już niemal 20 lat temu. Wtedy, w 2004 roku, niespecjalnie mnie obchodziło kto tam Ultrę produkował (tbh nie do końca wiedziałem, że płyty się produkuje czy coś, byłem zje*anym nastolatkiem), to mnie zainteresowało grubo dopiero po przeczytaniu biografii autorstwa Mallinsa. Jakoś w 2006 wpisałem "Bomb the Bass" pierwszy raz w wyszukiwarkę Soulseeka i zassałem cały jeden numer, Winter in July, bo... spodobał mi się tytuł (ciekawe, że to był ich najbardziej udany singiel, w sensie komercyjnie, a pochodzi właśnie z wymienionej wyżej Unknown Territory). Ale wtedy jeszcze nie chwyciło. Jeszcze. Aż nadeszło lato 2007 i wszystko się zmieniło. Przede wszystkim, związane jest to trochę z bardzo specyficznym, nieco wyizolowanym vibem roku 2007 dla mnie, a przynajmniej jego większej części. Lepiej wchodziła wtedy pewna muzyka, jak Recoil w lutym, post-rockowe Talk Talk i Kraftwerk w marcu, Nick Cave w kwietniu, ambient wiosną, a potem, no, np. Bomb the Bass. Ciekawe, że zassałem z 3 (na tamten moment na rynku były tylko 3 albumy Simenona i spółeczki, nowy, zresztą też super, tj. Future Chaos - jego fanem jest Hien - ukazał się w 2008) tylko 2 - Unknown Territory i właśnie Clear. ALE. Nie słuchałem jeszcze wtedy całych płyt od początku do końca, w sensie, miałem bardzo małą empetrójkę i chciałem mieć ze sobą po kilka ulubionych numerów każdego ulubionego wykonawcy. Dałem więc Clear szybki spin i trochę na pałę wylosowałem utwory. Które? Trzy ostatnie xD Towarzyszyły mi całe lato, od wczasów nad Morzem Czerwonym przez obóz nad Adriatykiem po Tatry Wysokie pod koniec wakacji. Wchodziły jak złoto, był to w ogóle ważny moment dla mnie, bo zaczynałem wtedy odkrywać sporo nowej muzyki, która niekoniecznie była grubo osadzona w ejtisach, odstawała od mojego ówczesnego kanonu (a zarzekałem się, że kanon będzie FOREVER), tak naprawdę mój gust się dopiero kształtował. No, co tu dużo mówić, Bomb the Bass sprzedało mnie breakbeatom, trip-hopowi i tym podobnym, choć minęło jeszcze trochę czasu, nim zacząłem innych wykonawców z gatunku eksplorować. Po powrocie ze wszystkich wojaży, jakoś tuż przed początkiem klasy maturalnej (i kursów na prawo jazdy), znów odsłuchałem Clear w całości, i ten klimat albumu, taki trochę senny, trochę nostalgiczno-sentymentalny (zwłaszcza te ostatnie utwory), ten cały feeling "końca lata" (coś, co np. 5 lat później powtórzyło dla mnie słuchane już przez Was Nocturne od Wild Nothing) dojechał mnie strasznie i wepchnął w melancholię. Well, nie, żeby to było specjalnie trudne, jakby Musiał z natury trochę jest ponury, ale jak jeszcze się trafi odpowiedni trigger... Zaczynamy jednak z wysokiego C, zarówno Bug Powder Dust jak i Sleepyhead są jednak raczej energiczne. Na pierwszym głosu udziela Justin Warfield, który sporo później zakładał w ogóle post-punkowy band She Wants Revenge, Sleepyhead już nieco zwalnia tempa (pod każdym względem, robi się nieco eterycznie), w utrzymaniu takiego vibe'u zdecydowanie pomaga jamajski muzyk Bim Sherman (też już w innym, lepszym świecie) i jego wokal. Jednak najlepsze dopiero nadchodzi - następujące po sobie wyjątkowo lubiane przeze mnie numery, a więc pachnące gęsto wręcz new age (czujecie tutaj też Ace of Base lol?) One-to-One Religion, po którym nadjeżdża gęste, niemal dubowe Darkheart, które pachnie jakimś zapyziałym, ale wciąż popularnym klubem w lekko zawilgoconej piwnicy, gdzie półnadzy ludzie poruszają się w slo-mo i oparach jaranego zielska. Jeszcze Spikey T i jego śpiew, czy bardziej melorecytacja z paroma bardziej wokalnymi momentami... Złoto. Uwielbiam ten kawałek, robi mi dobrze na mózg niemal w każdych okolicznościach. Zaraz po tym przecudownym seansie nadchodzi taki duch Bomb the Bass z poprzedniego przynajmniej krążka, w postaci If You Reach the Border, które możnaby właściwie opisać jako zapychacz, gdyby nie to, że ta muzyka jest tak fajna, iż nigdy nie mamy tu do czynienia z zapychaczami. Braindead przynosi po raz kolejny Justina Warfielda przed mikrofonem, sam kawałek brzmi jak nieco lżejsza, ale jednocześnie kwaśniejsza wersja Darkheart, taki przystępniejszy młodszy brat, ale łeb zryty dragami tak czy inaczej (w ogóle zdanie, które otwiera Bug Powder Dust otwierające płytę, myślę, że to najlepiej podsumowuje to, czego słuchamy). 5ml Barrel ciągnie ten klimat muzy z gadaniem, co bardzo przypomina mi z kolei - czy bardziej nasuwa skojarzenia z - Recoil, nie mogę się tego pozbyć z głowy (a na basie Jah Wobble, brakuje, żeby gościnnie wystąpił Eno). Jeszcze przez chwilę jest "mhrocznie", ciężkawo, ale tytułowe CLEAR przyjdzie, trzeba jeszcze kilka chwil wytrzymać, jeszcze tylko moment... Somewhere zdaje się być takim momentem przejścia pomiędzy bardzo gęsto atmosferą poprzednich numerów a tym, co mnie w Clear kupiło od razu. To jest w ogóle ciekawe, zastanawiam się, jak odbierałbym ten album, czy też Bomb the Bass w ogóle, gdybym wtedy nie zabrał ze sobą na wakacje właśnie tych 3 ostatnich ścieżek... Somewhere w ogóle momentami przypomina mi też rzeczy, jakie nagrywał Banco de Gaia. Eksperymentalne, ale wciąż przystępne i w tym konkretnym przypadku mocno osadzone w klimacie całej płyty. No i potem mamy moje Top 3 z Clear - Sandcastles z Bernardem Fowlerem na wokalu, Tidal Wave z wyjątkowo eterycznie brzmiącą Minnie Driver (i jeszcze to pianino na openingu, zawsze mam dreszcze), no i Empire - polityczno-muzyczny i ładnie podany cios w Zjednoczone Królestwo z - wtedy już będącą de facto na oucie showbizowym - Sinead O'Connor. Lepszego zakończenia nie mogło tu być.
No tak, kończy się płyta, kończy się lato (tzn. dopiero się zaczęło, ale kogo próbuję oszukać, jak dotrzemy z tym do początku września to będzie dobrze xD), zaczyna się melancholia i zaczyna się nostalgia, w ogóle jest jakoś tak... no właśnie, już mnie dziwnie skręca w środku. Potrzebuję pojechać nad morze i posłuchać Tidal Wave (cheesy, I know), usiąść na wydmie z browarem i, wicie rozumicie, reflect back on the last 20 years przynajmniej. Albo pomyślę o 1995 roku (może pojadę do Mielna z tej okazji) i o tych wszystkich ludziach, z którymi się ostatnio użerałem. Przypomnę sobie rok 2007, kiedy słuchałem Clear po raz pierwszy i się zachwycałem, ci wszyscy ludzie byli jeszcze srogimi dziećmi a ja uważałem się za Bóg wie jak dorosłego (no bo, kurde, OSIEMNAŚCIE LAT c'nie), a może nic sobie nie będę przypominał, tylko będę czilował... Moja przygoda z Bomb the Bass, co ciekawe, nie trwała jakoś bardzo długo. To był taki wykonawca dla mnie od którego mam ulubione numery, może jedną albo dwie ulubione płyty, ale żeby się tak ze wszystkim zapoznawać... Premierę Future Chaos przegapiłem, dopiero latem 2010 zaciągnąłem Back to Light (to była akurat płyta z tamtego roku) i po niej Future Chaos, ale do tego ostatniego usiadłem dopiero sporo później (tak na serio usiadłem) po rekomendacji Hiena, który też pozostaje tutaj fanem Bomb the Bass i obaj nostalgizujemy do Clear. Premierę ostatniego krążka, tj. In the Sun, co miało miejsce w maju 2013 w ogóle przegapiłem (ale też wiosna 2013 to nie był dla mnie najlepszy czas na cokolwiek trololo) i chyba do dziś jej nie słuchałem xD A przynajmniej - zupełnie szczerze - nie pamiętam. Simenon od tamtej pory zdążył się pożegnać z biznesem muzycznym i prowadzi w Londynie restaurację. Ciekawe, czy z głośników leci Bomb the Bass albo przynajmniej Neneh Cherry xD Także, no, poczujmy lato. Kto wie, ile nam ich jeszcze zostało?
https://www.youtube.com/watch?v=d4NTwMq ... -w&index=1
Jest już lato, oficjalnie drugi dzień, a to oznacza letnią muzykę. Beka, że 3 miesiące temu jeszcze walił śnieg, a za 3 miesiące równie dobrze może zacząć, czas ucieka, wieczność czeka... Akurat wrzucam Wam, Porcupine Titulo Forumowicze, album, którego zawsze słucham w sierpniu. Jakieś takie przeczucie mam, że akurat do sierpnia dojedziemy z tą pozycją, może nawet na koniec miesiąca (to jeszcze lepiej w sumie), więc nie będę pierd*olił, tylko pisał. Rok 1995 obfitował w interesujące wydarzenia. Debata Kwaśniewski-Wałęsa, o której już wspomniałem w innym wątku, odejście Wildera z ThePech Mode, oblężenie Sarajewa, Ridgway wydaje jedną z najlepszych płyt w swojej karierze i to nie pod swoim nazwiskiem, pierwszy raz pojechałem z rodzicami na wczasy do Mielna, ostatni rok mieszkałem w Łodzi, a w ogóle przyszło wtedy na świat parę osób (głównie AFAB), z którymi ostatnio jakoś dużo mam do czynienia (chyba nawet za dużo...). Ale poza tym ukazało się TO. Bomb the Bass, co o nim wiemy, albo co Wy wiecie... bardziej projekt muzyczny niż zespół sensu stricto, zmontowany w drugiej połowie lat 80. przez Tima Simenona. Simenon był DJem i takim pół-producentem, który zaczął w pewnym momencie mocno eksperymentować z samplami. Do tego stopnia, że swój pierwszy numer wydany pod monikerem Bomb the Bass, tj. Beat Dis, złożył wyłącznie z sampli wziętych z innych utworów (film ten jest oparty na faktach z innych filmów), sam był autorem jedynie linii, hehe, basowej. Poszedł pierwszy album, który jest mocno eksperymentalny w brzmieniu (nawet teraz, a co dopiero wtedy, gdy tego typu muza, oparta o breakbeaty i masowe samplowanie dopiero tak naprawdę raczkowała). Sukces otrąbiony, Simenon został producentem pełną gębą, zrobił np. jeden z moich ulubionych kawałków z końca lat 80., czyli Buffalo Stance Neneh Cherry (w ogóle Neneh Cherry jest super, a kto się nie zgadza ten trąba), ale nie tylko, albowiem miał kolabo moment z moim ulubionym artystą, Johnem Foxxem. Foxx miał na przełomie lat 80. i 90. fazę na acid i house, spiknął się w Londynie z Shemem McCauleyem, znanym w środowisku producentem hip-hopowym (gość już nie żyje btw), a ten przedstawił Foxxa Simenonowi. We 3 założyli grupę Nation 12, która nagrała breakbeatową płytę w stylu mocno lo-fi o tytule Electrofear, ale ta ukazała się oficjalnie dopiero w 2005 roku, a więc 13 lat po premierze dwóch singli z tejże xD Po drodze Simenon zaliczył najlepszy swój moment w karierze z fantastycznym skądinąd krążkiem Unknown Territory (która dzięki okładce i nazwie grupy właściwie załatwiła Timowi bana w brytyjskich mediach na dłuższy czas ze względu na... Wojnę w Zatoce), potem znów uciekł w produkcję, a potem... no cóż, Clear.
Co Simenon robił po Clear to chyba wszyscy wiedzą, w sensie bezpośrednio po, mianowicie produkował Ultrę, która do dziś pozostaje moim ulubionym krążkiem Depeche Mode, od niego zresztą zacząłem swoją przygodę z zespołem już niemal 20 lat temu. Wtedy, w 2004 roku, niespecjalnie mnie obchodziło kto tam Ultrę produkował (tbh nie do końca wiedziałem, że płyty się produkuje czy coś, byłem zje*anym nastolatkiem), to mnie zainteresowało grubo dopiero po przeczytaniu biografii autorstwa Mallinsa. Jakoś w 2006 wpisałem "Bomb the Bass" pierwszy raz w wyszukiwarkę Soulseeka i zassałem cały jeden numer, Winter in July, bo... spodobał mi się tytuł (ciekawe, że to był ich najbardziej udany singiel, w sensie komercyjnie, a pochodzi właśnie z wymienionej wyżej Unknown Territory). Ale wtedy jeszcze nie chwyciło. Jeszcze. Aż nadeszło lato 2007 i wszystko się zmieniło. Przede wszystkim, związane jest to trochę z bardzo specyficznym, nieco wyizolowanym vibem roku 2007 dla mnie, a przynajmniej jego większej części. Lepiej wchodziła wtedy pewna muzyka, jak Recoil w lutym, post-rockowe Talk Talk i Kraftwerk w marcu, Nick Cave w kwietniu, ambient wiosną, a potem, no, np. Bomb the Bass. Ciekawe, że zassałem z 3 (na tamten moment na rynku były tylko 3 albumy Simenona i spółeczki, nowy, zresztą też super, tj. Future Chaos - jego fanem jest Hien - ukazał się w 2008) tylko 2 - Unknown Territory i właśnie Clear. ALE. Nie słuchałem jeszcze wtedy całych płyt od początku do końca, w sensie, miałem bardzo małą empetrójkę i chciałem mieć ze sobą po kilka ulubionych numerów każdego ulubionego wykonawcy. Dałem więc Clear szybki spin i trochę na pałę wylosowałem utwory. Które? Trzy ostatnie xD Towarzyszyły mi całe lato, od wczasów nad Morzem Czerwonym przez obóz nad Adriatykiem po Tatry Wysokie pod koniec wakacji. Wchodziły jak złoto, był to w ogóle ważny moment dla mnie, bo zaczynałem wtedy odkrywać sporo nowej muzyki, która niekoniecznie była grubo osadzona w ejtisach, odstawała od mojego ówczesnego kanonu (a zarzekałem się, że kanon będzie FOREVER), tak naprawdę mój gust się dopiero kształtował. No, co tu dużo mówić, Bomb the Bass sprzedało mnie breakbeatom, trip-hopowi i tym podobnym, choć minęło jeszcze trochę czasu, nim zacząłem innych wykonawców z gatunku eksplorować. Po powrocie ze wszystkich wojaży, jakoś tuż przed początkiem klasy maturalnej (i kursów na prawo jazdy), znów odsłuchałem Clear w całości, i ten klimat albumu, taki trochę senny, trochę nostalgiczno-sentymentalny (zwłaszcza te ostatnie utwory), ten cały feeling "końca lata" (coś, co np. 5 lat później powtórzyło dla mnie słuchane już przez Was Nocturne od Wild Nothing) dojechał mnie strasznie i wepchnął w melancholię. Well, nie, żeby to było specjalnie trudne, jakby Musiał z natury trochę jest ponury, ale jak jeszcze się trafi odpowiedni trigger... Zaczynamy jednak z wysokiego C, zarówno Bug Powder Dust jak i Sleepyhead są jednak raczej energiczne. Na pierwszym głosu udziela Justin Warfield, który sporo później zakładał w ogóle post-punkowy band She Wants Revenge, Sleepyhead już nieco zwalnia tempa (pod każdym względem, robi się nieco eterycznie), w utrzymaniu takiego vibe'u zdecydowanie pomaga jamajski muzyk Bim Sherman (też już w innym, lepszym świecie) i jego wokal. Jednak najlepsze dopiero nadchodzi - następujące po sobie wyjątkowo lubiane przeze mnie numery, a więc pachnące gęsto wręcz new age (czujecie tutaj też Ace of Base lol?) One-to-One Religion, po którym nadjeżdża gęste, niemal dubowe Darkheart, które pachnie jakimś zapyziałym, ale wciąż popularnym klubem w lekko zawilgoconej piwnicy, gdzie półnadzy ludzie poruszają się w slo-mo i oparach jaranego zielska. Jeszcze Spikey T i jego śpiew, czy bardziej melorecytacja z paroma bardziej wokalnymi momentami... Złoto. Uwielbiam ten kawałek, robi mi dobrze na mózg niemal w każdych okolicznościach. Zaraz po tym przecudownym seansie nadchodzi taki duch Bomb the Bass z poprzedniego przynajmniej krążka, w postaci If You Reach the Border, które możnaby właściwie opisać jako zapychacz, gdyby nie to, że ta muzyka jest tak fajna, iż nigdy nie mamy tu do czynienia z zapychaczami. Braindead przynosi po raz kolejny Justina Warfielda przed mikrofonem, sam kawałek brzmi jak nieco lżejsza, ale jednocześnie kwaśniejsza wersja Darkheart, taki przystępniejszy młodszy brat, ale łeb zryty dragami tak czy inaczej (w ogóle zdanie, które otwiera Bug Powder Dust otwierające płytę, myślę, że to najlepiej podsumowuje to, czego słuchamy). 5ml Barrel ciągnie ten klimat muzy z gadaniem, co bardzo przypomina mi z kolei - czy bardziej nasuwa skojarzenia z - Recoil, nie mogę się tego pozbyć z głowy (a na basie Jah Wobble, brakuje, żeby gościnnie wystąpił Eno). Jeszcze przez chwilę jest "mhrocznie", ciężkawo, ale tytułowe CLEAR przyjdzie, trzeba jeszcze kilka chwil wytrzymać, jeszcze tylko moment... Somewhere zdaje się być takim momentem przejścia pomiędzy bardzo gęsto atmosferą poprzednich numerów a tym, co mnie w Clear kupiło od razu. To jest w ogóle ciekawe, zastanawiam się, jak odbierałbym ten album, czy też Bomb the Bass w ogóle, gdybym wtedy nie zabrał ze sobą na wakacje właśnie tych 3 ostatnich ścieżek... Somewhere w ogóle momentami przypomina mi też rzeczy, jakie nagrywał Banco de Gaia. Eksperymentalne, ale wciąż przystępne i w tym konkretnym przypadku mocno osadzone w klimacie całej płyty. No i potem mamy moje Top 3 z Clear - Sandcastles z Bernardem Fowlerem na wokalu, Tidal Wave z wyjątkowo eterycznie brzmiącą Minnie Driver (i jeszcze to pianino na openingu, zawsze mam dreszcze), no i Empire - polityczno-muzyczny i ładnie podany cios w Zjednoczone Królestwo z - wtedy już będącą de facto na oucie showbizowym - Sinead O'Connor. Lepszego zakończenia nie mogło tu być.
No tak, kończy się płyta, kończy się lato (tzn. dopiero się zaczęło, ale kogo próbuję oszukać, jak dotrzemy z tym do początku września to będzie dobrze xD), zaczyna się melancholia i zaczyna się nostalgia, w ogóle jest jakoś tak... no właśnie, już mnie dziwnie skręca w środku. Potrzebuję pojechać nad morze i posłuchać Tidal Wave (cheesy, I know), usiąść na wydmie z browarem i, wicie rozumicie, reflect back on the last 20 years przynajmniej. Albo pomyślę o 1995 roku (może pojadę do Mielna z tej okazji) i o tych wszystkich ludziach, z którymi się ostatnio użerałem. Przypomnę sobie rok 2007, kiedy słuchałem Clear po raz pierwszy i się zachwycałem, ci wszyscy ludzie byli jeszcze srogimi dziećmi a ja uważałem się za Bóg wie jak dorosłego (no bo, kurde, OSIEMNAŚCIE LAT c'nie), a może nic sobie nie będę przypominał, tylko będę czilował... Moja przygoda z Bomb the Bass, co ciekawe, nie trwała jakoś bardzo długo. To był taki wykonawca dla mnie od którego mam ulubione numery, może jedną albo dwie ulubione płyty, ale żeby się tak ze wszystkim zapoznawać... Premierę Future Chaos przegapiłem, dopiero latem 2010 zaciągnąłem Back to Light (to była akurat płyta z tamtego roku) i po niej Future Chaos, ale do tego ostatniego usiadłem dopiero sporo później (tak na serio usiadłem) po rekomendacji Hiena, który też pozostaje tutaj fanem Bomb the Bass i obaj nostalgizujemy do Clear. Premierę ostatniego krążka, tj. In the Sun, co miało miejsce w maju 2013 w ogóle przegapiłem (ale też wiosna 2013 to nie był dla mnie najlepszy czas na cokolwiek trololo) i chyba do dziś jej nie słuchałem xD A przynajmniej - zupełnie szczerze - nie pamiętam. Simenon od tamtej pory zdążył się pożegnać z biznesem muzycznym i prowadzi w Londynie restaurację. Ciekawe, czy z głośników leci Bomb the Bass albo przynajmniej Neneh Cherry xD Także, no, poczujmy lato. Kto wie, ile nam ich jeszcze zostało?
https://www.youtube.com/watch?v=d4NTwMq ... -w&index=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Widzę, że wchodzą długie albumy, to ja też spróbuję coś takiego podrzucić. I będzie to rzecz, którą poznałem relatywnie niedawno, bo w roku 2021 (a przynajmniej tak to świadomie pamiętam). To będzie dobre, bo i ja sam się czegoś spróbuję dowiedzieć (stąd w dużej mierze, przepisując o zespole, sam też ogarniam, co to i skąd to). Mówiłem, że będzie kontynuacja klimatów sandrowych - i będzie, bo tę płytę poznawałem mniej więcej w tym czasie, co Paintings In Yellow i wydatnie przyczyniła się mojego nowego, wzmożonego zainteresowania elektroniką. Aura, rzecz jasna, inna. Album, który więcej razy słuchałem niż czytałem o jakimkolwiek kontekście związanym z powstawaniem, odbiorem, inspiracjami w tej muzyce. Jest nim:
The Orb - Orbvs Terrarvm (1995)
The Orb, zespół, którego sercem i mózgiem jest brytyjski muzyk Alex Paterson, a u jego boku pojawiało się wiele innych, ciekawych postaci (z wymienianych już tu i ówdzie warto wspomnieć gitarzystę Steve'a Hillage'a i jego kobietę, Miquette Giraudy). Zespół tworzący elektroniczną muzykę instrumentalną, w dużej mierze opartą na ambiencie (ale tylko opartą, liczba wsamplowanych zaśpiewów, mniej lub bardziej mocnych bitów każe klasyfikować tę twórczość inaczej). Dla mnie te opisy to pewna nowinka, więc trochę się będę na nich opierał (piszą o twórczości The Orb "ambient house", dla mnie, przynajmniej tam, gdzie te bity wchodzą, nabiera to cech trance'u). Początki działalności The Orb to końcówka lat osiemdziesiątych. Razem z Martinem Gloverem i Jimmym Cautym Paterson (wcześniej m.in. techniczny Killing Joke) zaczął nagrywać różnego rodzaju muzykę, z której bardziej chill outowe propozycje zaczęły zyskiwać coraz szersze grono odbiorców, szczególnie, kiedy występowali w londyńskim klubie Heaven jako DJe. Tworzyli muzykę w stylu ambient, unikając perkusji i mocnych bitów. Promował ich potem słynny John Peel. W roku 1990 rozeszły się drogi Patersona i Cauty'ego, ten pierwszy tworzył dalej jako The Orb. W 1991 ukazał się debiut: mocno psychodeliczne The Orb's Adventures Beyond The Ultraworld, który zaczyna się od piania kur, a potem m.in. 40-minutowy singiel Blue Room. Potem wychodziły kolejne płyty, a zespół stale umacniał swoją pozycję jako ważny twórca muzyki elektronicznej, który zajmował też wysokie miejsca na listach i inspirował kolejnych ludzi.
Muzycy się zmieniali i Orbvs Terrarvm nagrywano w składzie: Paterson, Andy Hughes (już zmarł) i Thomas Fehlmann. Oceny, z tego, co widzę, były bardzo różne, kiedy album się ukazał. W moim przekonaniu jest to całkiem uporządkowana muzyka, zwłaszcza w porównaniu z tym, co czasami wrzuca Dragon, oparta na długich, rytmicznych sekwencjach zanurzonych w "plamistej", elektronicznej zawiesinie. Brzmi bardzo lekko, piszą, że dużo bardziej organicznie, przyziemnie w porównaniu z odlotowymi albumami wcześniejszymi, co nie było najlepiej przyjmowane przez kręgi brytyjskie, bardziej docenili ich Amerykanie. Dla mnie jednak, po różnych próbach, to ten album wbił hak w tkankę zespołu i przytrzymał przy nim.
7 utworów, 7 długich utworów, ale, jak już się załapie ten klimat, to pochłania się je jednym ciągiem. I właśnie tak się najlepiej odbiera ten album - jako jedną, długą, spójną całość. Zaczyna się jak wilsonowskie albumy z tamtych lat: słyszymy głosy zza sceny, delikatne rytmy, plamy elektroniki. Valley. Bardzo podobają mi się dźwięki brzmiące jak uderzenia drobnych metalowych przedmiotów o siebie. Muzyka cały czas idzie naprzód, a okoliczności tej przygody trzeba sobie samemu dopowiedzieć. Delikatny bit tworzy odpowiednie napięcie, można słuchać i słuchać i bardzo to relaksuje. Pamiętam, że poznawałem to jako tło do szachów, kiedy transmisje z zawodów trwały po 5 godzin i to się świetnie sprawdzało.
Kawałki bardzo płynnie przechodzą jeden w drugi, w dużej mierze jest to muzyka bogatego, przyjemnego tła (śpiewy ptaków), ale i do odkrywania różnych ciekawostek dziejących się w tym tle (lekkie bębnienie). Plateau jest wręcz jeszcze bardziej odprężające, ładne te dźwięki (aż mi się przypomina końcówka Żółtych Obrazków), plamy brzmiące niemal jak pseudosmyczki. Trochę innym utworem od pozostałych są Oxbow Lakes, w którym na pierwszy plan wysuwają się nie rytmy, nie ambienty, a keyboardy. Wciąż ma to jednak silny charakter tła, bicik wchodzi koło 1:20, brzmi to dosyć melancholijnie. Złota Góra zaczyna się od głosów z zaświatów, potem wchodzi znane nam już, rozmarzone tło, plastyczne są te obrazy, mocno pobudzają wyobraźnię, w sumie nie ma co opisywać szczegółu po szczególe, tego się dobrze słucha, a nie o tym pisze. Koło 4:40 klimat staje się nieco żywszy, brzmi to trochę jakby strumień nabrał żywszego nurtu, po 8:20 atmosfera się zagęszcza, ale to jakby po prostu na moment widoczność znacznie spadła, bity są mocniejsze, metalicznych dźwięków więcej. Płynne przejście w White River Junction, radiowe głosy rodem z jakiegoś Signify (czy raczej: podobne idee). Dźwięki jakby przedmuchiwano coś mocno drgającego. Końcówka przeciągana, spokojna. I tak to leci. Dwa ostatnie kawałki to dwa najdłuższe: Occidental i Slug Dub. Mam nadzieję, że w tym ambientowo-housowo-niewiadomojeszczejakim tyglu każdy znajdzie dla siebie coś dobrego.
https://www.youtube.com/watch?v=tz2rPjY ... Y4EW49mudG
Jest jeszcze druga płyta, z remiksami, słuchania na blisko kolejną godzinę i kwadrans.
https://www.youtube.com/watch?v=K2gemoJ ... nXyuGeqQBH
Smacznego!
The Orb - Orbvs Terrarvm (1995)
The Orb, zespół, którego sercem i mózgiem jest brytyjski muzyk Alex Paterson, a u jego boku pojawiało się wiele innych, ciekawych postaci (z wymienianych już tu i ówdzie warto wspomnieć gitarzystę Steve'a Hillage'a i jego kobietę, Miquette Giraudy). Zespół tworzący elektroniczną muzykę instrumentalną, w dużej mierze opartą na ambiencie (ale tylko opartą, liczba wsamplowanych zaśpiewów, mniej lub bardziej mocnych bitów każe klasyfikować tę twórczość inaczej). Dla mnie te opisy to pewna nowinka, więc trochę się będę na nich opierał (piszą o twórczości The Orb "ambient house", dla mnie, przynajmniej tam, gdzie te bity wchodzą, nabiera to cech trance'u). Początki działalności The Orb to końcówka lat osiemdziesiątych. Razem z Martinem Gloverem i Jimmym Cautym Paterson (wcześniej m.in. techniczny Killing Joke) zaczął nagrywać różnego rodzaju muzykę, z której bardziej chill outowe propozycje zaczęły zyskiwać coraz szersze grono odbiorców, szczególnie, kiedy występowali w londyńskim klubie Heaven jako DJe. Tworzyli muzykę w stylu ambient, unikając perkusji i mocnych bitów. Promował ich potem słynny John Peel. W roku 1990 rozeszły się drogi Patersona i Cauty'ego, ten pierwszy tworzył dalej jako The Orb. W 1991 ukazał się debiut: mocno psychodeliczne The Orb's Adventures Beyond The Ultraworld, który zaczyna się od piania kur, a potem m.in. 40-minutowy singiel Blue Room. Potem wychodziły kolejne płyty, a zespół stale umacniał swoją pozycję jako ważny twórca muzyki elektronicznej, który zajmował też wysokie miejsca na listach i inspirował kolejnych ludzi.
Muzycy się zmieniali i Orbvs Terrarvm nagrywano w składzie: Paterson, Andy Hughes (już zmarł) i Thomas Fehlmann. Oceny, z tego, co widzę, były bardzo różne, kiedy album się ukazał. W moim przekonaniu jest to całkiem uporządkowana muzyka, zwłaszcza w porównaniu z tym, co czasami wrzuca Dragon, oparta na długich, rytmicznych sekwencjach zanurzonych w "plamistej", elektronicznej zawiesinie. Brzmi bardzo lekko, piszą, że dużo bardziej organicznie, przyziemnie w porównaniu z odlotowymi albumami wcześniejszymi, co nie było najlepiej przyjmowane przez kręgi brytyjskie, bardziej docenili ich Amerykanie. Dla mnie jednak, po różnych próbach, to ten album wbił hak w tkankę zespołu i przytrzymał przy nim.
7 utworów, 7 długich utworów, ale, jak już się załapie ten klimat, to pochłania się je jednym ciągiem. I właśnie tak się najlepiej odbiera ten album - jako jedną, długą, spójną całość. Zaczyna się jak wilsonowskie albumy z tamtych lat: słyszymy głosy zza sceny, delikatne rytmy, plamy elektroniki. Valley. Bardzo podobają mi się dźwięki brzmiące jak uderzenia drobnych metalowych przedmiotów o siebie. Muzyka cały czas idzie naprzód, a okoliczności tej przygody trzeba sobie samemu dopowiedzieć. Delikatny bit tworzy odpowiednie napięcie, można słuchać i słuchać i bardzo to relaksuje. Pamiętam, że poznawałem to jako tło do szachów, kiedy transmisje z zawodów trwały po 5 godzin i to się świetnie sprawdzało.
Kawałki bardzo płynnie przechodzą jeden w drugi, w dużej mierze jest to muzyka bogatego, przyjemnego tła (śpiewy ptaków), ale i do odkrywania różnych ciekawostek dziejących się w tym tle (lekkie bębnienie). Plateau jest wręcz jeszcze bardziej odprężające, ładne te dźwięki (aż mi się przypomina końcówka Żółtych Obrazków), plamy brzmiące niemal jak pseudosmyczki. Trochę innym utworem od pozostałych są Oxbow Lakes, w którym na pierwszy plan wysuwają się nie rytmy, nie ambienty, a keyboardy. Wciąż ma to jednak silny charakter tła, bicik wchodzi koło 1:20, brzmi to dosyć melancholijnie. Złota Góra zaczyna się od głosów z zaświatów, potem wchodzi znane nam już, rozmarzone tło, plastyczne są te obrazy, mocno pobudzają wyobraźnię, w sumie nie ma co opisywać szczegółu po szczególe, tego się dobrze słucha, a nie o tym pisze. Koło 4:40 klimat staje się nieco żywszy, brzmi to trochę jakby strumień nabrał żywszego nurtu, po 8:20 atmosfera się zagęszcza, ale to jakby po prostu na moment widoczność znacznie spadła, bity są mocniejsze, metalicznych dźwięków więcej. Płynne przejście w White River Junction, radiowe głosy rodem z jakiegoś Signify (czy raczej: podobne idee). Dźwięki jakby przedmuchiwano coś mocno drgającego. Końcówka przeciągana, spokojna. I tak to leci. Dwa ostatnie kawałki to dwa najdłuższe: Occidental i Slug Dub. Mam nadzieję, że w tym ambientowo-housowo-niewiadomojeszczejakim tyglu każdy znajdzie dla siebie coś dobrego.
https://www.youtube.com/watch?v=tz2rPjY ... Y4EW49mudG
Jest jeszcze druga płyta, z remiksami, słuchania na blisko kolejną godzinę i kwadrans.
https://www.youtube.com/watch?v=K2gemoJ ... nXyuGeqQBH
Smacznego!
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Przy trochę dłuższych płytach liczę na unikania fikołka ze sztywnym tygodniem na recki
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No worries, u mnie spodziewam się że pewnie zleci dłużej, nie wiem ile ta Melkiego płyta ma.
Tak czy siak Panowie - gruba kolejka się szykuje widzę
Tak czy siak Panowie - gruba kolejka się szykuje widzę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Około 80 minut.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujas i mentos - dojeżdżajcie z wrzutkami
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No tu akurat raczej pośpiechu nie ma. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zanim ruszymy, powinien być raczej komplet płyt kolejki, a z tego co Murzyn pisał, to Jethro kończymy razem z czerwcem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dawaj nie pitol
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jest taka scena na forum Depeche Mode gdzie Murzyn wbija i krzyczy WY WSZYSCY JESTEŚCIE SPÓŹNIENI
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Was nie można cacać, Was trzeba poganiać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co za czasy, żeby Murzyn poganiał białych. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie... Jethro skończymy na dniach, proszę o komplet wrzut nim ruszymy dalej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup