Best of Forum III

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 lip 2023 22:21

Belbury Poly - Green Grass Grows

Musiał faktycznie wyjechał z mocnym retro vibem i to naprawdę jest taki srogi vibe z lat 60. z jakiegoś horroru. Pozostaje mi trzymać kciuki że będzie miał jeszcze równie fajne wrzuty zachowane pod Halloween, to byłoby idealne. Bardzo soundtrackowo, ten dziewczęcy niewinny wokal w otoczeniu tego brzmienia i podejrzewam że też dzięki tej mocno sugestywnej okładce brzmi nieco creepy. Fajne synthy i specyficzne elementy perkusyjne? Działa na wyobraźnię ten numer, słuchając go malowały się przede mną sceny jakiejś staroangielskiej mieściny zamieszkanej przez jakichś dziwnych zdeformowanych ludzi gdzie dzieją się dziwne rzeczy i do której to przyjeżdża jakiś główny bohater filmu (poniekąd fabularnie motyw trochę jak z Suspirii). Bardzo smaczna wrzutka, jeśli przyjdzie nam mierzyć się z całą płytą to liczę na jesień w tym przypadku. Sukces też pod tym kątem że Musiał jednak jakoś zaskoczył i zdecydowanie wyróżnia się na tle reszty kolejki.

DHOH - Love Is The Shit

Wracamy do DHOH ale (na szczęście dla mnie) w tym wydaniu na żywo, takim lounge'owym jak w tych jedynych lubianych przeze mnie ich utworach typu Music And Politics. Wokal Frantiego podczas zapowiedzi numeru kiedy gada mocno przypomina mi Gila Scott-Herona, gość ma bardzo fajny głos. Numer na żywo ma faktycznie fajny aranż, te klawisze kojarzą mi się z Beastie Boys, bardzo podoba mi się tekst tego refrenu, prosty, szczery, skuteczny. No i ten knajpiany vibe ogólnie, może kiedyś rzucę czymś takim czarnym też. Bardzo dobra wrzutka również. Wersja studyjna niewiele ustępuje moim zdaniem, zależy kto co lubi myślę choć też skłaniam się ku tej wersji live.

Debbie Harry - Inner City Spillover

DH w reggae aranżu, raczej nic nowego jeśli zna się już conieco Blondie. Powolny, snujący się wieczorny klimat jakby, ale ten kawałek mnie jakoś nie rusza. Najciekawszy fragment to to przejście kiedy ciut dubowo się robi z reverbem na klawiszach. Nie wiem, jak dla mnie to numer który mógłby być ot średniakiem z Eat To The Beat równie dobrze, nie czuję tu nawet tego że jest to faktycznie solowy numer Debbie. Martwi mnie to, tym razem faktycznie odczuwam to jak Melkiemu kończą się pomysły chyba i miejscami za bardzo zjada własny ogon, może i jest to deep cut ale jak dla mnie niewart uwagi niestety.

Anne-Marie - Ciao Adios

Wujek ma problem a właściwie to nie, problem to mam ja, bo Anne-Marie nie lubię. Serio nie trawię jej i nie przepadałem nigdy też za tym numerem, ot radiowy letniak z fabryki hitów powstały na tym paskudnym dembow pod spodem ŻEBY BYŁO WIADOMO ŻE LETNIACZEK. Mnie to akurat nie grzeje i nigdy nie przyrównywałbym do Rihanny choćby z tego względu że u niej te egzotyczne rytmy wypadają bardziej naturalnie z racji jej pochodzenia. Jak słyszę ten numer i wiele przebojów Anne-Marie to czuję się jakby był 2014 rok, tak mi się kojarzą tego typu przeboje, trochę jak Sia która wtedy latała na żyrandolu a trochę jak MØ na bicie Major Lazer. Najsmutniejsze jest to że heh, pierwsze moje zetknięcie z Anne Marie było bardzo pozytywne i jeden jej numer kiedyś Wam wrzucę jeszcze.

Fuck Buttons - Surf Solar

Dragon powraca w wielkim stylu ze swoją trademarkową dragon-core elektroniką. Numer może kobylasty ale płynie elegancko, całość tak fajnie transuje że czas tu w ogóle nie stanowi przeszkody.
Beka straszna bo pierwszego odsłuchu nie pamiętałem, potem słuchałem tego na pierdzikofonie w wolnych chwilach i tak jak rok temu z wrzutą BOC nie słyszałem stopy za bardzo i tym samym cały numer brzmiał inaczej, słyszałem tylko transe i te pasaże elektroniczne i porównywałem to w głowie do niemieckiej klasyki a potem odpaliłem na słuchawkach, wleciała stopa i tamto skojarzenie prysnęło raz dwa xD
Na szczęście numer transuje i wkręca tak samo, jest intensywnie, dobre pod jakiś emocjonalny moment w życiu moim zdaniem to jest. Podoba mi się to jak potem kawałek hamuje przez prawie dwie minuty końcówki, mam poczucie jakbym jechał mocno obciążonym TIRem i z tego względu miał długą drogę hamowania potem ale to jest sluchaczowi potrzebne w tym przypadku, choć i tak na koniec jakbym się ucina nagle nieco?
Mimo wszystko, bardzo dobra wrzutaaa.

Anna Maria Jopek - Ale jestem

Mentos król zaskoczeń, chwaliłem Musiała ale mintaj zaskoczył inaczej bo mi ten numer do niego pasuje jak pięść do nosa i nie potrafiłem go ugryźć za cholerę. Ba, srałem na niego od wejścia praktycznie że to jakieś ckliwe guano. Ale mentos słynie też z tego że potrafi wrzucać coś co potem serwuje jakieś transcendentne doznania czy cholera wie jakie katharsis następuje, bo czułem że to numer który wymagał by odpowiedniego backgroundu którego nie miałem początkowo. Ale słuchając go dzisiaj wysłałem ten kawałek komuś bliskiemu kto jest w trudnej sytuacji i wiem że potrzebuje mojego wsparcia i w ten sposób oto ad hoc zrodziły się pozytywne skojarzenia z tym kawałkiem i myślę że gdybym np. sam go otrzymał od kogoś choćby leżąc w szpitalu po mojej operacji 2 lata temu też bardzo by mnie trafił i ujął. Mam nadzieję że tak właśnie zrobi tej drugiej osobie. Więc nie wiem jak Ty to robisz ale enty raz już przechodzę nad Twoimi wrzutami od hejtu do uwielbienia. Podobają mi się te nieco egzotycznie brzmiące perkusalia, wokal kojarzy mi się z Kasią Stankiewicz z ery Varius Manx, ogółem dostałem kawałek dobrego zapomnianego polskiego popu, cenna lekcja starej telewizji. Również świetna wrzuta.


Także no taka mocna bardzo ta kolejka w moim odczuciu, za wyjątkiem tej Debbie bo tu niestety mam poczucie że Melki po średniej płycie i numerze Blondie dorzucił średni numer DH solo, no i niestety sorry wuja ale z Anne Marie się nie polubię chyba z powrotem już.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 07 lip 2023 22:44

Dorzucam trzecią wersję Love is da Shit, która chyba najlepiej łączy oba światy i gdyby to wyszło jako TDHoH, to pewnie, mniej więcej, tak by to brzmiało

https://youtu.be/Z3ibyqdLeKo (kawałek zaczyna się w 15:40)
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 10 lip 2023 01:59

Belbury Poly - Green Grass Grows

Zaczyna się bardzo ciekawie, kiedy wchodzi ten dziecięcy głos, to nieodparcie kojarzy mi się z Iris Murdoch Cut Me Down no-mana i tym upiornym śpiewem na końcu piosenki. Mamy tu lekko brzmiący syntezator, dźwięk tworzący podkład pod kryminał lub jakiś inny film obyczajowy na brytyjskiej prowincji. Bit ustawiony w tle, ale stosunkowo wyrazisty. Po 2:20 klimat robi się poważniejszy, świetne jest to niby metaliczne brzmienie, znów pojawia się dziecko, brakuje tylko obrazka ze świeżym trupem. Sceneria jakby ta sama, ale akt inny. Samo brzmienie keyboardu bardzo pogodne, mogłoby się wydawać, że mamy ładne lato przy lekkim zachmurzeniu, coś tam kropi, że sobie rzeczywiście zielona trawa rośnie, faktycznie, jak Dev pisze, pasuje to klimatem do filmów przyrodniczych i to takich, w których się pokazuje, jak zachodzą procesy w naturze (niekoniecznie do polowania czy sezonów lęgowych). Jest w tym coś porytego, ale ogólnie fajne to.

Flight Facilities - I Didn't Believe

Aura zupełnie się zmienia, wchodzi kawałek klubowy, w sam raz na parkiet po słonecznym dniu jako przyjemne zwieńczenie ładnego, letniego dnia. Nie wiem, czy pani nie ma dla mnie zbyt wysokiego głosu, na dłuższą metę trudno powiedzieć, czy się utrzyma moja niezła opinia, bo fajnie wywija, dobra jest ta linia wokalu, sam kawałek jest bardzo lekki. Bit z tych dość wyrazistych, ale nie bardzo mocnych, narastająca melodia we wstępie buduje atmosferę parkietowca, tempo w sumie nie aż tak szybkie, dużo w tym wszystkim uśmiechu, a jak Elizabeth zaczyna śpiewać, to robi się z tego fajny przebój. Bardzo dobrze brzmi, wyraziście, bez jakiegoś zamulania i tłumienia radości, to powtarzanie frazy też mi się podoba. Dużo się w tym dzieje, pewnie niejedno się jeszcze w tym kawałku odkryje. Świetna wrzuta tak jak świetne są te bębny na końcu.

The Disposable Heroes of Hiphoprisy – Love Is The Shit

The Disposable Heroes of Hipocrisy bardzo mi przypadli do gustu swoim albumem Hypocrisy Is The Greatest Luxury, prawdę mówiąc chciałem nie tak dawno temu do niego wrócić, ale byłem za mało zły, żeby mi to dobrze weszło, a potem nastrój na nich minął. Ale wciąż mam dla nich duże uznanie. To mój pierwszy kontakt z nagraniami na żywo i, chociaż przy pierwszym razie wydało mi się to średnie, to z kolejnymi opinia o tym kawałku urosła. Opowieść gościa koresponduje z tytułem (a mówi też o sympatii dla Boba Marleya). Gość nawija i nawija, a ma dobry głos, w tle leci bit i kawałek coraz bardziej się wkręca do głowy. Podoba mi się ten podkład, informacja o tym, że muzycy grali na żywo, tylko dodaje temu kolorytu. Różne rzeczy ludzie tworzą i różnych słuchają, kiedy dostali kosza, ja np. słuchałem Don't Be Aggressive. Urywa się dość nagle. Kolejna dobra propozycja z tej beczki.

Anne-Marie – Ciao Adios

Wydaje mi się, że wokal jest aż za bardzo z przodu w tym kawałku i w zwrotkach podkład aż za bardzo się chowa. Pani ma coś nieprzyjemnego w głosie, w sumie słychać, że to wesoły kawałek, radosny i bujający, Anne-Marie śpiewa całkiem energicznie, w sumie zobaczymy, która tendencja zwycięży: czy lekkość ukierunkowana na dobrą zabawę, czy jednak ta lekkość okaże się ulotna i magia odleci bezpowrotnie. Refren całkiem chwytliwy, linia wokalu też spoko, dosyć to krzykliwe, nie wiem w sumie, faktycznie przypomina Rihannę, a to niedobrze, bo ja za Rihanną nie przepadam. Nie, że całkiem, ale tak generalnie. Bit taki do tupania, ale bez mocniejszego wyrazu chyba. Podoba się, wciąga do zabawy, a jednocześnie męczy. Kontrowersyjna wrzutka.

Fuck Buttons - Surf Solar

Piękna nazwa zespołu, to jak wywiady z wieloma postaciami popkultury, w które koniecznie musi być wciśnięte podobne słowo ;(. Początek to prawie jak strojenie instrumentów i czekanie w napięciu, co się wydarzy. Potem wchodzi jakiś dziwny bit, który z upływem czasu staje się coraz mniej dziwny, a coraz bardziej transowy, mocny, a numer załadowany emocjami. Ciężkie to dosyć, jak ostatnie ściany deszczu dla przechodniów (jeden dźwięk w tle koło 3:40-3:50 brzmi zresztą jak deszcz). Mocne i dosyć kwaśne, trochę się trzeba w to wsłuchać, bo za pierwszym razem nie wchodzi. Treściwe to, wciągające i zagęszcza się mocno po 6:25 minucie, zbliża się nawałnica. Wtedy to już mamy jazdę bez trzymanki, muzyka zdecydowanie nie na każdą chwilę, bo może wybuchnąć i... stać się muzyką na co dzień? Może, kto wie. Masa dźwięków i efektów w tle, kojarzących się po części z wodą w różnym kształcie, po części z szalejącymi maszynami, jakimiś robocikami-wojownikami, a całość jest bardzo klimatyczna. Ciężki kawałek, ale wciągający. A potem się wycisza - powoli, jak hamująca drezyna rowerowa w Uhercach czy lepiej - pociąg, jak zmniejszająca obroty maszyna, jak gubiący się smak paskudnego lekarstwa. Dobra rzecz.

Anna Maria Jopek - Ale Jestem

Anna Maria Jopek to takie nazwisko, które znam w zasadzie od zawsze, a nigdy nie czułem potrzeby szczególnego zagłębiania się w jej twórczość i w efekcie pani zawsze była dla mnie taką znaną (z nazwiska i pozycji) - nieznaną (z twórczości). Pani na pewno ma przyjemny i energiczny głos, chórki, jak to w muzyce pop, dodają piosence energii, pytanie tylko, czy tej dobrej czy nie (rodem z Niech mówią, że Piotra Rubika, nieznośnej przez ten patos). Moim zdaniem to się całkiem nieźle broni. Mamy tu miks paru stylów: wyraziście dudniące bębny, bardzo emocjonalnie śpiewająca wokalistka, muzyka nieco folkująca, tekst piosenki nieco rozpoetyzowany, ale serio, po przeczytaniu serii utworów z jednej strony z kategorii fantastyki naukowej (pozdrawiam pana Księżyka), z drugiej z kategorii wściekłości na świat taka odmiana jest mile widziana, nawet jeśli niektóre sformułowania budzą delikatny uśmiech, ale z pogodnym wyrazem. I taki właśnie jest ten kawałek: z optymizmem w przyszłość. Na Eurowizję nie patrzę, bo po popołudniu z tamtejszymi przebojami widzę, że w latach 90. koncerty stały się dużym show, a w latach zerowych coraz bardziej kuriozalnym widowiskiem pełnym bardzo ekscentrycznych postaci (nie dla mnie to). Bez tego jest ok.

Dobra, mocna kolejka, z jedną kontrowersją, ale bez wtop.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 10 lip 2023 02:11

Belbury Poly Green Grass Grows

Na papierze wszystko elegansio. Elektronika w bardzo staroszkolnym wydaniu. Roi się od moogowego brzmienia. Perka trochę automat, trochę bardziej organiczna, więc ciekawe urozmaicenie. Dziecięce wokale przywodzą na myśl jakieś kołysankowe, bajkowe motywy. Ciekawie nam PT Musiał rozróżnił te projekty, choć wiadomo, że to bywa płynne. Klimaty BBC, Delii, a przede wszystkiego Morty'ego Garsona są mi bardzo bliskie. Możliwe, że któregoś sympatycznego dnia wreszcie odpowiem na te zaloty. Odpalam kawałek raz, drugi, trzeci i mimo tych oczywistych skojarzeń, sprawnego wejścia w elektro otoczkę TAMTYCH lat zupełnie do mnie nie trafia. Trochę w tym zasługa wokali, one w ogóle nie robią. Ani w tym kwasu, ani wrażenia niepokoju. Może za dużo już usłyszałem. Może przesiąknąłem tym stylem i prędzej sięgnę po rzeczy z epoki niż kunsztowne, ale przekombinowane imitacje. Melodie są dość rozmyte, rytmicznie dzieje się mała kombinacja. Ktoś chciał za bardzo, bo brakuje mi w tym lekkości. Z drugiej strony te "śpiewane" kawałki na moogowych podkładach zawsze mają u mnie pod górkę. Musi być trochę więcej brudu, żeby udzieliła się bardziej psychodeliczna atmosfera. Jest tylko w porządku, niestety. Po prostu za dużo się dzieje.

Flight Facilities I Didnt Believe

Oj dawno nie było takiego uderzenia ze strony Mudżyna. Wreszcie kawałek, do którego chce się wracać zupełnie naturalnie. Australijczycy muzycznie kojarzą mi się z eleganckim przetwarzaniem rzeczy obecnych trochę wcześniej w Europie w wyjątkowy i niespotykany tutaj sposób. Soczysty housik, który doskonale pasuje pod ciepłe weekendowe popołudniowe posiadówki. Nie podgrzewa atmosfery, elegancko pozwala się cieszyć tym, co jest dookoła. Miejscami słychać ciągoty w stronę starszych inspiracji-imitacji i działa to bez zarzutu. Ładnie zbudowany bicior, głęboki basik, przyjemnie przejście w refren z dodatkowym brzmieniem w tle. Jak na extended mix to brzmi bardzo dobrze, bo nie ma wrażenia czegoś faktycznie rozbudowanego. Może faktycznie extended mix trwający z 9 minut byłby już za gruby, ale taki to palce lizać, odbieram jak zwykłą wersję. Wszystko ładnie narasta, odpowiednio rozłożone akcenty. Sama z siebie prowokuje do życia, większego ruchu, działania. Tego mi trzeba.

Disposable Heroes of Hiphoprisy Love is Da Shit - Live

Do dzisiaj słuchałem tylko tej wersji na żywo. Za nieśmiałą sugestią Hiena sprawdzam dodatkowo dwie pozostałe. Chyba najlepsze wrażenie robi ta trzecia. Udziela się charyzma nawijacza, jakość nagrania sprawia, że słychać tylko perkę i bas. Niby coś tam jest więcej, ale zupełnie niepotrzebnie. Może gdybym się osłuchał tylko w tej, to byłaby nadzieja na props. Pozostałe to małe nieporozumienia. Wrzutka z osobistym kontekstem i pod względem wszystko kupuję. Sam numer to jakieś bardzo generyczne pitolenie. Nawijka na złej wyjebce. Podana w taki sposób, że żaden temat nie skusi mnie do wgryzienia się głębiej. Klawiszowo też pitolenie, trochę jak w teleturnieju, trochę jak na próbie zespołu w knajpie w mieście powiatowym. Półtorej minuty stanowi intro z genezą powstania, potem trzy minutki kawałka. Płytowa wersja to już poważniejszy wjazd jakiegoś dziwnego dystansu, ten gospel wjeżdża chyba tylko w celu dośmiesznienia. Nijaki pomysł rozciągnięty na pięć i pół minuty, ani śmieszny, ani chwytliwy, ani z wartym grzechu pomyślunkiem.

Debbie Harry Inner City Spillover

No ciekawy ten dubik, nie za szybki, nie za żwawy, nie za wyróżniający się. Rytm hipnotyzuje, nie powiem, ale poza tytułową frazą nic nie zostaje w głowie. Trochę nie wiem do czego mógłbym tego słuchać. Samo w sobie nie zachęca. Puszczane w tle jakoś sobie radziło, ale pod tym względem wszystko się "obroni". W tej kolejce są różne szkoły radzenia sobie z wypełnieniem pięciu minut. Ta Blondie ląduje w drużynie poległych. Może i tu jest jakaś synteza gatunków, w założeniu interesujące mieszanka, ale to taka smętna, męcząca monotonia. Źle męcząca. Z perspektywy laika raczej stawiam krzyżyk na drogę. Może bardziej oczywisty wybór mógłby potem zachęcić do poszukiwań? Nie wiem, zostaje spalona ziemia.

Anne-Marie Ciao Adios

Prawie rok temu byłem z byłą drugą połówką w jakiejś prywatnej przychodni we Wrocku. Wizyta niby jak każda inna, aż tu nagle z głośników poleciały dwa całkiem sympatyczne numery. Odpaliłem Shazama, sprawdziłem sobie tytuły, zapisałem na potem na jednej z playlist na Spotify. Niby totalnie zwyczajny EDM, ale czasem wystarczy pojedynczy, zupełnie prozaiczny element i potrafi zaskoczyć. W podobny sposób odkryłem któregoś dnia sympatyczny chillout, który akurat leciał podczas małych zakupów w Lidlu xD Numer brzmi trochę jak z generatora lekkich tanecznych kawałków, ALE. Zaskoczył mnie delikatny sznyt rytmiczny ala latino elektronika. Refren jest naprawdę chwytliwy i niepostrzeżenie wżera się w mózg. Pomogła też aura, bo nawet w Wałbrzychu ostatnio jest pieruńsko gorąco w środku dnia. Z niemałym zaskoczeniem, ale szanuję, cholibka.

Boje się trochę sprawdzać coś więcej. Gdy widzę współpracę z Davidem Guettą w 2023 roku... zgroza.

Anne-Marie Iopeque Ale jestem

Otoczka starotelewizyjna to jest niezła metoda na przekonywanie do dość średnich kawałków, podoba mi się ta strategia, czekam na kolejne pomoce tego typu. Wywiad sprawia, że nie chciałbym poznać tej artystki na żywo. Faktycznie brzmi niepokojąco współcześnie w porównaniu z domorosłymi autorytetami z programów podróżniczych, kulinarnych czy po prostu internetowych tworów obliczonych na szybką atencję i zdobycie rozpoznawalności. Mowa woda i to taka, że z polonistycznego punktu widzenia aż drażni xD Słusznie została w pewnym momencie zatrzymana. Z jednej strony to, a z drugiej poszedł tam też teledysk. Kolejne wybitne dzieło. Założyłbym się, że budżet wyniósł kratę całkiem pijalnej wódeczki. W wielu miejscach toczy się dużo beczki śmiechu ze starszych teledysków studyjnych telewizyjnych, a tutaj wcale nie jest lepiej. Moim faworytem scena z chamskim slowmo zrobionym toporem. A co na temat samego utworu? Specyficzny wybór na dość dziwny konkurs. Produkcja typowe polskie popowe najtisy. Między Varius Manx i Sixteen jak znalazł, trochę zbyt plastikowa na Bartosiewicz czy Firebirds. Plemienna perka zapowiada zupełnie coś innego. Tekstu nie skumam chyba nawet po śmiesznych ciasteczkach, podbija rytm, tempo, ale o czym jest? Tez jakiś proto coaching. Ostatecznie bijący stąd pozytywny nastrój nie pozwala na poważniejszy hejt. Niby nic złego, ale żeby akurat obnosić się z czymś takim w Europie? To mój problem z muzą eurowizyjną. Często jest pozbawiona jakiegokolwiek charakteru, a i te w założeniu przebojowe rymy, harmonie nie wchodzą. Nawet The Ride kojarzyłem lepiej, a przedwczoraj sprawdzałem i też w połowie robi się straszne drewno. Tylko Telex, Panowie, oni zrobili to najlepiej.

Wbrew pozorom wszystkiego słuchało mi się przyjemnie, po pierwszym odsłuchu były z dwa dni przerwy. Może teksty często niezbyt optymistyczne, ale no cóż, bywa i tak xD Na wyprawę w nieznane zapakowałbym Annę Marię bez Jopka i kangur house bangera.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lip 2023 09:55

Dragon pisze:
10 lip 2023 02:11

Flight Facilities I Didnt Believe

Jak na extended mix to brzmi bardzo dobrze, bo nie ma wrażenia czegoś faktycznie rozbudowanego. Może faktycznie extended mix trwający z 9 minut byłby już za gruby, ale taki to palce lizać, odbieram jak zwykłą wersję.
Zasadniczo tak właśnie jest, jest to wersja normalna i taka tylko była wydana fizycznie i cyfrowo, edit istnieje tylko do wideoklipu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 lip 2023 10:16

Regularnie zdarza mi się Shazzamować muzykę w tego typu miejscach publicznych, jak przychodnia, Lidl, itd. Zwłaszcza supermarkety dostarczają, bo oni wykupują licencję na najtańszą muzę, co oczywiście świadczy bardziej o jej braku zasięgu i wsparcia, niż o tym że jest słabsza. Nawet hipsterzy by się nie powstydzili tych obskjurów. Swoją drogą, ostatnio czekając do laryngologa, zostałem zaatakowany na korytarzu przez Metallicę. Szał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 lip 2023 00:43

głównie słyszałem o niej kiedy Kydryński, w swojej cringowej audycji, regularnie, pomiędzy jakimiś smooth jazzowymi szlagierami, przypominał, że ją posuwa.
Słuchanie audycji Kydryńskiego kojarzy mi się z doświadczeniem równie przyjemnym, co wizyta w czeluściach piekielnych, ale nie jestem matką, bym miał kiedykolwiek próbować tego na własną odpowiedzialność.

Belbury Poly - Green Grass Grows

Ja kurde na początku sam nie wiedziałem czy mam pamięć złotej rybki, czy ni cholery nie pamiętam, by Musiał kiedykolwiek wspominał o Belbury Pory, bo mi ta nazwa nic nie mówi ani się z niczym nie kojarzy. Wyszukiwarka każe sugerować braki w pamięci, bo faktycznie jakieś tam wzmianki się przewijały. Teraz sobie w ogóle przypomniałem, że było coś takiego jak pierwsza edycja bestki albumowej i było tam coś takiego jak Advisory Circle, które nawet mi się podobało, ale chyba nie aż na tyle, bym chciał tego ponownie słuchać. O ile pamiętam faktycznie tamto brzmiało jak jakieś Boards of Canada zmiksowane z samplami z jakichś filmów instruktażowych - tutaj mamy coś z grubsza zbliżonego, tylko zamiast post-apo klimatu jest SPOOKY atmosfera jak, nie przymierzając, z halloweenowego odcinka Scooby Doo czy innego Luigi Mansion, a miast ww. sampli - muzyczkę z jakiegoś programu dla dzieci i śpiewającą dziewczynkę, która spierdoliła z castingu z Od Przedszkola do Opola. Momentami faktycznie instrumentarium brzmi jak walenie w jakiś metalowy przedmiot, ale ja po prostu uznam to za nawiązanie do Einsturzende Neubaten i w ogóle to tak serio to mi to nie przeszkadza. Ma to swój urok i ja to kupuję. No generalnie to dobra psychodela jest dobra i jak jest dobrze, to dobrze. Daję okejkę.

Flight Facilities - I Didn't Believe (feat. Elizabeth Rose)

Chciałęm napisać, że zaskoczę was stwierdzeniem, że nie znam Flight Facilities, ale jednak zaskoczę was tym, że jednak znam jeden kawałek. Co prawda nie ich, a remix w ich wykonaniu, no i znam go z GTA 5, ale JEDNAK - ten quest, w którym się pojawił był jednym z moich ulubionych. Na australijskiej scenie klubowej to się znam średnio, chociaż jakiś czas temu przypomniałem sobie o jednym takim bangerze z kraju kangurów oraz pająków i nie wykluczam, że się tu pojawi. Generalnie to Murzyn tutaj mnie, kolokwialnie mówiąc, rozjebał. To jest kuźwa doskonałe, miałem dziś stresujący dzień i w ogóle to jestem jakiś taki rozjebany i podkurwiony, a jak sobie tego słucham to normalnie czuję się lżej jakby rekom odjoł, jakbym poszedł pobiegać albo ciupciać Falubaz. Wspianałe, jaki tu jest wspaniały groove, jakie piękne wokalizy i w ogóle czuję się zauroczony tym kawałkiem od praktycznie pierwszego odsłuchu. Daję ᵘ ꒳ ᵘ (✿◕‿◕).

The Disposable Heroes of Hiphoprisy – Love is Da Shit

Cieszę się na kolejny odcinek cyklu LATO 2008, prawie tak samo jak na myśl o powrocie do Disposable Heroes 3, bo pamiętam, że ten album co go tu Hien zapodał bardzo mi się spodobał i regularnie go katowałem w tym chorym 2022 roku. W sumie można znaleźć dużo punktów stycznych między moim latem 2008 a latem 2008 wrzucającego - też zdarzało mi się siedzieć w domu przed komputerem. Niestety, nic innego się nie zgadza, ale trudno. Coś, najprawdopodobniej wrodzona przekora, zmusiło mnie do sprawdzenia wersji studyjnej i szczerze mówiąc diabeł rogaty tudzież głosy w mojej głowie kazały mi napisać, że wolę ją od oryginału, ale się powstrzymuję i stawiam obie te wersje na równi, lubiąc je za coś innego. Wersja live jest bardziej surowa, rzekłbym może i ascetyczna, ma to swój niewątpliwy urok, ale akurat tutaj, to co odrzuca OPa mnie totalnie kupuje, bo ja chyba jestem łasy na takie zabiegi i odnajduję coś urzekającego w gospelowych chórkach śpiewających o tym, że miłość to siusiak. Props byłby większy, gdyby ojciec wrzucający zsynchronizował się z jakimś okresem, kiedy próbuję się zakręcić wokół kogoś i dostaję kosza (tak się składa, że mam teraz praktycznie wszystkie inne problemy na głowie xD), ale i bez tego jest okejeczka.

Debbie Harry - Inner City Spillover

Hokus pokus, czary mary, Melczet wrzuca Debbie Harry. Podoba mi się, że oprócz kolejnej próby przeforsowania nam tej pani, Melczet musiał gdzieś coś napomknąć o jakichś ludziach z betonowymi głowami, jakby nie wiem, prostytutka, warto było się liczyć z nimi czy coś. Zdradzę wam trochę "kuchni": przed pisaniem recek praktycznie zawsze sobie odpalam na jakimś spacerze czy gdzieś tam plejkę murzyna w ciemno, bez czytania jakichkolwiek opisów ani też próby przyporządkowania wrzuty do wrzucającego (czasem to się nasuwa samo), dopiero potem słucham tego tak na poważniej, i tak prawdę powiedziawszy po tej pierwszej próbie chciałem ten kawłek zjechać, bo a to nudne reggae, a tamto wokal Debbie mnie już wkurza i w ogóle ileż można. Ale teraz sobie siedzę, słucham i myślę, że ty no w sumie fajne no. Nie wiem skąd Melczet bierze te skojarzenia z wielkomiejską dżunglą, może za dużo tejków ludzi z BETONOWYMI GŁOWAMI XD XD XD, bo mi się ten utwór kojarzy z dosłownie wszystkim, tylko nie tym. Ten bas jest naprawdę cool, a jak się człowiek wgryzie w tę specyficzną manierę wokalną Debbie, robi się naprawdę przyjemnie.

Anne-Marie – Ciao Adios

Fajnie, że nie tylko ja w tej kolejce wrzuciłem Annę Marię. Powiadomienie z jutubkowego scrobblera otagowało mi ten kawałek jako piosenkę z którejś kompilacji NOW That's what i call music! - nie sądziłem, że to jeszcze wychodzi. Wjechaliśmy w rejony tak maksymalnie rmfowo-zetkowo-eskowe, że aż czuję się nieswojo, bo swego czasu budowałem swoją osobowość na szkalowaniu takiej muzyki, ale odkąd dokonałem coming outu z Papa Dance nie mogę tego robić, bo to trochę tak jakby Biedroń miał być homofobem czy coś. Uszami wyobraźni słyszę ten kawałek wydobywający się z kuchennego głośnika w kuchni w domu rodzinnym, do któego pojechałem na wakacje podczas jakiegoś Euro/mundialu (branie urlopu na tę okoliczność to jeden ze zwyczajów, które staram się kultywować, ale idzie różnie - rok temu totalnie to nie było możliwe) i w sumie w kontekście tego brzmi fajnie. A co mi tam, daję okejkę, bo w sumie jest w tym coś fajnego.

Fuck Buttons - Surf Solar

Kolejeczkę wieńczy kolega Robert projektem, który pewnie kiedyś ode mnie usłyszycie, bo bardzo lubię ten zespół. Poznanie ich to akurat jeden z plusów przebywania z pseudoelitystami te lata temu, bo tak się składa, że blisko dekadę temu dzięki nim odkryłem Slow Focus... dobra, nie wykluczam, że uprzedzam potencjalną przyszłą wrzutę. W każdym razie o tym, że lubiłem się z tym projektem całkiem mocno niechaj świadczy fakt, że odpuściłem na ich rzecz koncert Glenna Branci na OFFie 2014 i szczerze mówiąc - niczego nie żałuję (zwłaszcza, że zewsząd post factum słyszałem opinie, że był raczej meh).
Zgodzę się z tym, że całość nie robiłaby takiego wrażenia, gdyby była krótsza, bo te kompozycje po prostu potrzebują czasu na to, by się móc rozwinąć, móc wkręcić i siać rozpiździel kawalkadą dźwięków oraz umiejętnie budowanym napięciem. To jest jakieś mistrzostwo w tej materii, to jak ten kawałek jest zbudowany, jak od tych psychodelicznych, przetworzonych dźwięków z intra nieustannie rośnie, by zbudować ścianę intrygujących, powalonych dźwięków, a następnie się wygasza, co niby powinno brzmieć śmiesznie, ale nie brzmi, jest cudowne i rozpierdala mnie tak samo, jak czyniło to 10 lat temu. Totalnie nie wiem czemu tak bardzo VIBE'UJĘ z tą muzyką, a może i wiem, ale wam nie powiem, ale szczerze mówiąc to jest jeden z nielicznych projektów muzycznych które wchodzą mi tak dobrze od pierwszego odsłuchu i praktycznie za każdym razem, gdy ich słucham. Klasa i w ogóle, a Robertowi polecam sprawdzić Tarot Sport, bo to świetna płyta!

Kurde, ale fajna kolejka wyszła. Wszystko mi się podobało, szczerze mówiąc jedna z lepszych w dziejach tej zabawy. Czasami miewałem wrażenie, że już ta zabawa się wypala, że niczego szczególnego tu nie odkryję, a tu sama bomba na bombie. SZAPOBA
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 lip 2023 01:46

shodan pisze:
07 lip 2023 11:48
A w 2:22 dochodzą mocarne zagrywki, pewnie z klawisza, choć brzmią jak jakaś gitara elektryczna.
Kiedyś wrzucałem wam wybór z tego, co przez lata zrobiłem w FLu. Któregoś sympatycznego jesiennego dnia 2018 roku zabrałem się do zabawy. Powstały wtedy dwa kawałki. W obydwu skorzystałem z odkrytego dopiero co patentu, że wystarczy podłączyć pod syntezator pewien efekt i brzmienie gwałtownie wyostrza się, do pewnego stopnia nie można go kontrolować, ale właśnie przypomina elektryczną gitarę. Nie wiem, czy FB też tak robili, bo to po prostu może być gitarka, ale z autopsji wiem, że takie idzie to wygenerować stosunkowo łatwo. Ja bawiłem się jak małe dziecko.
mintaj pisze:
11 lip 2023 00:43
Klasa i w ogóle, a Robertowi polecam sprawdzić Tarot Sport, bo to świetna płyta!
Gdybyśmy zaczęli bestkę parę lat wcześniej, to pewnie sam bym ją wrzucił hehhe Całość bywa męcząca, dlatego najczęściej wracam do Surf Solar, Olympians i dwóch ostatnich, wtedy gra gitara.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 11 lip 2023 09:30

Flight Facilities - I Didn't Believe

Śmieszna rzecz, myślałem, że znam więcej numerów tego wykonawcy, a okazało się, że znam jeden, bo pomyliłem FF z Clean Bandit. Crave You FF jest fajne tho, więc i tak się zajarałem i się nie rozczarowałem. Przyjemny wakacyjny bangerek, przed oczami mam beach bar z dyskoteką gdzieś na wybrzeżu Adriatyku, wokół piękni ludzie blablabla, zimny alkohol blablabla, światełka w środku gorącej, lipcowej nocy, generalnie dokładnie taki rodzaj urlopu, jakiego teraz okrutnie potrzebuję (ale go nie dostanę). Więc staram się w miarę wygodnie rozsiąść w wyjątkowo nie wygodnym krześle i złapać minimum chillu. Powiedzmy, że wychodzi. Fajne to jest, ale do słuchania bardziej nad morzem.

DHoH - Love is da Shit

W porównaniu do tego, co słyszałem na Hypocrisy Is the Greatest Luxury tutaj mam do czynienia z czymś aż za bardzo... zwyczajnym, generikowym, brakuje mi jakoś tego cudownego, podlanego industrialem ciężaru, jaki wprost wylewał się z ich debiutu płytowego. Nie powiem, że to zły numer, ale czuję niedosyt. Bit jest prawie niezauważalny tam w tle, Franti mamrocze (ale on mógłby nawet pierdzieć, ma naprawdę zajebisty głos), tekst snuje się w manierze lekko wstawionego gościa, coś w sam raz na samotny wieczór w mieszkaniu przy uchylonym oknie z butelką podrzędnego browara (np. po powrocie z w/w urlopu nad Adriatykiem). Prawdopodobnie znalazłbym coś bardziej "oczywistego" do okołozwiązkowych smuteczków, ale propsuję za kreatywność. Da is a good shit.

Debbie Harry - Inner City Spillover

Właściwie to gdyby wymienić Debbie (don't divorce me) na Korę, to ten numer brzmi dla mnie jak Maanam. To nie obelga rzecz jasna, ja tam Maanam lubię bardzo (choć nie zagłębiałem się jakoś ostro w ich twórczość), Blondie to co znam też lubię, Harry solo nigdy nie słyszałem. Więc to dla mnie też mogłoby po prostu być Blondie xD Ktoś tu słyszy reggae, ja słyszę bardziej funk, ale może ja się nie znam, nie wiem, nieważne zresztą. Fajne jest pianino w mostku, perka fajnie pracuje, taki bujający, ale też czilowy utwór, w sam raz do... ŁAŻENIA PO MIEŚCIE, totalnie kupuję "betonowe głowy", rogrzane po upalnym dniu miasto, ale ofc po zmroku. I bardziej sowieckie blokowiska niż spacer bulwarem nadoceanicznym w Miami. Tylko są neony, wi-fi i hipsterskie zapiekanki z kawiorem. A także Łada 2107 z dobrym car audio. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Pobujam się trochę jeszcze.

Anne-Marie - Ciao Adios

Wuja zabiera mnie nad Wisłę roku 2017, mam wrażenie, że słyszałem ten kawałek wszędzie wtedy, a taki był to dla mnie czas, że latem 2017 niemal codziennie wyłaziłem na bulwary z ekipą z roboty i bezceremonialnie chlałem i tańczyłem (nieśmiało jeszcze podrywając swoją późniejszą długoletnią partnerkę). Muzyka tego typu niosła się wtedy rzeką z każdej nadwiślańskiej tancbudy, wyłapywałem więc co bardziej melodyjne numery i potem sobie je nuciłem. Moim guilty pleasure są jakieś okołoeskowe klimaty sprzed wielu lat, a i czasem coś nowszego wpadnie to się wtedy jaram, tu jest czym, więc jest fajnie. Podoba mi się ten kawałek, nie będę pierniczył, aż się chce potańczyć. Głos Anne-Marie momentami brzmi jak przepuszczony przez auto tune, ale walić to, te fabryki hitów czasem wypuszczą coś bardzo spoko. Lubię, okejkuję. Wuja tak niby wpada przypadkiem na takie rzeczy, a czuję, że podpieprza więcej muzyki córce niż by chciał przyznać. Może to lepiej, że nie ma syna w wieku 15 lat, bo wówczas katowałby nas Bedoesem czy innym Zdechłym Osą xD

Fuck Buttons - Surf Solar

Trochę kisnę z nazwy tej grupy. Dragon being Dragon, nic bardzo zaskakującego, powrót do korzeni blablabla, nigdy wcześniej o nich nie słyszałem (chyba, że ktoś mi coś mówił a ja miałem to w dupie), o współpracy z Jarrem też nic nie wiem. A jest w tym coś Jarrowego, zresztą, sam początek brzmi jak numer, który spokojnie mógłby się znaleźć na mojej słynnej kasetowej kompilacji z techno z lat 90. Zresztą później w sumie też tak brzmi, ale bardziej nowocześnie. Na początku byłem lekko zdenerwowany aż tym, że to się tak dłużyło, ale za trzecim, czwartym odsłuchem długość przestała być problemem. Fajna coda, taka fajnie rozładowująca napięcie, mógłbym do tego zasypiać xD Jest vibe, czuję coś w tym numerze, kto wie, co będzie dalej? Mintaj poleca cały krążek, chyba go zassam, co się będę czaił z kwiatami.

Anna Maria Jopek - Ale Jestem

Skąd ja to znam... Bo oczywiście znam to od lat, ale skąd nie mogę sobie za cholerę przypomnieć. Tzn. tak no, radio pewnie, jakaś telewizja, ale jestem przekonany, że gdzieś to niedawno słyszałem, tj. w ciągu ostatnich... 15 lat? W jakimś filmie? Serialu? To na pewno nigdzie nie leciało? Refren znam... cały, i nie wiem skąd lol. Fajna wycieczka w przeszłość, ja tam AMJ zawsze trochę lubiłem, ma fajny głos, nie denerwuje mnie jej maniera śpiewu (no, może czasami), w ogóle jej muzyka kojarzy mi się z jesienią (Czas Rozpalić Piec <3), a ten numer bardziej latem trąci (w ogóle strasznie letnia kolejka), aż mi trudno uwierzyć, że imć Mentos odkrył to dopiero teraz (no, po prostu nie tak dawno temu). Muzycznie jednocześnie to mi tak wali najntisami po ryju, w sensie polskimi najntisami, że aż widzę ten numer w trailerze do jakiegoś filmu z tamtego okresu, tu zbliżenie na Pazurę, tu na Bakę, tu śmiejący się Nowicki, potem Kondrat z miną skurwola, Agnieszka Włodarczyk z jakimś typem, na koniec plansza PRODUCENT: LEW RYWIN. W sumie... najczęściej w tej kolejce odpalałem ten właśnie utwór (obok Anne-Marie... czy ja zamieniam się w boomera?). Jest dobrze, dobry przekaz leci.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 lip 2023 09:34

Zamykamy, otwieramy. Kto gotowy - podsumowanko i wrzuta.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 11 lip 2023 10:00

devotional pisze:
11 lip 2023 09:30
Wuja tak niby wpada przypadkiem na takie rzeczy, a czuję, że podpieprza więcej muzyki córce niż by chciał przyznać.
Podejrzewam, że córka nawet Anne-Marie może nie znać. Szczerze mówiąc, to ja jej więcej sprzedaję muzyki, niż ona mnie.
Podsumowując całkiem pozytywny odbiór AM. Melki tylko trochę stoi w rozkroku. No i Murzyn meha, bo nie trawi Anne-Marie, choć sam coś od niej jednak wrzuci XD
W ogóle ostatnie kolejki są naprawdę dobre. Nie uważam, żebyśmy ciągnęli temat na oparach.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 lip 2023 11:51

Franti z zespołem zrobili ok wrażenie, rozumiem, że niektórzy oczekiwali industrialu, ale nie samym industrialem człowiek żyje, nie warto słuchać tylko uszami oczekiwań. Kończę na razie wątek Lata 2008 (wrócimy do niego w sierpniu), ale nie kończę z obecnością czarnoskórych wokalistów, którzy zdominują u mnie bestkę w tym roku.

Rob & Fab – Do I

Rob i Fab powracają po roku, ale tym razem z kawałkiem, którego nikt z was raczej nie zna. Wyjątkowo odrobina historii: po wielkim upadku Milli Vanilli, aferze związanej z playbackiem, itd., media skupiły się na szczuciu twarzy zespołu, czyli Roba i Faba. Kto nie oglądał dokumentu z YT, powinien nadrobić (nowy, prawdziwy film dokumentalny ma wyjść w tym roku). Rob i Fab zniknęli z zasięgu mediów, żeby na spokojnie ogarnąć sytuację, ale jedno było wiadomo – chcieli nagrać album i udowodnić, że potrafią śpiewać. Doszło wtedy do dosyć kuriozalnej sytuacji, kiedy w 1991 i 1993 r. wyszły dwie płyty „Milli Vanilli”, ale żadna z nich nie była płytą Milli Vanilli. Pierwszy album to „The Moment of Truth” projektu przemianowanego na The Real Milli Vanilli, w którym brali udział oryginalni, studyjni wokaliści Milli, z dokoptowanym typem, który przypominał karykaturalne połączenie Roba i Faba. Na albumie znalazły się nagrania, które miały być wydane jako druga płyta Milli Vanilli (są nawet występy tv, w których te same numery playbackują Rob i Fab). O tę płytę zahaczymy w przyszłym roku. Drugi album to „Rob & Fab”, wydany w 1993 r. Chłopaki spędzili ostre dwa lata na nauce śpiewu, po czym wspomagani przez ekipę autorów i producentów, weszli do studia aby w końcu spełnić swoje marzenia i coś światu udowodnić. Niestety siusiak to wszystko strzelił. Wydawca niefortunnie popadł w tym czasie w długi, w wyniku czego podjęto decyzję aby płytę wydać tylko w Stanach, gdzie nadal unosił się koszmarny hejt na Milli Vanilli. Sprzedano – uwaga – 2 tysiące egzemplarzy – co, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy kiedy jakiś band z liceum tłoczy sobie tyle demówek, wydaje się być ilością zatrważająco niską. Co jakiś czas wyskakują mi na wishliście na Discogs kopie tego albumu, ale ceny są kosmiczne. Po tej klapie, wszystko się zesrało i duet nie nagrał już razem niczego, a świat jeszcze przez długi czas nie ogarnął, jak utalentowani byli w rzeczywistości ci młodzi ludzie.

Smutna historia, ale to nie zmienia faktu, że album, który wydali Rob i Fab jest fenomenalny. Fab już wtedy wyrobił się niesamowicie jako wokalista, Rob był trochę bardziej w tle, ale też potrafił zaśpiewać (są filmiki w necie jak śpiewali a capella). Przygotowano im świetne piosenki, w których pisaniu udział brał sam Fab. Album ściągnąłem sobie już na fali mojej pojary Milli Vanilli w 2019 r., ale wtedy skupiłem się głównie na świetnym singlu „We Can Get It On”. W 2020 r. nastał Covid. Grzecznie przesiedziałem w chacie całe lato, co było koszmarnie dołujące. Żeby sobie jakoś to zrekompensować, słuchałem letniej muzy, i tak od płyty do płyty, wróciłem w końcu do „Rob & Fab”, ale tym razem przesłuchałem już ten album uważnie. Poraziło mnie, że pod wieloma względami to jest lepsza płyta niż debiut Milli Vanilli. Największe wrażenie zrobił na mnie utwór „Do I”, który to ciapam tu wam panie.

To jest prosty, ale bardzo melodyjny, fajne zrealizowany i nagrany kawałek pop. Taki wiecie, na lato xD Fab brzmi momentami niemal jak Michael Jackson, numer ma dobry bit i generalnie zrobił mi tamte, trudne do zrobienia wakacje (bo urlop wykorzystałem, tylko w domu, heh). Kawałek, jak i płyta, są świetne, ale też słychać czemu to nie pykło. To brzmienie było już trochę spóźnione w 1993 r. i to, co byłoby murowanym hitem między 88, a 91 rokiem, teraz rywalizowało z modnymi alt. rockiem, grungem, hip/trip-hopem, rave’em, itd. Gdyby to wyszło rok po rozpadzie Milli Vanilli, to mogłoby być inaczej, ale wtedy Rob i Fab nie daliby rady przygotować siebie i porządnego materiału. Szkoda, że tak to wyszło. Ostatecznie jednak, album wyszedł i można dziś go odkopywać jako niedocenione znalezisko. I śmiesznie to w ogóle wychodzi, że de facto teraz dopiero słuchacie tych gości, kiedy już rok temu, przy „Girl You Know it’s True” mieliście ich przed oczami (bo zawsze będzie się miało ich przed oczami). Ale cieszę się, że mogę też dołożyć swoje w szerzeniu prawdy, że ci goście to nie były kukły, potrafili śpiewać, a ich taniec to była druga połowa sukcesu Milli Vanilli, na co sporo osób w ogóle nie zwraca uwagi. Słuchajcie tego i tyle.

https://www.youtube.com/watch?v=RrHuquo ... ZhYiBkbyBJ

UWAGA, płyta ewidentnie wisi w jakimś prawnym limbo, bo nie mam jej oficjalnie na żadnym streamingu. W/w link jest w jakości raczej takiej sobie, więc zapodaję też lineczkę do dobrej jakości mp3

https://ln5.sync.com/dl/22d3578c0/hb79j ... r-zgu9mjc2
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 lip 2023 13:04

Trochę beczkowo, napisałem tekst tej wrzuty kilka tygodni temu już ale w obliczu pewnych sprzyjających okoliczności nie pozostaje mi nic innego jak wrzucić ją właśnie dziś xD

Common Sense - Nuthin' To Do
(1994)

Prawa bestki są bezlitosne, co prawda wiemy że za x czasu dojdzie do tego że będziemy lecieć jakieś duble niektórych wykonawców ale kto tak naprawdę wie co będzie jutro nie mówiąc nawet o dalszej przyszłości naszej zabawy, pozostaje żyć i grać na bieżąco. Kto bierze udział w bestce klipowej ten PRZY OKAZJI *wink wink* mógł już zapoznać się z Commonem gdzie prezentowałem klip do kawałka pochodzącego z jego drugiego albumu pt. Resurrection.

Resurrection wyprodukowane zostało w zdecydowanej większości przez producenta No I.D. który był wiodącą postacią jeśli chodzi o producentów z Chicago (był mentorem choćby dla Kanye Westa). Ta płyta pełna jest fajnych rzewnych sampelków i klasycznie brzmiących bębnów, całość nieco jazzująca chwilami i idąca w klimaty A Tribe Called Quest (choć może niekoniecznie aż tak jazzowo jak na Low End Theory). Obok singli z tej płyty jednym z moich ulubionych numerów było od pewnego czasu Nuthin' To Do z bardzo fajną pętlą saksofonu i wieczornym klimatem. Nie wiem dokładnie kiedy tak wgryzałem się w ten album ale pamiętam że miałem fazę na ten numer grywając w Mafię i chodził mi po głowie ciągle, możliwe że ładnie komponował się z tym retro klimatem tej gry po prostu. Ten kawałek a zwłaszcza jego refren i ten saks to był duży earworm dla mnie, podoba mi się też tematyka tego kawałka bo Common trochę wspominkuje a w refrenie wspomina o wieczorach spędzanych na szlajaniu się po mieście bez celu ze znajomkami, spijaniu browców, wyrywaniu lasek itd. Tym samym wzbudza trochę nostalgię za czasami studenckimi u mnie i podobnie spędzanymi wieczorami z kolegami którzy rozpierzchli się po kraju i pozakładali rodziny i nawet nie ma czasu by się spotkać. Teraz na ten moment mam w głowie takie wyobrażenie że w idealnym świecie zjeżdżają do mej mieściny panowie munlup i dev i wozimy się po mieście w ciepły letni wieczór bujając głowami do tego numeru lecącego z głośników xD Tak więc trochę nostalgia za czymś utraconym a trochę za czymś dotąd niezrealizowanym w tej wrzutce ode mnie :)

Bierzcie, słuchajcie tego i chillujcie a zainteresowanych zapraszam do zapoznania z albumem którego pomimo szczerych chęci mogę już powiedzieć że nie zmieszczę w bestce albumowej.

https://youtu.be/n8NT29RJx9k
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 lip 2023 13:08

No proszę, czyżby wszystkie głosy na TAK? Trzeba to zmienić...

Kto to mówi, że coś się wypala? Ja się dopiero rozkręcam xD

Shpongle - Divine Moments of Truth (1998)

Za sprawą Szpongli kontynuuję serię wrzutek mniej osobistych, choć w sumie... Nie powinienem po czasie odbierać po moim bardziej piwnicznym niż towarzyskim wyborom ważności i znaczenia. Może częściowo zmieniły się preferencje względem odkrywania rzeczy, ale kiedyś było po prostu inaczej. Wtedy też przecież odczuwałem mocne emocje, choć wielu rzeczy już nie pamiętam. Muszę polegać na resztkach, własnych interpretacjach historii z przeszłości. Bywa tak, że zostały tylko te ślady pozostawione w oczywistych miejscach. Shpongle musiałem poznać w okresie fascynacji Carbon Based Lifeforms. Oczywiście byli na Ishkurze. Moje zainteresowanie psybientem czy generalnie psy-czymś poza transowym łomotem było kiedyś naprawdę poważne. Orientowałem się w wytwórniach (wiadomo, najczęściej jest tak, że ci najlepsi w pewnym momencie zakładają swoje), czytałem ciekawsze teksty na ich temat. Z przyjacielem A. zasłuchiwaliśmy się w podobnych nagraniach dniami i tygodniami. Pod koniec gimnazjum nie miałem technicznych możliwości robienia czegoś podobnego na własną rękę. On zaskoczył mnie paroma kawałkami, choć po latach przyznał się, że w dużej mierze opierał się na demówkach, żywcem wybranych z paczek loopach. Ja byłem wierny (i jestem cały czas) ideologii poszukiwania własnego brzmienia, choćby i za cenę znacznie dłuższego czasu spędzonego przy tworzeniu. Wtedy byłbym oburzony. Dzisiaj macham ręką, bo właściwie tylko pojedyncze kawałki przetrwały do teraz na dyskach, a z tych chilloutowych chyba jeden, może dwa. Shpongle też mu pokazałem, ale nie pamiętam już żadnej opinii; raczej zachowawcza aprobata. Ja byłem wniebowzięty bogactwem brzmienia i użytych środków, zmiennością w stałości, ta muzyka dawniej faktycznie bardzo poważnie pobudzała wyobraźnię do pracy. Słuchana w skupieniu mogła robić lekkie spustoszenie. Dzisiaj powinienem to przetestować w słuszny sposób, ale czy byłaby do tego przestrzeń i towarzystwo, czy w ogóle tego chcę, nie wiem. Nie jestem człowiekiem bardzo przeginającym, tylko dla samego sprawdzenia też już trochę nie mam ochoty.

Nie wiem, jakie wrażenie ta muzyka robiła w momencie premiery. Maniacy od Banco De Gaia mogą się doszukiwać podobieństw i nie sądzę, by były chybione. Dla mnie od zawsze byli ciekawsi, bardziej wykręceni, faktyczne elektroniczni, a to kiedyś była podstawa. Nawet jeśli na koncertach wygląda to trochę inaczej... ale chui, tak wybierałem w wieku 15-16 lat. Ta kwasowa otoczka robi robotę. Dla wywołania najlepszego wrażenia proponuję wam DMT. Serio. Gdy odkryłem oczywisty skrót w tytule to uznałem go za naprawdę mocną rzecz wymagającą dłuższej rozkminy. DMT to dziesięć minut bardzo ciekawego odlotu, w którym dzieją się dość zaskakujące zwroty akcji. Słyszę w tym wszystkim jakiś odpowiedni porządek. Dawniej lubiłem odpuszczać ostatnie trzy minuty, ale teraz wiem, że bez nich nie ma pełnego efektu. Formalnie zamykam tę dwudziestkę piątkę, choć będzie jeszcze bis. Bis, który zawsze uważałem za coś spontanicznego i nieplanowanego, ale historia koncertowa Depeche Mode wybiła mi to marzycielskie myślenie z głowy xD Dlatego nominalnie ostatni numer w serii tak właśnie potraktuję. Na razie jednak czas na kolejne hipnotyczne pętle, arpeggia i cuda na kiju.

PS Miło widzieć, że psytrance.pl mimo upływu lat jeszcze działa jako tako.

https://www.youtube.com/watch?v=igy8q2nWg-o
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 lip 2023 13:16

Współzałożyciel psytrance.pl jest ze mną w ekipie redakcyjnej Alien Hive, świetny gość i legenda na polskim podwórku trance'owym.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 12 lip 2023 12:19

Rednex - Wish You Were Here

Dziś wrzucę jednostrzałowiec w stylu Shodana. Od dawna wiedziałem, że tytuł Wish You Were Here, muzycznie znany u nas głównie dzięki albumowi i piosence Pink Floyd, zaświtał w mojej głowie wcześniej. Zabrałem się któregoś razu za poszukiwania i znalazłem inną piosenkę innej grupy o tym samym tytule - a po przesłuchaniu wiedziałem, że to to, co kiedyś słyszałem w radiu i bardzo mi się podobało (to musiała być pierwsza połowa lat zerowych, wtedy słuchałem wielu takich piosenek i najważniejsze sympatie w muzyce pop na długie lata właśnie wtedy się u mnie pojawiły). To był kawałek grupy Rednex (nazwa nawiązuje do Amerykanów z południa) z połowy lat 90., żeby było ciekawie, zespołu ze Szwecji znanego mi tylko z tego utworu. Śpiewa pani o ładnym głosie, który trochę mi się kojarzy z The Bangles. Typowa piosenka miłosna, można rzec. Dość wolne tempo, podniosły charakter równoważony przez nieskomplikowaną formę (chyba tu odkryłem, że dla mnie patos w muzyce nie może być stuprocentowy, musi być coś, co rozładowuje napięcie i takie piosenki mnie najdłużej trzymają), rytm powoli kroczy naprzód, w tle smyczki, ma to w sobie coś z country, ale to podbicie w drugiej części zbliża Wish You Were Here do elektronicznych piosenek pop. Po latach stwierdzam, że dalej mi się podoba, tym bardziej, że ma wyrazisty, a nie stłumiony bit. W związku z czym posyłam dalej.

https://www.youtube.com/watch?v=ErBdnBa7ShE
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 lip 2023 12:35

DAAB - Ogrodu Serce (1986)

Albo W Moim Ogrodzie, z jakichś powodów ten numer występuje pod dwoma tytułami i szczerze mówiąc nie mam bladego pojęcia, który z nich jest właściwy xD Przyjmijmy, że oba. Po psychodelicznym zwrocie atakuję Was POLSKIM REGGAE (bo to w sumie reggae jest, choć pamiętam, jak kiedyś dawno dawno temu jakichś dwóch redaktorów w Trójce - możliwe, że jednym z nich był Kaczkowski - kłóciło się, że to właściwie nowa fala jest jakby się tak wyraźniej wsłuchać), ale myślę, że będzie mi to wybaczone. Dlaczego? Albowiem ani to Bednarek (dzięki niebiosom), ani jakieś inne około-Vavamuffinowe gunwo (minus Pablopavo, Pablopavo jest spoko), jakiego moglibyście nie zdzierżyć. A ja bardzo nie chcę Wam psuć nastroju w to piękne (powiedzmy...) lato. No, tyle słowem wstępu, o co chodzi, czemu wrzucam reggae gdy kto-słucha-rege-rucha-kolege? Otóż trzeba Wam wiedzieć, że to jest po prostu jeden z moich ulubionych utworów w polskiej muzyce ever. I to od... zawsze (i takim pozostanie, nie ma siły, żeby było inaczej, do trupa będe tego słuchał, ile wlezie, zupełnie jak Ultrę lol).

Dosłownie, odkąd pierwszy raz go usłyszałem, a mogłem wtedy mieć jakieś... 4 lata? 5 lat? Tak czy inaczej, było to dawno temu. Co prawda tacy Murzyński i Hien szli już do podstawówki, za to Dragon fizycznie nie istniał, więc perspektywa sroga. Pamiętam dobrze puszczanie tego numeru z jakiejś kasety na słynnej wieży Sanyo moich starych (wspominałem o niej przy innych wrzutkach), pamiętam, jak 5-cio czy tam 6-cio letni dev buja się do tych dźwięków w wyciągniętych getrach i starym, spranym swetrze (niech żyją lata 90.). Kawałek ten zawsze budzi we mnie srogą nostalgię i przyjemne uczucia (ludzkie trololo), to jedna z tych piosenek, która spokojnie mogłaby mi się nie podobać, a podoba się jak diabli. Śmieszna sprawa, utwór pochodzi z debiutanckiej płyty DAABu, śpiewa nieżyjący już Piotr Strojnowski (zmarł 3 lata temu), który zresztą opuścił grupę zaraz po ukazaniu się tegoż debiutu (a było to w 1986 roku). Z kolei na gitarze udziela się Andrzej Krzywy, który później współzakładał De Mono. Nie mogę napisać więcej, ja taką muzykę po prostu czuję, może i Wam się udzieli!

https://www.youtube.com/watch?v=zewn6Qnbtss
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 12 lip 2023 21:26

Słówko o Ance Marii z domu Jopek: ordynarnie skłamałem z tymi butami, by przyciągnąć waszą uwagę, niemniej cieszę się z tego, że moja druga okołostarotelewizyjna wrzuta się raczej przyjęła. Też nie wiem czy to się aż tak bardzo nadawało na Eurowizję, szczerze mówiąc to chyba zupełnie, ale to chyba było trochę tak, że przez te pierwsze lata próbowaliśmy pokazywać Europie bardziej "wyrafinowanych" wykonawców, a dopiero później wjeżdzali różni koledzy Piaska oraz Ich Troje. BTW muszę doszkolić się z wiedzy o tym uniwersum, bo niektóre historie, jak np. zespół Sixteen, który rzekomo miał być sektą (!) były wspaniałe. Fajnie, że udało mi się kogoś zaskoczyć i sprawić, że ktoś zmienił radykalnie zdanie. Nadal nie wiem czy Melczet ten kawałek pochwalił czy zroastował, kiedyś też musiałem nie trafić w gusta kolegi Roberta, ale trudno - bywa czasem i tak.

Jakieś takie cheesy rzeczy tutaj wrzucacie i na podstawie opisów aż się boję sprawdzać xD. Powiedzmy, że gdzieś postaram się dopasować do tego trendu. Lub nie.

International Harvester - Sommarlåten (The Summer Song) [Sov Gott Rose-Marie]

W moich opowieściach z przeszłości cyklicznie przewija się motyw pewnego innego forum internetowego, które składało się z bandy popieprzonych autystów o prawicowych poglądach uważających się za elitę intelektualną. W przeciwieństwie do tego miejsca, tamto forum umarło na dobre w jakimś 2018 roku, więc jak się zastanowić, to i tak naprawdę długo stawiało opór najeźdzcom w postaci serwisów społecznościowych (co jakiś czas tam niby zaglądam i pomijając jakichś autystów, którzy odkopują inby sprzed roku i spamerów nic się tam nie dzieje).
Nie będę tu wracać do ludzi, których tam poznałem, inb, które tam zaliczyłem ani podobnych akcji, bo nie o to mi w sumie chodzi. Po prostu tak się śmiesznie złożyło, że tam też mieliśmy swoje klocki i swoje zabawy. Jedną z nich było głosowanie na album roku. No, technicznie rzecz biorąc nie była to "nasza" zabawa, tylko "trochę zainspirowana" jedną z gier na forum Dinozaurów, ale mniejsza z tym. Zasady były o tyleż proste, co popierdolone: co jakiś czas braliśmy na tapet jakiś rocznik w muzyce, począwszy od 1967, i wybieraliśmy 30 albumów w nim wydanych, przypisując każdemu z nich stosowną liczbę punktów, nasze listy wysyłaliśmy na Woronicza 17 tj. do Ojca Prowadzącego, który następnie je podliczał i publikował wyniki podczas WIELKIEGO FINAŁU. Zabawa miała trwać gdzieś do lat 80, albo nawet i współczesności, aczkolwiek z perspektywy czasu chyba rzuciliśmy sobie zbyt hardkorowe wyzwanie, bo tak się śmiesznie złożyło, że gra umarła gdzieś po 2-3 kolejkach, a w każdym razie nie pamiętam, bym w niej partycypował jakoś szczególnie długo. Powód był prosty - jednak okazało się, że nie mam jakichś szczególnych ambicji związanych z byciem ZNAWCĄ muzyki popularnej, a w każdym razie nie na tyle, by mi się chciało odkrywać dziesiątki mniej lub bardziej ciekawych progresywnych albumów ze Szwecji czy innych rocków psychodelicznych z NRD, które w większości niby były okej, ale bez znajomości większości mógłbym się spokojnie obyć.
W każdym razie jedną z pamiątek mojego udziału w tej zabawie, i dowodem na to, że nie znudziła mi się po pierwszej edycji, a zamiast tego po drugiej, jest ten zespół, ergo też ten kawałek. Kącika Hirka Wrony tu za bardzo nie będzie, bo prawdę powiedziawszy o tym zespole wiem niewiele więcej poza tym, że istniał, nagrał jedną płytę i generalnie to figurował wcześniej i później pod innymi nazwami. Szkoda, że nie został przy tej, bo brzmi jak nazwa jakiegoś magazynu rolniczego lol. Niemniej, jeśli już mam czegoś słuchać w lato duszne i parne i upalne, to właśnie tego cudownie psychodelicznego kawałka.
Wy też siłą rzeczy to będziecie robić, ergo bierzcie i słuchajcie tego!

https://www.youtube.com/watch?v=I6JYXj6ZTAU
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lip 2023 22:22

mintaj pisze:
12 lip 2023 21:26
innych rocków psychodelicznych z NRD
Już lepiej warto elektronikę z NRD
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 lip 2023 22:25

Albo nic.

WUJA, wiemy że cierpisz, bo sobie już zużyłeś Rodrigo, ale coć musisz wrzucić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn