Julia Holter - Sea Calls Me Home
Hmm. Śpiewająca pani od Musiała to zawsze jest lampka ostrzegawcza, bo można dostać tu wszystko. W tym wypadku jest to takie o dziwadełko. Holter w mojej, jak to niektórzy tutaj mówią „bańce”, pojawiała się i była prejzowana, a ja to ignorowałem bo ja generalnie ignoruję rekomendacje i to co się wrzuca na fb, itd., jestem taką samowystarczalną, narcystyczną bańką samą w sobie lol. W każdym razie, słyszę laskę pierwszy raz, chyba że Dev mi puszczał w aucie, ale to nie pamiętam tego. Julia Holter ma bardzo histeryczny wokal, tak tylko jestem w stanie to określić. To takie wykrzykiwanie na pograniczu śpiewu i jęczenia umęczonej kobiety. Nie podoba mi się ten styl, nie czuję przyjemności słuchając tego. Muzycznie, są to jakieś takie lata 60/70-te na kiju, nie mam się do czego przyczepić, ale też nie mogę powiedzieć, że mi stanął. Niestety ta wrzuta wywołuje u mnie taką bezjajeczną reakcję, tzn. ani nie mogę tego z pasją zjechać, ani gorąco pochwalić. To takie numery, że ani się do tego nie wróci z przyjemnością, ani z chęcią sprawdzenia, czy hejt przerodził się w coś innego. To jest numer, do którego po prostu raczej już nie wrócę. Nie leży mi ten wokal, niestety, a co najgorsze, ja tu w ogóle nie czuję morza, a to już jednak porażka

No ale, cytując Azbest, MOŻE TO JA?
A co do Rembertowa, to było to zadupie przy lesie, ale ja generalnie to miejsce propsowałem, bo było, prostytutka, przy lesie, a jak wielu mieszkańców Warszawy może powiedzieć, że mieszka przy lesie? Dojazd był tam podły, a mieszkanie Musiała mikroskopijne (jak na dwie osoby plus goście), ale miło wspominam te parę razy kiedy wpadałem. Z jednego takiego razu pochodzą pewne kontrowersyjne zdjęcia z damskimi ciuchami, które nigdy nie wypłyną poza nasze zbiory lol
Zion Train - Beware
LOL. Murzyn się jednak lekko zaczyna zagrzebywać tymi reggae wrzutami. Co wyniosłem, głównie, z tego numeru to prychnięcie śmiechem kiedy wszedł ten chamski bit z hatem, bo mi się skojarzył z rzeczami, które robiłem we Fruity Loopsie jakoś 20 lat temu - brałem loopa z jakiegoś kawałka, np. DM, i dodawałem do niego taki właśnie tani, prosty techno bit, który ograniczał się do kicka, hi-hata i w sumie tyle xD Poza tym „Beware” brzmi już totalnie jak jakiś pastisz reggae, mam wrażenie, że słyszałem ten kawałek milion razy, a przecież słyszę go pierwszy raz.
I nagle mnie oświeciło skąd to znam. Z Fishmans xD
https://www.youtube.com/watch?v=3Jx6P4j2jpw
Numery mają bardzo zbliżony vibe, ale oba są po prostu kopią czegoś, co już wcześniej ktoś w reggae robił, bo jestem przekonany, że każdy zespół reggae ma podobny kawałek w repertuarze, nie mówcie mi, że nie. I jeżeli będę miał ochotę posłuchać czegoś w tym stylu, to… no sorry, nie będzie to Zion Train. Jak dla mnie to połączenie elektroniki i reggae w ogóle nie działa, zwłaszcza, że w tym wypadku te elementy techno brzmią potwornie tanio i plastikowo. Najlepiej się dzieje kiedy tych dodatków słychać najmniej, ale wtedy zostaje po prostu generyczne, instrumentalne reggae. Nie ma tu za bardzo nic, co by miało sprawić, że kiedy już od wielkiego dzwona włączę reggae, to będzie to ten kawałek, a nie milion razy lepszy numer Fishmans xD
Uriah Heep - July Morning
Juraja Hip kojarzy mi się z takim gościem, którego poznałem w Żaku, który był fanatykiem tego zespołu i swego czasu nawet przyniósł ich album na kasecie i trzeba było kombinować sprzęt żeby mógł to odtworzyć, eh co za czasy. Ja sam nigdy się nie zabrałem za nich, bo nawet w czasie kiedy moją główną dietą muzyczną były zespoły zakładane przez ludzi starszych niż mój ojciec, UH było dla mnie synonimem dziaderstwa, które wykracza poza skalę słuchania tego z przyjemnością. Czy miałem rację? I tak, i nie. Zacznę może od tego, czemu nie. Otóż, idzie tego słuchać xD A czemu tak? Bo to nadal dziaderstwo, które wykracza poza skalę. Muzycznie są tu niestety wszystkie zabiegi, od których obecnie raczej stronię, tzn. śmieszne ilości hammonda, a w zasadzie śmieszne ilości wszystkiego, sporo dosyć nieznośnego wankerstwa (zwłaszcza przez ostatnie kilka minut), instrument na instrumencie na instrumencie, a ponadto wszystko jakiś fatalny miks i jakość nagrania. ALE STOP. To po prostu w tym podłym linku, który Mentos dał tak chujowo to brzmi, z oficjalnego źródła jest już spoko. Seba niestety jest mistrzem samozaorania z tymi wybieranymi na odpierdoI wrzutami YT. Tak czy inaczej, w okolicach 7 minuty naprawdę chciałem żeby to już się skończyło, za każdym razem. Wokal przypomina połączenie Bee Gees z Brucem Dickinsonem (ten falsetowy fragment), ale pomimo miłych skojarzeń, nie oczarowuje mnie tutaj. Przy tym laaaa, laaaaAAA, LAAAAAAA, za każdym razem kisnę ze śmiechu. Dobra, nahejtowałem się, to może dla odmiany powiem coś miłego, a mianowicie to, że w przeciwieństwie do np. wrzut Deva i Murzyna, do tego będę miał ochotę wrócić i próbować dalej, bo wiecie… lata lecą i kiedyś będzie trzeba przyznać, że TAK TAK, TAM W LUSTRZE TO NIESTETY JAK. Taki stary jak. I muszę w końcu się polubić z takimi rzeczami jak Juraja Hip, czy starsze płyty Deep Purple, itd. Podskórnie czuję, że to nie jest złe i że ja generalnie takie klimaty Trójkowe nadal lubię i cenię. Może któregoś dnia włączę sobie „July Morning” i powiem sobie „prostytutka, to jest ok, ściągam se dyskografię UH”. Tym samym, pomimo tego całego pierdoIenia we wstępie niniejszego pisma, daję okejkę w bok, która lekko (tak jakbym miał parkinsona) drga do góry. To jest jednak materiał z epoki, a nie świadome dziadowanie, tego kiedyś słuchały nastolatki, coś w tym jest. Będę dawał szansę.
Łona i Webber - Woodstock '89
Łona kojarzy mi się z czasem, kiedy wchodziła druga fala w polskim hh i stara gwardia słuchaczy hejtowała wielu z tych wykonawców, bo to już nie było to. Łona był jednym z nich. Słucham tego i po prostu słyszę Króla Juliana, sorry, tego nic już nie zmieni. Żeby było śmieszniej, to jest akurat raczej na plus. Rapowo jest tu taki storytelling, jakby Łona swojemu dziecku opowiadał bajkę do snu, co jest tbh dosyć odświeżające. Ja w połowie lat 2000 miałem już trochę w dupie co się dzieje w hip-hopie, jakimkolwiek, bo ilości tego w eterze były zatrważające. Murzyn np., świętował w tych czasach, o czym jakiś czas temu pisał, a ja uważałem, że ten hip-hop mainstreamowy jest po prostu coraz bardziej gówniany, i z ulgą przyjąłem wejście indie rocka, czy nawet emo, i odejście hh w niebyt. W Polsce, o dziwo, hip-hop nigdy do końca nie padł trupem, ale i tak nie docierała do mnie szczególnie ta muza, bo nie miała skąd. Słucham teraz tego Łony/Webbera i powiem, że kawałek jest niezły. Podkład ciekawy, fajny crossfade z melodyjną klawiszową wstawką na końcu, ten rap ala Król Julian mnie serdecznie bawi, tekst dobry. Kurde no, chwalę Dragona za hip-hop, do czego to doszło…
Electric Light Orchestra - Rock n' Roll Is King
Wuja wrzuca rock’n’rolla, co tu się w ogóle odpiernicza? Gdyby to ktoś inny wrzucił, to bym był pewny, że Shodan to zjedzie, tymczasem sam siebie przecież nie zjedzie! I ja go też nie zjadę. Również nie wiedziałem, że to numer ELO, to brzmi zupełnie inaczej niż tamta płyta zapodana przez Deva, no i mi się to podoba. Mam słabość do takiego klasycznego r’n’r, do którego ludzie w amerykańskich barach koktajlowych tańczyli twista. Ok, może takie bardziej w konwencji niż tru r’n’r, ale ostatecznie co za różnica? Jest to spoko i moje odczucia też są spoko, więc daję okejkę.
No, Panowie, taka bardziej chujowa ta kolejka niż nie chujowa. Fajny rokendrol Wuja, spoko hiphop od Smoka, chujowe dziadowanie Mentosa, do którego chujowego dziadowania bedę wracał (bo jestem chujowy), fruityloopsowe rege od Murzyna i jedna z dwóch Julii od Musiała, przy czym jego byłą uwielbiam, a tę raczej średnio. Możecie się mścić, przynajmniej będę wiedział za co xD