Best of Forum IV
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zmieniłem dosłownie w ostatniej chwili i nie obiecuję.Była inna? Wleci kiedyś jeszcze?
We Have Band - Love, What You Doing? (2010)
Kocham to, że Musiał przeszedł w swoim życiu etap dążenia do bycia pozerem pośród pozerów i tutaj aż można sobie zadawać pytanie, czy to już nie było tak metapozerskie, że aż stało się true czy może po prostu było to skrajnie pozerskie. Nie udzielę wam na nie odpowiedzi, bo nie, zresztą właściwie to jej nawet nie znam, w każdym razie chyba nie żałuję, że nie miałem etapu, w którym dążyłem do znania jak największej liczby rzeczy, które nikt nie zna, bo po cholerę. Brzmi to faktycznie jak jakieś Metronomy czy coś podobnego i może też brzmi to jak coś, co mogłoby lecieć na Offie i jakbym to słyszał gdzieś na tym feście to raczej zostając na ich koncercie z braku laku niż z jakiegokolwiek innego powodu. xD Trochę się odbiłem za pierwszym razem i szykowałem roaścik, ale szybko uznałem, że w sumie to nie jest jakieś BARDZO ZŁE, że w sumie to taka poprawna rzecz z kategorii tych po które świadomie nie sięgam i uświadomiłem sobie, że nie bez przyczyny. Znaku jakości nie dam, ale nie rzucę zgniłym pomidorem.
Obywatel G.C. - Ani ja ani ty
Tak se czytam tę waszą dyskusję o polskich sprzętach grających i dociera do mnie, że w sumie to średni ze mnie milenials, bo mimo trzech dych na karku w ogóle nie mam sentymentu do tych starych polskich sprzętów grających. Wiem, że w czasach dzieciństwa w domu znajdowała się jakaś wypasiona na swoje czasy wieża, którą starzy kupili najprawdopodobniej na potrzeby prowadzonego przezeń w latach 90 baru (sam tylko pamiętam, że istniał, że oglądałem tam Simpsonów, gdy nie było jak kilkuletniego mnie zostawić samego w domu i to, że starzy chcieli wrócić do biznesu w okolicach 2000 roku, ale nie zrobili tego), co to miała adapter, kilka slotów na kasety i chyba nawet był bajer, który automatyzował zmianę strony z A na B, ale nie dam sobie nic za to uciąć. Nie jestem z muzycznej rodziny, nie słuchałem z rodzicami czegokolwiek, wszelkie okołomuzyczne doświadczenia jakie mam wiążą się z czasami cyfrowymi - głównie pamiętam przegrywane płyty z empetrójkami z polskie mp3-tk. Co ciekawe jedną z nich niedawno wygrzebałem i oprócz jakiejś sieki, DJ Witka i innego gówna wszelkiej maści znalazłem tam dwa albumy Radiohead. xD Cóż, lata dwutysięczne bywały ciekawe.
Będę bezpośredni - kolega Robert ROZPIERDOLIŁ tę kolejkę wrzucając coś arcywspaniałego, może i nawet jedną z lepszych rzeczy w historii tej zabawy. Obywatela G.C. znam, bo ciężko interesować się polską muzyką i o nim nie usłyszeć, nawet kiedyś przesł Fajna płytka generalnie, chyba nawet wolę ten projekt Ciecha od OG Republiki jeśli mam być szczery. Nie zawsze wszystko i wszędzie do mnie trafia, ale jest w tej muzyce taki bardzo specyficzny i unikalny... miało być CHŁÓD, ale nie, to nie to, to bardziej arktyczny mróz, ta muzyka, gdy już trafi, to napieprza w trzewia właśnie taką mieszanką chłodu, smutku, melancholii i liryzmu. No i tutaj trafiło i jestem zauroczony. KROPKA.
PS jakoś bawi mnie to, że pod wrzutą na YT ktoś w komentarzach zaczął dyskusję nt. globalnego ocieplenia
Devo - Girl U Want
Nie mam pojęcia czemu, ale kol. Jakub wydawał mi się ostatnią z osób z tego grona, która mogłaby wrzucić Devo - prędzej bym stawiał na w sumie każdego poza może wują. Ja w przypadku tego zespołu zachowuję obojętność ze wskazaniem na sympatię. Jako aspirujący post-punkowiec zapoznałem się z debiutem i paroma znanymi rzeczami i SZANUJĘ, doceniam pomysł na siebie i te sprawy, ale nie wracam. Tak, może powinienem, bo w sumie powinienem lubić post-punk z tzw. HUMORKIEM, ale nie każda kobieta z którą się lubię musi zostać moją żoną czy coś. Nawet mi się to podoba, tj. słucham tego z niekłamaną przyjemnością, wiedząc przy tym, że to nie jest nic niesamowitego, bo jest tu taka fajna, luzacka energia, która trochę mi się kojarzy ze Sparksami. Propsuję w sumie, do apelu co do występu na OFFie to bym się dołączył, ale widzę, że ogłosili koniec kariery koncertowej, więc może być z tym problem, a może właśnie jakiś fajny występ sprawiłby, że by mi coś przeskoczyło w głowie w ich kontekście? Nie wiem, ale się domyślam.
London Grammar – Rooting For You
Fajnie, że mamy powrót do tradycji wrzucania śpiewających pań - nie ukrywam, że trochę za nimi tęksniłem, nawet jeśli doceniam i szanuję 90sowy pop czy te wszystkie inne disco wrzuty, nawet jeśli często do mnie nie trafiały z różnych przyczyn. Właściwie to nie trafiały tylko gdy wlatywała Taylor Swift, bo to jest jedno z moich uprzedzeń, z którego prędko się nie wyleczę, a na pewno nie dopóki dopóty nie przestanie wyskakiwać na mnie z każdego możliwego miejsca. No i jakoś właśnie chciałem napisać, że to brzmi jak Taylor, ale fajna, bo to naprawdę dobra rzecz! Lubię ten minimalistyczny aranż, laska ma wokal jak dzwon i trafia to w moje poczucie wrażliwości, chociaż wydawać by się mogło, że sprzedałem je za bilet do Poznania czy coś w ten deseń. Zaskoczenie kolejki.
Waco - Przyjdź na chwilę
Znowu spodziewałem się niczego, a co więcej - po pierwszym odsłuchu to się właściwie odbiłem. Na szczęście, mimo mojego lenictwa, dyletanctwa i głupoty, nawet ja nie jestem w stanie napisać recenzji po jednym odsłuchu. Bardzo mi się podoba to ciepłe brzmienie, potęgowane przez ten specyficzny trzask a'la płyta winylowa (to chyba był w miarę popularny zabieg w tym takim bardziej "inteligenckim" hh w latach zerowych) i trochę taki... dekadencki klimat. No wiecie o co cho, zadymiony lokal z jazzem, zapijanie smutków, TE SPRAWY. Faktycznie to pasuje do tego etapu, w którym niby jeszcze czuć rany po otrzymaniu od życia po mordzie, ale one się goją, są słabsze i generalnie to człowiek ma wrażenie, że najgorsze na nim. Trochę w takim punkcie jeszcze jestem (w ramach tajemnicy poliszynszyla tylko napiszę, że wkrótce może być u mnie więcej niż dobrze, ale o tym ciii, by nie zapeszyć), więc tym bardziej doceniam i szanuję, bo lubię odkrywać takie perełki i deep cuty, których inaczej bym nie odkrył zapewne.
No, panowie - dobrą muzę żeście zapodali. Robert rozjebał grę, ale prawie wszyscy wyjechali z czymś konkretnym - może tylko te hipsteryzmy Musiała trochę odstają. Tak czy siak nie będę narzekać.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmiesznym efektem ubocznym sytuacji, w której ktoś ci kradnie wrzutę, jest to, że de facto czytasz recenzje jakbyś wrzucił dwa kawałki. Fajnie, że jedno i drugi prejzowane, Devo może na chłodno, ale nie narzekam. Lecę dalej, bo akurat mam kompa włączonego, a potem w weekend może mi się nie chcieć go włączać xD Pociąg RegioMUNLUP jedzie tylko o jedna stację dalej
Datarock – Amarillion
Ta wrzutka jest związana z przynajmniej dwiema, a nawet trzema moimi wcześniejszymi, w tym z Devo, ale od początku. Pewnego razu szukałem na slsk kolejnych live wersji „Computer Love” Kraftwerk. Trzeba było mocno wachlować hasłami, bo nie każdy miał to w folderze z dopiskiem live, a nawet Kraftwerk. Wyszukując po ‘computer love”, w oko wpadła mi pozycja pt „Computer Camp Love” zespołu Datarock, z Norwegii. Rozbawiło mnie to, więc zassałem. Okazało się, że był to piękny elektroniczny pastisz, z klipem inspirowanym… filmem „Zemsta frajerów”. Szybko wyszedłem poza ten numer i okazało się, że ten band to strzał w dziesiątkę. To było odkrycie podobne do tego, kiedy wpisując hasło ‘thief’ do slsk, znalazłem zespół Thief (więc już dwa nawiązania są). Dopiero po dłuższym czasie obcowania z Datarock, dowiedziałem się, że ich główną inspiracją był zespół Devo (co widać po użyciu charakterystycznych strojów, muzyce, a nawet subtelnych cytatach, w różnych utworach, w tym „Girl U Want”). Datarock ujęli mnie w zasadzie tym samym co Devo, szaleństwem, nietuzinkowością i melodiami. Dużo słuchałem tych facetów podczas moich wielu podróży Flixbusem (nocna trasa na 6 godzin, z miejscem przy panoramce, polecam), ale muzyka doskonale wchodzi podczas takich wycieczek. Najlepiej wspominam chyba jednak jedną taką 10-godzinną podróż autokarem, w dzień, kiedy Datarock leciało w kółko, a ja patrzyłem na piękne widoki i jechałem do dziewczyny. „Amarillion” to od początku był wyjątkowy utwór dla mnie, zawiera w zasadzie wszystko to za co lubię ten zespół. Energia, melodie, szaleństwo, a pod tym wszystkim bardzo dobra piosenka.
https://youtu.be/xOxXuTp4gf4
Datarock – Amarillion
Ta wrzutka jest związana z przynajmniej dwiema, a nawet trzema moimi wcześniejszymi, w tym z Devo, ale od początku. Pewnego razu szukałem na slsk kolejnych live wersji „Computer Love” Kraftwerk. Trzeba było mocno wachlować hasłami, bo nie każdy miał to w folderze z dopiskiem live, a nawet Kraftwerk. Wyszukując po ‘computer love”, w oko wpadła mi pozycja pt „Computer Camp Love” zespołu Datarock, z Norwegii. Rozbawiło mnie to, więc zassałem. Okazało się, że był to piękny elektroniczny pastisz, z klipem inspirowanym… filmem „Zemsta frajerów”. Szybko wyszedłem poza ten numer i okazało się, że ten band to strzał w dziesiątkę. To było odkrycie podobne do tego, kiedy wpisując hasło ‘thief’ do slsk, znalazłem zespół Thief (więc już dwa nawiązania są). Dopiero po dłuższym czasie obcowania z Datarock, dowiedziałem się, że ich główną inspiracją był zespół Devo (co widać po użyciu charakterystycznych strojów, muzyce, a nawet subtelnych cytatach, w różnych utworach, w tym „Girl U Want”). Datarock ujęli mnie w zasadzie tym samym co Devo, szaleństwem, nietuzinkowością i melodiami. Dużo słuchałem tych facetów podczas moich wielu podróży Flixbusem (nocna trasa na 6 godzin, z miejscem przy panoramce, polecam), ale muzyka doskonale wchodzi podczas takich wycieczek. Najlepiej wspominam chyba jednak jedną taką 10-godzinną podróż autokarem, w dzień, kiedy Datarock leciało w kółko, a ja patrzyłem na piękne widoki i jechałem do dziewczyny. „Amarillion” to od początku był wyjątkowy utwór dla mnie, zawiera w zasadzie wszystko to za co lubię ten zespół. Energia, melodie, szaleństwo, a pod tym wszystkim bardzo dobra piosenka.
https://youtu.be/xOxXuTp4gf4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No to teraz dla lekkiej odmiany odrobina rap hardkoru hehe
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
(2008)
Tak jak zapowiadałem Rychu musiał pojawić się i u mnie w bestce, pomimo faktu że długie lata gościa totalnie nie trawiłem przyszedł w moim życiu moment kiedy się do niego trochę przekonałem. A stało się to jakoś w roku 2008 albo dopiero 2009, raczej 2009. Moja kumpela wtedy latem trochę chyba bujała się ze specyficzną młodzieżą i możliwe że stąd podłapała ten numer i przeszczepiła go na nasz osiedlowy grunt. Od tamtej pory jesień 2009 roku mocno była naznaczona nim, zwłaszcza nasze skromne posiadówki z alkoholem we dwoje, to był nasz soundtrack tamtej epoki.
Jako że miałem opory przed Ryśkiem jako takim pierwsza oczywiście kupiła mnie produkcja w tym numerze a ta jest no... znakomita i jak dla mnie iście jesienna właśnie. Bit do kawałka wyprodukował L.A. czyli Łukasz Laskowski (1/2 producenckiego duetu White House współtworzonego z Magierą), jest on utrzymany w takim mocno klasycznym klimacie z lat 90., jest tu dość gęsto od sampli saksofonu, pianina a nawet fletu. Numer ten traktuje o spożywaniu napojów wyskokowych z grubsza ale rzecz jasna Rychu nie ma na myśli rekreacyjnego browarka na wieczór przed tv tylko regularne upadlanie się w miejscach uczęszczanych przez szemrane towarzystwo. Alkohol towarzyszył Pei przez lata rapowej kariery na tyle że popadł w nałóg, utwór ten pochodzi z jego solowego debiutu z 2008 roku dokumentując jeszcze stan rzeczy z czasów gdy picie niszczyło jego życie. Jakiś czas później dopiero Peja po zaręczynach ze swoją obecną, drugą już żoną rzucił picie na początku 2010 roku i pozostaje w trzeźwości do dziś.
Wracając do mojego settingu dla tego kawałka - mi i mojej przyjaciółce ten kawałek towarzyszył w czasach względnej beznadziei i życiowej pustki, ja sam pod koniec 2009 roku byłem już bezrobotnym absolwentem i nieraz oboje zamiast wozić się po klubach częściej uciułany grosz upłynnialiśmy w piątkowy wieczór w postaci małpki kolorowej wódy i soku spijanego w zaciszu pokoju oświetlonego biurową lampką. Tak zlatywało nam wiele jesienno-zimowych wieczorów wtedy, być może i komuś z Was się klimat udzieli (wyczuwam na to jakieś całe 20% szans xD).
https://youtu.be/8dngXaTVmYk?si=C-FlPv7jVXUkug3y
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
(2008)
Tak jak zapowiadałem Rychu musiał pojawić się i u mnie w bestce, pomimo faktu że długie lata gościa totalnie nie trawiłem przyszedł w moim życiu moment kiedy się do niego trochę przekonałem. A stało się to jakoś w roku 2008 albo dopiero 2009, raczej 2009. Moja kumpela wtedy latem trochę chyba bujała się ze specyficzną młodzieżą i możliwe że stąd podłapała ten numer i przeszczepiła go na nasz osiedlowy grunt. Od tamtej pory jesień 2009 roku mocno była naznaczona nim, zwłaszcza nasze skromne posiadówki z alkoholem we dwoje, to był nasz soundtrack tamtej epoki.
Jako że miałem opory przed Ryśkiem jako takim pierwsza oczywiście kupiła mnie produkcja w tym numerze a ta jest no... znakomita i jak dla mnie iście jesienna właśnie. Bit do kawałka wyprodukował L.A. czyli Łukasz Laskowski (1/2 producenckiego duetu White House współtworzonego z Magierą), jest on utrzymany w takim mocno klasycznym klimacie z lat 90., jest tu dość gęsto od sampli saksofonu, pianina a nawet fletu. Numer ten traktuje o spożywaniu napojów wyskokowych z grubsza ale rzecz jasna Rychu nie ma na myśli rekreacyjnego browarka na wieczór przed tv tylko regularne upadlanie się w miejscach uczęszczanych przez szemrane towarzystwo. Alkohol towarzyszył Pei przez lata rapowej kariery na tyle że popadł w nałóg, utwór ten pochodzi z jego solowego debiutu z 2008 roku dokumentując jeszcze stan rzeczy z czasów gdy picie niszczyło jego życie. Jakiś czas później dopiero Peja po zaręczynach ze swoją obecną, drugą już żoną rzucił picie na początku 2010 roku i pozostaje w trzeźwości do dziś.
Wracając do mojego settingu dla tego kawałka - mi i mojej przyjaciółce ten kawałek towarzyszył w czasach względnej beznadziei i życiowej pustki, ja sam pod koniec 2009 roku byłem już bezrobotnym absolwentem i nieraz oboje zamiast wozić się po klubach częściej uciułany grosz upłynnialiśmy w piątkowy wieczór w postaci małpki kolorowej wódy i soku spijanego w zaciszu pokoju oświetlonego biurową lampką. Tak zlatywało nam wiele jesienno-zimowych wieczorów wtedy, być może i komuś z Was się klimat udzieli (wyczuwam na to jakieś całe 20% szans xD).
https://youtu.be/8dngXaTVmYk?si=C-FlPv7jVXUkug3y
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bardzo się cieszę, że aż tak SIADŁO. Mam nadzieję, że tego akurat nikomu nie ukradłem?
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch (2002)
Walczyłem ze sobą do ostatniej chwili i jednak nie idę w aż tak pesymistyczne tony, choć Janerka żadnym nie jest afirmatą życia nie jest. O początkach mojego zainteresowania muzyką Janerki p e w n i e jeszcze napomknę. Nie da się ukryć, że to zasługa pewnego wrocławskiego zespołu. Siłą rzeczy zacząłem szukać dalej, musiałem sprawić Pana Lecha solo. Historia podwodna lekko mnie rozczarowała, no to na pałę odpaliłem dwie nowsze płyty. Zaskoczyły i zostały na bardzo długo. Jeśli miałbym Wam zaproponować jakiś cały krążek z janerkowego uniwersum to bez zastanowienia wybrałbym Fiu, fiu. Odpowiednik Masakry na tym dansingu - lekko odświeżono brzmienie przy zachowaniu charakterystycznej liryki i wyszło arcydzieło. Dawniej pewnie wybrałbym Pieśń mijających się wielorybów za niesłychanie kojącą atmosferę oraz popis geniuszu w skromnej formie lirycznej. Czas mijał, a ja odnajdywałem kolejnych faworytów. Stanęło na tym, że gdy myślę o Fiu, fiu, to mam w głowie pierwsze W naturze mamy ciągły ruch. Refleksyjny, spokojnie snujący się numer oparty o soczystą figurę basową i efektowne piruety wokalne Janerki. Soundtrack czasów ogarniania rzeczywistości wokół siebie, pierwszej faktycznej dojrzałości. Tekstowo imponuje i inspiruje od samego początku. Z czasem pojawia się coraz więcej goryczy, tematyki religijnej, bardziej uduchowionych klimatów. Potrafi mówić o skomplikowanych zjawiskach, używając do tego przemyślanych i często bardzo zaskakujących, pozornie prostych zdań. Bywa przez to wręcz humorystyczny, ale tutaj jest do bólu poważny, tak myślę. Ciekawe, co powiecie na ten temat. Ja jestem coraz bardziej pewien, że mimo wszystko w przyrodzie panuje pewna równowaga. Prędzej czy później ból zostaje wynagrodzony, ale i momenty ekstazy nie trwają wiecznie. Nic nie ginie, płynna ewolucja. Janerka trochę jak prorok? Artysta świadomy ułomności sztuki? Podrzucajcie tropy. Miło będzie, gdy docenicie, choć gdyby zapytać Pana Lecha o stosunek do społecznego odbioru jego muzyki, miałby to w dupie. Ale ja nie mam. Dziękuje za odświeżające umysł spotkanie, John.
Numer po raz pierwszy ukazał się na Co lepszych kawałkach z 1993 roku, ale nie chcę żebyście porównywali czy coś. Liczy się tylko ta podrzucana, zresztą starsza jest mocno pokraczna (nie dziwię się, że pomijałem przez lata), dlatego TYM BARDZIEJ nie.
A jak doskonale ten numer wypada na koncertach, o mamuniu. Mam nadzieję, że jeszcze na jakiś wpadnę.
https://www.youtube.com/watch?v=MRIk_A4Q580
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch (2002)
Walczyłem ze sobą do ostatniej chwili i jednak nie idę w aż tak pesymistyczne tony, choć Janerka żadnym nie jest afirmatą życia nie jest. O początkach mojego zainteresowania muzyką Janerki p e w n i e jeszcze napomknę. Nie da się ukryć, że to zasługa pewnego wrocławskiego zespołu. Siłą rzeczy zacząłem szukać dalej, musiałem sprawić Pana Lecha solo. Historia podwodna lekko mnie rozczarowała, no to na pałę odpaliłem dwie nowsze płyty. Zaskoczyły i zostały na bardzo długo. Jeśli miałbym Wam zaproponować jakiś cały krążek z janerkowego uniwersum to bez zastanowienia wybrałbym Fiu, fiu. Odpowiednik Masakry na tym dansingu - lekko odświeżono brzmienie przy zachowaniu charakterystycznej liryki i wyszło arcydzieło. Dawniej pewnie wybrałbym Pieśń mijających się wielorybów za niesłychanie kojącą atmosferę oraz popis geniuszu w skromnej formie lirycznej. Czas mijał, a ja odnajdywałem kolejnych faworytów. Stanęło na tym, że gdy myślę o Fiu, fiu, to mam w głowie pierwsze W naturze mamy ciągły ruch. Refleksyjny, spokojnie snujący się numer oparty o soczystą figurę basową i efektowne piruety wokalne Janerki. Soundtrack czasów ogarniania rzeczywistości wokół siebie, pierwszej faktycznej dojrzałości. Tekstowo imponuje i inspiruje od samego początku. Z czasem pojawia się coraz więcej goryczy, tematyki religijnej, bardziej uduchowionych klimatów. Potrafi mówić o skomplikowanych zjawiskach, używając do tego przemyślanych i często bardzo zaskakujących, pozornie prostych zdań. Bywa przez to wręcz humorystyczny, ale tutaj jest do bólu poważny, tak myślę. Ciekawe, co powiecie na ten temat. Ja jestem coraz bardziej pewien, że mimo wszystko w przyrodzie panuje pewna równowaga. Prędzej czy później ból zostaje wynagrodzony, ale i momenty ekstazy nie trwają wiecznie. Nic nie ginie, płynna ewolucja. Janerka trochę jak prorok? Artysta świadomy ułomności sztuki? Podrzucajcie tropy. Miło będzie, gdy docenicie, choć gdyby zapytać Pana Lecha o stosunek do społecznego odbioru jego muzyki, miałby to w dupie. Ale ja nie mam. Dziękuje za odświeżające umysł spotkanie, John.
Numer po raz pierwszy ukazał się na Co lepszych kawałkach z 1993 roku, ale nie chcę żebyście porównywali czy coś. Liczy się tylko ta podrzucana, zresztą starsza jest mocno pokraczna (nie dziwię się, że pomijałem przez lata), dlatego TYM BARDZIEJ nie.
A jak doskonale ten numer wypada na koncertach, o mamuniu. Mam nadzieję, że jeszcze na jakiś wpadnę.
https://www.youtube.com/watch?v=MRIk_A4Q580
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Matthew Dear - Her Fantasy (2012)
Pomęczę Was jeszcze trochę, Porcupine Tree Forumowicze, hipsteriadą (ale taką nie do końca). Zapodaję numer, który zauroczył mnie we wrześniu 2012 (a więc ten sam mniej więcej czas, co We Hipster Band). Poznałem go głównie dlatego, że przesiadywałem wtedy na Piczforku i Quietusie (Mentos pięknie określił ten stan jako metapozerstwo), oraz dlatego, że już od pół roku słuchałem Matthew Deara. Jak w ogóle na niego wpadłem? Ano tak samo, jak na Xeno & Oaklander (a potem całą wytwórnię Wierd, a więc ich, Martial Canterel solo, potem Led Er Est, potem wrzucane już tutaj Automelodi, Stary Reżim i Blacklist, a potem Captured Tracks i Wild Nothing etc. etc.), czyli PRZEZ JOHNA FOXXA. Dear jest jego wielkim fanem i został zaproszony na feat na trzeciej płycie jego projektu The Maths (pamiętają tu wszyscy Interplay chyba...), czyli Evidence, która zresztą również ukazała się we wrześniu 2012. No ale po kolei. Jak tylko dowiedziałem się o potencjalnym kolabo właśnie w marcu 2012, postanowiłem ogarnąć, co to w ogóle za typ.
Otusz Matthew Dear to był przede wszystkim DJ (w sumie to jest nim nadal), który pochodzi z Detroit i oczywiście wypłynął na tamtejszej scenie techno. Jego pierwsze dwa albumy (odpowiednio 2003 i 2004) to jest typowa dla przełomu wieków dość kwaśna odmiana tegoż gatunku z tamtych rejonów świata. Nie jest to nic odkrywczego, ale Dear się ładnie przebił i zrobiło się o nim głośno. Posłuchałem, wtedy zmehałem, po latach doceniłem, ale trochę jako zapychacz dla uszu i czasu. Co innego jego trzeci krążek, Asa Breed z 2007 roku. Ten wziął mnie z zaskoczenia od razu. Dlaczego? Albowiem Dear uderza na nim w klimaty indie, jest trochę trip-hopowo, jest nieco alternatywnie, jest nawet (sic!) akustycznie, z gitarą i w ogóle. Masa nastrojowych numerów, lekko melancholijnych, akurat w marcu wchodziło to doskonale. Zwrot w stosunku do tego, co nagrał wcześniej był naprawdę solidny (acz nie brakło paru bardziej tanecznych kawałków). Trzeba też Mateuszowi oddać, że ma naprawdę niezły głos.
Do tej trójeczki zassałem jeszcze 4-ty album, Black City, który jest w ogóle koncept albumem i kipi od elektroniki (momentami aż nazbyt kipi, niektóre rozwiązania są nieco przesadzone) i tak sobie Deara słuchałem ciągiem, czekając na premierę nowego krążka od The Maths. Ale ale, po drodze dowiedziałem się, że Dear (którego zaczął backować kompletny zespół) TEŻ wydaje nowy album, i jako pierwszy singiel zeń wydane zostało właśnie Her Fantasy (z całkiem odjechanym wideoklipem zresztą). Potwornie mi ten kawałek przypadł do gustu, zwłaszcza w połączeniu z w/w teledyskiem, słuchałem go często i z nieskrywaną przyjemnością, oczekując oczywiście na resztę. Reszta nadeszła właśnie we wrześniu, ale okazała się być trochę rozczarowaniem. Innymi słowy, nic nie mogło dorównać właśnie temu pierwszemu (który był też otwieraczem). A co tutaj mamy właściwie? Bardzo dobrej (w mojej opinii) jakości indie pop. Dear kombinacją swojego niskiego i wysokiego głosu śpiewa coś w rodzaju lekko erotyzującego love songu, towarzyszy mu niespieszny, ale bardzo wkręcający się bit, moim zdaniem czysta przyjemność z odsłuchu. I też bardzo jesienna, ale taka w sam raz na aurę, jaką mamy w tej chwili za oknem - czyli jeszcze na dobrą sprawę lato (choć się kończy). Czuć tutaj klimaty roku 2012 takimi, jakimi opisywał je Mintaj. Co mogę więcej powiedzieć... Na pewno Dear jest nieco mniej hipsterski (nigdy nie próbował chyba być) od We Have Band czy nawet Wild Nothing, jednak miał zupełnie inny background. Ale wrócił do korzeni, jego ostatnie dwie płyty to właściwie kontynuacja drugiej (tej z 2004 roku), czyli kwaśne techno (wciąż dobre). Nie wszyscy jednak zapomnieli o jego romansie z popem, jak byłem miesiąc temu z okładem w Wilnie, to w jednej z bardziej fancy knajp na Zarzeczu usłyszałem... właśnie ten numer. To teraz Wy, Kochani, go usłyszycie.
https://youtu.be/WawXqpqwRn0?si=feqd-6py0vUAPQZI
A tutaj kwaśne wideo dla chętnych (moim zdaniem wizualnie super, choć bardziej hipsterskie od tego kawałka xD):
https://youtu.be/l7GB8IJs6ic?si=O3ssz3_UjAma2EcF
Pomęczę Was jeszcze trochę, Porcupine Tree Forumowicze, hipsteriadą (ale taką nie do końca). Zapodaję numer, który zauroczył mnie we wrześniu 2012 (a więc ten sam mniej więcej czas, co We Hipster Band). Poznałem go głównie dlatego, że przesiadywałem wtedy na Piczforku i Quietusie (Mentos pięknie określił ten stan jako metapozerstwo), oraz dlatego, że już od pół roku słuchałem Matthew Deara. Jak w ogóle na niego wpadłem? Ano tak samo, jak na Xeno & Oaklander (a potem całą wytwórnię Wierd, a więc ich, Martial Canterel solo, potem Led Er Est, potem wrzucane już tutaj Automelodi, Stary Reżim i Blacklist, a potem Captured Tracks i Wild Nothing etc. etc.), czyli PRZEZ JOHNA FOXXA. Dear jest jego wielkim fanem i został zaproszony na feat na trzeciej płycie jego projektu The Maths (pamiętają tu wszyscy Interplay chyba...), czyli Evidence, która zresztą również ukazała się we wrześniu 2012. No ale po kolei. Jak tylko dowiedziałem się o potencjalnym kolabo właśnie w marcu 2012, postanowiłem ogarnąć, co to w ogóle za typ.
Otusz Matthew Dear to był przede wszystkim DJ (w sumie to jest nim nadal), który pochodzi z Detroit i oczywiście wypłynął na tamtejszej scenie techno. Jego pierwsze dwa albumy (odpowiednio 2003 i 2004) to jest typowa dla przełomu wieków dość kwaśna odmiana tegoż gatunku z tamtych rejonów świata. Nie jest to nic odkrywczego, ale Dear się ładnie przebił i zrobiło się o nim głośno. Posłuchałem, wtedy zmehałem, po latach doceniłem, ale trochę jako zapychacz dla uszu i czasu. Co innego jego trzeci krążek, Asa Breed z 2007 roku. Ten wziął mnie z zaskoczenia od razu. Dlaczego? Albowiem Dear uderza na nim w klimaty indie, jest trochę trip-hopowo, jest nieco alternatywnie, jest nawet (sic!) akustycznie, z gitarą i w ogóle. Masa nastrojowych numerów, lekko melancholijnych, akurat w marcu wchodziło to doskonale. Zwrot w stosunku do tego, co nagrał wcześniej był naprawdę solidny (acz nie brakło paru bardziej tanecznych kawałków). Trzeba też Mateuszowi oddać, że ma naprawdę niezły głos.
Do tej trójeczki zassałem jeszcze 4-ty album, Black City, który jest w ogóle koncept albumem i kipi od elektroniki (momentami aż nazbyt kipi, niektóre rozwiązania są nieco przesadzone) i tak sobie Deara słuchałem ciągiem, czekając na premierę nowego krążka od The Maths. Ale ale, po drodze dowiedziałem się, że Dear (którego zaczął backować kompletny zespół) TEŻ wydaje nowy album, i jako pierwszy singiel zeń wydane zostało właśnie Her Fantasy (z całkiem odjechanym wideoklipem zresztą). Potwornie mi ten kawałek przypadł do gustu, zwłaszcza w połączeniu z w/w teledyskiem, słuchałem go często i z nieskrywaną przyjemnością, oczekując oczywiście na resztę. Reszta nadeszła właśnie we wrześniu, ale okazała się być trochę rozczarowaniem. Innymi słowy, nic nie mogło dorównać właśnie temu pierwszemu (który był też otwieraczem). A co tutaj mamy właściwie? Bardzo dobrej (w mojej opinii) jakości indie pop. Dear kombinacją swojego niskiego i wysokiego głosu śpiewa coś w rodzaju lekko erotyzującego love songu, towarzyszy mu niespieszny, ale bardzo wkręcający się bit, moim zdaniem czysta przyjemność z odsłuchu. I też bardzo jesienna, ale taka w sam raz na aurę, jaką mamy w tej chwili za oknem - czyli jeszcze na dobrą sprawę lato (choć się kończy). Czuć tutaj klimaty roku 2012 takimi, jakimi opisywał je Mintaj. Co mogę więcej powiedzieć... Na pewno Dear jest nieco mniej hipsterski (nigdy nie próbował chyba być) od We Have Band czy nawet Wild Nothing, jednak miał zupełnie inny background. Ale wrócił do korzeni, jego ostatnie dwie płyty to właściwie kontynuacja drugiej (tej z 2004 roku), czyli kwaśne techno (wciąż dobre). Nie wszyscy jednak zapomnieli o jego romansie z popem, jak byłem miesiąc temu z okładem w Wilnie, to w jednej z bardziej fancy knajp na Zarzeczu usłyszałem... właśnie ten numer. To teraz Wy, Kochani, go usłyszycie.
https://youtu.be/WawXqpqwRn0?si=feqd-6py0vUAPQZI
A tutaj kwaśne wideo dla chętnych (moim zdaniem wizualnie super, choć bardziej hipsterskie od tego kawałka xD):
https://youtu.be/l7GB8IJs6ic?si=O3ssz3_UjAma2EcF
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No w sumie spoko, że ciepło przyjęliśta Bestie Boys, co prawda trochę lipa, że z wyjątkiem osoby, której "dedykowano" wrzutę i że tym razem - o dziwo - nie poznał się kolega Robert, ale nie można mieć wszystkiego.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Czas na kolejny odcinek programu pod roboczym tytułem (fajnie, że powstał w połowie cyklu) Rzeczy, Które Mogliby Wrzucić PT Użytkownicy, Ale Nigdy Tego Nie Zrobią. Dzisiaj, wyjątkowo, zacznę od oddania głosu potencjalnemu wrzucającemu (rekomendacja was brought to you by ChatGPT):
Szanowni Państwo,
Chciałbym serdecznie polecić utwór Marka Bilińskiego pt. "Sen Mistrza Alberta" wszystkim miłośnikom muzyki elektronicznej, a zwłaszcza tym z Państwa, którzy cenią sobie oryginalne i przemyślane kompozycje muzyczne. Jestem młodym teatrologiem z Wałbrzycha, obecnie mieszkającym we Wrocławiu, o lewicowych sympatiach, i moim zdaniem ten utwór stanowi znakomity przykład połączenia sztuki dźwięku z refleksją nad historią i ideologią.
"Sen Mistrza Alberta" to utwór, który wydaje się być natchniony nie tylko dźwiękiem, ale również treścią. Biliński, jako artysta wszechstronny, w tym utworze ukazuje swoje wielowymiarowe umiejętności, łącząc elektroniczne brzmienia z tekstami, które prowokują do myślenia. To właśnie tu pojawia się wątek Alberta Einsteina, jednego z najważniejszych myślicieli XX wieku. W kontekście moich sympatii lewicowych, utwór ten wyostrza zmysły i skłania do refleksji nad nauką, społeczeństwem i postawami wobec nich.
Muzyka elektroniczna, będąca dominującym nurtem w tej kompozycji, jest urozmaicona i głęboka, tworząc hipnotyzujący klimat. W połączeniu z tekstami, które wywołują emocje i pobudzają do myślenia, "Sen Mistrza Alberta" staje się niezwykłym doświadczeniem dźwiękowym.
Ponadto, utwór ten wydaje się być idealnym przykładem tego, jak sztuka może inspirować do działania i refleksji nad otaczającym nas światem. Jest to również przykład, że muzyka elektroniczna ma potencjał do przekazywania treści społeczno-politycznych, co może zainteresować osoby o lewicowych przekonaniach.
Zachęcam zatem wszystkich miłośników muzyki elektronicznej, zwłaszcza tych, którzy cenią sobie przemyślane i angażujące utwory, do zapoznania się z "Senem Mistrza Alberta" Marka Bilińskiego. To prawdziwa perła w świecie polskiej muzyki elektronicznej, która może dostarczyć zarówno wrażeń dźwiękowych, jak i intelektualnych.
Z poważaniem,
[Twoje Imię]
Młody Teatrolog z Wałbrzycha
Mieszkaniec Wrocławia
Zastanawiam się, czy po tak pięknych i wcale nie brzmiących sztucznie słowach, ja jako ja muszę coś jeszcze dodawać? Odpowiedź brzmi: nie, ale i tak to zrobię.
Moja przygoda z Markiem Bilińskim zaczęła się gdzieś z dekadę temu, uściślając jesienią 2013 roku. Z perspektywy czasu - środek przejebanego okresu mojego życia, który zaczął się jakiś czas wcześniej i trwał jeszcze jego kawałek, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Kończyło się lato, zbliżała się jesień, na rynek wychodziło GTA V - wtedy jeszcze na konsolę PS3, o którym mogłem sobie najwyżej pofantazjować oglądając fragmenty rozgrywki na swoim ówczesnym notebooku, a ja przygotowywałem się do pójścia na studia. Szykowało się nowe życie, rany po leszczynie i dostaniu kosza się zagoiły, ja tam sobie mocno schudłem, byłem młody i pełen nadziei. O tym, że dalej było jak było i działo się co się działo, to pisać nie muszę, bo pewnikiem i tak to robiłem.
Bilińskiego można określić mianem polskiego JMJ, czy tam ewentualnie jako Jean Michel-Jarre w domu, jeśli ktoś woli takie złośliwości. Może i jest to jakimś nadużyciem, trudno, ale skoro sam zainteresowany wspomniał kiedyś, że takie porównania to go ni grzeją, ni ziębią, to uznam więc, że wielka krzywda z tego powodu się nikomu nie dzieje. W każdym razie lojalnie ostrzegam, że jest to taki mocno "duchologiczny" Jarre, więc przygotujcie się na dużą dawkę ejtisów, ale tych polskich ejtisów, a nie amerykańskich, więc zamiast różu, cadillaców i klimatów z Vice City nastawcie się na szarzyznę, brak papieru toaletowego i ogólny marazm. Wyznam wam, moi mili, że ja odkąd jestem relatywnie dużym człowiekiem, mam jakąś dziwną słabość do popkultury z tego schyłkowego PRLu - epoki biedy, marazmu i powszechnej beznadziei, tak olbrzymiej, że z dzisiejszej perspektywy jej skala to dla mnie czysta abstrakcja i podziwiam ludzi, którzy przez ten czas przetrwali, bo ja bym po prostu rady nie dał. Zresztą oglądaliśmy tutaj zebrani film Zabij mnie, glino, który dość dobrze obrazuje tę epokę i to o czym piszę, więc myślę, że wiecie o co chodzi.
I ja wiem, że może ten polski Jarre brzmi tanio, może nawet i kiczowato, że e=MC2 ma się do Equinoxe tak samo jak okładka tej płyty do okładki... w sumie jakiejkolwiek innej płyty, ale wiem, że jest NASZ, że jest polski, że jest jak bigos, Robert Lewandowski czy Andrzej Wajda. Zanim zdejmę z siebie to brzemię polskości, tylko napiszę, byście brali i słuchali tego.
https://www.youtube.com/watch?v=SGYry6gQU5E
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Czas na kolejny odcinek programu pod roboczym tytułem (fajnie, że powstał w połowie cyklu) Rzeczy, Które Mogliby Wrzucić PT Użytkownicy, Ale Nigdy Tego Nie Zrobią. Dzisiaj, wyjątkowo, zacznę od oddania głosu potencjalnemu wrzucającemu (rekomendacja was brought to you by ChatGPT):
Szanowni Państwo,
Chciałbym serdecznie polecić utwór Marka Bilińskiego pt. "Sen Mistrza Alberta" wszystkim miłośnikom muzyki elektronicznej, a zwłaszcza tym z Państwa, którzy cenią sobie oryginalne i przemyślane kompozycje muzyczne. Jestem młodym teatrologiem z Wałbrzycha, obecnie mieszkającym we Wrocławiu, o lewicowych sympatiach, i moim zdaniem ten utwór stanowi znakomity przykład połączenia sztuki dźwięku z refleksją nad historią i ideologią.
"Sen Mistrza Alberta" to utwór, który wydaje się być natchniony nie tylko dźwiękiem, ale również treścią. Biliński, jako artysta wszechstronny, w tym utworze ukazuje swoje wielowymiarowe umiejętności, łącząc elektroniczne brzmienia z tekstami, które prowokują do myślenia. To właśnie tu pojawia się wątek Alberta Einsteina, jednego z najważniejszych myślicieli XX wieku. W kontekście moich sympatii lewicowych, utwór ten wyostrza zmysły i skłania do refleksji nad nauką, społeczeństwem i postawami wobec nich.
Muzyka elektroniczna, będąca dominującym nurtem w tej kompozycji, jest urozmaicona i głęboka, tworząc hipnotyzujący klimat. W połączeniu z tekstami, które wywołują emocje i pobudzają do myślenia, "Sen Mistrza Alberta" staje się niezwykłym doświadczeniem dźwiękowym.
Ponadto, utwór ten wydaje się być idealnym przykładem tego, jak sztuka może inspirować do działania i refleksji nad otaczającym nas światem. Jest to również przykład, że muzyka elektroniczna ma potencjał do przekazywania treści społeczno-politycznych, co może zainteresować osoby o lewicowych przekonaniach.
Zachęcam zatem wszystkich miłośników muzyki elektronicznej, zwłaszcza tych, którzy cenią sobie przemyślane i angażujące utwory, do zapoznania się z "Senem Mistrza Alberta" Marka Bilińskiego. To prawdziwa perła w świecie polskiej muzyki elektronicznej, która może dostarczyć zarówno wrażeń dźwiękowych, jak i intelektualnych.
Z poważaniem,
[Twoje Imię]
Młody Teatrolog z Wałbrzycha
Mieszkaniec Wrocławia
Zastanawiam się, czy po tak pięknych i wcale nie brzmiących sztucznie słowach, ja jako ja muszę coś jeszcze dodawać? Odpowiedź brzmi: nie, ale i tak to zrobię.
Moja przygoda z Markiem Bilińskim zaczęła się gdzieś z dekadę temu, uściślając jesienią 2013 roku. Z perspektywy czasu - środek przejebanego okresu mojego życia, który zaczął się jakiś czas wcześniej i trwał jeszcze jego kawałek, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Kończyło się lato, zbliżała się jesień, na rynek wychodziło GTA V - wtedy jeszcze na konsolę PS3, o którym mogłem sobie najwyżej pofantazjować oglądając fragmenty rozgrywki na swoim ówczesnym notebooku, a ja przygotowywałem się do pójścia na studia. Szykowało się nowe życie, rany po leszczynie i dostaniu kosza się zagoiły, ja tam sobie mocno schudłem, byłem młody i pełen nadziei. O tym, że dalej było jak było i działo się co się działo, to pisać nie muszę, bo pewnikiem i tak to robiłem.
Bilińskiego można określić mianem polskiego JMJ, czy tam ewentualnie jako Jean Michel-Jarre w domu, jeśli ktoś woli takie złośliwości. Może i jest to jakimś nadużyciem, trudno, ale skoro sam zainteresowany wspomniał kiedyś, że takie porównania to go ni grzeją, ni ziębią, to uznam więc, że wielka krzywda z tego powodu się nikomu nie dzieje. W każdym razie lojalnie ostrzegam, że jest to taki mocno "duchologiczny" Jarre, więc przygotujcie się na dużą dawkę ejtisów, ale tych polskich ejtisów, a nie amerykańskich, więc zamiast różu, cadillaców i klimatów z Vice City nastawcie się na szarzyznę, brak papieru toaletowego i ogólny marazm. Wyznam wam, moi mili, że ja odkąd jestem relatywnie dużym człowiekiem, mam jakąś dziwną słabość do popkultury z tego schyłkowego PRLu - epoki biedy, marazmu i powszechnej beznadziei, tak olbrzymiej, że z dzisiejszej perspektywy jej skala to dla mnie czysta abstrakcja i podziwiam ludzi, którzy przez ten czas przetrwali, bo ja bym po prostu rady nie dał. Zresztą oglądaliśmy tutaj zebrani film Zabij mnie, glino, który dość dobrze obrazuje tę epokę i to o czym piszę, więc myślę, że wiecie o co chodzi.
I ja wiem, że może ten polski Jarre brzmi tanio, może nawet i kiczowato, że e=MC2 ma się do Equinoxe tak samo jak okładka tej płyty do okładki... w sumie jakiejkolwiek innej płyty, ale wiem, że jest NASZ, że jest polski, że jest jak bigos, Robert Lewandowski czy Andrzej Wajda. Zanim zdejmę z siebie to brzemię polskości, tylko napiszę, byście brali i słuchali tego.
https://www.youtube.com/watch?v=SGYry6gQU5E
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dawaj Wujek, nie zamulaj
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Widzisz że chłopu się kawałki pokończyły. A taki chojrak był
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Obiecywał, że do stówy bez powtórek spokojnie dobije, huhu
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Chyba śnisz. Szkoda było takiego pięknego weekendu na siedzenie przed kompem.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Julia Piertucha zapewne jest każdemu z Was znana ze szklanego ekranu, bo to aktorka, która zagrała w sporej ilości filmów i seriali. Chociaż w ostatnich latach grała niewiele. Była też w 2002r. Miss Polski Nastolatek. Ale Julia oprócz występów w filmach i na wybiegach tworzy również muzykę. Jak widać to bardzo wszechstronna osoba. Ma w dorobku tylko dwa albumy, ale jednak. Osobiście pisze wszystkie swoje piosenki. A pierwszy album z 2016r. "Parsley" wydała własnym sumptem. I właśnie z tego albumu pochodzi prezentowany utwór.
Tak się składa, że znowu proponuję Wam balladę w bardzo oszczędnej aranżacji. We Care So Much to wg mnie bardzo ładna kompozycja. Julia ma całkiem dobry głos. A za całe instrumentarium robi pianino, skrzypce i chyba wiolonczela. Lubię takie ascetyczne piosenki, szczególnie o tej porze roku, kiedy jeszcze niby lato, ale ma się świadomość zbliżającej się jesieni. Więc tego utworu też nie mogło w mojej bestce zabraknąć.
https://www.youtube.com/watch?v=cXdx0MYCHHM
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Datarock - Amarillion
Hien nadal nie poddaje się jesieni widzę, dalej serwuje numery grane z życiem. Lekki pop rockowy kawałek z energiczną pracą perkusji - ona najbardziej mi przypadła do gustu. Gitarki też z braku lepszego słowa - lekkie, chwilami później jakieś handclapy dochodzą, wszystko dość pogodnie brzmi, bardziej wiosennie niż wrześniowo. Najmniej mi siedzą te OooOooo przejścia w tym numerze ale ogółem zasłuchuję się w cykających talerzach i pędzącej stopie i jest po prostu spoko.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Z miejsca numer zaczyna się dość tajemniczo, słychać tę wspomnianą przez Dragona basową figurę, nieco przywodzi to na myśl jakieś 90sowe "czające" się numery (RATM miało takie coś, chyba nawet Dragon wrzucał ten numer?). Muzycznie jest spoko ale Janerka... no nie, Janerka tu strasznie przynudza tym swoim enigmatycznym pierdololo w tekście, zdecydowanie bardziej preferuję go w wydaniu z Historii podwodnej. Tu nie bardzo kumam tego kawałka, odbiłem się.
Matthew Dear - Her Fantasy
Zabawne ale teraz słyszę ten numer inaczej niż kiedy słuchałem go pierwszego dnia w sobotę. Wtedy wydawał mi się być takim typowym indie muzakiem z epoki, a jednak ten numer jest nieco bardziej kwaśny z tymi arpami potem i bitem bujającym trochę jak jakieś Happy Mondays. Niemniej wciąż dla mnie jest tu bardziej sam vibe i nic poza tym. Wokal nudzi mnie jak Janerka w poprzedniej wrzutce, cały numer jest taki stłumiony i... z braku odpowiedniego słowa rzekłbym z angielska "muddy", takie muchy w smole no.
Marek Biliński - Sen mistrza Alberta
Na tym etapie - choć szanuję chęci i doceniam zamysł mentosowego mini-cyklu - odnoszę wrażenie że jednak wrzucający strzela trochę na oślep tymi numerami celując w nasze klimaty. Podejrzewałem że w przypadku Dragona postawi na starą elektronikę ale celowałem bardziej w jakichś Niemiaszków. Biliński... nie wiem jak tam Dragon z nim, pal licho, rzecz w tym że ten kawałek wali starą tv na kilometr a tym samym nie da się ukryć czyją jest wrzutą tak naprawdę. Słucham tego i widzę szarość, smutę, nie pamiętam końcówki PRL zatem mam wrażenie jakby to była jakaś nuta słyszana we wczesnych latach 90. właśnie w TVP w chłodny sierpniowy poranek na wakacjach u babci na wsi (aby spotęgować klimat zamierzchłych czasów, jakiejś takiej stęchlizny życiowej itd itp), niby wciąż mam wakacje ale już wiem że za tydzień zacznie się szkoła i od razu mam chandrę. Ogółem zimno i nieprzyjemnie, nie podzielam sentymentów za takim klimatem więc podziękuję.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Na wstępie zaznaczę że tej Pani nie kojarzę z twarzy w ogóle, ale dzięki shodanowi nadrobię znajomość zarówno twarzy jak i głosu. Wujek najwyraźniej stwierdził że zwycięskiej taktyki się nie zmienia i postawił na klimat podobny do poprzedniej wrzutki. I chyba muszę przyznać mu rację, mi tam takie oszczędne ballady zupełnie nie przeszkadzają a przynajmniej jak dla mnie jedyny zaserwował coś pasującego mi pod wrześniowe nastroje. Zatem znów ballada, ładny wokal, znów bez (całkowicie zbędnej) perkusji, choć nie jest to może taki poziom jak poprzedniej wrzutki ale na wujowej playliście może się tego dobrze słuchać w duecie. Pianino i smyczki robią robotę, mam wrażenie że odrobinę czuć że to polska wokalistka śpiewająca po angielsku ale nie wiem już na pewno na ile to słychać a ile w tym autosugestii kiedy już wiem kto to śpiewa. Nieco zatem pachnie mi to numerem który mógłby być nagrany na potrzeby jakiegoś polskiego filmu, może rom-comu nawet. Bawi mnie nieco fakt że swój debiut zatytułowała Parsley, ciekaw jestem ile w tym jej ręki a na ile może być pokłosiem tego jak wytwórnie nieraz pokracznie promują polskich artystów na zagraniczne rynki (EDIT: pardon, Wujek pisał że wydała płytę sama, jak doczytuję - jako Parsley Records - kek, zatem należy to zrzucić na jej poczucie humoru). Mimo wszystko najlepiej słuchało mi się tego numeru z całej kolejki, daję okejkę choć bez jakiegoś szczerego zachwytu z mej strony.
Hien nadal nie poddaje się jesieni widzę, dalej serwuje numery grane z życiem. Lekki pop rockowy kawałek z energiczną pracą perkusji - ona najbardziej mi przypadła do gustu. Gitarki też z braku lepszego słowa - lekkie, chwilami później jakieś handclapy dochodzą, wszystko dość pogodnie brzmi, bardziej wiosennie niż wrześniowo. Najmniej mi siedzą te OooOooo przejścia w tym numerze ale ogółem zasłuchuję się w cykających talerzach i pędzącej stopie i jest po prostu spoko.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Z miejsca numer zaczyna się dość tajemniczo, słychać tę wspomnianą przez Dragona basową figurę, nieco przywodzi to na myśl jakieś 90sowe "czające" się numery (RATM miało takie coś, chyba nawet Dragon wrzucał ten numer?). Muzycznie jest spoko ale Janerka... no nie, Janerka tu strasznie przynudza tym swoim enigmatycznym pierdololo w tekście, zdecydowanie bardziej preferuję go w wydaniu z Historii podwodnej. Tu nie bardzo kumam tego kawałka, odbiłem się.
Matthew Dear - Her Fantasy
Zabawne ale teraz słyszę ten numer inaczej niż kiedy słuchałem go pierwszego dnia w sobotę. Wtedy wydawał mi się być takim typowym indie muzakiem z epoki, a jednak ten numer jest nieco bardziej kwaśny z tymi arpami potem i bitem bujającym trochę jak jakieś Happy Mondays. Niemniej wciąż dla mnie jest tu bardziej sam vibe i nic poza tym. Wokal nudzi mnie jak Janerka w poprzedniej wrzutce, cały numer jest taki stłumiony i... z braku odpowiedniego słowa rzekłbym z angielska "muddy", takie muchy w smole no.
Marek Biliński - Sen mistrza Alberta
Na tym etapie - choć szanuję chęci i doceniam zamysł mentosowego mini-cyklu - odnoszę wrażenie że jednak wrzucający strzela trochę na oślep tymi numerami celując w nasze klimaty. Podejrzewałem że w przypadku Dragona postawi na starą elektronikę ale celowałem bardziej w jakichś Niemiaszków. Biliński... nie wiem jak tam Dragon z nim, pal licho, rzecz w tym że ten kawałek wali starą tv na kilometr a tym samym nie da się ukryć czyją jest wrzutą tak naprawdę. Słucham tego i widzę szarość, smutę, nie pamiętam końcówki PRL zatem mam wrażenie jakby to była jakaś nuta słyszana we wczesnych latach 90. właśnie w TVP w chłodny sierpniowy poranek na wakacjach u babci na wsi (aby spotęgować klimat zamierzchłych czasów, jakiejś takiej stęchlizny życiowej itd itp), niby wciąż mam wakacje ale już wiem że za tydzień zacznie się szkoła i od razu mam chandrę. Ogółem zimno i nieprzyjemnie, nie podzielam sentymentów za takim klimatem więc podziękuję.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Na wstępie zaznaczę że tej Pani nie kojarzę z twarzy w ogóle, ale dzięki shodanowi nadrobię znajomość zarówno twarzy jak i głosu. Wujek najwyraźniej stwierdził że zwycięskiej taktyki się nie zmienia i postawił na klimat podobny do poprzedniej wrzutki. I chyba muszę przyznać mu rację, mi tam takie oszczędne ballady zupełnie nie przeszkadzają a przynajmniej jak dla mnie jedyny zaserwował coś pasującego mi pod wrześniowe nastroje. Zatem znów ballada, ładny wokal, znów bez (całkowicie zbędnej) perkusji, choć nie jest to może taki poziom jak poprzedniej wrzutki ale na wujowej playliście może się tego dobrze słuchać w duecie. Pianino i smyczki robią robotę, mam wrażenie że odrobinę czuć że to polska wokalistka śpiewająca po angielsku ale nie wiem już na pewno na ile to słychać a ile w tym autosugestii kiedy już wiem kto to śpiewa. Nieco zatem pachnie mi to numerem który mógłby być nagrany na potrzeby jakiegoś polskiego filmu, może rom-comu nawet. Bawi mnie nieco fakt że swój debiut zatytułowała Parsley, ciekaw jestem ile w tym jej ręki a na ile może być pokłosiem tego jak wytwórnie nieraz pokracznie promują polskich artystów na zagraniczne rynki (EDIT: pardon, Wujek pisał że wydała płytę sama, jak doczytuję - jako Parsley Records - kek, zatem należy to zrzucić na jej poczucie humoru). Mimo wszystko najlepiej słuchało mi się tego numeru z całej kolejki, daję okejkę choć bez jakiegoś szczerego zachwytu z mej strony.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W przeciwieństwie do mehającego Murzyna z Afryka, ja Was będę chwalił.
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Obiecałem Murzynowi, że podejdę do sprawy na czysto, Murzyn nie ułatwia, bo sam sugeruje roast pod koniec wrzuty. Gdyby Eminem nagrywał w Polsce i po naszemu, to by tak to brzmiało. Podkład jest rzeczywiście znakomity i przypomina mi… no-man xD Te samplowane dęte instrumenty bardzo mi się kojarzą z niektórymi rzeczami jakie Steven robił dla tego zespołu. Bit nie tylko jesienno-melancholijny, ale też żywy, bujający, motoryczny. To jest zestawienie, które nie zawsze działa, ale tu działa idealnie. Rap Rycha jest spoko, tekst zaskakująco dobry (poza paroma fragmentami). Niedawno pisałem, że pomimo mojej niechęci do Tymańskiego, nie mogłem nie prejzować tamtego kawałka, który wrzucił Dragon, tak samo jest tutaj. Nie lubię Rycha, ale to nie ma znaczenia, kawałek jest świetny. Powiem nawet, że jest to jeden z najlepszych polskich numerów hh, jakie Murzyn wrzucał, a jakościowy opis życiowego backgroundu tylko podbija dobre wrażenie. Jesień bije z tego na maksa, nawet taka wczesna jak teraz za oknem. Murzyn ma dobrą serię.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Szanuję Janerkę, dostałem kiedyś nawet jego płytę od ojca, ale nie znam dobrze jego twórczości. Kawałek wrzucony przez Dragona jest zachęcający. Bardzo fajnie ujęta sekcja rytmiczna, dobre gitara, zwłaszcza te teksturowe granie w tle, które jest na bardzo wysokim poziomie. W drugiej połowie pojawiają się takie odwrócone gitary, które jednoznacznie kojarzą mi się z Robertem Fappem,i jego improwizacjami live z 2009 r., które swego czasu ściągałem w formie bootlegów z neta. Sam numer brzmi, jakby był poskładany z wielu różnych pomysłów na różne utwory, które jakimś cudem stworzyły razem spójną całość. Momentami to brzmi wręcz jak jakieś lokalne „Pigs (Three Different Ones)”. Tekst wymaga głębszej analizy, nie wiem, czy jestem w stanie poświecić teraz na to czas, ale będę obserwował ewentualną dyskusję w tym temacie, może coś dorzucę od siebie. Na pewno nie jest to coś powierzchownego, o czym można na szybko rzucić parę słów, więc nie będę tego robił. Wokal Janerki jest taki w połowie drogi dla mnie. Ani mnie nie zachwyca, ani mnie nie odrzuca bardzo, chociaż pobrzmiewa pretensjonalnością i ciężkością. Ogólnie jednak jestem bardzo na tak, klimat jaki jest tu budowany muzyką, te wstawki, które wchodzą jedna po drugiej i ustępują miejsca zupełnie nowym, robią robotę. To jest jak podróż, nie mijamy ciągle tych samych widoczków, landszaft się zmienia, tak jak muzyczna narracja tego kawałka. Zaskoczenie kolejki, możliwe że nawet większe niż odbiór Rycha, nie spodziewałem się, że ten Janerka będzie taki dobry.
Matthew Dear - Her Fantas
Zawsze kiedy Musiał wrzuca jakiś nieznany mi utwór, zadaję sobie to samo pytanie – czy on mi to puszczał kiedyś w aucie? Matthew Dear (Deer) na pewno pojawił się jako wzmianka w rozmowie, przy jakimś devotionalowym potoku wspomnień. Mefju, jak widzę, zrobił podobny skręt w karierze, co Fink, ale chyba jednak trochę mniej ostry i z tego co pisze Porcupine Tree kolega, ostatecznie wrócił do korzeni, a Fink nie. Tu podobieństwa się, niestety, kończą. Niestety, bo jednak Mateusz, to nie jest poziom Finka, a przynajmniej ten kawałek nie jest. Może to już też zmęczenie tymi hipsterskimi, mocno warszawskimi wrzutami naszego wrzucającego foty po pijaku solenizanta sprzed paru dni, ale w epoce (czyt. między 2012, a 2014 rokiem) podrzucane przez niego hipsteryzmy też rzadko mi wchodziły. Największym problemem dla mnie jest chyba to, że Matthew Dear po prostu przynudza w tym kawałku. Całość wlecze się na bardzo miękkim i mdłym bicie (nie czuję w tym tripa), elektronika jest ok, ale tez zamula i chyba brakuje w tym różnorodności, żeby mnie utrzymało przy sobie na te 6 minut z hakiem, a to jednak dużo czasu i trzeba mieć czym te 6 minut zapełnić. Jak dla mnie, pomysłu było tu na przepisowe, radiowe 3:30. Wokale przypominają mi niektóre rzeczy, które Paul Conboy robił z Timem Simenonem na nowszych płytach Bomb the Bass, nie jest to złe, ale też na dłuższą metę zaczyna męczyć. Nie chcę się, po raz kolejny zresztą niestety, pastwić nad kawałkiem Deva, nie jest to chujowe, ale też mnie nie porywa. Najgorsze, że przypomina mi to mocno jeden numer Lanegana, który bardzo lubię, a tutaj jakoś nie potrafi zaskoczyć, przez co mam spore wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, Matthew Dear, to nie Lanegan.
Nie ważne, bo już bredzę. Mam jeszcze skojarzenie z kawałkiem U2 „Salome”, ale tamten numer był dużo lepszy. Kurde, powiem tyle, kolejne przesłuchania sprawiają, że wchodzi to lepiej, ale wiem, że potrzeba po prostu dla mnie innego backdropu. Zaczniecie się ze mnie niedługo śmiać (już się w sumie śmiejecie), ale na urlopie by mi to weszło lepiej, po prostu okoliczności uzupełniłyby luki, które ten kawałek w moich uszach ewidentnie ma. Czy to uczciwe? Nie, ale takie jest życie. Niemniej, recenzję numeru mam zamiar zakończyć pozytywniej, bo planuję dawać szansę. Jest w tym coś takiego trochę wakacyjno-sennego, takie ulotne uczucie towarzyszące jakiemuś krótkiemu wybuchowi euforii. Tak, chwilę temu pisałem, że Metthew przynudza, wiem, to nie ma sensu, ale pisanie o muzyce wrzuca nas czasami (często?) na takie miny. Jest szansa, że będzie to duży grower, ale na razie jest to takie, o.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Marka Bilińskiego znam z „nazwy”, i kilku zabłąkanych utworów, które dane mi było słyszeć. Nie rzuciłem się nigdy na jego muzykę, nie wiem czemu, po prostu nie było jakiegoś takiego momentu zapalnego, jednego utworu, który by mnie powalił na kolana, czy chwili (lub serialu) w kontekście której by mi to weszło na grubo. Kawałek wrzucony przez Mentosa kojarzy mi się przede wszystkim z Mentosem, a nie Smokiem, to jest tak turbo mentosowe jak tylko może być, no ale wrzucił to Mentos. Słucham, słucham i trudno mi sobie wyrobić zdanie. Jest to intrygująca muzyka, zaryzykuję stwierdzenie, że dotąd nie słyszałem niczego, co by dokładnie tak brzmiało. Ok, słyszę tu naleciałości Vangelisa i może nawet Żara, ale przepuszczone przez coś co mogę, z braku innego słowa, nazwać tylko lokalnym folklorem. Ta sama sytuacja, co u Ciechowskiego, po prostu nasz mikroklimat miał wtedy w sobie coś unikalnego na skalę całego świata. Początek bardzo przyjemny, bardzo przestrzennie, ambientowo, praktycznie żywcem wyjęte z soundtracku do „Blade Runnera”. Od 2 minuty startuje coś, co by mógł nagrać Rick Wakeman jako jakieś interludium na płycie Yes, trąci to (cyfrowym) progiem, ewentualnie jakimś klawiszowym rockiem.
Następnie Biliński wraca do bujania w obłokach (takie skojarzenia budzi we mnie ta muzyka). Te fragmenty są zdecydowanie najlepsze, te pady mnie kręcą, główna melodia może być. Dziwne to jest, a jednocześnie w jakiś tam sposób fascynujące, co w sumie dobrze odzwierciedla moje podejście do elektroniki od czasów kiedy byłem małym dzieckiem. To była dziwna, czasami wręcz straszna muzyka, która jednocześnie zaciekawiała, pociągała, itd. Miło się znowu poczuć jak małe dziecko. Do tego, przez tę unikalność brzmienia straight out of PRL, mam skojarzenia z wyjazdami nad morze w latach 90. Oczyma wyobraźni widzę stare pensjonaty, budki z frytkami, stojaki z kasetami, wiecie (lub nie) o czym piszę. Kurde, nic nie wiem o Bilińskim tak naprawdę, ale zaczynam dojrzewać do tego żeby się z nim jednak jakoś zacząć zapoznawać. Pytanie do Mentosa, czy ten album, z którego pochodzi „Sen Mistrza Alberta”, jest w całości ok? Sam numer jest super, daję dużą okejkę.
Julia Pietrucha - We Care So Much
O, ciekawe, Wokalistka ma głos podobny do Alison Sudol z A Fine Frenzy, co już powoduje, że na wejściu mam dobre nastawienie. Piosenka bardzo wujowa, w sensie, minimal, pianinko, jakieś ozdobniki, ujmująca atmosfera i oczywiście, bezsprzecznie i jak najbardziej – śpiewająca pani. W zasadzie mam nawet kontrwrzutę autorstwa A Fine Frenzy do tej Wujowej, ale nie wiem czy może jej kiedyś nie wrzucę sam, jak Wujek chce usłyszeć, to mogę mu na privie podesłać. To są bardzo podobne klimaty, ale to nie jest jakaś opcja w domu, to jest również bardzo dobre. Wujek ostatnio ma passe, strzela bardzo dobrymi śpiewającymi paniami, ale nie tylko godnymi pochwał za same panie, ale również za dobre, fajnie zaaranżowane i skomponowane utwory. Te wszystkie rzeczy, które dzieją się za pianinem, takie nawiedzone skrzypki, które w refrenie przechodzą w coś bardziej zalatującego muzyką ruralną (mam skojarzenia, luźne ale jednak, ze Skyrimem). Aż spojrzałem w czym grała jako aktorka, lista jest długa, ale mocno szanuję za jakąś epizodyczną rolę w „Ojcu Mateuszu” (bo ja „Ojca Mateusza” oglądam). Babka z fajnym głosem, do tego dobra muzyka. Wujek wrócił w wielkim stylu, moim zdaniem.
Kolejka bardzo dobra, taka naprawdę bardzo dobra od początku do końca. Tak, nawet kawałek Deva nie odstaje aż tak bardzo, żebym nie mógł pochwalić całości. Gratulacje Panowie!
RychuPejaSolufka - Dziś wyjdziesz ze mną
Obiecałem Murzynowi, że podejdę do sprawy na czysto, Murzyn nie ułatwia, bo sam sugeruje roast pod koniec wrzuty. Gdyby Eminem nagrywał w Polsce i po naszemu, to by tak to brzmiało. Podkład jest rzeczywiście znakomity i przypomina mi… no-man xD Te samplowane dęte instrumenty bardzo mi się kojarzą z niektórymi rzeczami jakie Steven robił dla tego zespołu. Bit nie tylko jesienno-melancholijny, ale też żywy, bujający, motoryczny. To jest zestawienie, które nie zawsze działa, ale tu działa idealnie. Rap Rycha jest spoko, tekst zaskakująco dobry (poza paroma fragmentami). Niedawno pisałem, że pomimo mojej niechęci do Tymańskiego, nie mogłem nie prejzować tamtego kawałka, który wrzucił Dragon, tak samo jest tutaj. Nie lubię Rycha, ale to nie ma znaczenia, kawałek jest świetny. Powiem nawet, że jest to jeden z najlepszych polskich numerów hh, jakie Murzyn wrzucał, a jakościowy opis życiowego backgroundu tylko podbija dobre wrażenie. Jesień bije z tego na maksa, nawet taka wczesna jak teraz za oknem. Murzyn ma dobrą serię.
Lech Janerka - W naturze mamy ciągły ruch
Szanuję Janerkę, dostałem kiedyś nawet jego płytę od ojca, ale nie znam dobrze jego twórczości. Kawałek wrzucony przez Dragona jest zachęcający. Bardzo fajnie ujęta sekcja rytmiczna, dobre gitara, zwłaszcza te teksturowe granie w tle, które jest na bardzo wysokim poziomie. W drugiej połowie pojawiają się takie odwrócone gitary, które jednoznacznie kojarzą mi się z Robertem Fappem,i jego improwizacjami live z 2009 r., które swego czasu ściągałem w formie bootlegów z neta. Sam numer brzmi, jakby był poskładany z wielu różnych pomysłów na różne utwory, które jakimś cudem stworzyły razem spójną całość. Momentami to brzmi wręcz jak jakieś lokalne „Pigs (Three Different Ones)”. Tekst wymaga głębszej analizy, nie wiem, czy jestem w stanie poświecić teraz na to czas, ale będę obserwował ewentualną dyskusję w tym temacie, może coś dorzucę od siebie. Na pewno nie jest to coś powierzchownego, o czym można na szybko rzucić parę słów, więc nie będę tego robił. Wokal Janerki jest taki w połowie drogi dla mnie. Ani mnie nie zachwyca, ani mnie nie odrzuca bardzo, chociaż pobrzmiewa pretensjonalnością i ciężkością. Ogólnie jednak jestem bardzo na tak, klimat jaki jest tu budowany muzyką, te wstawki, które wchodzą jedna po drugiej i ustępują miejsca zupełnie nowym, robią robotę. To jest jak podróż, nie mijamy ciągle tych samych widoczków, landszaft się zmienia, tak jak muzyczna narracja tego kawałka. Zaskoczenie kolejki, możliwe że nawet większe niż odbiór Rycha, nie spodziewałem się, że ten Janerka będzie taki dobry.
Matthew Dear - Her Fantas
Zawsze kiedy Musiał wrzuca jakiś nieznany mi utwór, zadaję sobie to samo pytanie – czy on mi to puszczał kiedyś w aucie? Matthew Dear (Deer) na pewno pojawił się jako wzmianka w rozmowie, przy jakimś devotionalowym potoku wspomnień. Mefju, jak widzę, zrobił podobny skręt w karierze, co Fink, ale chyba jednak trochę mniej ostry i z tego co pisze Porcupine Tree kolega, ostatecznie wrócił do korzeni, a Fink nie. Tu podobieństwa się, niestety, kończą. Niestety, bo jednak Mateusz, to nie jest poziom Finka, a przynajmniej ten kawałek nie jest. Może to już też zmęczenie tymi hipsterskimi, mocno warszawskimi wrzutami naszego wrzucającego foty po pijaku solenizanta sprzed paru dni, ale w epoce (czyt. między 2012, a 2014 rokiem) podrzucane przez niego hipsteryzmy też rzadko mi wchodziły. Największym problemem dla mnie jest chyba to, że Matthew Dear po prostu przynudza w tym kawałku. Całość wlecze się na bardzo miękkim i mdłym bicie (nie czuję w tym tripa), elektronika jest ok, ale tez zamula i chyba brakuje w tym różnorodności, żeby mnie utrzymało przy sobie na te 6 minut z hakiem, a to jednak dużo czasu i trzeba mieć czym te 6 minut zapełnić. Jak dla mnie, pomysłu było tu na przepisowe, radiowe 3:30. Wokale przypominają mi niektóre rzeczy, które Paul Conboy robił z Timem Simenonem na nowszych płytach Bomb the Bass, nie jest to złe, ale też na dłuższą metę zaczyna męczyć. Nie chcę się, po raz kolejny zresztą niestety, pastwić nad kawałkiem Deva, nie jest to chujowe, ale też mnie nie porywa. Najgorsze, że przypomina mi to mocno jeden numer Lanegana, który bardzo lubię, a tutaj jakoś nie potrafi zaskoczyć, przez co mam spore wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, Matthew Dear, to nie Lanegan.
Nie ważne, bo już bredzę. Mam jeszcze skojarzenie z kawałkiem U2 „Salome”, ale tamten numer był dużo lepszy. Kurde, powiem tyle, kolejne przesłuchania sprawiają, że wchodzi to lepiej, ale wiem, że potrzeba po prostu dla mnie innego backdropu. Zaczniecie się ze mnie niedługo śmiać (już się w sumie śmiejecie), ale na urlopie by mi to weszło lepiej, po prostu okoliczności uzupełniłyby luki, które ten kawałek w moich uszach ewidentnie ma. Czy to uczciwe? Nie, ale takie jest życie. Niemniej, recenzję numeru mam zamiar zakończyć pozytywniej, bo planuję dawać szansę. Jest w tym coś takiego trochę wakacyjno-sennego, takie ulotne uczucie towarzyszące jakiemuś krótkiemu wybuchowi euforii. Tak, chwilę temu pisałem, że Metthew przynudza, wiem, to nie ma sensu, ale pisanie o muzyce wrzuca nas czasami (często?) na takie miny. Jest szansa, że będzie to duży grower, ale na razie jest to takie, o.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Marka Bilińskiego znam z „nazwy”, i kilku zabłąkanych utworów, które dane mi było słyszeć. Nie rzuciłem się nigdy na jego muzykę, nie wiem czemu, po prostu nie było jakiegoś takiego momentu zapalnego, jednego utworu, który by mnie powalił na kolana, czy chwili (lub serialu) w kontekście której by mi to weszło na grubo. Kawałek wrzucony przez Mentosa kojarzy mi się przede wszystkim z Mentosem, a nie Smokiem, to jest tak turbo mentosowe jak tylko może być, no ale wrzucił to Mentos. Słucham, słucham i trudno mi sobie wyrobić zdanie. Jest to intrygująca muzyka, zaryzykuję stwierdzenie, że dotąd nie słyszałem niczego, co by dokładnie tak brzmiało. Ok, słyszę tu naleciałości Vangelisa i może nawet Żara, ale przepuszczone przez coś co mogę, z braku innego słowa, nazwać tylko lokalnym folklorem. Ta sama sytuacja, co u Ciechowskiego, po prostu nasz mikroklimat miał wtedy w sobie coś unikalnego na skalę całego świata. Początek bardzo przyjemny, bardzo przestrzennie, ambientowo, praktycznie żywcem wyjęte z soundtracku do „Blade Runnera”. Od 2 minuty startuje coś, co by mógł nagrać Rick Wakeman jako jakieś interludium na płycie Yes, trąci to (cyfrowym) progiem, ewentualnie jakimś klawiszowym rockiem.
Następnie Biliński wraca do bujania w obłokach (takie skojarzenia budzi we mnie ta muzyka). Te fragmenty są zdecydowanie najlepsze, te pady mnie kręcą, główna melodia może być. Dziwne to jest, a jednocześnie w jakiś tam sposób fascynujące, co w sumie dobrze odzwierciedla moje podejście do elektroniki od czasów kiedy byłem małym dzieckiem. To była dziwna, czasami wręcz straszna muzyka, która jednocześnie zaciekawiała, pociągała, itd. Miło się znowu poczuć jak małe dziecko. Do tego, przez tę unikalność brzmienia straight out of PRL, mam skojarzenia z wyjazdami nad morze w latach 90. Oczyma wyobraźni widzę stare pensjonaty, budki z frytkami, stojaki z kasetami, wiecie (lub nie) o czym piszę. Kurde, nic nie wiem o Bilińskim tak naprawdę, ale zaczynam dojrzewać do tego żeby się z nim jednak jakoś zacząć zapoznawać. Pytanie do Mentosa, czy ten album, z którego pochodzi „Sen Mistrza Alberta”, jest w całości ok? Sam numer jest super, daję dużą okejkę.
Julia Pietrucha - We Care So Much
O, ciekawe, Wokalistka ma głos podobny do Alison Sudol z A Fine Frenzy, co już powoduje, że na wejściu mam dobre nastawienie. Piosenka bardzo wujowa, w sensie, minimal, pianinko, jakieś ozdobniki, ujmująca atmosfera i oczywiście, bezsprzecznie i jak najbardziej – śpiewająca pani. W zasadzie mam nawet kontrwrzutę autorstwa A Fine Frenzy do tej Wujowej, ale nie wiem czy może jej kiedyś nie wrzucę sam, jak Wujek chce usłyszeć, to mogę mu na privie podesłać. To są bardzo podobne klimaty, ale to nie jest jakaś opcja w domu, to jest również bardzo dobre. Wujek ostatnio ma passe, strzela bardzo dobrymi śpiewającymi paniami, ale nie tylko godnymi pochwał za same panie, ale również za dobre, fajnie zaaranżowane i skomponowane utwory. Te wszystkie rzeczy, które dzieją się za pianinem, takie nawiedzone skrzypki, które w refrenie przechodzą w coś bardziej zalatującego muzyką ruralną (mam skojarzenia, luźne ale jednak, ze Skyrimem). Aż spojrzałem w czym grała jako aktorka, lista jest długa, ale mocno szanuję za jakąś epizodyczną rolę w „Ojcu Mateuszu” (bo ja „Ojca Mateusza” oglądam). Babka z fajnym głosem, do tego dobra muzyka. Wujek wrócił w wielkim stylu, moim zdaniem.
Kolejka bardzo dobra, taka naprawdę bardzo dobra od początku do końca. Tak, nawet kawałek Deva nie odstaje aż tak bardzo, żebym nie mógł pochwalić całości. Gratulacje Panowie!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jak najbardziej jest. Pytanie do Mentosa, czy ten album, z którego pochodzi „Sen Mistrza Alberta”, jest w całości ok? Sam numer jest super, daję dużą okejkę.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
uff udało się dzisiaj
Datarock Amarillion
Całkiem sympatyczny późny letniaczek. Jest nutka nostalgii i melancholii w tym dość żwawym graniu. Nie żeby to był muzyczny wulkan energii, raczej pasuje pod klimat zachodzącego słońca i popijanego w otwartym plenerze lekkiego drinka. Obecny klimat całkiem nieźle temu sprzyja... jeszcze. Sugestywnie podpowiada wrażenie ostatnich dni lata, przemijania czegoś lekkiego, ale zbyt przyjemnego, żeby to zginęło w głowie za 2-3 dni. W RAMce też mógłbym to usłyszeć pewnego popołudnia przed wyjściem do teatru i pewnie odpaliłbym Shazama, by sprawdzić kto to, co to. To ooooo trochę jak z U2. A k a m p o w e g o Kraftwerku boję się odpalać. Kciuk w górę. Hien organizuje nam mały revival pop punk wrzutek, tym razem proponując coś ciekawszego.
Richmond Rychu Pe Dziś wyjdziesz ze mną
Wcale się nie dziwię, że Jackowi siadło, bo ten bit to w ogóle nie jak dla Ryszarda xD Dziwnie słuchać charakterystycznej wszej nawijki na lekkim wielkomiejskim bicie, choć miejscami i pod tym względem jest dość specyficznie, trochę śpiewania się wkrada. W ostatniej zwrotce wjeżdża klasyczny Pener, który jeńców nie bierze, takiego lubię najbardziej. Wcześniej w porządku, do przesłuchania, ale to raczej Peja się broni, bo bit tak średnio. W ogóle ostatnio słucham go zaskakująco często. W takim wydaniu to lekka nowość, ale nie będę wracał, chyba że przyjdzie pora na cały Styl Życia Gnoja. Wolę bardziej konkretne pijackie refleksje (Gruba Impra z Rysiem 2) czy też chamskie "lovesongi". W tym momencie chętnie rzuciłbym czymś z najnowszej płyty albo generalnie całym mikstejpem, który bonusowo Peja rzucił do boxu Hip_Hop_50 - może ze względu na całe tony ciekawych sampli Mudżyn się skusi.
https://www.youtube.com/watch?v=fMFSiXyIvvU
Dobrze, że rzucił alko i teraz może grać dla przyjemności. Niestety, 22 września nie wpadnę do Transformatora...
Matthew Dear Her Fantasy
Oczywiście pierwszy był remiks Heaven. Wtedy myślałem, że gość raczej specjalizuje się w oszczędnych, ale klimatycznych rytmach. Po jakimś czasie sprawdziłem jedną z płyt (RYM podpowiada, że to jeszcze przed queerowymi odkrywkami) i czar prysł. Dzisiaj Black City kompletnie nie pamiętam, ale po jednym odsłuchu Her Fantasy raczej nie byłem zaskoczony. Bardzo eklektyczna hipster elektronika, czyli groch z kapustą, w którym można dostrzec obiektywnie parę udanych rozwiązań, jednak trudno wracać do tego z ręką na sercu. Z remiksów Heaven zawsze wolałem wersję Owlle na przykład, choć ta Mefju też jest zacna. Szkoda, że to dalej jego najciekawsza produkcja jak dla mnie. Brzmi to jak przekombinowane Animal Collective. Dev łapie tu jakiś bardziej sensualne fale, no spoko, ja niezbyt. Ścianka dźwięku zbudowana z rzeczy atakujących słuchacza z każdej możliwej strony. Nieciekawe wokale. Podoba mi się ten dźwięk, który dodaje lekko klubowego/imprezowego klimatu, a poza tym to wspominane wszystko i nic. Przejście do finałowej części, która tonie w tej muzycznej brei. Czasem się jeszcze na to złapię, ale w tym przypadku tak średnio bym powiedział. Przekombinowane nudy, szkoda! Może po czasie zaskoczy.
Marek Biliński Sen mistrza Alberta
Bardzo fajny trop i na dzień dobry - dzięki Seba za Bilińskiego akurat z tej płyty, bo nie słuchałem jej w całości parę lat, dzisiaj był pierwszy raz od nie wiadomo jak dawna. Po wszystkim zgadzam się z tezą stanowiącą tytuł serii, bo drugi lągplej Pana Marka to straszna woda po parówkach. Nic bym z niej nie wrzucił, ale udało się wyłowić jedyny sensowny fragment. Cała reszta to niekończąca się przegrana z ograniczoną technologią, paskudnym automatem perkusyjnym psującym klimat i paradą losowych solówek. O ile debiut to jeszcze mistrzostwo i dowód na to, że i w PRLu dało się robić klimatyczną elektronikę niespotykaną nigdzie indziej, tak tutaj mały dramat. Pana Marka cechuje dość kanciaste brzmienie, nie ma w jego muzyce za dużo przestrzeni, nie ma gęstej atmosfery. Trochę jakby próbował nam zapodać prawdziwie elektroniczny progrock ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie sądzę, że to kiczowate - po prostu inaczej się nie dało. Elektronikę w Polsce robili wtedy goście z innego świata i słychać, że korzystali z tych brzmień w dość osobliwy sposób. Sprawdźcie sobie to.
https://www.youtube.com/watch?v=xCEX8vlDtyg
Pan Marek to szef, bo widać lekkość w obsłudze tego skomplikowanego i niewdzięcznego sprzętu, ale wsłuchajcie się w jego wypowiedzi. Nie bez przyczyny mówi o JMJ czy Tomicie, a i Vangelis jest mu bliski. Bardzo lubię Ogród Króla Świtu za stylowe brzmienie, a do tego ciekawe i nieprzeciętne kompozycje. Możliwe, że jednak prędzej niż później dam temu wyraz... Tam nie ma jeszcze takiego eksperymentu jak tutaj, ale efekt jest bardziej udany. Bywa melodyjny i natchniony jak Jarre, a obok tego ma rękę do ilustracyjnych pasaży jak Grek. Do tego świetnie radzi sobie w miniaturkach imitujących muzykę klasyczną - to z kolei domena takich przepisywaczy klasyki na Moogi jak Isao Tomita właśnie czy Wendy Carlos. Sen mistrza Alberta to takie spojrzenie za siebie, nie ma rytmicznej rąbanki psującej jakikolwiek efekt - jest za to skromna, lecz całkiem przyjemna, sielska atmosfera. Zapewne i tu niektóre klawisze mogłyby imitować wybrane instrumenty, ale to brzmienie się broni. Nie mam jakichś duchologicznych skojarzeń, w ogóle nie brzmi jak stara TV (ta potrafiła żywcem korzystać z muzyki Jarre'a czy TD pewnie bez wiedzy autorów xD). Nie jest to też specjalnie polskie, bo generalnie do pewnego stopnia muzyka syntezatorowa w bloku wschodnim brzmiała podobnie. Lekko trąci cyfrowym progiem jak to wspomniał Hien. Tu idzie z tym wytrzymać.
No tak, wcale nie widać, pod kogo poszła dedykacja. Mimo narzekań to był ciekawy powrót, wreszcie jest coś na przyszłość z Enierównasięemcekwadrat.
Julia Pietrucha We Care So Much
Pietruchę pamiętam jak przez mgłę z Testosteronu i innych epizodów w filmach. Trochę mnie zaskoczył fakt, że i muzyką się zajmuje. Może głos niezbyt wyróżniający, aranżacyjnie też jak modelowy kawałek do filmu, ale przynajmniej jest więcej życia niż w poprzedniej propozycji, a do tego nie ma żadnego poślizgu. Nie ma do czego się przyczepić, nic specjalnie nie drażni, to całkiem sporo. Mówiąc szczerze, to gdyby shodan wrzucił sam numer to nigdy bym nie powiedział, że to Polka się tutaj produkuje. Ładny refren, wreszcie jakieś emocje, które i mnie się udzielają. Pianino, skrzypce, wystarczy. Proste patenty, które przy urokliwych melodiach działają. Zaczynam ulegać wrażeniu, że znowu kawałki bywają zbyt podobne do siebie, ale nie krzywię się za bardzo, gdy któryś ostatecznie podpasuje.
Datarock Amarillion
Całkiem sympatyczny późny letniaczek. Jest nutka nostalgii i melancholii w tym dość żwawym graniu. Nie żeby to był muzyczny wulkan energii, raczej pasuje pod klimat zachodzącego słońca i popijanego w otwartym plenerze lekkiego drinka. Obecny klimat całkiem nieźle temu sprzyja... jeszcze. Sugestywnie podpowiada wrażenie ostatnich dni lata, przemijania czegoś lekkiego, ale zbyt przyjemnego, żeby to zginęło w głowie za 2-3 dni. W RAMce też mógłbym to usłyszeć pewnego popołudnia przed wyjściem do teatru i pewnie odpaliłbym Shazama, by sprawdzić kto to, co to. To ooooo trochę jak z U2. A k a m p o w e g o Kraftwerku boję się odpalać. Kciuk w górę. Hien organizuje nam mały revival pop punk wrzutek, tym razem proponując coś ciekawszego.
Richmond Rychu Pe Dziś wyjdziesz ze mną
Wcale się nie dziwię, że Jackowi siadło, bo ten bit to w ogóle nie jak dla Ryszarda xD Dziwnie słuchać charakterystycznej wszej nawijki na lekkim wielkomiejskim bicie, choć miejscami i pod tym względem jest dość specyficznie, trochę śpiewania się wkrada. W ostatniej zwrotce wjeżdża klasyczny Pener, który jeńców nie bierze, takiego lubię najbardziej. Wcześniej w porządku, do przesłuchania, ale to raczej Peja się broni, bo bit tak średnio. W ogóle ostatnio słucham go zaskakująco często. W takim wydaniu to lekka nowość, ale nie będę wracał, chyba że przyjdzie pora na cały Styl Życia Gnoja. Wolę bardziej konkretne pijackie refleksje (Gruba Impra z Rysiem 2) czy też chamskie "lovesongi". W tym momencie chętnie rzuciłbym czymś z najnowszej płyty albo generalnie całym mikstejpem, który bonusowo Peja rzucił do boxu Hip_Hop_50 - może ze względu na całe tony ciekawych sampli Mudżyn się skusi.
https://www.youtube.com/watch?v=fMFSiXyIvvU
Dobrze, że rzucił alko i teraz może grać dla przyjemności. Niestety, 22 września nie wpadnę do Transformatora...
Matthew Dear Her Fantasy
Oczywiście pierwszy był remiks Heaven. Wtedy myślałem, że gość raczej specjalizuje się w oszczędnych, ale klimatycznych rytmach. Po jakimś czasie sprawdziłem jedną z płyt (RYM podpowiada, że to jeszcze przed queerowymi odkrywkami) i czar prysł. Dzisiaj Black City kompletnie nie pamiętam, ale po jednym odsłuchu Her Fantasy raczej nie byłem zaskoczony. Bardzo eklektyczna hipster elektronika, czyli groch z kapustą, w którym można dostrzec obiektywnie parę udanych rozwiązań, jednak trudno wracać do tego z ręką na sercu. Z remiksów Heaven zawsze wolałem wersję Owlle na przykład, choć ta Mefju też jest zacna. Szkoda, że to dalej jego najciekawsza produkcja jak dla mnie. Brzmi to jak przekombinowane Animal Collective. Dev łapie tu jakiś bardziej sensualne fale, no spoko, ja niezbyt. Ścianka dźwięku zbudowana z rzeczy atakujących słuchacza z każdej możliwej strony. Nieciekawe wokale. Podoba mi się ten dźwięk, który dodaje lekko klubowego/imprezowego klimatu, a poza tym to wspominane wszystko i nic. Przejście do finałowej części, która tonie w tej muzycznej brei. Czasem się jeszcze na to złapię, ale w tym przypadku tak średnio bym powiedział. Przekombinowane nudy, szkoda! Może po czasie zaskoczy.
Marek Biliński Sen mistrza Alberta
Bardzo fajny trop i na dzień dobry - dzięki Seba za Bilińskiego akurat z tej płyty, bo nie słuchałem jej w całości parę lat, dzisiaj był pierwszy raz od nie wiadomo jak dawna. Po wszystkim zgadzam się z tezą stanowiącą tytuł serii, bo drugi lągplej Pana Marka to straszna woda po parówkach. Nic bym z niej nie wrzucił, ale udało się wyłowić jedyny sensowny fragment. Cała reszta to niekończąca się przegrana z ograniczoną technologią, paskudnym automatem perkusyjnym psującym klimat i paradą losowych solówek. O ile debiut to jeszcze mistrzostwo i dowód na to, że i w PRLu dało się robić klimatyczną elektronikę niespotykaną nigdzie indziej, tak tutaj mały dramat. Pana Marka cechuje dość kanciaste brzmienie, nie ma w jego muzyce za dużo przestrzeni, nie ma gęstej atmosfery. Trochę jakby próbował nam zapodać prawdziwie elektroniczny progrock ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie sądzę, że to kiczowate - po prostu inaczej się nie dało. Elektronikę w Polsce robili wtedy goście z innego świata i słychać, że korzystali z tych brzmień w dość osobliwy sposób. Sprawdźcie sobie to.
https://www.youtube.com/watch?v=xCEX8vlDtyg
Pan Marek to szef, bo widać lekkość w obsłudze tego skomplikowanego i niewdzięcznego sprzętu, ale wsłuchajcie się w jego wypowiedzi. Nie bez przyczyny mówi o JMJ czy Tomicie, a i Vangelis jest mu bliski. Bardzo lubię Ogród Króla Świtu za stylowe brzmienie, a do tego ciekawe i nieprzeciętne kompozycje. Możliwe, że jednak prędzej niż później dam temu wyraz... Tam nie ma jeszcze takiego eksperymentu jak tutaj, ale efekt jest bardziej udany. Bywa melodyjny i natchniony jak Jarre, a obok tego ma rękę do ilustracyjnych pasaży jak Grek. Do tego świetnie radzi sobie w miniaturkach imitujących muzykę klasyczną - to z kolei domena takich przepisywaczy klasyki na Moogi jak Isao Tomita właśnie czy Wendy Carlos. Sen mistrza Alberta to takie spojrzenie za siebie, nie ma rytmicznej rąbanki psującej jakikolwiek efekt - jest za to skromna, lecz całkiem przyjemna, sielska atmosfera. Zapewne i tu niektóre klawisze mogłyby imitować wybrane instrumenty, ale to brzmienie się broni. Nie mam jakichś duchologicznych skojarzeń, w ogóle nie brzmi jak stara TV (ta potrafiła żywcem korzystać z muzyki Jarre'a czy TD pewnie bez wiedzy autorów xD). Nie jest to też specjalnie polskie, bo generalnie do pewnego stopnia muzyka syntezatorowa w bloku wschodnim brzmiała podobnie. Lekko trąci cyfrowym progiem jak to wspomniał Hien. Tu idzie z tym wytrzymać.
No tak, wcale nie widać, pod kogo poszła dedykacja. Mimo narzekań to był ciekawy powrót, wreszcie jest coś na przyszłość z Enierównasięemcekwadrat.
Julia Pietrucha We Care So Much
Pietruchę pamiętam jak przez mgłę z Testosteronu i innych epizodów w filmach. Trochę mnie zaskoczył fakt, że i muzyką się zajmuje. Może głos niezbyt wyróżniający, aranżacyjnie też jak modelowy kawałek do filmu, ale przynajmniej jest więcej życia niż w poprzedniej propozycji, a do tego nie ma żadnego poślizgu. Nie ma do czego się przyczepić, nic specjalnie nie drażni, to całkiem sporo. Mówiąc szczerze, to gdyby shodan wrzucił sam numer to nigdy bym nie powiedział, że to Polka się tutaj produkuje. Ładny refren, wreszcie jakieś emocje, które i mnie się udzielają. Pianino, skrzypce, wystarczy. Proste patenty, które przy urokliwych melodiach działają. Zaczynam ulegać wrażeniu, że znowu kawałki bywają zbyt podobne do siebie, ale nie krzywię się za bardzo, gdy któryś ostatecznie podpasuje.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ten mixtape Ryśka to widzę różne same znane bity 90s/00s, ale obecnie Rycha już nie słucham, sentyment do tych różnych numerów z lat zerowych tylko pozostał
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przypominam, że jutro 7 dzień kolejki i przeraża mnie trochę wyjebongo aż 3 osób. Wujek, świat się naprawde nie zawali jak przestaniesz na pół godziny słuchać Olivii Rodrigo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ochraniam naszych granic, żebyś mógł spać spokojnie.
No i jednak mnie bardziej przeraża bestka filmowa.
No i jednak mnie bardziej przeraża bestka filmowa.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ratuję więc etos Forumowicza
Datarock - Amarillion
Śmieszna sprawa, jestem niemal w 100% pewien, że gdzieś już słyszałem nazwę zespołu, i to wyjątkowo nie od Hiena. Wciąż, kojarzę ją. No, ale mniejsza. Kawałek faktycznie trąci nieco DEVO, przypomina mi też nieco Violent od Grapetooth, nawet wokal jest jakoś trochę podobny. Mam też pewne skojarzenia z Foalsami, nawet nie do końca wiem skąd, ale są xD Dobry to jest kawałek, żywy, pozytywny, wkręca się bit i te gitary również, bardzo fajnie brzmią. Szkoda tylko, że pady są i krótkie i mało zauważalne, albowiem dodają przyjemnego klimatu. Jest to totalnie coś, czego mógłbym słuchać jadąc do dziewuchy, tylko akurat nie mam żadnej. Inna sprawa, że nie ma takiej muzyki na tym świecie, która by mi uprzyjemniła jazdę autokarem, zwłaszcza 6 godzin - nienawidzę podróży autokarem i wszędzie, gdzie się da jeżdżę pociągiem, a jak się nie da, to autem. Ale kolej FTW. Lepiej się idzie skupić na muzyce, zresztą, jutro właśnie w ten sposób będę wcześnie rano podróżował do Warszawy i zamierzam sobie zapuścić ten numer. Jest super <3 Może nieco mniej przebojowy od Girl U Want, ale wciąż propsuję.
Rychu etc. - Dziś Wyjdziesz Ze Mną
O Pei już coś tam pisałem chyba, nie dodam wiele więcej xD Mimo nieco prymitywnych swego czasu tekstów i prymitywnej nawijki (tak po prostu), to gość jednak ma charyzmę i przebił się swego czasu dość konkretnie, sporo po swoich debiutach. Styl Życia Gnoja to album, o którym sporo słyszałem, ale nigdy go chyba nie słuchałem (bo czegoś tam jednak słuchałem). Muszę przyznać, że to całkiem udana opowieść o chlaniu, niby temat zmęczony na milion sposobów (również w rapie), ale ja może za mało znam, żeby się nie wiem w jakim tonie wypowiadać i nawet mi się to podoba. Bit jest dobry, tekst też się skleja, refren do mnie ładnie trafia, nie wiem, czy to dobrze xD nastrój tego kawałka mocno ciągnie takim barowym klimatem późnej i mglisto-szaroburej jesieni, włóczenie się po jakichś zapomnianych rejonach miasta, gdzie bary okupują głównie różne podejrzane typy, wzrok dziki, suknia plugawa, etc. Jak będę miał jeszcze kiedyś fazę alkoholizacji (oby nie), to z przyjemnością będę sobie puszczał ten numer. Takie "Peja potrafi", ładnie podane, ciekawe, jak by wchodziło w Bełchatowie. W Zgierzu mam za daleko do najbliższego monopola, więc zrobię sobie herbaty.
Lech Jawątroba - W Naturze Mamy Ciągły Ruch
Jest dosłownie jeden kawałek Janerki, jaki znam, a przynajmniej świadomie, i jest to "kultowe" i "nieśmiertelne" Jezu, Jak Się Cieszę, nagrane przecież jako Klaus Mitffoch. Odkryłem ten numer w lutym 2007 dzięki trójkowym składankom i spodobał mi się, miałem takie pojedyncze momenty zanurzania się w "klasyce polskiej muzyki", co eksplodowało mocno jesienią 2008 wraz z Obywatelem G.C. choćby. Ale nie sięgnąłem po nic więcej. Wiem, że Janerka wydawał na przestrzeni ostatnich lat jakąś muzykę, ale koleś mi na tyle zwisa, że niczym się nie interesowałem. Jeśli chodzi o ten kawałek... Muszę przemyśleć swoje wybory muzyczne do tej bestki, teraz słyszę, że Dear pasował tu jak pięść do oka xD Znów jest jesiennie, i to raczej późnojesiennie, znowu włóczę się po blokowiskach, krzywe chodniki z klawiszujących i spękanych betonowych płyt 2,5x2,5, tlą się lampy sodowe. Te teksturowe gitary w tle są genialne, Hien pisze o Frippie i to też było jedno z moich pierwszych skojarzeń, podobne rzeczy czarował w numerze Eno The Web z płyty Nerve Net (o której już szepnąłem słówko przy okazji recki Achtung Kind). Oszczędny i nieco surowy bas świetnie z tymi gitarami kontrastuje, świetnie całość podbija tak samo oszczędna perka. Wokal Janerki jest taki z granicy bym powiedział, to jego wyciągnie "w natUrzeee" mnie trochę drażni, ale cała reszta brzmi super, bardziej jak gawęda niż śpiew. Nastrój numeru jest świetny, wkręciłem się i się jaram, Dragon dostarczył czegoś niespecjalnie dragonowego, a jednak mnie to nie zaskakuje... Może tak właśnie pachnie Wałbrzych, jak ten kawałek. Dobre, dobre, dużo dobre.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Gdyby to był singiel (może był, w Polsce to nigdy nie wiadomo), jego stroną B powinna być Cukiernia Mistrza Jana. Biliński to taki gość, w którego twórczość nigdy nie chciało mi się zagłębiać, zabawne, że pierwszy raz usłyszałem określenie "polski JMJ" w jakimś 2016 roku, Hien zresztą był przy tym i chyba się zgodził, ja miałem bekę, ale też znałem kilka numerów na krzyż. To mi bardziej brzmi na wczesne dema Alphaville, ale raptem kilka z nich może, bo ci jednak bywali mroczniejsi. To co tutaj zapodał Seba brzmi jak kombinacja nagrań do polskich filmów sensacyjnych/romcomów z lat 80., ta cyfrowa fletnia mnie tak nieziemsko drażni, że głowa mała. W ogóle ten utwór dla mnie, niestety, ssie. Takie słodko-pierdzące byle co do programów dla dzieci, może to miał być showcase jakiegoś klawisza? Nie mam pojęcia, ale się wymęczyłem okrutnie przy odsłuchu. Fajna jest ostatnia minuta, przywodzi mi na myśl Pana Kleksa (w dowolnym settingu, w podróży, w kosmosie, w łagrze, w nowojorskim CBGB), ale niewiele więcej. Taka elektroniczna cepeliada, aż czekałem, aż w pewnym momencie wejdzie wokal Eleni. Tym razem idę sobie w cholerę, Sen Mistrza Alberta okazał się być moim koszmarem.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Skąd ja znam tę aktorkę? Nazwisko coś mówi, gęba gdzieś świeci, sprawdzam na Wiki, robiła głównie w potwornych szmirach filmowo-serialowych, może Lejdis, kiedy byłem zmuszony do obejrzenia tego jakże wiekopomnego dzieła Andrzeja "Króla Polskich Komedii, Sarkazmu i Komentarza Politycznego" Saramonowicza? Nie wiem, nieważne. Numer trąci trochę Birdy, trochę... Sóley nawet, a to w sumie małe wyróżnienie wręcz, w ogóle na Wiki widzę "z udziałem Dawida Podsiadło", ale nie słyszę tego nigdzie, może na czymś gra, a może w ogóle go tam nie ma, no nic. Kawałek typowo spod znaku śpiewających pań Wuja Artura, ale nie mogę powiedzieć, niby nic specjalnego, ale zły nie jest. Nie zachęca mnie może do zassania całej płyty (ciekawe, gdzie bym ją znalazł w ogóle lol, pewnie Spotify tylko, no i YT), ale też nie odrzuca. Ot, pianinko, damski wokal, spokojny nastrój, taka odtrutka po ciężkich, głębokojesiennych numerach i Cukierni Mistrza Alberta Speera. Takie może być, ale jednak na plusik. Zostawmy to tutaj. W ogóle szanuję za pomysł nazwania debiutanckiej płyty Parsley, czyli "pietruszka" lol. Żadnego albumu nie nazwałbym Musiał, nawet gdyby mi dopłacono.
No no no, robi się jesiennie, czuć to wyraźnie. I spoko jak dla mnie.
Datarock - Amarillion
Śmieszna sprawa, jestem niemal w 100% pewien, że gdzieś już słyszałem nazwę zespołu, i to wyjątkowo nie od Hiena. Wciąż, kojarzę ją. No, ale mniejsza. Kawałek faktycznie trąci nieco DEVO, przypomina mi też nieco Violent od Grapetooth, nawet wokal jest jakoś trochę podobny. Mam też pewne skojarzenia z Foalsami, nawet nie do końca wiem skąd, ale są xD Dobry to jest kawałek, żywy, pozytywny, wkręca się bit i te gitary również, bardzo fajnie brzmią. Szkoda tylko, że pady są i krótkie i mało zauważalne, albowiem dodają przyjemnego klimatu. Jest to totalnie coś, czego mógłbym słuchać jadąc do dziewuchy, tylko akurat nie mam żadnej. Inna sprawa, że nie ma takiej muzyki na tym świecie, która by mi uprzyjemniła jazdę autokarem, zwłaszcza 6 godzin - nienawidzę podróży autokarem i wszędzie, gdzie się da jeżdżę pociągiem, a jak się nie da, to autem. Ale kolej FTW. Lepiej się idzie skupić na muzyce, zresztą, jutro właśnie w ten sposób będę wcześnie rano podróżował do Warszawy i zamierzam sobie zapuścić ten numer. Jest super <3 Może nieco mniej przebojowy od Girl U Want, ale wciąż propsuję.
Rychu etc. - Dziś Wyjdziesz Ze Mną
O Pei już coś tam pisałem chyba, nie dodam wiele więcej xD Mimo nieco prymitywnych swego czasu tekstów i prymitywnej nawijki (tak po prostu), to gość jednak ma charyzmę i przebił się swego czasu dość konkretnie, sporo po swoich debiutach. Styl Życia Gnoja to album, o którym sporo słyszałem, ale nigdy go chyba nie słuchałem (bo czegoś tam jednak słuchałem). Muszę przyznać, że to całkiem udana opowieść o chlaniu, niby temat zmęczony na milion sposobów (również w rapie), ale ja może za mało znam, żeby się nie wiem w jakim tonie wypowiadać i nawet mi się to podoba. Bit jest dobry, tekst też się skleja, refren do mnie ładnie trafia, nie wiem, czy to dobrze xD nastrój tego kawałka mocno ciągnie takim barowym klimatem późnej i mglisto-szaroburej jesieni, włóczenie się po jakichś zapomnianych rejonach miasta, gdzie bary okupują głównie różne podejrzane typy, wzrok dziki, suknia plugawa, etc. Jak będę miał jeszcze kiedyś fazę alkoholizacji (oby nie), to z przyjemnością będę sobie puszczał ten numer. Takie "Peja potrafi", ładnie podane, ciekawe, jak by wchodziło w Bełchatowie. W Zgierzu mam za daleko do najbliższego monopola, więc zrobię sobie herbaty.
Lech Jawątroba - W Naturze Mamy Ciągły Ruch
Jest dosłownie jeden kawałek Janerki, jaki znam, a przynajmniej świadomie, i jest to "kultowe" i "nieśmiertelne" Jezu, Jak Się Cieszę, nagrane przecież jako Klaus Mitffoch. Odkryłem ten numer w lutym 2007 dzięki trójkowym składankom i spodobał mi się, miałem takie pojedyncze momenty zanurzania się w "klasyce polskiej muzyki", co eksplodowało mocno jesienią 2008 wraz z Obywatelem G.C. choćby. Ale nie sięgnąłem po nic więcej. Wiem, że Janerka wydawał na przestrzeni ostatnich lat jakąś muzykę, ale koleś mi na tyle zwisa, że niczym się nie interesowałem. Jeśli chodzi o ten kawałek... Muszę przemyśleć swoje wybory muzyczne do tej bestki, teraz słyszę, że Dear pasował tu jak pięść do oka xD Znów jest jesiennie, i to raczej późnojesiennie, znowu włóczę się po blokowiskach, krzywe chodniki z klawiszujących i spękanych betonowych płyt 2,5x2,5, tlą się lampy sodowe. Te teksturowe gitary w tle są genialne, Hien pisze o Frippie i to też było jedno z moich pierwszych skojarzeń, podobne rzeczy czarował w numerze Eno The Web z płyty Nerve Net (o której już szepnąłem słówko przy okazji recki Achtung Kind). Oszczędny i nieco surowy bas świetnie z tymi gitarami kontrastuje, świetnie całość podbija tak samo oszczędna perka. Wokal Janerki jest taki z granicy bym powiedział, to jego wyciągnie "w natUrzeee" mnie trochę drażni, ale cała reszta brzmi super, bardziej jak gawęda niż śpiew. Nastrój numeru jest świetny, wkręciłem się i się jaram, Dragon dostarczył czegoś niespecjalnie dragonowego, a jednak mnie to nie zaskakuje... Może tak właśnie pachnie Wałbrzych, jak ten kawałek. Dobre, dobre, dużo dobre.
Marek Biliński - Sen Mistrza Alberta
Gdyby to był singiel (może był, w Polsce to nigdy nie wiadomo), jego stroną B powinna być Cukiernia Mistrza Jana. Biliński to taki gość, w którego twórczość nigdy nie chciało mi się zagłębiać, zabawne, że pierwszy raz usłyszałem określenie "polski JMJ" w jakimś 2016 roku, Hien zresztą był przy tym i chyba się zgodził, ja miałem bekę, ale też znałem kilka numerów na krzyż. To mi bardziej brzmi na wczesne dema Alphaville, ale raptem kilka z nich może, bo ci jednak bywali mroczniejsi. To co tutaj zapodał Seba brzmi jak kombinacja nagrań do polskich filmów sensacyjnych/romcomów z lat 80., ta cyfrowa fletnia mnie tak nieziemsko drażni, że głowa mała. W ogóle ten utwór dla mnie, niestety, ssie. Takie słodko-pierdzące byle co do programów dla dzieci, może to miał być showcase jakiegoś klawisza? Nie mam pojęcia, ale się wymęczyłem okrutnie przy odsłuchu. Fajna jest ostatnia minuta, przywodzi mi na myśl Pana Kleksa (w dowolnym settingu, w podróży, w kosmosie, w łagrze, w nowojorskim CBGB), ale niewiele więcej. Taka elektroniczna cepeliada, aż czekałem, aż w pewnym momencie wejdzie wokal Eleni. Tym razem idę sobie w cholerę, Sen Mistrza Alberta okazał się być moim koszmarem.
Julia Pietrucha - We Care So Much
Skąd ja znam tę aktorkę? Nazwisko coś mówi, gęba gdzieś świeci, sprawdzam na Wiki, robiła głównie w potwornych szmirach filmowo-serialowych, może Lejdis, kiedy byłem zmuszony do obejrzenia tego jakże wiekopomnego dzieła Andrzeja "Króla Polskich Komedii, Sarkazmu i Komentarza Politycznego" Saramonowicza? Nie wiem, nieważne. Numer trąci trochę Birdy, trochę... Sóley nawet, a to w sumie małe wyróżnienie wręcz, w ogóle na Wiki widzę "z udziałem Dawida Podsiadło", ale nie słyszę tego nigdzie, może na czymś gra, a może w ogóle go tam nie ma, no nic. Kawałek typowo spod znaku śpiewających pań Wuja Artura, ale nie mogę powiedzieć, niby nic specjalnego, ale zły nie jest. Nie zachęca mnie może do zassania całej płyty (ciekawe, gdzie bym ją znalazł w ogóle lol, pewnie Spotify tylko, no i YT), ale też nie odrzuca. Ot, pianinko, damski wokal, spokojny nastrój, taka odtrutka po ciężkich, głębokojesiennych numerach i Cukierni Mistrza Alberta Speera. Takie może być, ale jednak na plusik. Zostawmy to tutaj. W ogóle szanuję za pomysł nazwania debiutanckiej płyty Parsley, czyli "pietruszka" lol. Żadnego albumu nie nazwałbym Musiał, nawet gdyby mi dopłacono.
No no no, robi się jesiennie, czuć to wyraźnie. I spoko jak dla mnie.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl