Bez przesady, gdybym spytał siostry z rocznika 2005 o to co woli, to by pewnikiem prędzej wymieniła miliarderke niż typiarę o żenującym pseudonimie artystycznymHien pisze:01 gru 2023 22:32Ale Talor Swift to już nie jest muzyka dla młodych. Teraz się słucha Mery Spolsky.
Best of Forum IV
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Re:
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mentos nie znasz się na żartach? 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gdybym ja ją spytał, to by śmiechła, i trochę o to chodziło, ale nie ważne.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan w mistrzowskiej formie na punchach, winszuję
Myślałem, że panowie trochę ostrzej polecieliście, a tu jakiś pitu-pitu o kolejce świątecznej i jakichś dublach, małe rozczarowanie. W kwestii ewentualnego świątecznego klimatu... mam tematyczną wrzutkę w kieszeni, ale z lekkim dystansem i bez większego przekonania co do jej publikacji, więc to już jak chcecie. Ja raczej tak bezpośrednio bym nie nawiązywał.
Myślałem, że panowie trochę ostrzej polecieliście, a tu jakiś pitu-pitu o kolejce świątecznej i jakichś dublach, małe rozczarowanie. W kwestii ewentualnego świątecznego klimatu... mam tematyczną wrzutkę w kieszeni, ale z lekkim dystansem i bez większego przekonania co do jej publikacji, więc to już jak chcecie. Ja raczej tak bezpośrednio bym nie nawiązywał.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Porcupine Tree – Stars Die
Wiedziałem, że ten utwór musi się tu wreszcie pojawić. Bo kto zagląda na konto last.fm Hiena, ten dobrze wie, co jest od zawsze na szczycie listy ulubionych utworów. Steven Wilson to jest gość i jest mi naprawdę szczerze żal każdego, kto nie czuje tego utworu. Bo to piękno w najczystszej postaci. Utwór z najlepszego okresu zespołu i absolutnie jeden z najlepszych w dyskografii PT. Wszystko tu jest piękne i wyjątkowe - wokal, gitary, perkusja, klawisze. Ale nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły, bo to jeden z tych utworów, których nie trzeba rozbierać na czynniki. Nawet się nie powinno. Bo tutaj rządzi klimat, który jest obezwładniający. No i okładka oczywiście świetna i klimatyczna.
Hien zafundował nam przez dwie kolejki z rzędu coś wyjątkowego za sprawą Wilsona.
Portishead – Over
Trip-hop to dziwny gatunek. Niby ciekawy, niby zawiera w sobie wszystko to, co lubię lub powinienem lubić, a jednak nie umiałem się w to wgryźć na dobre. Jest parę zespołów, które lubię posłuchać, ale raczej w małych ilościach. Na dłuższą metę czuję się po prostu zmęczony, wręcz znudzony.
Portishead sobie nawet cenię, choć każda próba posłuchania Dummy w całości zawsze kończyła się tak samo. Byłem w którymś momencie albumu po prostu zmęczony słuchaniem go. Monotonny klimat i smęcący wokal Gibbons powodowały, że prędzej czy później miałem tej muzyki dosyć. Już jakiś czas nie odpalałem Dummy, więc będę musiał znowu spróbować, bo wiadomo, że w muzyce się człowiekowi zmienia i przy kolejnej próbie się nagle okaże, że właśnie oto nadszedł czas dla tej muzyki.
Niemniej nie da się ukryć, że Over to dobry utwór. Świetna, smutna i zapętlona zagrywka gitarowa robi tu główną robotę. Lubię utwory oparte o takie patenty. Odgłos sonaru idealnie trafiony. Beth zaczyna swoją smętną wokalną opowieść, a potem to już wchodzi trip-hop po całości. Nie wiem jak by to było, gdybym miał łyknąć cały album w tych klimatach, ale Over jako utwór zasługuje na oklaski.
The National - Nobody Else Will Be There
Od jakichś 3 lat nosiłem się z zamiarem sprawdzenia The National. A to za sprawą Taylor Swift. A co ma wspólnego Taylor z The National? Ano to, że jeden z członków i założycieli zespołu The National Aaron Dessner był mocno zamieszany w powstanie albumów „folklore” i „evermore”. Na folklor był współkompozytorem i współproducentem 9-ciu utworów, a na evermore aż 12-tu. Albumu te mocno różniły się klimatem od jej wcześniejszych dokonań i zakładałem, ze owe melancholijne klimaty mogą być w pewnej mierze zasługą Dessnera właśnie. Jeden utwór to oczywiście za mało, żeby to potwierdzić, ale Nobody Else Will Be There wskazuje, że coś w tym może być.
A utwór Nobody Else Will Be There jest piękny jak ze snu. Można tam sobie pitolić, że to smęty. Ja uwielbiam smęty od zawsze. I z wiekiem właściwie uwielbiam je coraz bardziej. Piękna melodia, cudne pianino, delikatny bit i naprawdę dobry wokal. Klimat jest wyjątkowy. Dev przekonał mnie do pójścia tą drogą (nie pierwszy już raz) i na pewno nie będę czekał rok na wrzucenie przez niego albumu.
Iglooghost - Super Ink Burst
Ja z tym utworem miałem podobnie jak Murzyn. Myślałem, że to jakaś reklama na YT. Dragon obok zazwyczaj dobrych i poważnych rzeczy lubi wrzucać też czasami jakieś dziwolągi. Czasami te dziwolągi są tak dziwne, że aż nie do przyjęcia, czasami potrafią pozytywnie zaskoczyć nawet takiego starego piernika jak ja. Tym razem się raczej nie udało. Ten pierwszy filmik nawet sympatyczny. Dzieciak bawi się w generowanie jakichś śmiesznych losowych dźwięków i dobrze się bawi. Dragon to jednak inne pokolenie niż ja i jest bardziej podatny na takie rzeczy. I ja to rozumiem. Ale mnie to nie rusza. To nie jest muzyka, jakiej mógłbym słuchać inaczej, niż tylko jako ciekawostkę. Szczególnie na jakimś dłuższym dystansie. Nie hejtuję tego, bo nie wywołuje to u mnie żadnej niechęci. Po prostu to nie dla mnie. Jako soundtrack do jakiejś starej platformówki nadałoby się wg mnie dobrze. Ale do poważniejszego słuchania w domu, to już nie bardzo.
Have a Nice Life – Bloodhail
I po chwilowym wariactwie od Dragona wróciły klimatyczne klimaty. Bardzo dobry utwór od zupełnie nieznanego mi bandu. Świetne intro na gitarze basowej. Naprawdę boska ta zagrywka. A potem wchodzi rewelacyjna gitara. Gdzieś już słyszałem takie brzmienie i to nie raz chyba. Bardzo dobra melodia, która po kilku odsłuchach dobrze mi się zakodowała. Bardzo odpowiadają mi wokale. Szczególnie te śpiewane w wyższych rejestrach. I bardzo lubię takie rzeczy, co w drugiej części, czyli powtarzane w kółko te same fragmenty tekstu.
Bardzo dobra kompozycja, bardzo dobre brzmienie i wokal. Ciekawy jestem, jak prezentują się inne rzeczy od Have a Nice Life. Mentos mnie zaciekawił, a to już najlepiej świadczy o jego propozycji.
Znowu bardzo dobra kolejka. Co niektórzy widzę celowo na koniec „setki” zostawili sobie swoje najlepsze kąski, a nawet utwory życia. I to jest bardzo dobre, bo dzięki temu nawet po tylu kolejkach poziom potrafi być wysoki. Cała ta kolejka była naprawdę dosyć spójna klimatycznie. Tylko Dragon się wyłamał ze schematu.
Wiedziałem, że ten utwór musi się tu wreszcie pojawić. Bo kto zagląda na konto last.fm Hiena, ten dobrze wie, co jest od zawsze na szczycie listy ulubionych utworów. Steven Wilson to jest gość i jest mi naprawdę szczerze żal każdego, kto nie czuje tego utworu. Bo to piękno w najczystszej postaci. Utwór z najlepszego okresu zespołu i absolutnie jeden z najlepszych w dyskografii PT. Wszystko tu jest piękne i wyjątkowe - wokal, gitary, perkusja, klawisze. Ale nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły, bo to jeden z tych utworów, których nie trzeba rozbierać na czynniki. Nawet się nie powinno. Bo tutaj rządzi klimat, który jest obezwładniający. No i okładka oczywiście świetna i klimatyczna.
Hien zafundował nam przez dwie kolejki z rzędu coś wyjątkowego za sprawą Wilsona.
Portishead – Over
Trip-hop to dziwny gatunek. Niby ciekawy, niby zawiera w sobie wszystko to, co lubię lub powinienem lubić, a jednak nie umiałem się w to wgryźć na dobre. Jest parę zespołów, które lubię posłuchać, ale raczej w małych ilościach. Na dłuższą metę czuję się po prostu zmęczony, wręcz znudzony.
Portishead sobie nawet cenię, choć każda próba posłuchania Dummy w całości zawsze kończyła się tak samo. Byłem w którymś momencie albumu po prostu zmęczony słuchaniem go. Monotonny klimat i smęcący wokal Gibbons powodowały, że prędzej czy później miałem tej muzyki dosyć. Już jakiś czas nie odpalałem Dummy, więc będę musiał znowu spróbować, bo wiadomo, że w muzyce się człowiekowi zmienia i przy kolejnej próbie się nagle okaże, że właśnie oto nadszedł czas dla tej muzyki.
Niemniej nie da się ukryć, że Over to dobry utwór. Świetna, smutna i zapętlona zagrywka gitarowa robi tu główną robotę. Lubię utwory oparte o takie patenty. Odgłos sonaru idealnie trafiony. Beth zaczyna swoją smętną wokalną opowieść, a potem to już wchodzi trip-hop po całości. Nie wiem jak by to było, gdybym miał łyknąć cały album w tych klimatach, ale Over jako utwór zasługuje na oklaski.
The National - Nobody Else Will Be There
Od jakichś 3 lat nosiłem się z zamiarem sprawdzenia The National. A to za sprawą Taylor Swift. A co ma wspólnego Taylor z The National? Ano to, że jeden z członków i założycieli zespołu The National Aaron Dessner był mocno zamieszany w powstanie albumów „folklore” i „evermore”. Na folklor był współkompozytorem i współproducentem 9-ciu utworów, a na evermore aż 12-tu. Albumu te mocno różniły się klimatem od jej wcześniejszych dokonań i zakładałem, ze owe melancholijne klimaty mogą być w pewnej mierze zasługą Dessnera właśnie. Jeden utwór to oczywiście za mało, żeby to potwierdzić, ale Nobody Else Will Be There wskazuje, że coś w tym może być.
A utwór Nobody Else Will Be There jest piękny jak ze snu. Można tam sobie pitolić, że to smęty. Ja uwielbiam smęty od zawsze. I z wiekiem właściwie uwielbiam je coraz bardziej. Piękna melodia, cudne pianino, delikatny bit i naprawdę dobry wokal. Klimat jest wyjątkowy. Dev przekonał mnie do pójścia tą drogą (nie pierwszy już raz) i na pewno nie będę czekał rok na wrzucenie przez niego albumu.
Iglooghost - Super Ink Burst
Ja z tym utworem miałem podobnie jak Murzyn. Myślałem, że to jakaś reklama na YT. Dragon obok zazwyczaj dobrych i poważnych rzeczy lubi wrzucać też czasami jakieś dziwolągi. Czasami te dziwolągi są tak dziwne, że aż nie do przyjęcia, czasami potrafią pozytywnie zaskoczyć nawet takiego starego piernika jak ja. Tym razem się raczej nie udało. Ten pierwszy filmik nawet sympatyczny. Dzieciak bawi się w generowanie jakichś śmiesznych losowych dźwięków i dobrze się bawi. Dragon to jednak inne pokolenie niż ja i jest bardziej podatny na takie rzeczy. I ja to rozumiem. Ale mnie to nie rusza. To nie jest muzyka, jakiej mógłbym słuchać inaczej, niż tylko jako ciekawostkę. Szczególnie na jakimś dłuższym dystansie. Nie hejtuję tego, bo nie wywołuje to u mnie żadnej niechęci. Po prostu to nie dla mnie. Jako soundtrack do jakiejś starej platformówki nadałoby się wg mnie dobrze. Ale do poważniejszego słuchania w domu, to już nie bardzo.
Have a Nice Life – Bloodhail
I po chwilowym wariactwie od Dragona wróciły klimatyczne klimaty. Bardzo dobry utwór od zupełnie nieznanego mi bandu. Świetne intro na gitarze basowej. Naprawdę boska ta zagrywka. A potem wchodzi rewelacyjna gitara. Gdzieś już słyszałem takie brzmienie i to nie raz chyba. Bardzo dobra melodia, która po kilku odsłuchach dobrze mi się zakodowała. Bardzo odpowiadają mi wokale. Szczególnie te śpiewane w wyższych rejestrach. I bardzo lubię takie rzeczy, co w drugiej części, czyli powtarzane w kółko te same fragmenty tekstu.
Bardzo dobra kompozycja, bardzo dobre brzmienie i wokal. Ciekawy jestem, jak prezentują się inne rzeczy od Have a Nice Life. Mentos mnie zaciekawił, a to już najlepiej świadczy o jego propozycji.
Znowu bardzo dobra kolejka. Co niektórzy widzę celowo na koniec „setki” zostawili sobie swoje najlepsze kąski, a nawet utwory życia. I to jest bardzo dobre, bo dzięki temu nawet po tylu kolejkach poziom potrafi być wysoki. Cała ta kolejka była naprawdę dosyć spójna klimatycznie. Tylko Dragon się wyłamał ze schematu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Szanuję, że Wuja nawet w The National wyłapał łącznik z Taylor Swift. To jest fan, a nie udawany, jak Devotional z Alphaville.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Porcupine Terefere - Stars Die
Kurde, wrzucenie n-ty raz projektu tego samego typa (Który i tak już przewijał się tutaj wielokrotnie) mocno utrudnia mi pisaninę, bo nie będę, do ciężkiej cholery, n-ty raz pisał co ja myślę o Stefanie Wilsonie. Mogę najwyżej napisać, że jest uroczy w swoim boomerstwie, chociaż pewnie to też już napisałem. Generalnie to nasze pikne forume można podzielić na dwa obozy: obóz wilsoniarzy w skład którego wchodzą wrzucający, wujas i śp. Rajca oraz obóz antywilsoniarzy reprezentowany przez Murzyna, Roberta i slicka. Gdzieś rozdarci pośrodku stoimy ja i Musiał (w sumie to można założyć, że jesteśmy tą samą osobą, skoro nasza wspólna znajoma twierdzi, że wyglądamy bardzo podobnie).
Czuję coś pokroju presji pisząc o tym kawałku, bo zdaje sobię sprawę, że dla OPa jest faktycznie topem topów życia i w ogóle. Ja choćby z tej przyczyny nie będę zbyt ostry, ale tym razem nie dołączę do grona opiewających. Niby spoko, niby poprawne, ale chyba po prostu nie mam moodu na takie granie od pewnego czasu - po prostu go przesłuchałem i wywołał we mnie wzrusz ramion. Może to zły moment, może to Mejbelin, może po prostu wolę inne Porcupine Tree. Na ten moment łapka w bok. SORY
Portishead - Over
Czy tylko ja mam takie wrażenie, że Portishead to zespół, który teoretycznie powinien tutaj przewijać się cyklicznie, a prawie w ogóle go w tej zabawie nie było? Ja sam się zastanawiam nad tym dlaczego go jeszcze nie wrzuciłem, ale ten moment nastąpi - i coś czuję, że prędzej niż później.
Fajno, że Jaca zapodaje cokolwiek z dwójki, bo tak się śmiesznie złożyło, że jakoś tę płytę przez lata zlewałem. Sam w sumie nie wiem czemu - kocham ich pierwszy album, bo wiadomo, trzeci album też zajebisty, a ta dwójka po prostu była dla mnie czymś pokroju Mundialu 78 - sama w sobie niby spoko, ale w otoczeniu dwóch ARCYWYKONÓW mocno traci. Tak, zdaję sobie sprawę z kretynizmu tej analogii i nie - nie usunę jej. Anyway, mam mocny argument za tym, by do tej dwójki, traktowanej jednak przeze mnie po macoszemu, wrócić i na solidnie przysiąść, bo totalnie tej perełki nie pamiętam, a jest mocarna prawie tak samo jak mocne momenty z Dummy. I chyba nie potrzeba żadnych innych rekomendacji. Jak to mawia młodzież - BAZA.
The National - Nobody Else Will Be There
Beka z Musiała wypierającego swoją przynależność do klasy średniej, przecież to rasowy jej przedstawiciel. xD Tak samo jak The National jest rasowym przedstawicielem... a w sumie siusiak wie czego, w każdym razie to jest jeden z tych projektów które znam, kojarzę, były gdzieś tam hajpowane, ale ja nie sięgałem, bo kuźwa jakbym chciał poznać wszystko, co rzekomo powinnienem to bym musiał nie wychodzić z domu czy coś - a nie jestem osobą, która robi to szczególnie często. Trochę mnie dziwi, że Musiał tylko raz użył słowa HIPSTER w swojej notce, wszakże ten kawałek to jest wręcz definicja hipsterstwa z okolic powiedzmy 2013 roku. Mocno mi się to kojarzy z rzeczami, o których pisano na Porcysie w ostatnich latach życia, wiecie te wszystkie Arcade Fire i inne Panda Beary. No i to jest takie jakieś... no niezłe. Na ten moment też ląduję na półce z POPRAWNYMI rzeczami, ale diabli wiedzą kiedy raczę po to sięgnąć, by zawyrokować, że jednak miałem uszy w szambie i nie doceniłem tej perełki. Na razie po prostu doceniam.
Iglooghost - Super Ink Burst
Chciałem coś konkretnego o tym kawałku napisać, ale uznałem, że to jest ten moment, gdzie filmik z YT jest w stanie wyrazić więcej niż tysiąc słów:
https://www.youtube.com/watch?v=a56Se27v0aE
No nie no, po prostu czuję się... przytłoczony. Muzyka dla osób uzaleznionych od TikToka, Monsterów oraz z ADHD. Bodźce, napierdalanka, kanonada dźwięków. Nie sposób wyłapać tu cokolwiek, trzeba po prostu dać się ponieść fali dźwięków i liczyć na to, że nie wywiezie cię na manowce albo chociaż do Łodzi. Chyba się mi udało, bo jeszcze niedawno to bym zakończył na tym nagraniu z YT, wyłączył to w trzy diabły i zdissował Roberta za wrzucanie syfu. A teraz? Teraz to mi się to nawet podoba. xd Na dłuższą metę bym dostał pewnie pierdolca, ale ma to swój chaotyczny, memiczny urok. Daję okejkę, ale z zastrzeżeniem, że 45 minut lub więcej tego typu grania bym zapewne nie zdzierżył (beka, bo zazwyczaj piszę dokładnie odwrotnie).
Röyksopp - 'If You Want Me' ft. Susanne Sundfør
Mam jakiś dziwny efekt Mandeli z tym kawałkiem. Może zabrzmi to kretyńsko, ale słysząc go za pierwszym razem, wydawało mi się, że znam go od bardzo dawna. Tymczasem się okazało, że istnieje on krócej niż to forum, a internet nie podsuwa mi żadnej informacji na temat tego jakoby to miał być cover czy coś w tym stylu. I czuję się z tym skołowany i nawet nie wiem gdzie szukać, by znaleźć piosenkę, która sprawiła, że mam to deja vu - ja nawet nie wiem czy po prostu jest jakikolwiek sens szukać, bo może mój mózg robi se jajcury czy coś. xd Nie dołączę do chóru szkalujących, bo ten... szczerze mówiąc podoba mi się ten kawałek, wokal Sundfor spoko i w ogóle pasuje mi to do obecnej aury i pogody za oknem. I zupełnie nie przeszkadza mi to, że to jest coś totalnie oczywistego, bo nie i tyle. xD Propsuję na pohybel.
Kolejka niby poprawna, niby siaka, ale też nie obiecuję, że będę jakoś często do niej wracał. xD Wygrywa ją zdecydowanie Porcyshead, potem gdzieś EGZEWKO (sory, nigdy nie pamiętam tego jak się to pisze) Nacjonaliści i Rojszkop z kawałkiem który znam, mimo iż go nie znam, gdzies tam za nimi wynalazek dragona i na końcu jeżozwierze. Teraz mnie możecie zdissować za opóźnianie zabawy czy coś
Kurde, wrzucenie n-ty raz projektu tego samego typa (Który i tak już przewijał się tutaj wielokrotnie) mocno utrudnia mi pisaninę, bo nie będę, do ciężkiej cholery, n-ty raz pisał co ja myślę o Stefanie Wilsonie. Mogę najwyżej napisać, że jest uroczy w swoim boomerstwie, chociaż pewnie to też już napisałem. Generalnie to nasze pikne forume można podzielić na dwa obozy: obóz wilsoniarzy w skład którego wchodzą wrzucający, wujas i śp. Rajca oraz obóz antywilsoniarzy reprezentowany przez Murzyna, Roberta i slicka. Gdzieś rozdarci pośrodku stoimy ja i Musiał (w sumie to można założyć, że jesteśmy tą samą osobą, skoro nasza wspólna znajoma twierdzi, że wyglądamy bardzo podobnie).
Czuję coś pokroju presji pisząc o tym kawałku, bo zdaje sobię sprawę, że dla OPa jest faktycznie topem topów życia i w ogóle. Ja choćby z tej przyczyny nie będę zbyt ostry, ale tym razem nie dołączę do grona opiewających. Niby spoko, niby poprawne, ale chyba po prostu nie mam moodu na takie granie od pewnego czasu - po prostu go przesłuchałem i wywołał we mnie wzrusz ramion. Może to zły moment, może to Mejbelin, może po prostu wolę inne Porcupine Tree. Na ten moment łapka w bok. SORY
Portishead - Over
Czy tylko ja mam takie wrażenie, że Portishead to zespół, który teoretycznie powinien tutaj przewijać się cyklicznie, a prawie w ogóle go w tej zabawie nie było? Ja sam się zastanawiam nad tym dlaczego go jeszcze nie wrzuciłem, ale ten moment nastąpi - i coś czuję, że prędzej niż później.
Fajno, że Jaca zapodaje cokolwiek z dwójki, bo tak się śmiesznie złożyło, że jakoś tę płytę przez lata zlewałem. Sam w sumie nie wiem czemu - kocham ich pierwszy album, bo wiadomo, trzeci album też zajebisty, a ta dwójka po prostu była dla mnie czymś pokroju Mundialu 78 - sama w sobie niby spoko, ale w otoczeniu dwóch ARCYWYKONÓW mocno traci. Tak, zdaję sobie sprawę z kretynizmu tej analogii i nie - nie usunę jej. Anyway, mam mocny argument za tym, by do tej dwójki, traktowanej jednak przeze mnie po macoszemu, wrócić i na solidnie przysiąść, bo totalnie tej perełki nie pamiętam, a jest mocarna prawie tak samo jak mocne momenty z Dummy. I chyba nie potrzeba żadnych innych rekomendacji. Jak to mawia młodzież - BAZA.
The National - Nobody Else Will Be There
Beka z Musiała wypierającego swoją przynależność do klasy średniej, przecież to rasowy jej przedstawiciel. xD Tak samo jak The National jest rasowym przedstawicielem... a w sumie siusiak wie czego, w każdym razie to jest jeden z tych projektów które znam, kojarzę, były gdzieś tam hajpowane, ale ja nie sięgałem, bo kuźwa jakbym chciał poznać wszystko, co rzekomo powinnienem to bym musiał nie wychodzić z domu czy coś - a nie jestem osobą, która robi to szczególnie często. Trochę mnie dziwi, że Musiał tylko raz użył słowa HIPSTER w swojej notce, wszakże ten kawałek to jest wręcz definicja hipsterstwa z okolic powiedzmy 2013 roku. Mocno mi się to kojarzy z rzeczami, o których pisano na Porcysie w ostatnich latach życia, wiecie te wszystkie Arcade Fire i inne Panda Beary. No i to jest takie jakieś... no niezłe. Na ten moment też ląduję na półce z POPRAWNYMI rzeczami, ale diabli wiedzą kiedy raczę po to sięgnąć, by zawyrokować, że jednak miałem uszy w szambie i nie doceniłem tej perełki. Na razie po prostu doceniam.
Iglooghost - Super Ink Burst
Chciałem coś konkretnego o tym kawałku napisać, ale uznałem, że to jest ten moment, gdzie filmik z YT jest w stanie wyrazić więcej niż tysiąc słów:
https://www.youtube.com/watch?v=a56Se27v0aE
No nie no, po prostu czuję się... przytłoczony. Muzyka dla osób uzaleznionych od TikToka, Monsterów oraz z ADHD. Bodźce, napierdalanka, kanonada dźwięków. Nie sposób wyłapać tu cokolwiek, trzeba po prostu dać się ponieść fali dźwięków i liczyć na to, że nie wywiezie cię na manowce albo chociaż do Łodzi. Chyba się mi udało, bo jeszcze niedawno to bym zakończył na tym nagraniu z YT, wyłączył to w trzy diabły i zdissował Roberta za wrzucanie syfu. A teraz? Teraz to mi się to nawet podoba. xd Na dłuższą metę bym dostał pewnie pierdolca, ale ma to swój chaotyczny, memiczny urok. Daję okejkę, ale z zastrzeżeniem, że 45 minut lub więcej tego typu grania bym zapewne nie zdzierżył (beka, bo zazwyczaj piszę dokładnie odwrotnie).
Röyksopp - 'If You Want Me' ft. Susanne Sundfør
Mam jakiś dziwny efekt Mandeli z tym kawałkiem. Może zabrzmi to kretyńsko, ale słysząc go za pierwszym razem, wydawało mi się, że znam go od bardzo dawna. Tymczasem się okazało, że istnieje on krócej niż to forum, a internet nie podsuwa mi żadnej informacji na temat tego jakoby to miał być cover czy coś w tym stylu. I czuję się z tym skołowany i nawet nie wiem gdzie szukać, by znaleźć piosenkę, która sprawiła, że mam to deja vu - ja nawet nie wiem czy po prostu jest jakikolwiek sens szukać, bo może mój mózg robi se jajcury czy coś. xd Nie dołączę do chóru szkalujących, bo ten... szczerze mówiąc podoba mi się ten kawałek, wokal Sundfor spoko i w ogóle pasuje mi to do obecnej aury i pogody za oknem. I zupełnie nie przeszkadza mi to, że to jest coś totalnie oczywistego, bo nie i tyle. xD Propsuję na pohybel.
Kolejka niby poprawna, niby siaka, ale też nie obiecuję, że będę jakoś często do niej wracał. xD Wygrywa ją zdecydowanie Porcyshead, potem gdzieś EGZEWKO (sory, nigdy nie pamiętam tego jak się to pisze) Nacjonaliści i Rojszkop z kawałkiem który znam, mimo iż go nie znam, gdzies tam za nimi wynalazek dragona i na końcu jeżozwierze. Teraz mnie możecie zdissować za opóźnianie zabawy czy coś
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mam wrażenie, że mocno polaryzujaca kolejka poza tym, że prawie wszyscy jęczą na Dragona. Do tego stopnia, że chłop się obraził i nie wjedzie z recenzjami.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Porcupine Tree Stars Die
Na pewno jest lepiej niż w poprzednim odcinku. Jak już mam wybierać to wolę Wilsona młodszego. Tego typu wrzutki pomagają mi ulec coraz bardziej temu wrażeniu. Mam naturalnie jakąś wyrozumiałość, ale też starsze nagrania z uniwersum SW mają po prostu więcej charakteru i emocji, a mniej maniery, zrzynek stylistycznych. W ogóle nie brzmią jak efekt pracy algorytmu wypluwającego z siebie imitację progresyfu, progpopu czy czegokolwiek bardziej kombinowanego. Z drugiej strony jak pamiętam Sky Moves Sideways to tutaj brzmienie jest jednak bardziej wygładzone. Niespecjalnie coś się znowu wyróżnia, przynajmniej na dzień dobry. Za kolejnym razem wyłapałem soczysty bas (wyraźnie słyszalny, ale nie za głęboki), fletowe ozdobniki, urozmaiconą grę na perce. Wokal jak wokal, aż tak nie drażni, przynajmniej tytułowa fraza sympatycznie wybrzmiewa. Gdyby Fripp miał więcej rozumu i godności człowieka, to THRAK brzmiałby mniej więcej w ten sposób. Mniej wrażenia brzmienia z puszki. Byłoby bardziej organicznie, a przy tym całość nie męczyłaby uszu. Jakoś nie zapowiada się na częste powroty, ale ostatecznie naprawdę w porządku.
Portishead Over
Łatwy zwycięzca kolejki. Za trzecią płytą Portishead nie przepadam. Koncertówka to ciekawostka - poznana za późno jakoś nie została za długo w głowie. Jeśli nie mam nawrotu potrzeby odpalenia połowy materiału z Dummy, to wybieram pewien potężny tercet z dwójki. Wśród trzech muszkieterów znajduje się właśnie Over. Ich produkcje są na tyle sugestywne, że nigdy nie miałem potrzeby poważniejszego sprawdzania tekstów. Filmowo, ale z łatwo zebranym street credit. Jazzowe i rockowe sznyty skrzyżowane z rapową estetyką. Nad tym wszystkim świetny wokal Beth. Recepta na małą doskonałość gotowa. Nie mam jakiegoś ulubionego momentu. Over to jedna z części większego segmentu, który wprowadza mnie w dobry, choć specyficzny nastrój. Trochę jak oglądanie tego samego filmu z dreszczykiem enty raz. W pewnym momencie po prostu chce się przeżyć ten niepokój z własnej nieprzysmuszonej woli i tak jest dobrze. Lubię ten lekko przełamany bit, świetne skrecze, kameralne intro. Oj, wiele się dzieje i to dobrego. Samo gęste. Muzyczne noir pozbawione terminu przydatności do spożycia. Świetny wybór.
The National Nobody Else Will Be There
Pierwszy kontakt z The National to króciutki urywek piosenki wykorzystany w pewnym potężnym dziele popkultury. W ramach całkiem śmiesznego eksperymentu zorganizowano podkład do Rap God Eminema w taki sposób, że co kilka sekund zmienia się podkład. Między Merzbowem, muzyką z gier, Black Sabbath i innymi radykalnymi wyborami znaleźli się właśnie The National. IMO warto sprawdzić. Ten wybór wiele powie o muzycznym krajobrazie środowisk na pograniczu artsy memiarzy i muzbawkowiczów.
https://www.youtube.com/watch?v=9B4yMI_anWk
I'll Still Destroy You do teraz było jedynym numerem od nich, który poznałem w całości i mi podpasował. Zaskoczyło mnie, że wrzutka Adriana jest z tej samej płyty. Po poznaniu wspominanego kawałka liczyłem na więcej rzeczy podobnych do czegoś w stylu Radiohead czy Thoma Yorka solo, a tu zupełnie jeszcze coś innego. Za pierwszym razem negatywnie zaskoczyło mnie to, że jest tu tak... zwyczajnie. W stylu Wujasa powiem, że może faktycznie słychać tu podobieństwa do niektórych produkcji Taylor Swift. Na szczęście wokal i klimacik jest zupełnie inny, to na plus. Kupuję klimacik opisywany przez PT Wrzucającego. Niby początek płyty, a tu już na dzień dobry jesteśmy wrzuceni na głęboką wodę. Muzyczna pocztówka po przeżyciu jakieś kolejnego po czasie niezrozumiałego, ale jednak wtedy poważnego wewnętrznego dramatu. Jak mało gdzie podobają mi się te spokojne bicia w tle. Mimo wielości dźwięków jest tu specyficznie kameralnie. Niby wieczór nadchodzi, ale gdy piszę to w środku nocy może brzmieć dziwnie. Trzymam kciuki za zmianę decyzji i zapodanie Sleep Well Beast w albumówce. Jeśli nie wypadnie mi z głowy, to sam sprawdzę wcześniej. Tak zwana elegancka wrzutka, choć mało hipsterska. Trochę się zaśmiałem przy wzmiance o mnie w opisie deva, szczególnie na moment przed wrzuceniem swojej propozycji xD Lovely
A Rush to nie tylko rewelacyjny teledysk, ale też po prostu dobry skoczny numer. Był grany w Poznaniu wczoraj.
Royksopp / Susanne Sundfor If You Want Me
No nie wiem, shodan, nie wrzucasz aż tak mroźnych numerów. To nie totalnie chłodne drony czy paradoksalnie bogato brzmiąca klasyczna elektronika. Pianinka i pogłosy zawsze prędzej przypominają wytwory Disneya niż krajobrazy Arktyki. Cover Ice Machine taki sobie, ale po pewnej opinii Czeza nt. depeszowych coverbandów absolutnie nic mnie nie dziwi. Całkiem uniwersalna balladka pod refleksje różne. Zachowawczo użyta elektronika w arpach i nieśmiało grających melodiach w dalszej części aż za bardzo z tyłu, wolę surowość na pełnej niż baśnie Andersena. Szkoda, że nie ma mocniejszego przyłożenia. Sundfor zawsze ciągnie za sobą tę baśniowość, oczywistą oniryczność za sprawą pogłosów na padach, pianinko. Co tu się pojawia to prawie za każdym razem identyczny klimat. Całe szczęście, że przez pięć minut całkiem dużo się dzieje, choć i tak jest lekko za długie. Wcale nie jest tak daleko od tego, co Sundfor robi solo. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Kolejny numer w konkretnym stylu, w którym nie znajduję aż tyle ciekawych rzeczy, by wracać później... choć brzmi spoko i ogólnie bez zarzutu.
Have a Nice Life Bloodhail
Kanoniczny band dla Hipsterskiej Hołoty TM, do której bezwstydnie się przypisuję. Z drugiej strony nigdy nie sprawdziłem dokładniej ich muzyki. Początkowo myślałem, że to kolejny zespół grający post-rockowe, brutalnie dosłowne, sugestywne smęty, a tu proszę. Klimat jest dość oczywisty, doomerski, ale towarzystwo prezentuje temat w dość nieoczywisty sposób. Może jest tu nawet trochę post-punkowo? Po poznaniu HaNL trochę trudno słuchać polskiego niezalu produkującego podobne twory 10-15 lat później. Ciekawe ile dobrej muzyki znika nam z oczu tylko dlatego, że nie ma szczęścia trafić na podatny grunt lub sprawną agencję marketingową... Perka typu klapa od kibla przy dobrym nastroju może z czasem irytować, ale w gorszej chwili odpowiednio podbija klimat, poczucie nieznośnie satysfakcjonującej beznadziei panującej dookoła. Podobają mi się lekko szczeniackie wokale. Daleko temu do czegoś memowego, ale w obecnych czasach wszystko da się przerobić na mniejszą lub większą papkę do obśmiania, nad czym z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej ubolewam. Tu też powinienem wreszcie porządnie przysiąść. Dobry numer, nie jest tu aż tak jednowymiarowo, poza wyraźną doomerozą dzieją się ciekawe rzeczy czysto muzycznie.
Ciekawa kolejka bez żadnych wyraźnych klopsów. Kolejnej wrzutki powinniście się spodziewać we wtorek. Niektórzy walczyli, ale jednak pokusa wyobrażeń nt. całej niesłyszanej płyty była silniejsza. Neo Wax Bloom to zestaw różnych rzeczy, ale coś mi podpowiada, że z każdym innym kawałkiem wyszłoby podobnie. Bądź tu mądry teraz!
Na pewno jest lepiej niż w poprzednim odcinku. Jak już mam wybierać to wolę Wilsona młodszego. Tego typu wrzutki pomagają mi ulec coraz bardziej temu wrażeniu. Mam naturalnie jakąś wyrozumiałość, ale też starsze nagrania z uniwersum SW mają po prostu więcej charakteru i emocji, a mniej maniery, zrzynek stylistycznych. W ogóle nie brzmią jak efekt pracy algorytmu wypluwającego z siebie imitację progresyfu, progpopu czy czegokolwiek bardziej kombinowanego. Z drugiej strony jak pamiętam Sky Moves Sideways to tutaj brzmienie jest jednak bardziej wygładzone. Niespecjalnie coś się znowu wyróżnia, przynajmniej na dzień dobry. Za kolejnym razem wyłapałem soczysty bas (wyraźnie słyszalny, ale nie za głęboki), fletowe ozdobniki, urozmaiconą grę na perce. Wokal jak wokal, aż tak nie drażni, przynajmniej tytułowa fraza sympatycznie wybrzmiewa. Gdyby Fripp miał więcej rozumu i godności człowieka, to THRAK brzmiałby mniej więcej w ten sposób. Mniej wrażenia brzmienia z puszki. Byłoby bardziej organicznie, a przy tym całość nie męczyłaby uszu. Jakoś nie zapowiada się na częste powroty, ale ostatecznie naprawdę w porządku.
Portishead Over
Łatwy zwycięzca kolejki. Za trzecią płytą Portishead nie przepadam. Koncertówka to ciekawostka - poznana za późno jakoś nie została za długo w głowie. Jeśli nie mam nawrotu potrzeby odpalenia połowy materiału z Dummy, to wybieram pewien potężny tercet z dwójki. Wśród trzech muszkieterów znajduje się właśnie Over. Ich produkcje są na tyle sugestywne, że nigdy nie miałem potrzeby poważniejszego sprawdzania tekstów. Filmowo, ale z łatwo zebranym street credit. Jazzowe i rockowe sznyty skrzyżowane z rapową estetyką. Nad tym wszystkim świetny wokal Beth. Recepta na małą doskonałość gotowa. Nie mam jakiegoś ulubionego momentu. Over to jedna z części większego segmentu, który wprowadza mnie w dobry, choć specyficzny nastrój. Trochę jak oglądanie tego samego filmu z dreszczykiem enty raz. W pewnym momencie po prostu chce się przeżyć ten niepokój z własnej nieprzysmuszonej woli i tak jest dobrze. Lubię ten lekko przełamany bit, świetne skrecze, kameralne intro. Oj, wiele się dzieje i to dobrego. Samo gęste. Muzyczne noir pozbawione terminu przydatności do spożycia. Świetny wybór.
The National Nobody Else Will Be There
Pierwszy kontakt z The National to króciutki urywek piosenki wykorzystany w pewnym potężnym dziele popkultury. W ramach całkiem śmiesznego eksperymentu zorganizowano podkład do Rap God Eminema w taki sposób, że co kilka sekund zmienia się podkład. Między Merzbowem, muzyką z gier, Black Sabbath i innymi radykalnymi wyborami znaleźli się właśnie The National. IMO warto sprawdzić. Ten wybór wiele powie o muzycznym krajobrazie środowisk na pograniczu artsy memiarzy i muzbawkowiczów.
https://www.youtube.com/watch?v=9B4yMI_anWk
I'll Still Destroy You do teraz było jedynym numerem od nich, który poznałem w całości i mi podpasował. Zaskoczyło mnie, że wrzutka Adriana jest z tej samej płyty. Po poznaniu wspominanego kawałka liczyłem na więcej rzeczy podobnych do czegoś w stylu Radiohead czy Thoma Yorka solo, a tu zupełnie jeszcze coś innego. Za pierwszym razem negatywnie zaskoczyło mnie to, że jest tu tak... zwyczajnie. W stylu Wujasa powiem, że może faktycznie słychać tu podobieństwa do niektórych produkcji Taylor Swift. Na szczęście wokal i klimacik jest zupełnie inny, to na plus. Kupuję klimacik opisywany przez PT Wrzucającego. Niby początek płyty, a tu już na dzień dobry jesteśmy wrzuceni na głęboką wodę. Muzyczna pocztówka po przeżyciu jakieś kolejnego po czasie niezrozumiałego, ale jednak wtedy poważnego wewnętrznego dramatu. Jak mało gdzie podobają mi się te spokojne bicia w tle. Mimo wielości dźwięków jest tu specyficznie kameralnie. Niby wieczór nadchodzi, ale gdy piszę to w środku nocy może brzmieć dziwnie. Trzymam kciuki za zmianę decyzji i zapodanie Sleep Well Beast w albumówce. Jeśli nie wypadnie mi z głowy, to sam sprawdzę wcześniej. Tak zwana elegancka wrzutka, choć mało hipsterska. Trochę się zaśmiałem przy wzmiance o mnie w opisie deva, szczególnie na moment przed wrzuceniem swojej propozycji xD Lovely
A Rush to nie tylko rewelacyjny teledysk, ale też po prostu dobry skoczny numer. Był grany w Poznaniu wczoraj.
Royksopp / Susanne Sundfor If You Want Me
No nie wiem, shodan, nie wrzucasz aż tak mroźnych numerów. To nie totalnie chłodne drony czy paradoksalnie bogato brzmiąca klasyczna elektronika. Pianinka i pogłosy zawsze prędzej przypominają wytwory Disneya niż krajobrazy Arktyki. Cover Ice Machine taki sobie, ale po pewnej opinii Czeza nt. depeszowych coverbandów absolutnie nic mnie nie dziwi. Całkiem uniwersalna balladka pod refleksje różne. Zachowawczo użyta elektronika w arpach i nieśmiało grających melodiach w dalszej części aż za bardzo z tyłu, wolę surowość na pełnej niż baśnie Andersena. Szkoda, że nie ma mocniejszego przyłożenia. Sundfor zawsze ciągnie za sobą tę baśniowość, oczywistą oniryczność za sprawą pogłosów na padach, pianinko. Co tu się pojawia to prawie za każdym razem identyczny klimat. Całe szczęście, że przez pięć minut całkiem dużo się dzieje, choć i tak jest lekko za długie. Wcale nie jest tak daleko od tego, co Sundfor robi solo. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Kolejny numer w konkretnym stylu, w którym nie znajduję aż tyle ciekawych rzeczy, by wracać później... choć brzmi spoko i ogólnie bez zarzutu.
Have a Nice Life Bloodhail
Kanoniczny band dla Hipsterskiej Hołoty TM, do której bezwstydnie się przypisuję. Z drugiej strony nigdy nie sprawdziłem dokładniej ich muzyki. Początkowo myślałem, że to kolejny zespół grający post-rockowe, brutalnie dosłowne, sugestywne smęty, a tu proszę. Klimat jest dość oczywisty, doomerski, ale towarzystwo prezentuje temat w dość nieoczywisty sposób. Może jest tu nawet trochę post-punkowo? Po poznaniu HaNL trochę trudno słuchać polskiego niezalu produkującego podobne twory 10-15 lat później. Ciekawe ile dobrej muzyki znika nam z oczu tylko dlatego, że nie ma szczęścia trafić na podatny grunt lub sprawną agencję marketingową... Perka typu klapa od kibla przy dobrym nastroju może z czasem irytować, ale w gorszej chwili odpowiednio podbija klimat, poczucie nieznośnie satysfakcjonującej beznadziei panującej dookoła. Podobają mi się lekko szczeniackie wokale. Daleko temu do czegoś memowego, ale w obecnych czasach wszystko da się przerobić na mniejszą lub większą papkę do obśmiania, nad czym z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej ubolewam. Tu też powinienem wreszcie porządnie przysiąść. Dobry numer, nie jest tu aż tak jednowymiarowo, poza wyraźną doomerozą dzieją się ciekawe rzeczy czysto muzycznie.
Ciekawa kolejka bez żadnych wyraźnych klopsów. Kolejnej wrzutki powinniście się spodziewać we wtorek. Niektórzy walczyli, ale jednak pokusa wyobrażeń nt. całej niesłyszanej płyty była silniejsza. Neo Wax Bloom to zestaw różnych rzeczy, ale coś mi podpowiada, że z każdym innym kawałkiem wyszłoby podobnie. Bądź tu mądry teraz!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Były dwa pewniaczki z mej strony to teraz coś bardziej nieznanego myślę. Pozwolę sobie przy tej pogodzie rozpocząć kolejeczkę na zimowo 
Grauzone - Eisbär
(1981)
Uporałem się z zaległymi wrzutkami jesiennymi z grubsza, spadł pierwszy śnieg więc mogę śmiało nadrobić istotną wrzutkę która czekała na pierwsze zimowe uderzenie. Tak naprawdę miałem tym numerem zacząć 3 bestkę ale jakoś tak wyszło że nie wyszło, leciały wtedy powiedzmy istotniejsze rzeczy dla mnie ale jak to mawiałem za dzieciaka "co się wlecze to nie uciecze".
To będzie kolejna z wrzut którą zawdzięczam mojemu koledze, a właściwie to koledze mojego starszego brata siedzącemu w tych różnych offowych brzmieniach, który zapoznał mnie z Micachu czy Fever Ray. Tym razem nie będzie offowo a będzie obskjurowo, cofamy się do lat 80. Dzisiejsza wrzuta pochodzi z laptopa owego znajomego a konkretnie z folderu zatytułowanego "NDW" czyli Neue Deutche Welle w którym gromadził wszelakie empeczy z niemiecką muzyką nowofalową. Było tam conieco spoko numerów, bankowo była Nena i jeszcze jakieś numery które kto wie, może kiedyś dorzucę, ale najważniejszy był Eisbär. Ten kawałek podczas wizyt u mojego znajomego zyskał niejako w naszym towarzystwie status kultowego. Z grubsza to jedynie prosty post-punkowy groove i prosty zimnofalowy tekst ale na dobitkę dorzucona jest hałaśliwa nieco wręcz glitchowa na swój sposób elektronika, a całości dopełnia kwaśne outro na saksofonie brzmiącym jak stado spłoszonych gęsi xD specyficzny to numer, osobliwy, ale raz że buja, dwa że jest dziwny tak jak to lubię i trzy ma spoko tekst, zatem podsyłam Wam mój kolejny osobisty klasyk i rzucam niczym DJ Khaled: "another one!".
https://youtu.be/gQR8R29jXKA?si=MhvYPBYBJi6_OIan
Grauzone - Eisbär
(1981)
Uporałem się z zaległymi wrzutkami jesiennymi z grubsza, spadł pierwszy śnieg więc mogę śmiało nadrobić istotną wrzutkę która czekała na pierwsze zimowe uderzenie. Tak naprawdę miałem tym numerem zacząć 3 bestkę ale jakoś tak wyszło że nie wyszło, leciały wtedy powiedzmy istotniejsze rzeczy dla mnie ale jak to mawiałem za dzieciaka "co się wlecze to nie uciecze".
To będzie kolejna z wrzut którą zawdzięczam mojemu koledze, a właściwie to koledze mojego starszego brata siedzącemu w tych różnych offowych brzmieniach, który zapoznał mnie z Micachu czy Fever Ray. Tym razem nie będzie offowo a będzie obskjurowo, cofamy się do lat 80. Dzisiejsza wrzuta pochodzi z laptopa owego znajomego a konkretnie z folderu zatytułowanego "NDW" czyli Neue Deutche Welle w którym gromadził wszelakie empeczy z niemiecką muzyką nowofalową. Było tam conieco spoko numerów, bankowo była Nena i jeszcze jakieś numery które kto wie, może kiedyś dorzucę, ale najważniejszy był Eisbär. Ten kawałek podczas wizyt u mojego znajomego zyskał niejako w naszym towarzystwie status kultowego. Z grubsza to jedynie prosty post-punkowy groove i prosty zimnofalowy tekst ale na dobitkę dorzucona jest hałaśliwa nieco wręcz glitchowa na swój sposób elektronika, a całości dopełnia kwaśne outro na saksofonie brzmiącym jak stado spłoszonych gęsi xD specyficzny to numer, osobliwy, ale raz że buja, dwa że jest dziwny tak jak to lubię i trzy ma spoko tekst, zatem podsyłam Wam mój kolejny osobisty klasyk i rzucam niczym DJ Khaled: "another one!".
https://youtu.be/gQR8R29jXKA?si=MhvYPBYBJi6_OIan
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ice Ages - Heartbeat (2000)
Cóż, nadszedł czas, że po dobrej muzyce wrzucam coś, co jest takim wręcz kliszowo-sztandarowym przykładem momentami aż nazbyt egzaltowanego i manierycznego dark wave. Ale co poradzę, siedzi to w moim klimacie, i mam teraz taki klimat w głowie, generalnie póki co jesień 2023 sponsoruje u mnie jesień 2007, więc i setting podobny. Akurat numer, jaki wrzucam, pochodzi z albumu, który poznałem właśnie wtedy, tj. jesienią 2007. Przedstawił mi go ziomek-metal z klasy w ogólniaku, który lubił mocno mroczne klimaty i to było bodaj jedynym, co był w stanie mi ze swojej biblioteki muzycznej sprzedać (ale też sprzedając mi to wiedział, że siądzie). Ice Ages to projekt muzyczny Richarda Lederera z austrackiej grupy death metalowej Summoning. Samo Summoning też mi ów ziomek usiłował sprzedawać, ale z gorszym nieco skutkiem, ja i metal się chyba nigdy nie polubimy za specjalnie. Ice Ages ma wszystko, czego tego typ "mhrocznej" muzyki potrzebował w roku 2000 - jest dość epicko w brzmieniu, mocno, przeprodukowanie (jednocześnie środki zdają się być wcale nie jakoś bardzo przesadzone), wokal obowiązkowo przekształcony, bit gęsty niby smoła, sami zobaczycie. Co w tym takiego porywającego?
No mnie się akurat taka manieryczność bardzo podoba, im bardziej coś jest superprzedstawicielem gatunku, tym lepiej dla mnie generalnie. Zwłaszcza, gdy pod kopułą emocje się gotują, tego typu rzeczy pomagają nieco pary spuścić przez jakieś tam zawory. Mógłbym tutaj napisać jakieś pierdoły o osuwaniu się w mrok, skrywaniu mgłą i czarnym płaszczem, ale mimo tego, iż tak naprawdę wciąż mam 18 lat, to jednak od 16 lat już nie mam 18 lat. Okoliczności sprawiły, że teraz taka muzyka wchodzi mi wprost doskonale, bardziej niż cokolwiek innego. To taki kontraruch wobec mojej poprzedniej wrzutki, również w zakresie treści. Więc może słowo o jesieni 2007? Pewnie już napisałem jedno lub dwa przy wcześniejszych okazjach, no ale był to dla mnie czas wyjątkowo silnego i obezwładniającego doła. Prawdopodobnie tylko fakt tego, że siłą rzeczy będąc w klasie maturalnej przebywałem wśród ludzi dałem jakoś radę, byłem wówczas w pewnej mocno internetowej relacji, która dopiero kilka lat później przekształci się w realną i wyciągnie mnie hen daleko do Krakowa (po czym wyjątkowo efektownie się spier*oli, Hien coś o tym wie trololo), która trzymała mnie w pionie, ale pion ten był mocno iluzoryczny. Wypisz wymaluj sytuacja, w jakiej znajdowałem się jeszcze nie tak dawno temu. I właściwie doszło do tego samego, aura na zewnątrz nie pomaga, w środku jest jeszcze gorzej, więc wrzucam na tapet płytę o wdzięcznym tytule This Killing Emptiness, której okładkę zdobi obraz Beksińskiego i pozwalam się sobie zatracić w ciemności. To może być ostatnia taka okazja! All aboard the Graveyard Train, zapraszam serdecznie, bilety nawet nie będą potrzebne, przejazd za darmo dla wszystkich, którzy sobie zasłużyli.
https://www.youtube.com/watch?v=3yrcfMuyCl8
Cóż, nadszedł czas, że po dobrej muzyce wrzucam coś, co jest takim wręcz kliszowo-sztandarowym przykładem momentami aż nazbyt egzaltowanego i manierycznego dark wave. Ale co poradzę, siedzi to w moim klimacie, i mam teraz taki klimat w głowie, generalnie póki co jesień 2023 sponsoruje u mnie jesień 2007, więc i setting podobny. Akurat numer, jaki wrzucam, pochodzi z albumu, który poznałem właśnie wtedy, tj. jesienią 2007. Przedstawił mi go ziomek-metal z klasy w ogólniaku, który lubił mocno mroczne klimaty i to było bodaj jedynym, co był w stanie mi ze swojej biblioteki muzycznej sprzedać (ale też sprzedając mi to wiedział, że siądzie). Ice Ages to projekt muzyczny Richarda Lederera z austrackiej grupy death metalowej Summoning. Samo Summoning też mi ów ziomek usiłował sprzedawać, ale z gorszym nieco skutkiem, ja i metal się chyba nigdy nie polubimy za specjalnie. Ice Ages ma wszystko, czego tego typ "mhrocznej" muzyki potrzebował w roku 2000 - jest dość epicko w brzmieniu, mocno, przeprodukowanie (jednocześnie środki zdają się być wcale nie jakoś bardzo przesadzone), wokal obowiązkowo przekształcony, bit gęsty niby smoła, sami zobaczycie. Co w tym takiego porywającego?
No mnie się akurat taka manieryczność bardzo podoba, im bardziej coś jest superprzedstawicielem gatunku, tym lepiej dla mnie generalnie. Zwłaszcza, gdy pod kopułą emocje się gotują, tego typu rzeczy pomagają nieco pary spuścić przez jakieś tam zawory. Mógłbym tutaj napisać jakieś pierdoły o osuwaniu się w mrok, skrywaniu mgłą i czarnym płaszczem, ale mimo tego, iż tak naprawdę wciąż mam 18 lat, to jednak od 16 lat już nie mam 18 lat. Okoliczności sprawiły, że teraz taka muzyka wchodzi mi wprost doskonale, bardziej niż cokolwiek innego. To taki kontraruch wobec mojej poprzedniej wrzutki, również w zakresie treści. Więc może słowo o jesieni 2007? Pewnie już napisałem jedno lub dwa przy wcześniejszych okazjach, no ale był to dla mnie czas wyjątkowo silnego i obezwładniającego doła. Prawdopodobnie tylko fakt tego, że siłą rzeczy będąc w klasie maturalnej przebywałem wśród ludzi dałem jakoś radę, byłem wówczas w pewnej mocno internetowej relacji, która dopiero kilka lat później przekształci się w realną i wyciągnie mnie hen daleko do Krakowa (po czym wyjątkowo efektownie się spier*oli, Hien coś o tym wie trololo), która trzymała mnie w pionie, ale pion ten był mocno iluzoryczny. Wypisz wymaluj sytuacja, w jakiej znajdowałem się jeszcze nie tak dawno temu. I właściwie doszło do tego samego, aura na zewnątrz nie pomaga, w środku jest jeszcze gorzej, więc wrzucam na tapet płytę o wdzięcznym tytule This Killing Emptiness, której okładkę zdobi obraz Beksińskiego i pozwalam się sobie zatracić w ciemności. To może być ostatnia taka okazja! All aboard the Graveyard Train, zapraszam serdecznie, bilety nawet nie będą potrzebne, przejazd za darmo dla wszystkich, którzy sobie zasłużyli.
https://www.youtube.com/watch?v=3yrcfMuyCl8
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dla formalności przypominam, że planowo kończymy tę kolejkę 9 grudnia (najdalej 10-tego, w niedzielę).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
albo dzisiaj wrzucę
Ochre - Seesoar (2004)
Kolejny wielki nieobecny rozpiski bestkowej w jej wczesnej młodości. Pogoda w Wałbrzychu trochę pomogła wybrać odpowiedni numer i wykonawcę. Zima pełną gębą - słabo odśnieżone chodniki, drogi wyglądają niewiele lepiej. Wyraźnie chłodniej niż we Wrocku, a jak zawieje to nie ma co zbierać z twarzy. Takich krajobrazów już jakiś czas nie było. Wbrew zapowiedziom lokalnych pożal się Zandbergu mediów jednak ekipy porządkowe jak zwykle pracują tak średnio bym powiedział. Po czasie zaskoczyłem sam siebie, że nie uwzględniłem wcześniej Ochre. Nie słucham za często, bo ogólnie unikam już grzebania w szeroko pojętym IDMie. Parę lat temu było zupełnie inaczej. Skoro na RYMie pierwsze ślady prowadzą do marca 2017, to oznacza że w swoim czasie obok Autechre, Aphexa czy Boardsów mój elektroniczny elementarz zaczynał się też od tego niepozornego projektu. Nie mam konkretnych wspomnień. To raczej pamięć miejsca, jakiegoś ogólnego zjawiska odbywającego się całkiem często. A Midsummer Nice Dream przypomina mi pierwsze zimowe podróże do liceum. Gdybym miał wybrać płytę, która bardzo pewnie kojarzy mi się z tą porą roku, to właśnie wybrałbym pełnoprawny debiut pana Chrisa. Zaśnieżone ulice Białego Kamienia, lekki syf wszędzie dookoła, ale przynajmniej jest słonecznie, więc nawet takie warunki można zaakceptować, a nawet polubić.
Myślałem o pierwszym kawałku z płyty, ale z drugiej strony... Dawniej śmieszyła mnie ta nazwa. Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że chodziło o coś podobnego do Autechre. Wybierając konkretny kawałek, idę o krok dalej w tym porównaniu. Potężny duet ze stajni Warp czasami na płytach stosuje podobny schemat. Tu brzmienie jest mniej surowe, choć całość bardziej chłodna, właśnie zimowa. Sama elektronika, co najwyżej w niektórych momentach wyraźnie wjeżdżają klawisze pianinopodobne. Cały myk polega na wrażeniu spowolnienia tempa w środku Seesoar. Numer zwalnia, ale za to jeszcze bardziej się rozwija. Na końcu jesteśmy częstowani przyjemną melodyjną klamrą. Shodan lubi wrzucać Disneya, to ja proponuję niebajkową bajkę. Do tego specyficzna perkusja, niby glicze, niby jakieś konkretne dźwięki - prawie na całej płycie są wykorzystywane na różny sposób.
Uprzedzam wrażliwych, że lągplej jest całkiem różnorodny, choć brzmieniowo bez wielkich rewolucji po drodze. Zapraszam na krótki spacer ulicą Andersa w Wałbrzychu.
https://www.youtube.com/watch?v=eyH7nOViXUg
Ochre - Seesoar (2004)
Kolejny wielki nieobecny rozpiski bestkowej w jej wczesnej młodości. Pogoda w Wałbrzychu trochę pomogła wybrać odpowiedni numer i wykonawcę. Zima pełną gębą - słabo odśnieżone chodniki, drogi wyglądają niewiele lepiej. Wyraźnie chłodniej niż we Wrocku, a jak zawieje to nie ma co zbierać z twarzy. Takich krajobrazów już jakiś czas nie było. Wbrew zapowiedziom lokalnych pożal się Zandbergu mediów jednak ekipy porządkowe jak zwykle pracują tak średnio bym powiedział. Po czasie zaskoczyłem sam siebie, że nie uwzględniłem wcześniej Ochre. Nie słucham za często, bo ogólnie unikam już grzebania w szeroko pojętym IDMie. Parę lat temu było zupełnie inaczej. Skoro na RYMie pierwsze ślady prowadzą do marca 2017, to oznacza że w swoim czasie obok Autechre, Aphexa czy Boardsów mój elektroniczny elementarz zaczynał się też od tego niepozornego projektu. Nie mam konkretnych wspomnień. To raczej pamięć miejsca, jakiegoś ogólnego zjawiska odbywającego się całkiem często. A Midsummer Nice Dream przypomina mi pierwsze zimowe podróże do liceum. Gdybym miał wybrać płytę, która bardzo pewnie kojarzy mi się z tą porą roku, to właśnie wybrałbym pełnoprawny debiut pana Chrisa. Zaśnieżone ulice Białego Kamienia, lekki syf wszędzie dookoła, ale przynajmniej jest słonecznie, więc nawet takie warunki można zaakceptować, a nawet polubić.
Myślałem o pierwszym kawałku z płyty, ale z drugiej strony... Dawniej śmieszyła mnie ta nazwa. Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że chodziło o coś podobnego do Autechre. Wybierając konkretny kawałek, idę o krok dalej w tym porównaniu. Potężny duet ze stajni Warp czasami na płytach stosuje podobny schemat. Tu brzmienie jest mniej surowe, choć całość bardziej chłodna, właśnie zimowa. Sama elektronika, co najwyżej w niektórych momentach wyraźnie wjeżdżają klawisze pianinopodobne. Cały myk polega na wrażeniu spowolnienia tempa w środku Seesoar. Numer zwalnia, ale za to jeszcze bardziej się rozwija. Na końcu jesteśmy częstowani przyjemną melodyjną klamrą. Shodan lubi wrzucać Disneya, to ja proponuję niebajkową bajkę. Do tego specyficzna perkusja, niby glicze, niby jakieś konkretne dźwięki - prawie na całej płycie są wykorzystywane na różny sposób.
Uprzedzam wrażliwych, że lągplej jest całkiem różnorodny, choć brzmieniowo bez wielkich rewolucji po drodze. Zapraszam na krótki spacer ulicą Andersa w Wałbrzychu.
https://www.youtube.com/watch?v=eyH7nOViXUg
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Coldplay – Oceans
Kawałek ten przywędrował do mnie na oh, kiedy ziom stwierdził, że usłyszał to w radiu i myślał, że ktoś puścił Nicka Drake’a. Faktycznie, jeśli Coldplay kiedykolwiek zbliżyli się do Nicka, to w tym kawałku. Chris Martin brzmi momentami przerażająco blisko głosu Drake’a. Jak na ten zespół, kawałek jest totalnym minimalem. Akustyk, wokal, w tle pulsuje coś elektronicznego, na końcu trochę nienachalnej orkiestry (jak w „Rivermanie” Drake’a), ambientowa koda i tyle. Coś co Munlupy lubią. „Ghost Stories” to album, który wytwarzał specyficzną atmosferę, zresztą pracował przy niej między innymi Jon Hopkins, więc widać i słychać w co zespół celował. Utwór kojarzy mi się z początkiem związku, zwłaszcza jak Chris śpiewa „I'm ready for the change”, co dokładnie chodziło mi po głowie w tamtym czasie. Jest to niejako domknięcie zeszłorocznej kolekcji Munlup in luv, przynajmniej jeśli chodzi o ten dokładny okres. Z tego co wiem, Chris Martin pisał ten utwór mając w głowie molo w Brighton, w słoneczny dzień, ale dla mnie to działa również z zimowym krajobrazem za oknem. Te chłodne uderzenia w pady, jak spadające sople, nie mówiąc już o elektronicznym zakończeniu (to nie jest jakiś doklejony hidden track, to część utworu). Wiele utworów Coldplay miałbym ochotę wrzucić do bestki, ale ten jest najważniejszy.
https://youtu.be/D72bzPbZQrI
Kawałek ten przywędrował do mnie na oh, kiedy ziom stwierdził, że usłyszał to w radiu i myślał, że ktoś puścił Nicka Drake’a. Faktycznie, jeśli Coldplay kiedykolwiek zbliżyli się do Nicka, to w tym kawałku. Chris Martin brzmi momentami przerażająco blisko głosu Drake’a. Jak na ten zespół, kawałek jest totalnym minimalem. Akustyk, wokal, w tle pulsuje coś elektronicznego, na końcu trochę nienachalnej orkiestry (jak w „Rivermanie” Drake’a), ambientowa koda i tyle. Coś co Munlupy lubią. „Ghost Stories” to album, który wytwarzał specyficzną atmosferę, zresztą pracował przy niej między innymi Jon Hopkins, więc widać i słychać w co zespół celował. Utwór kojarzy mi się z początkiem związku, zwłaszcza jak Chris śpiewa „I'm ready for the change”, co dokładnie chodziło mi po głowie w tamtym czasie. Jest to niejako domknięcie zeszłorocznej kolekcji Munlup in luv, przynajmniej jeśli chodzi o ten dokładny okres. Z tego co wiem, Chris Martin pisał ten utwór mając w głowie molo w Brighton, w słoneczny dzień, ale dla mnie to działa również z zimowym krajobrazem za oknem. Te chłodne uderzenia w pady, jak spadające sople, nie mówiąc już o elektronicznym zakończeniu (to nie jest jakiś doklejony hidden track, to część utworu). Wiele utworów Coldplay miałbym ochotę wrzucić do bestki, ale ten jest najważniejszy.
https://youtu.be/D72bzPbZQrI
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kurde, pomijając Murzyna roastującego WSZYSTKO znowu bardzo dobry feedback, mimo iż wrzuciłem hipsterstwo, /mu/core i w ogóle memiarstwo. Jestem miło zaskoczony.
Marillion - Fugazi
Pamiętacie jak wam pisałem, że nie będę wrzucać rocka progresywnego w tej zabawie? Jak to ja - skłamałem. Albo zrobiłem wyjątek od swojego postanowienia, jak tam uważacie. W każdym razie uznałem, że jest odpowiednia pora na wrzucenie Marillion - zespołu, co do którego mam mocno ambiwalentny i specyficzny stosunek. Na swój specyficzny sposób bardzo lubię ich odsłonę z lat 80 z pierwszym wokalistą, Fishem (nie mylić z synem Waglewskiego) i jestem fanem albumu, z którego zaczerpnąłem sobie ten kawałek. Może i ten zespół był neoprogowym kiczem, przesłodzony, coś tam coś tam blebleble, ale ta jego odsłona miała swój niezaprzeczalny urok, który czasem na mnie działa. Czasem nie - vide Misplaced Childhood, którego nigdy nie polubiłem i raczej już nie polubię. Za tę odsłonę z drugim wokalistą ja serdecznie dziękuję - podchodziłem z parę dobrych razy, nudy, pretencha i w ogóle nic ciekawego, na dodatek mocno obrzydzone przez bandę psychofanatyków podchodzących pod sekciarzy. Może to ich zasługa, acz tak czy siak to jeden z tych przypadków, gdzie jestem swiadom posiadania głowy w dupie oraz powielania tejków Tomasza Beksińskiego, ale nie zamierzam tego zmieniać i wiem, że szanse na przekonanie się są praktycznie iluzoryczne.
Mniejsza jednak z rzeczami, których nie lubię, skupmy się na tym na co fajne i dobre. A Fugazi (zarówno płyta, jak i kawałek - zespół w sumie też, ale to na marginesie) po prostu takie jest. Może dlatego, że to akurat ten wyjątkowy casus, gdy połączenie progresywnego grania w stylu Genesis, którym to Ryba i spółka się mocno inspirowali, z nowofalowym brzmieniem nie brzmi jak piłowanie trocin na tle muzy Kizo, tylko jakimś cudem udało się z tych dwóch światów wyciągnąć, to co najlepsze. Jakoś tak bowiem się śmiesznie złożyło, że po prostu udało się na tej płycie zawrzeć kilka naprawdę fajnych, nieszablonowych i dość połamanych ejtisowych utworów, których po prostu się dobrze słucha. I jasne, może trzeba przymknąć oko na momentami archaiczne brzmienie (ale czego wy chcecie po ejtisach xd), i może trochę bardziej je przymrużyć na widok okładki czy tekstów, ale jak się to zrobi, to się otrzymuje porcję więcej niż niezłej muzyki.
Być może to nie jest OBIEKTYWNIE najlepszy soundtrack do scenerii za oknem, ale ja nic nie poradzę na to, że dla mnie takowym jest. W grudniu roku pańskiego 2012 byłem podczas tego wiekopomnego etapu mojego życia, w którym nie robiłem zbyt wiele w swoim życiu i w jego trakcie szukałem pracy z raczej marnym skutkiem. Razu pewnego udało mi się znaleźć "pracę", która polegała na byciu "promotorem" jednej z restauracji na krakowskim rynku (czasem trudno mi uwierzyć w to, że kiedyś to miasto było dla mnie aż tak ważne - kolejna z gównouwag na marginesie), czyli bycia tym irytującym ciulem, który zaczepia przechodniów z pytaniem czy nie chcą wstąpić do restauracji czy coś w ten deseń. Ciężko będzie w to uwierzyć, ale okazało się, że nie zrobiłem kariery - może powodem był fakt, że byłem wówczas rasowym piwniczakiem, a może kwestią też było to, że moja pierwsza zmiana przypadała na jakiś czwartek czy tam piątek i godziny wczesnopopołudniowe. W każdym razie udało mi się zachęcić do wejścia jedną parę z Niemiec, usłyszeć parę plotek o pracy w tej "branży", odmrozić sobie wszystko, zarobić 2 dychy (ledwo zwrócił mi się przejazd) i uciec z krzykiem do domu. No i ten, słuchanie tej płyty tego dnia rano było chyba jedynym pozytywnym aspektem tego dnia, jaki pamiętam.
Nie wiem, czy was to przekona, pewnie nie. Po prostu bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=oNYSnAB2ntQ
Marillion - Fugazi
Pamiętacie jak wam pisałem, że nie będę wrzucać rocka progresywnego w tej zabawie? Jak to ja - skłamałem. Albo zrobiłem wyjątek od swojego postanowienia, jak tam uważacie. W każdym razie uznałem, że jest odpowiednia pora na wrzucenie Marillion - zespołu, co do którego mam mocno ambiwalentny i specyficzny stosunek. Na swój specyficzny sposób bardzo lubię ich odsłonę z lat 80 z pierwszym wokalistą, Fishem (nie mylić z synem Waglewskiego) i jestem fanem albumu, z którego zaczerpnąłem sobie ten kawałek. Może i ten zespół był neoprogowym kiczem, przesłodzony, coś tam coś tam blebleble, ale ta jego odsłona miała swój niezaprzeczalny urok, który czasem na mnie działa. Czasem nie - vide Misplaced Childhood, którego nigdy nie polubiłem i raczej już nie polubię. Za tę odsłonę z drugim wokalistą ja serdecznie dziękuję - podchodziłem z parę dobrych razy, nudy, pretencha i w ogóle nic ciekawego, na dodatek mocno obrzydzone przez bandę psychofanatyków podchodzących pod sekciarzy. Może to ich zasługa, acz tak czy siak to jeden z tych przypadków, gdzie jestem swiadom posiadania głowy w dupie oraz powielania tejków Tomasza Beksińskiego, ale nie zamierzam tego zmieniać i wiem, że szanse na przekonanie się są praktycznie iluzoryczne.
Mniejsza jednak z rzeczami, których nie lubię, skupmy się na tym na co fajne i dobre. A Fugazi (zarówno płyta, jak i kawałek - zespół w sumie też, ale to na marginesie) po prostu takie jest. Może dlatego, że to akurat ten wyjątkowy casus, gdy połączenie progresywnego grania w stylu Genesis, którym to Ryba i spółka się mocno inspirowali, z nowofalowym brzmieniem nie brzmi jak piłowanie trocin na tle muzy Kizo, tylko jakimś cudem udało się z tych dwóch światów wyciągnąć, to co najlepsze. Jakoś tak bowiem się śmiesznie złożyło, że po prostu udało się na tej płycie zawrzeć kilka naprawdę fajnych, nieszablonowych i dość połamanych ejtisowych utworów, których po prostu się dobrze słucha. I jasne, może trzeba przymknąć oko na momentami archaiczne brzmienie (ale czego wy chcecie po ejtisach xd), i może trochę bardziej je przymrużyć na widok okładki czy tekstów, ale jak się to zrobi, to się otrzymuje porcję więcej niż niezłej muzyki.
Być może to nie jest OBIEKTYWNIE najlepszy soundtrack do scenerii za oknem, ale ja nic nie poradzę na to, że dla mnie takowym jest. W grudniu roku pańskiego 2012 byłem podczas tego wiekopomnego etapu mojego życia, w którym nie robiłem zbyt wiele w swoim życiu i w jego trakcie szukałem pracy z raczej marnym skutkiem. Razu pewnego udało mi się znaleźć "pracę", która polegała na byciu "promotorem" jednej z restauracji na krakowskim rynku (czasem trudno mi uwierzyć w to, że kiedyś to miasto było dla mnie aż tak ważne - kolejna z gównouwag na marginesie), czyli bycia tym irytującym ciulem, który zaczepia przechodniów z pytaniem czy nie chcą wstąpić do restauracji czy coś w ten deseń. Ciężko będzie w to uwierzyć, ale okazało się, że nie zrobiłem kariery - może powodem był fakt, że byłem wówczas rasowym piwniczakiem, a może kwestią też było to, że moja pierwsza zmiana przypadała na jakiś czwartek czy tam piątek i godziny wczesnopopołudniowe. W każdym razie udało mi się zachęcić do wejścia jedną parę z Niemiec, usłyszeć parę plotek o pracy w tej "branży", odmrozić sobie wszystko, zarobić 2 dychy (ledwo zwrócił mi się przejazd) i uciec z krzykiem do domu. No i ten, słuchanie tej płyty tego dnia rano było chyba jedynym pozytywnym aspektem tego dnia, jaki pamiętam.
Nie wiem, czy was to przekona, pewnie nie. Po prostu bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=oNYSnAB2ntQ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Elton John - Whispers
Tego pana raczej przedstawiać nie trzeba. Barwna postać brytyjskiej sceny muzycznej. Jego dyskografia jest niezwykle przepastna. Wystarczy jedynie zauważyć, że album Sleeping with the Past z 1989r., z którego pochodzi utwór Whispers był 21-szym w jego karierze! Ja oczywiście jego dorobku nawet nie skubnąłem. Znam jedynie trochę singli i właśnie powyższy album. A dlaczego skusiłem się na akurat ten album spośród kilkudziesięciu? Z powodu dwóch utworów, a mianowicie Sacrifice i Whispers właśnie. Długo się zastanawiałem, który z tych utworów wrzucić. W końcu zdecydowałem się na ten odrobinkę może mniej znany. Jest w historii muzyki wiele bardzo znanych piosenek, które szczególnie lubię. Ale unikam jak mogę ich wrzucania. Po prostu wolę dostawać pochwały lub baty za coś, czego możecie nie znać. Czymś zaskoczyć. Wrzucanie znanych hitów nie daje mi takich emocji. No ale czasami jednak wypada sięgnąć i po te znane. Bo zwyczajnie na to zasługują.
Whispers jest chyba trochę mniej znane od Sacrifice, więc zawsze jest szansa, ze może znajdzie się chociaż jeden gracz, który tego nie zna. Ja pamiętam czasy, kiedy te dwa utwory brylowały w stacjach muzycznych. Byłem wtedy totalnie zauroczony nimi. Na tyle, że natychmiast zaopatrzyłem się w kasetę z albumem Sleeping with the Past. Szczerze mówiąc już niewiele po latach z tego albumu pamiętam, ale Whispers i Sacrifice to są takie perły, że w sercu będą do końca życia. Whispers - przepiękna kompozycja w niezwykle przyjemnej aranżacji. No i niepowtarzalny głos Eltona. Zawsze gdy słyszę ten utwór, to wracają do mnie tak silne emocje, że aż czuję wzruszenie i smutek zarazem. Ten utwór to naprawdę jeden z najbardziej nostalgicznych i legendarnych dla mnie utworów jakie znam. Coś pokroju Stay On These Roads od a-ha. Tak, te dwa utwory zawsze postrzegam jako magiczne i kultowe utwory tamtych czasów. Te dwa utwory wywołują ogromną tęsknotę za czymś, co minęło bezpowrotnie i już nigdy nie wróci. Od razu widzę siebie jako szesnastolatka, który słucha tego jak zaczarowany ściskając pudełko od kasety w dłoni. Wspomnienia szkolnych czasów i rodzinnego domu tak bardzo już odległe wracają z siłą huraganu. A wzruszenie przy refrenie w nieopisany sposób ściska za gardło. Co ja bym oddał, żeby móc choć na jeden dzień wrócić do tamtego okresu. I mając obecne doświadczenie i wiedzę móc go jeszcze raz przeżyć.
https://www.youtube.com/watch?v=5D4lAVh6cgI
Tego pana raczej przedstawiać nie trzeba. Barwna postać brytyjskiej sceny muzycznej. Jego dyskografia jest niezwykle przepastna. Wystarczy jedynie zauważyć, że album Sleeping with the Past z 1989r., z którego pochodzi utwór Whispers był 21-szym w jego karierze! Ja oczywiście jego dorobku nawet nie skubnąłem. Znam jedynie trochę singli i właśnie powyższy album. A dlaczego skusiłem się na akurat ten album spośród kilkudziesięciu? Z powodu dwóch utworów, a mianowicie Sacrifice i Whispers właśnie. Długo się zastanawiałem, który z tych utworów wrzucić. W końcu zdecydowałem się na ten odrobinkę może mniej znany. Jest w historii muzyki wiele bardzo znanych piosenek, które szczególnie lubię. Ale unikam jak mogę ich wrzucania. Po prostu wolę dostawać pochwały lub baty za coś, czego możecie nie znać. Czymś zaskoczyć. Wrzucanie znanych hitów nie daje mi takich emocji. No ale czasami jednak wypada sięgnąć i po te znane. Bo zwyczajnie na to zasługują.
Whispers jest chyba trochę mniej znane od Sacrifice, więc zawsze jest szansa, ze może znajdzie się chociaż jeden gracz, który tego nie zna. Ja pamiętam czasy, kiedy te dwa utwory brylowały w stacjach muzycznych. Byłem wtedy totalnie zauroczony nimi. Na tyle, że natychmiast zaopatrzyłem się w kasetę z albumem Sleeping with the Past. Szczerze mówiąc już niewiele po latach z tego albumu pamiętam, ale Whispers i Sacrifice to są takie perły, że w sercu będą do końca życia. Whispers - przepiękna kompozycja w niezwykle przyjemnej aranżacji. No i niepowtarzalny głos Eltona. Zawsze gdy słyszę ten utwór, to wracają do mnie tak silne emocje, że aż czuję wzruszenie i smutek zarazem. Ten utwór to naprawdę jeden z najbardziej nostalgicznych i legendarnych dla mnie utworów jakie znam. Coś pokroju Stay On These Roads od a-ha. Tak, te dwa utwory zawsze postrzegam jako magiczne i kultowe utwory tamtych czasów. Te dwa utwory wywołują ogromną tęsknotę za czymś, co minęło bezpowrotnie i już nigdy nie wróci. Od razu widzę siebie jako szesnastolatka, który słucha tego jak zaczarowany ściskając pudełko od kasety w dłoni. Wspomnienia szkolnych czasów i rodzinnego domu tak bardzo już odległe wracają z siłą huraganu. A wzruszenie przy refrenie w nieopisany sposób ściska za gardło. Co ja bym oddał, żeby móc choć na jeden dzień wrócić do tamtego okresu. I mając obecne doświadczenie i wiedzę móc go jeszcze raz przeżyć.
https://www.youtube.com/watch?v=5D4lAVh6cgI
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ice Ages - Heartbeat
O rany Julek, cóżeś Ty Musiał uczynić. No ok, Ice Ages, słyszę że lodowce się rozstępują itede, jest zimowo nie da się ukryć. Ta elektronika jednak mocno z gatunku CHEAP jak na moje ucho. No ale potem ten wokal... Kurdebele, mam flashbacki z jakiegoś Rammstein lub przypomina mi się muza której słucha mój kumpel metalowiec, on by to łyknął bez popity podejrzewam. Gotycki mrok rodem z jakiejś składanki Cheap 'N Cheesy Gothic 101. Jakie to jest... złeee, i nie to że EVIL tylko po prostu BAD, mówiąc na nasze - kijowe. Gdyby nie ten wokal podejrzewałbym o taką wrzutę Wuja albo Czeza w naszym gronie, podejrzewam że trafiłbym na to na jednej z tych imprez dark electro których ogłoszenia pojawiają się raz na ruski rok na naszym forum. Fatalne po prostu ale nasz kolega lubuje się w takiej muzie i co mu zrobić. Mogę jedynie poprosić by tego więcej nie robił ale wiem że za jakiś czas i tak wróci tu z podobnym klockiem.
Ochre - Seesoar
Widzę bestka dalej rządzi się prawami wahadła, kto zaliczył odhył w jedną stronę nadrabia w drugą w następnej kolejce, tym razem to Smoku serwuje balsam kojący na uszy po wrzutce Musiała. Bardzo przyjemna, zimna elektronika i tutaj nie jest cheap. Gorzej Dragon u mnie wypada w nowszych wcieleniach berlińskiego grania ale kiedy sięga po takie spokojne glitche, IDM-y itp. przeważnie można brać to w ciemno. Patent ze spowolnieniem w połowie numeru na plus, druga część wchodzi jeszcze lepiej. Trochę niby nic ale jednak zawsze coś, jestem zadowolony, dobre brzmienie robi robotę tym razem.
Coldplay - Oceans
Coldplay po Viva La Vida zmienili się mocno w moim odbiorze i nie byli już tym samym zespołem co przedtem, bardziej popowi się zrobili jakby czego dowodzi choćby A Sky Full of Stars z tej samej płyty, ale Ghosts jakby nie patrzeć było jeszcze dla mnie ostatnim tchnieniem takiego fajnego Coldplay, było coś w klimacie tej płyty i to jest i w tym numerze. Mam innego faworyta z tego albumu a Oceans nie pamiętam ale dawniej nie potrafiłem doceniać takich numerów. Niby Drejkowo ale jednak Chris Martin na wokalu to całkiem inny vibe mam od razu, on jest zbyt charakterystycznym wokalistą. Ale gitara faktycznie spoko, kominkowość wysokiej próby, lekko pykający bicik, smyczkowe ładne outro lub mostek bo dalej jeszcze instrumentalna, klimatyczna coda. Mogę jedynie mieć lekki przesyt melancholijnych wrzutek ze strony Kuby ostatnio ale Coldplay wypada lepiej od Wilsonowych wrzutek i może powalczyć w podsumowaniu tej bestki śmiało. Zima jest ale tym razem ogląda z ciepłego wnętrza domu, tego też trzeba.
P.S.
Ciekawostka która nikogo nie interesuje ale wrzucałem już Chrisa Martina swego czasu i to nie było Coldplay. Tak samo po prostu nazywa się... DJ Premier ;-)
Marillion - Fugazi
Po miesiącu z hakiem mentos wraca do dziadowania progiem a dla mnie to i tak chyba trochę za duża częstotliwość
Tu co prawda mamy neo-prog ale stosunek mój do tej muzy i tak charakteryzuje się sporym dystansem. Nie wiem na czym się skupić w tej muzie, chyba na graniu samym bo zerkałem na tekst ale nie znalazłem tam nic interesującego dla siebie. Po 3 minutach trochę żywszy rytm wchodzi i brzmi to po japońsku mówiąc jako tako, takie fajne ejtisy filmów akcji po trochu się robią. Wokal Fisha jednak wkurza mnie choć nie mam takich problemów z Philem Collinsem czy Peterem Gabrielem. W połowie jednak fajny fragment zatrzymuje się i ustępuje typowej dramatycznej końcówce prog rockowej, czuję się jak przy zakończeniu jakiegoś filmu fantasy. Ostatecznie mam to samo odczucie co w poprzedniej kolejce że fajną zagrywkę na basie (to w połowie numeru) roztrwoniono na średni kawałek. Przed tą bestką znałem Marillion jedynie z Kayleigh i było to ok, teraz z każdą wrzutą Fish wkurza mnie coraz bardziej a ja liczę że tego zespołu już nie będę musiał słuchać.
Elton John - Whispers
Dopiero myślałem o tym że Wujas już jakiś czas niczym nie zachwycił moich uszu i że najlepiej u mnie wychodzi chyba na starych przebojach - no to mam. Ejtisowy Elton John, do tego fajny opis z dziennika młodego shodana, wspomnienie dzierżonej w dłoniach kasety, rozmarzyłem się na to muzyczne spotkanie i nie zawiodłem się. Po wspomnieniu o Sacrifice mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać choć tamtego numeru kiedyś nie trawiłem mocno, tu od początku Whisper zyskało moją sympatię. Lekki rytm perkusyjny (bardzo przykuł moją uwagę ten minimalizm), cukierkowe klawisze, odrobina gitary, bardzo przyjemne spotkanie z Eltonem Johnem. Najlepsza część utworu to dla mnie jednak to długie instrumentalne outro, uwielbiam takie zabiegi! Jest tu taki róż i porcelana jak we wrzucanym przez Dragona utworze Better Person. No i takie cukierkowe brzmienia mi od zawsze kojarzyły się z zimą więc wstrzelone idealnie przy tej pogodzie. Świetna wrzuta, jedna z najlepszych Wuja w tej bestce i w ogóle chyba.
Trzy bardzo dobre odkrycia w tej kolejce i wszystkie trzy idealne na obecną pogodę za oknem. Jednak jak Was zroastować to niektórzy z Was w poczuciu winy potem wrzucą coś dobrego :p mentos nonkonformista jest zawsze tylko obojętny na to a Musiał jak widać łatwo osiada na laurach xd
O rany Julek, cóżeś Ty Musiał uczynić. No ok, Ice Ages, słyszę że lodowce się rozstępują itede, jest zimowo nie da się ukryć. Ta elektronika jednak mocno z gatunku CHEAP jak na moje ucho. No ale potem ten wokal... Kurdebele, mam flashbacki z jakiegoś Rammstein lub przypomina mi się muza której słucha mój kumpel metalowiec, on by to łyknął bez popity podejrzewam. Gotycki mrok rodem z jakiejś składanki Cheap 'N Cheesy Gothic 101. Jakie to jest... złeee, i nie to że EVIL tylko po prostu BAD, mówiąc na nasze - kijowe. Gdyby nie ten wokal podejrzewałbym o taką wrzutę Wuja albo Czeza w naszym gronie, podejrzewam że trafiłbym na to na jednej z tych imprez dark electro których ogłoszenia pojawiają się raz na ruski rok na naszym forum. Fatalne po prostu ale nasz kolega lubuje się w takiej muzie i co mu zrobić. Mogę jedynie poprosić by tego więcej nie robił ale wiem że za jakiś czas i tak wróci tu z podobnym klockiem.
Ochre - Seesoar
Widzę bestka dalej rządzi się prawami wahadła, kto zaliczył odhył w jedną stronę nadrabia w drugą w następnej kolejce, tym razem to Smoku serwuje balsam kojący na uszy po wrzutce Musiała. Bardzo przyjemna, zimna elektronika i tutaj nie jest cheap. Gorzej Dragon u mnie wypada w nowszych wcieleniach berlińskiego grania ale kiedy sięga po takie spokojne glitche, IDM-y itp. przeważnie można brać to w ciemno. Patent ze spowolnieniem w połowie numeru na plus, druga część wchodzi jeszcze lepiej. Trochę niby nic ale jednak zawsze coś, jestem zadowolony, dobre brzmienie robi robotę tym razem.
Coldplay - Oceans
Coldplay po Viva La Vida zmienili się mocno w moim odbiorze i nie byli już tym samym zespołem co przedtem, bardziej popowi się zrobili jakby czego dowodzi choćby A Sky Full of Stars z tej samej płyty, ale Ghosts jakby nie patrzeć było jeszcze dla mnie ostatnim tchnieniem takiego fajnego Coldplay, było coś w klimacie tej płyty i to jest i w tym numerze. Mam innego faworyta z tego albumu a Oceans nie pamiętam ale dawniej nie potrafiłem doceniać takich numerów. Niby Drejkowo ale jednak Chris Martin na wokalu to całkiem inny vibe mam od razu, on jest zbyt charakterystycznym wokalistą. Ale gitara faktycznie spoko, kominkowość wysokiej próby, lekko pykający bicik, smyczkowe ładne outro lub mostek bo dalej jeszcze instrumentalna, klimatyczna coda. Mogę jedynie mieć lekki przesyt melancholijnych wrzutek ze strony Kuby ostatnio ale Coldplay wypada lepiej od Wilsonowych wrzutek i może powalczyć w podsumowaniu tej bestki śmiało. Zima jest ale tym razem ogląda z ciepłego wnętrza domu, tego też trzeba.
P.S.
Ciekawostka która nikogo nie interesuje ale wrzucałem już Chrisa Martina swego czasu i to nie było Coldplay. Tak samo po prostu nazywa się... DJ Premier ;-)
Marillion - Fugazi
Po miesiącu z hakiem mentos wraca do dziadowania progiem a dla mnie to i tak chyba trochę za duża częstotliwość
Tu co prawda mamy neo-prog ale stosunek mój do tej muzy i tak charakteryzuje się sporym dystansem. Nie wiem na czym się skupić w tej muzie, chyba na graniu samym bo zerkałem na tekst ale nie znalazłem tam nic interesującego dla siebie. Po 3 minutach trochę żywszy rytm wchodzi i brzmi to po japońsku mówiąc jako tako, takie fajne ejtisy filmów akcji po trochu się robią. Wokal Fisha jednak wkurza mnie choć nie mam takich problemów z Philem Collinsem czy Peterem Gabrielem. W połowie jednak fajny fragment zatrzymuje się i ustępuje typowej dramatycznej końcówce prog rockowej, czuję się jak przy zakończeniu jakiegoś filmu fantasy. Ostatecznie mam to samo odczucie co w poprzedniej kolejce że fajną zagrywkę na basie (to w połowie numeru) roztrwoniono na średni kawałek. Przed tą bestką znałem Marillion jedynie z Kayleigh i było to ok, teraz z każdą wrzutą Fish wkurza mnie coraz bardziej a ja liczę że tego zespołu już nie będę musiał słuchać.
Elton John - Whispers
Dopiero myślałem o tym że Wujas już jakiś czas niczym nie zachwycił moich uszu i że najlepiej u mnie wychodzi chyba na starych przebojach - no to mam. Ejtisowy Elton John, do tego fajny opis z dziennika młodego shodana, wspomnienie dzierżonej w dłoniach kasety, rozmarzyłem się na to muzyczne spotkanie i nie zawiodłem się. Po wspomnieniu o Sacrifice mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać choć tamtego numeru kiedyś nie trawiłem mocno, tu od początku Whisper zyskało moją sympatię. Lekki rytm perkusyjny (bardzo przykuł moją uwagę ten minimalizm), cukierkowe klawisze, odrobina gitary, bardzo przyjemne spotkanie z Eltonem Johnem. Najlepsza część utworu to dla mnie jednak to długie instrumentalne outro, uwielbiam takie zabiegi! Jest tu taki róż i porcelana jak we wrzucanym przez Dragona utworze Better Person. No i takie cukierkowe brzmienia mi od zawsze kojarzyły się z zimą więc wstrzelone idealnie przy tej pogodzie. Świetna wrzuta, jedna z najlepszych Wuja w tej bestce i w ogóle chyba.
Trzy bardzo dobre odkrycia w tej kolejce i wszystkie trzy idealne na obecną pogodę za oknem. Jednak jak Was zroastować to niektórzy z Was w poczuciu winy potem wrzucą coś dobrego :p mentos nonkonformista jest zawsze tylko obojętny na to a Musiał jak widać łatwo osiada na laurach xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Grauzone - Eisbär
Fajny post-dojczland, lepiej by to pasowało na jesień, ale nie będę już się czepiał, w końcu kto by się zimy w grudniu spodziewał. Fajna, prosta okładka z misiem robiącym kupę na lodowcu, lubię takie oszczędne motywy i kolorystykę. Muzycznie dzieje się fajnie. Jest motorycznie, surowo, post-punkowo. Nie ma tu niczego niepotrzebnego. Te kompletnie atonalne gitary, które czasami wchodzą, robią robotę, podobnie jak piskliwa elektronika. Jest ciekawie. Wokalnie brzmi to trochę jak przemówienie na wiecu Hitlera. Śpiew niedbały, mam wrażenie, że wokalista nie umiał i nie chciał umieć śpiewać, bo uznał, że do takiej muzyki nie jest to potrzebne. No i do jakiegoś stopnia to jest prawa, nie brzmi to źle. Mało tego, po czasie to gadanie zaczyna się wkręcać. Outro z saksikiem to wisienka na torcie. Murzyn czasami walnie takie wesołe kuriozum i człowiek się zastanawia, co oni biorą w tym Bełchatowie. W każdym razie, plus z AJSBERA.
Ice Ages - Heartbeat
Matko Boska… Nie sądziłem, że doświadczę w tym temacie Musiała wrzucającego kawałki ze zlotów DM, ale oto jesteśmy. To jest dosłownie cała scena synth/dark/electro w zarodku, miałem wątpliwą przyjemność być raczony takimi wynalazkami na imprezach tego typu, na które chodziłem jakieś 20 lat temu. Ja tam bywałem żeby posłuchać And One, Apoptygmy, czy Mesha, ale dużo leciało też takiego harsh electro, w stylu Hocico. Nigdy nie przekonałem się do takiego brzmienia. Wszystko przepuszczone obowiązkowo przez przester, perkusja, synthy, wokale, wszystko z jednym efektem. Klawisze brzmią jak z najtańszego gotyckiego electro, powiem wręcz, że to brzmi niemal jak jakaś karykatura zrobiona dla beki, żeby drzeć łacha z całej tej sceny dark/goth. Od razu widzę bywalców Castle Party, i to tych nowszych, reprezentujących cyber-goth (co najczęściej charakteryzowało się jakimiś świecącymi obręczami, takimi jakie się sprzedaje na festynach). Nie no, sorry, ten numer obudził we mnie wszystkie najgorsze wspomnienia. Ścisły top najgorszych wrzutek Deva w całej tej zabawie, o ile nie najgorsza wrzuta w ogóle. Współczuję każdemu, kto słucha na co dzień takiej muzyki.
Ochre - Seesoar
Tutaj spora niespodzianka, albowiem ja znam tego wykonawcę i znam ten album, ale o nich zapomniałem. Kiedy tylko zobaczyłem nazwę Ochre, to zaczęło mi świtać, a olśnienia dostałem przy tytule płyty. Tytułowy utwór leciał u mnie regularnie jesienią 2007 r. Zaginął trochę w pomrukach dziejów, bo to było dosłownie miesiąc, czy dwa, przed założeniem lasta. Po przesłuchaniu propozycji Dragona, włączyłem „A Midsummer Nice Dream” i zalała mnie fala nostalgii. Ile ja tego słuchałem te 16 lat temu, jak mogłem zapomnieć. Teraz słyszę, że to muza nawet lepsza na zimę, niż na jesień (przypomina też trochę „Winterfest” Cate Brooks). Odkryłem ten kawałek wyszukując podobny tytuł w wyszukiwarce p2p, ale utworu Travis. Ale by był kek, gdyby to ten numer wrzucił Dragon. No, ale żeby nie było, że ja tu recenzuję inny kawałek z tej samej płyty, „Seesoar” podoba mi się w zasadzie z tych samych względów. Tutaj jest trochę większy pancz, jest minimalistyczna perkusja, chłodne zimowe syntezatory w podobnym tonie, ale już z innym charakterem. Elektronika stworzona na obecną aurę. Zmiany rytmu trochę mi przypominają zabawy progresywnych zespołów, ale tutaj to brzmi naturalniej i jakoś tak, nie wiem, po prostu fajniej. Człowieku, dzięki Ci za przypomnienie o Ochre, nie wiem, czy w innej sytuacji to by do mnie wróciło, ja mam jednak problemy z pamięcią i nawet gdyby jakieś widmo dźwięku mnie nawiedziło we wspomnieniach, to bym nie dotarł do wykonawcy, a tak ja odzyskałem dawny hit, a Dragon zyskał grubą okejkę. Wszyscy zadowoleni.
Marillion - Fugazi
Bawi mnie kiedy Mentos wyzywa nowsze Marillion od ‘pretenchy’, po czym wrzuca pieprzone FUGAZI XDD Ja chyba z tych względów tak rzadko wracam do fishowego Marillion, szanuję i lubię część rzeczy, ale pozostała to w końcu neo prog, czyli disco polo prog rocka. Muzycznie, to jest synonim festynu na zadupiu. Miło wspominam poznawanie tych płyt, ale jednocześnie mam świadomość tego, czym to jest, o czym już pisałem w recenzji „Incommunicado”. No właśnie. Panowie uparli się żeby wrzucać dosyć średnie wybory z early Marillion. Nie wiem z czego to wynika, może dlatego właśnie ten okres zbiera specyficzną klientelę. Zresztą „Incommunicado” to jest arcydzieło przy aktualnej wrzucie Deva. Inna sprawa, to ci fanatycy Marillion, o których napisał Mentos. Dziwi mnie to o tyle, że chyba w życiu nie spotkałem fanatyków Marillion z Hogarthem. Spotkałem sympatyków i to wielu, ale nigdy nie przejawiali oni zbytnio fanatycznych zachowań. Co innego fanatycy ery z Fishem, tutaj faktycznie bywało śmiesznie. Zresztą, nie wiem czy pamiętacie jeszcze Darię xD Nasza forumowiczka (szkoda, że jej już nie ma) była (podejrzewam nadal jest) fanatolką Marillion w Fishem, bo tak ja ojciec nauczył. I nie ma mowy o jakimś dawaniu szansy płytom nagranym później, TYLKO FISH I siusiak. Zdecydowanie gorsze przypadki spotykałem na koncertach Fisha. Więc nie wiem gdzie Mentos obserwował tych toksycznych fanów Hogartha, może na OFF Festiwalu, albo na Porcysie, albo w innym miejscu, w którym bywałem mało, krótki i rzadko. Dobra, co z tym FUGAZI. No prostytutka, pretencha xD
Lubie wokal Fisha, ale tutaj on trochę robi z siebie głupka. Jest tak przesadnie teatralny w najgorszym tego słowa znaczeniu, jak tylko można być. Cringe. Klawisze Marka Kelly’ego to już w ogóle syf z gilem, ale o tym już pisałem kiedyś. To jest niesamowite jak się facet wyrobił na albumach typu „Marbles”, wyrzucił w kąt te cringowe syntezatory imitujące średniowiecze i się ogarnął. Niestety tutaj to nadal poziom „Garden Party”. Bywają przebłyski, ale są one tak krótkie, lub tak zmarnowane aranżacją, stękaniem Dicka, czy ejtisową produkcją, że i tak macha się na to ręką. Zdecydowanie lepiej wspominam wykonania solo Fisha. Ja lubię sobie muzycznie przydziadersować w grudniu, to jest taki okres na ciepłą kawę, kominek (nawet z YT) i jakieś granie a.d. sprzed własnych narodzin, ale to ja raczej sięgam po Nicka D., Yes, czasami Genesis, Pink Floyd, nawet „Christmas Album” Jethro Tull, ale nie po wczesne Marillion xDDD Nie no, nie wiem co już mam napisać, szanuję te płyty Marillion do jakiegoś stopnia, są na nich naprawdę dobre kawałki, ale póki co, to nikt tu jeszcze takich nie wrzucił i raczej nie wrzuci, a ja będę w przyszłym roku częstował tym chujowym, pretensjonalnym, nowym Marillion i możecie się wtedy zemścić hehe. Where are the prophets, where are the visionaries, where are the poets? Nie tutaj.
Elton John - Whispers
Wujaszek Wuja ratuje końcówkę kolejki. Z Eltonem generalnie trudno spudłować, ale tutaj jest naprawdę bardzo spoko. Automat perkusyjny przypomina mi trochę wczesne no-man, pianino brzmi bardzo eltonowsko (chodzi o stylówkę bardziej) i zanim on się odzywa, to już słychać kto gra. A jak się odzywa, to dopiero robi się czarująco. Elton John to jest jeden z najlepszych wokalistów naszych czasów. Po prostu głos jak dzwon, a do tego talent do właściwego go użycia. Kiedy wchodzą gitary, to robi się art-rockowo wręcz. O takich kawałkach, to trudno się ściany tekstu pisze. To jest po prostu dobre piosenkopisarstwo, z może odrobinę ckliwą, ale porządną aranżacją i TYM wokalem Eltona. Super sprawa.
Dziwna kolejka, bardzo różnorodna muzycznie. Na czele zdecydowanie Dragon z Ochre oraz Wujek z Johnem Eltonem, Murzyn w sumie też się na tym podium mieści. Na końcu panowie M&M, ale o ile „Fugazi” nosi w sobie jakąś przyzwoitość, poziom, itd., tak Ice Ages to synonim zakraplania sobie uszu szambem. Jest mi głupio, że tak narzekałem na Sikse.
Fajny post-dojczland, lepiej by to pasowało na jesień, ale nie będę już się czepiał, w końcu kto by się zimy w grudniu spodziewał. Fajna, prosta okładka z misiem robiącym kupę na lodowcu, lubię takie oszczędne motywy i kolorystykę. Muzycznie dzieje się fajnie. Jest motorycznie, surowo, post-punkowo. Nie ma tu niczego niepotrzebnego. Te kompletnie atonalne gitary, które czasami wchodzą, robią robotę, podobnie jak piskliwa elektronika. Jest ciekawie. Wokalnie brzmi to trochę jak przemówienie na wiecu Hitlera. Śpiew niedbały, mam wrażenie, że wokalista nie umiał i nie chciał umieć śpiewać, bo uznał, że do takiej muzyki nie jest to potrzebne. No i do jakiegoś stopnia to jest prawa, nie brzmi to źle. Mało tego, po czasie to gadanie zaczyna się wkręcać. Outro z saksikiem to wisienka na torcie. Murzyn czasami walnie takie wesołe kuriozum i człowiek się zastanawia, co oni biorą w tym Bełchatowie. W każdym razie, plus z AJSBERA.
Ice Ages - Heartbeat
Matko Boska… Nie sądziłem, że doświadczę w tym temacie Musiała wrzucającego kawałki ze zlotów DM, ale oto jesteśmy. To jest dosłownie cała scena synth/dark/electro w zarodku, miałem wątpliwą przyjemność być raczony takimi wynalazkami na imprezach tego typu, na które chodziłem jakieś 20 lat temu. Ja tam bywałem żeby posłuchać And One, Apoptygmy, czy Mesha, ale dużo leciało też takiego harsh electro, w stylu Hocico. Nigdy nie przekonałem się do takiego brzmienia. Wszystko przepuszczone obowiązkowo przez przester, perkusja, synthy, wokale, wszystko z jednym efektem. Klawisze brzmią jak z najtańszego gotyckiego electro, powiem wręcz, że to brzmi niemal jak jakaś karykatura zrobiona dla beki, żeby drzeć łacha z całej tej sceny dark/goth. Od razu widzę bywalców Castle Party, i to tych nowszych, reprezentujących cyber-goth (co najczęściej charakteryzowało się jakimiś świecącymi obręczami, takimi jakie się sprzedaje na festynach). Nie no, sorry, ten numer obudził we mnie wszystkie najgorsze wspomnienia. Ścisły top najgorszych wrzutek Deva w całej tej zabawie, o ile nie najgorsza wrzuta w ogóle. Współczuję każdemu, kto słucha na co dzień takiej muzyki.
Ochre - Seesoar
Tutaj spora niespodzianka, albowiem ja znam tego wykonawcę i znam ten album, ale o nich zapomniałem. Kiedy tylko zobaczyłem nazwę Ochre, to zaczęło mi świtać, a olśnienia dostałem przy tytule płyty. Tytułowy utwór leciał u mnie regularnie jesienią 2007 r. Zaginął trochę w pomrukach dziejów, bo to było dosłownie miesiąc, czy dwa, przed założeniem lasta. Po przesłuchaniu propozycji Dragona, włączyłem „A Midsummer Nice Dream” i zalała mnie fala nostalgii. Ile ja tego słuchałem te 16 lat temu, jak mogłem zapomnieć. Teraz słyszę, że to muza nawet lepsza na zimę, niż na jesień (przypomina też trochę „Winterfest” Cate Brooks). Odkryłem ten kawałek wyszukując podobny tytuł w wyszukiwarce p2p, ale utworu Travis. Ale by był kek, gdyby to ten numer wrzucił Dragon. No, ale żeby nie było, że ja tu recenzuję inny kawałek z tej samej płyty, „Seesoar” podoba mi się w zasadzie z tych samych względów. Tutaj jest trochę większy pancz, jest minimalistyczna perkusja, chłodne zimowe syntezatory w podobnym tonie, ale już z innym charakterem. Elektronika stworzona na obecną aurę. Zmiany rytmu trochę mi przypominają zabawy progresywnych zespołów, ale tutaj to brzmi naturalniej i jakoś tak, nie wiem, po prostu fajniej. Człowieku, dzięki Ci za przypomnienie o Ochre, nie wiem, czy w innej sytuacji to by do mnie wróciło, ja mam jednak problemy z pamięcią i nawet gdyby jakieś widmo dźwięku mnie nawiedziło we wspomnieniach, to bym nie dotarł do wykonawcy, a tak ja odzyskałem dawny hit, a Dragon zyskał grubą okejkę. Wszyscy zadowoleni.
Marillion - Fugazi
Bawi mnie kiedy Mentos wyzywa nowsze Marillion od ‘pretenchy’, po czym wrzuca pieprzone FUGAZI XDD Ja chyba z tych względów tak rzadko wracam do fishowego Marillion, szanuję i lubię część rzeczy, ale pozostała to w końcu neo prog, czyli disco polo prog rocka. Muzycznie, to jest synonim festynu na zadupiu. Miło wspominam poznawanie tych płyt, ale jednocześnie mam świadomość tego, czym to jest, o czym już pisałem w recenzji „Incommunicado”. No właśnie. Panowie uparli się żeby wrzucać dosyć średnie wybory z early Marillion. Nie wiem z czego to wynika, może dlatego właśnie ten okres zbiera specyficzną klientelę. Zresztą „Incommunicado” to jest arcydzieło przy aktualnej wrzucie Deva. Inna sprawa, to ci fanatycy Marillion, o których napisał Mentos. Dziwi mnie to o tyle, że chyba w życiu nie spotkałem fanatyków Marillion z Hogarthem. Spotkałem sympatyków i to wielu, ale nigdy nie przejawiali oni zbytnio fanatycznych zachowań. Co innego fanatycy ery z Fishem, tutaj faktycznie bywało śmiesznie. Zresztą, nie wiem czy pamiętacie jeszcze Darię xD Nasza forumowiczka (szkoda, że jej już nie ma) była (podejrzewam nadal jest) fanatolką Marillion w Fishem, bo tak ja ojciec nauczył. I nie ma mowy o jakimś dawaniu szansy płytom nagranym później, TYLKO FISH I siusiak. Zdecydowanie gorsze przypadki spotykałem na koncertach Fisha. Więc nie wiem gdzie Mentos obserwował tych toksycznych fanów Hogartha, może na OFF Festiwalu, albo na Porcysie, albo w innym miejscu, w którym bywałem mało, krótki i rzadko. Dobra, co z tym FUGAZI. No prostytutka, pretencha xD
Lubie wokal Fisha, ale tutaj on trochę robi z siebie głupka. Jest tak przesadnie teatralny w najgorszym tego słowa znaczeniu, jak tylko można być. Cringe. Klawisze Marka Kelly’ego to już w ogóle syf z gilem, ale o tym już pisałem kiedyś. To jest niesamowite jak się facet wyrobił na albumach typu „Marbles”, wyrzucił w kąt te cringowe syntezatory imitujące średniowiecze i się ogarnął. Niestety tutaj to nadal poziom „Garden Party”. Bywają przebłyski, ale są one tak krótkie, lub tak zmarnowane aranżacją, stękaniem Dicka, czy ejtisową produkcją, że i tak macha się na to ręką. Zdecydowanie lepiej wspominam wykonania solo Fisha. Ja lubię sobie muzycznie przydziadersować w grudniu, to jest taki okres na ciepłą kawę, kominek (nawet z YT) i jakieś granie a.d. sprzed własnych narodzin, ale to ja raczej sięgam po Nicka D., Yes, czasami Genesis, Pink Floyd, nawet „Christmas Album” Jethro Tull, ale nie po wczesne Marillion xDDD Nie no, nie wiem co już mam napisać, szanuję te płyty Marillion do jakiegoś stopnia, są na nich naprawdę dobre kawałki, ale póki co, to nikt tu jeszcze takich nie wrzucił i raczej nie wrzuci, a ja będę w przyszłym roku częstował tym chujowym, pretensjonalnym, nowym Marillion i możecie się wtedy zemścić hehe. Where are the prophets, where are the visionaries, where are the poets? Nie tutaj.
Elton John - Whispers
Wujaszek Wuja ratuje końcówkę kolejki. Z Eltonem generalnie trudno spudłować, ale tutaj jest naprawdę bardzo spoko. Automat perkusyjny przypomina mi trochę wczesne no-man, pianino brzmi bardzo eltonowsko (chodzi o stylówkę bardziej) i zanim on się odzywa, to już słychać kto gra. A jak się odzywa, to dopiero robi się czarująco. Elton John to jest jeden z najlepszych wokalistów naszych czasów. Po prostu głos jak dzwon, a do tego talent do właściwego go użycia. Kiedy wchodzą gitary, to robi się art-rockowo wręcz. O takich kawałkach, to trudno się ściany tekstu pisze. To jest po prostu dobre piosenkopisarstwo, z może odrobinę ckliwą, ale porządną aranżacją i TYM wokalem Eltona. Super sprawa.
Dziwna kolejka, bardzo różnorodna muzycznie. Na czele zdecydowanie Dragon z Ochre oraz Wujek z Johnem Eltonem, Murzyn w sumie też się na tym podium mieści. Na końcu panowie M&M, ale o ile „Fugazi” nosi w sobie jakąś przyzwoitość, poziom, itd., tak Ice Ages to synonim zakraplania sobie uszu szambem. Jest mi głupio, że tak narzekałem na Sikse.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
P.S.
Dorzucam grubą okejkę za Wujowy wybór w ogóle, popieram takie decyzje, też mając do wyboru HIT i coś mniej znanego sięgam raczej po te drugie, fajnie poznać Whispers
I zawsze popieram takie wybory niezależnie czy te kawałki potem mi siedzą
Dorzucam grubą okejkę za Wujowy wybór w ogóle, popieram takie decyzje, też mając do wyboru HIT i coś mniej znanego sięgam raczej po te drugie, fajnie poznać Whispers
I zawsze popieram takie wybory niezależnie czy te kawałki potem mi siedzą
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup