Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6858
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 sty 2024 23:14

Röyskopp - Melody A.M.

Z tym całym Röyskopp to mili państwo przezabawna sprawa jest, bo ja ten zespół niby od lat znam i kojarzę Z NAZWY, ale wiecie jak to jest ze znajomością tego typu. Człowiekowi niby się wydaje, że słyszy jak bije dzwon, ale w praktyce się okazuje, że jest jak w tym słynnym dowcipie o rozdawaniu rowerów na Placu Czerwonym. Tak było de facto w moim przypadku, bo szczerze mówiąc jeszcze do niedawna byłem pewien, że to jeden z tych szwedzkich zespołów synthpopowych z lat zerowych z blondynką na wokalu. Teoretycznie ten ich największy hit dawał podstawy ku temu, by tak zakładać i teoretycznie żaden to wstyd, że jakoś nie pogłębiałem swojej wiedzy w tym kierunku, NO ALE niesmak pozostał.

Skojarzenia OPa związane z porami roku o tyle ciekawe, co abstrakcyjne na mój gustt, bo szczerze mówiąc ni cholery nie umiem tej płyty powiązać z żadną z pór roku, ale rozumiem, że tutaj miały na to wpływ różne wydarzenia osobiste i tym podobne. Mimo wszystko trochę mi to do OPa pasuje, albo przynajmniej nie dziwuje mnie to, że on to wrzucił, bo pamiętam Fever Ray i generalnie to jakoś tego typu klimaty trochę mi się z nim kojarzą.

Album jest jednym z przedstawicieli tej grupy albumów, które klasyfikuję jako te niezłe, czyli gdzieś półkę niżej niż te słynne płyty solidne. Takich płyt też się słucha w sumie nieźle, ale pod warunkiem, że od czasu do czasu, i jednak takich momentów, które chce się pominąć jest nieco więcej. Czasem mam też dziwne wrażenie, że na takich albumach paradoksalnie łatwiej o pojedyncze utwory, do których później częściej wracam i lądują na moich playlistach, ale w sumie jakoś nigdy tego nie weryfikowałem i możliwym, że mi się po prostu wydaje, że tak jest.

Nie będę się tu nad tym głowił, ale skupię się za to tych momentach ciekawszych, oraz tych, które porwały mnie nieco mniej. Zacznę od tych drugich. Drażnią mnie tutaj generalnie te kawałki z wokalnym udziałem Erlenda Øye, który jest skrajnie nijaki i brzmi gorzej niż ziutek śpiewający w tych piosenkach generowanych przez AI. Zdecydowanie najgorzej tu wypada POOR LENO - straszna sieka muzycznie, bez jakiegokolwiek polotu, trącącą jakąś muzyką z generatora, na tle której ten wokal jest jak truskawka na nie powiem czym, ale to coś jest twarde, zakalczywe i niedorobiene. Drugi "jego" kawałek, czyli REMIND ME, niby brzmi ciut lepiej, choć bez szału, ale wokal chyba jest tu jeszcze gorszy. Na dodatek wytrąca mnie z klimatu płyty, bo brzmi totalnie od czapy i mi do niej nie pasuje. Dziękuję, odrzucam.

Jest tu też kilka piosenek, które aż tak mnie nie denerwują, ale też nie napiszę o nich, że porwały moje serce i trafiły do mojego best of życia. Po prostu są, przeleciały mi podczas słuchania płyty, ale też nie odrzuciły jakoś skrajnie, ot średnia średnia lub niższa średnia. W sumie zależne od nastroju, vibe'u i tym podobnych. Mam tak z otwieraczem w postaci SO EASY, w którym czegoś mi do szczęścia brakuje, IN SPACE, które jest dla mnie poprawne do bólu i 40 YEARS BACK \ COME. Ten ostatni kawałek, albo raczej dwa kawałki, są strasznie nierówne, ta pierwsza część trąci mi jakimś soundtrackiem do telewizji młodzieżowej, a druga z jednej to całkiem fajny ambient, a z drugiej - jednak CIUT zbyt zachowawczy? MIMO WSZYSTKO.

W powyższej kategorii pierwotnie miało się znaleźć SHE'S SO, bo w pierwszej chwili miałem tylko stwierdzić, że tylko wstęp się broni, i to w sumie za skojarzenia z instrumentalami Bowiego z berlińskiej trylogii (nie mówcie mi, że tylko ja tak mam!), a w dalszej części stwierdzić, że reszta brzmi nijako i płasko, ale jednak wróciłem ponownie pisząc te słowa i uznałem, że chyba mnie popieprzyło. xD Ten saksofon na tle elektronicznego plumkania brzmi przepotężnie i imo to jest jeden z hajlajtów tego albumu.

Nie sądziłem, że SPARKS będzie brzmieć jak Sparks, ale nie sądziłem też, że będzie brzmieć jak Portishead. Cóż, pisałem już o trip-hopie i muzyce pokrewnej, że ciężko to spieprzyć. Tu też się nie udało tego zrobić, i generalnie POPRAWNIE to wyszło, szczególnie dobrze w kontekście albumu. Generalnie w kwestii wokalnej to HAJLAJT tego albumu, ale konkurencję ma taką sobie, bo są tu dwa kawałki z wokalem, który mnie drażni i jest jeszcze A HIGHER PLACE. Ciekawa rzecz, trochę kwaśna, trochę nostalgiczna, sympatyczne są te przewijające się motywy dźwiękowe. Całkiem to ładne, tak po prostu.

EPLE jest ciekawym instrumentalem i ma fajną energię, ale w kontekście całości plasuje się gdzieś pośrodku, z lekkim wskazaniem ku wyższym stanom średnim. Jest tu jakaś dynamika, jest tu coś i z jednej nawet dobrze się tego słucha, chociaż zdaję sobie sprawę, że to jest oparte na jednym, dość prostym patencie i w dłuższej perspektywie może męczyć. W sumie pacz pan, mogę z grubsza coś podobnego napisać jeszcze o ROYSKOPP'S NIGHT OUT, gdzie ten dominujący motyw podoba mi się w sumie jeszcze bardziej. Dobra, co ja będę mówić - jest świetny, i ten album ma szczęście, że mi się tak podoba, oraz że wykorzystano go w najdłuższym kawałku na tej płycie! I równie bardzo też lubię ten motyw na basie wjeżdzający w okolicach połowy trzeciej minuty, bo daje lekko psychodeliczny vibe, zalatujący Pink Floyd. Jak dla mnie jeden z topowych momentów tego albumu.

Jak sobie tak teraz myślę, to się zastanawiam na ile jest to siła sugestii okładki, a na ile faktycznie tych abstrakcyjnych czynników, które każą nam przyporządkowywać jakieś albumy/utwory do konkretnych okresów w czasie, ale jestem ciekaw jakby mi ta płyta zabrzmiała latem. Jakimś późnym sierpniem czy tam wczesną wrześnią, jakimś wczesnym świtem. Możliwe, że w tych okolicznościach przyrody, najlepiej jeszcze widząc tę okładkę przed sobą, ten album mógłby zyskać u mnie parę punktów. Na razie ląduje tam gdzie ląduje. Nie jest źle.
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
PACZKA
3/6
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 12 sty 2024 00:22

Röyksopp - Melody A.M.

Muszę wjechać z recką teraz, bo jak nie, to następnym dostępnym terminem jest poniedziałek (nie, nie łudzę się co do następnych dni, parę rzeczy już tak planowałem i nic z tego nie wyszło, więc teraz też nie wyjdzie). Płyta nie jest jakaś ciężka w odbiorze, ale nie jest też lekka, jest dość chłodna emocjonalnie (w porównaniu z takim Mansunem) i pasuje do zimowej pory roku i tego, co właśnie mamy za oknem (śnieg, temperatura ujemna, odczuwalny mróz). W ogóle przez długi czas myślałem, że nazwę zespołu pisze się RöySKopp (!)

Zaczyna się dosyć niepozornie, So Easy to nagromadzenie elektronicznych dźwięków (w tym tego piłującego z początku), wokali docierających jakby z dalszego planu, umiarkowanie wyrazistego bitu, jest w dużej mierze chillowo (za sprawą tła), ale i żywo (za sprawą bitu); trochę taki miszmasz. Generalnie jednak bardziej muzyka tła, lekko klubowa (na wyciszenie po szaleństwach na parkiecie), nie do końca w moim typie. Na końcu coś się zmienia, słychać rozmowę telefoniczną i zaraz przechodzimy do Eple z podobnym bitem, dosyć melancholijnym vibe'em. Niby tło, ale próbuje wyjść na pierwszy plan (jak ci goście w kreskówkach, co wyglądają wciąż zza winkla). Ciekawe są te klawiszowe dźwięki, trochę jak kapiąca woda, jednostajny rytm, płynie sobie raczej niespiesznie. Koło drugiej minuty dźwięki jak z muzyki kosmicznej, jakiegoś lądowania samolotu i wracamy do pierwotnej formy. Następne Sparks podtrzymuje ten melancholijny vibe. Po raz pierwszy pojawia się wokal na pierwszym planie. Wokal żeński, spokojny, całość chilloutowa jak mroźna pogoda, ten spokojny bit, pani niby momentami bardziej demonstruje swoje możliwości, ale to wciąż bardzo spokojna muzyka.

In Space to bardzo spokojny kawałek kosmicznej muzyki, mogę powtórzyć to, co napisałem o Eple, tylko że tutaj to tło nie wychodzi jednak na pierwszy plan. Ale wrażenia podobne. W Poor Leno pojawia się wokal męski. Barwa przyziemna kontrastująca z charakterem muzyki. Zaczyna się od kosmicznych dźwięków. Bit mocniejszy, wyrazistszy. A potem A Higher Place. Klubowy, dość mocny bit i, jak napisał Dragon, dość kwaśny charakter. Wokale drugoplanowe i raczej niezapamiętywalne. Generalnie bardzo spokojna płyta, jak dotąd, bez punktów bardzo mocnych, ale i bez punktów słabych.

Rzecz zmienia się przy Röyksopp's Night Out, która ma vibe rodem z jakiegoś Gonga czy Steve'a Hillage'a czy jakiegoś krauta. Hipnotyczny rytm o krótkiej długości, narastający bit przypominający mi Medley: The Journey (te blachy!), całość prąca do przodu jak The Isle of Everywhere. Pojawiają się nibyfilmowe dźwięki (koło 2:40), prze kontrast ulatnia się chillowa aura wcześniejszych kawałków. Po 3:10 coś się zmienia, jakby wracał klimat północy, ale takiej doświetlonej słońcem, jest znacznie spokojniej, fajne, elektroniczne brzmienia. Po 6:20 mamy część trzecią, bardziej znowu kosmiczną, jak z niektórych nagrań PT z lat 90., po czym wracamy do początku. Taki muzyczny przeplataniec.

Wchodzi Remind Me i... robi się bardzo przyziemnie, piosenkowo, pan melancholijnie wyśpiewuje swoją opowieść na tle umiarkowanego bitu i keyboardów. Vibe chilloutowy, podoba mi się śpiew, bas, na który chyba wszyscy już zwrócili uwagę, jest git. A potem She's So (na początku ten saksofon chyba robił na mnie większe wrażenie, potem przestał, potem znów zaczął) z ambientowym, rozlanym tłem, pojawiającym się delikatnym bitem, przypomina mi to trochę w wyrazie "Light Mass Prayers" (klimatem). Jest miękko, potem robi się nieco nostalgicznie, nieco posępną aurę okadza ten saksofon, jest przyjemnie, trochę rozmiękczająco, ale komu to przeszkadza (mi nie, ja tylko to czuję). 40 Years Back/Come od początku średnio mi się podobało jako kawałek wydłużający płytę, bo nie za wiele się w nim dzieje. Moim zdaniem to jedyna poważniejsza wtopa na równym, pozbawionym wielu wyskoków (poza Night Out i She's So, a może i wokalem w Remind Me) albumie. Jest ok, dla mnie płyta solidna, bez błysku, póki co wątpię w to, że będę wracał, ale jeśli, to przede wszystkim do utworów 7-9.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13789
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 sty 2024 07:01

O jak ładnie Panowie wespół zamknęli temat. Nie będę narzekał, uwinęliśmy się w 11 dni a to jednak zawsze mniej niż 14, pierwsza płyta w kolejce zwykle schodzi dłużej, dobre i to zatem.

Przyznam że chyba nie spodziewałem się że mentos który tak promuje pop songi w utworowej nieraz będzie tak mehał na oba takowe z tej płyty, które ja akurat uważam za najlepsze no ale OH WELL. Fajno że munlup się chociaż poznał na Poor Leno, tyle dobrego, cieszę się że jednak nie pchałem go do utworowej osobno, nie byłoby warto. Nie zdziwiła mnie reakcja Wujka bo on trochę i tak najbardziej tu chyba w tym Röyksopp siedział i wiedziałem że ma swoje ulubione klimaty i to odmienne od debiutu. Dev jedyny na pełnej wajbuje ze mną do Melody Adrian Musiał zatem i odpływamy w krainę relaksu. Prawdopodobnie w klimatach takiej właśnie ogólnie pojętej CZILERY będę się dalej poruszał w tym roku, chyba że niespodziewanie chwyci mnie sroga faza na jakiś inny mój klasyk. To tyle słowa na koniec, dziękuję za uwagę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13789
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 sty 2024 07:03

Jedziemy w górę zatem albumem Up od Petera Gabriela.
Hien pisze:
26 gru 2023 22:02
Peter Gabriel - Up

Gabriel po Gabrielu, jak tak można. Przerabialiśmy to już z Pink Floyd, więc czemu nie, zresztą, wyszło przypadkowo, bo i tak planowałem ten album na początek nowego roku. Inna sprawa, że „Up” jest tak bardzo innym albumem od „Melt”, że i samo doświadczenie będzie z innego świata.
O ile Miętowy zaprezentował Petera z czasów docierania się z samym sobą, tak ja wrzucam Petera, który już miał za sobą największe sukcesy, wyrobioną markę solo i olbrzymie doświadczenie. „Up” to album, który powstawał 10 lat i w końcu wyszedł w 2002 r. Zbiegło się to z moja pierwszą poważną fazą na jego muzykę i poważnym poznaniem jego dyskografii (coś jak Seba w tym roku, chociaż nie wiem ile on tego faktycznie przesłuchał). Nie będę przedłużał, to jest moja ulubiona płyta Gabriela, nie ma na niej, IMO oczywiście, słabego utworu. Moje wspomnienia z nim są przeróżne, ale zwłaszcza są to wspomnienia zimowe, z wyjazdów na ferie. Pisałem już o tym przy okazji „Metamorphoses” i to jest kolejna płyta z tej kolekcji kojarzącej mi się z zaśnieżoną trasą z Cyrhli do Zakopanego, lub z Cyrhli do Murzasichla (Musiał będzie wiedział o co chodzi), czy Białki, czy gdzieś. Tatrzańskie lasy są piękne, zwłaszcza w zimie. Wyobraźnie sobie jazdę po zmroku, przez gęsty, iglasty las, zasypany śniegiem. No, ale jak w tym wszystkim stoi Peter G? Ano stoi prosto i z wypiętą piersią.
„Up” to album inny od jego wczesnych płyt. Produkcja jest nowoczesna, brakuje tej pierwotnej ciężkości generowanej przez surowe bębny i jazgotliwe gitary, jest więcej melodii i momentów wyciszenia, opatrzonych ambientem, itd. To jest dojrzały Gabriel, nie tylko muzycznie, bo i lirycznie widać, że to facet po rozwodzie, innych nieudanych związkach, ojciec, itd. Teksty nie są już tak abstrakcyjne, ale bardziej osobiste.

Stylistycznie, Peter wchodzi na tej płycie do różnych rzek, ale mimo to udało mu się stworzyć coś spójnego. Nie chce mi się opisywać tych utworów osobno, bo mam wrażenie, że bym niczego dobrego tym nie uczynił. Każdy jest inny, ale każdy na podobnym, wysokim poziomie. Mój najbardziej ulubiony to „I Grieve”, niby typowa ballada by Gabryś, ale o wyjątkowym ładunku emocjonalnym i pięknej oprawie dźwiękowej. A tak to każdy utwór znaczy dla mnie wszystko (ostatnio najbardziej „My Head Sounds Like That”). IMO to jest ukoronowanie całokształtu kariery Petera Gabriela i jednocześnie, jedna z jego najbardziej wizytówkowych płyt, bo są tu i ładne melodie, i przebojowe refreny, i eksperymenty, i generalnie odnosi się wrażenie, że po 40 latach nagrywania muzyki, Peter znalazł jakiś złoty środek łączący wszystkie jego ciągoty. Ja bym mógł długo pisać o tych piosenkach, o zajebistej elektronice w „Growing Up”, o poruszającym bluesie „Sky Blue, o genialnych kontrastach w „Darkness”, o porażającym feacie Nusrata Fateh Ali Khana w „Signal to Noise”, czy doskonałym finale w postaci miniaturki „The Drop”, ale to by był srogi bełkot. Wolę poczytać, co Wy macie do napisania o tych kawałkach, co by to nie było.

W chwili gdy to piszę, wychodzi akurat nowy album Petera „i/o”, który również mocno polecam, bo jest świetny (Gabriel pobił kolejny rekord, tym razem 21 lat).

https://www.youtube.com/watch?v=r1JPO91 ... Qk&index=2
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13789
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 sty 2024 07:24

No to tego, jam już gotów jest.

Peter Gabriel - Up

Przed przystąpieniem do albumowej bestki PG znałem raptem z jednej, najbardziej znanej chyba płyty (która myślę i tak tu kiedyś wjedzie), i pomimo mego prejzu nie wgryzałem się głębiej w jego twórczość. Tak się jednak zabawnie złożyło że na gwiazdkę 2022 roku dostałem w prezencie składak jego przebojów który i tak szybko odstawiłem w kąt a później dopiero PG zaczął pojawiać się coraz częściej na tym forum za sprawą Games Without Frontieres, następnie całego Melt a teraz w końcu Up. No i myślę że teraz dopiero mając już znajomość 3 a nie jednej płyty i kilku kolejnych przebojów tamten składak nabierze odpowiedniej wartości dla mnie. Byłem ciekaw tej płyty gdyż przenosimy się w czasie ponad 20 lat po Melt, więc domyślałem się że różnica może być jak między Speak & Spell a Exciterem i... nie zawiodłem się.

Album otwiera utwór Darkness który po cichym wstępie wali mnie po uszach w mordę "mrocznym" wejściem z buta. Nooo, takiego początku się nie spodziewałem i takiego... industrialnego klimatu bym powiedział, ale to jest dobreee. Kawałek ma jednak momenty mocnego wyciszenia też i na tych kontrastach zyskuje. Z jednej strony wrażliwa strona a z drugiej wybuchy angstu i obie te twarze Gabriela mi się podobają, płyta startuje z wysokiego poziomu. Nadjeżdża Growing Up które swoim wstępem kontynuuje taki nieco noirowy klimat otwieracza i w ogóle nie zapowiada tego co ma nadejść czyli kolejnego przyłożenia ale tym razem nie angstowo a... klubowo? Oto z numeru robi się niemalże industrialny banger, heh. Na tym etapie moje skojarzenia krążą trochę wokół Nine Inch Nails (te industrialne naleciałości) a trochę wokół Recoil (to filmowe budowanie klimatu), i to są bardzo pozytywne skojarzenia. Myślę że gdybym w 2002 znał Excitera a potem usłyszał Growing Up to bym jęczał żeby DM takie mroczne bangery robiło, a potem - tak jak i w 2006 - jarałbym się Suffer Well xD nieważne, ważne jest to co tu sie odwala bo wchodzi chyba właśnie gitara barytonowa, w każdym razie jakaś GITARA i robi zajebiste przejście. No genialny początek, jedziemy dalej. Przy trzecim numerze robi się klasycznie Gabrielowo, ten bas robi mi jakby echa Mercy Street czy coś, mamy bardziej spokojny materiał i tu Peter przypomina bardziej mi tego jakiego znam choćby z So właśnie. Dojeżdża ładne piano, robią się baaardzo fajne chórki, dla mnie to jest Gabriel doing Gabriel ale na najwyższym poziomie więc mamy już 3:0 dla mistrza. No Way Out kontynuuje spokojniejszy vibe poprzednika, w takich utworach chyba najlepiej wypada gabrielowy wokal, uwydatnia to jakiś taki dramatyzm a jak wjeżdża typowy anthemic refren to znowu mamy CLASSIC GABRIEL na pełnej i co by nie rzec - w niczym to nie przeszkadza, zadziwia mnie jak dotąd forma tego Pana na krążku (tak, nadal z rezerwą podchodzę do każdego artysty na takim etapie wieloletniej kariery). Zapomniałem dodać że numer wyróżnia się bardzo fajną wstawką gitarową. Intensywniejsze nieco outro wisienką na torcie, trochę w ogóle mam skojarzenia z alanowym remiksem In Chains. Piąty na albumie I Grieve to kawałek z którym nieco dłużej się docierałem, ot może nie miałem wajbu na takie smutanie. Jest to w sumie trzeci z kolei wolniejszy kawałek na albumie ale każdy z nich jednak inny i wyróżnia się po swojemu. Pierwsza część tego numeru kojarzy mi się z omawianą przez nas rok... TFU, prawie DWA lata temu (!) płytą Karla Hyde'a (coś mi się kołacze, jakieś Slummin' It For The Weekend czy coś?). Smutny ale piękny to pożegnalny utwór który na szczęście zostawia słuchacza z jakąś nutą nadziei kiedy w połowie następuje przełamanie klimatu. Połowa albumu za nami i póki co - same złoto, co tu się dzieje. Drugą połowę otwiera inny klimat, trochę może brzmieniem nawiązujący do tematyki telewizyjnego show o którym mowa. Świetnie bujający numer z fajnymi dęciakami, znów lekko metaliczna ta perka. Taki trochę swingujący numer tętniący bardziej klimatem nocnego życia i miasta rozświetlonego neonami, podtrzymuje to znów ten nieco noirowy klimat z początku płyty. Ten filtrowany wokal na frazie SHOWTIME w pytkę, harmonijka ustna też. Dochodzimy do My Head Sounds Like That i tu dopiero może być jakiś moment który nie leży mi tak jak dotychczasowe kawałki. Trudno mi wskazać nawet czemu, łatwiej mi powiedzieć że trudno mi wskazać powód do zachwytu. Ale jest dopiero 4 stycznia i minie z tydzień nim dojdziemy do omawiania tej płyty więc może się to wyklaruje. Zaczyna się kolejny numer a ja mam wrażenie jakby ktoś odpalił It's No Good. Potem wchodzi lżejszy, bardziej liryczny jednak refren, delikatna i dźwięczna gitara, chwytliwe to. Pod koniec intensywniejszy mostek i elektroniczne wyciszenie. Signal To Noise jak dla mnie pełni rolę klamry i zamknięcia albumu, taki zdecydowanie ma wydźwięk przynajmniej. Dramatyczne smyczki, dzikie śpiewy, znów nieco industrialnie brzmiącą perkusja. Fajnie to brzmi gdy przybiera na intensywności, to nabudowanie teraz kojarzy mi się z depeszowym Speak To Me, piękna jest ta końcówka, bardzo filmowe to znów. Mamy zatem coś w rodzaju wielkiego finału, punktu kulminacyjnego ALE to nie koniec bo zostaje jeszcze najkrótszy na płycie utwór będący czymś w rodzaju epilogu - takie zabiegi bardzo lubię. The Drop przynosi pewne uspokojenie choć może niekoniecznie ekojenie bo jest to smutnawy utwór. Ballada z oszczędnym aranżem na pianino, to bardzo skromne i ciche zakończenie tej dotąd bogatej brzmieniowo płyty, do tego raptem 3 minuty trwania które po tych dłuższych kompozycjach zlatują teraz nie wiadomo kiedy. Dobry utwór, może szkoda jedynie że takim smuteczkiem wieńczy płytę.

Kurczę muszę przyznać że ta płyta jest wprost ZNAKOMITA. Tu naprawdę nie ma słabych momentów chyba, no ok, może lekko kciuk w bok poszedł na raptem jednym kawałku u mnie co jest świetnym wynikiem mimo wszystko jeśli reszta zawodników sprawdza się na szkolne czwórki i piątki. Bardzo podoba mi się produkcja, jest na wysokim poziomie, zaskoczyły mnie te nieco industrialowo-noirowe klimaty ale BARDZO mi smakowało. Raptem 10 utworów z czego 9 dłuższych i jeden najkrótszy na końcu który po odsłuchu pozostałych aż wydaje się ucieka w mgnieniu oka, wydawałoby się to odstraszające a jednak doskonale się sprawdziło, człowiek miał czas by się wkręcić naprawdę w te kawałki. Jest trochę klimatu "klasycznego" Gabriela, trochę tego nowszego ale wszystko bardzo się klei ze sobą, na pewno na laście będę serduszkował Darkness, Going Up i The Barry Williams Show bo to moje ULUBIENE, proszę jednak mieć na uwadze że reszta prawie w ogóle nie odstaje poziomem, po prostu prezentują ten bardziej liryczny melancholijny vibe (pardon, jeszcze dorzucam More Than This, wkręcił mi się któregoś dnia). Trochę mam vibe NIN, Recoil i ciut Karla Hyde'a, trochę szaroburo i ponuro jak okładka na której dopiero po dłuższym czasie zorientowałem się że w tle jest niewyraźna (znów, jak na Melt) gęba Gabriela a nie randomowe szarobure tło. Dobra kończę tę laurkę, myślę że to może być najwybitniejsza albumowa wrzuta naszego kolegi obok albo nawet przed no-man ale piszę to jeszcze na hajpie a czas pokaże jak będzie z powrotami (gdyż jak się okazało z czasem np. wcale jakoś nie ciągnie mnie do kolejnych odsłuchów XTC czy Fishmans). Hip hip, hurra, niechaj nam żyje!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18317
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 sty 2024 11:23

Peter Gabriel – Up

Jak zobaczyłem, co wrzucił Hien, to przyznam, że trochę kręciłem nosem. Nie żebym coś miał do pana Petera, ale dopiero co przerabialiśmy Melt, a tu już z marszu kolejny album Gabriela. Nie miałem chwilowo ochoty na podobne klimaty. Bałem się jakichś rockowych harców typu And Through the Wire. No ale stripped zwrócił mi uwagę, że między Melt a Up jest 22 lata różnicy i to już jednak zupełnie inna nuta. Dosyć szybko po raz pierwszy przesłuchałem Up (jeszcze zanim wjechała jakakolwiek recka Royksopp) i przekonałem się, że to rzeczywiście inny Gabriel. Tak się składa, że od Nowego Roku codziennie chodzę na długie piesze wycieczki za miasto, więc bardzo często podczas tych przechadzek towarzyszył mi właśnie Peter Gabriel. Zapewniłem mu więc do słuchania warunki najlepsze z możliwych. Hien wspominał o jeździe zimą po zmroku przez ośnieżone tatrzańskie lasy przy Up. U mnie są co prawda mazurskie lasy, ale gęstych iglastych, ośnieżonych drzew też nie brakuje. Czy to w dzień, czy po zmroku też się tu dobrze Up słuchało. Wczoraj szczególnie się skupiłem, oczyściłem głowę z wszelkich zbędnych myśli z pełnym zaangażowaniem wsłuchując się w każdy dźwięk. I usłyszałem więcej niż zwykle. No ale po kolei.
Darkness to bardzo dobry otwieracz. Choć pamiętam jak przy pierwszym odsłuchu aż się wzdrygnąłem, gdy po początkowych bardzo spokojnych momentach nagle uderzyła ta głośna ściana dźwięków. Trochę się skrzywiłem, bo po prostu nie byłem na to przygotowany. Potem jak już wiedziałem o co chodzi, to nie stanowiło to dla mnie problemu. A nawet poczytuję to za zaletę. Dzięki tym wybuchom utwór jest ciekawy. Lubię zmiany tempa, lubię gdy utwór na przemian jest to spokojny, to narowisty. Te spokojne momenty są urocze. Pianino ładnie pogrywa, szczególnie w drugiej części refrenu. Lubię takie pojedyncze, oszczędne uderzenia w klawisze. Ale te mocne fragmenty też są świetne. Ciężka perkusja, ostre syntezatory i smyki. Ten album kilka razy będzie proponował dzięki smyczkom filmowe klimaty, co mnie zawsze bardzo jara. Pisząc to po raz kolejny słucham Darkness i utwór ten jest znów piękniejszy niż ostatnio. A ostatnio, czyli wczoraj był piękniejszy niż przedwczoraj. Co przesłuch, to jest lepiej.
Growing Up zaczyna się znowu od smyków i pianina. Perkusja fajnie cyka. Gabriel wyśpiewuje ładną melodię. I wreszcie wchodzi bardzo dobry bit. Utwór robi się bardzo rytmiczny i nabiera dynamiki. Choć są momenty zwolnienia. I bardzo mi się ta zmiana tempa znowu podoba. Peter wyśpiewuje melodię, która jest dla niego tak bardzo charakterystyczna. Są fantastycznie brzmiące klawisze. Jest sporo innych różnych dźwięków. Krótko mówiąc dzieje się. Nie da się tutaj nudzić. Co chwilę słychać w słuchawkach nowe ciekawe dźwięki, zagrywki, motywy. I ten dźwięk, który nieco kojarzy mi się z dźwiękiem z Rush DM. Ten który choćby słychać w samej końcówce.
Wraz ze Sky Blue nieco zwalniamy i zaczyna się balladowy fragment albumu. Bardzo ładna spokojna piosenka w przyjemnej aranżacji. A te chórki zaczynające się w 5-ej minucie i trwające aż do końca kupiły mnie momentalnie.
No Way Out to chyba mój ulubieniec z albumu. Ten utwór nie robił na mnie aż takiego wrażenia, dopóki nie skupiłem się odpowiednio na warstwie dźwiękowej. Ile tam się dzieje pięknych rzeczy! Nie ma szans na choćby sekundę nudy. To co płynie ze słuchawek, to miód na serce. Mega ciekawie. Fantastyczna gitara, kontrabas, pianino, marakasy i wiele innych. Każdy instrument ma swoje miejsce. Genialne outro. Naprawdę klasowy i przemyślany numer.
I Grieve to ulubieniec Hiena. I mu się nie dziwię, bo to piękna ballada o przepysznym wręcz klimacie. Utwór emanuje po prostu jakąś niesamowitą magią. Ciężko to wyrazić słowami. To trzeba poczuć. Po 5-ciu minutach utwór jeszcze nabiera jakiegoś wigoru. Staje się żywszy, rytmiczny. A w końcówce znowu zwolnienie. Piękna rzecz.
Przy pierwszych taktach The Barry Williams Show mam wrażenie, jakby zaraz miało wjechać devotionalowe Mercy In You. To dzięki perkusji, która niezwykle mi się podoba. Dobry bas, melodyjny refren. W drugiej części ładne smyczki. Znowu ciekawie brzmiące outro.
My Head Sounds Like That z kolei brzmi dla mnie tak dosyć beatlesowo. Kolejna ładna ballada z pianinem i dęciakami w roli głównej. Chociaż mamy też krótki moment „wzmocnienia”. W tle znowu chyba słychać kontrabas.
More Than This to jeden z dynamiczniejszych utworów na płycie. Może kompozycja sama w sobie jest nieco mniej elektryzująca od pozostałych, ale warstwa dźwiękowa znowu powoduje, że nikt nie ma prawa narzekać. Na Up nie ma absolutnie słabych momentów. Ale jakbym już musiał wskazać utwór, który najmniej mnie jara, to byłby to właśnie ten.
Signal To Noise z kolei bardzo mnie jara. To kolejny mega elektryzujący utwór. Bo wjeżdżają za sprawą smyków moje ukochane filmowe klimaty. W ogóle przy okazji tego utworu walnęło mnie zdziwko. Na początku myślałem, że te orientalne zaśpiewy to sprawka Petera. Zaszalał chłop pomyślałem sobie. Dopiero gdy drugi raz przeczytałem opis Hiena, to zajarzyłem, że tam na feacie był pakistański śpiewak Nusrata Fateh Ali Khan. Utwór Signal To Noise jest kapitalny, ale te iście arabskie zaśpiewy rozbijają bank. Skojarzyło mi się to z wokalnymi wygibasami Diamandy Galas w Strange Hours. Ja takie występy zawsze kupuję. W ogóle zawsze podziwiam wykonawców, którzy potrafią sobie takie rzeczy wymyśleć i do swojej muzyki wpleść taki ciekawy i emocjonujący element. Posłuchałem Signal To Noise w wersji live i tam to już w ogóle jest odjazd. Myślę, że Signal To Noise ze swoją monumentalną długą symfoniczną końcówką to byłby idealny zamykacz albumu. Tymczasem mamy jeszcze najkrótszy na płycie The Drop. Sympatyczna miniaturka na pianino.
Podsumowując – album Up spodobał mi się od samego początku. Ale tak naprawdę z każdym kolejnym odsłuchem smakował coraz bardziej. Jak już oswoiłem się z tymi piosenkami, to mogłem wreszcie poświęcić całą uwagę na warstwę brzmieniową, która jest naprawdę ekscytująca. Bardzo cenię płyty, które oferują tak dużo do odkrycia. Które są tak bogate w różne brzmienia i zabiegi, że nie sposób się nudzić choćby przez chwilę. Hien pisał, że to jest Peter Gabriel dojrzały i ukształtowany. I tak rzeczywiście jest. Artysta dojrzały, doświadczony, wiedzący czego chce.
Na początku zauważyłem, że utwory z wyjątkiem zamykacza są dosyć długie. 6-7 minut to niby sporo, ale podczas słuchania w ogóle tej długości nie czuć.
Dziękuję Ci Hien za tak dojmujące przeżycie. Jestem pewien, że ten piękny album pozostanie ze mną już na zawsze.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24627
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 sty 2024 12:10

Cała przyjemność po mojej stronie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10307
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 sty 2024 19:35

Peter Gabriel - Up

Moje zdanie na temat dublowanej obecności danych projektów w bestkach jest powszechnie znane. Wiadomo, jeśli czemuś bliżej serduszka, to zgryzoty nie będzie. Gorzej w innych przypadkach. Floydów znam bardzo dobrze. W ciągu lat opinia może lekko ewoluować, ale już raczej bez rewolucji. W przypadku wykonawcy poznawanego na świeżo może być różnie. Melt weszło dość średnio, więc bez większych oczekiwań ruszyłem do Up. Pierwszy odsłuch jakoś poszedł, ale potem do samego końca były większe lub mniejsze męczarnie.

Darkness to dość drażniący opener. Leci na kontrastach, zapowiada dość liryczną płytę. Aranż całkiem ilustracyjny, nie za ciekawy. Hałas bez efektu wow. Po kolejnym odsłuchu Up okaże się, że dosłownie każdy element został dopieszczony, kogoś mi to przypomina z lat dziecinnych. IMO dbałość o pojedynczy zgrzyt i brzdęk to już nadgorliwość. Przeprodukowanie wliczone w koszta. Uczciwie trzeba przyznać, że płyta brzmi spójnie, tyle że to oznacza przeciągnięty o jakieś 20-25 minut pokaz bezradności. Wszystko utopiono w jednowymiarowym klimacie, tle i tematyce. Growing Up pozornie zwiastuje coś lepszego. Ładne zagrywki klawiszowe na dzień dobry, przypominają motyw z telewizyjnego kryminału. Bardziej dramatyczny wstęp, dość subtelny jak na standard płyty. Potem naprawdę dobrze brzmiąca elektronika, choć nie brakuje zbędnych śmieci (za dużo efektów, świstów, industrialnych dźwięków). Z czasem znów instrumental wyraźnie w tle, wokal zyskuje na znaczeniu. Numer nie może się skończyć sensownie. Starczyłoby po pięciu minutach.

Sky Blue, czyli coraz lepiej na poziomie intro. Ładne pady jakby Brian Eno, takie Mercy Street na nowe czasy. Wjeżdżające chórki zwiastują jednak kolejną przesadę i męczenie buły. Wejście perkusji ani mocne, ani balladowe, niby kawałek się rozwija, ale dalej stoi w miejscu. W dalszej części lepiej, z ducha bluesa w stylu subHuman (powinno być na odwrót). Przyjemne zakończenie. No Way Out - jak na ten moment absolutnie najsłabszy początek, zaczyna się powielanie nijakości, ale za to refren to pierwszy wyraźnie tak dobry pomysł i moment wokalny PG. Nie wiem po co to rozwlekać, klimatu nie ma za bardzo, wiadomo że jest lekko nerwowo, pesymistycznie. Przy takich brzmieniach to się niesamowicie rozpływa... a refren jest naprawdę dobry. Pomału godzę się z tym, że wszystkie utwory muszą mieć smętne intro i dodatkowo przekombinowane niby zakończenie. Po odbiciu się od Liquid zyskałem negatywną odporność na taką muzykę. I Grieve stanowi punkt kulminacyjny dla rosnącego napięcia od samego początku, Sensowna klamra dla pierwszej połówki. Niezły ambient na początku. Za płytą ciągnie się wrażenie jednego wielkiego soundtracku do filmu. Wreszcie bardziej płynny rozwój kawałka, najlepszy ze stawki, szczególnie w drugiej części konkretne melodie, konkretne gitary, najmniej charakterystycznego rozmemłania.

Numer sześć, czyli Jerry Springer Show. Bez kitu brzmi jak wzięty z repertuaru Bowiego. Niektóre zaśpiewy bardzo podobne. W końcu spod tego śmietnika wybija się wyraźnie bas. Lirycznie nie jest najbardziej przełomową opowieścią w historii, ale jako jedyny zainteresował mnie do zajrzenia do Geniusa. Daruję nawet smętne orkiestracje, co jest z nimi nie tak? W PG musiało być mnóstwo nieprzyjemnej energii do upuszczenia. Tak do 4 minuty byłoby idealnie. Końcówka to już typowe dla płyty efekciarskie, producenckie outro. Nuda. My Head Sounds Like That - do pewnego momentu sprawia wrażenie najbardziej kameralnego utworu, zwartego, stanowiącego pewien oddech od całej reszty, ale dołożenie ciężaru w czwartej minucie rozbija wszystko. Naprawdę trudno coś więcej powiedzieć. Szczególnie w tym miejscu bardzo często traciłem resztki nadziei na coś ciekawego. To jest do pewnego stopnia sztuka korzystać z tak wielu rozwiązań i zaproponować coś tak rozczarowującego.

More Than This, ale to nie Roxy Music i Ferry. Refren ma coś w sobie ze stylu U2, przede wszystkim za sprawą gitar. Cała reszta w zasadzie jak powyżej. Przeciętnie wychodzi tak różnorodnie brzmiąca perka, w której po prostu brakuje wyrazu, konkretu. Takie cyfrowe, zduszone patenty grane pod w pełni poważny patos, zadumę, refleksję wypadają źle, są już wręcz przestarzałe już. Obowiązkowo odkreślamy niemożność zakończenia utworu w konkretnym miejscu. Potem jedyne słuszne zakończenie, czyli Signal to Noise - za sprawą etnicznych wokali mam wrażenie ogrywania końcówki podobnie jak w przypadku Melt i Biko. Na koniec płyty z patosem i wyrzutem kolejna porcja mocnego patosu, łzawej ekspresji wokalnej. W ucho rzuca się niezły jest pseudo-break w refrenie. Orkiestracja też mi się podoba, cała reszta do chrzanu. W dalszej części występu Pana Khana zacząłem wywracać oczami. Brzeg już blisko... chociaż końcówka z rytualnymi bębnami i apokaliptycznymi smykami robi robotę, ale po godzinie tego samego idzie się zmęczyć. Drugi finał to idealne podsumowanie przekombinowanej płyty, nawet jeśli mamy do czynienia z ascetyczną balladą w porównaniu do reszty. Szkoda, że całość nie brzmiała tak oszczędnie, zwarto. W innych okolicznościach takich The Drop byłoby 10, a RKM po ponad tygodniu kontaktu wyszedłby z tej bitwy zwycięsko. Nie wierzę, że So też brzmi tak źle.

Produkcja zabiła jakiekolwiek ślady życia, to największy wróg wszystkich utworów. Tu nie ma żadnej dynamiki. Wokalnie bez zarzutu - po prostu poza pojedynczymi wspominkami równy poziom, bez ekstazy. Elektroniczne bity przy tak zamaszystych aranżach? Gwóźdź do trumny. Będę nad nią ciszej. I na tym zakończymy, jak to mawiał pewien bard w kapturze.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7379
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 sty 2024 13:55

Peter Gabriel - Up

No no no, muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem. Albo, w sumie... nie wiem, czego się spodziewałem xD Gabriela w takim wydaniu jeszcze nie słyszałem. Co o nim sądzę etc. to już pisałem przy okazji recki Melt (czy nawet samego utworowego Jeux Sans Frontiéres), więc skoncentruję się na wrażeniach muzycznych. A te są... cóż, konkretne. Ja mało wiem o Gabrielu, garstka hitów, dwie płyty (no, teraz już trzy, a nawet cztery) i muszę przyznać, że przy żadnej innej nie byłem tak blisko przekonania samego siebie, że warto będzie się zapoznać z całą resztą jego twórczości. Było nie było, ważny artysta, zawsze się gdzieś przewijał w tle innych ważnych dla mnie artystów, a ja kojarzyłem go raczej z czymś, co średnio będzie mi podchodzić. Przede wszystkim dlatego, że w czasie, w którym poznałem go nieco więcej, szukałem zdecydowanie bardziej manierycznej, ejtisowo-popowej muzyki, a do Gabriela trzeba dojrzeć. W domu nikt go nie słuchał (nikt go nie lubił), więc nie miał go mi kto sprzedać. I tak wicie rozumicie, rozeszło się po kościach. No, ale ad rem, bo znowu będę pier*olił bez sensu (z sensem tym bardziej nie będę).

Trochę beka, bo otwierające krążek Darkness niemal dosłownie rozpieprzyło mi bębenki. Coś mi się ostatnio dzieje ze słuchawkami bezprzewodowymi i przy pierwszych dźwiękach byłem pewien, że znów jest problem z transmisją i dlatego jest tak cicho. Wykręciłem na maksa w paręnaście sekund i nagle JEB, jak mnie nie zrzuciło z fotela, myślałem, że głowa mi wybuchła xD Ale to też można rozumieć metaforycznie, albowiem czegoś takiego się nie do końca spodziewałem. Zgodnie z tytułem numeru, Gabriel jest dark i wyprodukowany nieco na modłę ostatnich Numanów (ale robił to przed Numanem, no i robił to Gabriel, więc prejz się należy bezapelacyjnie, zwłaszcza, że Numan od dawna pożera własny ogon). Industrialowy sznyt industrialowym sznytem, jak wchodzi pianino i delikatniejszy wokal Petera to jest miód absolutny, ten kontrast brzmieniowy robi świetną robotę, wydobywa dla mnie głębię z tego kawałka. Otwieracz świetnie wybrany, odpalałem go poza całą resztą z 7-8 razy. Na szczęście potem robi się tylko lepiej. Growing Up daje mi feeling podobny do tego, który opisał Murzyn, a więc poznawszy Excitera byłem rozczarowany (po Ultrze nie było to trudne), że to nie jest więcej tego, co na Ultrze xD Gabriel idący w elektronikę wprost ociekającą rokiem 2002 (nie wiem, chyba nie tylko dla mnie masa numerów nagrywanych przez nawet odległych od takich rozwiązań wykonawców brzmiała bardzo podobnie do Growing Up). Bit buja, wokal fajnie dopasowny, no i właśnie ten feeling wczesnego XXI wieku w produkcji, mam nadzieję, że wiecie o czym mówię. Niby trwa to prawie 8 minut, ale wszystkie brejki, przejścia, mostki, etc. czynią ten utwór ciekawym i angażującym przez cały czas jego trwania. Dobre to. Chwilę potem klimat się zmienia na coś bardziej Gabriel-core, jeśli mogę to tak nazwać, pachnie mi zresztą trochę Sylvianem wymieszanym z Peterem Murphym (chodzi mi o jego fenomenalną Huuvolę, to może być skojarzenie z d00py, ale nie uradzę). Chórek wyśpiewujący z Gabrielem refren i parę innych segmentów czyni ten utwór pięknie przestrzennym. A już jak wchodzi na pełnej na sam koniec... Bardzo mi się podoba rzecz jasna pianino, ale też perka jest bardzo fajna, rozkładałem ją w głowie na każdy pojedynczy przyrząd. Przy tym numerze złapałem Hienowy feeling związany ze słuchaniem tej płyty w górach, ofc ośnieżonych (no, tak by było najlepiej), i właśnie jazdą z Cyrhli w stronę Kołobrzegu Południa, sam bym chętnie taką podróż znów odbył, z 15 lat nie byłem w tamtych okolicach (a ostatnio z pewnych powodów w ogóle nie mam ochoty tam jechać, WIEM, paradoks). No Way Out powraca trochę do klimatu otwieracza, ale tylko trochę. Ma dla mnie jakiś taki, hmmm, amerykański vibe, może przez gitarę, może przez perkę, a potem wjeżdżają słodkie dzwoneczki w stylu Chicago (które było, na marginesie, brytyjskim zespołem), trochę czuję tutaj REO Speedwagon, może ja to sobie wmawiam? Tak czy inaczej, zapowiadało się nieco mroczniej (ta gitara naprawdę czyni klimat, trochę duch Marca Morelanda tam wybrzmiewa), wyszło lżej, ale wciąż jest bardzo przyjemnie. Nie aż tak jak to, co dotychczas, still, zwłaszcza przez końcówkę, gdzie spodziewałem się już końca samego, a tu nagle mały berserk, choć skrupulatnie zaplanowany i poukładany (więc, no, mało berserk, ale lepsze słowo mi nie przyszło do głowy). W I Grieve najlepsze rzeczy dzieją się w tle, ta przytłumiona perka jest przecudowna, mógłbym wręcz słuchać tylko jej i by mi się to nie znudziło. Nie znaczy to oczywiście, że reszta instrumentarium jest niewarta uwagi, absolutnie. Faktycznie, jeśli wcześniej Gabriel się na Up ocierał o smuteczki, to tu wjeżdżają na pełnej. Jego wokal jest usypiający wręcz dopóki nie wjeżdża z niemalże krzykiem. Zrobiło się płaczliwie, ale też w stylu Gabriela, więc z odpowiednią klasą, że tak to ujmę. Do chwili, w której nastrój się zmienia właściwie całkowicie xD Tu muszę zaznaczyć, że ten twist mnie nieco zaskoczył i kilkakrotnie odpalając ten numer właściwie przerywałem go właśnie w okolicach 5-tej minuty, po prostu drugi segment mi trochę rujnował klimat. Nie jest zły ma się rozumieć, ale chyba po takim a nie innym wejściu w płytę potrzebowałem uronić łezkę xD Na chwilę jest potem powrót do "głównego nurtu", ale przemyka mi niezauważenie. A potem wchodzi The Barry Williams Show i jestem lekko skonfundowany xD Numer, który właściwie nie pasuje mi do reszty (so far) ani trochę, taki typowy singiel z płyty, która nie brzmi tak, jakby miała produkować single będące hitami. Na szczęście wciąż jest tam dużo Gabriela, moją uwagę z miejsca złapał tekst, który jest kapitalny (czekałem jednak na "except the Isle of Man" po wiadomym fragmencie). Na dokładkę dość odjechany klip z Chrisem McDonaldem, który jeszcze bardziej ciągnie rokiem 2002 niż produkcja całego krążka. Plus ja zupełnie nie wiedziałem, że taki image miał Gabriel w tamtym czasie, matriksowe wdzianko i ta dziwaczna bródka wzięły z zaskoczenia xD My Head Sounds Like That to z rzeczy solo nagranych przez Gabriela coś, co najbardziej zalatuje mi stylistyką brzmieniową Genesis z jego czasów. Nie mogę się zdecydować, czy lepsze tutaj pianino czy trąby (zwłaszcza pod sam koniec), klimat za to łączy w sobie trochę I Grieve i Darkness, tzn. w odniesieniu do tego konkretnego wydawnictwa. Jednocześnie brakuje mi jakiegoś podkreślenia w tym numerze, nie wiem, jakiś twist wokalny, mocniejszy refren... Nagłe uderzenie perkusji pod koniec nie jest tym. Źle nie jest, ale chyba nie tego oczekiwałem do końca. Nadchodzi More Than This i chyba mam trzeci ulubiony numer o tym tytule po Roxy Music i The Cure. Chyba najbardziej - poza Barrym Williamsem - typowo "piosenkowy" kawałek na krążku, w dodatku z tym refrenem potencjał na hit, i faktycznie czytam, że był to singiel. Słusznie, absolutnie słusznie. Gitara jest tutaj genialna, rozpływałem się w uszach, a to już o czymś świadczy (albo o niczym, bo i tak nikt się moją opinią nie przejmuje lol). Mój faworyt prócz tych już jak dotąd wymienionych. Signal to Noise narobił mi absurdalnych nadziei dość prostym skojarzeniem z utworem Simple Minds o podobnym tytule, jak lubię, ale okazał się być w sumie moim największym rozczarowaniem na płycie. Smyczki są świetnie zaaranżowane, bardzo filmowo, ale sposób śpiewu Gabriela w ogóle mi do nich nie pasuje. Ciekawie robi się dopiero przy okazji eksperymentów jego pakistańskiego współpracownika w samym środku, niemniej jednak w tym konkretnym momencie nie wajbuję z tym numerem w ogóle. Myślę, że w górach mogłoby kliknąć. No ale nie jestem w górach xD Odbiór ratują trochę metalowe wiadra w stylu EN na koniec (no i tam smyki robią to, co trzeba, żeby mnie wgnieść w fotel), wciąż na tle całej płyty jest troszkę gorzej. Cóż, nie można mieć wszystkiego. The Drop z kolei zamyka album w chyba najlepszy sposób, jaki możnaby sobie wyobrazić. Po tak mocnym i wręcz ekstatycznym zakończeniu poprzedniego kawałka przyda się moment oddechu. Gabriel nie daje zapomnieć o motywie przewodnim albumu (czy raczej motywach) i smuci, w dodatku momentami jego wokal brzmi jak trochę "połamany", zmęczony, jak gdyby pociągnął cały krążek za jednym zamachem. Osobiście uważam, że lepszego dopięcia nie mogło być. Bardzo mi się The Drop podoba, choć teraz jestem nieco zmasakrowany xD

Słowem podsumowania, ew. kilkoma, Up to bardzo dobra płyta i na pewno muszę jej dać pełną szansę wybrzmieć tak, jak należy w settingu zaproponowanym przez Hiena (który jest mi przecież znany, ale mnie tam towarzyszyli głównie Depeche Mode, New Order i Visage, dużo później Kraftwerk, Eno i a-ha). W sumie nie wiem, czy wolałbym rodziców puszczających w aucie podczas podróży Żara i Gabriela (Fleszara), czy to, czego słuchali moi, a więc składanki Zetki i Bracia Pierdolec. Na pewno "problemem" jest to, że wiele fajnych rzeczy poznaję z opóźnieniem. Z drugiej strony, czy wtedy by chwyciło? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, Jakub tempa nie zwalnia, po doskonałym Mansun jest równie dobry Gabriel, tak trzeba żyć, znaczy wrzucać. I słuchać!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24627
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 sty 2024 14:21

Ten twist w I Grieve ma swoją rolę. Utwór generalnie jest o, niespodzianka, żałobie. Oplakiwaniu zmarłej osoby, ale można to też odnieść do zakończonego związku, czy innego rodzaju utraty kogoś lub czegoś. Zmiana energii w muzyce oraz jej bardziej pozytywny ton, symbolizują to, o czym Gabryś śpiewa w tym fragmencie - life carries on, itd. Przychodzi w tym opłakiwaniu moment kiedy trzeba ruszyć do przodu. Samo zakończenie odbieram w ten sposób, że ostatecznie ten smutek w człowieku zawsze zostaje, nawet jeśli jest gdzieś w tle. Brzmi pretensjonalnie, ale jeśli zna się Petera Gabriela, gościa który nagrał piosenkę o tym, że idzie popływać w basenie, bo mu gorąco od słońca, to wie, że nie ma tu żadnego mądrowania się na siłę, jedynie szczere uczucia.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7379
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 21 sty 2024 15:39

Nie no, ja mu wierzę, ale to po prostu kwestia obioru komunikatu - life carries on, ale to nie musi znaczyć, że cokolwiek będzie lepiej. Jedna z większych bzdur w pop psychologii, na co jestem ostatnimi czasy bardzo wyczulony. Still, świetna płyta.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13789
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 sty 2024 12:35

11. dzień dzisiaj. Mentos i Melki proszeni na metę czem prędzej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24627
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 sty 2024 13:19

Mentos taki fan Gabriela niby xD Kolejny pozer.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6858
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 23 sty 2024 23:22

PETER GABRIEL - UP

O Piotrze Gabrielu już na łamach tej społeczności już nie tylko pisałem, ale pewnie i nawet wielokrotnie powtarzałem, co nie dziwnym, bo jestem człowiekiem, który generalnie nie ma za dużo ciekawego do powiedzenia. W każdym razie gwoli wstępu tylko przypomnę, że to jeden z moich sztandarowych wykonawców, których polubiłem w okolicach 30 roku życia. Może to kwestia tego, że dojrzałem, może coś we mnie się zmieniło, może to coś jeszcze, a może po prostu tak się złożyło, że jego trzeci album mocno mi zaskoczył w poprzednim roku i towarzyszył przez naprawdę długą jego część.

Jakiś starszy Pan mógłby w tym momencie żachnąć się i krzyknąć, że jak to tak można, że przecież sama trójka sugeruje istnienie minimum dwóch jeszcze album byłego wokalisty Genesis i co to ze mnie za byt ludzki, tudzież fan, że ich jeszcze nie znam. Welp, cóż... fanem jestem równie nieudolnym jak pozerem i jednak mimo wszystko część dyskografii nadrobiłem. Ale nie całą i tak się szczególnie zabawnie złożyło, że akurat jedyną poważną luką w znajomości był album Up.

Powiem bezpośrednio: jest to album bardzo dobry. Może to nie jest najoryginalniejsze stwierdzenie w historii stwierdzeń, ale trudno, nie zawsze można sprzedawać gorące tejki ani zaskakiwać nieszablonowymi opiniami. Generalnie jak już się tego Gabriela "kupi", to ciężko o jakieś rzeczy gorsze niż dobre w jego twórczości (do zanotowania: wrócić do OVO) i choćby z tego powodu cieszę się, że po ten album sięgam teraz, a nie np. na początku naszej zabawy, bo jeszcze wtedy mogłyby być CIĘŻARY.

Z selekcją ULUBIENYCH tradycyjnie miałem problem, bo tu faktycznie dostajemy - ach, niech żyje kreatywność - świetnych piosenek. Zacznę może nieco przewrotnie, od wyróżnienia THE BARRY WILLIAMS SHOW. Może jestem trochę łasy na kawałki typu komentarz społeczny, zwłaszcza ukierunkowany w stronę krytyki mediów, ale trudno - po tych kilku odsłuchach całości jest to mój faworyt. Krytykom, którzy zjechali go za niedopasowanie do płyty czy poziom ww. komentarza, mogę pokazać... nic nie pokazać, bo szkoda klawiatury (trochę mi psuje BTW) na zarzuty z tyłka. Świetna piosenka, dobra produkcja, gdzie faktycznie słyszę tu echa Bowiego, dużo ciekawych zabiegów i generalnie to ten no... SERDUSZKO.

Co jeszcze przyciągnęło moją uwagę mocniej? Dwa pierwsze kawałki. DARKNESS zaskakuje wręcz industrialnym wstępem, momentami mocno mi to zahacza wręcz o ówczesną inkarnację King Crimson. Jednocześnie w momentach, że tak to ujmę, "lirycznych" wraca stary, dobry Gabriel i też brzmi mocarnie. GROWING UP zaskakuje, zwłaszcza "tanecznymi" częściami. Fajno, że Peter zamiast być starym pierdzielem poszukiwał, starał się, eksperymentował. Cały czas gdzieś moje myśli krążą, że w sumie to trochę brzmi jak SOFAD, ale nie chcę być obrazoburczy (nie dziś) i nie chcę sugerować, że jak lepszy SOFAD. Po prostu jest dość podobne i tego się trzymam.

I GRIEVE jest dobre łamane na bardzo dobre, ale po tylu odsłuchach JESZCZE nie weszło na półkę moich ulubionych, ale jak najbardziej ma predyspozycje do tego, by tam trafić. Myślę, że nie opisałbym tego kawałka lepiej niż WRZUCAJĄCY ALBUM, bo tu faktycznie jest to wszystko, o czym była mowa - refreny, melodie i eksperymenty. Wyróżnię jeszcze MY HEAD SOUNDS LIKE THAT z kapitalnymi mocnymi częściami i równie mocną końcówką czy MORE THAN THIS, w której pobrzmiewają te neurotyczno-melancholijne echa Melt. NO WAY OUT to stary, dobry Gabriel i ma fajną codę. SIGNAL TO NOISE po prostu cenię, a THE DROP to bardzo RZETELNE zakończenie świetnego albumu.

Właściwie tylko SKY BLUE mi nie zaskoczyło - trochę te chórki zalatują mi Recoilem, a trochę to jest... no takie niby niezłe, ale jakoś bez rewelacji. Coś nie do końca zaskakuje, jedyny moment, który wywołał we mnie zobojętnienie. Ale to zaledwie mała łyżka miodu w dziegci beczek czy jakoś tak.

Chyba najbardziej podoba mi się to, o czym pisał Robert, bo mimo, że z jego opinią najmniej się zgadzam, tak najbardziej ją rozumiem. Też długo nie lubiłem brzmienia płyt Gabriela, uważałem je za muliste, przeprodukowane i męczącę. Ale pewnego dnia zaskoczyło i nie puszcza do tej pory. Nie wiem, może koledze się zmieni, może nie. Ja generalnie wrzucam tę płytę na półkę BARDZO FAJNE i zakładam, że zagości w moich głośnikach niejednokrotnie.

tl;dr DAJĘ OKEJKĘ
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
PACZKA
3/6
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24627
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 24 sty 2024 00:03

Elegancko. Zapraszam Melkiego, zapraszam gorąco.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 25 sty 2024 13:15

Peter Gabriel – Up

Spojrzenie na tracklistę tego albumu wprawia w lekkie zakłopotanie: same kawałki po 6-7-8 minut, długa płyta, raczej nie do słuchania w biegu (bo u mnie typowy bieg nie trwa 60-70 minut, ale 45). W dodatku nie przepadam raczej za wokalem Gabriela (ani Collinsa). Przeczytałem ostatnio jakiś artykuł, który nieco rozjaśnił mi tę kwestię: autor pisał, że to najbardziej męski wokal w muzyce (no, cóż, ja tego typu rzeczy raczej unikam, mnie to nigdy nie pasjonowało).

Ale może przejdźmy do samej muzyki. Zaczyna się od delikatnych stuknięć, które szybko przechodzą w kanonadę dźwięków rodem z Punished for Being Born czy innych syren czy trąb, po czym wchodzi delikatny śpiew Gabriela. I znów ta syrena. I śpiew. I syrena. Gwałtowne kontrasty. Myślę, że z energią koncertową mogłoby to zrobić dużo większe wrażenie. A potem się stopniowo wycisza, pozostaje taka aura, jak za oknem. Pochmurno, ale już spokojnie.
Growing Up zaczyna się od filmowych smyczków i keyboardów oraz niepokojącego, pulsującego rytmu. Potem wchodzi spokojny, ale chropowaty śpiew Gabriela. Generalnie przepływa to bez jakichś większych emocji, choć są momenty żywsze i spokojniejsze. Za długie to.
Początek Sky Blue brzmi niemal jak jakiś ambient z delikatnym rytmem, klawiszami, podniosłym śpiewem, dość ascetyczna muzyka, która nabiera nieco filmowego klimatu. Intensywność perkusji narasta, końcówka to długa, przeciągła wokaliza na tle pianina (one country, one country, one country od Midnight Oil mi się przypomniało).
Gitarowo zaczyna się No Way Out. Dużo pianina w tle, intensywny rytm, wolne tempo. Gabriel śpiewa w sposób najpierw spokojny, potem bardziej przejmujący, znów spokojny, jeszcze kanonada perkusyjna pod koniec, ale sam kawałek bez wyrazu, wymęczył mnie. I Grieve, ascetyczny kawałek z pulsującym rytmem w tle, rozwija się, kiedy wokalista wyśpiewuje tytuł. Spokojna, urokliwa pieśń. A potem ożywa i pojawia się niespotykany tu dotąd radosny vibe, dość skoczny rytm, pewna radość w muzyce. Chyba najmocniejszy punkt albumu.

The Barry Williams Show. Zgryźliwy kawałek o telewizyjnym show (czy mi się zdaje, czy niemal wszyscy ludzie z tego środowiska mają obsesję na punkcie tego typu zjawisk? Mnóstwo razy się z tym spotkałem; taki odpowiednik stereotypowych wujów gadających o polityce; ci gadają o tym, jak to nie znoszą telewizji). I wchodzi chyba najgorszy fragment płyty – refren z wyśpiewywanym tytułem, brzmi to niesamowicie zjadliwie aż do przesady. Oh, what a show! Brzmienie rzeczywiście całkiem udanie oddaje aurę takich programów.
My Head Sounds Like That to znów pianino, znów spokojny śpiew Gabriela, wolne tempo, trochę trudno mi te piosenki odróżnić. Zaczyna się to zlewać. A autor nie ma litości i wszystko maksymalnie wydłuża. W More Than This mamy do czynienia ze spokojną piosenką, beznamiętnymi zwrotkami i trochę żywszym refrenem, dość intensywnymi rytmami, całość w dość ciemnych barwach, jest ok. Około 4:30 piosenka (a może pieśń) przyspiesza, bit, efekty w tle, wokale (i dalsze wokale), końcówka okropna i mogłoby jej nie być. Signal To Noise generalnie umykał mi przy wcześniejszych odsłuchach. Spokojny kawałek o nieco filmowej aurze, przed trzecią minutą wchodzą bełkotliwe głosy, wybija się surowa perkusja, wszystko narasta w końcówce, rytm, robi się coraz bardziej jak w filmowym dramacie, momenty są, finał mocny, przejmujący i nie jest to tak nudne, jak na początku myślałem, w sumie kawałek zostawia dość mieszane uczucia. Na koniec trzyminutowy The Drop pozwala się w spokoju wyciszyć.

Ufff! Zmęczyła mnie ta płyta. Przede wszystkim jest za długa – kiedy nie czuje się vibe’u, to jest jednak dość poważną wadą. No i ten agresywny, męczący na dłuższą metę wokal. Dużo w nim maczyzmu. Ciężkie, przytłaczające brzmienie. I ta śmiertelna powaga w ponadgodzinnej dawce. Nawet, jeśli nie jest to zamierzone przez twórcę (a może nie być), to ja to tak odczuwam. Wygląda na to, że tutaj rozminęliśmy się z upodobaniami.

W tym wszystkim niewiele mam do samego Gabriela (człowiek się rodzi z takim głosem), całość jest dobrze zrealizowana, trudno o jakieś większe potknięcia. Ale jego koncepcje, a właściwie ich realizacja, to dla mnie inny świat. I nie jest to z mojej strony krytyka, raczej poczucie nieprzystawalności dwóch światów.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6858
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 sty 2024 13:20

bo u mnie typowy bieg nie trwa 60-70 minut, ale 45
To chyba w sekundach to podałeś, jeśli 6 minutowe utwory są dla ciebie za długie
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
PACZKA
3/6
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24627
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 sty 2024 13:41

Wokal Gabriela - maczyzm... mamy złote usta tego stulecia
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10307
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 sty 2024 14:27

Delikatnie mówiąc, dyskusyjna opinia i kategoria do oceny
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6858
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 sty 2024 14:29

No nie ukrywam że ten fragment mnie też zaintrygowal.
Kto to stwierdził i gdzie? Na podstawie jakich kryteriów? Czemu w ogóle brać na serio opinię jakiegoś randoma?
DEPESZWIZJA 118: edycja instrumentalna (bez ambientu)
PACZKA
3/6