Best of Forum V

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 lip 2024 19:47

Może to lepiej nawet
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lip 2024 20:28

Ja staram się nie zwracać uwagi, wtedy faktycznie lepiej wchodzi
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 lip 2024 20:32

Teksty są po to, żeby jednak wokalista miał co robić. :D
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 lip 2024 20:49

Mentos lubi bo słucha tylko z wacikami w uszach
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 lip 2024 21:49

Wujas wrócił z Afryki żeby męczyć dyskusje o Kaczmarskim, co tu się wyprawia
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lip 2024 22:01

kto to widział, by dyskutować na forum dyskusyjnym
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 lip 2024 22:06

O jakimś pajacu bez talentu? no niby można, ale po co
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 lip 2024 22:46

Okoliczny Element - To chyba nie tak

Murzyn nie daje za wygraną z polskimi gadaczami. Jeszcze dwa lata temu bym to w ciemno zmehał na czym świat stoi. Z urzędu jak to się mówi. No ale człowiek jednak nieco okrzepł, nieco zmienił poglądy. I te murzyńskie gadacze są naprawdę niczego sobie. Fajny podkład, dobra produkcja. Wiem, że w polskim hiphopowym kurwi.dołku jest sporo dziadostwa, ale akurat stripped wrzuca te dobre rzeczy.

HURTS - Better Than Love

O jakie miłe zaskoczenie. Znam ten zespół jedynie z tego ich największego hitu, który mi się w ogóle nie podobał. Tymczasem tutaj jest całkiem dobrze. Fajna kompozycja, bardzo dobry wokal. Nie jest to co prawda numer, który by mnie w jakiś sposób porwał jak jeden lub nawet dwa z następnych utworów tej kolejki, ale jednak jest spoko. Po prostu fajnie.

Tame Impala - Love/Paranoia

O i to jest numer, który mnie mocno chwycił. Nie wchodzę nawet w technikalia, bo utwór jako kompozycja mocno mnie jara. Piękne te melodie naprawdę. I super wokal. Piękna rzecz po prostu. Można by po prostu to zapętlić, położyć się na leżaczku w ogrodzie i słuchać bez końca.

Suzanne Vega – Pilgrimage

Kiedyś znałem Luka i Tom’s Diner. Potem przyzedł Mentos i zbombarował nas większą ilością VegI. Z albumem wciąż walczę, natomiast ten utwór kupiłem od pierwszego przesłuchu. Względem albumu Vegi mam póki co pewne obiekcje, natomiast tutaj jest naprawdę dobrze. Fajna i wyrazista kompozycja. Fajna aranżacja. O największych wadach Vegi napiszę przy okazji recenzowania albumu. Ale tutaj jestem na pewno na tak. Hien pisze o niepotrzebnych dublach nie potrafiąc nawet choć w przybliżeniu napisać poprawnie nazwiska Rodrigo. Szkoda, że nie chciało mu się chociaż sprawdzić tego w internecie. Ale mniejsza z tym. Utwór Pilgrime bardzo mi się podoba. Czuć tutaj ekscytację Mentosa tą wokalistką i to jest fajne. Nie patrz Mentos na marudzenie innych tylko pielęgnuj swoją sympatię do Vegi jak Ci ona tak pasuje.

Cheer-Accident – Where You Are

Po 100 kolejkach bestki każdemu uczestnikowi założyłem folder na Spotify i wrzuciłem tam jego najlepsze propozycje. Jonesa tam raczej nie było, czyli mi nie podpasował. Podobnie jak ta wrzutka. Nie jest oczywiście zła, jak sobie leci, to jest spoko. Ale za Chiny ludowe nie włączę tego z własnej woli. Nie ma tu nic, co by mnie potrafiło przytrzymać choć na chwilę. Czyli w sumie to nie jest złe, ale jednak postoję. Nie dałbym temu bandowi nawet 1-dniowej subskrypcji, a co dopiero rocznej. No ale to ja. Często bardzo lubię muzykę od Hiena, ale czasami jednak nie.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 lip 2024 23:21

razem z shodanem przywracamy tzw sedno sprawy

Okoliczny Element To chyba nie tak

Lepsze niż pierwsza propozycja z tercetu, gorsze niż Dinale. U Reno nie przeszkadzali i tak też dają radę całkiem godnie. Jeśli nie motywator to przynajmniej przekaźnik pewnego średnio strawnego nastroju okuratnie opisanego przez Jacka. Bicior na klasycznie. 2011 rok to ostatni wielki czas truskulozy, ale też solidnej chuyni w mainstreamie, więc na tle znacznie bardziej popularnej konkurencji jest super. Siadają mi rapy albo te stylowe albo z przekazem do utożsamienia. Zacząłem znowu oglądać filmy, chwilowe zanurzenie i pełnoprawne len... wakacje działają, choć to jakoś bardzo długo nie potrwa (ale faktycznie wracam do życia). Mimo to raczej podobają mi się te kulturowe nawiązania niż najszczersz przekaz. Nie ciągnie mnie do sprawdzenia całej płyty. Poziom bardzo godny, tyle wystarczy na ten moment.

Hurts Better Than Love

Well, ja nie mam problemu z telenowelowym aspektem opisów wrzutek. Sam się łapię na tym, tyle już rzuciłem, a mimo wszystko tak wiele pominąłem lub po prostu nie rzucam konkretami. Podstawowy element życia, no co zrobisz nic nie zrobisz. Hurts to tylko Wonderful Life i jeszcze jakiś drugi dobry singiel, ale nie sprawdzam i nie zdradzam, juh wie czy gdzieś nie wrzucę... Tego nie kojarzyłem. Na moje ignoranckie oczko to jak szybko błysnęli tak szybko zniknęli. Pomędrkuję - to trochę tutaj słychać. Całkiem solidna rzemieślnicza robota, tyle że błyskawicznie wylatuje z uszu. Zero faktycznie wyrazistych elementów. Na dłuższą metę bez produkcyjnych fajerwerków czy pójścia w eksperymenty czy po prostu coś konkretnego czar pryska. Zgodnie z popularnymi standardami w czasach premiery, a tak to raczej nic szczególnego. Szkoda, bo ten wokalista przys- Już wtedy dla szczyla jakim byłem kuriozalnie brzmiały porównania do Depeche Mode. Gdzie i niby jak to jest do nich podobne? Z drugiej strony takie porównania uskuteczniali pewnie sami fani DM nieustannie poszukujący dostatecznie trochę twórczego, trochę odtwórczego klona tego zespołu z lat największej popularności. No cóż, nie tutaj. Numer sam w sobie trochę synthpopowy, a trochę taki pop idealnie skrojony pod Eskę (radiową i TV) - z niczego dzieje się dużo i głośno. To ja już wolę bardziej obskurne wrzutki z tej kategorii. Albo te dwa lepsze numery Hurts (te dwa które znam).

Suzanne Vega Pilgrimage

Mam nadzieję, że na płycie której JESZCZE nie sprawdziłem będzie więcej tego typu eklektyzmu, klawiszologii i przyjemnych skojarzeń zamiast folk-acapella smęcenia huehue Aranż serowy, takie trochę starsze Tangerine Dream (czy wgl jakiś new age jak z soundtracku) niż wtedy i późniejsze King Crimson niż wtedy. Podoba mi się. Ładne kanciaste arpeggia, Vega brzmi mniej charakterystycznie w porównaniu do tych znanych kawałków. Mimo plastikowej perkusji to gitarowe (?) granie, a przede wszystkim plastyczny, głęboki bas pozwala płynąć z kawałkiem. Po paru odsłuchach nie wzbudza wielkich emocji. Prędzej skutecznie buja, robi dobrze człowiekowi w głowie. Jest dobrze. Wreszcie jakiś jej kawałek, o którym bez marudzenia i zagryzania zębów mogę powiedzieć, że się podoba.

Mama Gumbo Jambo Bwana

Muszę być małym niszczycielem dobrej zabawy. Zderzam się ze zbyt dużym dystansem kulturowym. Marakasy, hurra optymizm, hakuna matata. No ok, łatwiej byłoby z doświadczeniem bycia tam na miejscu, ale nigdy do takiego się nawet nie zbliżyłem. Z czasem działa trochę jak krajobraz filmowy. Muzyka z zupełnie innej bajki. W takie pozytywne stany wprowadzam się odmiennymi rytmami. Nie widzę jakiegoś sensownego zastosowania takiej muzyki. Mam nadzieję, że wykonujący ją autochtoni robią to faktycznie z pasji i serducha. Ja po Królu Lwie i Ulrichu Seidlu nawet na takie hakuna matata patrzę z przymuszoną wyrozumiałością i dziwną podejrzliwością. Nie wszystko umiem odebrać już tak beztrosko. Pani na tym nagraniu daje radę wokalnie, zespół też pewnie w swoim gatunku nie odwala popeliny. Czekam na kolejne wrzutki w innym stylu.

Cheer-Accident Where You Are

No i tutaj mijamy się, jak to śpiewała klasyczka. Jak do wielu progresywnych patentów jestem w stanie przywyknąć, tak pakowanie ich w trzyminutowe utwory to dla mnie odrobinę za dużo. Świetnie przemyślane, tutaj rytmicznie lekkie kombinacje, te klasycznie brzmiące chórki pod koniec, taki refren nie-refren... no za dużo, c'mon. Do tego w stylu, który częściej wciskam sobie na siłę niż mam na niego chrapkę. Tylko te fancy rozwiązania jakoś wyróżniają ten numer. Okładka sugeruje coś bardziej psychodelicznego, a kończy się dość zwyczajnie. Może to ten Jethro Tull sznyt tak działa przez wspomnienie xD albo cała drużyna miała podobne miłostki muzyczne. Przynajmniej współodczuwam bakcyla na blogspot czy inne spoty z niszową muzyką w stylu najbardziej pasującym danej osobie. Dobrze widzieć, że Ezhevika Fields dalej stoi - to jedno z moich źródeł wyjątkowych obskjurów progrockowych z najróżniejszych zakątów świata.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 lip 2024 12:49

Okoliczny Element - To chyba nie tak

Generalnie to chciałbym pochwalić i docenić koncept TRYPTYKU OPOLSKIEGO, bo ja bym w życiu na taki nie wpadł, a co dopiero zrealizował. Nigdy nie zastanawiałem się nad dalszymi losami kolektywu Dinal, tj. wiedziałem o karierze naukowej pana Wankza, bo to był tak losowy motyw, że ciężko było o tym nie wiedzieć, ale co do reszty to ten no, sami wiecie. Doceniam kontekst, bo (jak zapewne pamiętacie z mojego miliarda wpisów) też pamiętam lato doskonale 2011 (pierwsze spędzone jako pełnoletn) i też kojarzy mi się z wieloma rzeczami, ale na pewno nie z rozwiniętym rynkiem pracy. Niby jeździłem ze starym na FUCHY, by mieć za co pić piwo i colę w piwnicy, ale do dziś mam traumę jak przypomnę sobie te oferty za jakieś kwoty typu KILKASET złotych miesięcznie. Ja wiem, że wtedy wszystko było znacznie tańsze, ale nadal nie wiem jak wtedy ludzie żyli.
Dobra, ale sedno - kawałek, parafrazując refren, jest super i o nic mi nie cho. Fajna pętla, bardzo spoko tekst i w ogóle bardzo komfortowa muzyka to jest. W sensie taki muzyczny odpowiednik COMFORT SHOW, czyli coś, co można puścić sobie zawsze i wszędzie i będzie po prostu spoko. Murzyn ma rękę do wynajdowania takich rzeczy. Props.

BTW znowu kolejny rapowy kawałek z nawiązaniem do teleturnieju Miliard w Rozumie. Chyba zacznę je zbierać

PPS czemu nigdzie nie ma w internecie tekstu do tego utworu fr

HURTS - Better Than Love

A tu zaś z kontekstem nie będę się utożsamiać, bo złamane serca i miłostki to tematy, które ostatnimi czasy wcale mnie nie zadręczają ani nie interesują, przez co pominę tę kwestię. Zgodzę się jednak z PT Musiałem, że HURTS to taki zeitgeist tamtej epoki, produkt, który tak jak szybko, tak szybko zgasł. Lubiłem CUDOWNE ŻYCIE, też poznane z radia, pierwszy longplay polubiłem już zdecydowanie mniej, a jakiekolwiek zainteresowanie straciłem tym świątecznym singlu. No i co ja mogę tu napisać? No brzmi to jak produkt z radia z tamtej epoki - ani to jakieś szczególnie złe, ani to jakieś szczególnie dobre. Brzmi płasko, ale też nie jakoś bardzo irytująco czy źle. Niby jest tu chwytliwy hook czy coś, ale jakiś taki rozmyty. No ujdzie, posłuchałem se tego, było fajnie, ale raczej nie wrócę sam z siebie prędko.

Tame Impala - Love/Paranoia

Tak, też myślałem, że Kevin Parker to zespół. Nie no, z Tame Impalą to mam dość specyficzną relację, tj. nie umiem się do końca określić czy to jest spoko muzyka, która do mnie nie trafia, czy jednak faktycznie przereklamowany średniak. Zdaję sobie sprawę z tego, że te opinie się wykluczają, ale tak mam i tyle. Tak czy siak w praktyce, to jest to dla mnie ta muzyka, którą włącze sobiee raz na 3 lata i mi się podoba, ale nie robię tego częściej, bo po siusiak. W zasadzie to mam tylko jedno konkretne wspomnienie z tym zespołem - jak moja ex próbowała puszczać jakąś muzykę w domu rodzinnym i włączyła jakąs playlistę na yt, a tam poleciał ten kawałek, do którego powstał teledysk, gdzie była bardzo jednoznaczna i sugestywna scena z cheerleaderką i typem w stroju goryla. W przeciwieństwie do tej sceny w tym kontekście, ten kawałek jakoś mnie nie rozgrzał. Niby niezła piosenka, niby duch psychodelicznych beatelsów, niby bardzo fajnekwaśne brzmienie, w tle dużo niuansów itepede itede. No i ja to wszystko słyszę, szanuję i doceniam, ale POPRAWNE to maks, co mogę o tym powiedzieć. Chyba kiedyś trzeba będzie na tym zespołem Kevin Parker przysiąść, choćby po to, by wyklarować sobie jakieś jednoznaczne, nieschizofreniczne stanowisko.

Suzanne Vega - Pilgrimage

No fajne co nie hehe

Cheer-Accident – Where You Are

Lubię te historie Kuby o poznawaniu zespołów poprzez przeczytanie biografii brata kuzyna wokalisty siostry byłej typa, który pracował przy porcie Mortal Kombat na PSP w 2011 roku. W sensie też lubię od czasu siąść i zagłębić się w abstrakcyjne rejony internetu. Bo czasem warto, bo można poznać spoko rzeczy - jak na przykład tę wrzutę. Lizusostwo na bok, ale to jest po prostu FAJNE. No mogę napisać, że to jest sympatyczne, pozytywne, lekkie i dopisywać różne synonimy, ale chyba to się mija z celem. Słucham sobie tego, płynie sobie to lekko i miękko i jest w dechę. Nasuwa mi się na usta słowo SYMPATYCZNE, bo wszystko tu takie jest - gitarki, wokal typa, refreny i generalny vibe. Doceniam, szanuję.

Mama Gumbo - Jambo bwana

A co to za mambo jumbo hehe. Chciałem napisać, że tutaj wleciałaby sztandarowa gadka o tym, że to wrzuta niby nie dla mnie blablabla i że pewnie funkcjonuje spoko w odpowiednim kontekście blalbbla i skwitować to stwierdzeniem, że niby użyłem swojej klawiatury setki tysięcy razy do pisania podobnych frazesów, ale nie mogę. To byłaby bowiem nieprawda, gdyż dziś rano moja stara klawiatura wyzionęła ducha i musiałem wyciągnąć z szafy inną, równie starą, której pochodzenia sam nie jestem pewien. Ledwo działa, jest sfatygowana, chodzi bardzo ciężko i nie ma klawisza F1, ale jednak działa. Zupełnie jak ja!
To chyba powinno mnie napawać optymizmem, tak samo jak ta wrzuta czy coś. Może jak kiedyś będzie mnie stać na wczasy na Zanzibarze, to faktycznie będę pod to tańczył z tubylcami. Zobaczymy. Na razie tylko mam nadzieję, że Wuja dobrze się bawił na urlopie.

Kolejeczka z gatunku takich se o, ale są dwie rzeczy, które mnie serio zaintrygowały i jedna do przypomnienia se kiedyś tam. Także ten, także o. Liczę na to, że domykająca bestkę nr 5 kolejka będzie jednak bardziej dopierdzielona
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 lip 2024 14:13

I skąd ja wiedziałem że na mentosa mogę liczyć w tym przypadku heh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 lip 2024 10:49

Tears for Fears – Elemental

Gdzieś już tam pisałem o tym jak to się u mnie zaczęło z Tears for Fears, albo przy mojej wrzucie albumowej, albo przy okazji „Shout”. Przypominając, największa faza przypadła na lato 2008 r. Wtedy wałkowane były głównie najbardziej znane albumy Tears for Fears, czyli pierwsze trzy – The Hurting, Big Chair i The Seeds of Love + wydane po tym ostatnim greatest hits - Tears Roll Down. W tym momencie dla większości metnosów kończy się potrzeba poszerzania wiedzy na temat zespołu, ale ja oczywiście poszedłem o odpowiednią ilość kroków dalej. Po 92 roku, czekały na tamtym etapie trzy kolejne płyty – Elemental, Raoul and the Kings of Spain oraz Everybody Love Happy Endings. Ta ostatnia stanęła ością w gardle wielu fanom hitów TFF, bo brzmiała jak The Beatles, ale przynajmniej miała Curta Smitha. Dwie wcześniejsze były nagrane bez niego, czyniąc je de facto solówkami Rolanda Orzabala. Nie byłem jakimś składowym purystą, więc nie podchodziłem do tych albumów z uprzedzeniami, i bardzo dobrze, bo są naprawdę dobre, zwłaszcza „Raoul”. Z „Elemental” wyszło kilka singli, z których jeden „Break It Down Again” był sporym hitem (mnie się średnio podoba). Na mnie zaś największe wrażenie zrobił utwór tytułowy i tak zostało, chociaż z początku pomyślałem sobie, co to jest za zoo? Ale jak weszła gitara to już byłem kupiony kompletnie. Kawałek ma wszystko to za co kocham Tears for Fears - świetny klimat, melodie, brzmienie oraz TEN wokal Rolanda. O ile nie jest to LATO 2008 (TM), to nadal wspomnienia mam bardzo letnie, w związku z tym kawałkiem.

https://youtu.be/bR_tZoAkuZI
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 lip 2024 10:51

UWAGA, ZNOWU ROBIĘ ZA POŚREDNIKA, ALE TAKA MOJA ROBOTA, TYM RAZEM DEWOTJONAL:

Sin Cos Tan - Love Sees No Colour (2014)


Dostaliście już drugi album Sin Cos Tan w albumowej (Afterlife, przypomnę), czas na kawałek z trzeciego albumu. Prawdę mówiąc przeżywałem tutaj pewien dylemat, albowiem zastanawiałem się dłuższą chwilę, czy nie zapodać jednak numeru z ich najświeższej płyty (Living in Fear, 2022), który pasowałby tytułem. Do czego by pasował? Ano być może zauważyliście, iż jest to już trzeci kawałek ze słowem "love" w tytule z rzędu. Nie, nie jest to związanie z moim ostatnim heartbreakiem, jest to klamra odnosząca się do początku tej rundy, gdzie również 3 kolejne numery (2, 3 i 4) miały "love" w tytule. Więc, ot, taki zabieg.

Czym, a raczej kim są Sin Cos Tan to już wiecie. Na wokalach Paalosmaa, na wszystkim innym Hulkkonen. Jak ich poznałem też już wiecie, więc ograniczę się do krótkiego opisu numeru. Generalnie jak debiut Sin Cos Tan poznałem na początku marca 2015 (podobnie ich drugi album), tak po trzeci (Blown Away, z którego pochodzi moja wrzutka) sięgnąłem dopiero w kwietniu tamtego roku. Przez co najbardziej kojarzy mi się z wiosną, ale Love Sees No Colour ciągnęło się za mną aż do późnego lata i momentu mojego zamieszkania na warszawskim Rembertowie (gdzie, po dłuższej przerwie, znów mieszkam). Pamiętam, że był skwar. Okrutny skwar, lipiec 2015 był gorący jak wszyscy diabli. I teraz jest dokładnie tak samo xD

Kiedy nie ma czym oddychać, lato zrobiło się pod wieloma względami tak samo podłe, jakim było dla mnie te 9 lat temu (aczkolwiek chwilę później nastąpił cokolwiek interesujący plot twist), zaś świat zmierza ku jakiejś wysublimowanej zagładzie (kryzys klimatyczny, wojna na Wschodzie, Shodan - AI - robiący piosenki o Shodanie), zamknijmy oczy i przenieśmy się do równie gorącej, ale jednak przyjemniejszej Ameryki Południowej. Problem z tym numerem... nie no, nie ma żadnego problemu. Ale tbh warto posłuchać całej płyty, jest nieco bardziej popowa od poprzedniczki, i została nagrana jako concept album.

Oś historii opowiada o białym Amerykaninie w średnim wieku (w sensie obywatelu USA), któremu rozleciało się małżeństwo i ten postanawia wynieść się gdzieś na południową część kontynentu i związać się z... przemysłem narkotykowym (zaczynając od imprez na szmuglowaniu kończąc, po drodze uzależnienie). Muszę przyznać, że jak bardzo cheesy by to nie brzmiało, tak koncept na ten, well (studnia), koncept się udał. Płyta trzyma się kupy stylistycznie, teksty są spoko - na tyle, na ile jestem w stanie je odcyfrować ze śpiewu Paalosmy(y), albowiem nigdzie w necie ich nie znajdziecie (lol). Mój stosunek zaś do tej piosenki, no co mogę powiedzieć, dalej trochę smutek, ale "worries are out the door" i w ogóle, pozdrawiam (chyba) z Bałkanów, dragów tu jak na lekarstwo, ale może zacznę szmuglować papierosy, nie wiem. Każdy ma taką Amerykę Południową, na jaką zasługuje (względnie taką, na jaką go stać).

Tak czy inaczej - LETNIACZEK DO KUR*Y NĘDZY!!!

https://youtu.be/aD3vDKi_rbE?si=SfaddwoZkOBApprs
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 lip 2024 21:28

Van Der Graaf Generator - After The Flood
(1970)

Nadszedł jednak w końcu i dla mnie taki moment bestki kiedy wrzucam rzeczy poznawane w trakcie jej trwania, mało tego - poznawane naprawdę na bieżąco bo utwór ten znam zaledwie od... tygodnia. A cała ta historia swój początek miała w środę 10 lipca, kiedy to z poczuciem beznadziei siedziałem nad kolejnym odsłuchem Pawn Hearts grupy VDGG. Wiedziałem już że nic z tej relacji nie wyjdzie bo nie iskrzyło między nami od początku, niemniej wiedziony jakimś przeczuciem i zachęcony przez sugestię Spotify i przyjemną dla oka okładkę zdecydowałem się odpalić inny album tej grupy czyli The Least We Can Do Is Wave At Each Other. Album otwiera znany Wam już z depeszwizji utwór Darkness (11/11) i co tu dużo mówić - kawałek ten naprawdę wymiótł mnie z fotela już za pierwszym razem. Później poleciały jeszcze chyba ze dwa numery może ale nie poczułem potrzeby wgryzać się w album, byłem ukontenowany odkryciem świetnego otwieracza tej płyty i niewykluczone że historia mogłaby się w tym miejscu zakończyć. Ale stało się inaczej...

Podjarany tym numerem (który to planowałem właśnie wrzucić do bestki w tej kolejce) wysłałem go mojej kumpeli która lubi różne stare brytyjskie kapele na co ona spontanicznie stwierdziła że skoro mi się tak podoba to zamawia mi ten album bo szukała właśnie zaległego prezentu dla mnie na urodziny. Nie byłem w sumie pewien czy z tej mąki będzie chleb ale nawet dla jednego ulubionego kawałka fajnie byłoby mieć album a ten dotarł do mnie w sobotę przed tygodniem. Odpaliłem płytę w domu i... okazało się że jest naprawdę spoko. Słuchałem go dość często przez tamten weekend i pomimo tego że są tam w środku momenty które leżą mi mniej to płyta ta ma jeden świetny myk w sobie - otwiera się zajebistym Darkness (11/11) które z miejsca wciąga słuchacza i kończy się z przytupem, równie epickim utworem After The Flood, dzięki takiemu ułożeniu tracklisty chętnie słucha się płyty w całości a po odsłuchu człowiek nawet nie myśli o tym co mu w niej nie pasowało. Swoją drogą przez chwilę nawet miałem taką koncepcję żeby zrecenzować ten album niejako zamiast Pawn Hearts, powiedzmy w ramach zadośćuczynienia Dragonowi ale ostatecznie uznałem że byłoby to naginanie ustalonych zasad i precedens który z czasem mógłby znacznie wypaczyć zabawę.

No ale, nie o samym albumie przyszło mi tu dziś pisać a o konkretnej wrzutce utworowej a tu - choć jak mówiłem miałem pierwotnie inne plany - ostatecznie postawiłem na zamykający album After The Flood. Dlaczego? Po pierwsze dlatego że w ostatniej chwili zdecydowałem że do depeszwizji jednak wrzucę Darkness (11/11) uznając go za bardziej przystępny ergo mogący zebrać tam więcej punktów a skoro oba numery lubię równie mocno i znam je równie krótko to nie będzie miało wielkiego znaczenia który trafi gdzie, i tak chciałem sprzedać Wam je oba. After The Flood to dłuższy numer, już taka trochę progowa kobyłka ale wciąż w granicach które są akceptowane przez przeciętnego Murzyna, nie jest to coś rozmiarów suity o latarnikach z Dragonowej płyty. Jest to utwór o tematyce apokaliptycznej, opowiadający o wielkiej powodzi wywołanej przez topniejące bieguny która zalewa miasta i porywa ludzi tym samym siejąc TOTALNĄ ZAGŁADĘ. Nieprzypadkowo podkreśliłem te słowa gdyż równie mocno są one zaakcentowane w tekście a właściwie w wokalu Petera Hammilla poddanym obróbce efektom zniekształcenia i tremolo. Podoba mi się budowa tego numeru ogólnie, bo choć zaczyna się powiedzmy niepozornie, standardowo dla mnie jak różne progi nieco chaotycznie to z czasem zaczyna układać się z coraz sensowniejszą kompozycję w której chwile intensywniejsze mieszają się z momentami wyciszenia. Moja ulubiona zmiana klimatu to ta w 7 minucie utworu kiedy po szalonym instrumentalnym naparzaniu - ze świetną perkusją notabene - wchodzi delikatny fragment na gitarę akustyczną, to stanowi taką ulgę że przez parę sekund mam wrażenie jakby to wjeżdżał tytułowy numer z "Wish You Were Here" Pink Floyd, a przecież to wyszło parę lat później. Ogólnie jest to numer który zaczyna się powiedzmy OK ale z biegiem trwania robi się lepszy i lepszy i pozostawia mnie zawsze z efektem WOW po odsłuchu.

Napociłem ścianę tekstu więc więcej nie będę skrobał, cytując klasyka bierzcie i słuchacie tego!

https://youtu.be/rsk0zqUTNv8?si=p5SXla4XH3emzLYb
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 lip 2024 19:52

Frank Ocean – Pyramids (2012)

Pięć miesięcy temu na naszym forum pojawiła się Livv. To wydarzenie zaowocowało tym, że sprzedała mi trochę dobrej muzyki, której wcześniej nie znałem. Niniejszym więc otwieram uroczyście muzyczną szufladę z napisem „Muzyka od Livv”.
Zaczniemy od Franka Oceana. To nazwisko kojarzyłem już wcześniej, ale szczerze mówiąc kompletnie nie wiedziałem jaką muzykę wykonuje. I kiedy Livv poleciła mi album „Blonde”, to właściwie od razu zatrybiło. Spodobała mi się ta muzyka i wokal Franka. Niedługo potem zabrałem się za „channel ORANGE”, wcześniejszy album z 2012 roku. Okazało się, że ten album jest jeszcze lepszy. A już kompletnie ogłupiałem na punkcie „Pyramids”. To dosyć długi, bo prawie 10-minutowy utwór zbudowany jakby z dwóch segmentów. Pierwszy dynamiczniejszy, drugi wolniejszy, powiedziałbym dostojny. Kompozycja wysokich lotów, świetne brzmienie i dobry wokal. Jest wszystko co trzeba.
Do wyżej wymienionej szuflady jeszcze nie raz wrócimy.

https://www.youtube.com/watch?v=dMV31MWIjLE
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 23 lip 2024 20:30

Dobra, Vega numer dwa się wam podobała, a to chyba spoko. Co prawda NAPRAWDĘ docenił ją tylko jeden z was, i to przed tym nim wrzuciłem tu ten kawałek, ale dobre i względnie pozytywne słowa od reszty, nawet jeśli mam wrażenie, że ęść z nich to kurtuazja. No cóż, na razie nie będę jej dublować, a w międzyczasie wrzucam PT Gremium....

Dinal - Zostawiłem Swój Portfel Na Malince

Improwizowanie swoich wrzut w tej zabawie ma swoje mocne strony, które może i istnieją, ale ma też i słabe. Jedną z nich jest to, że łapią czasem człowieka takie momenty, że przez dłuższy czas zupełnie nie wie co wybrać i co wrzucić, by potem ostatecznie wpaść na kilka pomysłów jednocześnie i nie wiedzieć, co wybrać.

Tak, tak było w tym przypadku i nie chcecie wiedzieć jakie alternatywy rozważałem względej tej wrzuty. To znaczy no, o jednej się dowiecie, ale nie chcę uprzedzać faktów…

W każdym razie nie, jeszcze nie macie spokoju od opolskiego hiphopu, a przynajmniej nie macie go w tej kolejce. Tak się składa, że Dinali znam… no nie, nie mogę napisać, że dłużej niż Murzyna, bo technicznie rzecz biorąc znam ich krócej niż jestem na tym forum, ale powiedzmy, że usłyszałem o tym projekcie parę lat przed edycją tej bestki.

Uściślając, miało to miejsce latem 2015 roku. To było jedno z tych wakacji, o których zwykłem mawiać, że nigdy nie będzie takiego lata jak tamto. Człowiek nie był jeszcze zramolałym zgredem, ale nie był już skrajnie infantylnym ignoratem (trochę taki byłem, ale też bez przesady), nie ciążyły nade mną żadne ograniczenia wynikające z nieletności/bycia młodym, przy jednoczesnym braku odpowiedzialności wynikającej z prowadzenia tzw. Dorosłego życia, miałem całkiem zbilansowane i udane życie towarzyskie (skutecznie łączone z piwniczenie), zdałem semestr na studiach bez żadnej poprawki w czerwcu, a Lewy strzelał 5 goli i kadra grała jak prawie nigdy w moim życiu.

No i gdzieś w tle do tego pozytywnego i radosnego pejzażyku przygrywał mi polski hip-hop - Jurgen Kaczówka z Depeszwizji, Eis, Smarki i był w tym gronie też Dinal. Rzadziej niż reszta, ale jednak.

No i co ja tu mogę o nim napisać, czego nie napisał Murzyn? Nie wiem, pewnie nic. W każdym razie świetne bity, bezpretensjonalna nawijka i w ogóle jakieś takie to wszystko fajne, na luzie i z polotem. W dodatku Murzyn mi napisał, że to nawiązanie do jego ukochanych TRAJBÓW, a jak ktoś do nich nawiązuje, to tego i ja szanuję, bo to świetna muzyka i KROPKA. W każdym razie gdy słyszę Pana Wankza, to żałuję, że nie skończyłem tej socjologii.

Ale nie żałuję że wybrałem ten kawałek. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=cQRMyD6DTdI
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 24 lip 2024 01:45

Arachnoid - Le chamadère (1979)

Kiedyś przeczytałem o tej płycie, że to trochę jakby do progrockowego zespołu dołączył Jean-Michel Jarre. Może i miałoby to sens, gdyby nie preferencje Mistrza - skłonność do grania muzyki łatwej, bardziej przyswajalnej. Ma to więcej sensu, gdy skupimy się na samym wrażeniu, brzmieniu zespołu opartego na klawiszach. Jednocześnie nie wypadają wieśniacko lub źle pompatycznie. Prędzej to taki udany, efektowny teatr na poważnie niż dający się odbierać z dystansem melodramatyczny z MOCARNYMI leadami syntezatorowymi.

Kolejna piękna pamiątka z czasów progerskiej wczuty. Szkoda, że wyszedł tylko jeden placek i to pod koniec żywota Arachnoid. Biorę w ciemno bez popitki. Kreatywne, plastyczne granie bez nudzenia. Ekspresyjny wokal nie przeszkadza, jest dawkowany odpowiednio rzadko. Szczególną miłością pałam do strony A, czyli pierwszej trójki. Wrzucany utwór zaczyna całą historię. Albo kliknie albo nie, krótka piłka z mojej strony. Przez niecałe 14 minut pływamy w dość tajemniczej przestrzeni. Z mroku przejdziemy w chaos, może nawet jakieś większe emocje. Punkt kulminacyjny jest dość szybko, ale kolejne instrumentalne części nie są wcale zapychaczem czy siłowym przedłużeniem płyty, co to to nie. Najbardziej lubię ten dość nieśmiały początek i przyjemne pasaże w drugiej części oraz na sam koniec. Po raz kolejny wyłapiecie mój ulubiony instrument: przypominajka, że charakteryzuje go możliwość wydobycia trzech różnych typów brzmień. Trochę baśniowo, to też przez liryczną francuszczyznę.

Un, deux, trois, quatre. Po latach dalej ich lubię, świetna muzyka. Wcale nie trzeba poszukiwać znaczeń, by móc słuchać ich z satysfakcją, choć może wreszcie powinienem to sprawdzić z czystej uczciwości...

https://www.youtube.com/watch?v=zGM9JhHeYZo
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 lip 2024 05:50

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lip 2024 10:37

Co tu taka cisza...

To może hmmm...

https://youtube.com/clip/UgkxOJyWvF9Wgx ... J-EPxEGw1b


Jedziemy.

Tears for Fears - Elemental

Kuba powraca w trybie tego ziomka co słucha te płyty których większość już nie sprawdzała nawet i po raz kolejny - jak w przypadku Kate Bush - wygrzebuje całkiem dobry kawałek. Ten numer w ogóle jest całkiem groovy ale jest to jednak trochę zepchnięte na dalszy plan, ale kiedy wchodzą uUuUuUuUu chórki to brzmi to trochę jak jakieś U2 z Achtung Baby. Poza tym mamy po prostu fajny numer Tears for Fears tylko w najntisowej formie, jest ten taki porywający hymnowy hook który robi dobry przebój. Ogólnie to nie czuję braku drugiego Pana bo chyba jednak kojarzę ich z wokalem Rolanda.

Sin Cos Tan - Love Sees No Color

Nasz kolega który udał się w bułgarski pościg konsekwentnie trzyma się swojej synthpopowej konwencji wrzutkowej. O ile stare hity z lat 80. jeszcze zniosę o tyle większy problem mam z tymi nowszymi produkcjami naśladującymi odrobinę ten klimat. Płyta Sin Cos Tan była dla mnie, ot - słaba - i tu w tym numerze nie wyczuwam też jakiejś iskry bożej która wzniosłaby go ponad jakąś rzetelność. Miałem powiedzieć coś w stylu że kolega nie dowiózł ale dowiózł jak najbardziej tylko nie dla mnie po prostu, to jeden z tych momentów kiedy stoimy na przeciwnych biegunach i szukamy czego innego w muzyce.

Frank Ocean - Pyramids

Pamiętam ten czas na początku poprzedniej dekady kiedy w muzyce r&b zaczęło wiać świeżością za sprawą tych wszystkich artystów określanych jako alt-r&b łączących tą czarną muzykę z elektroniką, klimatami lo-fi albo synthpopowymi, przesterowanymi gitarami i wokalami czasami i przeróżnymi nietuzinkowymi sztuczkami dotąd rzadko w niej spotykanymi. Frank Ocean był jedną ze sztandarowych twarzy tego nurtu w który ja w sumie nigdy wielce się nie wgryzłem. Z jednej strony miało to wszystko fajne świeże brzmienie a jednak mam wrażenie że ta muza - jak to często bywa z trendami związanymi z elektroniką - zestarzała się równie szybko co wzbiła na wyżyny. Od jakiegoś czasu słucham coraz mniej r&b a jeśli już to bliżej mi do klimatów neo-soulowych jednak. Ten przydługaśny kawalek wrzucony przez Wujasa zaczyna się dość bujająco z fajną gitarą by potem przejść w takie neonowe synthy które średnio mi leżą. I tak sobie leci i w sumie nic mnie w nim nie rusza aż w połowie zmienia klimat i tempo trochę i robi się takie slow-mo zmysłowe r&b które brzmi dużo fajniej jednak. To kojarzy mi się z dobrymi pościelowymi numerami r&b z lat 90. Myślę że byłoby lepiej gdyby to rozbić na dwa numery, tak wychodzi chyba trochę przerost formy nad treścią bo podejrzewam nie będzie mi się chciało wracać do niego by posłuchać go od połowy.

Dinal - Zostawiłem mój portfel na Malince

Chyba dobrze wyszło że wrzuciłem tych Dinali tym łatwiej było mentosowi pociągnąć tę nitkę. Dobór kawałka znakomity gdyż sam rozważałem go przed wrzuceniem ich numeru, ale "W strefie jarania i w strefie rymowania" to już taki album z którego w ciemno można wyciągać perły by nie rzec ZŁOTO jak mawia pewien nasz kolega. Fajnie że wpadł właśnie ten bo jest to najczytelniejsze nawiązanie do A Tribe Called Quest właśnie i ich kawałka "I Left My Wallet In El Segundo" (z debiutu, chyba moja ulubiona ich pozycja na lato, polecam). Jest tu świetny, dojebany, klasycznie brzmiący BICIOR no i luzacka nawijka którą już mieliście okazję poznać. Jeśli ktoś (poza Dragonem który już temat wciągnął nosem) jeszcze się waha czy warto dać tej płycie szansę no to może wrzuta mentosa będzie odpowiednim impulsem do tego kroku. A jak nie to niech czeka na dalsze odcinki tego serialu bo nie ma bata bym jeszcze nie wrócił z tym tematem.

Arachnoid - Le chamadière

Pomyślałem sobie że to będzie długa kolejka skoro poza mną również Dragon dojechał z progową kobyłką (a i numer Wujasa nie był krótki acz nieskomplikowany), ale nie wiem jak Wam mi tam czas się wcale nie dłużył. Numer jest kapitalny i nie ja jego ale on mnie wciągnął nosem, zajebiście urzekła mnie ta przesterowana gitara i te syntezatory. Numer operuje między supsensem jakiegoś thrillera noir a chwilami szaleństwa, przyznam że początkowo miałem zgryz z tymi ekspresyjnymi okrzykami po francusku ale ostatecznie czuję że proporcje zostały rigczowo zachowane w tym numerze, jest równowaga mocy w galaktyce, jest git. Podobają mi się bardzo takie momenty jak w 5 minucie kiedy niby mamy wyciszenie a widzimy że numer się skrada i rozpędza by przyatakować tym francuskim szaleństwem. To wszystko jest po prostu k*rewsko przepiękne, co tu dużo mówić - c'est phénoménal! Odkrycie kolejki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 lip 2024 19:44

Tears For Fears Elemental

Jakoś tak bardzo nie odbiega od ejtisowego stylu, przynajmniej z tych najpopularniejszych płyt. Może tylko sekcja rytmiczna trochę przypomina jakieś trip hopowe zakusy, no ale koniec końców zostajemy przy rockowym pazurze. Niezłe. Brzmi mało charakterystycznie (poza wokalem oczywiście), choć też specjalnie nie drażni. Znowu to nieuchwytne amerykańskie wrażenie dzięki gitarom. Gorzej np. z wieśniackimi chórkami. Sympatyczny wypełniacz radiowej radiówki o zbliżonej porze, w której opublikuję swoje notki.

Sin Cos Tan Love Sees No Colour

Nie pamiętam już co pisałem przy okazji Afterlife, ale w tym przypadku skojarzenie z Junior Boysami udziela się jeszcze wyraźniej. Nie wiem jak z konceptami przy tak lekkiej, przebojowej i średnio skłaniającej do refleksji zawartości muzycznej... może ten działa, kto wie? Na pewno Dev skutecznie zachęca do sprawdzenia. Nie ma wstydu, to naprawdę elegancko skrojona muzyka. Electropopowy standard z nutką melancholii i atmosfery godnej drinka pitego pod wczesny wieczór w dobrą pogodę. Gdyby nie gitary to naprawdę śmiało można pomylić z JB. Dość surowa i jednocześnie bujająca pętla, taki trochę refleksyjny/ekspresyjny wokal, całkiem wyraźne melodie. Ten odcinek musiałowego frontu muzycznego szczerze lubię.

PS Tekst się wyświetla na Spotifaju hihhi

VDGG After the Flood

Po wchłonięciu Pawn Hearts te wcześniejsze płyty wyraźnie straciły - ani ich za często nie słucham, ani też nie mam do nich po prostu tyle sympatii co kiedyś. Szczególnie z tą na początku męczyłem się bardzo mocno. Każdy ma swój prog, ale i VDGG jak widać. Na moje ucho to tutaj słychać jeszcze nieogranie i za wysoie progi jak na ówczesne możliwości. Każdy element trochę z innej parafii, a ta klawiszowa rąbanka momentami zupełnie tego nie spina. Technicznie może robić wrażenie to pakowanie różnych figur jedna po drugiej, tyle że dla mnie ten numer koniec końców trwa znacznie dłużej niż 11 minut. Zero lekkości, zero pomysłu, to zbyt napakowany kawałek. Ten specyficzny efekt również wjeżdża zaskakująco przypadkowo. Tekst niespecjalnie to wszystko spina. Może to też kwestia miksu, bo odkąd pamiętam ta płyta zawsze brzmi dla mnie zbyt zamulająco, mnóstwo niskich tonów. Ten biedny Hammill tutaj tonie. Yup, to był mój TED Talk.

Frank Ocean Pyramids

Jeśli Livv ma pomóc w dostarczeniu solidnie zgejowionej muzyki do bestki to jestem jak najbardziej na tak. Piramidy pewnie wymagają jakichś głębszych rozkmin i rozłożenia na czynniki pierwsze, ale wolę zostać na trochę płytszym poziomie wtajemniczenia. Nie wiem czego oczekiwałem od jego muzyki w liceum. Całe płyty odbieram z lekkim dystansem. Jednocześnie ma w reperaturze kilka numerów ogrywanych z całkiem przyzwoitą regularnością. Z Channel Orange po latach ogrywam pewien słodki love song i Pyramids właśnie. Jeszcze przed lekturą Geniusa czy wywiadów trudno nie odnieść wrażenia, że numer opowiada o jakiejś toksycznej relacji, czymś nie do końca pożądanym. Pierwsza część jak prawdziwa uwertura przed późniejszym większym upodleniem i kwasem. Klimat ściele się gęsto. Do tego te cudne zaśpiewy Franciszka w drugiej części właśnie. Nawet efekty na wokalu użyte z wyczuciem. Salut! Powrót do płyt może być bardzo pozytywny.

Dinal Zostawiłem swój portfel na Malince

Jestem na świeżo po dziewiczych zachwytach nad W strefie jarania..., także Seba trafia wyborowo. Może to nie jest wybór z grupy najpotężniejszych kawałków, ale dalej poziom wysoki. Żaden ze mnie wielki koneser, więc o inspiracjach czy skojarzeniach guzik powiem. Zgadzam się z większością opisu. Nawijka bez napięcia, przyjemnie bujająca produkcja. Na płycie też elegancko zapakowany między trochę poważniejszymi obserwacjami MIMO WSZYSTKO. Tutaj znów Dinale w większym gronie jak w Spirali zła. Aż tak mnie nie odkleiło życiowo by nie mieć na koncie przynajmniej jednej porównywalnej sytuacji z tym co słyszę lub do czego panowie nawiązują. Dość wielkomiejskie perypetie [bez przesady, no bo to jednak Opole xD] z kategorii tych do utożsamienia... lub po prostu dobrego wejścia w ten luźny stan. Pan Wankz po raz kolejny jednocześnie wyraźnie lepszy od reszty, jak on pisał te teksty gęste od rymów bez sztucznego odwracania szyku czy wrażenia przekombinowania. No chylę copkę, świetna płyta i dobry numer, tyle.

Dobra kolejka, wreszcie!