Best of Forum VII
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum VII
Przepraszam za zwłokę, ale mam taki okres w pracy, że chwilowo nie wyrabiam.
Jean-Michel Jarre – Oxygène (Part 14)
Nie znam się na JMJ wystarczająco dobrze, ale na podstawie Part 14 mogę powiedzieć, że gościu wg mnie wciąż daje rady. Nawet gdybym słuchał tego w ciemno, to bym wiedział kto to wykonuje. Czy to dobrze czy źle? Niby to kolejna wariacja na ten sam temat, niby nic nowego, a cieszy, przywołuje wspomnienia czegoś znajomego. Człowiek jednak ma satysfakcję jak słyszy coś niby nowego, ale jednak znanego, w starym stylu. Nie mam pojęcia czy to ma brzmienie tanich wtyczek. I szczerze mówiąc mam to gdzieś. Utwór ma budowę taką jak lubię. Zaczyna się bardzo minimalistcznie i potem stopniowo nabiera rumieńców, ale bez zbędnej przesady. Nie wiem jak jest na pozostałej części albumu, ale tutaj melodie jednak słychać. Znawca tematu Dragon mocno narzeka. Może dlatego, że na Żarze zjadł już zęby, zna go na wylot i siłą rzeczy porównuje do innych albumów. Ja znam twórczość Jeana słabo, więc nie porównuję. Po prostu mi się P14 podoba.
Mr. Mister - Broken Wings
I znowu utwór z legendarnej gry GTA. Gry, w którą właściwie nie grałem. To znaczy raz u szwagra nawet włączyłem na jakąś godzinkę i stwierdziłem, że to nie dla mnie. Ale szanuję wrzutki muzyczne z gier. Chociaż szczerze powiem, że wolę soundtracki stworzone specjalnie pod daną grę niż gotowe utwory z radia zaimplementowane to gier. Akurat w przypadku GTA jest to dosyć zrozumiałe, bo tam jadąc np. samochodem włącza się radio, więc grają przeboje z radia.
A co do samego utworu jako takiego – jeden z wielu bardzo znanych hitów z lat 80’, które mnie kompletnie nie grzeją. Nic do nich nie mam, nawet mogę powiedzieć, że Broken Wings to spoko utwór, którego w radio nie przełączę. Ale z własnej woli na pewno nie posłucham.
Talking Heads - Burning Down the House
Nie znam tego zespołu, jedynie z nazwy. A jeżeli coś słyszałem, to zupełnie nie pamiętam. Mentos pisze, że Dev rzucił znowu jakimś hitem. Jeżeli tak jest, to nie bardzo miałbym ochotę poznawać resztę. Nie znaczy to oczywiście, że to jakaś zła muzyka. Ale absolutnie poza moim zainteresowaniem. Jak jakieś 90% muzyki z eitisów zresztą. Może jestem na to za młody, może za stary. Sam nie wiem. Po prostu kompletnie mi nie leży i nic na to nie poradzę. Najbardziej na nie jestem zresztą za sprawą tego histerycznego wokalu.
Kiesza - Hideaway
Kieszę też kojarzę raczej tylko z nazwy. Chociaż ten utwór akurat kojarzę, ale bardziej z teledysku, niż z samej muzyki. Dla mnie też rok 2014 to prawie jakby było wczoraj. Ja te czasy wspominam bardzo dobrze. W pracy jeszcze zajebiszcza stara ekipa. A i wtedy miałem jakiś taki niesamowity spokój ducha. W tej chwili nie umiem odtworzyć tego samopoczucia. Ale pamiętam, że byłem w tamtych czasach niesamowicie szczęśliwy i tyle zwykłych codziennych rzeczy mnie cieszyło.
Co do samego utworu – niby dosyć współczesna nuta, ale nie do końca taka, jak lubię. Pewnie dlatego nigdy nie zwróciłem na to większej uwagi. Niby jest chwilami ok, ale za dużo tu jakichś hausowo-klubowych elementów kojarzących się z typami takimi jak Guetta czy inne DJ-je. Kiesza ma do tego dosyć irytujący głos. Taż więc powiedzmy, że pozostaję raczej neutralny.
Triana - Luminosa mañana
Dosyć dziwna rzecz muszę powiedzieć. Hiszpański prog na papierze brzmi groźnie. Ale nie było tak źle. Wciąż nie wiem, co o tym powiedzieć. Na pewno cieszy fakt, że nie przegięto z długością. Są elementy dosyć fajne. Te akcenty flamenco spoko. Nie lubię typowo latynoskiej muzyki, która z mojego punktu widzenia jest koszmarna. Ale pewne rozsądne ilości elementów toleruję. Jak choćby ta latynoska gitara. Co do samej melodii – czuć jakąś podniosłość, przytłaczającą ciężkość. Dragon zaprasza wrażliwców. Ja jestem wyjątkowo wrażliwy, ale nie do końca akurat na takie klimaty. Utwór owszem ciekawy, ale raczej nie do końca dla mnie piękny. Szczególnie jak w drugiej części utworu wokalista postanawia drzeć się jak opętany. Tych organów też trochę przesyt. Tak więc są plusy i są pewne minusy. Ale ciekawie było poznać coś takiego.
Jean-Michel Jarre – Oxygène (Part 14)
Nie znam się na JMJ wystarczająco dobrze, ale na podstawie Part 14 mogę powiedzieć, że gościu wg mnie wciąż daje rady. Nawet gdybym słuchał tego w ciemno, to bym wiedział kto to wykonuje. Czy to dobrze czy źle? Niby to kolejna wariacja na ten sam temat, niby nic nowego, a cieszy, przywołuje wspomnienia czegoś znajomego. Człowiek jednak ma satysfakcję jak słyszy coś niby nowego, ale jednak znanego, w starym stylu. Nie mam pojęcia czy to ma brzmienie tanich wtyczek. I szczerze mówiąc mam to gdzieś. Utwór ma budowę taką jak lubię. Zaczyna się bardzo minimalistcznie i potem stopniowo nabiera rumieńców, ale bez zbędnej przesady. Nie wiem jak jest na pozostałej części albumu, ale tutaj melodie jednak słychać. Znawca tematu Dragon mocno narzeka. Może dlatego, że na Żarze zjadł już zęby, zna go na wylot i siłą rzeczy porównuje do innych albumów. Ja znam twórczość Jeana słabo, więc nie porównuję. Po prostu mi się P14 podoba.
Mr. Mister - Broken Wings
I znowu utwór z legendarnej gry GTA. Gry, w którą właściwie nie grałem. To znaczy raz u szwagra nawet włączyłem na jakąś godzinkę i stwierdziłem, że to nie dla mnie. Ale szanuję wrzutki muzyczne z gier. Chociaż szczerze powiem, że wolę soundtracki stworzone specjalnie pod daną grę niż gotowe utwory z radia zaimplementowane to gier. Akurat w przypadku GTA jest to dosyć zrozumiałe, bo tam jadąc np. samochodem włącza się radio, więc grają przeboje z radia.
A co do samego utworu jako takiego – jeden z wielu bardzo znanych hitów z lat 80’, które mnie kompletnie nie grzeją. Nic do nich nie mam, nawet mogę powiedzieć, że Broken Wings to spoko utwór, którego w radio nie przełączę. Ale z własnej woli na pewno nie posłucham.
Talking Heads - Burning Down the House
Nie znam tego zespołu, jedynie z nazwy. A jeżeli coś słyszałem, to zupełnie nie pamiętam. Mentos pisze, że Dev rzucił znowu jakimś hitem. Jeżeli tak jest, to nie bardzo miałbym ochotę poznawać resztę. Nie znaczy to oczywiście, że to jakaś zła muzyka. Ale absolutnie poza moim zainteresowaniem. Jak jakieś 90% muzyki z eitisów zresztą. Może jestem na to za młody, może za stary. Sam nie wiem. Po prostu kompletnie mi nie leży i nic na to nie poradzę. Najbardziej na nie jestem zresztą za sprawą tego histerycznego wokalu.
Kiesza - Hideaway
Kieszę też kojarzę raczej tylko z nazwy. Chociaż ten utwór akurat kojarzę, ale bardziej z teledysku, niż z samej muzyki. Dla mnie też rok 2014 to prawie jakby było wczoraj. Ja te czasy wspominam bardzo dobrze. W pracy jeszcze zajebiszcza stara ekipa. A i wtedy miałem jakiś taki niesamowity spokój ducha. W tej chwili nie umiem odtworzyć tego samopoczucia. Ale pamiętam, że byłem w tamtych czasach niesamowicie szczęśliwy i tyle zwykłych codziennych rzeczy mnie cieszyło.
Co do samego utworu – niby dosyć współczesna nuta, ale nie do końca taka, jak lubię. Pewnie dlatego nigdy nie zwróciłem na to większej uwagi. Niby jest chwilami ok, ale za dużo tu jakichś hausowo-klubowych elementów kojarzących się z typami takimi jak Guetta czy inne DJ-je. Kiesza ma do tego dosyć irytujący głos. Taż więc powiedzmy, że pozostaję raczej neutralny.
Triana - Luminosa mañana
Dosyć dziwna rzecz muszę powiedzieć. Hiszpański prog na papierze brzmi groźnie. Ale nie było tak źle. Wciąż nie wiem, co o tym powiedzieć. Na pewno cieszy fakt, że nie przegięto z długością. Są elementy dosyć fajne. Te akcenty flamenco spoko. Nie lubię typowo latynoskiej muzyki, która z mojego punktu widzenia jest koszmarna. Ale pewne rozsądne ilości elementów toleruję. Jak choćby ta latynoska gitara. Co do samej melodii – czuć jakąś podniosłość, przytłaczającą ciężkość. Dragon zaprasza wrażliwców. Ja jestem wyjątkowo wrażliwy, ale nie do końca akurat na takie klimaty. Utwór owszem ciekawy, ale raczej nie do końca dla mnie piękny. Szczególnie jak w drugiej części utworu wokalista postanawia drzeć się jak opętany. Tych organów też trochę przesyt. Tak więc są plusy i są pewne minusy. Ale ciekawie było poznać coś takiego.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Fajnie shodan że dałeś radę dotrzeć
Nim przejdę dalej ja ze swojej strony dodam jeszcze że to właśnie z Broken Wings jakiś czas później skojarzył mi się brzmieniem utwór Stay On These Roads grupy a-ha który bym bankowo tu wrzucił gdybyś mnie nie uprzedził 
Nic to, pierwsze koty za płoty, lećmy z następną kolejką.
.
.
.
"Give the man behind the wheels some credit"
Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
(1989)
Dobre wrzutki nasuwają się same w naturalny sposób, po prostu przychodzi odpowiednia pora i odzywają się w głowie kiedy szukam inspiracji pieczołowicie przeglądając playlisty z kandydatami na wrzutę. Kiedy jakiś czas temu myślałem o przeróżnych opcjach na duble i zatrzymałem się nad Gang Starr to dzisiejsza wrzuta nie była nawet brana pod uwagę w pierwotnych selekcjach, trochę z uwagi na fakt że w pierwszej chwili myślałem rzucić jakimś pominiętym hitem ale po części też dlatego że trochę o niej zapomniałem. Kiedy jednak już sobie przypomniałem o tym numerze to perspektywa wrzucenia go wydała mi się dziwnie kusząca a teraz z perspektywy czasu po tej minionej kolejce tym mocniej utwierdziłem się w przekonaniu że nie mam ochoty zabierać Was do miejsc w których już byliście, nawet kosztem pominięcia jakichś tam historyjek związanych z takimi oczywistymi wrzutkami. Mając zatem za sobą już wrzucanie moich ulubionych rzeczy od Gang Starr tym razem za drugim podejściem częstuję Was deep cutem, perłą z hip hopowego lamusa.
DJ Premier In Deep Concentration to utwór a właściwie jakby przerywnik który znalazł się na debiutanckiej płycie grupy z roku 1989. Jest to tzw. "DJ cut", utwór w którym DJ może dać popis swoich umiejętności operując gramofonami i skreczując fragmenty różnych utworów, nieraz żonglując dźwiękiem między dwoma płytami. Tu mamy podkład skonstruowany głównie z bitu i sampli fortepianu na którym DJ Premier skreczuje rapowe wokale z kilku innych kawałków tudzież fragmenty muzyki - jako zapoznani z materiałem źródłowym jakiś czas temu być może rozpoznacie choćby charakterystyczny wysoko brzmiący syntezator z Summer Madness grupy Kool & The Gang (swoją drogą jest też i drugi sampel z tego kawałka przewijający się w tym numerze - ciepły klawisz pod spodem sklejony z tym głównym pianinkowym riffem). Lubię ten numer bo jako rapowy purysta cenię sobie wkład DJ-ów w tą muzykę a jest to fajny showcase umiejętności Preemo który przez lata właśnie znany był ze znakomitych skreczy i doskonałego ucha do cięcia wokali na potrzeby refrenów z czego uczynił niemalże sztukę.
https://youtu.be/Jm0828I0GSc?si=SU1T2kd3BmtQFya8
Nic to, pierwsze koty za płoty, lećmy z następną kolejką.
.
.
.
"Give the man behind the wheels some credit"
Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
(1989)
Dobre wrzutki nasuwają się same w naturalny sposób, po prostu przychodzi odpowiednia pora i odzywają się w głowie kiedy szukam inspiracji pieczołowicie przeglądając playlisty z kandydatami na wrzutę. Kiedy jakiś czas temu myślałem o przeróżnych opcjach na duble i zatrzymałem się nad Gang Starr to dzisiejsza wrzuta nie była nawet brana pod uwagę w pierwotnych selekcjach, trochę z uwagi na fakt że w pierwszej chwili myślałem rzucić jakimś pominiętym hitem ale po części też dlatego że trochę o niej zapomniałem. Kiedy jednak już sobie przypomniałem o tym numerze to perspektywa wrzucenia go wydała mi się dziwnie kusząca a teraz z perspektywy czasu po tej minionej kolejce tym mocniej utwierdziłem się w przekonaniu że nie mam ochoty zabierać Was do miejsc w których już byliście, nawet kosztem pominięcia jakichś tam historyjek związanych z takimi oczywistymi wrzutkami. Mając zatem za sobą już wrzucanie moich ulubionych rzeczy od Gang Starr tym razem za drugim podejściem częstuję Was deep cutem, perłą z hip hopowego lamusa.
DJ Premier In Deep Concentration to utwór a właściwie jakby przerywnik który znalazł się na debiutanckiej płycie grupy z roku 1989. Jest to tzw. "DJ cut", utwór w którym DJ może dać popis swoich umiejętności operując gramofonami i skreczując fragmenty różnych utworów, nieraz żonglując dźwiękiem między dwoma płytami. Tu mamy podkład skonstruowany głównie z bitu i sampli fortepianu na którym DJ Premier skreczuje rapowe wokale z kilku innych kawałków tudzież fragmenty muzyki - jako zapoznani z materiałem źródłowym jakiś czas temu być może rozpoznacie choćby charakterystyczny wysoko brzmiący syntezator z Summer Madness grupy Kool & The Gang (swoją drogą jest też i drugi sampel z tego kawałka przewijający się w tym numerze - ciepły klawisz pod spodem sklejony z tym głównym pianinkowym riffem). Lubię ten numer bo jako rapowy purysta cenię sobie wkład DJ-ów w tą muzykę a jest to fajny showcase umiejętności Preemo który przez lata właśnie znany był ze znakomitych skreczy i doskonałego ucha do cięcia wokali na potrzeby refrenów z czego uczynił niemalże sztukę.
https://youtu.be/Jm0828I0GSc?si=SU1T2kd3BmtQFya8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Steven Wilson – Man of the People
Zbliża się premiera nowej płyty Wilsona, ale i zbliża się kolejna zmiana stylistyczna, co sprawia, że z sentymentem patrzę w stronę poprzednich dwóch płyt, na których Stefan skierował się w kierunku zdecydowanie bardziej elektronicznym, co było wynikiem szczerej zajawki na syntezatory i chęci poważniejszej eksploracji tego świata. Pierwszym tego świadectwem była płyta „The Future Bites”, z której pochodzi „Man of the People”. Pozornie klasyczny wolniejszy numer by Wilson, ale właśnie te przemykające w tle syntezatory, sprawiają, że zupełnie inaczej mi się tego słucha niż standardowego Wilsona. Wracam często do materiału z okolic tego albumu na początku roku, przez co kojarzy mi się z oglądaniem skoków narciarskich. Wyjątkowo melodyjny, a wręcz popowy Stefan, ale to wszystko oczywiście po swojemu. On nigdy nie był specem od elektroniki, ale jest to kompletnie nieistotne, kiedy muza wypływa z entuzjastycznego podejścia do tworzenia w warunkach nowych i niezbadanych. Kiedy Wilson wchodzi z „heeey”, to ogarnia mnie taki miły, comfort zone’owy spokój, a aktualnie takie wrażenia są nie do przecenienia. To jest bardzo chillowy kawałek, mimo że tematyka dosyć poważna. Wrzuta przede wszystkim dla mnie, bo nie mogło tego zabraknąć w tej serii.
https://youtu.be/o__WqGYaVAo
Zbliża się premiera nowej płyty Wilsona, ale i zbliża się kolejna zmiana stylistyczna, co sprawia, że z sentymentem patrzę w stronę poprzednich dwóch płyt, na których Stefan skierował się w kierunku zdecydowanie bardziej elektronicznym, co było wynikiem szczerej zajawki na syntezatory i chęci poważniejszej eksploracji tego świata. Pierwszym tego świadectwem była płyta „The Future Bites”, z której pochodzi „Man of the People”. Pozornie klasyczny wolniejszy numer by Wilson, ale właśnie te przemykające w tle syntezatory, sprawiają, że zupełnie inaczej mi się tego słucha niż standardowego Wilsona. Wracam często do materiału z okolic tego albumu na początku roku, przez co kojarzy mi się z oglądaniem skoków narciarskich. Wyjątkowo melodyjny, a wręcz popowy Stefan, ale to wszystko oczywiście po swojemu. On nigdy nie był specem od elektroniki, ale jest to kompletnie nieistotne, kiedy muza wypływa z entuzjastycznego podejścia do tworzenia w warunkach nowych i niezbadanych. Kiedy Wilson wchodzi z „heeey”, to ogarnia mnie taki miły, comfort zone’owy spokój, a aktualnie takie wrażenia są nie do przecenienia. To jest bardzo chillowy kawałek, mimo że tematyka dosyć poważna. Wrzuta przede wszystkim dla mnie, bo nie mogło tego zabraknąć w tej serii.
https://youtu.be/o__WqGYaVAo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Perry Blake - Weeping Tree (1998)
Perry Blake to gość z Irlandii, który ma aparycję lekko badassowego projektanta mody, zaś głos i warsztat piosenkopisarski wprost z dowolnego pogrzebu (on sam brzmi tak, jakby śpiewał raz po raz na własnym pogrzebie). Poznałem gościa przez, a jakże składankę Radia RAM, ale nie tę kawową, a jednopłytowe RAM 6 P.M., w którym zasłuchiwałem się w lutym i marcu 2013 (z tamtej kompilacji pochodziło wrzucane przeze mnie do tej zabawy milion lat temu A Quiet Week in the House Donny Reginy). Za Blejka solo wziąłem się dopiero dokładnie 2 lata później, kiedy odwaliło mi też na punkcie Louiego Austena. Najwyraźniej potrzebowałem ostrego kontrapunktu do mimo wszystko wesołej muzy Austriaka.
Blake wydał kilka albumów, ostatni w ubiegłym roku, ale po dłuższej przerwie. Weeping Tree pochodzi z jego debiutu wydanego w 1998 roku. Singlem promującym tamtą płytę była piosenka The Hunchback of San Francisco, które ponoć dorobiło się statusu hitu w wielu krajach na świecie, niemniej jednak w ogóle nie kojarzyłem tej piosenki. Co więcej, uważam ją za taką se na tle innych rzeczy z tamtego wydawnictwa. Np. na tle Weeping Tree, a więc numeru, który zaliczam do mojego osobistego Top 10 od Irlandczyka. Melancholia, smutek, rezygnacja, jednocześnie gdzieś tam momentami przebijające się nadzieje i perspektywy, nie brakuje też gorzkiej ironii (choć nie mówię konkretnie o mojej wrzutce, tu jest głównie smutek). Koniec lutego 2015 atakował dziwnym miksem wiosny i zimy, więc wypisz wymaluj to, co mam teraz za swoim warszawskim oknem. Perry Blake wchodzi jak nigdy.
https://youtu.be/93eK-lEp6Dw?si=S92x9JFMh0KsT0eM
Perry Blake to gość z Irlandii, który ma aparycję lekko badassowego projektanta mody, zaś głos i warsztat piosenkopisarski wprost z dowolnego pogrzebu (on sam brzmi tak, jakby śpiewał raz po raz na własnym pogrzebie). Poznałem gościa przez, a jakże składankę Radia RAM, ale nie tę kawową, a jednopłytowe RAM 6 P.M., w którym zasłuchiwałem się w lutym i marcu 2013 (z tamtej kompilacji pochodziło wrzucane przeze mnie do tej zabawy milion lat temu A Quiet Week in the House Donny Reginy). Za Blejka solo wziąłem się dopiero dokładnie 2 lata później, kiedy odwaliło mi też na punkcie Louiego Austena. Najwyraźniej potrzebowałem ostrego kontrapunktu do mimo wszystko wesołej muzy Austriaka.
Blake wydał kilka albumów, ostatni w ubiegłym roku, ale po dłuższej przerwie. Weeping Tree pochodzi z jego debiutu wydanego w 1998 roku. Singlem promującym tamtą płytę była piosenka The Hunchback of San Francisco, które ponoć dorobiło się statusu hitu w wielu krajach na świecie, niemniej jednak w ogóle nie kojarzyłem tej piosenki. Co więcej, uważam ją za taką se na tle innych rzeczy z tamtego wydawnictwa. Np. na tle Weeping Tree, a więc numeru, który zaliczam do mojego osobistego Top 10 od Irlandczyka. Melancholia, smutek, rezygnacja, jednocześnie gdzieś tam momentami przebijające się nadzieje i perspektywy, nie brakuje też gorzkiej ironii (choć nie mówię konkretnie o mojej wrzutce, tu jest głównie smutek). Koniec lutego 2015 atakował dziwnym miksem wiosny i zimy, więc wypisz wymaluj to, co mam teraz za swoim warszawskim oknem. Perry Blake wchodzi jak nigdy.
https://youtu.be/93eK-lEp6Dw?si=S92x9JFMh0KsT0eM
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nie no zachwyty nad Żarem w opcji darmowe wtyczki VST to dla mnie mocne zaskoczenie, ale no cusz. Jak na Teo&Tea przesadził z nowoczesnymi cyfrowymi bajerami, a koniec końców jechał nawet na gotowych presetach, tak tu „Oxy3" brzmi jak sieknięte w jeden weekend na 3-4 wtyczkach. Jedynie 17ka ma Eminenta, elementarną melodię do zapamiętania, sensowny początek i koniec.
...a sama Triana jak jest z Hiszpanii to nie jest latynoska, ale to szczegół.
...a sama Triana jak jest z Hiszpanii to nie jest latynoska, ale to szczegół.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Może i nikt poza tobą tego JMJ nie zjechał, ale też nie widze by ktoś się miał nim zachwycać
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przepraszam, że nie wrzucam tu jedynie kanonu wg św Roberta
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Biorąc pod uwagę że ja wrzucałem CABARE+ w depeszwizji a shodan zapodawał tu jakiś chałupniczo brzmiący cover/remiks Jarre'a to myślę że akurat w naszym wypadku pozytywny odbiór to żadne zaskoczenie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nie przyjmuję.
W sumie masz rację, Jacku.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja w sumie byłem najbardziej umiarkowany w "zachwytach", ale w sumie to ja też wrzuciłem Kiesze.
Czy z tego coś wynika? Absolutnie nic
Czy z tego coś wynika? Absolutnie nic
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zamiast tanich wtyczek postawiłeś na tanie dropy w środku numeru
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Venetian Snares - Második galamb (2005)
Muzyczne uniwersum Aarona Funka pozostawiam fachowcom od brejkkoru i lepiej wczutym w radykalne łamańce. Po kontakcie z Drukqs sprawdziłem tylko kilka innych tropów, choć VSnares jest na tyle ciekawym projektem, że jeszcze kusiło sprawdzić kolejne płyty. Zacząłem od mariażu cyfrowej siekaniny z muzyką poważną. Pal licho czy to sample czy jakieś własne miniaturki (prędzej to pierwsze), ten zaskakujący duet wypada naprawdę świeżo. Jeśli nie to chociaż stanowi wyzwanie dla słuchacza przy pierwszym kontakcie. Aarona szanuję przynajmniej za słabość do wywoływania dezorientacji. Różne etykietki stylistycznie, konstrukcja utworów, wreszcie pomysły na tytuły, wykorzystanie wokaliz... rzadko sięgam, ale czerpię z tego taką oczyszczającą czerep energię. Rossz csillag... (cokolwiek to znaczy) z pewnością na dystansie będzie za trudnym wyzwaniem, dlatego warto przynajmniej sprawdzić jeden z większych momentów chwały. Tu jeszcze chaos jest względnie uporządkowany. Kolejne motywy konsekwentnie prowadzą do pełnego obrazu destrukcji. Chyba łatwiej o tym myśleć jak o studyjnych ekspresjach niż niesłychanie drobiazgowo przemyślanych rzeczach. Liczy się efekt końcowy, a ten jest naprawdę efektowny. Trochę wręcz filmowo, ale to brzmienia dalekie pierwszych stron nawet tych drugorzędnych obiegów artystycznych. Ja jestem z czasów, gdy taka muzyka nie była magnesem na anime-estetyczną katastrofę wizualną, jeszcze większych creepów i zupełnie nieciekawych anonimów spod ciemnej gwiazdy. Kolejny obowiązkowy klasyk. Pozdrawiam mojego dobrego znajomego MJ, który znacznie lepiej orientuje się w tych wykręconych do ekstremum rytmach (i nie tylko). Aaron raczej jest już nieaktywnym muzykiem... w sumie wcale mu się nie dziwię. [aha nagrywa raz na ruski rok elektronikę z Johnem Frusciante... yhmmm]
https://www.youtube.com/watch?v=6wcB9nX544E
Muzyczne uniwersum Aarona Funka pozostawiam fachowcom od brejkkoru i lepiej wczutym w radykalne łamańce. Po kontakcie z Drukqs sprawdziłem tylko kilka innych tropów, choć VSnares jest na tyle ciekawym projektem, że jeszcze kusiło sprawdzić kolejne płyty. Zacząłem od mariażu cyfrowej siekaniny z muzyką poważną. Pal licho czy to sample czy jakieś własne miniaturki (prędzej to pierwsze), ten zaskakujący duet wypada naprawdę świeżo. Jeśli nie to chociaż stanowi wyzwanie dla słuchacza przy pierwszym kontakcie. Aarona szanuję przynajmniej za słabość do wywoływania dezorientacji. Różne etykietki stylistycznie, konstrukcja utworów, wreszcie pomysły na tytuły, wykorzystanie wokaliz... rzadko sięgam, ale czerpię z tego taką oczyszczającą czerep energię. Rossz csillag... (cokolwiek to znaczy) z pewnością na dystansie będzie za trudnym wyzwaniem, dlatego warto przynajmniej sprawdzić jeden z większych momentów chwały. Tu jeszcze chaos jest względnie uporządkowany. Kolejne motywy konsekwentnie prowadzą do pełnego obrazu destrukcji. Chyba łatwiej o tym myśleć jak o studyjnych ekspresjach niż niesłychanie drobiazgowo przemyślanych rzeczach. Liczy się efekt końcowy, a ten jest naprawdę efektowny. Trochę wręcz filmowo, ale to brzmienia dalekie pierwszych stron nawet tych drugorzędnych obiegów artystycznych. Ja jestem z czasów, gdy taka muzyka nie była magnesem na anime-estetyczną katastrofę wizualną, jeszcze większych creepów i zupełnie nieciekawych anonimów spod ciemnej gwiazdy. Kolejny obowiązkowy klasyk. Pozdrawiam mojego dobrego znajomego MJ, który znacznie lepiej orientuje się w tych wykręconych do ekstremum rytmach (i nie tylko). Aaron raczej jest już nieaktywnym muzykiem... w sumie wcale mu się nie dziwię. [aha nagrywa raz na ruski rok elektronikę z Johnem Frusciante... yhmmm]
https://www.youtube.com/watch?v=6wcB9nX544E
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Szczerze? Spodziewałem się gorszego feedbacku, a nawet komuś się spodobało.
Jean-Michel Jarre - L'Ouverture / The Overture
Raz już próbowałem wcisnąć na tym forum popularnego JMJa. Wyszło jak wyszło. Może tym razem się uda - wypadałoby, bo to jest jeden z tych artystów, przy których rzucam tekstami o chyleniu copki, dość regularnie słucham, cenię i szanuję. Co prawda daleko mi do zajawki na poziomie panów Roberta czy Kuby, ale ja sam nie do końca umiem racjonalnie odpowiedzieć na pytanie czemu potrzebowałem aż siedmiu edycji, by się za niego zabrać.
Jakimś wytłumaczeniem byłby choćby fakt, że nie bardzo wiedziałem co mógłbym tu sprzedać. Wszystkie moje ulubione utwory albo się pojawiały tu, albo w innych zabawach. Co więcej, odkrycie jednego z nich zawdzięczam tej bestce (i co śmieszniej, w swoim czasie zjechałem ten utwór). W związku z tym postanowiłem więc uhonorować moją ulubioną płytę Francuza.
Nie wiem na ile wybór koncertu chińskiego na ulubioną płytę Jarre'a jest normicki, ale to naprawdę nie jest coś, czym bym sobie zatruwał głowę. Świetny album, świetne aranżacje, mariaż dwóch różnych kultur i światów wypalił więcej niż dobrze, a jakby tego było mało to jeden z moich ulubionych utworów był w jednym z moich ulubionych skeczy ZCDCP i prawie wygrałbym nim depeszwizję. Może i wrzucenie INTRA z tegoż pod koniec drugiej kolejki wygląda specyficznie, ale skoro mogliśmy zacząć od Oxygene 14, a Gabriel mógł ulokować utwór pt. Start na trzeciej pozycji na trackliście, to czemu ja nie mogę wlecieć z Overturą tu i teraz?
No i zdarzyło mi się robić dla chińczyków, a to byli ludzie wymagający, ale sprawiedliwi oraz niezgorzej płacący i generalnie to jeśli serio miałoby dojść do zmiany układu sił w światowej polityce, to mam nadzieję, że miejsce USA zajmą Chiny, bo tam nikt jeszcze nie wybrał sobie na włodarza woskowej kukły pierdolonego debila xD
Dobra, mam nadzieję że trafię w wasze podniebienia. Bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=_viKOUBVJXA
Jean-Michel Jarre - L'Ouverture / The Overture
Raz już próbowałem wcisnąć na tym forum popularnego JMJa. Wyszło jak wyszło. Może tym razem się uda - wypadałoby, bo to jest jeden z tych artystów, przy których rzucam tekstami o chyleniu copki, dość regularnie słucham, cenię i szanuję. Co prawda daleko mi do zajawki na poziomie panów Roberta czy Kuby, ale ja sam nie do końca umiem racjonalnie odpowiedzieć na pytanie czemu potrzebowałem aż siedmiu edycji, by się za niego zabrać.
Jakimś wytłumaczeniem byłby choćby fakt, że nie bardzo wiedziałem co mógłbym tu sprzedać. Wszystkie moje ulubione utwory albo się pojawiały tu, albo w innych zabawach. Co więcej, odkrycie jednego z nich zawdzięczam tej bestce (i co śmieszniej, w swoim czasie zjechałem ten utwór). W związku z tym postanowiłem więc uhonorować moją ulubioną płytę Francuza.
Nie wiem na ile wybór koncertu chińskiego na ulubioną płytę Jarre'a jest normicki, ale to naprawdę nie jest coś, czym bym sobie zatruwał głowę. Świetny album, świetne aranżacje, mariaż dwóch różnych kultur i światów wypalił więcej niż dobrze, a jakby tego było mało to jeden z moich ulubionych utworów był w jednym z moich ulubionych skeczy ZCDCP i prawie wygrałbym nim depeszwizję. Może i wrzucenie INTRA z tegoż pod koniec drugiej kolejki wygląda specyficznie, ale skoro mogliśmy zacząć od Oxygene 14, a Gabriel mógł ulokować utwór pt. Start na trzeciej pozycji na trackliście, to czemu ja nie mogę wlecieć z Overturą tu i teraz?
No i zdarzyło mi się robić dla chińczyków, a to byli ludzie wymagający, ale sprawiedliwi oraz niezgorzej płacący i generalnie to jeśli serio miałoby dojść do zmiany układu sił w światowej polityce, to mam nadzieję, że miejsce USA zajmą Chiny, bo tam nikt jeszcze nie wybrał sobie na włodarza woskowej kukły pierdolonego debila xD
Dobra, mam nadzieję że trafię w wasze podniebienia. Bierzcie i słuchajcie tego
https://www.youtube.com/watch?v=_viKOUBVJXA
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fiona Apple – I know
Coraz częściej pojawiać się będą u mnie wykonawcy, których poznałem stosunkowo niedawno. Jakiś czas temu otworzyłem się na muzykę i lubię poszukiwać nowych rzeczy. Bardzo ułatwiają mi sprawę oczywiście nasze bestki – źródło niezmierzonych ilości muzycznych dobroci. Ale sporo dobrej muzyki dostarczyła mi też nie biorąca udziału w zabawach Livv. Jednym z takich wykonawców podebranych od naszej młodej koleżanki z forum jest Fiona Apple. Amerykańska piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów. Szanuję takich artystów, którzy oprócz samego śpiewania mają decydujący wkład w tworzenie swojej muzyki. Mają swoją wizję na muzykę. A Fiona niewątpliwie ma wizję. Pierwszy swój album nagrała w wieku zaledwie 16 lat. Potem odeszła od stylistyki pop w stronę trudniejszych form. Jej kompozycje są czasami naprawdę wymagające, wręcz dziwne. Dzisiaj zaprezentuję Wam jednak utwór raczej dosyć standardowy. Pochodzi z jej drugiego albumu z 1999r. pt. When the Pawn... ”. „I Know” to po prostu spokojna i ładna ballada zamykająca ten jakże udany album.
https://www.youtube.com/watch?v=wB09p4MF7gw
Coraz częściej pojawiać się będą u mnie wykonawcy, których poznałem stosunkowo niedawno. Jakiś czas temu otworzyłem się na muzykę i lubię poszukiwać nowych rzeczy. Bardzo ułatwiają mi sprawę oczywiście nasze bestki – źródło niezmierzonych ilości muzycznych dobroci. Ale sporo dobrej muzyki dostarczyła mi też nie biorąca udziału w zabawach Livv. Jednym z takich wykonawców podebranych od naszej młodej koleżanki z forum jest Fiona Apple. Amerykańska piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów. Szanuję takich artystów, którzy oprócz samego śpiewania mają decydujący wkład w tworzenie swojej muzyki. Mają swoją wizję na muzykę. A Fiona niewątpliwie ma wizję. Pierwszy swój album nagrała w wieku zaledwie 16 lat. Potem odeszła od stylistyki pop w stronę trudniejszych form. Jej kompozycje są czasami naprawdę wymagające, wręcz dziwne. Dzisiaj zaprezentuję Wam jednak utwór raczej dosyć standardowy. Pochodzi z jej drugiego albumu z 1999r. pt. When the Pawn... ”. „I Know” to po prostu spokojna i ładna ballada zamykająca ten jakże udany album.
https://www.youtube.com/watch?v=wB09p4MF7gw
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 2. (152.)
7. Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
by stripped
8. Steven Wilson - Man Of The People
by Hien
9. Perry Blake - Weeping Tree
by devotional
10. Venetian Snares - Második Galamb
by Dragon
11. Jean-Michel Jarre - L'Ouverture
by mintaj
12. Fiona Apple - I Know
by shodan
7. Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
by stripped
8. Steven Wilson - Man Of The People
by Hien
9. Perry Blake - Weeping Tree
by devotional
10. Venetian Snares - Második Galamb
by Dragon
11. Jean-Michel Jarre - L'Ouverture
by mintaj
12. Fiona Apple - I Know
by shodan
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Steven Wilson - Man Of The People
Mamy Wilsonowy dubel od Hiena w trochę innym klimacie od poprzedniej wrzutki. Ten numer jest taki lekki w brzmieniu począwszy od rytmu po syntezatory. Mamy co prawda przełamanie klimatu ostrzejszym wejściem gitary ale zaraz po nim kolejny głośniejszy akcent - wejście takiego "świecącego" syntezatora razem z wokalizami jakby na autotunie, i to wejście kojarzy mi się trochę z synthem z Welcome To The Machine grupy Pink Floyd, takie skojarzenia zawsze nieco pomagają w odbiorze. Zwiewny wokal Wilsona pasuje w tym numerze, jest jakoś tak lekko i bezpretensjonalnie po prostu, tak zwyczajnie, a ja lubię proste piosenki dla prostych ludzi i nieco tak to odbieram. Jest to dobry numer, choć nie sądzę by zmieniało to jakkolwiek mój neutralny stosunek do samego Stefka. Na rzeczy z jego udziałem które pojawiały się w bestce wciąż jest to jeden z lepszych wyborów.
Perry Blake - Weeping Tree
Ciekawy wybór, mimo wszystko trochę zaskakujący jako wrzutka Musiała. Trip-hopowy rytm na którym osadzono smutną balladę. Przez moment miałem jakieś skojarzenia z takim 7 Seconds chociażby, ale Perry Blake wypada lepiej, może przygnębia ale jednocześnie aż tak nie smęci (jeśli ma to jakikolwiek sens?). Wokal w którym czuć ból, słychać że koleś się rozlatuje emocjonalnie. Ładna melodia w refrenie. Bardzo dobry numer.
Venetian Snares - Második Galamb
Ten spoken word na otwarcie numeru... nooo nie wiem. PIDŻYN ŁAJ KEN JU SKER MI? No nic, potem wchodzi tradycyjna smocza sałatka perkusyjna, przypominają się klimaty Squarepusherowe, jest całkiem przyjemnie. Pod spodem buczą sobie synthy, z wierzchu jakiś obój robi klimat filmowy nieco, potem kolejne dęciaki, jest wporzo. Na ułemek sekundy znowu PIDŻYN, trochę kekam z tego przecinka. Jak to z takimi intensywnymi numerami bywa trzeba znać umiar, jak dla mnie po czterech minutach natężenie robi się już męczące i uświadczamy przerostu formy nad treścią, to już robi się napierdalanka dla samego napieprzania. Nawet chwilowe wyciszenie nie ratuje tej końcówki, numer dobrze się zapowiadał ale wypalił się w 2/3 dystansu jak na moje ucho.
JMJ - L'Ouverture
Z różnych Panów o inicjałach JMJ preferuję bardziej Jam Master Jaya (didżeja grupy Run-DMC), generalnie mój obojętny stosunek do niego podobny jest jak w przypadku Stefana Wilsona, no może z różnicą że tamten nie nagrał Oxy IV który jednak lubię bardziej niźli chyba cokolwiek stefanowego. W sumie nieważne, co chcialem rzec to to że się trochę pokrzywiłem na ten numer i myślałem sobie że numery z tych chińskich koncertów to najnudniejsze wcielenie Żarra z jakim przyszło mi obcować w tych bestkach, chyba już chętniej wróciłbym do tej płyty Dragona nawet. Potem po paru odsłuchach więcej myślę sobie że tak jak wrzuta deva z tego koncertu ma to obskjurowy vibe lat 80. i brzmi nieco filmowo, słyszałbym to w jakimś thrillerze noir z tamtej ery, w jakimś Franticu czy coś tam może. A może nieco mi to wali jakimś Vangelisem i klimatami Blade Runnera? Słyszę że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Także tego no ostatecznie nie było to takie straszne, na tą słynną rzetelną półeczkę w sam raz.
Fiona Apple - I Know
Rzucałem raz jeden jakoś uchem na tą płytę ale no nawet nie pamiętam żebym dobrnął do tego ostatniego numeru. Co mnie odrzuciło w tej płycie to właśnie jakaś taka... teatralność tej muzy, choć na całe szczęście ta ballada zapodana przez Wuja akurat tego w sobie nie ma. Taki to ładny, ciepły, nieco baśniowy numer, to brzmi jak kominkowy soundtrack do mroźnego i śnieżnego zimowego wieczoru, oczywiście w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Totalnie nie dziwi mnie zatem że numer ten urzekł Wuja bo odhacza wszelkie punkty muzy w jego typie myślę. Jedyne na co mogę narzekać, co mi tu nie bangla - to rzecz jasna aura za oknem, generalnie kawałek jest spoko ale przy odpowiednim settingu może i mógłby wchodzić jak zły, kto wie. W każdym razie lepiej to brzmi niż się spodziewałem, możliwe że już go słuchałem ale na dystansie albumu byłem już zniechęcony na koniec albumu a tu wyjęty z kontekstu ten numer wygląda lepiej?
Mamy Wilsonowy dubel od Hiena w trochę innym klimacie od poprzedniej wrzutki. Ten numer jest taki lekki w brzmieniu począwszy od rytmu po syntezatory. Mamy co prawda przełamanie klimatu ostrzejszym wejściem gitary ale zaraz po nim kolejny głośniejszy akcent - wejście takiego "świecącego" syntezatora razem z wokalizami jakby na autotunie, i to wejście kojarzy mi się trochę z synthem z Welcome To The Machine grupy Pink Floyd, takie skojarzenia zawsze nieco pomagają w odbiorze. Zwiewny wokal Wilsona pasuje w tym numerze, jest jakoś tak lekko i bezpretensjonalnie po prostu, tak zwyczajnie, a ja lubię proste piosenki dla prostych ludzi i nieco tak to odbieram. Jest to dobry numer, choć nie sądzę by zmieniało to jakkolwiek mój neutralny stosunek do samego Stefka. Na rzeczy z jego udziałem które pojawiały się w bestce wciąż jest to jeden z lepszych wyborów.
Perry Blake - Weeping Tree
Ciekawy wybór, mimo wszystko trochę zaskakujący jako wrzutka Musiała. Trip-hopowy rytm na którym osadzono smutną balladę. Przez moment miałem jakieś skojarzenia z takim 7 Seconds chociażby, ale Perry Blake wypada lepiej, może przygnębia ale jednocześnie aż tak nie smęci (jeśli ma to jakikolwiek sens?). Wokal w którym czuć ból, słychać że koleś się rozlatuje emocjonalnie. Ładna melodia w refrenie. Bardzo dobry numer.
Venetian Snares - Második Galamb
Ten spoken word na otwarcie numeru... nooo nie wiem. PIDŻYN ŁAJ KEN JU SKER MI? No nic, potem wchodzi tradycyjna smocza sałatka perkusyjna, przypominają się klimaty Squarepusherowe, jest całkiem przyjemnie. Pod spodem buczą sobie synthy, z wierzchu jakiś obój robi klimat filmowy nieco, potem kolejne dęciaki, jest wporzo. Na ułemek sekundy znowu PIDŻYN, trochę kekam z tego przecinka. Jak to z takimi intensywnymi numerami bywa trzeba znać umiar, jak dla mnie po czterech minutach natężenie robi się już męczące i uświadczamy przerostu formy nad treścią, to już robi się napierdalanka dla samego napieprzania. Nawet chwilowe wyciszenie nie ratuje tej końcówki, numer dobrze się zapowiadał ale wypalił się w 2/3 dystansu jak na moje ucho.
JMJ - L'Ouverture
Z różnych Panów o inicjałach JMJ preferuję bardziej Jam Master Jaya (didżeja grupy Run-DMC), generalnie mój obojętny stosunek do niego podobny jest jak w przypadku Stefana Wilsona, no może z różnicą że tamten nie nagrał Oxy IV który jednak lubię bardziej niźli chyba cokolwiek stefanowego. W sumie nieważne, co chcialem rzec to to że się trochę pokrzywiłem na ten numer i myślałem sobie że numery z tych chińskich koncertów to najnudniejsze wcielenie Żarra z jakim przyszło mi obcować w tych bestkach, chyba już chętniej wróciłbym do tej płyty Dragona nawet. Potem po paru odsłuchach więcej myślę sobie że tak jak wrzuta deva z tego koncertu ma to obskjurowy vibe lat 80. i brzmi nieco filmowo, słyszałbym to w jakimś thrillerze noir z tamtej ery, w jakimś Franticu czy coś tam może. A może nieco mi to wali jakimś Vangelisem i klimatami Blade Runnera? Słyszę że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Także tego no ostatecznie nie było to takie straszne, na tą słynną rzetelną półeczkę w sam raz.
Fiona Apple - I Know
Rzucałem raz jeden jakoś uchem na tą płytę ale no nawet nie pamiętam żebym dobrnął do tego ostatniego numeru. Co mnie odrzuciło w tej płycie to właśnie jakaś taka... teatralność tej muzy, choć na całe szczęście ta ballada zapodana przez Wuja akurat tego w sobie nie ma. Taki to ładny, ciepły, nieco baśniowy numer, to brzmi jak kominkowy soundtrack do mroźnego i śnieżnego zimowego wieczoru, oczywiście w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Totalnie nie dziwi mnie zatem że numer ten urzekł Wuja bo odhacza wszelkie punkty muzy w jego typie myślę. Jedyne na co mogę narzekać, co mi tu nie bangla - to rzecz jasna aura za oknem, generalnie kawałek jest spoko ale przy odpowiednim settingu może i mógłby wchodzić jak zły, kto wie. W każdym razie lepiej to brzmi niż się spodziewałem, możliwe że już go słuchałem ale na dystansie albumu byłem już zniechęcony na koniec albumu a tu wyjęty z kontekstu ten numer wygląda lepiej?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja wiem, że nie do końca chodziło zapewne o to, ale powstało coś pokroju filmu dokumentującego ten koncert i w wolnej chwili polecam (na YT nawet wisi rip ze starej telewizji z przedmowa Wojciecha manna)i brzmi nieco filmowo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ciekawe czy to jest to co wyszło kiedys faktycznie na vhs czy ja mam jakiś mandelorian effect
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
Po odsłuchu ostatniej płyty Lamara, Gang Starr jest jak miód na uszy. Dj Premier to jednak marka i nawet sama jego obecność w tytule powoduje, że się podjarałem. Podjarałem słusznie, Jaca serwuje ponownie wspaniały numer hip-hopowy, ale z twistem, bo to nie jest typowa murzyńska wrzuta (mimo, że totalnie murzyńska). Piękny produkcyjny exercise i bardzo chillowe, przyjemne klimaty, przenoszące w dawne lata. Pamiętam, jak dawno temu zastanawiałem się, czy rap i hip-hop, to to samo, czy jednak nie. Ten numer stanowi najlepszą odpowiedź. Hip-hop to nie tylko rap, to całe brzmienie i vibe. Piękna wrzuta.
Perry Blake - Weeping Tree
Kurde, zauważyłem, że jak Musiał od razu zaznacza, że wziął numer z RAM, to trochę wrzucie odbiera xD W zasadzie to wystarczy puścić te płyty i już mamy 80% wrzut devowskich na kolejne 2-3 lata. No, ale. Numer jest super. Podoba mi się to wolnoobrotowe brzmienie, jakieś ciekawe, ponure brzmienia, klimat jak z Anala Wake’a. Wokal też jest dobry. Pogoda dzisiaj taka, że taka muza wchodzi od razu lepiej. Ciekawy facet ten Perry, muszę obadać.
Venetian Snares - Második galamb
Mega cringowe spoken word intro, ale na szczęście potem już jest lepiej. Połączenia brejków, atonalnej elektroniki i jakiejś samplowanej orkiestry to nie jest pierwszyzna chyba nawet wśród wrzut Smoka. Zawsze mam problem z takimi numerami, bo ich pole sprzyjającego działania jest wąskie. Generalnie, to kanonada dźwięków, może nie losowych, ale brzmiących losowo. Człowiek zadaje sobie pytanie, jak to jest, że ludzie takie rzeczy wydają, bo każdy by w sumie mógł. No, jak widać nie każdy, a przynajmniej nie ma to takiego znaczenia. Technicznie na wysokim poziomie, ale chyba nie jestem takim nerdem muzycznym, żeby się podniecać samymi aspektami technicznymi i z takich powodów do kawałka wracać. W innym wypadku, nie zostaje tu wiele. Emocjonalnie nie rusza mnie to, bo po prostu nie jestem tak zbudowany. Przesłuchałem, doceniam, daję okejkę, nigdy nie wrócę.
Jean-Michel Jarre - L'Ouverture / The Overture
Nie mam fetyszu na Chiński Koncert, ale bardzo lubię i szanuję. To jednak coś, kiedy live album ma wśród fanów pozycję nie mniejsza od największych studyjnych osiągnięć. „L'Ouverture” brzmi jak coś, co by mogło lecieć w Miami Vice, w jakiejś scenie, w której Crockett szuka zabójcy, ale nie może go znaleźć, więc łazi po ulicach Miami i wkurwioną miną i się rozgląda. Jest to fajny snapshot z fajnych żarowych czasów. Słychać też, że niejaki Łysy z Kombi, musiał się mocno inspirować i pewnie wielokrotnie oglądał ten koncert z kasety, obowiązkowo z intrem Manna. Jak już mówimy o intrze, to ten numer ma w zasadzie wszystkie cechy takowego, przez co urywa się w momencie kulminacyjnym. Nie jest to jednak nawet zarzut z mojej strony, nie mam w sumie zarzutów. Bardzo spoko rzeczy by Jean-Michel.
Fiona Apple – I know
Swego czasu wciskano mi Fionę Apple dosyć energicznie, pamiętam że sprawdziłem, mehnąłem i dałem spokój. Ten utwór natomiast jest z pewnością dużo lepszy, od tego co wtedy sprawdzałem. Niby piąta woda, po piątej wodzie, nic nowego, utwór jakich naprawdę wiele, ale to chyba taka forma, że można ją wałkować wielokrotnie, a ona jest cierpliwa i dostarcza. Jak na coś będącego na granicy plagiatu (no ale to blues), z wokalistką, która nie ma w głosie niczego charakterystycznego, czerpię zadziwiająco dużą przyjemność ze słuchania, więc nie pozostaje mi nic innego, jak dać okejkę. Nie wiem, czy sięgnę po więcej, może jak będę miał moment na taką muzę, to wtedy chętnie.
Po odsłuchu ostatniej płyty Lamara, Gang Starr jest jak miód na uszy. Dj Premier to jednak marka i nawet sama jego obecność w tytule powoduje, że się podjarałem. Podjarałem słusznie, Jaca serwuje ponownie wspaniały numer hip-hopowy, ale z twistem, bo to nie jest typowa murzyńska wrzuta (mimo, że totalnie murzyńska). Piękny produkcyjny exercise i bardzo chillowe, przyjemne klimaty, przenoszące w dawne lata. Pamiętam, jak dawno temu zastanawiałem się, czy rap i hip-hop, to to samo, czy jednak nie. Ten numer stanowi najlepszą odpowiedź. Hip-hop to nie tylko rap, to całe brzmienie i vibe. Piękna wrzuta.
Perry Blake - Weeping Tree
Kurde, zauważyłem, że jak Musiał od razu zaznacza, że wziął numer z RAM, to trochę wrzucie odbiera xD W zasadzie to wystarczy puścić te płyty i już mamy 80% wrzut devowskich na kolejne 2-3 lata. No, ale. Numer jest super. Podoba mi się to wolnoobrotowe brzmienie, jakieś ciekawe, ponure brzmienia, klimat jak z Anala Wake’a. Wokal też jest dobry. Pogoda dzisiaj taka, że taka muza wchodzi od razu lepiej. Ciekawy facet ten Perry, muszę obadać.
Venetian Snares - Második galamb
Mega cringowe spoken word intro, ale na szczęście potem już jest lepiej. Połączenia brejków, atonalnej elektroniki i jakiejś samplowanej orkiestry to nie jest pierwszyzna chyba nawet wśród wrzut Smoka. Zawsze mam problem z takimi numerami, bo ich pole sprzyjającego działania jest wąskie. Generalnie, to kanonada dźwięków, może nie losowych, ale brzmiących losowo. Człowiek zadaje sobie pytanie, jak to jest, że ludzie takie rzeczy wydają, bo każdy by w sumie mógł. No, jak widać nie każdy, a przynajmniej nie ma to takiego znaczenia. Technicznie na wysokim poziomie, ale chyba nie jestem takim nerdem muzycznym, żeby się podniecać samymi aspektami technicznymi i z takich powodów do kawałka wracać. W innym wypadku, nie zostaje tu wiele. Emocjonalnie nie rusza mnie to, bo po prostu nie jestem tak zbudowany. Przesłuchałem, doceniam, daję okejkę, nigdy nie wrócę.
Jean-Michel Jarre - L'Ouverture / The Overture
Nie mam fetyszu na Chiński Koncert, ale bardzo lubię i szanuję. To jednak coś, kiedy live album ma wśród fanów pozycję nie mniejsza od największych studyjnych osiągnięć. „L'Ouverture” brzmi jak coś, co by mogło lecieć w Miami Vice, w jakiejś scenie, w której Crockett szuka zabójcy, ale nie może go znaleźć, więc łazi po ulicach Miami i wkurwioną miną i się rozgląda. Jest to fajny snapshot z fajnych żarowych czasów. Słychać też, że niejaki Łysy z Kombi, musiał się mocno inspirować i pewnie wielokrotnie oglądał ten koncert z kasety, obowiązkowo z intrem Manna. Jak już mówimy o intrze, to ten numer ma w zasadzie wszystkie cechy takowego, przez co urywa się w momencie kulminacyjnym. Nie jest to jednak nawet zarzut z mojej strony, nie mam w sumie zarzutów. Bardzo spoko rzeczy by Jean-Michel.
Fiona Apple – I know
Swego czasu wciskano mi Fionę Apple dosyć energicznie, pamiętam że sprawdziłem, mehnąłem i dałem spokój. Ten utwór natomiast jest z pewnością dużo lepszy, od tego co wtedy sprawdzałem. Niby piąta woda, po piątej wodzie, nic nowego, utwór jakich naprawdę wiele, ale to chyba taka forma, że można ją wałkować wielokrotnie, a ona jest cierpliwa i dostarcza. Jak na coś będącego na granicy plagiatu (no ale to blues), z wokalistką, która nie ma w głosie niczego charakterystycznego, czerpię zadziwiająco dużą przyjemność ze słuchania, więc nie pozostaje mi nic innego, jak dać okejkę. Nie wiem, czy sięgnę po więcej, może jak będę miał moment na taką muzę, to wtedy chętnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Gang Starr - DJ Premier In Deep Concentration
Didżejskie cięcia, późne lata 80', czyli ja raczej w oparach świata Playback FM niż szczery zajawkowicz. Przynajmniej odkryłem źródło (albo wcześniejsze zastosowanie?) sampla, którego znam od wielu lat dzięki debiutanckiej płycie Autechre. Mocno eklektyczna rzecz, z tym średnio szybkim bitem to nie za bardzo, ale skrecze stylowe, podobają mi się. Styl w powijakach, tu jeszcze poważna ewolucja dopiero przed nami. O szansach na powroty można sobie dośpiewać samodzielnie. Zostałem przy You Know My Steez i tutaj jest pełna wygoda. Materiał dla koneserów i znawców dyskografii Gang Starrów.
Steven Wilson - Man Of The People
Największy człowiek światka przemysłu muzycznego w kolejnej odsłonie zbliżonej do masy rzeczy słyszanych i lubianych. Bez bliższego przysłuchania chwilami głowa się kołysała, ale SW raz na 150 prób potrafi przygotować coś lekkiego bez tendencji do przytłoczenia. Prędzej czy później zaraz znowu wiem, kto to, lecz nie wiem, po co. Artystyczna woda inspirowana Pink Floydem, w środku taki oczywisty pasaż w stylu Welcome To The Machine. Na odcinku Junior Boys ft Tangerine Dream zero ciekawostek, poza wcześniejszym zrywem dochodzi więcej cyfrowych pętli, na które mam już alergię. Wiele mogło wyjść, ale klasycznie wyszło przekombinowanie. Nuda, nuda, nic się nie dzieje i jeszcze lekko pretensjonalne. Elektronika dla fanatoli dawnej listy w PR3 czy innych Stelmachów.
Perry Blake - Weeping Tree
Głosem przypomina trochę innego Blejka, na moje to najmniej udany element kawałka. Jednocześnie za bardzo przeszarżowane i monotonne. Cała reszta naprawdę wyraziście oddaje klimat odmalowany przez Deva. Spooky downtempo godne trip hopowych klasyków, tyle że bez aranżacyjnego rozmachu, za to klimat wyjątkowo dobijający, pesymistyczny. Forumowe warianty bestkowe skutecznie powstrzymują mnie od poważniejszych poszukiwań w takim stylu. Podrzucany gość to dla mnie postać kompletnie anonimowa, choć jeśli ma w repertuarze więcej muzyki skrojonej w takim klimacie, to naprawdę w porządku. W ogóle nie byłbym zdziwiony, napotykając dawniek ten kawałek podczas pobudki w środku nocy we Wrocku.
Jean-Michel Jarre The Overture
Koncerty chińskie... temat rzeka. Trochę przypał, że wciąż nie obejrzałem w całości tego starotelewizyjnego oblicza żarowej wyprawy, ale postanawiam poprawę w najbliższym czasie. Kurczę, nie dość, że Jarre w swoim pierwszym peaku kreatywnej mocy, to jeszcze stylistycznie i estetycznie w sztosie. Chyba najlepsze możliwe wydanie koncertowe, czyli w pełni analogowe instrumentarium i perkusja elektroniczna. Do tego brawurowy look długowłosego pięknisia babrającego się w tych pokrętłach, kablach i klawiszach. Nic dziwnego, że to się musiało odbyć w przestrzeni kompletnie nie do osiągnięcia dla europejskiego szaraczka. Jestem ciekaw potencjalnych refleksji lokalsów na miejscu już po jednym z koncertów. Prędzej interesuje mnie relacja zwykłego obywatela niż partyjniactwa, ale z drugiej strony... do dziś nie kojarzę ChRL przez pryzmat awangardowych nurtów w elektronice, więc każdy głos na plus. W obliczu ostatnich tygodni aktywności pomarańczowego spuchlaka Seba giga baza. Wracając... Nie wiem, jak ten numer odbierają inni tak wczuci fani, ale na moje to naprawdę nieźle rozwinięty wariant wstępu pierwszej części Magnetic Fields. Jak na klasyka elektroniki przystało, zawsze wypada pobawić się własnymi kompozycjami i podać je trochę inaczej. Jest trochę wolniej, ale dzięki klawiszowi prowadzącemu więcej ikry, bardziej ekspresyjnie. Kończy się tam, gdzie trzeba. To dopiero zapowiedź prawie półtorej godziny materiału, a i tak od pierwszych kontaktów i chwil byłem wziętym fanem. Swoją drogą, żarowe koncerty chińskie były jedyną płytą kupioną totalnie w ciemno, zrobiłem to niedługo po wypuszczeniu remastera. Świetna wrzuta Seby, czekam na więcej JMJ pełną gębą. A jeszcze jak sobie sprawdzicie pełnoprawny bootleg stamtąd... po odsłuchu przearanżowanego Oxygene to już była ekstaza. Poza tym te najnowsze wówczas komp... dobra, koniec yappingu.
Fiona Appel I Know
Mnie to tam aż tak nie robi podczas porannych odsłuchów w pociągu czy nocnego dogorywania w wyrze, czy śpiewak wykonuje własne kompozycje czy korzysta z pomocy profesjonalnych pisarzy. Didaskalia, gdy mam wybrać coś dobrego. Z twórczością Fiony to jest tak, że zbiera łatwy props wsród środowisk artystowskich, a ja tego do końca nie czuję. Fetch the Bolt Cutters wchłonąłem na fali trzymania ręki na pulsie co chodzi o nowinki. Poza dwoma numerami słuchanymi raz na rok to jednak tyle. Jest lekkość, czasem nutka humoru, szeroka ekspresja bez wysokich dźwięków, ale klimat sztampowy, bez wyrazu. Tutaj akurat patos, wyraźniejszy jazzowy-standardowy sznycik pomaga podbić stawkę. Dobrze wchodzi słuchane w tle i może to jest recepta, pod koniec więcej wokalnych zabaw, a to na plus. Brzmi jak kandydatka do wrzucenia w młyny albumówki. Po trzech, czterech odsłuchach pewnie przejdę to wyzwanie lekko pokiereszowany, ale w jednym kawałku.
Didżejskie cięcia, późne lata 80', czyli ja raczej w oparach świata Playback FM niż szczery zajawkowicz. Przynajmniej odkryłem źródło (albo wcześniejsze zastosowanie?) sampla, którego znam od wielu lat dzięki debiutanckiej płycie Autechre. Mocno eklektyczna rzecz, z tym średnio szybkim bitem to nie za bardzo, ale skrecze stylowe, podobają mi się. Styl w powijakach, tu jeszcze poważna ewolucja dopiero przed nami. O szansach na powroty można sobie dośpiewać samodzielnie. Zostałem przy You Know My Steez i tutaj jest pełna wygoda. Materiał dla koneserów i znawców dyskografii Gang Starrów.
Steven Wilson - Man Of The People
Największy człowiek światka przemysłu muzycznego w kolejnej odsłonie zbliżonej do masy rzeczy słyszanych i lubianych. Bez bliższego przysłuchania chwilami głowa się kołysała, ale SW raz na 150 prób potrafi przygotować coś lekkiego bez tendencji do przytłoczenia. Prędzej czy później zaraz znowu wiem, kto to, lecz nie wiem, po co. Artystyczna woda inspirowana Pink Floydem, w środku taki oczywisty pasaż w stylu Welcome To The Machine. Na odcinku Junior Boys ft Tangerine Dream zero ciekawostek, poza wcześniejszym zrywem dochodzi więcej cyfrowych pętli, na które mam już alergię. Wiele mogło wyjść, ale klasycznie wyszło przekombinowanie. Nuda, nuda, nic się nie dzieje i jeszcze lekko pretensjonalne. Elektronika dla fanatoli dawnej listy w PR3 czy innych Stelmachów.
Perry Blake - Weeping Tree
Głosem przypomina trochę innego Blejka, na moje to najmniej udany element kawałka. Jednocześnie za bardzo przeszarżowane i monotonne. Cała reszta naprawdę wyraziście oddaje klimat odmalowany przez Deva. Spooky downtempo godne trip hopowych klasyków, tyle że bez aranżacyjnego rozmachu, za to klimat wyjątkowo dobijający, pesymistyczny. Forumowe warianty bestkowe skutecznie powstrzymują mnie od poważniejszych poszukiwań w takim stylu. Podrzucany gość to dla mnie postać kompletnie anonimowa, choć jeśli ma w repertuarze więcej muzyki skrojonej w takim klimacie, to naprawdę w porządku. W ogóle nie byłbym zdziwiony, napotykając dawniek ten kawałek podczas pobudki w środku nocy we Wrocku.
Jean-Michel Jarre The Overture
Koncerty chińskie... temat rzeka. Trochę przypał, że wciąż nie obejrzałem w całości tego starotelewizyjnego oblicza żarowej wyprawy, ale postanawiam poprawę w najbliższym czasie. Kurczę, nie dość, że Jarre w swoim pierwszym peaku kreatywnej mocy, to jeszcze stylistycznie i estetycznie w sztosie. Chyba najlepsze możliwe wydanie koncertowe, czyli w pełni analogowe instrumentarium i perkusja elektroniczna. Do tego brawurowy look długowłosego pięknisia babrającego się w tych pokrętłach, kablach i klawiszach. Nic dziwnego, że to się musiało odbyć w przestrzeni kompletnie nie do osiągnięcia dla europejskiego szaraczka. Jestem ciekaw potencjalnych refleksji lokalsów na miejscu już po jednym z koncertów. Prędzej interesuje mnie relacja zwykłego obywatela niż partyjniactwa, ale z drugiej strony... do dziś nie kojarzę ChRL przez pryzmat awangardowych nurtów w elektronice, więc każdy głos na plus. W obliczu ostatnich tygodni aktywności pomarańczowego spuchlaka Seba giga baza. Wracając... Nie wiem, jak ten numer odbierają inni tak wczuci fani, ale na moje to naprawdę nieźle rozwinięty wariant wstępu pierwszej części Magnetic Fields. Jak na klasyka elektroniki przystało, zawsze wypada pobawić się własnymi kompozycjami i podać je trochę inaczej. Jest trochę wolniej, ale dzięki klawiszowi prowadzącemu więcej ikry, bardziej ekspresyjnie. Kończy się tam, gdzie trzeba. To dopiero zapowiedź prawie półtorej godziny materiału, a i tak od pierwszych kontaktów i chwil byłem wziętym fanem. Swoją drogą, żarowe koncerty chińskie były jedyną płytą kupioną totalnie w ciemno, zrobiłem to niedługo po wypuszczeniu remastera. Świetna wrzuta Seby, czekam na więcej JMJ pełną gębą. A jeszcze jak sobie sprawdzicie pełnoprawny bootleg stamtąd... po odsłuchu przearanżowanego Oxygene to już była ekstaza. Poza tym te najnowsze wówczas komp... dobra, koniec yappingu.
Fiona Appel I Know
Mnie to tam aż tak nie robi podczas porannych odsłuchów w pociągu czy nocnego dogorywania w wyrze, czy śpiewak wykonuje własne kompozycje czy korzysta z pomocy profesjonalnych pisarzy. Didaskalia, gdy mam wybrać coś dobrego. Z twórczością Fiony to jest tak, że zbiera łatwy props wsród środowisk artystowskich, a ja tego do końca nie czuję. Fetch the Bolt Cutters wchłonąłem na fali trzymania ręki na pulsie co chodzi o nowinki. Poza dwoma numerami słuchanymi raz na rok to jednak tyle. Jest lekkość, czasem nutka humoru, szeroka ekspresja bez wysokich dźwięków, ale klimat sztampowy, bez wyrazu. Tutaj akurat patos, wyraźniejszy jazzowy-standardowy sznycik pomaga podbić stawkę. Dobrze wchodzi słuchane w tle i może to jest recepta, pod koniec więcej wokalnych zabaw, a to na plus. Brzmi jak kandydatka do wrzucenia w młyny albumówki. Po trzech, czterech odsłuchach pewnie przejdę to wyzwanie lekko pokiereszowany, ale w jednym kawałku.