Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 08 kwie 2025 07:59

David Axelrod - Song of Innocence

Miałem zasiąść do pisania tej recenzji już wczoraj wieczorem, ale podczas ostatniego, towarzyszącego mi zawsze przy pisaniu osłuchu poczułem, że zaczynam trochę odpływać w inny, lepszy świat i zdecydowałem, że nie przerwę tego procesu, zobaczymy bowiem, co mi tam Axelrod zrobi w głowie przy tej okazji. I zrobił w sumie niewiele o tyle, że już wcześniej nie widziałem opcji innej, jak po prostu cały ten krążek zapropsować od początku do końca, więc czy mogę po prostu zapropsować bardziej?

Płyta krótka to i z recenzją nie będę przesadzał. Ciężko mi tutaj iść wytartą ścieżką moją i innych pt. "drobiazgowe opisywanie każdej ścieżki z osobna", albowiem dla mnie to jeden z tych albumów, co to się albo z nimi wajbuje albo nie. Za cokolwiek ciekawy uważam fakt, iż jakieś 15 lat temu - a może nawet 10 - bym ten krążek raczej zjechał. Wystarczyłoby mi posłuchać Urizen i wszystko byłoby jasne - okrutnie wprost soundtrackowy pop-jazz, który bezwzględnie kojarzy się ze ścieżkami dźwiękowymi do amerykańskich filmów i seriali lat 60. oraz 70. (zwłaszcza jednak tych drugich, wiecie, policjant-detektyw w długm prochowcu z glockiem, najlepiej czarny, jakieś blacksploitation, takie tam motywy). Chyba nigdy nie ukrywałem, że żaden ze mnie takiego kina fan (chyba, że bardzo konkretnych z niego rzeczy, typu Shaft), ale Axelrod się jakoś broni. Tbh każdy pojedynczy utwór na Song of Innocence mógłby być numerem pod konkretny film jednej serii. Urizen jest tego najlepszym przykładem i chyba najbardziej modelowym dziełem pod tym kątem, wręcz do porzygu. Holy Thursday momentami bardzo się od tego schematu odrywa, zaś momentami tonie w nim jeszcze mocniej (zwłaszcza, gdy na pełnej wjeżdżają smyki). A na dodatek ma vibe motywu głównego z GTA III, który to motyw był absolutnie świetny, także propsy propsiki. The Smile daje w ryj jakimś victorian/medieval-core (to byłoby dopiero fusion) komponowanym na modłę stuprocentowo fiftiesową. Ciężko to wytłumaczyć... ale tak jest. Dęciaki wchodzą mi tutaj najlepiej <3 A Dream z kolei jest trochę... dziwaczne. I znów wracamy do soundtracków z gier lub filmów. Ktoś pamięta tutaj taką naprawdę obskjurową przygodówkę Jack Orlando? Chyba najbardziej mi właśnie do niej pasuje ten utwór. Hollywood jest tak ostre, że od samych smyków idzie się pociąć. Czy to źle? Cóż, nie. Nawet w takim starociu granym po nocach na TCM zwróciłbym uwagę właśnie na OST, gdyby tylko składał się z kawałków Axelroda. Tytułowy utwór dla odmiany pachnie dokumentem o hippisach z końca lat 60., dosłownie widzę te close-ups na ich stroje, odsłonięte nogi dziewcząt, ich zawalone szpejem mieszkania, wszechobecny dym ze skrętów, zaś na to wszystko "(...)AND THIS IS WHERE COMMISSIONER KOWALSKY OF LAPD STEPPED IN AS THE ORDER HAD TO BE RESTORED" bla bla bla. Choćby Mentos wyżej pisze o tym krążku jako o przykładzie na "easy listening", dla mnie... w ogóle czymś takim on nie jest. To jest ścieżka dźwiękowa i odmawiam przyjęcia do wiadomości, że może być inaczej. Latem będę tym nawalał z głośników swojego auta włócząc się po Warszawie bez większego celu (co i tak teraz robię lol). Merlin's Prophecy - docieramy do końca płyty i mam dość zaskakujące połączenie powyższego rozpoznania muzycznego z... czymś Ghost Boxowym, ja bardzo przepraszam, ale ja to NAPRAWDĘ słyszę i nie umiem tego nie słyszeć ;( Niemniej jednak to wyłącznie wyróżnienie - bardzo fajny utwór, niespecjalnie długi, a jest w nim wszystko to, co powinno być. The Mental Traveler z kolei przywala lekkim kwasem, co w połączeniu z nieco melancholijnym feelingiem numeru daje mu... soundtrackowy klimat, for Christ's sake. Ale tym razem jest on też bardziej "action driven", oto główny bohater nigdy nie nakręconego filmu idzie ostatecznie spuścić bęcki swojemu nemezis, dojdzie do epickiego pojedynku ze strzelaniną w slo-mo na parkingu jakiegoś na poły opuszczonego centrum handlowego na przedmieściach Detroit, w tym wszystkim jeszcze element skradany, totumfaccy złodupca z afro na głowach (i obowiązkowo w obcisłych fioletowych polówkach), na szczęście słuszność zatryumfuje, kurde, może powinienem to wrzucić jako prompt w ChataGPT... Dobry kawałek.

Kawałek kawałkiem, ta płyta jest dobra. Może ODROBINKĘ zbyt jednowymiarowa, może ODROBINKĘ za mocno na jedno kopyto, może ODROBINKĘ z przegięciem soundtrackowa, ale też na tamte czasy... Może przy wczorajszym zasypianiu żaden film nie zmaterializował mi się w głowie, ale przynajmniej seans ten podkreślił - Axelrod znał się na rzeczy. Szacun za kompozycje i aranże, szacun za naprawdę fajny album. Będę wracał? Jak najbardziej jeszcze jak! Tak jak Pan Murzyn powiedział <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 08 kwie 2025 14:44

David Axelrod - Song of Innocence

Data powstania mnie na początku trochę przestraszyła, nie powiem. Muzyka starsza ode mnie o parę lat – to nigdy nie brzmi dobrze. Ale zaledwie 27 minut długości dodało jednak otuchy. Szczerze mówiąc nie lubię tak krótkich albumów, o ile album jest dobry i mnie zainteresuje. Ale tutaj myślę jest wystarczająco. Nie dlatego, że jest źle. Bo jest spoko. Ale też nie będę czarował, że to nuta z mojej bajki, którą słucham na co dzień. Podziwiam kunszt kompozytorski pana Davida, bo podejrzewam, że rozpisanie muzyki na orkiestrę symfoniczną i tyle instrumentów nie jest rzeczą łatwą. Trzeba mieć pojęcie, żeby to wszystko zagrało. Podziwiam oczywiście kunszt samych muzyków. Sam grałem kiedyś w orkiestrze dętej (na pewno dużo mniej renomowanej hehe) i wiem ile to wymaga pracy najpierw indywidualnej każdego muzyka, a następnie zespołowej, żeby to działało. Godziny prób tygodniowo, bezustannych ćwiczeń. Mamy tu do tej orkiestry dorzucone trochę innych instrumentów jak gitara, perkusja czy wibrafon. Całość generalnie ma dla mnie klimat właśnie jak to już tu zostało określone kina szpiegowskiego z lat 70-tych. Kiedyś Jacek wrzucał do bestki clipowej teledysk Flight Facilities i to jest właśnie dokładnie ten sam klimat. Słuchając tego albumu mam od razu przed oczami tamte sceny. Słoneczne plaże i porty, kobiety w strojach kąpielowych, łodzie motorowe, gangsterzy z pistoletami w dłoni. Tak sobie próbuję wyobrazić scenki z GTA, gdy pomyka się po amerykańskich szosach wzdłuż wybrzeża o zachodzie słońca jakąś wirtualną bryką z tą muzyką sączącą się z samochodowego radio. I to by chyba też doskonale pasowało.
Unrizen samiusieńki początek ma taki, jakby to był wstęp do filmu z Alienami. Te złowieszcze smyki. Ale już po chwili klimat się zmienia na taki, o którym pisałem wyżej. Kino szpiegowski-gangsterskie. Ładnie pracuje perkusja. Bas też fajnie buczy. Podoba mi się ta solówka na basie w środku utworu. Mamy też pierwsze wejścia wibrafonu a nawet barokowe klawisze. Krótko mówiąc dużo się dzieje i to wszystko ładnie się zgrywa. Na koniec powracają znowu na chwilę „złowieszcze smyki”. Myślę, że Unrizen to mój faworyt. Chociaż w sumie Holy Thursday wcale nie jest gorsze. Znowu fajna praca perkusisty, który ma nawet swoje małe solówki. Jest więcej wibrafonu, ładne smyki, trąbki, pianino (czy też może klawesyn – jak wspominał Jacek - ciężko mi te instrumenty rozróżnić). Oczywiście bas też wypada super. Są momenty spokojniutkie i ciche co mi się podoba. No jest bardzo dobrze.
The Smile brzmi jak przedłużenie Holy Thursday. Ten sam rytm, tempo, instrumentarium. Ten sam klimat krótko mówiąc.
A Dream brzmi już inaczej. Tak trochę bajkowo dzięki tym klawiszom. Fajne basowe outro. Nawet te smyki w środku niepotrzebne.
Song of Innocence w sumie prezentuje wszystko to, co było wcześniej plus więcej gitary. Fajnie to wszystko porozdzielane po kanałach. Perka w prawym, gitara w lewym, inna gitara i bas w obu. Jak się tak wsłuchać, to daje to ładny efekt.
Merlin’s Prophecy znowu bardzo podobne do poprzednika. Dochodzi tylko barokowo brzmiący klawisz, organy i solówka na gitarze. Poza tym to jak przedłużenie Song of Innocence.
The Mental Traveler zmienia klimat na początku na bardziej tajemniczy i niepokojący. Potem wszystko przyspiesza do standardowego poziomu dla tego albumu. Znów jest filmowo. Trochę to już powielanie tego samego po raz kolejny w sumie. Tylko podczas uważnego wsłuchiwania się można wyłapać to i owo. Końcówka utworu bardzo dobra.
Podsumowując – to nie jest muzyka, której dużo słucham. Chodzi mi o ten orkiestrowy pierwiastek. Właściwie jedyną chyba rzeczą wykonywaną przez orkiestrę symfoniczną, której słuchałem, były soundtracki do serii filmów i gier o Obcym. I to też nie za często, bo za często się po prostu nie da. Oczywiście są też koncerty niektórych wykonawców przy udziale orkiestry symfonicznej, które lubię, ale to już inna sprawa. Niemniej Song of Innocence słuchało mi się całkiem dobrze. Kilka razy album robił za typową muzykę tła. Ale były też odsłuchy w pełnym skupieniu i te były nawet lepsze, gdy dokładnie wyłapywałem wszelkie zagrywki, smaczki, poszczególne instrumenty. Kiedy słyszałem, jak to wszystko ładnie się zgrywa i uzupełnia. Najlepszy jest początek albumu, pierwsze utwory. Potem wkrada się już pewne powiedziałby znużenie, gdy te same patenty się po prostu powtarzają. Albo ma się wrażenie, że się powtarzają. No ale tak to już jest przy muzyce z udziałem orkiestry, gdy na dystansie kilkudziesięciu minut słyszy się wciąż te same instrumenty. W dodatku grające w bliźniaczo podobnym tempie, w podobnym klimacie z małymi zaledwie odchyłkami w tym względzie. Przynajmniej dla kogoś jak ja, raczej bardzo mało wprawionemu w takie brzmienia. Ale to są szczegóły, bo mimo wszystko słuchało się tego bardzo dobrze.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 kwie 2025 15:47

Dzięki. Miło było niektórych z Was zaskoczyć czymś trochę innym dla odmiany choć z drugiej strony uznanie dla płyty która i tak już ma uznanie też nie przynosi wiele emocji jako wrzucającemu, easy prejz, na lato muszę wygrzebać coś z niby niższej półki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 kwie 2025 16:08

Jedziemy dalej.

Fink – Biscuits for Breakfast
Hien pisze:
03 mar 2025 11:53


Finka poznałem niemal równe 10 lat temu. Słyszałem o nim wcześniej, jak i jego muzykę, ale dopiero w 2015 r. wkręciłem się na dobre, w zasadzie szykując się na jego koncert w Łodzi. Było to jedno z moich największych odkryć muzycznych w ogóle. O ile każdy jego album uważam za bardzo dobry, to najbardziej czuję się związany z jego singer-songwriterskim debiutem. Podkreślam ten przymiotnik, ponieważ de facto jest to drugi album Finka, ale pierwszy to w zasadzie DJ set, nagrany kiedy Fink był jeszcze DJem. Facet stał się pierwszym singer-sonwriterem nagrywającym dla Ninja Tune. Na tej płycie, powstał również „Fink” jako zespół muzyczny ze stałym składem – Fin Greenall (wokal i gitara), Guy Whittaker (bas) i Tim Thornton (perkusja).

„Biscuits for Breakfast”, to wieczorny, luźny album, na którym spotyka się trochę akustycznego folku, bluesa, psychodelii i hip-hopowego feelingu. Soulujący wokal Finka zajebiście się z tym wszystkim łączy. Utworu poruszają się we wspólnym, transowym rytmie, majacząc na granicy jawy i snu, co jest typowe dla tych wczesnych albumów. Gdybym miał wymienić ulubieńców, to na pewno byłaby to trójca „Biscuits”, „Kamlyn” i „Pills In My Pocket”, kawałki które są czystym odzwierciedleniem tego, co kocham na tym albumie. Niemniej, uwielbiam każdy utwór jaki się tutaj znalazł, w tym zadziwiający cover „All Cried Out”, po którym nie miałem już więcej ochoty wracać do oryginału.

Zróbcie sobie kawy, herbaty, czy drinka, usiądźcie sobie w domu kiedy niebo zacznie robić się fioletowe, i odpalcie „Biscuits for Breakfast”. Wrażenia gwarantowane.

https://www.youtube.com/watch?v=ZqcOpSh ... 6O17S_bUWZ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 kwie 2025 02:27

Fink Biscuits for Breakfast

Ja jakoś nie jestem wielkim sympatykiem rzeczy ze stajni Ninja Tune. Wiele szyldów oraz ludzi kojarzę, pewne otwarcie na eklektyzm i gatunkową zmienność też z czasem dostrzegłem, ale w sumie nie są to w żadnym przypadku bliskie związki trzeciego stopnia. Od kiedy promują zespoły pokroju Black Country New Road to już zupełnie nie moja bajka. Bestka pozwala jednak na zetknięcia niespodziewane i nieplanowane, więc dałem Finku kilka godnych okazji odsłuchowych. Jak przesłuchałem Truth Begins przy okazji kolejnej kolejki singlówki, tak więcej nie wracałem. Tak sobie słucham po czasie i w sumie jak w soczewce skupia wszystkie zalety oraz wady płyty, którą mamy przyjemność poznać.

Całość nie była przynajmniej za długa, co na plus. Trudno zarzucić względne nudzenie, kawałki są całkiem zwarte, nie ma dłużyzn. Co innego melodie czy aranże, nawet gdy coś zostaje w głowie to jakoś bez pragnienia powrotów. Na świeżo można się jeszcze wygłupiać, pod tym względem zawsze skuteczny jest test czasu. Drażni rytmiczne eins zwei drei, całość w tym samym rytmie poza ciekawszymi momentami pod koniec. Nie czułem szczególnej zmiany na dystansie, wszystkie piosenki raczej podtrzymują wspólny nastrój - dla mnie był raczej neutralny z nutką cwaniactwa, tajemnicy i lekkości. Nie wiem, czy wszyscy twórcy z NT tak mają, ale ani nie jest do końca kameralnie, ani też nie bije stąd produkcyjny rozmach. Eklektycznie, tyle że bez wyrazu. Jak już to zostanie ze mną lekki negatyw po przegiętej kliszy z amerykańskiego filmu klasy B i dowolnej sceny w saloonie, czyli Hush Now. Po prostu potworek. Baba jęczy, chłop dodatkowo bułę męczy. Maniera za manierą, brzmieniowo strasznie starte rzeczy. Na parodię za słabe, na poważny odbiór zbyt przerysowane. Poza tym było naprawdę okej. Znowu im bardziej niezobowiązująco, tym lepiej. Nie czułem nic więcej poza silnym akcentem bluesowym. Elektroniczne dodatki pasowałyby do jakichś dubowych nagrań, to chyba były najlepsze rzeczy tutaj. Hip-hop może było czuć w tej luzackiej produkcji i specyficznym podejściu do sekcji rytmicznej. Basu jak na lekarstwo, za to clapów, ćwierkania i stukania o gitarę aż miło. Sprzyjało to wrażeniu zlewania się w jedno, ale w takiej RAMce przy częstszym kontakcie przykładowe Pretty Little Thing tylko by zyskało.

Do swojego muzycznego pamiętnika zapisałem dwie piosenki. Generalnie druga część płyty jest mocniejsza, nie ma już tego umpa umpa na folkowo/bluesowych kliszach. Kawałek tytułowy zapowiada trochę więcej tajemnicy. Ładnie rozbudowany klimacik. Ciekawiło mnie o co chodzi z tym tekstem i rozczarowałem się luźną głupotką, ale bez blisko przyłożonego ucha jest naprawdę nieźle. Kamlyn ma za to bardzo urodziwego rytmicznego łamańca, który nie jest tak bardzo pretekstowy. Treść liczy się bardziej niż forma. Chyba najbardziej nadawałoby się na zakończenie, choć płyta nie zawiera typowego zamykacza. Kawałki z delikatnym twistem w powietrzu mają to coś, dzięki czemu to zdecydowanie nie był stracony czas. Do trójki najmocniejszych zmieściłoby się jeszcze All Cried Out. Najpierw miałem pochwalić solidne pisarstwo, ale okazało się, że to cover. Nie znałem oryginału. Sięgnąłem po niego, a to jednak jest jakiś nudny paździerz, więc wracam do chwalenia. Przepisać tak mocno przeżarty przez mole w szafie numer, dodać mu tyle lekkości... szacunek! Tam zresztą Pan Fink ma najlepszy moment wokalny.

Szkoda, że finiszer znów równie mocno od czapy co ekwiwalent tancbudy w jakimś Amarillo czy El Paso. Te nierobiące niczego muzyczne nerwy wzmagają poczucie losowości, a nie przyjemnego odprężenia. Myślałem, że tam coś jest o niani, ale lektura tekstu każe się odbić od czegoś kompletnie zwyczajnego. Trochę o wszystkim, trochę o niczym, czyli bardziej o niczym te piosenki. Nie umiałbym też wskazać odpowiednio czasu do słuchania tej muzyki. Jest, bo jest i SPOKO, ale kompletnie tego nie słyszę na dłuższą metę. Powrót na raz do Truth Begins utwierdza w przekonaniu, że ten pierwszy poznany był najciekawszy, a i tam były rzeczy warte rozbebeszania. Rzetelnie spędziłem z Finkiem trochę czasu, dziękuję. Takie to środowisko wydawnicze, przynajmniej na mnie tak wpływa jak widzę po kolejnych tytułach i wykonawcach... w segmencie Hienowym bardziej zacieram ręce przed Terror Twilight, bo taka krok po kroku słucham, wracam... to będzie dobre. Tu było tylko okej, a do rzeczy tylko okej nie wracam (chyba że po kilku miesiącach jakaś zgubiona piosenka zaświeci w głowie).
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 kwie 2025 08:49

Fink - Biscuits For Breakfast

Jak na 40 minut muzyki zdecydowanie za długo już to kiszę więc nie będę się rozwodził na wstępie, Truth Begins z utworowej to była jedna z najlepszych wrzut Hiena dlatego kurde miałem spore nadzieje co do tej płyty a co z tego wyszło? Odpowiedź poniżej.



Pretty Little Thing to chyba najmocniejszy punkt tego albumu. Z jednej strony ustawia brzmienie płyty, zapowiada to z czym przyjdzie się zmagać na przestrzeni następnych 40 minut ale jednocześnie ma TO COŚ więcej w sobie. Jakbym miał wskazać o co chodzi prawdopodobnie zwrócił bym uwagę na przyjemne klawisze dodające fajnego smaczku tej country-r&b aranżacji. Moją uwagę zwrócił też rimshot w dalszej części kawałka czy dźwięk klawiszy telefonu. Wokalnie Fink dowozi tu soulowo ale takim białym soulem i w zestawieniu z tym aranżem całość MOCNO kojarzy mi się z wczesnym... Chetem Fakerem, heh, zwłaszcza tym coverem:

https://youtu.be/z4EvQOpgp9o?si=vk2Jzzg5YekJBjfc

Pills In My Pocket zgrabnie kontynuuje vibe otwieracza ale w miejscu klawiszy ma tu chwilami ten fajny country twist na gitarze akustycznej. Dla mnie to jest modelowy przykład NUMERU DWA na albumie który ma w sobie coś z otwieracza jednocześnie będąc na podobnym poziomie. Ten numer jest nawet nieco bardziej bujający może.

You Gotta Choose - znów delikatnie country pobrzmiewająca gitara ale wokalnie Fink leci tu jakoś inaczej, bardziej się wlecze, nie wiem, te zawodzące frazy iiiisss iiit meeee oraz red aaaambeeeerr greeen działają mi na nerwy. Nie przepadam za tym numerem.

Przy czwartym z kolei country bluesowym r&b kawałku, coverze All Cried Out wiem już że z tego wajbu nie wygrzebię się do końca tej płyty i zastanawiam się - na plus czy na minus tej płyty to wyjdzie? Albumy tak spójne w brzmieniu można równie łatwo w całości łyknąć co i w całości odrzucić. Dla mnie zaczyna się robić za bardzo na jedno kopyto to wszystko czego efektem jest że ten numer przelatuje mi dość bezwiednie. Dla wyłuskania czegokolwiek z niego sięgnąłem po oryginał i... mogę jedynie docenić zgrabne odświeżenie tego numeru.

Hush Now to dla mnie w tym miejscu płyty akurat miła odmiana dzięki damskiemu wokalowi i pójściu na całość w bujające klimaty południowego, amerykańskiego bluesa, nawet jeśli numer jest kliszowy na maksa. Podoba mi się bardzo praca perkusji w tym numerze i ta prosta bluesowa zagrywka na gitarze.

Po tej naprawdę fajnej goścince na wokalu trudniej mi słuchać ponownie Finka na mikrofonie, gdzieś jego maniera zaczyna mnie męczyć w tym momencie a ta płyta nie jest przecież taka długa znowu. Biscuits może faktycznie oferuje lekką odmianę w aranżacji ale odnoszę wrażenie że w tym numerze NIC się nie dzieje, jest potwornie stateczny. Kilka odsłuchów później potrafię docenić magię gitary w refrenie ale tekstowo ten numer... no nie wiem.

Niestety ale dokładnie ten sam problem mam z następnym So Long, które poza tym dźwiękiem sonaru jakby nie wyróżnia się dla mnie w żaden sposób. Numer płynie powolnie cały czas tak samo a ja przysypiam. Myślałem że chwilowe odejście od tej country aranżacji coś poprawi ale nie jest wcale lepiej niż w pierwszej części płyty. Numer wlecze się so long, so long, so long...

W Kamlyn nawet Fink na wokalu brzmi jakoś inaczej? Tu dopiero czuję jakbym dostał tego Finka z Truth Begins, jakby bardziej słyszalny był jego brytyjski akcent czy coś. Aranżacja jest taka jakby... noirowa? Ma jakąś nutkę tajemnicy w sobie, ponownie świetna perkusja wiedzie prym w numerze. Rzutem na taśmę numer dołącza do grona najlepszych z tej płyty.

Zamknięcie płyty tym Sorry I'm Late uważam za pomyłkę. Klimat całkiem się zmienia, urok po Kamlyn ulatuje, a można było zamknąć płytę i zostawić słuchacza z dobrym ostatnim wrażeniem eh.


Podsumowując, na pewno mogę przyznać że myliłem się - cała płyta nie była utrzymana w tym samym klimacie z tą country-bluesową nutą, ale jednocześnie odejście od niej niewiele wniosło do płyty, jedynym wartym uwagi odejściem od tego było Kamlyn. Druga rzecz, podchodziłem do tej płyty z pewnymi nadziejami jednak ale tego Finka z Truth Begins tu zbytnio nie idzie uświadczyć, to jednak inny etap (choć sprawdziłem nawet album z którego ten numer pochodził i w sumie poza Truth Begins sporo tam było też podobnych klimatów co tu). Troszeczkę może czuję zawód, może ciut więcej spodziewałem się po tym udanym debiucie w utworowej niż to snujące się akustyczne r&b. Płyta jest krótka a jednak mimo to trochę nie mogłem jej zmęczyć przez niewielką ilość urozmaiceń, obracanie się w ramach tej spójnej palety patentów i brzmień. Nie wyobrażam sobie powrotów do całości, wyróżniam dwa pierwsze, Hush Now i Kamlyn ze wskazaniem zwłaszcza na ten ostatni (jednak!)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 kwie 2025 13:54

Ta pogoń za "Truth Begins" to ślepy zaułek. Fink wydał w międzyczasie 3 albumy i mocno się rozwinął w innym kierunku, zresztą od tamtej pory też się zmienił. Te pojedyncze wrzuty są czasami przekleństwem albumowej. Moge się przynajmniej cieszyć, że Jaca się poznał na "Kamlyn". Zgadzam się z 'noirowym' feelingiem, gitary i klawisze są w tym momentami lekko atonalne, falują niczym na starej kasecie VHS, tworząc narkotyczny klimat. Bardzo mi się to w tym kawałku podoba.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 kwie 2025 15:31

Możliwe że czasami (zwłaszcza kiedy to są wrzuty utworowe z innej płyty niż wrzuta albumowa) lepiej jak wpadają po albumie, pamiętam jak mehałem na Yurameki In The Air a jak cudnie siadło po albumie. Choć oczywiście nie miałem prawa na podstawie Truth Begins robić sobie nadziei w kontekście całkiem innej płyty.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 22 kwie 2025 10:10

Fink - Biscuits For Breakfast

Zupełnie nie pamiętałem utworu Finka z bestki pomimo tego, jak się okazało, że miałem go na playliście utworów polubionych. Ale to zauważyłem dopiero wczoraj. Tak więc podszedłem do odsłuchów bez żadnych oczekiwań, jak do czegoś zupełnie nowego i nieznanego. No i ta muzyka kliknęła u mnie praktycznie od samego początku. To jest właściwie taki rodzaj muzyki, który bardzo lubię i który zawsze docenię. Folkowo-country-akustyczne granie. Nie bez powodu tak bardzo lubię album folklor.
Już pierwszy utwór podniósł mnie momentalnie na duchu i dał niemałe nadzieje na to, że będzie dobrze. Akustyczna gitara, zgrabny basik, oszczędne ale piękne klawisze, ładna melodia. Dźwięki klawiszy telefonu też super. Strasznie podoba mi się w ogóle wokal Finka. Fantastyczny głos. I to naśladowanie przez Finka w końcówce głosem jakiegoś instrumentu (bo nie wiem jak to inaczej określić) świetne. Niby nic, a jak cieszy. Tak więc na otwarcie mamy bardzo ładną piosenkę w pięknej, oszczędnej aranżacji.
Pills in my Pocket kontynuuje klimat poprzednika. Jest gęściej na perkusji. Bardzo ładna elektryczna gitara, która za każdym odsłuchem dawała mi skojarzenia z Sylvianem. I to wcale nie jedyny przypadek takich skojarzeń. Melodia znów bardzo fajna.
Country gitara w You Gotta Choose daje jeszcze większe skojarzenia z Sylvianem. To wrażenie jest już naprawdę bardzo wyraźne. Ja naprawdę uwielbiam takie gitary. Jacek narzeka na Finka, że jego wokal się wlecze, zawodzi. A ja to bardzo lubię. On jest niesamowity. Smęci jak cholera, ale jak pięknie. Klimat idealnie skrojony pode mnie.
All Cried Out to już czwarty utwór, a klimat nadal się nie zmienia, co mi bardzo odpowiada. Znowu country aranżacja, ładne gitary, piękna melodia. No i fantastyczny Finian na wokalu. Z ciekawości posłuchałem oryginału tego utworu, ale gdzie mu tam do wersji Finka.
Hush Now wnosi trochę odmiany za sprawą damskiego wokalu. Sam klimat się w sumie mocno nie zmienia. Utwór jest może bardziej bluesowy. Dużo fajnych country gitar. Jeszcze parę lat temu nie sądziłbym, że takie country klimaty będą mnie tak jarały.
Biscuits ma trochę bardzo ładnie brzmiących klawiszy w tle. Przyjemny bas, perkusję i cudną gitarę. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że tu nic się nie dzieje. Dzieje się dokładnie tyle, ile powinno. Klimat jest rzeczywiście magiczny na granicy jawy i snu. Jest pięknie.
So Long – jest tak dobre! Niby nic nowego, mamy to, co wcześniej, ale podane w tak smakowity sposób, że mógłbym tego słuchać i słuchać. Różne drobne efekty dźwiękowe dają niesamowity efekt. Gitara basowa czaruje. Wokalista czaruje głosem. Utwór niesamowicie buja. Przepiękna rzecz.
Kamlyn to kolejna ślicznotka. Piękne te gitary i bas. Piękna melodia, szczególnie w refrenie. Super perkusja.
Zamykające album Sorry I’m Late jest nieco odmienne od poprzedników. W sumie to utwór jedynie na gitarę akustyczną z lekką pomocą basu. W sumie dobra rzecz, choć na tym albumie akurat najmniej spektakularna.

Finkowi udało się na tym albumie stworzyć niesamowity, nierealistyczny klimat. Aranżacje są zrobione z niesamowitym wyczuciem i smakiem. Były zarzuty moich poprzedników, że Fink smęci i przynudza. Że to wszystko się ciągnie w tym samym rytmie. I to w sumie prawda, z tym, że dla mnie jest to zaletą tego albumu. Bo dobrze smęcić trzeba umieć. Uwielbiam takie albumy utrzymane w podobnym tempie, spójnym klimacie. Ostatnio mocno eksploatowałem muzykę raczej elektroniczną i wydawało mi się, że w tej chwili nie mam ochoty na inne rzeczy. Ale jak tylko na leżaczku w ogrodzie odpaliłem Biscuits For Breakfast, to od razu przepadłem. Dla takich albumów warto być w tej bestce. Dla takich albumów warto żyć. Jedno z większych dla mnie odkryć muzycznych w albumówce. Nie wymienię ulubionych utworów, bo nie potrafię. Z wyjątkiem zamykacza wszystko kwalifikuje się do miana ulubionego numeru. Utwory są podobnie zbudowane, zaaranżowane, mają podobny klimat, ale jak już pisałem - dla mnie to tylko zaleta.
Na bank ten album będzie powracał u mnie regularnie w glorii i chwale. I nie tylko ten, bo wczoraj włączyłem sobie jeszcze o osiem lat młodszego Hard Believer i tam to już w ogóle dzieją się cudne rzeczy.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 kwie 2025 10:51

W kwestii smęcenia to na Wujku zawsze mogę polegać, bo jednak Jaca to człowiek, którego łatwo znudzić. A ja jestem Munlup, im więcej smęcenia tym lepiej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 24 kwie 2025 22:14

No to ten. Pamiętam, że ten pseudonim już się w tej zabawie przewinął jakieś dwa lata temu i w zasadzie to nie pamiętam tej wrzuty ni cholery. Tak dobrze to pamiętam, że byłem pewien, że to było dawniej i musiałem sprawdzić co ciekawego tam napisałem. Cóż, okazało się, że nic, bo stwierdziłem po prostu, że ten utwór to esensja munlupizmu i tym podobne, a umówmy się, że wystarczy mi dać chłopa śpiewającego pod gitarki akustyczne, bym napisał coś podobnego.

I z taką muzyką to ja mam generalnie problem, bo wiem, że nie jest zła, a nawet jest dobra, ale… kurna, tak sobie nagle w trakcie słuchania tej płyty zacząłem rozwazać na temat rzeczy, które lubię. I jakoś tak się złożyło, że pomijając jakieś pojedyncze wyjątki, to generalnie swoją ulubioną muzykę mogę podzielić na trzy kategorię. Pierwsza to taka, w której coś się dzieje, bodźcuje mnie, atakuje, jest powyginana, powydziwiana i cholera wie jeszcze jaka, wiecie jakieś kolorowe King Crimsony, Sparksy, Gabriele. Druga to śpiewające laski typu Suzanne Vega. Trzecia to plumkające ambientowe elektroniki spod znaku Tangerine Dream czy Boards of Canada (gdzieś tam był podpiął pod to GYBE).

No i zgadnijcie pod którą z tych kategorii można podpiąć chłopa śpiewającego piosenki na akustyku? No więc właśnie.

Z racji tego, że w ramach tego zabawy wrzucamy nasze BEST OF, osobiście jest mi jakoś głupio mi dissować rzeczy, które nie do końca do mnie trafiają, bo jednak głupio tak komuś krytykować płytę, którą ten uważa za jedną z lepszych w życiu i w ogóle. I w sumie głupio mi pisać, że doceniam fakt, iż płyta jest względnie krótka oraz, że w sumie do puszczenia w tle się nada, bo kaman - umówmy się, że takie teksty to jest jednak średnio subtelnie zawoalowana sugestia przeciętności.

No ale długa nie jest.

Pierwszą połowę tej płyty to właściwie prawie w całości przespałem. No prawie, bo jednak otwierające płytę jest PRETTY LITTLE THING jest przyjemne, ma ciepły klimat i jest nawet okej, i w sumie ten drugi kawałek o pigułach w kieszeni też, tak już dalej mnie to mniej bierze, a natężenie chłopa śpiewającego pod plumkanie na gitarce jest już dla mnie zbyt duże. Sorry, nudzę się przy tym po prostu i pragnę czegoś więcej, bo ja nie z tych i na samego chłopa z gitarą nie polecę.

Cóż, piąty kawałek na trackliście to w zasadzie ucieleśnienie powiedzenia "Uważaj czego sobie życzysz", bo dostałem coś innego, co lepsza - babę. Gorzej, że przy tym dostałem jednocześnie najsłabszy utwór na całym albumie, bo jej maniera wokalna mnie drażni, wokalizy też drażnią i w ogóle brzmi to jak generyczny blues, a ja chyba go po prostu nie czuję. Nie ma bonusa.

No ale tak to w życiu bywa, że po burzy wychodzi deszcz czy jakoś tak. Mam przez to na myśli, że gdzieś od tej pory płyta już odbija i jest ciekawsza. Ot, takie BISCUITS - jak się przymknie ucho na to stukanie w drzwi i tekst, to w tle dzieją się całkiem przyjemne rzeczy, jak np. niezła gitarka, czy jakieś wręcz dubowe motywy. Fajne to jest. W SO LONG też dzieje się coś więcej niż sama li gitarka, choć sam kawałek nie porwał mnie jakoś mocno. Bardziej już mi zaskoczyło KAMLYN, które ma, jak to mawia młodzież, aurę. Kolega wyżej użył słowa noirowa - w sumie nawet coś w tym jest, ja osobiście kierowałbym się w stronę skojarzeń z jesienią, bo ta charakterystyczna dla tej pory roku aura jest wyczuwalna.

I w sumie to zgadzam się z tym, że mógłby kończyć tę płytę, chociaż w sumie ten ostatni kawałek nie jest zły. Faktycznie, pomysł by zamykać tym płytę po Kamlyn dyskusyjny, sam na początku miałem pisać coś o tym, żę się odbiłem, ale ostatecznie kupiłem ten dziwny, trochę neurotyczny, trochę depresyjny epilog.

No i tak to wyszło. Przygoda z Finkiem była ciekawa i warto było ją odbyć, nawet jeśli momentami się dłużyła i momentami się mocno odbiłem. A może potrzebuje czasu/aury/czegoś tam? Diabli wiedzą.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 kwie 2025 16:37

mintaj pisze:
24 kwie 2025 22:14
No i zgadnijcie pod którą z tych kategorii można podpiąć chłopa śpiewającego piosenki na akustyku?
A Pink Moon weszło
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 kwie 2025 21:14

No weszło, bo to nie jest tak, że od tej reguły nie ma wyjątków
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 kwie 2025 21:19

Fink i Nick Drake to się też delikutaśnie różnią, zupełnie inny typ pitolenia na akustyku.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 kwie 2025 22:05

mintaj pisze:
25 kwie 2025 21:14
No weszło, bo to nie jest tak, że od tej reguły nie ma wyjątków
Nie idzie wygrać
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 kwie 2025 22:32

Dragon pisze:
25 kwie 2025 21:19
Fink i Nick Drake to się też delikutaśnie różnią, zupełnie inny typ pitolenia na akustyku.
Oj różnią się jak dzień od nocy. Przynajmniej dla mnie.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 25 kwie 2025 23:08

No właśnie o to chodzi. Można sobie racjonalizować, porządkować, ale zawsze jest szansa na jakąś wyrwę w myśleniu, schematach. Przecież to muzyka, może podejść lub nie z najbardziej prozaicznych lub bardzo poważnych powodów.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 26 kwie 2025 19:07

Fink - Ciasteczka na Śniadanie

Nie zrobiłem sobie kawy, herbaty, ani drinka, zaś niebo nie zrobiło się fioletowe. Jednak nastał wieczór, a potem kolejny i jeszcze kolejny, a ja odpaliłem Finka po raz pierwszy, a potem po raz drugi, a potem jeszcze po raz trzeci. I tak sobie słuchałem i słuchałem i słuchałem i zastanawiałem się (i zastanawiałem i zastanawiałem), czy imć Dunlop miał w głowie taką myśl, iż mnie ten album może się spodobać. Czy miał? Nie wiem. Wiem jednak, że mi się spodobał. I to bardzo.

Finka znałem do tej pory z dwóch źródeł - opowieści Munlupa i jego ówczesnej partnerki sprzed miliarda lat oraz płyty, którą mi podsunął podczas naszych własnych wymianek (też sprzed miliarda lat). Tamta płyta miała inny feeling, inny charakter i zapamiętałem ją jako bardzo nostalgiczną i wyraźnie melancholijną. Tutaj melancholii też nie brakuje, ale to jest inna melancholia, tym razem nie ubrana w podarty frak i nie posiadająca zmierzwionej oraz fatalnie przystrzyżonej brody, a zwiewny beżowy płaszczyk i zdaje się być na gładko ogolona. Ten Fink brzmi bardziej indie niż Indie (tak, długo myślałem nad tym żartem), jest mocno speakeasy i w ogóle ma wywalone.

To wywalenie słychać już od Pretty Little Thing, które jest takim letnim ale niechamskim podrywem uskutecznianym mimo wszystko wyjątkowo od niechcenia. Czy taka metoda działa na tegoż podrywu "obiekt", nie wiem, nie dowiadujemy się właściwie, ale działa na mnie. Fin ma lekko wywalone, chyba taką strategią się zdobywa niewieście serca i chyba dlatego mi nie wychodzi. Wokal i tekst wokalem i tekstem, akustyczne plumkanie w tle wprowadza mnie w tak czilowy nastrój, że dostałem fazy bez zażywania wspomagaczy fazy (poza muzyką, ona wspomaga najbardziej). Potem nadchodzą Pigułki i już robi się mniej w stylu rozgotowanego hipstera, a bardziej Radiohead-like. Nawet to powtarzane na koniec "pills in my pocket" ma w sobie ducha Yorke'a, cudowny jest też sposób, w jaki się ów numer kończy. Niby skrajnie prosty zabieg, a w niektórych numerach robi całą robotę.

You Gotta Choose wraca do Pretty Little Thing swoją stylizacją, ale tym razem podmiot liryczny jest już rozkosznie nawalony, ledwo stoi na nogach i wtóruje mu ta piękna, wyjątkowo amerykańska gitara. Czy to mogłoby lecieć w jakimś barze w południowej części słynnych fly-over-states? Zapewne. Siódmy z rzędu Bud Light, zmięta paczka wygniecionych malrborasów, lekko zdewastowany stół do bilarda i nikczemni kolesie stojący przy szafie grającej. Well, I'm completely lost. Wbija All Cried Out i właśnie się dowiedziałem, że ten kawałek jest coverem Alison Moyet lol, właściwie co ja wiem o jej solowej twórczości? Nic. Hien pisze, że przestał słuchać oryginału po zapoznaniu się z tymże coverem, ja z kolei nie czuję w ogóle potrzeby odpalania tegoż, ta wersja jest zbyt dobra. Zabawna sprawa, gość jest Brytyjczykiem, a typowo (w moim mniemaniu) amerykańskiego bluesa słychać tutaj w ilościach przemysłowych (żaden to jednakowoż zarzut!).

Ok, nie byłbym sobą, gdybym trochę nie ponarzekał, więc ponarzekam na Hush Now. Z jednej strony utwór pasuje tematycznie do całej reszty na Ciasteczkach, ale trochę za bardzo wali mi Norą Jones po uszach, a ja chyba jednak wolę delikatnie stukanie w struny w pubie w Kansas a nie Luizjanę i Blue Bayou. Zwłaszcza, że towarzysząca tutaj Finowi Tina Grace brzmi jak discount wersja chyba dowolnej południowej dziewczęcej wokalistki. Widzę, że Smoku i Mentos podzielają moje zdanie, z kolei Murzyn i Wuj (Tom) zdecydowanie propsują. Niestety, ja mówię "hush now" do wykonawców, idziemy dalej. Biscuits wraca do początków płyty, mamy coś pomiędzy Pretty Little Things a Pills in My Pocket. I słodki jeżu w morelach, jaki ten numer jest genialny. W ogóle na początku miałem takie poczucie, że ten krążek pasuje mi bardziej do lata, dusznego, gorącego z pełnymi pyłu wieczorami na jakiejś prowincji, ale ten jeden kawałek to siedzenie w kawiarni w deszczowy późnokwietniowy poranek. Zupełnie nie blues pełny bluesa, smutający chill i wyborne wprost gitary (jak te ciastka na śniadanie). Seba pisze jeszcze o dubowych zagrywkach, tylko dodają uroku. A jak ten utwór się kończy, samo gęste <3

Poczułem się więc "zrównoważony", a teraz idę dalej. Dalej... zbliżamy się do końca płyty, ale cieszy mnie to w sumie. Łatwo było przy takiej muzycznej - mimo wszystko - monotematyczności krążka go zwyczajnie wyeksploatować i zarżnąć, a mam poczucie, iż dostajemy dokładnie tyle dobrego, ile można. Ani nie będzie niedosytu, ani rzygania. So Long lekko dubuje, a jednocześnie wyciąga najlepsze z akustycznego charakteru nagrań drużyny Greenalla. Perkopodobne zagrania w tle brzmią fantastycznie, to zdecydowanie jeden z highlightów Biscuits. Kamlyn... dołączę do reszty lol, na tym krążek powinien się zamknąć. Po prostu w zestawieniu z całą resztą Sorry I'm Late wypada bladawo. W Kamlyn wszystko mnie złapało od razu i nie potrzebowałem słuchać tego jednego kawałka ponownie, ażeby wyrobić sobie o nim opinię. Muzyka, tekst, sposób, w jaki Fin go wyśpiewuje, wszystko tu jest na swoim miejscu, melancholijnym w melancholijnym płaszczyku i melancholijnie ogolonym. Noir? Tak, ale nie jesienny. To może być kontynuacja deszczowej wiosny, niby rok rozkręcił się na pełnej, niby dopiero teraz świat tak naprawdę wraca do życia, a dla tego jednego typa śpiewającego tę jedną piosenkę wszystko idzie w diabły. Tak, wyjątkowo wajbuję z tą piosenką, jest bezwglęgnie fantastyczna. Z wyjątkowo cierpkim zakończeniem...

No i co, osiem kawałków to byłoby w sam raz, a tak trzeba hehe cierpieć... Nie no, żartuję, też nie jest tak, że Sorry I'm Late to jakieś gunwo, ale wyczuwam tutaj niepotrzebnego fillera. Artyści na pewno mieli swój zamysł a i piosenka trzyma pewien poziom, też pachnie - przede wszystkim muzycznie - Radiogłowymi, ale Kamlyn było za dobre, żeby nie zrobić z niego zamknięcia. Więc więcej się o tym kawałku nie wypowiem. Płytę podsumuję następująco - jest piękna. Zastanawiam się, czy Jakub mógł mi ją suflować wiosną 2015, kiedy to jednak byłem w innym świecie, również muzycznie. Lekko się zaskoczyłem jak przeczytałem, że Biscuits for Breakfast pochodzi z 2006 roku, toż to prawie dwie dekady. Ciekawe, czy miałem minimalne szanse na to, żeby się na ten krążek wtedy nadziać. Miałem? Nie wiem. "Nadziałem się" teraz i bardzo mi to pasuje, akurat ukazał się 24-go kwietnia, jest 26-ty, jest w pytę. Who doesn't need a smoke these days?

Wielkie, wielkie propsy!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 26 kwie 2025 20:35

Musiał, to taki serdeczny człowiek, że podobnie jak ja, bardzo rzadko negatywnie wypowiada się na temat wrzut utworowych i albumowych. Zawsze znajdzie coś, co warto docenić i nie skupia się zbyt energicznie na tym, co mu nie siadło. Gdyby nie kompleksowy charakter jego recenzji, to by można uznać, że on tych płyt nie słucha xD Ale liczę, że Finka serio słuchał z przyjemnością, i to nie jest jedynie kurtuazja z jego strony, biorąc pod uwagę sporo mehania u Jacy i Seby.

W kwestii artysty, nie pamiętam co Ci do naszej zabawy zapodałem, masz scrobblowany (wielokrotnie) tylko album "Resurgam", ale to na bank nie był ten. Jak będę przy kompie to jakoś to spróbuję ustalić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 kwie 2025 01:00

Plot twist, to było Resurgam xD najbardziej się podniecałem Not Everything Was Better in the Past. A do Ciasteczek będę wracał jak porabany <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl