Miałem zasiąść do pisania tej recenzji już wczoraj wieczorem, ale podczas ostatniego, towarzyszącego mi zawsze przy pisaniu osłuchu poczułem, że zaczynam trochę odpływać w inny, lepszy świat i zdecydowałem, że nie przerwę tego procesu, zobaczymy bowiem, co mi tam Axelrod zrobi w głowie przy tej okazji. I zrobił w sumie niewiele o tyle, że już wcześniej nie widziałem opcji innej, jak po prostu cały ten krążek zapropsować od początku do końca, więc czy mogę po prostu zapropsować bardziej?
Płyta krótka to i z recenzją nie będę przesadzał. Ciężko mi tutaj iść wytartą ścieżką moją i innych pt. "drobiazgowe opisywanie każdej ścieżki z osobna", albowiem dla mnie to jeden z tych albumów, co to się albo z nimi wajbuje albo nie. Za cokolwiek ciekawy uważam fakt, iż jakieś 15 lat temu - a może nawet 10 - bym ten krążek raczej zjechał. Wystarczyłoby mi posłuchać Urizen i wszystko byłoby jasne - okrutnie wprost soundtrackowy pop-jazz, który bezwzględnie kojarzy się ze ścieżkami dźwiękowymi do amerykańskich filmów i seriali lat 60. oraz 70. (zwłaszcza jednak tych drugich, wiecie, policjant-detektyw w długm prochowcu z glockiem, najlepiej czarny, jakieś blacksploitation, takie tam motywy). Chyba nigdy nie ukrywałem, że żaden ze mnie takiego kina fan (chyba, że bardzo konkretnych z niego rzeczy, typu Shaft), ale Axelrod się jakoś broni. Tbh każdy pojedynczy utwór na Song of Innocence mógłby być numerem pod konkretny film jednej serii. Urizen jest tego najlepszym przykładem i chyba najbardziej modelowym dziełem pod tym kątem, wręcz do porzygu. Holy Thursday momentami bardzo się od tego schematu odrywa, zaś momentami tonie w nim jeszcze mocniej (zwłaszcza, gdy na pełnej wjeżdżają smyki). A na dodatek ma vibe motywu głównego z GTA III, który to motyw był absolutnie świetny, także propsy propsiki. The Smile daje w ryj jakimś victorian/medieval-core (to byłoby dopiero fusion) komponowanym na modłę stuprocentowo fiftiesową. Ciężko to wytłumaczyć... ale tak jest. Dęciaki wchodzą mi tutaj najlepiej <3 A Dream z kolei jest trochę... dziwaczne. I znów wracamy do soundtracków z gier lub filmów. Ktoś pamięta tutaj taką naprawdę obskjurową przygodówkę Jack Orlando? Chyba najbardziej mi właśnie do niej pasuje ten utwór. Hollywood jest tak ostre, że od samych smyków idzie się pociąć. Czy to źle? Cóż, nie. Nawet w takim starociu granym po nocach na TCM zwróciłbym uwagę właśnie na OST, gdyby tylko składał się z kawałków Axelroda. Tytułowy utwór dla odmiany pachnie dokumentem o hippisach z końca lat 60., dosłownie widzę te close-ups na ich stroje, odsłonięte nogi dziewcząt, ich zawalone szpejem mieszkania, wszechobecny dym ze skrętów, zaś na to wszystko "(...)AND THIS IS WHERE COMMISSIONER KOWALSKY OF LAPD STEPPED IN AS THE ORDER HAD TO BE RESTORED" bla bla bla. Choćby Mentos wyżej pisze o tym krążku jako o przykładzie na "easy listening", dla mnie... w ogóle czymś takim on nie jest. To jest ścieżka dźwiękowa i odmawiam przyjęcia do wiadomości, że może być inaczej. Latem będę tym nawalał z głośników swojego auta włócząc się po Warszawie bez większego celu (co i tak teraz robię lol). Merlin's Prophecy - docieramy do końca płyty i mam dość zaskakujące połączenie powyższego rozpoznania muzycznego z... czymś Ghost Boxowym, ja bardzo przepraszam, ale ja to NAPRAWDĘ słyszę i nie umiem tego nie słyszeć
Kawałek kawałkiem, ta płyta jest dobra. Może ODROBINKĘ zbyt jednowymiarowa, może ODROBINKĘ za mocno na jedno kopyto, może ODROBINKĘ z przegięciem soundtrackowa, ale też na tamte czasy... Może przy wczorajszym zasypianiu żaden film nie zmaterializował mi się w głowie, ale przynajmniej seans ten podkreślił - Axelrod znał się na rzeczy. Szacun za kompozycje i aranże, szacun za naprawdę fajny album. Będę wracał? Jak najbardziej jeszcze jak! Tak jak Pan Murzyn powiedział <3