Best of DM (nasze top 5)
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zależy mi żeby ta bestka jednak na innych regułach się opierała i szczerze myślałem że temat będzie lekki i przyjemny i łatwy do ogarnięcia w wolnej chwili, niby pisałem że pośpiechu nie ma ale też zachowajmy jakiś rigcz. Wszyscy wlecieli w ciągu 11 dni od startu kolejki a od ostatniej wrzuty już mija 9 dni, czyli czekamy na Dragona prawie drugie tyle ile trwa ta kolejka już, bez jaj naprawdę. Dragon wlatuj, za dużo filozofujesz nad tym.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dragon is new Czez
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
no nwm, Czeza akurat nie trzeba było dwa razy zapraszać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czasami trzeba było mu przypominać, bo brał udział we wszystkim, a czasu miał mało i zapominał. No, ale faktycznie, to już wchodzi na szkalowanie Czeza, odwołuję.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Stękacie to już dajcie mi spokój xD proste.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Proste.
Jedziemy dalej.
MIEJSCE 4.
Jedziemy dalej.
MIEJSCE 4.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Co za rejterada...
Miejsce 4: Enjoy the Silence
Umówmy się, ten numer musiał tu wlecieć w moim "wykonaniu" (hehe, podejrzewam, że zrobiłbym to lepiej niż Montana i tak). Wiąże się z tym dość interesująca historia - mianowicie przez całe lata, aż do 2004 roku nie wiedziałem ani kto wykonuje ten kawałek, ani nawet jaki nosi tytuł. Kojarzyłem go z radio i absolutnie od zawsze mi się podobał, ale to było wszystko. Nie było też nikogo w moim najbliższym otoczeniu kogo mogłem w ogóle spytać o wykonawcę. Aż któregoś dnia, już po słynnym "odkryciu" DM pod koniec kwietnia 2004 znów wrzuciłem MTV Classic i zobaczyłem... końcówkę wideoklipu do ETS. Dosłownie końcówkę, słynny paskowy opis numeru (wykonawca, tytuł, album i rok) właśnie znikał, więc nie zdążyłem nic przeczytać, za to padło tam ikoniczne "ENJOY THE SILENCE". Nagle dotarło do mnie, że w mojej posiadanej od już 2 lat gigantycznej bibliotece numerów MIDI znajduje się kawałek o tym tytule. Poleciałem więc do kompa, odpaliłem go i EUREKA - to był ten właśnie utwór. Po niedługim czasie połączyłem kropki i ogarnąłem, iż wykonawca to nikt inny jak DEPECHE MODE. Kolejna wycieczka do Galerii Łódzkiej i Media Markt w towarzystwie mojej Mamy skończyła się więc zakupem Violatora. W ten oto sposób wchodziłem w lato 2004 z trzema krążkami DM - Ultrą, The Singles 81>85 i Violatorem właśnie. O ile pierwsze dwa zawsze będę najbardziej kojarzył z rodzinnym majówkowym wypadem do Pragi czeskiej (w dniu dymisji rządu Millera ZTCP), tak Violator to lato. Lato z obozem w kaszubskich Ostrzycach i wakacjami w nadbałtyckim Kopalinie. Na obydwu wyjazdach miałem ze sobą nieśmiertelnego discmana, w plecaku zaś 4 płyty (jeszcze Afternoons in Utopia od Alphaville kupione również jakoś w kwietniu/maju tamtego roku). Violator to lato, Violator to Enjoy the Silence, nie pomnę ile razy słuchałem tej piosenki na repeacie gapiąc się w morze stojąc na zupełnie opuszczonej plaży (Kopalino nawet dziś to potworne zadupie). Udało mi się to powtórzyć dokładnie 14 lat później, kiedy w sierpniu 2018 wybrałem się z Rodzicami w to samo miejsce i postanowiłem odpalić sobie pełnoskalowy revival (jednocześnie słuchając "nowszych" rzeczy, tj. takich, do których w tamtym 2004 roku w życiu bym nie pomyślał, że dotrę; Martial Canterel, The Advisory Circle i .O.Rang by wymienić tylko parę z nich, ale nic nie mogło konkurować z Violatorem). Co mogę powiedzieć, idzie lato i Violator (jaki rym lol) znów na słuchawkach będzie grany, może nawet wyskoczę nad Bałtyk choć na dwa dni tylko po to, żeby poleciał ETS. Leżak znajdę, zostaje tylko królewski płaszcz i korona i mogę "sam to sobie k*rwa robić". Może ETS jest ETSem (nie sposób się z tym nie zgodzić), ale to wciąż doskonały utwór, który - co ciekawe - zawsze poczytywałem jako apoteozę samotności i odnajdywanego w niej spokoju, aż nie przeczytałem gdzieś przed miesiącem czy dwoma, że Gore'owi chodziło o spędzanie czasu z ukochaną osobą w milczeniu. Jako Naczelny Romansowicz tego forum wolę pierwszą interpretację. Niech się wszyscy odjebią a ja po prostu będę se słuchał plumkania w gitary i jednego z najlepszych wokali Gahana w historii. Rzekłem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Brzmi jak Naczelny Romansowicz przed kompem xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Trochę rzeczy do pisania już miałem, a jeśli mam blokować wysyłkę tekstów, to nie ma co - pasywno agresywne przypominajki co 3 dni to nie dla mnie, zawsze ciekawskim mogę podrzucić na wolno
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Come Back
(2009)
Z tym utworem przebyłem naprawdę długą drogę na przestrzeni lat i nasza relacja zmieniała się w miarę osłuchiwania się z różnymi wersjami tego numeru. Część z Was może nie wszystko kojarzyć dlatego wyjątkowo pozwolę sobie wkleić linki do kilku ze wspomnianych przeze mnie wersji.
Jeżeli mnie pamięć nie myli to pierwszą znaną mi wersją tego numeru było demo Dave Gahana które ukazało się wraz z wyciekiem SOTU w miejsce finalnej wersji. Było ono - jak to demo - dość oszczędne i zawierało podkład taki w stylu produkcji z Hourglass jakby (Endless itp.), brzmiało to tak jeśli ktoś nie kojarzy/nie pamięta:
https://youtu.be/fAsoDD3cmZQ?si=0gYGMwSciXrTE0jZ
Co prawda w tym linku opisane jako early studio version ale jestem przekonany że to jest demo jakie Gahanoza przyniósł do studia. W tamtym czasie numer jakoś nie wyróżniał się dla mnie jakoś szczególnie. W każdym razie to był dla mnie pikuś w porównaniu do tego co usłyszałem na płycie, bo gdy ukazało się SOTU i wreszcie moglem posłuchać należytej wersji to... ręce mi opadły bez mała. Ta rzęrząca przez cały numer gitara przykrywająca elektroniczne tło to było dla mnie za dużo, kompletnie tego nie czułem i z miejsca ta oficjalna wersja Come Back znalazła się u mnie w gronie najbardziej hejtowanych numerów w katalogu DM. W tamtym czasie jakoś zacząłem bawić się w ocenianie albumów i utworów na płytach ubierając to wszystko w cyferki i ofkors biednemu Come Back wlepiałem chyba 1 czy 2 i podkreślałem czerwonym kolorkiem moją nienawiść xD W gruncie rzeczy nie chodziło o to że nic mnie w nim nie urzekało, ja właśnie uważałem że to był dobry kawałek totalnie zmarnowany przez zupełnie niezrozumiałe dla mnie decyzje w trakcie jego produkcji, czułem prawdziwy fanowski zawód, ogółem wtedy SOTU było dla mnie gorzką pigułką do przełknięcia momentami (poza CB były Fragile Tension i Spacewalker ktore darzyłem równie silnymi negatywnymi uczuciami).
Pierwszym przełomem w mojej relacji z tym numerem było ukazanie się najpierw box seta SOTU na którym to znalazły się studio sessions z płyty a wśród nich ładna, zgrabna, bardziej pianinkowa wersja Come Back. Z tą wersją polubiłem się od razu i wtedy ujrzałem że tam jest naprawdę dobry kawałek pod tym wszystkim.
https://youtu.be/wm6eq1tCIY8?si=a8tmBVeImtZ-Iq2Q
W tamtym czasie - niewielu pewnie pamięta - ukazywały się też fanowskie remiksy na jego bazie, np takie jak Unity of Love Remix:
https://youtu.be/SF36VMOWvKY?si=tPHBnlTZBuZaewDX
Lubiłem CB w tych wersjach, ale to jeszcze nie była bliska zażyłość w tym utworem.
W grudniu 2009 roku ukazał się singiel Fragile Tension a na nim pojawił się oficjalny remiks Come Back w wykonaniu SixToes, kolejny z tych smyczkowo-żydowskich w brzmieniu remiksów jakimi jaraliśmy się w tamtym czasie na forum pamiętam i to było kolejne przełomowe odkrycie tego numeru na nowo dla mnie.
https://youtu.be/nqH_Bka1o8w?si=0qHodG9XxLxa6Wjq
W tej aranżacji numer zyskał dodatkowe pokłady smuteczkowania, spodobał mi się jeszcze bardziej ale do mojego osobistego kanonu wszedł jakiś czas później za sprawą pewnego dziewczęcia. Jak wiele murzyńskich love story ta również nie była szczęśliwa, w sumie mogłem z góry to przewidzieć nawiązując znajomość z dziewczyną która na dobrą sprawę miała chłopaka tyle że był to związek na odległość bo koleżka mieszkał w innym mieście 150km od mojego miasta. To była - a w sumie nadal jest - naprawdę sympatyczna dziewczyna i miło spędzaliśmy czas na długich spacerach i rozmowach no ale na dobrą sprawę sam sobie to zrobiłem bo co ja myślałem że z czasem się nie zakocham ani nic? Bujaliśmy się tak jakiś rok czasu kiedy uznałem że naprawdę wóz albo przewóz a kiedy dostałem kosza i myślałem że gorzej nie będzie to okazało się że raptem miesiąc czy dwa później ona była już z innym facetem. AŁA. Nie mogłem tego przeboleć za cholerę, byłoby mi łatwiej gdybym po prostu mógł winić siebie bo w sumie postawiła sprawę jasno ale nie mogłem znieść tego że jednak wcale nie straciłem szansy dlatego że była w szczęśliwym związku tylko skorzystał na tym wszystkim ktoś zupełnie inny. Czułem się jak frajer stulecia, niby wiedziałem że oberwę ale nie przewidziałem siły uderzenia heh. No i wtedy Come Back w wersji SixToes i tamta Studio Session to było to czego potrzebowałem no bo przecież I WAS "WALKING THE THIN WHITE LINE BETWEEN LOVE AND HATE" etc. etc.
Ale na dobrą sprawę nie był to nadal koniec mojej "walki" z tym numerem, kolejne stadium zbliżenia nastąpiło po osłuchaniu się z wersją koncertową z DVD z Barcelony która wydała mi sie chyba taką najlepiej wypośrodkowaną z wszystkich swego czasu. Myślę że tu lepiej podkreślona jest pulsująca linia basu oraz perka, gitara Marta aż tak nie drażni, gra on trochę inaczej zdaje się.
https://youtu.be/ZAO1-tIgG_w?si=-deN7UgDAtfEw-tD
Na dobrą sprawę to ta wersja właśnie pozwoliła mi jakoś inaczej słuchać Come Back i sprawiła że poza gitarą dostrzegłem lepiej pozostałe elementy tego numeru i jakoś odkryłem go na nowo jako taki bujający electro-rockowy utwór. Dzisiaj dzięki temu już się lubimy jak należy i z numeru który hejtowałem Come Back urosło u mnie do rangi takiego niedocenianego przez fanów underdoga, teraz dla mnie to jeden z najlepszych numerów na płycie który mógłby nawet być singlem (w miejsce Hole To Feed? W każdej chwili).
(2009)
Z tym utworem przebyłem naprawdę długą drogę na przestrzeni lat i nasza relacja zmieniała się w miarę osłuchiwania się z różnymi wersjami tego numeru. Część z Was może nie wszystko kojarzyć dlatego wyjątkowo pozwolę sobie wkleić linki do kilku ze wspomnianych przeze mnie wersji.
Jeżeli mnie pamięć nie myli to pierwszą znaną mi wersją tego numeru było demo Dave Gahana które ukazało się wraz z wyciekiem SOTU w miejsce finalnej wersji. Było ono - jak to demo - dość oszczędne i zawierało podkład taki w stylu produkcji z Hourglass jakby (Endless itp.), brzmiało to tak jeśli ktoś nie kojarzy/nie pamięta:
https://youtu.be/fAsoDD3cmZQ?si=0gYGMwSciXrTE0jZ
Co prawda w tym linku opisane jako early studio version ale jestem przekonany że to jest demo jakie Gahanoza przyniósł do studia. W tamtym czasie numer jakoś nie wyróżniał się dla mnie jakoś szczególnie. W każdym razie to był dla mnie pikuś w porównaniu do tego co usłyszałem na płycie, bo gdy ukazało się SOTU i wreszcie moglem posłuchać należytej wersji to... ręce mi opadły bez mała. Ta rzęrząca przez cały numer gitara przykrywająca elektroniczne tło to było dla mnie za dużo, kompletnie tego nie czułem i z miejsca ta oficjalna wersja Come Back znalazła się u mnie w gronie najbardziej hejtowanych numerów w katalogu DM. W tamtym czasie jakoś zacząłem bawić się w ocenianie albumów i utworów na płytach ubierając to wszystko w cyferki i ofkors biednemu Come Back wlepiałem chyba 1 czy 2 i podkreślałem czerwonym kolorkiem moją nienawiść xD W gruncie rzeczy nie chodziło o to że nic mnie w nim nie urzekało, ja właśnie uważałem że to był dobry kawałek totalnie zmarnowany przez zupełnie niezrozumiałe dla mnie decyzje w trakcie jego produkcji, czułem prawdziwy fanowski zawód, ogółem wtedy SOTU było dla mnie gorzką pigułką do przełknięcia momentami (poza CB były Fragile Tension i Spacewalker ktore darzyłem równie silnymi negatywnymi uczuciami).
Pierwszym przełomem w mojej relacji z tym numerem było ukazanie się najpierw box seta SOTU na którym to znalazły się studio sessions z płyty a wśród nich ładna, zgrabna, bardziej pianinkowa wersja Come Back. Z tą wersją polubiłem się od razu i wtedy ujrzałem że tam jest naprawdę dobry kawałek pod tym wszystkim.
https://youtu.be/wm6eq1tCIY8?si=a8tmBVeImtZ-Iq2Q
W tamtym czasie - niewielu pewnie pamięta - ukazywały się też fanowskie remiksy na jego bazie, np takie jak Unity of Love Remix:
https://youtu.be/SF36VMOWvKY?si=tPHBnlTZBuZaewDX
Lubiłem CB w tych wersjach, ale to jeszcze nie była bliska zażyłość w tym utworem.
W grudniu 2009 roku ukazał się singiel Fragile Tension a na nim pojawił się oficjalny remiks Come Back w wykonaniu SixToes, kolejny z tych smyczkowo-żydowskich w brzmieniu remiksów jakimi jaraliśmy się w tamtym czasie na forum pamiętam i to było kolejne przełomowe odkrycie tego numeru na nowo dla mnie.
https://youtu.be/nqH_Bka1o8w?si=0qHodG9XxLxa6Wjq
W tej aranżacji numer zyskał dodatkowe pokłady smuteczkowania, spodobał mi się jeszcze bardziej ale do mojego osobistego kanonu wszedł jakiś czas później za sprawą pewnego dziewczęcia. Jak wiele murzyńskich love story ta również nie była szczęśliwa, w sumie mogłem z góry to przewidzieć nawiązując znajomość z dziewczyną która na dobrą sprawę miała chłopaka tyle że był to związek na odległość bo koleżka mieszkał w innym mieście 150km od mojego miasta. To była - a w sumie nadal jest - naprawdę sympatyczna dziewczyna i miło spędzaliśmy czas na długich spacerach i rozmowach no ale na dobrą sprawę sam sobie to zrobiłem bo co ja myślałem że z czasem się nie zakocham ani nic? Bujaliśmy się tak jakiś rok czasu kiedy uznałem że naprawdę wóz albo przewóz a kiedy dostałem kosza i myślałem że gorzej nie będzie to okazało się że raptem miesiąc czy dwa później ona była już z innym facetem. AŁA. Nie mogłem tego przeboleć za cholerę, byłoby mi łatwiej gdybym po prostu mógł winić siebie bo w sumie postawiła sprawę jasno ale nie mogłem znieść tego że jednak wcale nie straciłem szansy dlatego że była w szczęśliwym związku tylko skorzystał na tym wszystkim ktoś zupełnie inny. Czułem się jak frajer stulecia, niby wiedziałem że oberwę ale nie przewidziałem siły uderzenia heh. No i wtedy Come Back w wersji SixToes i tamta Studio Session to było to czego potrzebowałem no bo przecież I WAS "WALKING THE THIN WHITE LINE BETWEEN LOVE AND HATE" etc. etc.
Ale na dobrą sprawę nie był to nadal koniec mojej "walki" z tym numerem, kolejne stadium zbliżenia nastąpiło po osłuchaniu się z wersją koncertową z DVD z Barcelony która wydała mi sie chyba taką najlepiej wypośrodkowaną z wszystkich swego czasu. Myślę że tu lepiej podkreślona jest pulsująca linia basu oraz perka, gitara Marta aż tak nie drażni, gra on trochę inaczej zdaje się.
https://youtu.be/ZAO1-tIgG_w?si=-deN7UgDAtfEw-tD
Na dobrą sprawę to ta wersja właśnie pozwoliła mi jakoś inaczej słuchać Come Back i sprawiła że poza gitarą dostrzegłem lepiej pozostałe elementy tego numeru i jakoś odkryłem go na nowo jako taki bujający electro-rockowy utwór. Dzisiaj dzięki temu już się lubimy jak należy i z numeru który hejtowałem Come Back urosło u mnie do rangi takiego niedocenianego przez fanów underdoga, teraz dla mnie to jeden z najlepszych numerów na płycie który mógłby nawet być singlem (w miejsce Hole To Feed? W każdej chwili).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Hah a teraz przeczytaj z uwagą swój pierwszy post w tym temacie. Pisałeś zupełnie coś innego.stripped pisze:25 cze 2025 05:34Ty chcesz się odnosić do tych naszych historii? Ja raczej nie będę, planowałem po prostu odnieść się na koniec może do tych paru Waszych numerów które u mnie nie były w piątce.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
powiedzmy że poszedłem po rozum do głowy
pisz wrzutkę :-)
pisz wrzutkę :-)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Na początku miałem zamiar zamieścić tutaj po prostu swoje top-5 DM, czyli pięć ulubionych utworów. Ale pomyślałem, że to byłoby zbytnie uproszczenie, bo w niektórych przypadkach nie miałbym czegokolwiek sensownego do powiedzenia poza tym, że za to czy za tamto po prostu lubię dany utwór. Dlatego pojawią się tutaj kosztem Behind The Wheel czy Halo utwory, które może nie są w moim top 5, ale niedaleko im do tego i które kojarzą mi się z jakimś okresem w życiu, przywołują jakieś wspomnienia.
A Pain That I’m Used To
To jest przedstawiciel albumu, który silnie kojarzy mi się z pewnym okresem życia. W lutym 2006 zostałem oddelegowany na 3 miesiące do m. Czarne w celu szkolenia kierowców wozów bojowych. Tak się składa, że Czarne to praktycznie moje rodzinne strony. Miejscowość leży zaledwie 50 km na zachód od mojego rodzinnego miasta Chojnice i 20 km na wschód od Szczecinka, gdzie mieszka mój najlepszy kuzyn. Miałem więc mnóstwo okazji do odwiedzania rodziny. Tak więc któregoś dnia pojechałem do owego kuzyna w odwiedziny. No i on uświadomił mi o istnieniu albumu Playing The Angel. Nie miałem o nim pojęcia. Na naszym forum jeszcze nie byłem zainstalowany, a do głowy też mi nie przyszło, żeby szukać na ten temat informacji w internecie. Tak więc posłuchaliśmy sobie PTA razem, a na odchodne kuzyn wręczył mi album świeżo wypalony na cd. A ponieważ PTA od samego początku szalenie mi się spodobał, to od tego momentu płyta nie opuszczała mojego samochodowego odtwarzacza. Każda podróż czy to do domu w Orzyszu na dystansie 450 km, czy to do Chojnic upływała mi przy nowym albumie DM. Do dziś słuchając utworów z PTA widzę oczami wyobraźni jazdę samochodem przez zaśnieżone pomorskie lasy i ukryte w nich pomorskie wsie i miejscowości. A niewiele jest dla mnie miejsc równie urokliwych jak właśnie leśne krajobrazy od Chojnic na zachód.
Najbardziej na początku zaimponowały mi dwa utwory: The Sinner In Me oraz Suffer Well. Ale tuż obok były jeszcze Nothing’s Impossible, The Darkest Star i John The Revelator. Co ciekawe A Pain That I’m Used To na samym początku wcale nie należał do moich faworytów. Nawet się dziwiłem, dlaczego ten utwór był na singlu. No ale z biegiem czasu APTIUT jednak mocno urósł w moich oczach. Na tyle, że od kilku lat jest moim ulubionym utworem z PTA i jednym z najlepszych w całej dyskografii. Podoba mi się ta wyjątkowa energia drzemiąca w tym numerze. Te agresywne gitary w refrenach i przejściach pomiędzy refrenem a kolejną zwrotką. Praca perkusji w tychże przejściach i te chwile wyciszenia. Świetne były te hybrydowe wersje live grane na ostatnich 3 trasach. Mimo, iż słyszałem APTIUT na DM Tour i GS Tour, to po raz kolejny bardzo wyczekiwałem tego utworu na MM Tour. Bo to prawdziwa koncertowa petarda. Prawdziwy wulkan energii. APTIUT ma też bardzo dobry klip.
PTA to według mnie ostatnia tak dobra płyta DM. Lubię SOTU, a przynajmniej większą część tego albumu, lubię MM, nawet Delta i Spirit mają swoje momenty. Ale żaden z tych albumów nie ma już klasy PTA. Bo PTA to dla mnie ostatni album DM będący w stanie rywalizować z najlepszymi albumami DM z lat 90’. A APTIUT to taki rasowy numer-killer, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Utwór o niezwykle przemyślanej konstrukcji i aranżacji. Utwór będący doskonałym otwarciem doskonałego albumu.
A Pain That I’m Used To
To jest przedstawiciel albumu, który silnie kojarzy mi się z pewnym okresem życia. W lutym 2006 zostałem oddelegowany na 3 miesiące do m. Czarne w celu szkolenia kierowców wozów bojowych. Tak się składa, że Czarne to praktycznie moje rodzinne strony. Miejscowość leży zaledwie 50 km na zachód od mojego rodzinnego miasta Chojnice i 20 km na wschód od Szczecinka, gdzie mieszka mój najlepszy kuzyn. Miałem więc mnóstwo okazji do odwiedzania rodziny. Tak więc któregoś dnia pojechałem do owego kuzyna w odwiedziny. No i on uświadomił mi o istnieniu albumu Playing The Angel. Nie miałem o nim pojęcia. Na naszym forum jeszcze nie byłem zainstalowany, a do głowy też mi nie przyszło, żeby szukać na ten temat informacji w internecie. Tak więc posłuchaliśmy sobie PTA razem, a na odchodne kuzyn wręczył mi album świeżo wypalony na cd. A ponieważ PTA od samego początku szalenie mi się spodobał, to od tego momentu płyta nie opuszczała mojego samochodowego odtwarzacza. Każda podróż czy to do domu w Orzyszu na dystansie 450 km, czy to do Chojnic upływała mi przy nowym albumie DM. Do dziś słuchając utworów z PTA widzę oczami wyobraźni jazdę samochodem przez zaśnieżone pomorskie lasy i ukryte w nich pomorskie wsie i miejscowości. A niewiele jest dla mnie miejsc równie urokliwych jak właśnie leśne krajobrazy od Chojnic na zachód.
Najbardziej na początku zaimponowały mi dwa utwory: The Sinner In Me oraz Suffer Well. Ale tuż obok były jeszcze Nothing’s Impossible, The Darkest Star i John The Revelator. Co ciekawe A Pain That I’m Used To na samym początku wcale nie należał do moich faworytów. Nawet się dziwiłem, dlaczego ten utwór był na singlu. No ale z biegiem czasu APTIUT jednak mocno urósł w moich oczach. Na tyle, że od kilku lat jest moim ulubionym utworem z PTA i jednym z najlepszych w całej dyskografii. Podoba mi się ta wyjątkowa energia drzemiąca w tym numerze. Te agresywne gitary w refrenach i przejściach pomiędzy refrenem a kolejną zwrotką. Praca perkusji w tychże przejściach i te chwile wyciszenia. Świetne były te hybrydowe wersje live grane na ostatnich 3 trasach. Mimo, iż słyszałem APTIUT na DM Tour i GS Tour, to po raz kolejny bardzo wyczekiwałem tego utworu na MM Tour. Bo to prawdziwa koncertowa petarda. Prawdziwy wulkan energii. APTIUT ma też bardzo dobry klip.
PTA to według mnie ostatnia tak dobra płyta DM. Lubię SOTU, a przynajmniej większą część tego albumu, lubię MM, nawet Delta i Spirit mają swoje momenty. Ale żaden z tych albumów nie ma już klasy PTA. Bo PTA to dla mnie ostatni album DM będący w stanie rywalizować z najlepszymi albumami DM z lat 90’. A APTIUT to taki rasowy numer-killer, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Utwór o niezwykle przemyślanej konstrukcji i aranżacji. Utwór będący doskonałym otwarciem doskonałego albumu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Slowblow
10 lat temu, Paul Draper napisał krótki, ale bardzo fajny artykuł dla Q Magazine, pt. „Why are ‘lost’ albums lost?”, w którym przypatrywał się nagranym, ale nigdy (lub w tamtym czasie) nie wydanym płytom takich wykonawców, jak Prince, czy David Bowie. O ile Depeche Mode nie mają takich albumów, to jednak jest jeden hipotetyczny album, o którym można wspomnieć, i o którym zresztą swego czasu nawet dyskutowaliśmy. Mityczny, potencjalny HIP-HOPOWY album Depeche Mode z 1998/1999 r. Oczywiście zwrotu „hip-hopowy” używam tu jako skrótu myślowego, ale każdy powinien wiedzieć czemu to robię, a jeśli nie? Czytajcie dalej.
Koło 2002 r., kupiłem sobie biografię Depeche Mode Malinsa, teraz wydawana jest pod tytułem „Black Celebration”, a wtedy to było po prostu „Depeche Mode Biografia”. Nadal uważam, że jest to najlepsza biografia zespołu, może nie ma tylu smaczków co książka Millera, ale napisana jest w tak zajebisty sposób, że przez pierwsze lata wracałem do niej regularnie, czy żeby przeczytać całość, czy też do konkretnych fragmentów. Tak bardzo wymęczyłem mój egzemplarz, że klej puścił w wielu miejscach i zwyczajnie sypią się strony. Jeżeli to nie jest rekomendacją dobrej książki, to nie wiem co jest.
To właśnie w tej biografii, pierwszy raz przeczytałem o kulisach powstawania „Ultry”. Był tam cytat z Tima Simenona, który powiedział, że jedną z niewielu próśb, jakie Martin miał do producenta podczas wstępnych rozmów na temat nowego albumu było to żeby album brzmiał trochę hip-hopowo. O tym, że zespół flirtował z tego typu brzmieniami i podejściem, wiadomo nie od dziś, chociaż bardziej ze śledztwa zapleczowego. Alan już od czasów MFTM bawił się w sampling, z czym rozkręcił się już na pełnej przy okazji „Violatora” i „Songs of Faith”. Samplował nie tylko loopy perkusji, ale też poszczególne dźwięki, którymi potem manipulował. Wrzucałem kiedyś na forum rozpiskę tego, co udało się ustalić w tym temacie. Potem były koncertowe wersje „Fly on the Windscreen” i „I Want You Now” oraz kawałków z SOFAD, które live brzmiały jeszcze bardziej właśnie hip-hopowo. Jak się okazuje, to nie była jedynie preferencja Alana.
Wtedy, w 2002 r., był to dla mnie moment WTF, kiedy przeczytałem ten fragment książki Malinsa. Nie byłem wtedy szczególnie ciepło nastawiony do hip-hopu, wręcz wychodziłem właśnie z momentu kiedy zdarzało mi się słuchać więcej tego typu rzeczy, w kierunku słuchania DM i hejtowania modnie brzmiących raperów. W tamtym czasie, nie do końca słyszałem ten „hip-hop” na „Ultrze”, nie rozumiałem o co chodzi i nie wiedziałem jaki background miał Tim. Dopiero po wczytaniu się i uważnemu przesłuchaniu, zacząłem powoli kumać, co Martin próbował uzyskać.
„Ultra” jaka jest, to każdy wie. Album okazał się być odrodzeniem zespołu, udowodnieniem, że potrafią funkcjonować w studiu bez Alana, że potrafią nagrać coś, co będzie wysoko cenione zarówno przez fanów, jak i krytyków muzycznych. Co natomiast potem? Moment był niezły, żeby kuć żelazo. Współpraca z Simenonem się kleiła (mimo, że sam Tim wspomina ten proces jako wyjątkowo trudny), DM byli w gazie, itd. Można jedynie snuć przypuszczenia na temat tego, o czym oni wtedy myśleli. Wiadomo, że sytuacja Gahana nie była lekka. O ile facet kopnął narkotyki, to był w środku sprawy sądowej, będącej wynikiem jego lajfstajlu. Dziś jest już niemal pewne, że trasa „Ultra” nie odbyła się ze względu na to, że Gahanowi nie wolno było opuszczać kraju, a w mniejszym stopniu dlatego, że zespół nie czuł się na siłach. Kiedy tylko ten ban zeszedł, zespół podjął decyzję żeby nie czekać na kolejny album, tylko wzmocnić się nową składanką i jechać w trasę „best of”. Ewentualny kolejny album, to by była raczej na pewno kwestia 1999 r. najwcześniej. Zespół miał pomysły, które Martin zaczął demować w poważny sposób, ale ostatecznie to było za dużo, za szybko i podjęto, być może słuszną, decyzję aby nie fundować tej trójce - byłemu narkomanowi, byłemu alkoholikowi oraz facetowi po ciężkim załamaniu psychicznym – tak napiętego grafiku.
Ostatecznie, próbką tego ‘co by było gdyby’ jest singiel „Only When I Lose Myself”, na którym znalazły się, poza utworem tytułowym, kawałki „Surrender” i „Headstar”. O ile nie są to rzeczy stricte „hip-hopowe”, a nawet ledwo „trip-hopowe”, to jednak słychać w tym tę daleką sugestię Martina. Te rzeczy są na pewno bardziej przesiąknięte mindsetem hip-hopowym, niż „Ultra”. Samplowanie jest na pierwszym planie, zarówno w „Surrender” jak i „Headstar”, ale w sposób bardziej oczywisty, niż np. robił to Alan (u którego podkradzione rzeczy brzmiały często, jak oryginalne wytwory). Słychać nieraz cięcia, słychać szorowanie winyla, wszystko to ładnie opakowane w elektronikę oraz komplet żywych instrumentów. Jeżeli brzmi znajomo, to dlatego, że słuchaliśmy wszyscy zaproponowany przez Deva album Bomb the Bass „Clear”, na którym Tim Simenon opanował łączenie właśnie tych elementów, do perfekcji. Gdyby dopchnęli album w tym stylu, łooo prostytutka. Ale by było. Momentum niestety zgasło, a Gore borykał się potem z twórcza blokadą i ostatecznie, DM wypłynęli z tego w objęciach Marka Bella i z „Exciterem”, który to oczywiście jest albumem wybitnym, ale już z kompletnie innej galaktyki inspiracji, brzmień i piosenkopisarstwa.
Dlaczego w takim razie to jest wrzuta „Slowblow”? Ponieważ, dla mnie „Slowblow” należy do tej grupy utworów pomimo, że wyszedł już w 1997 r. jako strona b singla „It’s No Good” i był de facto bezpośrednim odrzutem z sesji do „Ultry”. Powiem więcej, myslę że „Slowblow” kickstartował niemal to, z czym zespół flirtował krótko podczas nagrywania singla promującego „Singles 86 > 98”. Jest tu wszystko to, o czym pisałem wyżej, tylko jeszcze lepsze. Moja przyjaźń ze „Slowblow” zaczęła się jakoś w okolicach 2002/2003 r.? Tak mi się przynajmniej wydaje. Mam, być może fałszywe, ale silne wspomnienie, że już wtedy tego słuchałem i fascynowałem się. Nawet jeden kawałek z soundtracku do Final Fantasy VIII, w które wtedy grałem, mocno kojarzył mi się z utworem DM, chociaż dla wielu może to być mocno naciągane. Sami oceńcie.
https://youtu.be/1-M0Ro6Lask?list=PLzi1 ... ycUc0WLEmZ
W każdym razie, wszystko mi zawsze w kwestii „Slowblow” siedziało, ten bit, sample, brzmienie, klimat. Momentami oni generują tu niemal vibe jazzowy, co jest kolejnym moim mokrym snem w kwestii tego, jakie gatunki mogliby bardziej eksplorować. To jest taka rzeka, do której, moim zdaniem, DM nigdy wcześniej nie weszli aż po szyję, ani niestety później. Wspominam deszczowe szare dni, kiedy zamiast na deskę, wolałem siedzieć w domu i słuchać DM. W kwestii tego niewydanego albumu, na którym naturalnie pojawiłoby się „Slowblow” obok kawałków z singla „Only When I Lose Myself”, to miałem niemal obsesję na jego punkcie. Pamiętam sen, który miałem w swoim czasie, a w nim, ten album faktycznie wyszedł i nawet miał tytuł i tracklistę, na której były konkretne tytułu nieznanych utworów DM w tym stylu. Obudziłem się dokładnie w momencie, w którym miałem zacząć słuchać. Innym razem śniło mi się, że jestem na koncercie DM, a oni grają jakiś niby stary kawałek, z płyty która niby wyszły między „Ultrą”, a „Exciterem”. TEJ płyty. I brzmiało to zajebiście. To jest mój ulubiony album DM, tylko rzecz w tym, że nie istnieje, a jedyny co mamy, to potencjalny pierwszy singiel z niego. Być może, zarówno „Slowblow”, jak i „Headstar” i tak wylądowałyby jako b-side’y, ale to by dawało jeszcze więcej oryginalnego materiału na albumie.
Nieraz zdarzało mi się składać ‘lost albumy” wykonawców, głównie z zebranego, pozaalbumowego materiału, jak b-side’y, dema, wyciekłe numery i wykonania live. W ten sposób, skleiłem sobie nigdy nie wydany, ale de facto w dużej mierze nagrany, trzeci album Republiki z lat 80-tych. W wielu przypadkach, nawet nie trzeba było montować tego samemu, bo albo robili to fani, albo płyty wyciekały w całości (np. oryginalna wersja „Outside” Bowiego). Niestety, o ile „Black Album” Prince’a i „Toy” Bowiego, były nagrane i gotowe do wydania kiedy je kasowano (a i tak oba wyciekły lub zostały ostatecznie wydane po latach), w przypadku zaginionej „hip-hopowej” płyty DM, trudno powiedzieć ile tego faktycznie jest, bo zespół – po pierwsze – nie należy do tych, które dużo o tym mówią – i po drugie – nie należy do tych, które chętnie wywalają pudło z archiwum do góry dnem. Dema wyszły jedynie znanych utworów, a nawet te co wyciekły, to w 95% rzeczy znane z płyt. Martin kiedyś wspominał, że on pisze kilkadziesiąt kawałków, potem oni z tego nagrywają ok 15-20 (z dupy to biorę, nie pamiętam dokładnie tych liczb, ale to było coś w tym stylu), a to oznacza, że jest naprawdę sporo skończonych kawałków DM, z Gahanem na wokalu, których my nie znamy. Jeżeli oni kiedyś wejdą w tryb emerytalny i zaczną wydawać deluksy z prawdziwego zdarzenia, to może kiedy dojdziemy do „Ultry”, nagle okaże się, że będzie tam jakiś ‘lost album’ (w pośmiertnych boxach Bowiego, są takie rzeczy), choćby tylko w formie demówek Gore’a i instrumentalnych zabaw samplami. Nie wiem. Jedna niewydana rzecz - „Milakia”, została skończona na płytę Bomb the Bass, ale podejrzewam, że to rozwinięta forma jakiejś odrzuconej zabawy Gore’a na klawiszu i tyle, nic co faktycznie kiedykolwiek miało szansę na zostanie utworem DM.
„Slowblow” zawsze będzie dla mnie symbolem tego upragnionego ‘lost albumu’, o którym obsesyjnie zdarzało mi się myśleć, a nawet śnić, ale też po prostu jednym z najlepszych kawałków Depeche Mode, i tych, do których nigdy nie znudziło mi się wracać.
10 lat temu, Paul Draper napisał krótki, ale bardzo fajny artykuł dla Q Magazine, pt. „Why are ‘lost’ albums lost?”, w którym przypatrywał się nagranym, ale nigdy (lub w tamtym czasie) nie wydanym płytom takich wykonawców, jak Prince, czy David Bowie. O ile Depeche Mode nie mają takich albumów, to jednak jest jeden hipotetyczny album, o którym można wspomnieć, i o którym zresztą swego czasu nawet dyskutowaliśmy. Mityczny, potencjalny HIP-HOPOWY album Depeche Mode z 1998/1999 r. Oczywiście zwrotu „hip-hopowy” używam tu jako skrótu myślowego, ale każdy powinien wiedzieć czemu to robię, a jeśli nie? Czytajcie dalej.
Koło 2002 r., kupiłem sobie biografię Depeche Mode Malinsa, teraz wydawana jest pod tytułem „Black Celebration”, a wtedy to było po prostu „Depeche Mode Biografia”. Nadal uważam, że jest to najlepsza biografia zespołu, może nie ma tylu smaczków co książka Millera, ale napisana jest w tak zajebisty sposób, że przez pierwsze lata wracałem do niej regularnie, czy żeby przeczytać całość, czy też do konkretnych fragmentów. Tak bardzo wymęczyłem mój egzemplarz, że klej puścił w wielu miejscach i zwyczajnie sypią się strony. Jeżeli to nie jest rekomendacją dobrej książki, to nie wiem co jest.
To właśnie w tej biografii, pierwszy raz przeczytałem o kulisach powstawania „Ultry”. Był tam cytat z Tima Simenona, który powiedział, że jedną z niewielu próśb, jakie Martin miał do producenta podczas wstępnych rozmów na temat nowego albumu było to żeby album brzmiał trochę hip-hopowo. O tym, że zespół flirtował z tego typu brzmieniami i podejściem, wiadomo nie od dziś, chociaż bardziej ze śledztwa zapleczowego. Alan już od czasów MFTM bawił się w sampling, z czym rozkręcił się już na pełnej przy okazji „Violatora” i „Songs of Faith”. Samplował nie tylko loopy perkusji, ale też poszczególne dźwięki, którymi potem manipulował. Wrzucałem kiedyś na forum rozpiskę tego, co udało się ustalić w tym temacie. Potem były koncertowe wersje „Fly on the Windscreen” i „I Want You Now” oraz kawałków z SOFAD, które live brzmiały jeszcze bardziej właśnie hip-hopowo. Jak się okazuje, to nie była jedynie preferencja Alana.
Wtedy, w 2002 r., był to dla mnie moment WTF, kiedy przeczytałem ten fragment książki Malinsa. Nie byłem wtedy szczególnie ciepło nastawiony do hip-hopu, wręcz wychodziłem właśnie z momentu kiedy zdarzało mi się słuchać więcej tego typu rzeczy, w kierunku słuchania DM i hejtowania modnie brzmiących raperów. W tamtym czasie, nie do końca słyszałem ten „hip-hop” na „Ultrze”, nie rozumiałem o co chodzi i nie wiedziałem jaki background miał Tim. Dopiero po wczytaniu się i uważnemu przesłuchaniu, zacząłem powoli kumać, co Martin próbował uzyskać.
„Ultra” jaka jest, to każdy wie. Album okazał się być odrodzeniem zespołu, udowodnieniem, że potrafią funkcjonować w studiu bez Alana, że potrafią nagrać coś, co będzie wysoko cenione zarówno przez fanów, jak i krytyków muzycznych. Co natomiast potem? Moment był niezły, żeby kuć żelazo. Współpraca z Simenonem się kleiła (mimo, że sam Tim wspomina ten proces jako wyjątkowo trudny), DM byli w gazie, itd. Można jedynie snuć przypuszczenia na temat tego, o czym oni wtedy myśleli. Wiadomo, że sytuacja Gahana nie była lekka. O ile facet kopnął narkotyki, to był w środku sprawy sądowej, będącej wynikiem jego lajfstajlu. Dziś jest już niemal pewne, że trasa „Ultra” nie odbyła się ze względu na to, że Gahanowi nie wolno było opuszczać kraju, a w mniejszym stopniu dlatego, że zespół nie czuł się na siłach. Kiedy tylko ten ban zeszedł, zespół podjął decyzję żeby nie czekać na kolejny album, tylko wzmocnić się nową składanką i jechać w trasę „best of”. Ewentualny kolejny album, to by była raczej na pewno kwestia 1999 r. najwcześniej. Zespół miał pomysły, które Martin zaczął demować w poważny sposób, ale ostatecznie to było za dużo, za szybko i podjęto, być może słuszną, decyzję aby nie fundować tej trójce - byłemu narkomanowi, byłemu alkoholikowi oraz facetowi po ciężkim załamaniu psychicznym – tak napiętego grafiku.
Ostatecznie, próbką tego ‘co by było gdyby’ jest singiel „Only When I Lose Myself”, na którym znalazły się, poza utworem tytułowym, kawałki „Surrender” i „Headstar”. O ile nie są to rzeczy stricte „hip-hopowe”, a nawet ledwo „trip-hopowe”, to jednak słychać w tym tę daleką sugestię Martina. Te rzeczy są na pewno bardziej przesiąknięte mindsetem hip-hopowym, niż „Ultra”. Samplowanie jest na pierwszym planie, zarówno w „Surrender” jak i „Headstar”, ale w sposób bardziej oczywisty, niż np. robił to Alan (u którego podkradzione rzeczy brzmiały często, jak oryginalne wytwory). Słychać nieraz cięcia, słychać szorowanie winyla, wszystko to ładnie opakowane w elektronikę oraz komplet żywych instrumentów. Jeżeli brzmi znajomo, to dlatego, że słuchaliśmy wszyscy zaproponowany przez Deva album Bomb the Bass „Clear”, na którym Tim Simenon opanował łączenie właśnie tych elementów, do perfekcji. Gdyby dopchnęli album w tym stylu, łooo prostytutka. Ale by było. Momentum niestety zgasło, a Gore borykał się potem z twórcza blokadą i ostatecznie, DM wypłynęli z tego w objęciach Marka Bella i z „Exciterem”, który to oczywiście jest albumem wybitnym, ale już z kompletnie innej galaktyki inspiracji, brzmień i piosenkopisarstwa.
Dlaczego w takim razie to jest wrzuta „Slowblow”? Ponieważ, dla mnie „Slowblow” należy do tej grupy utworów pomimo, że wyszedł już w 1997 r. jako strona b singla „It’s No Good” i był de facto bezpośrednim odrzutem z sesji do „Ultry”. Powiem więcej, myslę że „Slowblow” kickstartował niemal to, z czym zespół flirtował krótko podczas nagrywania singla promującego „Singles 86 > 98”. Jest tu wszystko to, o czym pisałem wyżej, tylko jeszcze lepsze. Moja przyjaźń ze „Slowblow” zaczęła się jakoś w okolicach 2002/2003 r.? Tak mi się przynajmniej wydaje. Mam, być może fałszywe, ale silne wspomnienie, że już wtedy tego słuchałem i fascynowałem się. Nawet jeden kawałek z soundtracku do Final Fantasy VIII, w które wtedy grałem, mocno kojarzył mi się z utworem DM, chociaż dla wielu może to być mocno naciągane. Sami oceńcie.
https://youtu.be/1-M0Ro6Lask?list=PLzi1 ... ycUc0WLEmZ
W każdym razie, wszystko mi zawsze w kwestii „Slowblow” siedziało, ten bit, sample, brzmienie, klimat. Momentami oni generują tu niemal vibe jazzowy, co jest kolejnym moim mokrym snem w kwestii tego, jakie gatunki mogliby bardziej eksplorować. To jest taka rzeka, do której, moim zdaniem, DM nigdy wcześniej nie weszli aż po szyję, ani niestety później. Wspominam deszczowe szare dni, kiedy zamiast na deskę, wolałem siedzieć w domu i słuchać DM. W kwestii tego niewydanego albumu, na którym naturalnie pojawiłoby się „Slowblow” obok kawałków z singla „Only When I Lose Myself”, to miałem niemal obsesję na jego punkcie. Pamiętam sen, który miałem w swoim czasie, a w nim, ten album faktycznie wyszedł i nawet miał tytuł i tracklistę, na której były konkretne tytułu nieznanych utworów DM w tym stylu. Obudziłem się dokładnie w momencie, w którym miałem zacząć słuchać. Innym razem śniło mi się, że jestem na koncercie DM, a oni grają jakiś niby stary kawałek, z płyty która niby wyszły między „Ultrą”, a „Exciterem”. TEJ płyty. I brzmiało to zajebiście. To jest mój ulubiony album DM, tylko rzecz w tym, że nie istnieje, a jedyny co mamy, to potencjalny pierwszy singiel z niego. Być może, zarówno „Slowblow”, jak i „Headstar” i tak wylądowałyby jako b-side’y, ale to by dawało jeszcze więcej oryginalnego materiału na albumie.
Nieraz zdarzało mi się składać ‘lost albumy” wykonawców, głównie z zebranego, pozaalbumowego materiału, jak b-side’y, dema, wyciekłe numery i wykonania live. W ten sposób, skleiłem sobie nigdy nie wydany, ale de facto w dużej mierze nagrany, trzeci album Republiki z lat 80-tych. W wielu przypadkach, nawet nie trzeba było montować tego samemu, bo albo robili to fani, albo płyty wyciekały w całości (np. oryginalna wersja „Outside” Bowiego). Niestety, o ile „Black Album” Prince’a i „Toy” Bowiego, były nagrane i gotowe do wydania kiedy je kasowano (a i tak oba wyciekły lub zostały ostatecznie wydane po latach), w przypadku zaginionej „hip-hopowej” płyty DM, trudno powiedzieć ile tego faktycznie jest, bo zespół – po pierwsze – nie należy do tych, które dużo o tym mówią – i po drugie – nie należy do tych, które chętnie wywalają pudło z archiwum do góry dnem. Dema wyszły jedynie znanych utworów, a nawet te co wyciekły, to w 95% rzeczy znane z płyt. Martin kiedyś wspominał, że on pisze kilkadziesiąt kawałków, potem oni z tego nagrywają ok 15-20 (z dupy to biorę, nie pamiętam dokładnie tych liczb, ale to było coś w tym stylu), a to oznacza, że jest naprawdę sporo skończonych kawałków DM, z Gahanem na wokalu, których my nie znamy. Jeżeli oni kiedyś wejdą w tryb emerytalny i zaczną wydawać deluksy z prawdziwego zdarzenia, to może kiedy dojdziemy do „Ultry”, nagle okaże się, że będzie tam jakiś ‘lost album’ (w pośmiertnych boxach Bowiego, są takie rzeczy), choćby tylko w formie demówek Gore’a i instrumentalnych zabaw samplami. Nie wiem. Jedna niewydana rzecz - „Milakia”, została skończona na płytę Bomb the Bass, ale podejrzewam, że to rozwinięta forma jakiejś odrzuconej zabawy Gore’a na klawiszu i tyle, nic co faktycznie kiedykolwiek miało szansę na zostanie utworem DM.
„Slowblow” zawsze będzie dla mnie symbolem tego upragnionego ‘lost albumu’, o którym obsesyjnie zdarzało mi się myśleć, a nawet śnić, ale też po prostu jednym z najlepszych kawałków Depeche Mode, i tych, do których nigdy nie znudziło mi się wracać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Jest luty A.D 1993. Czesiek 11 lutego skonczyl 18 lat. W sobote 13 lutego huczna impreza zakonczona niedzielnym porankiem. O polnocy byly walentynki...
W niedziele konczyly sie tez ferie, wiec w poniedzialek powrot do szkoly, juz jako dorosly. Ale nie to bylo wtedy najwazniejsze. Od razu po szkole wyjazd do Inowroclawia, zeby w sklepie muzycznym kupic jedna kasete. Wrocilem do domu, zjadlem kolacje, zamknalem sie w pokoju, zgasilem swiatlo i odpalilem nowa kasete rozkladajac sie wygodnie na lozku, czekajac az nowe dzwieki wypelnia pokoj. I nagle... o kur... kasete mi wciaga. Zerwalem sie na rowne nogi i pedem do magnetofonu ratowac jà. Szybko stop, wyciagam kaseta, ogladam uwaznie, a ona nienaruszona, na swoim miejscu. Mysle sobie, co jest???? Wlaczam od nowa i to samo. Przewinalem kawalek do przodu i znowu wcisnalem play. Muzyka gra, a ja ogladam okladke kasety, czy aby na pewno to ten zespol, ktory chcialem. Ale wszystko sie zgadza. I tu konsternacja. Depeche Mode na ROCKOWO????
Juz odwazniejszy przewijam do poczatku i wlaczam jeszcze raz. Domyslam sie, ze te trzaski na poczatku, to tak ma byc.
Tak, singiel I Feel You, to bylo pierwsze nagranie DM, jakie bylo wydane, kiedy bylem juz ze tak to nazwe swiadomym drpeszem. Co prawda pierwsze zetkniecie z tym zedpolem jakie pamietam, to bylo przy okazji Black Celebration. Rok 89/90 zaczynalem sluchac, kupilem pierwsza kasete i zaczalem odkrywac te muzyke. Ale ta cala muzyka juz byla, a wszyscy ( zainteresowani ) znali ja. Tymczasem tego pamietnego 15 lutego 1993 roku bylem rownoczesnie z paroma milionami ludzi na calym swiecie swiadkiem narodzin czegos nowego. Kompletnie nowy singiel to jedno, ale to byl tez calkowicie inny styl muzyki, w porownaniu do tego, co nagrali wczesniej.
https://youtu.be/WUzwuWL1qXQ?feature=shared
W niedziele konczyly sie tez ferie, wiec w poniedzialek powrot do szkoly, juz jako dorosly. Ale nie to bylo wtedy najwazniejsze. Od razu po szkole wyjazd do Inowroclawia, zeby w sklepie muzycznym kupic jedna kasete. Wrocilem do domu, zjadlem kolacje, zamknalem sie w pokoju, zgasilem swiatlo i odpalilem nowa kasete rozkladajac sie wygodnie na lozku, czekajac az nowe dzwieki wypelnia pokoj. I nagle... o kur... kasete mi wciaga. Zerwalem sie na rowne nogi i pedem do magnetofonu ratowac jà. Szybko stop, wyciagam kaseta, ogladam uwaznie, a ona nienaruszona, na swoim miejscu. Mysle sobie, co jest???? Wlaczam od nowa i to samo. Przewinalem kawalek do przodu i znowu wcisnalem play. Muzyka gra, a ja ogladam okladke kasety, czy aby na pewno to ten zespol, ktory chcialem. Ale wszystko sie zgadza. I tu konsternacja. Depeche Mode na ROCKOWO????
Juz odwazniejszy przewijam do poczatku i wlaczam jeszcze raz. Domyslam sie, ze te trzaski na poczatku, to tak ma byc.
Tak, singiel I Feel You, to bylo pierwsze nagranie DM, jakie bylo wydane, kiedy bylem juz ze tak to nazwe swiadomym drpeszem. Co prawda pierwsze zetkniecie z tym zedpolem jakie pamietam, to bylo przy okazji Black Celebration. Rok 89/90 zaczynalem sluchac, kupilem pierwsza kasete i zaczalem odkrywac te muzyke. Ale ta cala muzyka juz byla, a wszyscy ( zainteresowani ) znali ja. Tymczasem tego pamietnego 15 lutego 1993 roku bylem rownoczesnie z paroma milionami ludzi na calym swiecie swiadkiem narodzin czegos nowego. Kompletnie nowy singiel to jedno, ale to byl tez calkowicie inny styl muzyki, w porownaniu do tego, co nagrali wczesniej.
https://youtu.be/WUzwuWL1qXQ?feature=shared
Enjoy The Silence
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Miało być wieczorem, tymczasem przysnąłem i z wieczoru zrobiła się noc 
Czezu, Ty mi kawałek podebrałeś! Albo i nie!
I Feel You
Generalnie nie jestem jakimś specjalnym fanem teledysków. Niewiele w sumie obejrzałem, w tym takich uznawanych ogólnie za kultowe. Pamiętam nawet, że oglądałem kiedyś kanał z klipami (czyli chyba Vivę) z kuzynem, kiedy siedzieliśmy razem u babci, i poza Gwen Stefani i jej No Doubt niewiele z tego wszystkiego pamiętam. To chyba nie dla mnie. A byłem wtedy mały, musiałem mieć lat naście. Ale koło jakiegoś 2008-9 roku coś się zmieniło, odkryłem Youtube i zacząłem różne rzeczy oglądać - na początku to było przede wszystkim Blondie z okresu Parallel Lines - Eat to the Beat i różne Sunday Girl i inne Sound-a-sleep.
A potem przyszło moje zainteresowanie Depeche Mode i od razu padło na podatny grunt. I najpierw przyszła pora na klipy do piosenek z najsłynniejszego ich okresu (ha, o moim faktycznym zainteresowaniu teledyskami świadczy to, że wielu z nich już nie pamiętam). Enjoy The Silence czy inne Behind The Wheel dość szybko spodobały mi się (w sumie nietrudno o to, skoro konkurencji brak), ale co innego rzuciło mi się w oczy pierwsze. Krótki film z I Feel You w tle to było coś, co mnie w owym czasie zafascynowało. Nie znając jeszcze dobrze historii zespołu w jednej chwili poczułem, że ten długowłosy, dudniący wokalista w pasiastej marynarce i ciemnych okularach i jego gestykulacja, chodzący za nim blondyn z gitarą i dwaj goście za syntezatorem i perkusją (ha, wtedy ich nawet nie odróżniałem, nawet nie pamiętam, jak to się stało, że zwróciłem uwagę na ich stronę wizualną, ale Fletch do końca wydawał mi się dość sztywny) wraz z tym krajobrazem pustynnym, tym budynkiem i rozsuwającymi się płachtami to jest właśnie to, czego mi było trzeba. Dodać do tego panią Anthony i to wyciszenie przed ostatnią zwrotką, charakterystyczny riff i bębny (wtedy nie wiedziałem, że oni wcześniej nie używali takich zestawów) i oprócz wizerunkowej transformacji DM zaszła zmiana we mnie ze słuchacza do gorącego sympatyka zespołu.
I w tym właśnie etapie I Feel You budziło moje największe zainteresowanie, potem fascynacja nim osłabła, na pierwszy plan wyszły In Your Room, Walking in My Shoes itd., sam kawałek stopniowo zdobywał coraz mniej odsłuchów. Ale wtedy, na kompletnej świeżości, czułem, że ci goście grają specjalnie dla mnie, że to właśnie to, czego bym od nich oczekiwał, chociaż sam nie miałem przecież żadnych wizualnych pomysłów.
Popatrzyłem sobie jeszcze na listę najczęściej słuchanych przeze mnie kawałków na Spotify, I Feel You czasem na tej liście gości, teraz łapie się do pięćdziesiątki za sprawą letnich wyjazdów do Krakowa (lato, ciepło, dobra energia sprzyjają takim mocnym piosenkom), pewnie zaraz wypadnie, ale miejsce singla zachęcającego do zespołu jest niezagrożone.
Czezu, Ty mi kawałek podebrałeś! Albo i nie!
I Feel You
Generalnie nie jestem jakimś specjalnym fanem teledysków. Niewiele w sumie obejrzałem, w tym takich uznawanych ogólnie za kultowe. Pamiętam nawet, że oglądałem kiedyś kanał z klipami (czyli chyba Vivę) z kuzynem, kiedy siedzieliśmy razem u babci, i poza Gwen Stefani i jej No Doubt niewiele z tego wszystkiego pamiętam. To chyba nie dla mnie. A byłem wtedy mały, musiałem mieć lat naście. Ale koło jakiegoś 2008-9 roku coś się zmieniło, odkryłem Youtube i zacząłem różne rzeczy oglądać - na początku to było przede wszystkim Blondie z okresu Parallel Lines - Eat to the Beat i różne Sunday Girl i inne Sound-a-sleep.
A potem przyszło moje zainteresowanie Depeche Mode i od razu padło na podatny grunt. I najpierw przyszła pora na klipy do piosenek z najsłynniejszego ich okresu (ha, o moim faktycznym zainteresowaniu teledyskami świadczy to, że wielu z nich już nie pamiętam). Enjoy The Silence czy inne Behind The Wheel dość szybko spodobały mi się (w sumie nietrudno o to, skoro konkurencji brak), ale co innego rzuciło mi się w oczy pierwsze. Krótki film z I Feel You w tle to było coś, co mnie w owym czasie zafascynowało. Nie znając jeszcze dobrze historii zespołu w jednej chwili poczułem, że ten długowłosy, dudniący wokalista w pasiastej marynarce i ciemnych okularach i jego gestykulacja, chodzący za nim blondyn z gitarą i dwaj goście za syntezatorem i perkusją (ha, wtedy ich nawet nie odróżniałem, nawet nie pamiętam, jak to się stało, że zwróciłem uwagę na ich stronę wizualną, ale Fletch do końca wydawał mi się dość sztywny) wraz z tym krajobrazem pustynnym, tym budynkiem i rozsuwającymi się płachtami to jest właśnie to, czego mi było trzeba. Dodać do tego panią Anthony i to wyciszenie przed ostatnią zwrotką, charakterystyczny riff i bębny (wtedy nie wiedziałem, że oni wcześniej nie używali takich zestawów) i oprócz wizerunkowej transformacji DM zaszła zmiana we mnie ze słuchacza do gorącego sympatyka zespołu.
I w tym właśnie etapie I Feel You budziło moje największe zainteresowanie, potem fascynacja nim osłabła, na pierwszy plan wyszły In Your Room, Walking in My Shoes itd., sam kawałek stopniowo zdobywał coraz mniej odsłuchów. Ale wtedy, na kompletnej świeżości, czułem, że ci goście grają specjalnie dla mnie, że to właśnie to, czego bym od nich oczekiwał, chociaż sam nie miałem przecież żadnych wizualnych pomysłów.
Popatrzyłem sobie jeszcze na listę najczęściej słuchanych przeze mnie kawałków na Spotify, I Feel You czasem na tej liście gości, teraz łapie się do pięćdziesiątki za sprawą letnich wyjazdów do Krakowa (lato, ciepło, dobra energia sprzyjają takim mocnym piosenkom), pewnie zaraz wypadnie, ale miejsce singla zachęcającego do zespołu jest niezagrożone.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Pany ale piszcie proszę tytuł na początku. Porządek musi być. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, tytuł na pewno bardziej się przyda niż link lol
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
A gdzie napisane, ze tytul musi byc na poczatku?
Enjoy The Silence
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Też tak kiedyś zrobiłem ALE potem już dokleiłem tytuł na wstępie wrzuty gdy każdy przeczytał
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup