Best of DM (nasze top 5)

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 lip 2025 20:57

No, ja na przykład sam na to wpadłem, bo jakoś tak, nie wiem, miało to sens.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 lip 2025 21:02

Czez pisze:
02 lip 2025 19:37
shodan pisze:
02 lip 2025 13:34
Pany ale piszcie proszę tytuł na początku. Porządek musi być. ;)
A gdzie napisane, ze tytul musi byc na poczatku?
O tu:

Proszę o pisanie tytułów na początku.
Tak być musi. :)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 lip 2025 21:03

WRONG

Pod koniec poprzedniego odcinka zapowiedziałem, że ten top będzie nieciekawy ze względu na brak hardkorowych historii i… no cóż, raczej nie skłamałem, ale powiedzmy, że Wrong jest luźno powiązane z jedną z bardziej absurdalnych i niedorzecznych nocy, jakie spędziłem we Wrocławiu i to jeden z powodów dla których trafia do tego nieformalnego zestawienia tu i teraz.

Wydarzenia tej nocy, a jakżeby inaczej, były mniej lub bardziej luźno powiązane z zespołem, który znamy i uwielbiamy, gdyż w okolicach premiery Memento Mori postanowiłem pójść do wrocławskiego klubu Liverpool na depotekę, która miała miejsce w ostatnią sobotę bodajże marca. Po co? Ano, poza oczywistym wyjaśnieniem polegającym na tym, że jestem głupi, to powodem też było to, że zostałem zaproszony - co prawda przez raczej dość odległego znajomego, ale uznałem, że nie mam planów na ten wieczór i nawet ja mogę od czasu do czasu wyjść z przysłowiowej piwnicy. Plus trochę jednak ciekawiło mnie ujrzenie tego zjawiska, jakim jest fandom Depeche Mode na żywo.

Cóż, nie dostałem tego samego, czego się spodziewałem czytając lata temu Hiena i innych "weteranów" epoki, ale to akurat dobrze, bo towarzystwa najebanych ludzi i cosplayerów Gahana bym nie wytrzymał. W sensie okej - paru takich z pewnością było, ale poza jakimś starym obleśnym dziadem w żonobijce rodem z klipu Suffer Well w sumie nikogo skrajnie odpychającego na pierwszy rzut oka nie pamiętam. Może znak czasów, może to zloty w Liverpoolu takie są - nie wiem, pytanie nie do mnie.

Tbh gdybym poszedł tam sam, to bym pewnie po prostu wyszedł jak ta ostatnia pipa po wypiciu dwóch piw, uznawszy że ci depesze są jacy są, ale tak się złożyło, że miałem wspomniane wyżej towarzystwo. Koleś z którym byłem to nie był ktoś mi szczególnie bliski, a jednym z powodów było to, że raczej nie do końca nadajemy na tych samych falach i obaj jesteśmy aspołecznymi pizdami, więc zamieniliśmy na miejscu może z 5 zdań, nieskutecznie i niezręcznie próbując dokonać konwersacji.

W trakcie bardzo "ciekawych" i rozbudowanych rozmów na temat m. in. Memento Mori (matko, ledwo co pamiętam fakt istnienia tej płyty MIMO TEGO - o czymś to mówi xD), okazało się, że miały do nas dołączyć laska oraz koleżanka jegomościa. Zazwyczaj takie momenty wcale a wcale mnie nie cieszą, ale w tym przypadku było inaczej, bo wyszedłem z założenia, że gorzej być nie może, a ktoś rozrucha te inbę. I cóż, kolejny raz dostałem potwierdzenie tego, żeby uważać na to, czego sobie się życzy.

Laski były bowiem atencyjne, krzykliwe, bezdennie głupie i na moje to miały tak z 19 lat - tak założyłem słysząc teksty o niezdawaniu liceum. Tutaj jednak się okazało, że się myliłem. Owszem, jedna z nich faktycznie nie zdała liceum, ale była kilka lat starsza i siedziała w liceum wieczorowym. Jakiś dziwnym zbiegiem okoliczności nie znalezliśmy wspólnego języka, chociaż dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, jak np. tego, że mam autyzm.

I tu w sumie przerwę tę niezbyt interesującą opowieść o moim wyjściu z domu, bo dalszy tok tej imprezy jest dla mnie zbyt niezręczny i obejmuje karczemną awanturę wywołaną przez ww. jegomościa, któremu zachciało się być opiekunem młodzieży z problemami pomiędzy nim a jakimś randomowym pijaczyną, a także niezręczna próbę podrywu, którą właściwie można byłoby określić mianem molestowania.

Dobra, ale ktoś z was pewnie sobie zada pytanie co tu robi Wrong? Ano robi to, że jakoś przed tą serią niedojebanych wydarzeń spędziłem jakiś czas na parkiecie przy kompilacji best of tego zespołu i jak usłyszałem ten kawałek, to sobie pomyślałem, że to zajebisty kawałek z zajebistym klipem (leciał na jakimś telewizorze), co było jedynym pozytywnym wspomnieniem z tego wyjścia do tego miejsca.

No i niech będzie, że to taki symboliczny początek końca, bo w sumie to prawie w ogóle ich od tamtej pory nie słucham. Jak coś tam wleci na autoodtwarzaniu to niby nie przełącze, ale od tamtej pory może z 2 razy włączyłem ich samych z siebie - aczkolwiek nie pamiętam żadnego innego przypadku, w którym bym to zrobił. Pewnie za jakiś czas mi przejdzie, może nawet za jakiś czas wróci mi zajawka, ale mam coś jak Hien w swoim czasie - nie czuję potrzeby i nie mam zamiaru słuchać tego zespołu.

Ale też każdy koniec ma kij, który ma dwa końce czy coś. W sensie chciałem niezbyt płynnie i subtelnie przejść do tego, że Wrong to nie tylko wspomnienie tej nieszczęsnej inby. Wrong też mi się kojarzy pozytywnie, bo z początkami mojej zajawki na ten zespół, gdzie wiosną 2010 odkrywałem na biężaco dyskografię poprzez ściąganie na chybił trafił dyskografii z warezów. Nie pamiętam już dokładnej kolejności, pamiętam że SOTU poleciało jako jedne z pierwszych i szybko mi się spodobało.

I jestem świadom tego, że pewnie odkrył ten zespół w innym miejscu i w innym czasie mógłbym do tej płyty nie mieć tak dużego sentymentu, ale po pierwsze - nie mam na to wpływu, a po drugie to mam to w dupie. A poza tym, to był bodajże pierwszy krążek Depeche Mode, który miałem w posiadaniu na fizycznym nośniku. Do dziś pamiętam kiedy go kupiłem, co prawda głównie przez to, że to było w dniu finału MŚ 2010, do dziś pamiętam, że było to w sklepie sieci Carrefour (nie jestem tylko pewien na 100% lokalizacji, ale pewnie bym to łatwo mógł zweryfikować gdyby mi się chciało) i do dziś pamiętam, że dałem jakieś 13 zł z groszami. Do tej pory nie wiem jakim cudem ta płyta była w tym sklepie tak krótko po premierze za tak śmieszne pieniądze. Ja zakładam, że to był błąd cenowy, ale jeśli ktoś z was chce wierzyć w znaki, to a nuż…

Zostawiam was z tą wątpliwością do kolejnego odcinka.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Livv
Posty: 772
Rejestracja: 22 lut 2024 22:16
Ulubiony utwór: Blue Dress Personal Jesus

Post 03 lip 2025 17:22

Shake The Disease

Temat dla mnie bardzo przyjemny i komfortowy jak na młodą romantyczkę przystało… po latach złamanych serc opowiem historię spełnionej (i pierwszej) miłości z moim obecnym chłopakiem. Co ciekawe zarówno historia jak i nasze wzajemne odczucia związane są z treścią omawianego utworu. Z czego jest chyba bardziej lubiana nuta Krzysztofa, mojego faceta. Obok New Life, co jest bardzo urocze, ponieważ oba utwory są związane z naszymi związkowymi początkami.

Dziewczyna taka jak ja ma naprawdę ciężko w życiu- jestem zmienna i emocjonalna, i to ponadprzeciętnie. Wynika to z mojej wysokiej wrażliwości jaka idzie w parze z moją naturą I moim autyzmem XD. Przeżywam wszystkie romantyczne historie życia swojego lub innych jak tą jedyną… hiperfiksjacje. Analizując wszystkie wątki, profile Psychologiczne postaci, motywacji trochę bardziej skupiam się na wytworzonej w wyobraźni fikcji niż rzeczywistości. Czuję się jakbym planowała wydarzenia w książce i rozbudowywała swoje miłosne uniwersum.. Z resztą tak mam nie tylko z wrodzonym romantyzmem, ale z całym SPEKTRUM emocji jakie przeżywam. To inny temat, bardzo ciekawy i nieoczywisty.

Tym bardziej z takim profilem depresyjnego autysty nie wyobrażałam sobie, jak facet mógłby ze mną wytrzymać! Od zmiennych nastrojów po różne overthinkingi, uleganie impulsom w sposób nieodpowiedzialny. Z jednej strony młodzieńcze, z drugiej dla mnie niepokojące, zwłaszcza, że wrodzone zostanie na zawsze.

W liceum zaczęły się moje jazdy z chłopakami… Miałam obsesję na punkcie jednego chłopaka z mojej klasy, do którego próbowałam wręcz natarczywie zagadywać. Wiem, że nie znając granic społecznych wyszłam na idiotkę, wstydzę się tych wystrzałów do dzisiaj. Kiedy wyśmiał mnie prosto w twarz i obdadywał mnie z większością klasy, to wybuchłam złością i niejedną wiązankę na jego temat wygadałam. Jeszcze kilka razy błędne koło pasywno-agresywnych namiętności i spazmów (klasyczny situationship) się powtarzało przez jakieś 3 lata… ale o tym będzie przy okazji omawiania mojego faworyta nad faworytami.

Kończę tą historię po kilku dniach domowych zawirowań. Cała ta sytuacja spowodowała u mnie uraz wobec innych facetów i jakieś obrzydzenie wobec mizoginizmu. Trochę też szalałam z innymi chłopakami, a przynajmniej próbowałam, żeby się jakoś uwolnić od uczuć które ciągnęły mnie w dół. Nie udało się i po kilku miesiącach blokowania emocji w sobie, zrozpaczona dziewczyna ze złamanym sercem odezwała się do swojego przyjaciela z dzieciństwa i opowiedziała mu całą historię…

Pamiętam, że kiedy płakałam i miałam ogromnego doła, to Krzysiu zawsze był żeby mi pomóc, więc wtedy też spotkaliśmy się gdzieś w galerii. I było ciekawie, bo ja nie nazwałam tego randką, ale wiem, że wtedy coś do niego mocniej poczułam. Wiem, że czułam też wcześniej, ale zajęta innym nie miałam do tego głowy. Pamiętam, że choć z wyglądu mnie nie powalał, to zaimponowała mi jego opiekuńczość, wrażliwość i jakąś dobroć wewnętrzna, której brakowało tamtemu chłopakowi. I chyba wtedy się zauroczyłam, organizowałam takie spotkania na jakich próbowałam bardzo improwizacyjnie flirtować i jakoś tak wyszło, że się zeszliśmy. Do teraz jesteśmy zgraną parą, zdecydowanie inną niż w grudniu.

Pamiętam jak byłam z Krzysztofem w Polach Mokotowskich pierwszy raz, poza tym że było mega niezręcznie i bałam się, że pakuję sie w kolejny situationship, to jakoś przebrnęliśmy. Pamiętam, że wtedy od niedawna byłam na forum, bo działo się to jakiś rok temu. Zawsze ja incjowałam spotkania i flirty ze względu na swoje uczucia, jednocześnie obawiając się nieodwzajemnienia. Ale to co się stało jakoś mnie poruszyło. Na tyle mocno, żeby po kilku miesiącach się zapytać wprost co do mnie czuje i czym jesteśmy.

Chłop z totalnej dupy wychodzi z tekstem, że on w sumie to lubi tych Depeszy, że mu się podobają zarówno muzycznie jak i tekstowo. Spytałam się o teksty i jakieś interpretacje, na co ten wali mi SHAKE THE DISEASE. I mówi, że to jego jeden z ulubionych utworów, że bardzo mu się podoba i że tekst jest dla niego ważny. Na moje pytania o interpretację odpowiadał raczej ogólnikami i odnosił się do swojego rozumienia miłości, która nieodłącznie wiąże się z nieśmiałością. Pamiętam, jak powiedział, że on się tak właśnie czuję. Nie wspomniał nic innego tylko spojrzeliśmy sobie w oczy i spuściliśmy wzrok. Czułam jakby podświadomie, że coś mi nie gra, że to jakaś sugestia. Ale nie wierzyłam swojej intuicji, myślałam że wymyślam głupoty. A po kilku miesiącach przyznał, że rzeczywiście próbował wtedy mi powiedzieć o swoich uczuciach, a raczej ogólnie o nieumiejętności mówienia o nich. Oboje nad tym pracujemy obecnie w relacji, nad komunikacją.

Tekst Shake The Disease jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ ukazuje nieśmiałość w mówieniu o swoich uczuciach, tym bardziej w świecie w którym wygodniej jest się od nich odciąć. Wyobrażam sobie, że mężczyznom musi być w tej kwestii nawet trudniej, podejrzewam że to zależy od aspektu. CZuję się też sama zrozumiana przez Martina, ponieważ mam duże problemy z nieśmiałością od dziecka, jestem osobą ze zdiagnozowaną fobią społeczną. Nie ważne jak bardzo chcę mówić o swoich uczuciach, często nie znajduję odwagi w sobie, język mi się plącze, bo nie znam odpowiednich słów żeby się wyrazić. W sztuce łatwiej się wyrazić, ale też trzeba wiedzieć, co chce się pokazać. Z tym mam też problem, ponieważ moje emocje są chaotyczne, myśli nieuporządkowane. Wszystko jest jednym wielkim bałaganem. Bardzo podoba mi się Martinowa perspektywa na pojęcie nieśmiałości, z tyloma możliwościami interpretacyjnymi.

Teledysk też uważam za eksperymentalny i dosyć estetyczny jak na tamte lata. Podoba mi się wizerunek chłopaków i blond czupryna cherubina ;). Czasami lubię go oglądać i myśleć o moich pokręconych historiach miłosnych, które tak naprawdę każdy przeżywa. A jeszcze całe życie takich wariactw przede mną!
;*
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 lip 2025 17:56

Pięknie i sprawnie dowiezione, rozpiera mnie duma, temat żyje jak należy.

Bedzie do czego się odnosić gdy dojedziemy do mety. A tymczasem zapraszam na

MIEJSCE 3.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 lip 2025 20:31

The Great Outdoors!

Come Back to nie jedyny przykład tego że w stosunku do danego kawałka naprawdę wszystko się może zdarzyć. The Great Outdoors właściwie odkąd tylko usłyszałem uznawałem za babola, totalnie niewarty czasu zapychacz strony B singla i przez lata uznawałem go za najgorszy utwór w dyskografii DM (później tę pałęczkę przejęło Esque). Jak dla mnie utwór który nijak w pierwiastku nawet nie robił mi tak jak to potrafiło zrobić Oberkorn, co jest zabawne bo dziś widzę między nimi dużo więcej podobieństw niż kiedyś. TGO przeszło długą drogę i ogromną przemianę w moich uszach od totalnie olewanego do totalnie uwielbianego przeze mnie kawałka. Dlaczego tak się stało?

Otóż ze słuchaniem muzyki - czego uczą nas nawet nasze bestki - jest trochę jak z graniem w piłkę nożną. W piłce nożnej równie ważny co czas spędzony z piłką ważny jest też ten kiedy zawodnik gra bez piłki, i tu jest podobnie bo równie ważne jest słuchanie danego kawałka i dawanie mu szansy jak i dawanie szansy samemu sobie na odpoczynek od niego oraz czas poświęcony choćby na słuchanie innych rzeczy, co może być czasem bardziej produktywne i zaprocentować po latach powrotu do takiego odstawionego kawałka. Tak było chyba ze mną bo po okrzyknięciu The Great Outdoors najgorszym numerem DM wracałem do niego naprawdę rzadko, ale wciąż słuchałem innych rzeczy które czasem potrafiły dać mi inne spojrzenie na DM. W tym przypadku istotne było moje zetknięcie z muzyką niejakiego Alberta Alana Owena, którego potem w owym czasie nawet polecałem zdaje się na forum ale dziś nie mogę tego odnaleźć. W każdym razie natrafiłem na jakiś jego numer w necie, zainteresował mnie i obczajałem inne numery z tego samego albumu pt. Office Hours wydanego w 1987 roku. Płyta ta wydana została w ramach serii Sound Stage i jeśli dobrze rozumiem były to albumy z tzw. library music czy też stock music a więc muzyką którą można było wykupić i wykorzystywać w filmach, serialach, programach telewizyjnych itp. Office Hours takie właśnie jest, brzmi jak muzyka z serialu końca lat 80., coś co mogłoby pogrywać choćby w naszym rodzimym W Labiryncie (to tylko przykład ale chyba od razu załapiecie o jakie brzmienia chodzi). Z samego Office Hours mi najbardziej przypadł do gustu utwór Shining Hours którego możecie posłuchać o tu:

https://youtube.com/shorts/R9GmP-3vP_A? ... W-up5PrTVu

To właśnie ten konkretny numer skojarzył mi się jakoś z TGO i sprawił że nabrałem całkiem nowego spojrzenia na niego. W jednej chwili ten basowy syntezator, dzwoneczki, infantylne melodie i ta główna melodia czegos a'la "fleciku" z TGO momentalnie zrobiła mi w głowie obraz Włóczykija z Muminków siedzącego nad rzeczką i grającego na fujarce. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyobraźnia zadziałała a The Great Outdoors nabrało w moich uszach mocno soundtrackowego oblicza i stało się cudownym obskjurowym numerem z jakiegoś zapomnianego serialu lat 80. Zabawne ale ta sama infantylność brzmienia która mnie dotąd odrzucała nagle stała się jego największą zaletą a to dowód na to że niezbadane są wyroki naszych gustów. Obecnie The Great Outdoors! to dla mnie ścisła topka utworów DM i marzę by kiedyś dorwać ten singiel na winylu, fajnie byłoby go mieć.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 08 lip 2025 06:30

Zapraszam
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 lip 2025 11:00

Surrender

W poprzedniej kolejce Hien przy okazji utworu Slowblow opisywał rozkminy na temat hipotetycznego albumu Depeche Mode, który mógłby powstać pomiędzy Ultra a Exciter. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy na forum, więc i ja nie raz nad tą sprawą się zastanawiałem. A już na pewno nie raz żałowałem, że do powstania owego albumu jednak nie doszło. Być może Gore w ogóle nie miał w planach stworzenie tej płyty. A może nie powstała z innych przyczyn. W każdym razie na podstawie tych kilku utworów, które w owym czasie powstały można by snuć domysły, że to mogłoby być coś wielkiego. To był dobry czas dla Gora jako kompozytora. Świetna Ultra, bardzo fajne b-side’y w postaci Slowblow czy Painkillera. No i w końcu dwa pociski nuklearne w postaci Only When I Lose Myself i Surrender. Był jeszcze Headstar. Ten utwór ma wprost genialny początek. Zapowiada się naprawdę wyjątkowo. Trochę go niestety w dalszej części popsuli czego bardzo żałuję. Bo to mógł być najlepszy instrumental DM.
No ale wróćmy do głównego bohatera tego tekstu, czyli do Surrender. Nie zawsze go darzyłem taką sympatią jak obecnie. Przez wiele lat tego numeru prawie nie zauważałem. Wiedziałem, że taki istnieje i tyle. Odsłuchy były naprawdę sporadyczne o ile były, gdyż nie miałem go w żadnej postaci w swojej muzycznej bibliotece. Po prostu mi na tym nie zależało. Wszystko się zmieniło, gdy nabyłem na cd singiel OWILM. Jako, że bardzo lubiłem remiksy tego utworu, to często odsłuchiwałem ten singiel na wieży. No i wtedy właśnie dostrzegłem potencjał drzemiący w Surrender. Niezwykle ciężkie brzmienie tego utworu odsłuchiwanego na 200 watowych kolumnach zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Świetna aranżacja. Potężne brzmienie syntezatorów. Świetny wokal Gahana - jeden z najlepszych w historii. No i w końcu dostrzegłem prawdziwe piękno linii melodycznej, jeszcze wyraźniej uwypuklone w wersji akustycznej śpiewanej przez Gora.
Ciężko mi uwierzyć, że taki utwór jak Surrender był zaledwie b-sidem. Sprawdziłem sobie temat związany z tym utworem i wychodzi na to, że to moje zauroczenie nastąpiło w 2009r. Mentos wtedy pisał, że nie za bardzo pamięta, jak ten utwór w ogóle leci, hehe. Ciekawe czy ten stan rzeczy się zmienił. Ja w każdym razie do 2009 prezentowałem podobną postawę względem Surrender. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że obok innego utworu, który w tym zestawieniu się jeszcze pojawi, to numer, który zanotował u mnie największy awans w hierarchii. Z totalnego niebytu wdarł się do ścisłego topu i już nigdy z niego nie zszedł.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 lip 2025 13:08

Ghosts Again

Moja droga z „Ghosts Again” była w sumie dosyć śmieszna, a zaczęło się od tego, że obejrzałem konferencję DM, trochę wbrew sobie, bo planowałem tego nie robić, ale wszyscy oglądali, wszyscy tzn. Murzyn, który mi o tym pisał na fejsie. Pękłem, bo akurat miałem wolną chwilę w pracy. Oczywiście DM zrobili wtedy co zawsze, czyli zapodali odrobinę nowej muzyki. Z perspektywy czasu, myślę że miało to sens tylko przy okazji Delty, kiedy wrzucili całe „Angel”. Dawanie fragmentów, to coś, co kojarzy mi się z jakimiś wczesnymi latami 2000, obecnie to, moim zdaniem, kompletnie się nie sprawdza i niepotrzebnie psuje poznawanie albumu w późniejszym terminie. Lepiej dać jeden cały kawałek, niż fragmenty trzech, no ale to jest DM i oni, w czasie tej konferencji, potrafią być nadal na etapie nagrywania. W każdym razie, z jednej strony szanuję, że cały czas robią po swojemu, a z drugiej, odnoszę wrażenie że te konferencje to strata ich kasy i czasu.
W każdym razie, po tym doświadczeniu stwierdziłem, że po raz pierwszy ever, poczekam ze słuchaniem do wydania albumu (albo przynajmniej dobrej jakości wycieku całości). Większość z Was pamięta te moje zmagania, część nawet szanowała. Wy już gadaliście o singlu na forum, a ja bałem się wejść do tematu, żeby nie czytać za dużo, zresztą i tak już miałem spoiler z konferencji, i to dosyć obszerny. Słyszałem go tylko raz, a pamiętałem dokładnie przez te następne miesiące, co już świadczy o potencjale komercyjnym tego kawałka.

Wymęczyłem się, aż w końcu album wyciekł (chyba niedługo przed premierą) i usłyszałem całe „Ghosts Again”. No i to było takie meh. Uznałem, że kawałek jest trochę, a nawet mocno, przerysowany, jakby DM próbowali sami się coverować. Tekst typowo dmiarsko mroczny, ale tak zalatując czymś co by wygenerowało AI, muzycznie zlepek wszystkiego z czego zespół był przez lata znany, refren taki no lekko jarmarczny, podobnie jak klawisze. Miałem przed oczami cyber-gotki, które się do tego mogły bawić i mnie to odrzucało. Generalnie całe „Memento Mori” to był u mnie trochę niewypał i do dziś jeszcze się z tym albumem nie rozmówiłem uczciwie.

NIEMNIEJ. Nadeszło lato 2023, a wraz z nim wyjazd nad morze. Plany miałem na ten wyjazd nie byle jakie, jednak sporo było stresu, bo te plany, a raczej plan, mocno był uzależniony od pogody, jak i pewnych innych czynników, na które nie miałem wpływu. Ostatecznie, jednego dnia, wszystko się ułożyło ładnie i w pewnym konkretnym miejscu, w konkretnych okolicznościach, zaopatrzony w kosz ze świeżo zamówionym jedzeniem, małą butelką szampana, na małym wycinku plaży, w którym widok był doskonały, a akurat nie było ludzi, oświadczyłem się dziewczynie, która od jakiegoś czasu jest już moją żoną. Zastanawiacie się pewnie, gdzie w tym wszystkim może być „Ghosts Again” xD

Niektórzy mogą pamiętać, jak w tym czasie wrzucałem na fb fote plakatu zapowiadającego darmowy koncert cover bandu DM. No więc ostatecznie zapomniałem o tym, ale wracamy z tej plaży w nastroju, co by nie mówić, bardziej niż pozytywnym, a tu nagle słyszę „Policy of Truth”. I przypomniało mi się, że właśnie gra ten cover band. Uznaliśmy, że w takim razie idziemy to zobaczyć. Kupiliśmy sobie piwko, usiedliśmy na ławce obok i patrzyliśmy, jak grupa chłopaków na czarno udaje DM xD Filmiki z tego też część z was widziała. Jak na cover band grający za free (a nie ciężkie kartofle, jak jakieś Forced to Mode, czy inne gówno), to brzmiało to naprawdę spoko, w dodatku panowie zaskoczyli kilkoma wyborami (np. „Should Be Higher”). Na sam koniec, zagrano „Ghosts Again”. I nie wiem, magia chwili, sentymentalne brzmienie tego riffu Martina (granego przez polskiego randoma), wesoła atmosfera zgromadzonych ludzi, wszystko to jakoś przełamało w końcu te grube lody między mną, a tym kawałkiem. Od tamtego lata, nie potrafię się nie uśmiechnąć kiedy gdzieś słyszę „Ghosts Again”. Niby nadal uważam, to co uważałem wcześniej, ale zwyczajnie przestało mi to przeszkadzać, bo mam zbyt dobre wspomnienia. I to jest chyba najlepszy sposób na polubienie każdej muzyki. Zresztą o tym swego czasu nawet mówił Nick Mason, może w trochę innym kontekście, bo w kontekście muzyki słabej, którą ludzie lubią, ale generalnie wszystko sprowadza się do sentymentów. Kiedy te wchodzą do baru, to akademickie analizy wylatują przez okno. I życzę wszystkim jak najwięcej takich chwil olśnienia, bo im więcej muzyki we wspomnieniach, tym lepiej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 10 lip 2025 18:52

When The Body Speaks

Znałem już największe przeboje DM, a potem zapragnąłem poznać inną ich stronę, czyli całe płyty. Zabrałem się do tego tak, jak zwykle ja, czyli nie od tej strony, co wszyscy, czyli od Singles 86>98, Violatora, SOFAD czy Black Celebration, ale od Ultry i od Excitera. No... i obie płyty, słuchane głównie na słuchawkach, przegryzały się dosyć długo, bo to jednak trochę inne brzmienie niż najpopularniejszych kawałków (chociaż The Love Thieves, Freestate czy Insight weszły dosyć szybko - ale taki Barrel potrzebował czasu; i to samo z Exciter - wolno snujące się Shine to jednak co innego niż szybkie, singlowe Dream On).
Ale przegryzło się - a potem przyszło lato spędzane po części w górach, na bazie namiotowej Przysłop Potócki, gdzie cicha, spokojna atmosfera tego miejsca oddalonego od świata (ponad pół godziny schodzi się z przełęczy do wsi, w ogóle - fajnie byłoby tam po paru latach przerwy wrócić), mały ruch na szlaku sprzyjały różnym przemyśleniom, zatopieniu się w krajobrazie. Przy tym, raczej niepostrzeżenie, po głowie chodziły różne piosenki, w tym poznane nie tak dawno depeszowe, czyli np. ciąg Shine-The Sweetest Condition (ta gitara!)-When The Body Speaks.
Zwróciłem uwagę na ten ostatni utwór, bo płynie bardzo powoli - zaczyna się od nastrojowych smyczków, nie ma w nim mocnego bitu, tylko buczący syntezator w tle, tempo jest wolne, jest w tym coś ze spaceru w deszczu lub patrzenia przez okno na deszcz, kojarzy się z chwiejnymi relacjami damsko-męskimi (parę lat później coś podobnego się trafiło, ale to inna historia).
Później zauważyłem, że ta piosenka dobrze pasuje do spokojnych chwil, gdzie niewiele się dzieje, a czasu na refleksję jest dużo (a nie do codziennej gonitwy, której tempo lepiej oddaje AQOT czy inny Rush, a atmosferę Policy of Truth czy inny Barrel). Dlatego odsłuchów WTBS nie ma aż tak dużo, za to większość z nich jest bardzo satysfakcjonująca. I dzięki WTBS kolejne płyty DM (te najstarsze, ale i te najnowsze) chłonąłem dużo szybciej i łatwiej - po prostu zacząłem od tego, co było najtrudniejsze. I gdzieś tam cały czas mi ta piosenka towarzyszy, choć już w innych okolicznościach. Jest bardzo piękna.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 lip 2025 18:11

Luźne przypomnienie że trwa właśnie kolejka z miejscem nr 3. dla

mentosa
deva
Livv
i Czeza
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Czez
Posty: 9728
Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
Ulubiony utwór: Cala masa
Lokalizacja: Glasgow

Post 13 lip 2025 08:52

Siedze w autobusie ze swoja juz byla zona i bratem. Jest godzina 5 rano, a przed nami ladnych pare godzin jazdy pekaesem do Warszawy. W miare cieply niedzielny poranek, 2 wrzesnia 2001 roku.
Na ten dzien czekalem latami. Nie bylo mi dane przezyc tej chwili wczesniej, wiec radosc jest jeszcze wieksza. Moj pierwszy koncert Depeche Mode. Warszawa, 2 wrzesien 2001 roku.
Juz w drodze z dworca na Sluzewiec, bylo czuc atmosfere przedkoncerowa. Coraz wiecej ludzi na czarno, tu i owdzie bylo slychac znajome dzwieki. Przy samym torze z zaparkowanych samochodow muzyka Depeche Mode docierala do uszu bardzo glosno.
Nie bede pisal o scisku przy wejsciu, deszczu czy drozyznie. Wszyscy, ktorzy tam byli dobrze wiedza jak bylo, a Ci co nie byli, zapewne slyszeli.
Nie wiedziec jak, udalo mi sie stanac niemal pod sama scena, lekko z boku po lewej stronie. Mialem dobry widok. Wreszcie na scene wyszedl Technique. Niestety, support zostal potraktowany brutalnie. Dziewczyny, ktore pozniej stworzyly zespol Client, pamietaja to do dzis.
Kiedy juz definitywnie zakonczyly swoj wystep, wszyscy czekalismy juz tylko na jedno. Atmosfera byla niesamowita, cisnienie rozsadzalo powietrze. WCHODZA...
No i stalo sie. Pierwszymi dzwiekami Depeche Mode jakie uslyszalem na zywo, bylo Dream On w formie gitarowego intro.
Nikt i nic nie zabierze mi juz tych wspomnien i dlatego tez ten utwor ma u mnie szczegolne miejsce.


https://youtu.be/xB5Hqt-Tzt0?feature=shared
Enjoy The Silence
Awatar użytkownika
Livv
Posty: 772
Rejestracja: 22 lut 2024 22:16
Ulubiony utwór: Blue Dress Personal Jesus

Post 15 lip 2025 22:12

The Child Inside

Utwór z zupełnie innej epoki niż poprzednie, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia w kontekście wspomnień. Jest bardzo intymny dla mnie... Jestem mocno uwrażliwiona na tekst, który do mnie przemawia. Myślę, że jest w nim ukazany mój sposób widzenia zaburzeń depresyjnych. Nie narzuca nikomu niczego, ale od pierwszego odsłuchu już kilka lat temu miałam takie odczucia. Teksty Martina mają to do siebie, że potrafią być bardzo osobiste, a jednocześnie uniwersalne. Wklejam fragment mojej quasi-eseistycznej analizy i interpretacji w stylu olimpisjkim (tak jakby matura rozszerzona ale gorzej). Pierwszy draft, będzie poprawiany milion razy z każdym słowem, ale myślę, że klarownie przedstawia moje przemyślenia:

Kluczowym elementem utworu nadającym pierwsze rysy mojej interpretacji jest tytuł. Niezwykle ważny, a często marginalizowany, kieruje pierwsze skojarzenia. Koncepcja psychologiczna wewnętrznego dziecka Junga wiąże ze sobą doświadczenia dzieciństwa i dorosłości. Mówi ona o wpływie dziecięcej wrażliwości na stan psychiczny dorosłego. Uznaje, że w każdym znajduje się wewnętrzne dziecko, które decyduje o naszej tożsamości. Zatem w zależności od przebiegu dzieciństwa determinowana jest przyszłość jednostki w dorosłości. Traumatyczne doświadczenia dziecka doprowadzają dorosłego do nieodpowiedzialnych i ryzykownych wyborów, powodują kryzysy i załamania. Trauma naznacza przeznaczenie niewinnych i nieświadomych.

The Child Inside skupią się na przedstawieniu psychologicznej koncepcji wewnętrznego dziecka. W wyniku nakierowania odbiorcy w tytule, reszta mojej interpretacji będzie skupiona wokół motywów psychologicznych doświadczenia traumy. Konsekwencją przeżytego kryzysy jest niezrównoważenie emocjonalne, doświadczenie chorób psychicznych. Największy nacisk kładzie się na problem uniwersalny kontekście współczesnej psychologii, czyli depresji klinicznej. Wręcz namacalnie wiąże się ona z charakterem przeżytej przeszłości. Depresją jest chorobą poważną, ponieważ powoli i konsekwentnie zabija od środka. Powoduje stopniową i nieodwracalną, niezawinioną krzywdę i ból. Powoduje przetasowanie świata wewnętrznych uczuć, zainteresowań, pasji jednostki, nieleczona prowadzi do jego upadku. Powoduje dostosowanie moralności pod samookaleczanie, usprawiedliwianie sprawiania sobie krzywdy przez abstrakcyjne i absurdalne przewartościowanie moralne. W konsekwencji depresja prowadzi do tłumienia emocji i zamknięcia się w błędnym kole. Ostatecznie zaniedbanie dziecięcej niewinności i delikatności powoduje kryzys w dorosłym życiu. Celem Gore'a jest ukazanie zależności między stanem dziecięcej duszy I duchową przyszłością dorosłego. Ów cel zawarty jest w definicji wewnętrznego dziecka jako koncepcji nauk psychologicznych.
;*
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 lip 2025 10:12

Miejsce 3 - Breathe

Jest rok 2007, przełom lipca i sierpnia a ja se pojechałem (a raczej zostałem wysłany) na młodzieżowy obóz/kolonie/jak zwał tak zwał do Chorwacji w okolice Splitu. W Chorwacji zdążyłem już dwa razy wcześniej być, ale zawsze na Istrii i te słynne "kamieniste wybrzeża" pozostawały bardziej w sferze moich wyobrażeń i na fotografiach sprawdzanych na Wikimedia Commons. Trafiła się okazja głównie dlatego, iż na tę wycieczkę namówił mnie mój dobry ziom (ten od Pilate, Kejwa i Cinematic Orchestra). Rok wcześniej TEŻ byliśmy razem na obozie, choć nad Bałtykiem, i on wtedy pożyczał ode mnie empetrójkę na której miałem od huia DM, no i zaczął słuchać. Ciekawostka - chwyciło go to TAK mocno, że słucha DM po dziś dzień i nieziemsko zachwyca się Memento Mori. Kto by pomyślał.

Wracając. Ja wtedy byłem w swojej fazie odkrywania muzyki innej niż w kółko te same, zarzygane ejtisy. Tzn. też były tam głównie ejtisy, ale był to np. Cave, Talking Heads czy Kraftwerk, przeżywałem też pierwszą fascynację Recoilem i The Cure (najbardziej z tamtym latem kojarzy mi się krążek Bloodflowers). Wzbogacałem swoje portfolio krok po kroku odkrywając solowego Eno na pełnej, klasyczne Roxy Music, przestawałem być jednowymiarowy. No ale empetrójkę też ciągle miałem, a tam wciąż królowały DM, Simple Minds i New Order. Uzbrojony w przede wszystkim taki zestaw ruszyłem na ów obóz, a ziom znów nie miał ze sobą żadnego odtwarzacza. Pożyczał więc mój, a jakże, i dalej katował DM. Ale tym razem sięgał po rzeczy inne niż PTAk, którego znał wtedy na wylot, dzięki mnie zresztą.

Jednak w dupie miał moje rekomendacje dotyczące ejtisowej odmiany Depeszów, albo chociaż Ultry czy SOFADu. Również Violatora uważał wtedy za pretensjonalne gówno (dziś zmienił zdanie), najbardziej siadł mu Exciter. Exciter! Ta jedna płyta, której wtedy szczerze nie znosiłem uważając ją za kiepski, popowy szajs bez duszy (o jakże się myliłem, ale smak i rozum przychodzą z wiekiem). On tymczasem się ostro zachwycał i to wcale nie singlami, którym jeszcze mogłem to i owo wybaczyć, o nie! Było Shine, The Dead of Night, When the Body Speaks i takie tam. Było też Breathe. Nie trawiłem tego numeru przez głupotę, rzecz, jaka później miała stać się w pewnym sensie istotą mojego własnego piosenkopisarstwa - czyli storytelling. Tak jest! Storytelling był dla mnie wtedy krindżowy, co za wstyd.

Dosłownie BOLAŁO mnie formowanie tekstu w efekcie którego mamy np. wyliczankę imion wuj-wie-kogo i jakieś dziwne przypisywane im zachowania, whatever. To nie było to, jeśli był tekst piosenki, w którym występowały imiona ALE nie było ich w tytule, to 15-, 16-, i 17-letni Musiał to HEJTOWAŁ bo był wielkim HEJTEREM i w ogóle TYLKO ON SIĘ ZNAŁ i "Grześciu, błagam, posłuchaj Shake the Disease to jest doby numer naprawdę co mówisz że ejtisowe depesze to byle co ja Ci mówię złych słuchałeś musisz spróbować innych bo różne są". Damnit, jakim ja musiałem (HE HE) być wkurwiającym typem (jakbym teraz nie był). A jednak z kol. Grześciem ziomkujemy się do dzisiaj, więc chyba AŻ TAK bardzo go nie denerwowałem wtedy swoim jestestwem (on denerwował mnie swoim bardziej później).

Do meritum - na tymże obozie było strasznie mało do roboty. Uczestnicy byli albo w moim - powiedzmy - wieku wtedy, czyli od 15/16 do 19 lat, albo kompletna dzieciarnia, nad którą opiekunowie (ledwo starsi od nas, 22, może 23 lata) w ogóle nie panowali. Skutkiem czego te dzieciaki wieczór w wieczór były nawalone jak szpadle jakimś podłym, lokalnym piwem, które kupowały im lokalne żule za kilka kun xD Żeby nie było, ja też rzadko byłem tam trzeźwy, ale na tych 17- czy 18-latków kadra patrzyła bardziej hmmm przychylnym okiem. W ciągu dnia mieliśmy bardzo dużo czasu wolnego i zupełnie nie było co z nim robić, chyba, że za fun można było uznać wycieczkę do Konzuma (taka chorwacka sieć supermarketów), albo na spacery po okolicy w okrutnym słońcu i skwarze pośród karłowatej roślinności.

Często wybierałem to drugie, łażąc wszędzie sam. Kiedy imć Grzegorz akurat nie dzierżył mojej empetrójeczki, bezwzględnie miałem na sobie słuchawki. Lazłem w jakieś krzaczory i słuchałem muzy, przede wszystkim Recoil i The Cure, o ile mnie pamięć nie myli. No ale kiedyś imć Grzegorz dał mi tę empetrójkę i nie zapauzował odtwarzania, a ja nie zorientowałem się dłuższą chwilę, że coś gra mi w kieszeni (akurat nie wcisnąłem jeszcze słuchawek w uszy). Kiedy to w końcu zrobiłem, od dobrych 20 sekund leciało już Breathe. Nie wiem, musiałem mieć fazę na coś czilowego i uspokajającego, zapewne skwar był nie do wytrzymania, cienia brak, ludzie pochowali się w pokojach i nawet jaszczurek na porozrzucanych tu i ówdzie głazach próżno było wypatrywać okiem (choć oko wykol).

Eno musiał mi się wtedy już trochę znudzić, albowiem co innego pchnęłoby mnie do zmierzenia się z moim exciterowym nemesis w innym wypadku? A może Zen się zaciął jak miał często w zwyczaju i byłem skazany na ten szajs... No właśnie, nagle ten szajs... zaczął przestawać być szajsem. Ciężko mi to wyjaśnić, ale te gitary, lekkie perkusyjne plumkanie w tle, ten delikatny głos Gore'a, ta... wyliczanka imion, ta nieszczęsna wyliczanka, której nienawidziłem szczerze i z całego serca, nagle to wszystko po prostu siadło, siadło i utknęło mi w głowie na tyle, że po chwili sam śpiewałem se pod nosem "BREEEATHE LOOOOOVE" i - co gorsza - NIE MOGŁEM PRZESTAĆ! Pomyślałem, że coś tu nie gra, zaszła jakaś pomyłka, na pewno, więc włączyłem od początku by się upewnić i jeszcze raz...

...i jeszcze raz i jeszcze raz i ani się żem nie zorientował słuchałem tego numeru cały dzień. Kręcąc się po skądinąd olbrzymim terenie ośrodka pamiętającego jeszcze późnego Titę, w tym skwarze i śródziemnomorskim powietrzu, z Adriatykiem majaczącym w tle za drzewami, górami z drugiej, łażąc po skałach i łąkach, patrząc na drzewa pomarańczowe i oliwne i porzucone na niektórych podjazdach rozpadające się już zastavy słuchałem i słuchałem i słuchałem i się ZACHWYCAŁEM. Oto nadszedł paradigm shift, zupełna zmiana, całkowita i jakże niespodziewana, i nagle już dawałem szansę całemu Exciterowi, i odpalałem go znów i znów, raz po raz, raz za razem, The Sweetest Condition, Goodnight Lovers, nawet Freelove na nowo, Easy Tiger, prostytutka Comatose, WSZYSTKO. Nie było końca.

Mojej opowieści też nie ma końca, albowiem ma ona cokolwiek interesujące zakończenie (powiedzmy). Obóz ten był również pełen dziewcząt, których większa część była w "naszym wieku" (tj. moim, Grzegorza i trzymających się z nami ziomków). 16/17/18 lat i 16/17/18-latkowie w paratropikalnych warunkach to dobry moment na jakiś wakacyjny "romans", który przypominałby bardziej jugolsko-polską wersję American Pie. Ale walić to, wyglądałem wtedy całkiem nieźle, poflirtowałem sobie to tu, to tam. Któregoś razu siedzę na balkonie piętra budynku, w którym mieliśmy pokoje i słucham sobie, a jakże, Breathe. A wtedy podchodzi ONA. Do dziś pamiętam dobrze jak wyglądała, ba! pamiętam także jej imię, ale na wszelki wypadek nazwijmy ją K., z tak zwanej ostrożności procesowej (u never kno).

K. podeszła i spytała się mnie ile mam lat, albowiem zastanawiała się nad tym ze swoją ziomalką. Kiedy okazało się, że oboje jesteśmy "almost dorośli", postanowiła spędzić ze mną trochę więcej czasu. Zapytała również, czego słucham, więc przekazałem jej słuchawki. Kazała puścić sobie Breathe od początku, zaś wieczorem pożyczyła ode mnie odtwarzacz, ażeby posłuchać sobie Excitera. Kolejne dwa dni - ostatnie na tym obozie - spędziliśmy razem głównie łażąc sobie i gadając, wieczorami zaś pijąc w lokalnym beach barze obrzydliwie tanie i obrzydliwe kamikadze, które były równie chętnie co nam polewane również obozowej dzieciarni przez obsługę żyjącą zgodnie z zasadami "don't ask don't tell". Zasady bezpieczeństwa? Raz ratowaliśmy jednego gówniarza przed uduszeniem się własnymi rzygami xD

W każdym razie, ostatniego wieczoru K. zaproponowała, byśmy oddalili się od baru i poszli gdzieś w bardziej ustronne miejsce na głazy bliżej morza i tak jak sobie szliśmy w tamtym kierunku, nuciła pod nosem Breathe. Siedzieliśmy tam potem z dobre dwie godziny gadając, aż K. zaproponowała, żebyśmy poszli sobie popływać w morzu, które było kurewsko ciepłe. Po czym dość bezceremonialnie rozebrała się przy mnie do naga i poszła do wody. Speszony jak diabli stwierdziłem, że w sumie zrobię to samo, bo co mam zrobić, i poszedłem za nią. Tylko po to, ażeby dotarło do mnie dość szybko, iż wyjątkowo nędznie pływam. Przez chwilę laska prowadziła mnie za rękę, potem ja zostałem - na wszelki wypadek - bliżej brzegu. Nie czuła się tym chyba obrażona, prawdę mówiąc to wprost przeciwnie.

I podpłynęła w moją stronę ewidentnie sugerując, ażebym wykonał jakiś krok wiadomo w którą stronę. A ja popatrzyłem się na nią i całkowicie sparaliżowany nerwami oświadczyłem, iż wychodzę z wody i wracam do ziomeczków pić, bo "nie ma tu nic ciekawego do roboty i nic ciekawego do patrzenia na to". Wyszedłem, ubrałem się, poszedłem. I nie skłamię kiedy powiem, że dopiero dobre kilka lat później miałem EUREKA MOMENT kiedy dotarło do mnie, że laska miała ochotę na cimcirimci, a ja straciłem niepowtarzalną okazję utraty dziewictwa nad Adriatykiem, a nawet w Adriatyku u progu swoich 18-tych urodzin z Breathe grającym mi w głowie. Albo dobrze wiedziałem, gdzie to zmierza, ale nerwy to nerwy, pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji więc obsrałem zbroję.

No i... nie tylko ja. Na sam koniec kącik pt. Kto Się Zesrał. I była to... K. Otóż kilka dni przed naszym "brief encounter" miał miejsce mikro-melanż w pokoju naszych ziomeczków, którzy dorwali od obsługi ośrodka butelkę śliwowicy nikczemnego pochodzenia i smaku. Popili jak diabli siedząc bodaj do rana (mnie tam nie było) i pod sam koniec, nawalona jak szpadel K. miała znikąd, well, zdefekować przy wszystkich do umywalki w pokoju (każdy pokój miał umywalkę poza łazienką z jakiegoś powodu). Wiedziałem, że KTOŚ tak zrobił, ale nie wiedziałem KTO to był dokładnie. Dowiedziałem się tuż przed opuszczeniem obozu i do dziś się zastanawiam, czy faktycznie tamten wieczór z pływaniem poszedł tak źle, jak to sobie wmawiałem, a może poszedł dobrze, zaś z Breathe mam ciągle fajne wspomnienia.

Takie, w których Exciter przestał być gównem, albowiem tym zaczęło być... gówno. W umywalce.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2025 12:23

Hello mr Mentos prosimy wnieść odrobinę świeżości do tego tematu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lip 2025 13:32

ICE MACHINE

To jeszcze nie jest ten odcinek, w którym cofam się do przełomu 2009/10 i rozpamiętuje jak to kiedyś to było, bo byłem młody, gruby i bez perspektyw a teraz to nie jest, bo nie jest się młodym. Tym razem cofam się znacznie krócej, bo do jesieni 2021.

Okres teoretycznie martwy jeśli chodzi o ten zespół, bo z tego co pamiętam od ostatniej płyty minęło trochę czasu, do następnej też trochę czasu zostało, koncertów nie było i to nawet nie tylko z powodu braku albumu do promowania, tylko z racji tego, że generalnie wówczas koncertów prawie w ogóle nie było (i komu to przeszkadzało?). Ale umówmy się - nie jestem osobą, która szczególnie żyje tym, co tam się dzieje u tych staruszków, więc te rzeczy nie są dla mnie szczególnie istotne.

Ważniejsze było to, że w tamtym czasie po prostu wróciłem na łono tego forum. Możecie to potraktować jako podlizywanie się, ale nie żartuję. To forum jest jednak jedną z ważniejszych społeczności do których dołączyłem będąc aktywnym internautą od 2007 roku (gdzieś wtedy pojawiło się w moim domu pierwsze łącze internetowe, acz pierwsze względnie poważne jakieś dwa lata później) i nawet zaryzykuje stwierdzeniem, że to wydarzenie mogłoby być równie istotne, jak nie istotniejsze od ewentualnego koncertu tego zespołu, ale ciężko mi to zweryfikować, bo nigdy takowego nie zaliczyłem i nie wiem czy się jeszcze w ogóle uda.

W każdym razie sam jestem w szoku, że ta moja obecność nadal trwa, bo wbiłem tu może nie tyle z braku laku, co nadmiaru wolnego czasu w tamtym okresie i nie będę kłamać - zakładałem, że skończy się jak większość moich poprzednich wizyt z lat 2015-2020, podczas których wbijałem na chwilę, napisałem jakieś 3-4 posty i znikałem na rok lub dłużej (chyba tylko w 2017 miałem okres dłuższej aktywności, ale też bez szału). Ale najpierw powstała bestka utworowa, potem albumowa, potem jakieś tam jeszcze, a następnie Depeszwizja i jakoś się ten cyrk kręci.

Mam wrażenie, że to miejsce momentami dość na opak, jeśli chodzi o aktywność. Gdy tu wbijałem w tym maju 2010, to może przez jakieś 2-3 miesiace coś się de facto działo, potem je trochę olałem, bo pamiętam z jesieni/zimy straszne pustki, a to jeszcze był ten okres, w którym mimo wszystko fora php jeszcze były aktywne. Wiem, że to był okres posuchy po premierze SOTU, które przerobiono tutaj na każdy możliwy sposób i wiem, że tutaj preferowano zawsze quality over quantity, ale nigdy później aż takiej posuchy nie było. Gdy wracałem w 2021 - nie zmieniło się prawie nic od czasów mojej "świetności", nawet większość avatarów i profilowych.

I tak w sumie trochę to śmiesznie się składa, że skupiam się na powrocie do tego forum, tak jakby to była jedyna istotna rzecz która się wydarzyła w tamtym czasie (zwłaszcza, że planuję w przyszłości kombatanckie wspominki związane z tym miejscem), bo w sumie to generalnie zmieniło się wtedy u mnie wszystko. Odszedłem (z załamaniem nerwowym) z miejsca pracy, w którym siedziałem przez 3 poprzednie lata bez perspektyw na cokolwiek dobrego i wyprowadziłem się z mieszkania, w którym spędziłem podobny okres do lokum, w którym byłem znacznie krócej, ale jednak żyło mi się znacznie lepiej, a w międzyczasie poznałem też moją serdeczną przyjaciółkę. Tak, przyjaciółkę, ale nie będzie to opowieść w stylu Musiała o wrzuceniu do friendzone tudzież gówna do umywalki, bo to nie jest relacja, która miałaby rację bytu jako ta romantyczna.

I to też był po prostu leniwy, beztroski i fajny czas. Pandemia dogasała, o żadnej wojnie nikt nie mówił, ja sam spędzałem czas na spacerach i słuchaniu muzyki. W tzw. dorosłym życiu takie okresy są na wagę złota, więc tym bardziej doceniam.

I gdzieś tutaj po prostu przewinęło się w tle Ice Machine, bo jakoś tak wyszło, że wtedy pogodziłem się (w końcu!) z debiutem naszej ulubionej kapeli i dotarło do mnie, że ten utwór to jedna z perełek, których przez lata nie doceniałem, bo głupi byłem i coś tam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2025 14:17

Dziękujemy za tą wyczerpującą notkę Sebu

Wielkimi krokami zbliżamy się do grande finale tej zabawy a póki co

MIEJSCE 2.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2025 16:01

Walking In My Shoes

Najwyższa pora rozliczyć się z przeszłością i dokończyć dzieła tzn. tą opowieść którą rozpocząłem w utworowej.

Gdy opowiadałem Wam o Czarnym Śniegu napomknąłem że wówczas na początku 2006 roku moja relacja z przyjaciółką z klasy zaczynała się powoli sypać. W sumie to nawet szybciej niż bym się tego spodziewał, wydawało mi się przecież że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, wiedzieliśmy o sobie wszystko, była mi naprawdę bliska ale nie było tu podłoża romantycznego, ona zresztą miała chłopaka. Była bardziej jak siostra której nie miałem. Nie wiedziałem jednak że takie przyszywane rodzeństwo może tak nagle się rozpaść.

Jak już mówiłem z racji tego że ja w tamtym czasie zacząłem się trochę inaczej zachowywać i zgrywać cwaniaka przy kolejnych spotkaniach z alkoholem w tle ona zaczęła się ode mnie dystansować, jednocześnie widziałem że zaczęła przyjaźnić się z innym kumplem z klasy z którym widywali się na próbach do przedstawienia przygotowywanego na studniówkę (ja nie brałem w nim udziału). On z kolei był moim dobrym kumplem, w sumie to w tamtym czasie nasza przyjaźń też raczkowała ale z czasem był mi najbliższym kumplem w sumie. No i to mnie pogrążyło.

Pewnego razu ona zaczęła dopytywać mnie o pewną kwestię zwiazaną z nim i ja będąc dobrym przyjacielem podpytałem go o to, rzecz w tym że on wyczuł że to pytanie nie pochodziło ode mnie tak naprawdę a ja nie potrafiłem ściemniać i przyznałem wprost że tak, że to ona tak naprawdę chciała wiedzieć czy on czuje coś nadal do jej koleżanki.

Sprawa się rypła, a winny wszystkiemu oczywiście Murzyn który naiwnie chciał być lojalny wobec obu stron ale był między młotem a kowadłem. Dla niej to była zdrada, choć dziś myślę że tak naprawdę jedynie wymówka - zerwała znajomość ze mną w ciągu jednej chwili.

To był marzec 2006, cała nasza wielka przyjaźń trwała bagatela pół roku heh. W maju dostałem od kumpla Songs of Faith and Devotion w mp3 i katowałem ten album miesiąc czasu zanim na dobre się w nim zakochałem ale jednym z najważniejszych momentów podczas zmagań z albumem było niejako odkrycie WIMS właśnie. Chodziło po prostu o to że będąc wówczas w nienajlepszej kondycji psychicznej z uwagi na zaistniałą sytuację miałem w sobie ogromne poczucie winy, nie potrafiłem pogodzić się z tym jak zakończyła się tamta znajomość i jak koncertowo zjebałem tamtą sytuację. Oczywiście owo poczucie winy zostało mi niejako narzucone bo to ja jedyny zostałem obwiniony i ukazany jako ten zły, najgorszy, zdrajca itd. a Walking In My Shoes trafiło wówczas w samo sedno trapiących mnie uczuć. Bo to był właśnie utwór o poczuciu winy, z perspektywy człowieka który rozdziera szaty i prosi choć o odrobinę zrozumienia. Tego mi wówczas brakowało, kolejny raz zostałem rzucony w kąt jak zabawka przez kogoś komu absolutnie ufałem. Oprócz warstwy tekstowej numeru bardzo przemawiała do mnie też solówka Martina na gitarze w końcówce. Walking In My Shoes to był u mnie ten moment gdy wiedziałem już że trafiłem na muzykę skrojoną właśnie dla mnie w której tekstach mogłem odnaleźć cząstkę siebie.

A co do samej "przyjaciółki", oh well, lata później dowiedziałem się właśnie od mojego serdecznego przyjaciela że jeszcze podczas spotkania klasowego na zakończenie roku całowała się z nim pod pubem w którym wówczas siedzieliśmy, więc w gruncie rzeczy kompletnie nie wiem już czego ona sama szukała. Z mojej perspektywy to był wtedy chyba ostatni moment kiedy mogłem mieć taką zdrową nieromantyczną relację z jakąś dziewczyną, ona sama uważała mnie za kogoś pokroju brata a jednocześnie bardzo szybko i łatwo się odcięła. Później co najlepsze odezwała się po roku że żałuje tego i brakuje jej mojej osoby ale jakoś tej relacji już nie udało się odnowić, miała już innego chłopaka i chyba nie był przychylny by miała bliższe znajomości z innymi facetami, nawet jeśli tylko telefoniczne (w sumie się nie dziwię). Najgorsze jest to że po tylu latach ja nadal mam żal do niej o to jak to się rozeszło i poczucie niedomknięcia tamtej sytuacji, dziś już nie winię siebie za wszystko, uważam że zwyczajnie nie zasłużyłem sobie na takie traktowanie. Myślę że żadna inna chujowo zakończona relacja nie siedziała mi na wątrobie tyle lat jak ta.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 lip 2025 09:38

chyba przypadkowy mic drop mi wyszedł
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 lip 2025 11:19

Żebyś wiedział. Umarły wszystkie wrzuty "poznałem numer jak jadłem obiad"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn