Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
A to tylko jeden pies może być jamnikiem?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
mniejsza o większość czyli darujmy porównania do klasyki, jak dla mnie Haelos nie ma w sobie pierwiastka trip hopowego, nie ma tego TRIPPY vibe'u po prostu. Niby piszesz że o Haelos trip hop a potem chwalisz że dobry pop, smh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Nie widzę sprzeczności, pop to szeroka i niejednorodna stylistycznie szuflada. No i mam kolejne potwierdzenie tego o czym pisałem tu na początku, tj tego że mam coś z deklem tudzież szukam i dostrzegam w muzyce zupełnie inne rzeczy niż wszyscy, bo jak dla mnie ten album MA ten specyficzny triphopujacy vibe
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Gdzie xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A w ogóle co za różnica jaki to gatunek?
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A my to już pozakonkursowo tak sobie dywagujemy ;-) Musiał ma dziś dojechać i zara zaczynamy BRAT SUMMER
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, różnica jest taka, że te gatunki jednak określają to i owo, i dzięki temu Wuja, możesz sobie zassać płytę, nie martwiąc się, że ściągasz metal. To już dyskusja pozakonkursowa, nie wpływa raczej na moją i innych ocenę, a że to nawet trip hop na kiju nie jest..
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No właśnie, po prostu zwykłe luźne kminki bez spinki serwujemy.
Jak dla mnie trip hop musi mieć choćby ślad hip-hopowego nastroju plus faktycznie lekko psycho vibe, a tutaj jest po prostu od linijki elektropopowo.
Jak dla mnie trip hop musi mieć choćby ślad hip-hopowego nastroju plus faktycznie lekko psycho vibe, a tutaj jest po prostu od linijki elektropopowo.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Zaczynamy SCAT SUMMER.
Hejlos - Full Circle
Do momentu zaobcowania z tym krążkiem znałem tylko jeden album o tytule Full Circle, i było to najświeższe wydawnictwo od Cate Brooks pod szyldem The Advisory Circle. To to tutaj to jest drugie i - mimo wielkiej różnicy gatunkowej - nieporównywalnie wręcz gorsze, sorry, nie będę się cackał ani używał miłych słówek tam, gdzie nie ma na nie miejsca. Jednocześnie wielkiego hejtu też nie będzie. Nie będzie również chronologicznego pisania numer po numerze o tej płycie, bowiem właściwie podpisuję się pod tym, co sporo przede mną napisał imć Hien - to są wszystko iteracje tego samego utworu, zmienia się tylko nieco forma. Takie Slave to the Rhythm dla biedaków i pod współczesne wymagania radiowe (powiedzmy).
Generalnie rozumiem wszystkich tych, którzy powyżej piszą, iż słyszą tu trip hop czy jakiegoś mniej lub bardziej zaangażowanego ducha Massive Attack. Widać bowiem - czy raczej słychać - że Hejlos bardzo próbowali tego ducha uchwycić, chcieli, by był odpowiedni wajb, ale też z jakąś taką słodką popową przystępnością. Nie brakuje bandów, które próbowały tak robić. Niektórych z nich nawet słucham, np. Flunk czy Hooverphonic. Tyle tylko, że Flunk przeplatał na swoich albumach numery stricte popowe dobrym samplingiem i klejeniem fajnych bicików (ich debiut jest pod tym względem złoty), Hooverphonic zaś mieli swój fenomenalny debiut, który dał im guilt-free pass na nazywanie się zespołe trip hopowym chyba na zawsze (na pewno na długo).
Tutaj z kolei jest tylko duch i dużo fatalnie zainspirowanych przezeń zabiegów. Nie chcę zachowywać się tak, jakbym kopał leżącego, ale naprawdę można było to wszystko zrobić sporo lepiej. Może to nawet nie wina zespołu, może producent przyszedł i kazał im tak brzmieć, after all Hurts to na początku też był fajny duet od dwóch fajnych singli, a potem zrobili się radiowo paskudni i dla mnie asłuchalni (z pewnymi wyjątkami z kolejnych płyt). Ale może produkowali się sami a ja nie doczytałem i chyba wolę już nie doczytywać. Tandetność niektórych rozwiązań, całkiem-nie-fantomowe bóle, które czuję za każdym razem słysząc tutaj żeński wokal, ktoś chciał zrobić dobre ciasto a wyszła mu za słodka bajaderka, bo wpieprzył do miski wszystko.
Jednak byłoby to za mało uczciwe, gdybym tylko jeździł po Full Circle w kółko (HE HE), parę miłych słów też się należy - przede wszystkim to jest CAŁKIEM udany album pod kątem STRICTE muzycznym. Uważam, że bardzo wiele by zyskał w odbiorze gdyby był... instrumentalny. Naprawdę, warstwa wokalna sporo psuje, ta biedna dziewczyna jest dla mnie asłuchalna. W ogóle każdy głos bym z tego wywalił, to gadane intro ma koszmarnie pretensjonalne sample, Pray w ogóle bardzo traci na śpiewie, podczas gdy to jest całkiem spoko numer tak generalnie. Dust w ogóle, ale Full Circle cierpi na to samo - dobra muza cierpiąca przez słaby wokal, w którym nie mogę przestać słyszeć SHE DRIVES ME CRAZY od Fine Young Cannibals.
I gdy takie Earth Not Above jest w całości do wypieprzenia na zbity pysk, tak Oracle muzycznie mi lśni w głowie, to byłby całkiem dobry numer o sunięcia autem po mieście nocą (poza miastem w sumie też). Ale raz jeszcze - wokal psuje, nie ma to ani grama subtelnej produkcji spod znaku Massive Attack (która to produkcja też potrafiła być nędzna, 100th Window było dla mnie fatalnym doświadczeniem). "Starcie z wokalem" wytrzymuje dla mnie tylko Alone, które chyba uznam za swój ulubionych utworów na Full Circle. Separate Lives z kolei sprawia, że chce mi się zwracać wszystko tylko nie uwagę na to, co dalej. Do tego jeszcze mają wyjątkowo podły wideoklip, który jakoś dopełnia obrazu słabości. Sacred w ogóle brzmi jak demo poprzedniego.
A Cloud Nine i Pale to powinny być tylko instrumentale. Tak więc szybkim słowem podsumowania - rozczarowanko, trochę Haelosem a trochę Wujasem. Tzn. nie chcę też być odczytany źle, ja wiem, że to jest bestka bardzo subiektywna i taka ma być, to jej idea, zaś moje albumy też bywały tu zjeżdżane i nic na to nie poradzę, ale wiem też, że Wujowi przychodziło wrzucać tutaj o niebo a nawet kilka nieb lepsze rzeczy. Taka Zuzanna czy Birdy, lubię bardzo, wracam do dziś. O London Grammar nie wspominając. Tutaj... mogło być lepiej pod każdym względem, po prostu. Chyba, że wywalimy wokale. Wtedy gitówa. Nie będę raczej wracał, nie będę eksplorował nic więcej. Dobrze, że Pale ma chociaż fajne niemal instrumentalne outro. Oddycha się lepiej.
A może to burza za oknem (nad lasem).
Hejlos - Full Circle
Do momentu zaobcowania z tym krążkiem znałem tylko jeden album o tytule Full Circle, i było to najświeższe wydawnictwo od Cate Brooks pod szyldem The Advisory Circle. To to tutaj to jest drugie i - mimo wielkiej różnicy gatunkowej - nieporównywalnie wręcz gorsze, sorry, nie będę się cackał ani używał miłych słówek tam, gdzie nie ma na nie miejsca. Jednocześnie wielkiego hejtu też nie będzie. Nie będzie również chronologicznego pisania numer po numerze o tej płycie, bowiem właściwie podpisuję się pod tym, co sporo przede mną napisał imć Hien - to są wszystko iteracje tego samego utworu, zmienia się tylko nieco forma. Takie Slave to the Rhythm dla biedaków i pod współczesne wymagania radiowe (powiedzmy).
Generalnie rozumiem wszystkich tych, którzy powyżej piszą, iż słyszą tu trip hop czy jakiegoś mniej lub bardziej zaangażowanego ducha Massive Attack. Widać bowiem - czy raczej słychać - że Hejlos bardzo próbowali tego ducha uchwycić, chcieli, by był odpowiedni wajb, ale też z jakąś taką słodką popową przystępnością. Nie brakuje bandów, które próbowały tak robić. Niektórych z nich nawet słucham, np. Flunk czy Hooverphonic. Tyle tylko, że Flunk przeplatał na swoich albumach numery stricte popowe dobrym samplingiem i klejeniem fajnych bicików (ich debiut jest pod tym względem złoty), Hooverphonic zaś mieli swój fenomenalny debiut, który dał im guilt-free pass na nazywanie się zespołe trip hopowym chyba na zawsze (na pewno na długo).
Tutaj z kolei jest tylko duch i dużo fatalnie zainspirowanych przezeń zabiegów. Nie chcę zachowywać się tak, jakbym kopał leżącego, ale naprawdę można było to wszystko zrobić sporo lepiej. Może to nawet nie wina zespołu, może producent przyszedł i kazał im tak brzmieć, after all Hurts to na początku też był fajny duet od dwóch fajnych singli, a potem zrobili się radiowo paskudni i dla mnie asłuchalni (z pewnymi wyjątkami z kolejnych płyt). Ale może produkowali się sami a ja nie doczytałem i chyba wolę już nie doczytywać. Tandetność niektórych rozwiązań, całkiem-nie-fantomowe bóle, które czuję za każdym razem słysząc tutaj żeński wokal, ktoś chciał zrobić dobre ciasto a wyszła mu za słodka bajaderka, bo wpieprzył do miski wszystko.
Jednak byłoby to za mało uczciwe, gdybym tylko jeździł po Full Circle w kółko (HE HE), parę miłych słów też się należy - przede wszystkim to jest CAŁKIEM udany album pod kątem STRICTE muzycznym. Uważam, że bardzo wiele by zyskał w odbiorze gdyby był... instrumentalny. Naprawdę, warstwa wokalna sporo psuje, ta biedna dziewczyna jest dla mnie asłuchalna. W ogóle każdy głos bym z tego wywalił, to gadane intro ma koszmarnie pretensjonalne sample, Pray w ogóle bardzo traci na śpiewie, podczas gdy to jest całkiem spoko numer tak generalnie. Dust w ogóle, ale Full Circle cierpi na to samo - dobra muza cierpiąca przez słaby wokal, w którym nie mogę przestać słyszeć SHE DRIVES ME CRAZY od Fine Young Cannibals.
I gdy takie Earth Not Above jest w całości do wypieprzenia na zbity pysk, tak Oracle muzycznie mi lśni w głowie, to byłby całkiem dobry numer o sunięcia autem po mieście nocą (poza miastem w sumie też). Ale raz jeszcze - wokal psuje, nie ma to ani grama subtelnej produkcji spod znaku Massive Attack (która to produkcja też potrafiła być nędzna, 100th Window było dla mnie fatalnym doświadczeniem). "Starcie z wokalem" wytrzymuje dla mnie tylko Alone, które chyba uznam za swój ulubionych utworów na Full Circle. Separate Lives z kolei sprawia, że chce mi się zwracać wszystko tylko nie uwagę na to, co dalej. Do tego jeszcze mają wyjątkowo podły wideoklip, który jakoś dopełnia obrazu słabości. Sacred w ogóle brzmi jak demo poprzedniego.
A Cloud Nine i Pale to powinny być tylko instrumentale. Tak więc szybkim słowem podsumowania - rozczarowanko, trochę Haelosem a trochę Wujasem. Tzn. nie chcę też być odczytany źle, ja wiem, że to jest bestka bardzo subiektywna i taka ma być, to jej idea, zaś moje albumy też bywały tu zjeżdżane i nic na to nie poradzę, ale wiem też, że Wujowi przychodziło wrzucać tutaj o niebo a nawet kilka nieb lepsze rzeczy. Taka Zuzanna czy Birdy, lubię bardzo, wracam do dziś. O London Grammar nie wspominając. Tutaj... mogło być lepiej pod każdym względem, po prostu. Chyba, że wywalimy wokale. Wtedy gitówa. Nie będę raczej wracał, nie będę eksplorował nic więcej. Dobrze, że Pale ma chociaż fajne niemal instrumentalne outro. Oddycha się lepiej.
A może to burza za oknem (nad lasem).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dziękujemy. Zajęło nam to tylko 3,5 tygodnia. Może z Charli pójdzie coś sprawniej. Zapraszamy Wuja do podsumowanka
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja osobiście nie jestem jakimś megakonserwatystą w tej materii i nie uważam, by trip-hop musiał obligatoryjnie zawierać hip-hopowe pierwiastki. Co do vibe'u, to jest to jednak rzecz dość subiektywna i mocno umowna, ja np. wychodzę z założenia, że takie powiedzmy Cloud Nine taki vibe ma. Tak se znowu puszczam tę płytę na wyrywki i jakoś nie mam problemu z postawieniem jej w tym samym nurcie co powiedzmy Massive Attack (w takim Earth Not Above nawet słyszę jakieś subtelne nawiązania).Dragon pisze:14 lip 2025 13:43No właśnie, po prostu zwykłe luźne kminki bez spinki serwujemy.
Jak dla mnie trip hop musi mieć choćby ślad hip-hopowego nastroju plus faktycznie lekko psycho vibe, a tutaj jest po prostu od linijki elektropopowo.
Nie wiem, trochę mam takie wrażenie, że wasza argumentacja odnosi się bardziej do faktu generyczności tej muzyki
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wszędzie w internecie podają, że Haelos to zespół, który gra trip hop/indietronicę. Ja się tam nie znam, więc pozostaje mi tylko wierzyć na słowo.
A co do samej płyty - nie ukrywam, że odczuwam pewne rozczarowanie odbiorem. Myślałem, że jednak więcej osób doceni oprócz Mentosa. Hien niby sporo chwalił, ale jedocześnie ganił, więc nie do końca wiem, co przeważyło. Murzyn widziałem, że walczył i to szanuję. Niestety nie wyszło. Dragon po raz kolejny wjechał z recenzją błyskawicznie udowadniając, że dwa przesłuchy to jest maks na co można z jego strony liczyć. Nie będę się więcej czepiał, bo każdy sam decyduje, w jaki sposób podchodzi do zabawy. Dev to z kolei jedna wielka niewiadoma. Nie widać jego scrobbli więc nie wiadomo, czy przesłuchał raz, czy może 12 razy. Choć mam wrażenie, że do walczaków też raczej nie należy.
Pojawiły się tu różne zarzuty. Jedne jak najbardziej rozumiem, innych nie. Album jest rzeczywiście bardzo spójny stylistycznie, co osobiście uważam za sporą zaletę. Ale stwierdzenia, że to jeden utwór w 11 wersjach są jednak niepoważne.
Tak jak mówiłem, moje oczekiwania były większe, ale z drugiej strony pamiętam, ile lat mi zajęło zrozumienie tego albumu. Od początku było pewne zaciekawienie, ale jednak dojrzewałem do Full Circle dłuuugo. Główną przeszkodą były właśnie wokale, do których nie umiałem się przekonać. Jednak na przestrzeni lat mój gust na tyle ewaluował, że teraz szczerze te wokale lubię. Do ostatecznego sukcesu Haelos na pewno mocno też przyczynił się ich drugi album Any Random Kindness i oglądanie występów zespołu na żywo w różnej formie.
A co do samej płyty - nie ukrywam, że odczuwam pewne rozczarowanie odbiorem. Myślałem, że jednak więcej osób doceni oprócz Mentosa. Hien niby sporo chwalił, ale jedocześnie ganił, więc nie do końca wiem, co przeważyło. Murzyn widziałem, że walczył i to szanuję. Niestety nie wyszło. Dragon po raz kolejny wjechał z recenzją błyskawicznie udowadniając, że dwa przesłuchy to jest maks na co można z jego strony liczyć. Nie będę się więcej czepiał, bo każdy sam decyduje, w jaki sposób podchodzi do zabawy. Dev to z kolei jedna wielka niewiadoma. Nie widać jego scrobbli więc nie wiadomo, czy przesłuchał raz, czy może 12 razy. Choć mam wrażenie, że do walczaków też raczej nie należy.
Pojawiły się tu różne zarzuty. Jedne jak najbardziej rozumiem, innych nie. Album jest rzeczywiście bardzo spójny stylistycznie, co osobiście uważam za sporą zaletę. Ale stwierdzenia, że to jeden utwór w 11 wersjach są jednak niepoważne.
Tak jak mówiłem, moje oczekiwania były większe, ale z drugiej strony pamiętam, ile lat mi zajęło zrozumienie tego albumu. Od początku było pewne zaciekawienie, ale jednak dojrzewałem do Full Circle dłuuugo. Główną przeszkodą były właśnie wokale, do których nie umiałem się przekonać. Jednak na przestrzeni lat mój gust na tyle ewaluował, że teraz szczerze te wokale lubię. Do ostatecznego sukcesu Haelos na pewno mocno też przyczynił się ich drugi album Any Random Kindness i oglądanie występów zespołu na żywo w różnej formie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujas, zluzuj z tymi swoimi śledztwami na lascie, bo to tylko zniechęca. Ja np kiedy nie mam kompa, albo konkretnej płyty na telefonie, to sobie włączam płyty z YT. Rzadko to robię, a najczęściej potem puszczam na lascie, żeby się przedcrobblowalo, bo mam trochę obsesję na tym punkcie, ale nie każdy ma. Mnie nie obchodzi ile razy ktoś moich płyt słuchał, bo nie będę ludzi na siłę do tego gonił, jak w szkole. Wrzucam album, a co ktoś z nim zrobi, to już wasza sprawa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale ja mam w sumie takie samo podejście. Choć jednocześnie ciekawi mnie, jak ludzie się obchodzą z moimi lub czyimiś albumami. Na ile poważnie podchodzą do bestek. W każdym razie do nikogo się nie czepiam ani nie mam pretensji. Po prostu wrzucam swoje uwagi w podsumowaniu i tyle. Po to są te podsumowania.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Od lat lecę tutaj na 2-4 odsłuchy, do tego Hien mnie zdemaskował z trzema tygodniami przewagi nad resztą... no ale jedna z dłuższych notek od dawna powstała ekspresowo, okej
Albo faktycznie czytamy albo coś nam się wydaje!
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
no ja też nie zakładam że każdy musiał scrobblowac każdy odsłuch mojej płyty. zresztą mam to w dupie, ja widzę po recenzjach kto faktycznie dal z siebie 30 procent, a kto leje wodę i improwizuje
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra Panowie, zatem dnia 15 lipca 2025 oficjalnie otwieram BRAT SUMMER i jedziemy z ostatnim albumem kolejki zwanej dawniej WIOSENNĄ
HE
Charli XCX - Brat
HE
Charli XCX - Brat
mintaj pisze:29 mar 2025 23:45
To będzie jedna z bardziej kontrowersyjnych moich wrzut i tbh czekam aż na to lato, by przeczytać jak się mierzycie z tą płytą. xD
Charli znam w sumie dłużej niż mogłoby się wydawać, bo RYM twierdzi, że z jakichś przyczyn obczajałem jej debiut lata temu, plus pamiętam całkiem fajny banger z Iconą Pop sprzed kilkunastu lat, który wspominam dość miło. Gdzieś tam przez te lata się przewijała w moim życiu, nie odgrywając żadnej ważniejszej roli, aż do lata 2024, kiedy to świat ujrzała słynna jej płyta z charakterystyczną okładką w kolorze obrzyganej zieleni, na której to napisano brat.
Doskonale wiem, że niektórzy z was, np. pewien Warszawiak ze Zgierza mają odruch wymiotny na jej widok i szczerze mówiąc - to jest jeden z ważniejszych powodów za wrzuceniem tej płyty tutaj. Nie, nie chodzi mi o perystaltykę waszych jelit - ja w sumie przez pewien czas miałem do tej płyty taki sam stosunek. Nie był on nawet tylewywołany samą zawartością muzyczną, tylko raczej wszechobecnością tej płyty latem 2024 i faktem, że hajpowali ją raczej irytujący ludzie.
Zanim będziecie chcieli obrzucać mnie kamieniami, to przypomnijcie sobie, co poniektórzy, co sami pisaliście o von Dutch w bestce utworowej.
No, ale jak to w życiu bywa - stosunek się zmienia ze stosunkiem. Czy coś. Pierwsze kontakty z albumem jako całokształtem zakończyły się odbiciem wręcz ostatecznym. Później wkręciła mi się energia i dynamika kawałka z utworowej, a potem nadeszła jesień, czyli pora roku w której akurat ja osobiście odżywam, trochę na przekór przyrodzie, logice i wszelkim prawidłowościom.
No i zaskoczyło. Po prostu. Być może pomogło to, że mimo wszystko ten hajp nieco ucichł, ale po prostu usłyszałem, że to całkiem niebanalny, nieszablony album pop ze świetnymi piosenkami i chyba album, który dobrze oddaje zeitgeist współczesności (jak ta płyta nie będzie klasykiem za parę dekad, to naprawdę srogo się dziwię).
Pozwolę sobie wyróżnić parę rzeczy na rzecz tego wypierdu. 360 to fajny, bujający utwór o tym, że spoko jest być kurwą, jeśli chce się być kurwą, nie być, jeśli nie chce, mieć wyrąbane i mieć swój styl. A może nie o tym. Nie obchodzi mnie to, ale buja. O wiele bardziej wolę 365, które jest po prostu klubową, intensywniejszą i w moim osobistym mniemamiu ciekawszą wersją tego kawałka. Fakt, że tuż przed tym kawałkiem na tej płycie znajduje się ballada o tym, że spoko byłoby być matką, ale w sumie to nie wiadomo czy już na to nie jest za późno (laska jest moją rówieśniczką jak coś), w moim osobistym odczuciu mówi więcej o tej płycie i jej energii, niż słowa, które mógłbym z siebie wydalić.
A co tu jeszcze buja? No Club Classics to zdecydowanie klubowy klasyk, Everything Is Romantic jest... specyficzne, ale w sposób, w który zdecycowanie się jaram, wyróżnię też Talk Talk z epicką końcówką czy Rewind, które jest kolejnym wyznacznikiem poziomu chaosu tej płyty, bo między klubowymi bangerami laska nagle postanowiła sobie pokminić co by było gdyby.
Ale ja lubię całość, tu jest ta specyficzna energia i chemia, którą udało mi się dostrzec i którą udało mi się polubić i docenić, a mam was za ludzi z otwartymi głowami i wierzę, że wy też ją dostrzeżecie i docenicie. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=nI6GP8w ... wgO8YqrL9m
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie próżnowałem i odsłuchy Haelos czasem dla odmiany przeplatałem odsłuchami BRAT więc... lecę no
Charli XCX - Brat
Po dwóch udanych solowych strzałach w utworowej i depeszwizji miętus powraca z magazynkiem pełnym bangierów żeby urządzić nam z tyłków nie jesień średniowiecza ale BRAT SUMMER. Ciekawym kto w ostatecznym rozrachunku bardziej się z*sra, słuchacze czy wrzucający?
Podchodziłem do tej płytki z umiarkowanym optymizmem, po pierwszym odsłuchu z grubsza wszystko było jasne więc dla wygody postanowiłem podzielić sobie kawałki na tej płycie wg następujących kategorii - bangery, te które chciałyby nimi być i resztę, no, z jednym wyjątkiem ale o tym na koniec.
I tak otwierajacy album 360 to jest właśnie jeden z bangerów na tej płycie, na tłustej elektronicznej basowej pętli która niesie ten kawałek. Produkcja buja i w sumie tyle wystarczy by być już wśród highlightów tej płyty która na dobrą sprawę jest z grubsza klubową płytą i ma w założeniu po prostu bujać. Z tym że te klubowe numery ubrane są w radiowy format 2-3 minut i słusznie bo dzięki temu nie męczą i mają większy potencjał popowy. Drugi na liście Club classics to również jest banger ale czerpiący dużo bardziej ze sceny klubowej. Te powykręcane basy i chłodne pady, tu myślę że Dragon będzie miał pole do popisu różnymi łatkami bo to chyba ociera się o klimaty Sophie itp. wykonawców z jego szuflady. Może nie buja ale bardziej bangla, pod kątem klubowego pierwiastka wszystko na miejscu, radiowa gawiedź mogłaby nie kupić już. Sympathy is a Knife bardziej może chciałoby być bangerem niż nim jest w moim odczuciu, bit już nie tak taneczny (poza refrenem), z kolei refren mocno męczy autotunem, u mnie to bardziej miss niż hit. Na szczęście 2,5 minuty to niewiele straconego czasu z życia. I Might Say Something Stupid należy do przedstawicieli tzw. reszty świata muzycznego na tej płycie, innymi słowami jest raczej fillerem, niby chwilą jakiejś melancholijnej refleksji artystki która jak zapowiedziała w tytule nawija jakieś głupoty. Talk Talk nie jest może tak fajne jak muzyka kapeli o tej nazwie, niemniej jest po prostu spoko, może nie całkiem banger ale próbuje nim być. O Von Dutch już się wypowiadałem w samych superlatywach w utworowej więc tylko powtórzę - dobry sampling i banger zrobiony na nowo. Everything Is Romantic ma ładne subtelne otwarcie ze smyczkami, potem oczywiście wchodzi bicik i robi się tanecznie - na chwilę, ostatecznie numer jednak odjeżdża, rozpływa się całkiem w tym zakochaniu. Nawet zgrabne, prawie banger, bardziej jednak chyba feelsowe niż taneczne. Rewind za to wraca od razu na klubowe tropy, znowu czerpiemy z dobrych wzorców, czuję wpływy brytyjskiej sceny bardziej. Pod koniec jednak mamy spokojne wyciszenie, Charli ma talent i pakuje w te 2-3 minutowe paczki te intensywnie napakowane numery, zawija to jak świstak w te sreberka. So I to kolejny z tzw. reszty, tym razem mamy uderzenie w balladowe nuty. Charlie jednak tak sobie tu wypada. Girl, So Confusing ani bangerem nie jest ani też nie stara się nim jakoś być zbytnio, czyli znowu reszta i znowu jest jakoś tak sobie, wolę kiedy ona nie stosuje półśrodków i celuje w parkiet gdzie się sprawdza. Apple przyznaję się że zauważyłem dopiero gdzieś przy trzecim odsłuchu płyty, w ogóle nie kojarzyłem tego numeru przedtem. Wannabe banger, może bit klubowy ale słabo buja, na radio za słaby potencjał, po prostu rzetelny dance pop. B2B... identycznie, za słabe do klubu, zbyt nijakie do radia, FILLER. Poziom albumu niestety spada z biegiem kolejnych numerów w drugiej połowie - SMUTNE. Mean Girls trochę budzi mnie ze snu bo te synthy i refren przypominają mi trochę S&M od niejakiej Rihanny i ogólnie taki dance pop podlany synthami z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. Pianinko które potem wjezdża całkiem kozackie, Charli znowu łapie falę. No i jak powszechnie wiadomo już (tak myślę) bangerem jest również wieńczące album 365 znane z depeszwizji będące takim 360 na speedzie. Charli się pyta więc odpowiadam - yea i'm bumping dat. Album wieńczy zatem kwasowa klubowa betoniarka, słuszne to i sprawiedliwe bo to brzmi jak naturalne środowisko dla tej wokalistki.
Ale ale, jak może zauważyliście - lub nie - pominąłem w recenzji jeden utwór a mianowicie przedostatni I Think About It All The Time. To było kurde... największe zaskoczenie tej płyty zdecydowanie. Chyba ostatnie czego spodziewałem się po tej płytce napakowanej bangerami i pół-bangerami to refleksyjny utworek o tym że może pewnego dnia Charli będzie mamą - jeśli zdąży bo wiadomo zegar biologiczny tyka itd. Kurczę muszę przyznać że to jest naprawdę ŁADNY utwór i fajnie że w całym tym klubowym bałaganie tej płyty wkradł się moment na takie rozkminy.
Muszę w ostatecznym rozrachunku przyznać że no z czegoś ten masowy prejz sie wziął, słuchacze łykacze współczesnego popu zapewne mogli przyjąć tę płytę z otwartymi ramionami słysząc jednocześnie w tym coś świeżego i zarazem echa jakiś 90sów i lat 00. (samplowanie Bodyrox, kaman) które teraz myślę chetniej są eksplorowane i mogą wzbudzić jakieś sentymenty u milenialsów. Jako taki DANCE RECORD myślę że płyta wypada solidnie jak podobne tego typu bo umówmy się że jednak longplay to nie jest format dla muzyki klubowej, 12-calowy wymiar tutaj częściej stosuje się w odniesieniu do singli niż albumów.
Jest tu z połowa bangerów, parę średniaków i parę zapychaczy, proporcje nie są najgorsze ale tak jak zwykle w przypadku bangerów pewnie częściej będę sięgał do pojedynczych numerów niźli spędzał te 40 minut z BRAT. Daję mentosowi DOBRY na koniec semestru i puszczam go do następnej klasy z nadzieją że rozwinie skrzydła.
Charli XCX - Brat
Po dwóch udanych solowych strzałach w utworowej i depeszwizji miętus powraca z magazynkiem pełnym bangierów żeby urządzić nam z tyłków nie jesień średniowiecza ale BRAT SUMMER. Ciekawym kto w ostatecznym rozrachunku bardziej się z*sra, słuchacze czy wrzucający?
Podchodziłem do tej płytki z umiarkowanym optymizmem, po pierwszym odsłuchu z grubsza wszystko było jasne więc dla wygody postanowiłem podzielić sobie kawałki na tej płycie wg następujących kategorii - bangery, te które chciałyby nimi być i resztę, no, z jednym wyjątkiem ale o tym na koniec.
I tak otwierajacy album 360 to jest właśnie jeden z bangerów na tej płycie, na tłustej elektronicznej basowej pętli która niesie ten kawałek. Produkcja buja i w sumie tyle wystarczy by być już wśród highlightów tej płyty która na dobrą sprawę jest z grubsza klubową płytą i ma w założeniu po prostu bujać. Z tym że te klubowe numery ubrane są w radiowy format 2-3 minut i słusznie bo dzięki temu nie męczą i mają większy potencjał popowy. Drugi na liście Club classics to również jest banger ale czerpiący dużo bardziej ze sceny klubowej. Te powykręcane basy i chłodne pady, tu myślę że Dragon będzie miał pole do popisu różnymi łatkami bo to chyba ociera się o klimaty Sophie itp. wykonawców z jego szuflady. Może nie buja ale bardziej bangla, pod kątem klubowego pierwiastka wszystko na miejscu, radiowa gawiedź mogłaby nie kupić już. Sympathy is a Knife bardziej może chciałoby być bangerem niż nim jest w moim odczuciu, bit już nie tak taneczny (poza refrenem), z kolei refren mocno męczy autotunem, u mnie to bardziej miss niż hit. Na szczęście 2,5 minuty to niewiele straconego czasu z życia. I Might Say Something Stupid należy do przedstawicieli tzw. reszty świata muzycznego na tej płycie, innymi słowami jest raczej fillerem, niby chwilą jakiejś melancholijnej refleksji artystki która jak zapowiedziała w tytule nawija jakieś głupoty. Talk Talk nie jest może tak fajne jak muzyka kapeli o tej nazwie, niemniej jest po prostu spoko, może nie całkiem banger ale próbuje nim być. O Von Dutch już się wypowiadałem w samych superlatywach w utworowej więc tylko powtórzę - dobry sampling i banger zrobiony na nowo. Everything Is Romantic ma ładne subtelne otwarcie ze smyczkami, potem oczywiście wchodzi bicik i robi się tanecznie - na chwilę, ostatecznie numer jednak odjeżdża, rozpływa się całkiem w tym zakochaniu. Nawet zgrabne, prawie banger, bardziej jednak chyba feelsowe niż taneczne. Rewind za to wraca od razu na klubowe tropy, znowu czerpiemy z dobrych wzorców, czuję wpływy brytyjskiej sceny bardziej. Pod koniec jednak mamy spokojne wyciszenie, Charli ma talent i pakuje w te 2-3 minutowe paczki te intensywnie napakowane numery, zawija to jak świstak w te sreberka. So I to kolejny z tzw. reszty, tym razem mamy uderzenie w balladowe nuty. Charlie jednak tak sobie tu wypada. Girl, So Confusing ani bangerem nie jest ani też nie stara się nim jakoś być zbytnio, czyli znowu reszta i znowu jest jakoś tak sobie, wolę kiedy ona nie stosuje półśrodków i celuje w parkiet gdzie się sprawdza. Apple przyznaję się że zauważyłem dopiero gdzieś przy trzecim odsłuchu płyty, w ogóle nie kojarzyłem tego numeru przedtem. Wannabe banger, może bit klubowy ale słabo buja, na radio za słaby potencjał, po prostu rzetelny dance pop. B2B... identycznie, za słabe do klubu, zbyt nijakie do radia, FILLER. Poziom albumu niestety spada z biegiem kolejnych numerów w drugiej połowie - SMUTNE. Mean Girls trochę budzi mnie ze snu bo te synthy i refren przypominają mi trochę S&M od niejakiej Rihanny i ogólnie taki dance pop podlany synthami z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. Pianinko które potem wjezdża całkiem kozackie, Charli znowu łapie falę. No i jak powszechnie wiadomo już (tak myślę) bangerem jest również wieńczące album 365 znane z depeszwizji będące takim 360 na speedzie. Charli się pyta więc odpowiadam - yea i'm bumping dat. Album wieńczy zatem kwasowa klubowa betoniarka, słuszne to i sprawiedliwe bo to brzmi jak naturalne środowisko dla tej wokalistki.
Ale ale, jak może zauważyliście - lub nie - pominąłem w recenzji jeden utwór a mianowicie przedostatni I Think About It All The Time. To było kurde... największe zaskoczenie tej płyty zdecydowanie. Chyba ostatnie czego spodziewałem się po tej płytce napakowanej bangerami i pół-bangerami to refleksyjny utworek o tym że może pewnego dnia Charli będzie mamą - jeśli zdąży bo wiadomo zegar biologiczny tyka itd. Kurczę muszę przyznać że to jest naprawdę ŁADNY utwór i fajnie że w całym tym klubowym bałaganie tej płyty wkradł się moment na takie rozkminy.
Muszę w ostatecznym rozrachunku przyznać że no z czegoś ten masowy prejz sie wziął, słuchacze łykacze współczesnego popu zapewne mogli przyjąć tę płytę z otwartymi ramionami słysząc jednocześnie w tym coś świeżego i zarazem echa jakiś 90sów i lat 00. (samplowanie Bodyrox, kaman) które teraz myślę chetniej są eksplorowane i mogą wzbudzić jakieś sentymenty u milenialsów. Jako taki DANCE RECORD myślę że płyta wypada solidnie jak podobne tego typu bo umówmy się że jednak longplay to nie jest format dla muzyki klubowej, 12-calowy wymiar tutaj częściej stosuje się w odniesieniu do singli niż albumów.
Jest tu z połowa bangerów, parę średniaków i parę zapychaczy, proporcje nie są najgorsze ale tak jak zwykle w przypadku bangerów pewnie częściej będę sięgał do pojedynczych numerów niźli spędzał te 40 minut z BRAT. Daję mentosowi DOBRY na koniec semestru i puszczam go do następnej klasy z nadzieją że rozwinie skrzydła.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Charli XCX - Brat
Miałem zacząć od tego, że jest taka fajna piosenka The Ramones pt. „Beat on the brat”, ale zacznę jednak od czegoś innego. Pamiętacie, jak Seba wrzucił jazz, bo chciał się buntować przeciw tandetnemu popowi w stylu (jak wskazał Seba) Cher? Jest taka zajebista książka Orwella pt. „Wiwat Aspidistra”, w której bohater zaczyna jako naprawdę tęgi nonkonformista, a kończy jako człowiek, który odpuszcza te walkę i godzi się na bycie normikiem, bo tylko wtedy może być na tym świecie szczęśliwy. Takie zakończenie słodko-gorzkie, bo facet szczęśliwy, w końcu zaczął zarabiać dzięki czemu mógł oświadczyć się miłości swojego życia, ale kosztem młodzieńczych ideałów. Im starszy jestem, tym więcej widzę w tym happy endu, bo jednak szkoda życia na walkę z systemem. Można całe życie udawać, że się tylko siedzi w jazzowych piwnicach, a tak naprawdę woli słuchać „brat” z piwkiem w łapie, czy coś. W każdym razie.
Zaczynam to pisać robiąc odsłuch „brat” parę dni po słuchaniu Swans. Również od Seby. I w sumie Mentos to taki człowiek mojego pokroju, nie ma problemu ze skakaniem w muzyczne skrajności. No, ale mamy te skrajności ewidentnie inne. Nie będę ukrywał, bardzo dawno nie czułem się źle z posiadaniem scrobbli jakiegoś wykonawcy, czy konkretnego albumu, ale tutaj autentycznie mnie to męczyło, bo wiedziałem, że muszę tego kilka razy posłuchać, a ludzie to zobaczą i jeszcze pomyślą, że ja tę płytę lubię. Mógłbym słuchać tego z YT, Seba by raczej miał to w dupie i nie węszyłby spisku, że recenzję napisało mi AI, no ale trzeba brać rzeczy na klatę.
Na początku napiszę ogólnie co mi się nie podoba na płycie, a potem coś tam spróbuję napisać o konkretnych utworach. To co mi najbardziej nie leży, to sama Czarli. Jej wokal mi się nie podoba, jest piskliwy i brzmi jak sto innych głosów z eski. Gorszy jest jednak ten auto-tune. Ja wiem, że to jest tutaj środek stylizujący, a nie coś co ma ukryć fałsze, ale ja ciupciam… Po kilku kawałkach, naprawdę człowiek zaczyna dostawać drgawek. Tak jak kiedyś jeden odcinek Pokemona powalił młodych Japończyków z objawami epilepsji, tak mam wrażenie, że piosenki z „brat” powalą mnie w konwulsjach, przez ten skaczący auto-tune. No i tyle. Kompozycje nie są dla mnie i nie będę się za bardzo pastwił nad nimi, bo mi się nie podobają. Te niemal rapowane wokale, nakurwiająca muza sprasowana kompresją tak bardzo jak się da… co ciekawe, niejeden album, który lubię, brzmi w podobny sposób, więc chyba po prostu wracamy do samej Charlie, która jest problemem no 1. Obiecałem sobie nie pastwić za bardzo, no bo kurde, ja Sebe naprawdę lubię, ale czasami te rzeczy po prostu same wychodzą spod palców. Jedźmy, bo wbrew pozorom, to nie będzie sranie sraką przez całą recenzję.
„360” jest ok. Na przestrzeni całego albumu, ten kawałek jeszcze najbardziej mi podchodzi. Klimat jest spoko, elektroniczny podkład fajny, wokal jest jaki jest, nie będę się powtarzał, ale działa. Dobra rzecz.
„Club classics” ma słaby wokal i mnie nudzi. Muzycznie czasami są przebitki, ale ogólnie to takie jeb-jeb-jeb. Nie dojdziemy z tym kawałkiem do porozumienia raczej. „Sympathy is a knife” w zasadzie to samo, tylko gorzej. Wokale są nie do zniesienia, to jest cyfrowy bełkot, a muzyka brzmi jak demo z najtańszego programu do robienia „muzyki”.
„I might say something stupid”, ten spokojny podkład plus auto-tune, to jest niesamowite kuriozum. To brzmi jakby ktoś próbował udawać Billie Eilish, ale mając 15 lat i midi przerobione do mp3 na jakimś free konwerterze z neta. Sama piosenka jest ok, ale to wykonanie jest tak bardzo pod prąd, że no nie działa. To już wolę jak Czarli kręci dupskiem.
„Talk talk”, jeszcze ileś lat temu, uznane by to było przez młodzież za popowe gówno, teraz jest cult classic. To nie muzyka się zmienia, to czasy się zmieniają. Dla mnie ten numer nie jest niczym specjalnym, kopiuj/wklej tego typu rzeczy z Eski. Jeżeli wypominam to Wujowi, to nie będę odpuszczał Czarli. Mam MOCNE skojarzenia z Mandaryną, wiem że mamy jej fanów na forum, ale też to nie jest jakaś obelga, taka o obserwacja. Nie będę gołosłowny, jak napisałem, że wolę jak Czarli kręci dupskiem, to wolę.
Sprawdziłem sobie specjalnie, bo nie pamiętałem, ale w recenzji „Von dutch” w utworowej się zesrałem. Śmiesznie, bo to jeden z tych kawałków na albumie, którą są nawet ok. Za dużo, za mocno, ale rozumiem, co ludzie w tym widzą. Na imprezie to musi naprawdę działać, ale w domu już trochę traci sens. Niemniej, jest ok.
Ej, co tu się dzieje. To wchodzi „Everything is romantic”. Nie, to intro musi być zmyłą. Wchodzi wokal i dostaję z liścia. Jezu. To brzmi trochę jak damskie The Streets, ale czuję, że zaraz jeszcze wleci jakiś ciężki bit. Wchodzi xD Potrafię już czytać z Czarli jak z otwartej książki. Znowu schemat jeb-jeb-jeb, i tekst wypluwany jak na jakiejś rap-ustawce. Szybko zaczyna męczyć, ale nic dziwnego, to jeden z najdłuższych kawałków na płycie. Te kawałki muszą być krótkie, bo inaczej czar (jeśli nawet jest) pryska.
„Rewind” ma vibe „360”, więc w sumie ok. Jednocześnie, coraz bardziej smuci mnie jak podobnie te kawałki brzmią wokalnie. To „someeetimeees sdnddsbdshjb rewiiiind” nawet wpada w ucho, ale też no kurde, i tak zapomnę ten refren jak tylko numer się skończy. Druga zwrotka fajniejsza, ma nawet ciekawe synthty w tle. UJDZIE.
„So I” zaczyna się jak jakaś Wujowa „ballada” z bestki utworowej, jakaś Sara James, czy coś. Ja wolnych od Czarli nie kupuję, więc trochę to jest bez sensu dziewczyno. Nie jest to złe, ale też tak trochę z odbytu między tymi bangerami. Brzmię trochę niekonsekwentnie, bo tu się laska stara urozmaicić album, wrzucić coś, w świecie bratowyn najbardziej munlupowego, a ten się zesrywa. No, ale po prostu ten fragment mi tu nie działa.
”Girl, so confusing”. To mocne i niskie GIRL. GIRL … YOU KNOW IT’S TRUE. UU UU UUUU. Wątpię żeby to był świadomy tribute, ale jednak. Poza tym, średnio się odnajduję w tym kawałku. Wokal znowu nudy, tekst trąci cringem, ale refren nawet ujdzie, chociaż to skaczące ge GE Geeee, potrafi wkurzyć.
„Apple” w tym całym pierdolniku jest naprawdę spoko. Podoba mi się piosenka, podoba mi się wyjątkowo nienachalna, ale nadal taneczna oprawa, a nawet wokale są tu ok. Gdyby „Brat” składał się z samych Apli, to byśmy zupełnie inaczej rozmawiali. Chyba mój ulubiony fragment albumu, chociaż cały czas słyszę tam „the airport”.
„B2b”, no trochę tu już przynudza Czarli. Po tak spoko kawałku wcześniejszym, tutaj flaki z olejem. BA BA BA BA BA BA BA BA. Córka znajomych mówi BA, jak się zesra w pieluchę.
„Mean girls” muzycznie jeszcze ujdzie jako tło do chlania, ale tekst xD „Yeah, it's 2 a.m. and she's out there in the sheer white dress, wearing last night's makeup” prostytutka, a potem robi się coraz gorzej z każdą linijką, a refren, to już wieża cringu. Te loopy z pianinem, itd., rozumiem, że samplowane, no to wszystko jest spoko, w sensie, spoko, bo nie powoduje spazmów, no ale poruszam się w bańce „brat” więc wiadomo, że nie będę tego porównywał do reakcji na ulubione płyty. Numer do przeskipowania, w zalezności od nastroju. Czasami nawet wchodzi.
„I think about it all the time”, rety rety. Czarli bez auto-tjuna, i wychodzi, że ona zwyczajnie nie umie śpiewać xD A ja sobie wmówiłem, że to jest stylistyczny zabieg, a nie ratowanie fałszów. Camcordowe dema Clairo z 2017, kładą ten wysokobudżetowy wokal na łopatki. Jednocześnie, szczerze wolę to, niż te robotyczne zaśpiewy. Tekst też jest tu mocno cringowy. TAK, słucham tekstów Czarli. Zaraz mi powiecie, że tego się nie słucha dla tekstów, no ale pls.
„365”, no jest to repryza „360” więc jest to też ok. Rozumiem, że „brat” to koncept album, że zawiera takie otwarcie-zamknięcie tym samym kawałkiem, no spoko. Wypluwany wokal już tutaj nawet nie męczy, jestem zobojętniony. Może bym tu poanalizował więcej, ale co tu analizować?
Dobra, przejdźmy szybko już do wniosków końcowych. No, płyta jest naprawdę średnia. W pierwszej wersji napisałem wprost „chujowa”, ale nie mogę aż tak się zesrać. Obstawiłem, że niewiele się zmieni odkąd w 2024 r., odpuściłem jej słuchanie w połowie i planowałem nigdy więcej nie wracać, ale dałem jej teraz uczciwe szanse, i to takie naprawdę uczciwe. Nie, że leciało w tle do odkurzania, czy scrobblowało się na telefonie, na wyciszeniu. Naprawdę tego słuchałem, próbowałem wyłapać unikalne aspekty utworów, wczuć się w ten klimat, docenić COKOLWIEK itd. To nie jest tak, że mnie dziwi fenomen tego albumu i całe zjawisko „brat summer”. To pasuje idealnie do typowo collegowych imprez, na które ludzie wchodzą już najebani i naspeedowani. Można sobie wyobrazić coś lepszego w tle, niż „brat”? No, nie. Ja sobie tego słucham w domu, na trzeźwo i o ile tego nie czuję do końca, to jednak wyłapałem kilka kawałków, które mi się podobają oraz różne momenty, które wysilając obiektywizm, mogę pochwalić za jakieś tam fajne rzeczy. Nie chce się produkować niesympatycznymi przymiotnikami, bo trochę nie o to chodzi, nawet jeśli odczuwałbym wewnętrzną satysfakcję z przejeżdżania się po Czarli. Śmiesznie, ale ten album zyskuje z przesłuchaniami. Myślę, że osiągnąłem już pułap moich pochwał, ale muszę to oddać Czarli, że jak na taką siekę, zadziwiająco dużo pozytywnie pulchnie z czasem. Powiem więcej i mam nadzieję, że Mentos to doceni, bo to jest jednak big deal. Wezmę to gówno na urlop. Tak. Będę tego słuchał na plaży, będę tego słuchał z drinasem, prostytutka, może nawet w aucie to puszczę i się nie rozwiedziemy. Nie wiem co tam się u Seby stało, że ta płyta tak mu się miło kojarzy, bo z tego co wiem, to ostatnio miał więcej zawodów miłosnych, niż odwrotnie. No, ale uj. Seba strategicznie stosuje psychologiczną sztuczkę, że ma nas za ludzi ‘otwartych’, czyli generalnie jak nie polubimy, to jesteśmy ‘zamknięci'. No trudno. Ja tak z lekko uchylonych drzwi na to patrzę i wiem, że po kilku seansach Czarli na Czarli, nie wydaje się to już totalnie chujowe, ale jednocześnie wiem, że jak włączę cokolwiek innego, to z „Brat” bardzo szybko zejdzie powietrze. Niemniej, sprawdzam gacie i są czyste, więc nie było tak źle.
Miałem zacząć od tego, że jest taka fajna piosenka The Ramones pt. „Beat on the brat”, ale zacznę jednak od czegoś innego. Pamiętacie, jak Seba wrzucił jazz, bo chciał się buntować przeciw tandetnemu popowi w stylu (jak wskazał Seba) Cher? Jest taka zajebista książka Orwella pt. „Wiwat Aspidistra”, w której bohater zaczyna jako naprawdę tęgi nonkonformista, a kończy jako człowiek, który odpuszcza te walkę i godzi się na bycie normikiem, bo tylko wtedy może być na tym świecie szczęśliwy. Takie zakończenie słodko-gorzkie, bo facet szczęśliwy, w końcu zaczął zarabiać dzięki czemu mógł oświadczyć się miłości swojego życia, ale kosztem młodzieńczych ideałów. Im starszy jestem, tym więcej widzę w tym happy endu, bo jednak szkoda życia na walkę z systemem. Można całe życie udawać, że się tylko siedzi w jazzowych piwnicach, a tak naprawdę woli słuchać „brat” z piwkiem w łapie, czy coś. W każdym razie.
Zaczynam to pisać robiąc odsłuch „brat” parę dni po słuchaniu Swans. Również od Seby. I w sumie Mentos to taki człowiek mojego pokroju, nie ma problemu ze skakaniem w muzyczne skrajności. No, ale mamy te skrajności ewidentnie inne. Nie będę ukrywał, bardzo dawno nie czułem się źle z posiadaniem scrobbli jakiegoś wykonawcy, czy konkretnego albumu, ale tutaj autentycznie mnie to męczyło, bo wiedziałem, że muszę tego kilka razy posłuchać, a ludzie to zobaczą i jeszcze pomyślą, że ja tę płytę lubię. Mógłbym słuchać tego z YT, Seba by raczej miał to w dupie i nie węszyłby spisku, że recenzję napisało mi AI, no ale trzeba brać rzeczy na klatę.
Na początku napiszę ogólnie co mi się nie podoba na płycie, a potem coś tam spróbuję napisać o konkretnych utworach. To co mi najbardziej nie leży, to sama Czarli. Jej wokal mi się nie podoba, jest piskliwy i brzmi jak sto innych głosów z eski. Gorszy jest jednak ten auto-tune. Ja wiem, że to jest tutaj środek stylizujący, a nie coś co ma ukryć fałsze, ale ja ciupciam… Po kilku kawałkach, naprawdę człowiek zaczyna dostawać drgawek. Tak jak kiedyś jeden odcinek Pokemona powalił młodych Japończyków z objawami epilepsji, tak mam wrażenie, że piosenki z „brat” powalą mnie w konwulsjach, przez ten skaczący auto-tune. No i tyle. Kompozycje nie są dla mnie i nie będę się za bardzo pastwił nad nimi, bo mi się nie podobają. Te niemal rapowane wokale, nakurwiająca muza sprasowana kompresją tak bardzo jak się da… co ciekawe, niejeden album, który lubię, brzmi w podobny sposób, więc chyba po prostu wracamy do samej Charlie, która jest problemem no 1. Obiecałem sobie nie pastwić za bardzo, no bo kurde, ja Sebe naprawdę lubię, ale czasami te rzeczy po prostu same wychodzą spod palców. Jedźmy, bo wbrew pozorom, to nie będzie sranie sraką przez całą recenzję.
„360” jest ok. Na przestrzeni całego albumu, ten kawałek jeszcze najbardziej mi podchodzi. Klimat jest spoko, elektroniczny podkład fajny, wokal jest jaki jest, nie będę się powtarzał, ale działa. Dobra rzecz.
„Club classics” ma słaby wokal i mnie nudzi. Muzycznie czasami są przebitki, ale ogólnie to takie jeb-jeb-jeb. Nie dojdziemy z tym kawałkiem do porozumienia raczej. „Sympathy is a knife” w zasadzie to samo, tylko gorzej. Wokale są nie do zniesienia, to jest cyfrowy bełkot, a muzyka brzmi jak demo z najtańszego programu do robienia „muzyki”.
„I might say something stupid”, ten spokojny podkład plus auto-tune, to jest niesamowite kuriozum. To brzmi jakby ktoś próbował udawać Billie Eilish, ale mając 15 lat i midi przerobione do mp3 na jakimś free konwerterze z neta. Sama piosenka jest ok, ale to wykonanie jest tak bardzo pod prąd, że no nie działa. To już wolę jak Czarli kręci dupskiem.
„Talk talk”, jeszcze ileś lat temu, uznane by to było przez młodzież za popowe gówno, teraz jest cult classic. To nie muzyka się zmienia, to czasy się zmieniają. Dla mnie ten numer nie jest niczym specjalnym, kopiuj/wklej tego typu rzeczy z Eski. Jeżeli wypominam to Wujowi, to nie będę odpuszczał Czarli. Mam MOCNE skojarzenia z Mandaryną, wiem że mamy jej fanów na forum, ale też to nie jest jakaś obelga, taka o obserwacja. Nie będę gołosłowny, jak napisałem, że wolę jak Czarli kręci dupskiem, to wolę.
Sprawdziłem sobie specjalnie, bo nie pamiętałem, ale w recenzji „Von dutch” w utworowej się zesrałem. Śmiesznie, bo to jeden z tych kawałków na albumie, którą są nawet ok. Za dużo, za mocno, ale rozumiem, co ludzie w tym widzą. Na imprezie to musi naprawdę działać, ale w domu już trochę traci sens. Niemniej, jest ok.
Ej, co tu się dzieje. To wchodzi „Everything is romantic”. Nie, to intro musi być zmyłą. Wchodzi wokal i dostaję z liścia. Jezu. To brzmi trochę jak damskie The Streets, ale czuję, że zaraz jeszcze wleci jakiś ciężki bit. Wchodzi xD Potrafię już czytać z Czarli jak z otwartej książki. Znowu schemat jeb-jeb-jeb, i tekst wypluwany jak na jakiejś rap-ustawce. Szybko zaczyna męczyć, ale nic dziwnego, to jeden z najdłuższych kawałków na płycie. Te kawałki muszą być krótkie, bo inaczej czar (jeśli nawet jest) pryska.
„Rewind” ma vibe „360”, więc w sumie ok. Jednocześnie, coraz bardziej smuci mnie jak podobnie te kawałki brzmią wokalnie. To „someeetimeees sdnddsbdshjb rewiiiind” nawet wpada w ucho, ale też no kurde, i tak zapomnę ten refren jak tylko numer się skończy. Druga zwrotka fajniejsza, ma nawet ciekawe synthty w tle. UJDZIE.
„So I” zaczyna się jak jakaś Wujowa „ballada” z bestki utworowej, jakaś Sara James, czy coś. Ja wolnych od Czarli nie kupuję, więc trochę to jest bez sensu dziewczyno. Nie jest to złe, ale też tak trochę z odbytu między tymi bangerami. Brzmię trochę niekonsekwentnie, bo tu się laska stara urozmaicić album, wrzucić coś, w świecie bratowyn najbardziej munlupowego, a ten się zesrywa. No, ale po prostu ten fragment mi tu nie działa.
”Girl, so confusing”. To mocne i niskie GIRL. GIRL … YOU KNOW IT’S TRUE. UU UU UUUU. Wątpię żeby to był świadomy tribute, ale jednak. Poza tym, średnio się odnajduję w tym kawałku. Wokal znowu nudy, tekst trąci cringem, ale refren nawet ujdzie, chociaż to skaczące ge GE Geeee, potrafi wkurzyć.
„Apple” w tym całym pierdolniku jest naprawdę spoko. Podoba mi się piosenka, podoba mi się wyjątkowo nienachalna, ale nadal taneczna oprawa, a nawet wokale są tu ok. Gdyby „Brat” składał się z samych Apli, to byśmy zupełnie inaczej rozmawiali. Chyba mój ulubiony fragment albumu, chociaż cały czas słyszę tam „the airport”.
„B2b”, no trochę tu już przynudza Czarli. Po tak spoko kawałku wcześniejszym, tutaj flaki z olejem. BA BA BA BA BA BA BA BA. Córka znajomych mówi BA, jak się zesra w pieluchę.
„Mean girls” muzycznie jeszcze ujdzie jako tło do chlania, ale tekst xD „Yeah, it's 2 a.m. and she's out there in the sheer white dress, wearing last night's makeup” prostytutka, a potem robi się coraz gorzej z każdą linijką, a refren, to już wieża cringu. Te loopy z pianinem, itd., rozumiem, że samplowane, no to wszystko jest spoko, w sensie, spoko, bo nie powoduje spazmów, no ale poruszam się w bańce „brat” więc wiadomo, że nie będę tego porównywał do reakcji na ulubione płyty. Numer do przeskipowania, w zalezności od nastroju. Czasami nawet wchodzi.
„I think about it all the time”, rety rety. Czarli bez auto-tjuna, i wychodzi, że ona zwyczajnie nie umie śpiewać xD A ja sobie wmówiłem, że to jest stylistyczny zabieg, a nie ratowanie fałszów. Camcordowe dema Clairo z 2017, kładą ten wysokobudżetowy wokal na łopatki. Jednocześnie, szczerze wolę to, niż te robotyczne zaśpiewy. Tekst też jest tu mocno cringowy. TAK, słucham tekstów Czarli. Zaraz mi powiecie, że tego się nie słucha dla tekstów, no ale pls.
„365”, no jest to repryza „360” więc jest to też ok. Rozumiem, że „brat” to koncept album, że zawiera takie otwarcie-zamknięcie tym samym kawałkiem, no spoko. Wypluwany wokal już tutaj nawet nie męczy, jestem zobojętniony. Może bym tu poanalizował więcej, ale co tu analizować?
Dobra, przejdźmy szybko już do wniosków końcowych. No, płyta jest naprawdę średnia. W pierwszej wersji napisałem wprost „chujowa”, ale nie mogę aż tak się zesrać. Obstawiłem, że niewiele się zmieni odkąd w 2024 r., odpuściłem jej słuchanie w połowie i planowałem nigdy więcej nie wracać, ale dałem jej teraz uczciwe szanse, i to takie naprawdę uczciwe. Nie, że leciało w tle do odkurzania, czy scrobblowało się na telefonie, na wyciszeniu. Naprawdę tego słuchałem, próbowałem wyłapać unikalne aspekty utworów, wczuć się w ten klimat, docenić COKOLWIEK itd. To nie jest tak, że mnie dziwi fenomen tego albumu i całe zjawisko „brat summer”. To pasuje idealnie do typowo collegowych imprez, na które ludzie wchodzą już najebani i naspeedowani. Można sobie wyobrazić coś lepszego w tle, niż „brat”? No, nie. Ja sobie tego słucham w domu, na trzeźwo i o ile tego nie czuję do końca, to jednak wyłapałem kilka kawałków, które mi się podobają oraz różne momenty, które wysilając obiektywizm, mogę pochwalić za jakieś tam fajne rzeczy. Nie chce się produkować niesympatycznymi przymiotnikami, bo trochę nie o to chodzi, nawet jeśli odczuwałbym wewnętrzną satysfakcję z przejeżdżania się po Czarli. Śmiesznie, ale ten album zyskuje z przesłuchaniami. Myślę, że osiągnąłem już pułap moich pochwał, ale muszę to oddać Czarli, że jak na taką siekę, zadziwiająco dużo pozytywnie pulchnie z czasem. Powiem więcej i mam nadzieję, że Mentos to doceni, bo to jest jednak big deal. Wezmę to gówno na urlop. Tak. Będę tego słuchał na plaży, będę tego słuchał z drinasem, prostytutka, może nawet w aucie to puszczę i się nie rozwiedziemy. Nie wiem co tam się u Seby stało, że ta płyta tak mu się miło kojarzy, bo z tego co wiem, to ostatnio miał więcej zawodów miłosnych, niż odwrotnie. No, ale uj. Seba strategicznie stosuje psychologiczną sztuczkę, że ma nas za ludzi ‘otwartych’, czyli generalnie jak nie polubimy, to jesteśmy ‘zamknięci'. No trudno. Ja tak z lekko uchylonych drzwi na to patrzę i wiem, że po kilku seansach Czarli na Czarli, nie wydaje się to już totalnie chujowe, ale jednocześnie wiem, że jak włączę cokolwiek innego, to z „Brat” bardzo szybko zejdzie powietrze. Niemniej, sprawdzam gacie i są czyste, więc nie było tak źle.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn