Best of Forum VII

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 lip 2025 12:13

Bob James - Nautilus

Niektórych kształtują rodzice, innych szkoła, jeszcze innych wojna. Murzyna ukształtowało GTA, ale nie ma co narzekać, bo to nie jest taki zły filtr. Nigdy mi się nie chciało sprawdzać wszystkich stacji w Vice City, grało u mnie Fever i niemal tylko Fever. Mówię o Vice City, bo w Sand Andreas nigdy dużo nie grałem. Generalnie moja przygoda z GTA, to głównia w/w VC oraz GTA 2. Ale mniejsza o tym. Murzyn specjalizuje się w jazzowaniu 70s, zawsze fajnie dostać coś z tego kojca. Tym razem jest nieco mroczniej, niemal neo-noir. Złowieszcza, filmowa orkiestra w tle tworzy przestrzenny klimat. Generalnie, nie przepadam za tego typu zabiegami w jazzie, ale tutaj to brzmi spoko. Jest tajemniczo, do pogody za oknem pasuje to idealnie. Fajny, breakbeatogenny groove, instrumentaliście nie przesadzają z popisami, tworzą nocny vibe, który się udziela. Nie mam w sumie wiele więcej do dodania, rzeczywiście jest to coś, co by mogło się w dwizji zmarnować, niemniej polecam Murzynowi najpierw myśleć, a potem robić (i nie zrzucać winy na innych).

The Blue Nile - From a Late Night Train

Wow, Musiał odkrył Blue Nile. To jest taki band, że kto ma znać, ten zna, wydaje się, że są dosyć znani, ale ostatecznie okazuje się, że to swego rodzaju popularny obskjur, ten band. No jest to zdecydowanie Munlupizm 100%, zresztą tego typu rekomendacje (w tym samego Tima B., bo się na nich powoływał) sprawiły, że sięgnąłem po Blue Nile w 2008 r. Paul Buchanan ma jeden z najbardziej melancholijnie dostarczających głosów jakie znam, nie da się nie kupić takich klimatów kiedy on stoi za mikrofonem. Najlepsza wrzuta Musiała od bardzo dawna. To jest jednak coś, wrzucać po sobie Visage i The Blue Nile. Choroba psychiczna, albo geniusz. Albo jedno i drugie?

Takkyu Ishino - KBG 3:47am

Dopiero kiedy wszedł bas, zdałem sobie sprawę, że czuję rytm nie tak jak trzeba. W sumie lubię takie momenty WTF w tego typu muzyce. Ogólnie wejście basu sprawia, że ta muzyka nagle zaczyna budzić większe zainteresowanie, bo wcześniej był po prostu wykład z teorii chaosu.
W połowie wchodzą ambientowe syntezatory, no jest fajnie. Japończycy, to Japończycy. Nie są konwencjonalni, ale nie dlatego, że starają się być niekonwencjonalni, ale dlatego, że ten kraj przez tyle lat kształtował się z dala od zewnętrznych wpływów, że po prostu oni we krwi mają to coś, co zawsze będzie się różniło, od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. W każdym razie, fajna rzecz. Może trochę za dużo się dzieje na to, na co mam aktualnie ochotę (bo uciekam bardziej w minimalizm, a nie natłok), ale podoba mi się.

Swans - The Apostate

Zastanawiam się, jaka znana mi piesza trasa trwa 23 min., ale nic mi nie przychodzi do głowy w tej chwili, co oznacza jedynie, że na szczęście, nie muszę regularnie pokonywać takich odległości, na tym samym odcinku. Aprostata zaczyna się zachęcająco. Momentami wręcz mam skojarzenia z początkiem „Sounds of The Universe”, tylko tutaj jakby strojono gitary. A potem co, napierdalanie, dużo hałasu, dużo wszystkiego, jakby to Czez powiedział „muppety grajo”. Niemniej, szyld „Swans” niejako ostrzega przed tym, że to nie jest muzyka jako taka. W drugiej połowie robi się rytmicznie. Dobre rytmizowanie z eksperymentami w tle, to często jest recepta na sukces i muszę powiedzieć, że tutaj to działa. W tle jeszcze jakieś dzwony kościelne, feed gitary, no dzieje się, a jednocześnie jest szkielet. Potem niestety wchodzi wokal… i zabawa się kończy. Mnie by wystarczyło gdyby pierwsze 5 minut tego kawałka, ciągnęły się przez całe 23. Naprawdę bym wtedy prejzował. Ale to wejście perkusji w połowie, też był naprawdę spoko. Jak na mnie, to naprawdę dużo. Ale tego gdakania już nie dam rady. Jest takie grono zespołów, które kojarzą mi się z bufonadą, usilnym pokazywaniem ludziom, że nie są godni tego artyzmu, tej „trudnej” muzyki, że powinni iść słuchać disco polo, bo są zbyt prości, aby docenić to rzyganie od 19:30, itd. Swans, to jest taki zespół. Słychać, że by mogli zrobić coś wartościowego, ale to by było poniżej ich domniemanego poziomu i godności. Ta muzyka nie ma się podobać, ta muzyka ma PORUSZAĆ. Dobra, nie będę rantował, jak na Swans, to jest spoko numer. Rozumiem to rozdarcie Seby, bo to dokładnie słychać w w/w numerze, z jednej strony jest sporo fajnych zabiegów, momentów, zagrywek, produkcji, a z drugiej, drugie tyle rzeczy odrzucających, wkurwiających, wręcz naśmiewających się w pewien sposób ze słuchacza + gówniany wokal. Nigdy nie byłem uzależniony od narkotyków, a Swans to dobra przestroga, żeby się tego wystrzegać.

Robin Thicke - Blurred Lines feat. T.I. i Pharrell Williams


Wuja czyta tekst i nie widzi nic zdrożnego, no cóż, może gdyby był kobietą, to by zobaczył xD
To nie jest jakieś obecne przewartościowanie po latach, już wtedy, kiedy to wyszło, ludzie się krzywili zarówno na treść numeru, a już zwłaszcza na klip, w trakcie kręcenia którego Robin klepał laski po dupach. Kiedy pierwszy raz o typie usłyszałem, właśnie w kontekście w/w utworu, to miałem mindfuck, bo wcześniej znałem niejakiego Robina Fincka, gitarzystę Nine Inch Nails i trochę się zdziwiłem. Ale potem się okazało, że to jednak Robin THICKE. W każdym razie, tamte czasy to była seria złotych strzałów Pharella Williamsa. Trójca Get Lucky, Blurred Lines i Happy, to coś z czego on chyba już zawsze będzie najbardziej znany. Z tej trójki, zdecydowanie najlepsze jest Get Lucky. Happy jest ok, a Blurred Lines, no jest jakie jest. Potrafi się udzielić na grillu, przy piwku, kiedy świeci słońce i człowiek już ma jakieś tam procenty w głowie. Na trzeźwo, to nie mogę powiedzieć, że kiedykolwiek miałem ochotę ten kawałek włączać z własnej woli. Nie jest to gówno, ale też nie jest to nic wyjątkowego, a do tego starzeje się gorzej niż świeże owoce. W kwestii samego Robina, to poza tym kawałkiem, znany mi jest jeszcze z żenady jaką sobie zafundował albumem „Paula”, który nagrał dla laski, z którą właśnie się rozstał, żeby do niego wróciła. Sama Paula, to Paula Patton, aktorka, którą ja sam znam głównie z „Mission Impossible: Ghost Protocol”. Generalnie, Robin narobił sobie strasznej siary, bo babka do niego nie wróciła, potem oskarżyła o znęcanie się nad ich dzieckiem oraz wniosła o zakaz zbliżania się… a album został i zawsze już będzie wisiał nad nim, jak smsy do byłej, pisane po pijaku, które wyciekły do neta. Zresztą „Blurred Lines” tez ma taki vibe.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 lip 2025 02:39

Bob James Nautilus

Niby szkoda dezercji depeszwizyjnej... z drugiej strony więcej czasu na kontakt z naprawdę solidnym kawałkiem fuzji. Wyraźny funky odcisk, przyjemne klawiszowe zagęszczenie. Fajne są te efekciarskie, dość proste zagrywki gitarowe. Przyjemny nocny klimacik. Master Sounds w GTA Sa Nandreas było dla mnie zbyt dużym nudzeniem, do dziś pamiętam tylko Cheeba Cheeba. Dzięki właściwym ludziom na właściwym miejscu nie trzeba wracać do gry, by móc wrócić do wybranych początkowo przespanych kąsków. Nudzenie w środku można spokojnie przespać, początkowe motywy na szczęście jeszcze wracają. Za dużo symfonii, za dużo gmerania, wcale nie trzeba było. Dobra wrzutka, choć nie wiem, czy aż tak wryje się w głowę jak Expansions... w ówczesnej kolejce DW to był naprawdę godny przykład podrzuconego tematu, a do tego czuć czasem pochodzenia aż miło (jak dla fanatola wielu rzeczy z 70'). Solidny props.

Azbest Burza nad miastem

Szanuję za artystyczną wczutę, czasem brakuje mi takich emocji, gdy myślę o swojej (zamkniętej? nwm) zabawie w robienie muzyki. W gimnazjum przeżywałem burzę emocji, a na samodzielne ruchy byłem zbyt cienki. Na zespół zabrakło determinacji oraz pójścia za ciosem, bo mieliśmy już teksty, wstępne demówki... potem skończyło się kwaśnymi sytuacjami bardzo osobistymi i tyle było ze wspólnego grania. Znacznie lepiej dłubać przy syntezatorach (nawet wirtualnych emulacjach heh) i np. remiksować kolegów, w tym czuję się najlepiej. Sam numer trochę wciąż brzmi jak demówka. Wiele rzeczy z różnych parafii, wokal czasem niewyraźny, ale powstało, jest, dotrwało do końca procesu, skończony etap, świadectwo zapału i pracy. Za sam ten fakt kciuk w górę. Na koncercie granie tu i teraz mogło dołożyć energii, pazura. Tu jednocześnie dużo energii, a brzmienie za bardzo z puszki.

The Blue Nile From a Late Night Train

Szanuję traktowanie muzyki w ten sposób, jaki odmalował nam Adrian we swym opisie. Trochę oczyszczenie, trochę przepracowanie, a trochę na dwoje babka wróżyła... nad tym muzyka robi swoje, działając z czasem zupełnie inaczej mimo przenoszenia często masy intensywnych emocji. Początek 2022 roku, poza rozpoczęciem pracy w teatrze czy związkowego docierania się nie pamiętam już za wiele. Sam numer przypomina mi klimatem wrzucanego tu jakieś zyliard miesięcy temu Pietera Nootena. Tam istotną rolę pełnił rożek, tutaj jeszcze wyraźnie z ducha ejtisowe pianinko, trąbka i generalnie to charakterystyczne tło. Zmęczony wokal typu dosadny, ale chyba nie przeszarżowany do końca. Jest intensywnie, mimo przebijających się stylistycznych kliszy. Zbyt intensywnie jak na mój obecny stan. Teraz mogę powiedzieć, że jest po prostu w porządku. Dobry kawałek, bardzo mocno filmowy. I do noir, i do godnego przedstawiciela frakcji telewizyjnych produkcji, nawet wtedy.

Swans Apostate

Kurde blaszka, jeśli faktycznie od pewnego momentu klepią dwugodzinne kobyły w podobnym stylu co dwa lata to chyba sam bym odpuścił na wysokości pierwszej takiej pozycji. Tyle mojego kontaktu ze Swans, co przesłuchałem podczas poznawania Filth, to wszystko. Tutaj raczej nie czuję się specjalnie zachęcony. Wykonane solidnie i dość klimatycznie, ale jak dla mnie tu się dzieją po prostu trzy różne utwory, które nie za bardzo pasują. Pierwszy fragment, najbardziej klimatyczny, rytualny, mistyczny... potem koślawe rytmy wprowadzają za dużo techniki, no nie wiem, brzmi to od czapy. Przy wokalach to już w ogóle staję obok. Może mam za mały móżdżek na takie rzeczy, potencjalnie prawdopodobne. Jest tu za dużo bodźców atakujących w różny sposób, żeby wywrzeć na mnie lepsze wrażenie niż "o, tutaj się dzieje DUŻO". Godspeedzi potrafią emocjonalnie przygwoździć, źle włączony Kevin Drumm wkurza niesłychanie, a tu po prostu nawet nie jestem zmieszany. Nie wiem o co chodzi, chyba miało być na mistycznie, ale te wokale na sam koniec plus zapętlone dzwony... średniawka. Sorry, Seba. Sześć minut spoko, potem masakra.

Robin Thicke Blurred Lines

Wystarczy symboliczny raz, bo w czasach premiery srano tym setki razy dziennie w radiach i telewizjach. Po kilku dniach nabawiłem się maniery automatycznego sięgania po pilota przy pierwszych kadrach czy taktach. Widziałem dzisiaj śmiesznego mema, gdzie zestawiono dwie sytuacje. Mamy rok 2010 - co leciało w radiu? Mr. Saxobeat od Alexandry Stan. Jak wygląda postać z mema ukazująca się po kilku sekundach? Mała grzeczna dziewczynka stojąca przed domem. Przy okazji podsyłanego wytworu od zawsze wkurzała mnie muzyczna przeciętność tego kawałka. Nie jest w żaden ciekawy sposób powtarzalny, nie wciąga. Dziś dodatkowo irytuje miałkim brzmieniem, niewiele lepiej niż MIDI. Gdybym wtedy wiedział o czym to jest... hmm, mógłbym to zbyć. Po nawet najmniejszym wczytaniu się jestem jeszcze dodatkowo zniesmaczony. Muzyczny 'hehe gwałcik' robiony przez jakiegoś pozera, który tłumaczy pojedyncze linijki na Geniusie xD Jazda z takimi klientami. Jakim prawem to w ogóle stało się popularne... Porównania do Prince'a odważne, mówiąc baardzo delikatnie. Najgorszy sort popkulturowego wysrywu muzycznego. Pharrell potrafił równie dobrze trafić w wysmakowane gusta jak prowokować chęć odcięcia sobie uszu. Do świeżo odbudowanego Alcatraz w sam raz.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 14 lip 2025 08:26

Nooo, pisanie o Prinsie w kontekście Robina, to już taka abstrakcja, że aż wyrzuciłem to z głowy zaraz po przeczytaniu opisu. Też czasami walne falsetem jak rano ziewam, ale to mnie nie czyni Prinsem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 lip 2025 13:32

Bob James - Nautilus

Kurde, Murzyn to mnie zdenerwował. Już w Dwizji tego słuchałem i przypisywałem punkty, a tu siurek, trzeba było się pożegnać. Szkoda dla Murzyna, albowiem byłby dobry score - ten utwór jest bardzo, bardzo fajny. Tbh fajniejszy nawet od Expansions hehe, choć niby też klimat jednak nieco inny. Ciekawe, ja mógłbym podobne rzeczy o GTA mówić, ale nigdy nie siedziałem tak mocno w czarnych rytmach dowolnej formy i treści, Vice City dopadło mnie wcześniej i mocniej i zrobiło ze mnie ejtisowego nowofalowca. Rap niech będzie, ale gdzie indziej, z radia z SA nie pamiętam niemal nic poza Personal Jesusem i Americą z ich sztandarowym kawałkiem. Choć do dziś cenię tę grę za ciekawy, otwarty świat. Tutaj nie ma rapsów, jest trochę jazzu, jest trochę... funku, trochę po prostu fajnych rzeczy i one się łączą w bardzo fajny utwór. Wiem, że wielokrotnie nadużyłem słowa "fajny" w tej recenzji, no i... fajnie. Dobra rzecz, dziękuję za tę wrzutkę, upraszam o nierobienie cyrków z Dwizją, bo tu punkty już leciały.

Azbest - Burza Nad Miastem

Tbh nie spodziewałem się tej wrzuty tutaj, ale może ja się niewielu rzeczy spodziewam, a potem one się dzieją i właściwie co mam powiedzieć... Sam wrzucałem Dżona, i to już ze dwa lata temu chyba (jak ten czas leci). Ciężko mi oceniać samą muzykę, a niby po tylu latach powinno być dużo łatwiej, bo człowiek dystansu nabiera. Ten kawałek ma już 17 lat, pamiętam doskonale, jak w lipcu 2008 siedziałem nad nim z Bartinim w pokoju mojego brata w Zgierzu... wszystkie brzmienia - poza moim basem na żywo i bitem z Hydrogena - powstały na Maku, nie było w tym nic specjalnie odkrywczego, w ogóle to faktycznie z perspektywy czasu brzmi trochę jak demo, ale to nieważne, wtedy, latem 2008 wszystko było inne, lepsze, dopiero co skończyłem liceum, miałem pierwszą dziewczynę a z Bartinim mieliśmy być jak Empire of the Sun (sic!), które mi wtedy osobiście pokazał. Wyszło jak wyszło, tzn. nie wyszło, ale co fun mieliśmy przez parę lat to nasze. A i w mojej opinii Kuba parę fajnych rzeczy do tego numeru wniósł, jego gitara grana na salach czy koncertach fajnie uzupełniała tę piosenkę. Zabawne, że ona pierwotnie miała być szybką napierdalanką, nawet zrobiłem bardzo skomplikowany bit perkusyjny do niej, ale przyszedł Bartini i mówi: "Robimy downtempo!". Zrobiliśmy, wyszło, to chyba najlepszy kawałek Azbestu po dziś dzień. Wokalnie na pewno... Głos przeszłości, tak dawnej, tak odległej i tak bardzo innej od świata, w którym przynajmniej ja dziś jestem, że aż ciężko mi siebie w tym wszystkim odnaleźć. Ale tak było. Oczywiście, przede wszystkim dziękuję imć Munlupowi za ładną laurkę wystawioną mojej osobie, nieskromnie przyznam iż faktycznie, jakieś 80% muzy zrobionej dla Azbestu wyszła spod moich rąk, niemniej jednak niech sam wrzucający nie będzie sam tak skromny, bowiem fantastycznym gitarzystą i kompozytorem jest i on sam. Wracając do Azbestu - trochę mi szkoda, trochę nie, ale na pewno się dobrze swego czasu bawiliśmy. Trivia - ostatnia linijka jest efektem pomyłki, Bartini miał na kartce z tekstem napisane "dworzec Kaliski o 6 nad ranem", z tym, że słowo "Kaliski" było przekreślone a nad nim napisano "Fabryczny". Podczas nagrywania - dosłownie jednej próby, bo imć Bartini na więcej nie miał ochoty (zemściło się to na nas bardzo dużo później) nie wiedział co zaśpiewać (stąd mikropauza) i stanęło po prostu na "Łodzi". I faktycznie nagrywane to było moim bardzo tanim mikrofonem pecetowym, tańszym od bułki z przedziałkiem. Co za czasy.

Takkyu Ishino - KBG 3:47am

Imć Hien pisze: "Dopiero kiedy wszedł bas, zdałem sobie sprawę, że czuję rytm nie tak jak trzeba.", a ja miałem dokładnie ten sam uczuć lol. Takie rzeczy robią mi niezły mindfuck w głowie i chyba z minuty potrzebowałem, żeby się przestawić. Ciekawa rzecz, nie powiem, w ogóle mi nie pachnie Japonią. Może dlatego, że KIEDY BYŁEM W TOKIO (hehe) to nie słyszałem takiej muzy w ani jednym lokalu bądź klubie, a paru jednak byłem. Gdzie oni tego słuchają? Może już nie słuchają? Tam z każdego głośnika poza k-popem i animedziewczynkami leciał głównie europejsko-anglofoński szrot muzyczny... Aż mi wstyd, że do przejażdżki może nie Shinkansenem tylko jego biedniejszym krewnym z Odawary na Ikebukuro wybrałem... Yello ;___;. Innymi słowy - szkoda, że nie słyszałem tego wcześniej. Wracając do całkiem niejapońskiej muzy, jest ona całkiem niemiecka, więc nie dziwota, że krążek nazywa się Berlin Trax. Coś pomiędzy inspiracją a kolabo z całą ichnią sceną muzyczną. Jeszcze ten Żar w tle... IT'S TGV TUESDAY BITCH! Podoba mi się ten numer bardzo, jest w sam raz pod szybką jazdę... czymś, najlepiej szynowym. Do Tokio w najbliższym czasie się nie wybiorę, ale Berlin prawie za miedzą, może jakiś S-Bahn do Poczdamu późnym wieczorem i lecimy. Fajne, bardzo fajne, Dragon wraca na dobre - well - tory.

Swans - The Apostate

Ze Swansami jest jak z Wałęsą i jego metaforą sceny politycznej: potrzebna jest lewa noga i prawa noga, ja jestem pośrodku. Innymi słowy Swansów albo się kocha albo nienawidzi, a jak się nie ma zdania, to jest się CHUJEM i tyle. Myślę, że w takim wypadku jestem siusiak, bo ja raczej zdania nie mam bądź raczej nigdy nie miałem za bardzo opcji sobie tego zdania wyrobić. O zespole usłyszałem w jakimś 2010 roku dopiero, a może to było jeszcze później i teraz czas na zabawny fakt - jak wyżej pisałem, iż chciałem ażeby Burza Nad Miastem była gęstą napierdalanką, to miała być właśnie czymś w takim stylu xD czyli chciałem Michaela Girę w domu bez Michaela Giry, albowiem wyszedł zimnofalowy synthpop. Myślę, że to trochę jak z China Crisis, chcieli grać punk ale najłatwiej było obsłużyć klawisz żeby nagrać melodyjne dema i wyszło co wyszło (w ostatecznym rozrachunku wszystkim na dobre). Faktycznie "początek", jeśli można tak powiedzieć o pierwszych siedmiu minutach, siada najlepiej, ale potem też wcale nie jest źle. Robi się ciężko, gęsto, industrialowo, właściwie jeśli się lubi NIN to Swansi też powinni dobrze wejść. Czemu mnie nie wchodzili dotąd za bardzo? Może to przez zachwyconą nimi Muzbawkę? Może przez pretensjonalność ludzi których znam a którzy Girę z ekipą wynoszą pod niebiosa? Dałem się jednakowoż namówić, ażeby jesienią pójść z ziomem na Swansów w Warszawie, więc może i mnie ten piorun w końcu trafi. A wrzutka Mintaja bardzo dobra i hejterzy dupa cicho.

Robin Thicke - Blurred Lines [feat. T.I. & Pharrell Williams]

Jezu, tylko nie to. Doskonale pamiętam lato 2013, gdzie człowiek nie zajrzał, czego nie odpalił, jakiej szafki nie otworzył to zewsząd wyskakiwał TEN TYP. W pewnym momencie był dla mnie okrutniejszy od słynnego już odcinka 3-go sezonu GoT o tytule Red Wedding z tego samego roku. I jeszcze ten denerwujący teledysk... Rok 2013 w ogóle był dla mnie pod masą względów kijowy, ale chociaż muzycznie parę fajnych rzeczy poznałem, choć dużo hipsteriady w tym było. Thicke to z kolei potworna Eska, ale nie dało się do tego nie bujać i moja ówczesna panna bardzo się wtedy do tego numeru bujała (dziś sobą za to gardzi lol). Trochę seksistowskie gówno, trochę earworm, trochę po prostu typowo radiowy miks popu i r'n'b z tekstem o panienkach. Myślę, że gdyby nie późniejszym mikroskandalik to kawałek do dziś wspominany byłby bardziej rozrzewnieniem. Mnie przywołuje głównie nostalgiczne wspomnienia, nie ma tu więcej rozbudowanej filozofii (o ile była kiedykolwiek) związane z czasem bardzo, bardzo zamierzchłym. I lipcową wycieczką na Mazury, moją pierwszą w życiu wówczas moim już-dawno-nie-moim samochodem o ciemnoniebieskim kolorze. Zapamiętuję jako ciekawostkę, niewiele więcej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 14 lip 2025 14:19

Bob James – Nautilus

Na początku napomknę o bardzo ładnej i klimatycznej okładce. I równie klimatyczny jest sam utwór. Skrywa w sobie taką pewną tajemniczość. Niby na co dzień nie jestem fanem takiej nuty, ale jednak czasami tego typu rzeczy lubię sobie włączyć. Kiedy zdarzy się, że czuję przesyt muzyką swoich ulubieńców i nie mam kompletnie pomysłu na to, czego chciałbym posłuchać, to takie właśnie rzeczy jak Nautilus mają szansę zawitać w moich słuchawkach. Akurat brzmienie tego elektrycznego pianina robi na mnie najmniejsze wrażenie. Ale pozostałe elementy są naprawdę dobre. W ogóle jestem więcej niż pewny, że sam początek utworu gdzieś już słyszałem. Pewnie był gdzieś samplowany. Podoba mi się perkusja, świetny bas i oczywiście partie smyczkowe. Potwierdzam, że utwór ma vibe filmów z lat 70. Muzyka sobie płynie, a człowiek po prostu czuje się dobrze.

Azbest – Burza Nad Miastem

Ocenianie poczynań kolegi z forum – niełatwe zadanie. Początek z odgłosami burzy fajny. Perkusja może i toporna, ale też fajna. Potem wchodzą klawisze i mam nieodparte wrażenie, że to soundtrack z jakiejś gry komputerowej. Brzmienie i klimat idealnie do tego skojarzenia pasują. Pojawia się bas, który też brzmi dobrze. Na minus natomiast na pewno zaliczyłbym wokal. A raczej tę pogadankę Bartiniego. Już przy utworze Johnny chyba mówiłem, że gościu nie nadaje się do tego. Burza nad miastem w wersji instrumentalnej byłaby na pewno lepsza. Z drugiej strony dzięki temu, że tutaj recytuje zamiast śpiewać, jest mniej irytujący. W ogóle zauważyłem, że Burza nad miastem i Johnny są w dosyć podobny sposób zbudowane. Ciekawe, czy w pozostałych utworach ze swojej dyskografii zespół wykorzystuje ten sam patent.

The Blue Nile - From a Late Night Train

Podoba mi się utwór, bo jest bardzo melancholijnie. A ja lubię takie klimaty. Zresztą od razu ten utwór przywiódł mi na myśl zespół no-man! Wilson i Bowness na spokojnie mogliby być autorami tego numeru. Wolne tempo, ładne pianino, trąbki, pady w tle i smutny wokal – wszystko się zgadza. Brzmienie oszczędne, ale z klasą. Nie ma co tutaj się więcej produkować. Porównanie do no-man to z mojej strony najlepsza rekomendacja z możliwych.

Takkyu Ishino - KBG 3:47am

Właściwie ten utwór na papierze nie powinien mi się podobać. Ale jednak jest inaczej. Ta energia, ta motoryczność jakoś na mnie działa. Trochę to kojarzy mi się z niektórymi trackami z System Shock 2. Tam podczas rozgrywki, a szczególnie podczas walk z przeciwnikami, też przygrywa takie raźne techno. I świetnie się to sprawdza. Ten zapętlony element natomiast, który gra od pierwszej do ostatniej sekundy, kojarzy mi się z odgłosem odkodowywania drzwi w Alien vs Predator 2. Samo brzmienie jest co prawda inne, ale kojarzy mi się jednoznacznie. A dobre skojarzenia to połowa sukcesu. KBG 3:47am to przykład utworu, który wprowadza słuchacza w pewien rodzaj transu, z którego nie chce się wychodzić. Przy którym w ogóle nie czuć upływających minut.

Swans - The Apostate

No i niezła kobyłka na koniec. Taka akurat na drogę z domu do pracy, bo właśnie mniej więcej tyle mi ona zajmuje. Przez długie minuty naprawdę miałem silne skojarzenia z GYBE. Podobny klimat. Tamci też znani są z długich i monumentalnych kolosów. Zgadzam się z przedmówcami, że najlepsze jest kilka pierwszych minut. Najbardziej klimatyczne. Te wyjące gitary są spoko. Potem utwór się rozkręca, dochodzą kolejne brzmienia. Po 13 minutach wchodzi drugi segment, który też jest spoko. Dobra perkusja i bas. Gitary nadal nie odpuszczają. Są też pierwsze wokale, które do pewnego momentu są całkiem akceptowalne. Niestety jak pod koniec wokalista zaczyna odlatywać, to robi się nieprzyjemnie. Dlatego rozumiem, co miał Hien na myśli pisząc o bufonadzie zespołu. W pełni się z nim zgadzam w tej kwestii. Miało być majestatycznie i podniośle, a przez wokalne wygłupy wyszło trochę żałośnie. No ale ogólnie to jest spoko utwór, choć ze względu na długość człowiek rzadko po takie kobyły ma ochotę sięgać. No i nie zawsze ma się jednak nastrój na takie ciężkie klimaty.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 14 lip 2025 23:05

Bob James - Nautilus

Nie wiem ile razy tu pisałem o tym, że prawie w ogóle nie włączałem sam z siebie Master Sounds podczas ogrywania San Andreas (jak już grałem w tę gierkę tak bardziej świadomie, to wolałem Radio X chociażby), ale jeśli pisałem to 1853 razy, to napiszę i poraz 1854, bo niby wydawało mi się, że znam tę gierkę na wylot, po czym się dowiaduję, że w soundtracku był jakiś klasyk o którego istnieniu nie mam pojęcia. Fajna historia, bo lubię generalnie historie w których okazuje się, że coś stworzone od niechcenia i większych ambicji okazało się odnieść sukces, tak po prostu. Generalnie to niby wszystko dookoła tego utworu szanuję i sam utwór też jest po prostu spoko, aczkolwiek jednak bardziej go szanuję niż chcę go słuchać. Długo tak miałem z murzyńskim rapsami, po czym czarny wrzucił do bestki Biggiego i po tym jak zaskoczył, te następne wchodziły jak w masełko - coś czuję, że potrzebuję odpowiednika dla takiego grania. No ale w depeszwizji byłoby wysoko.

Azbest - Burza Nad Miastem

Chciałem rzucić mocnym stwierdzeniem, że azbest antycypował polski nieżal, bo jakoś tak nie kojarzę w rozbudowanej sceny piwniczych zespołów zimnofalowych z tamtego okresu, ale może ograniczę się do zasugerowania, że po prostu to był pierwszy projekt muzyczny jakichkolwiek moich znajomych, który był wart zwrócenia uwagi. To duża sztuka, bo prawie każdy mój znajomy gra w jakimś zespole i pewnie niedługo tym wszystkim projektom skończą się rzeczowniki ze słownika. W każdym razie czasy Azbestu były piękne, prób we Wrocławiu nie pamiętam (dygresja: jeśli już jesteśmy w temacie roku 2010, to pamiętam, że wówczas prawie w ogóle się tu nie udzielałem, bo o ile do pewnego czasu był tu Hien to coś się tu działo, ale ten jakoś pewnego dnia zniknął na kilka długich miesięcy i nie działo się tu dosłownie NIC xD ja to jednak umiem przyjść spóźniony na imprezę), pamiętam odsłuchiwanie demówek, koncert na który nie pojechałem i wstęp tekstu do Johnego, którego wstęp żyje w mojej głowie bez czynszu i co jakiś czas randomowo mi się przypomina.
Dobra, pieprzyć te wspomnienia kombatanta, które nikogo ie interesują. Burza nad Miastem jest naprawdę niezła na poziomie kompozycji i jako muzyczne skrajne beztalencie zazdroszczę talentu pt kolegom z forum - ja bym się prędzej zesrał niż stworzył coś tak dobrego. Niestety, brzmienie kładzie wszystko, wokal brzmi jak nagrywany na psim knucie, perkusja mnie drażni i generalnie to mam wrażenie, że to jest jakieś demo nagrane na starym Kasprzaku, a które to i tak zjadł pies, którego przerobiono na kotlet z trzeciej kategorii. Mimo wszystko, ze strony kogoś, kto nie przejmuje się jakoś mocno jakością dźwięku jest to jakiś zarzut. xD Kciuk w bok dla tego nagrania, wersja live pewnie by została solidnie spropsowana.

The Blue Nile - From a Late Night Train

Zaczyna się jak muzyka z napisów końcowych jakiegoś serialu z lat 90, dosłownie brakuje mi tylko lektora mówiącego OPRACOWANIE WERSJI POLSKIEJ… Potem już robi się mniej nostalgicznie, a bardziej melancholijnie. Też źle wspominam wspomnianą przez Musiała epokę, także z powodu problemów z relacjami towarzyskimi, ale generalnie było wówczas do dupy na wielu polach. Teraz prywatnie jest u mnie znacznie lepiej, co prawda w relacjach romantycznych jak było nic tak było nic (aczkolwiek kilku znajomych zakończyło wieloletnie relacje i dziwnie mi z tym, nawet jeśli śledzę to tylko z bok) ale powiedzmy, że śledzenie sytuacji w kraju i na świecie też mnie wprowadza w stan melancholii i smutku. No i ta wrzuta jest idealnym soundtrackiem do takiego smuteczkowania, ale takiego wiecie… dojrzałego, na swój sposób eleganckiego, bez jakiegoś gówniarskiego angstu czy innego zapijania smutków. Klasa sama w sobie i jedna z lepszych rzeczy wrzuconych tutaj w ogóle przez imć Musiała.

Takkyu Ishino - KBG 3:47am

Nie słucham tego o 3:47, ale o 22:32 (stan na godzinę pisania tych wypocin). Trochę szkoda, że akurat większości z was to się względnie podoba, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo chciałem kontynuować forsowanie narracji o swojej odmienności. Musi mi wystarczyć fakt, że nie mam żadnych problemów z łapaniem rytmu ani łapaniem czegokolwiek w tym utworze. Ale by nie było, to rozumiem te bolączki, bo faktycznie na pierwszy rzut ucha jest tu duży chaos - trochę tu techniarsko, trochę tu acidowo, trochę tego, trochę tamtego. Trochę jak w ramenie, gdzie do rosołku jest wciepywane wszystko i tak samo jak w przypadku wcinana ramenku - bardzo mi to smakuje i odnajduję dużą przyjemność z wyławiania kawałków jedzenia. Przyjemna rzecz, buja i robie fajne brrr w głowie, moje samozdiagnozowane ADHD kupuje to.

Robin Thicke - Blurred Lines feat. T.I. i Pharrell Williams

Na koniec powrót do lata 2013, bo chyba nie da się pisać o tym utworze bez kontekstu tej epoki. To znaczy pewnie się da, ale ja nie umiem - jest on dla mnie zbyt mocno z nią powiązany. Gdy tylko słyszę pierwsze takty, od razu robię się o te 12 lat młodszy, więcej kilo chudszy i mentalnie wracam do świata, który był może nieco stabilniejszy, ale jednocześnie ja w nim byłem o wiele bardziej zagubiony, ale miałem nadzieję i idealy, bo planowałem robić COKOLWIEK w swoim życiu. Wyszło jak wyszło, nie bez mojej winy, ale nie uważam, bym tylko i wyłącznie ja był odpowiedzialny za moje ówczesne załamanie nerwowe przez które rzuciłem studia moich marzeń, o których zrobieniu rozmyślam po dziś dzień, ale wiem też, że raczej nie dam rady tego udźwignąć jednocześnie pracując.
A utwór? Jaki utwór? Dajcie mi prostytutka spokój. Niby to nie jest najgorsza rzecz na świecie, rozumiem czemu mogło się to stać tak popularne, ale to nie jest rzecz do słuchania samodzielnie, tylko podczas zamawiania ryby z frytkami nad morzem czy będąc pijanym w trzy dupy. Szkoda, że Shodan poruszył w ogóle temat tekstu, bo przeczytałem go pierwszy raz w życiu i dawno takiego obleśnego gówna nie czytałem. Za to minus. Werdykt: nie warto zadawać się z ludźmi z którymi nie warto.

To naprawdę dziwna kolejka, skoro zdecydowanie rozjebał ją Musiał.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 lip 2025 10:09

Dzień dobry. Nautilus widzę może i faktycznie więcej by zyskał punktowo niż w tych recenzjach to widać ALE dla mnie styczność z tematem na zasadzie tytułu to jak żadna styczność jednak, wolę/uważam że wrzutki w depeszwizji fajnie jakby określony wajb tematu starały się oddać, ten numer też postrzegam bardziej jako noirowy niźli pachnący morską bryzą, no i tak naprawdę wrzutę Nautilusa kisiłem miesiącami napisaną, sam nie wiem co mnie podkusiło go wrzucać do tej edycji. Brałem pod uwagę że może być zarówno zmehany jak i mógłby wygrać a tego nie chciałem, wolałem by ktoś wygrał z bardziej morską wrzutą. No ale Dragonowi się nie udało niestety. Trudno, lecimy dalej.

Papa Dance - Czarny śnieg
(2005)

Wiem że co prawda mamy akurat środek lata ale właśnie zorientowałem się że to w sumie ostatni dobry moment na wrzucenie tego numeru aby móc zachować sens i chronologię zdarzeń związanych z historią której dotyczy.

Słysząc ten utwór wracam myślami do czasów liceum, do początku roku 2006 kiedy to moja przyjaźń z koleżanką z klasy (trwająca już wtedy jakieś dobre 3 miesiące) napotkała na drodze przeciwności losu. Jak być może pamiętacie (zapewne nie) cała znajomość zawiązała się wówczas dzięki operatorowi telefoni komórkowej Orange który wprowadził pakiety sms-ów po groszu umożliwiając dwójce nastolatków długie pisane rozmowy na telefon. Problem pojawił się w momencie gdy wraz z początkiem roku 2006 pakiet ten został wycofany z ich oferty :( powrót do smsów po 20gr sztuka zmusił do oszczędnych konwersacji i szukania alternatyw. Nie mając lepszego pomysłu postawiliśmy na pisanie listów ale z lekkim twistem XXI wieku - korzystaliśmy z notatnika tworząc pliki tekstowe które wypalaliśmy na płycie CD-RW podając ją sobie na przerwach. Plus tej sytuacji był taki że do listu dorzucaliśmy sobie też ulubione piosenki. Jedną z nich był właśnie Czarny Śnieg powracającej wtedy po latach grupy Papa Dance.

Przyznaję że rzuciłem wówczas uchem i oczywiście będąc MURZYNEM zlałem wtedy ten numer, mało tego dziś po latach wiem że... źle go wówczas interpretowałem. Na tamten moment myślałem że tekst tyczył się po prostu naszych ograniczonych kontaktów z uwagi na wspomniane zmiany w ofercie Orange heh. Myślałem że po prostu brak jej tego częstszego kontaktu i swobodnych rozmów i to wszystko. I tak żyłem w tej niewiedzy kurde dłuuugie lata kiedy to właśnie Papa Dance zaczęło pojawiać się na naszym forum za sprawą bestek a ja stwierdziłem że a rzucę uchem ponownie na ten numer.

I WTEDY MNIE OLŚNIŁO.

Poczułem się jak idiota ale dopiero po prawie 20 latach od tamtych wydarzeń zrozumiałem co tak naprawdę chciała mi powiedzieć tym utworem. Bo rzecz w tym że brak sms-owych rozmów to nie była jedyna zmiana jaka spowodowała poluzowanie naszej relacji wówczas. Prawda była taka że wraz z początkiem tej znajomości miał też początek mojego takiego wychodzenia ze skorupy, pierwsze wyjścia do ludzi, na miasto a w związku z tym również pierwsze moje kontakty z alkoholem. No i co by nie mówić te pierwsze moje popijawy to nie były wcale udane wyjścia bo przeważnie kończyły się tym że po prostu kończyłem narąbany a gdy do tego doszło oczywiście zachowywałem się jak błazen. Po prostu - nie znałem swoich możliwości jeszcze za dobrze, nie wiedziałem kiedy powiedzieć stop. Najpierw był Sylwester 2005 po którym umierałem pierwszy raz w życiu a potem wcale nie lepsza studniówka na której to miałem z nią tańczyć poloneza. Miałem - bo zanim do tego doszło poróżniliśmy się, a ona na ostatniej próbie zdecydowała że woli zatańczyć z innym kumplem z klasy. Gdzieś jakoś między jedną a drugą imprezą właśnie wysłała mi wtedy ten utwór i dziś wiem że nie chodziło jej o ograniczone możliwości rozmowy i taką obecność w smsach tylko o to że mentalnie się rozjechaliśmy, po prostu zachowywałem się inaczej niż ten cichy, spokojny koleżka z którym się zaprzyjaźniła w październiku bo chwilami zwyczajnie pozowałem na kogoś kim wcale nie byłem.

Co by nie mówić głupio mi że tak to się wtedy potoczyło, jeszcze głupiej że nie załapałem wówczas na czas tej aluzji zawartej w utworze Papa Dance i po trzykroć głupio że się nie poznałem na tym numerze. Bo jest kurde zajebisty. Jestem zaskoczony bo wtedy to oczywiście postrzegałem jako cringe'owy pop na który się krzywiłem, dziś może on nadal jest cringe'owy ale w gruncie rzeczy to świetnie napisany i zagrany pop song, w dodatku synthpopowy a dużo towaru który powstał na fali sentymentów do lat 80. to często rzeczy które są tylko -podobne, a tu jest naprawdę dobra piosenka pod spodem. Wtedy miałem oczywiście jeszcze młodzieńczy zamknięty łeb, słuchałem tylko hip hopu i muzyki z GTA, na polski pop miałem wyrąbane, a Depeche Mode porządnie ugryzłem dopiero kilka miesięcy później ale do tego wątku oraz finału mojej historii związanej z moją przyjaciółką dojdziemy już niebawem bo w następnej kolejce Best of DM także zainteresowanych odsyłam do obserwowania tamtego tematu ;-)

A tymczasem Apap Dance (przypadkiem mi się tak napisało ale w sumie może być) i ich Czarny Śnieg na ochłodę dla Was heh.

https://youtu.be/BSlns7KV8us?si=YzuWRN8Hk_OSMTXK
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 lip 2025 10:49

Intermission – Love Sensation

Dobra, jest pogoda, jest połowa lipca, czas nareszcie wystartować z serią letnio-wakacyjną. Intermission usłyszałem pierwszy raz jakoś w 1995/1996 roku, kiedy po wizycie w kinie na filmie „Neverending Story III”, dostałem soundtrack z niego. Film może nie zapisał się jakoś pozytywnie w annałach, ale soundtrack jest w pewnym kręgu kultowy, bo jest naprawdę bardzo dobry. Intermission pojawia się tam z innym kawałkiem, który pewnie też tu kiedyś wrzucę, ale póki co prezentuję utwór, który poznałem podczas zgłębiania twórczości tego projektu. Szybka wikipiedia – Intermission to, oczywiście, eurodance’owa, oczywiście, niemiecka, grupa założona w 1993 r., która przetrwała do 1996 r., wydała sporo singli i jeden album. Na soundtracku znaleźli się głównie dlatego, że film był koprodukcją niemiecką, a czasy były, jakie były. Wybrałem ten utwór, bo od pierwszego przesłuchania, kompletnie przeniósł mnie w czasie do lat 90, i wakacji spędzanych nad polskim morzem. Od razu widzę stojaki z kasetami, na małych ryneczkach, czy małe głośniki w smażalniach i barach. Eurodance bywał naprawdę mrocznawy, niby wszystko pod parkiet, ale klimat kawałka nie taki znowu summer party happy people. 30 lat temu, to była raczej norma, ta muzyka była w Polsce WSZĘDZIE. Ludzie z mojego pokolenia, po prostu mają we krwi pierwiastek sentymentalny względem ojrotanców.

Najbardziej lubię segment, który startuje od 2:54. Super arpy, w tle jakby chór z klawisza, te melodie, rytm, klimat, wszystko. 100% muzyka z future racera na ps1 i n64, ale nie widzę w tym absolutnie nic złego, wręcz przeciwnie. Nie ma co się rozgadywać, czas na lato.

https://youtu.be/hmWha7dCIzM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 lip 2025 11:02

Wild Nothing - Gemini (2010)

Wild Nothing, czyli Jack Tatum. Tzn. w tej odsłonie dosłownie jako Jack Tatum i nikt więcej, albowiem mówimy o samych samych początkach. Początkach gościa, który siedział w domu swoich starych gdzieś tam w Virginii o ile dobrze pamiętam, miał chyba 20 czy 21 lat i mu się nudziło. Miał też komputer i gitarę, więc zaczął robić muzę. Efektem jego działań jest debiut Gemini, z którego pochodzi moja wrzutka o tym samym tytule. Płytę wydała mu mocno hipsterska wówczas wytwórnia Captured Tracks rozkręcając promocję na tyle, iż Gemini szybko stało się hitem. Zaś Tatum zmontował zespół, zdążył jeszcze puścić małe EP w roku 2011 i razem z owym zespołem nagrał wrzucane tu przeze mnie ze 2 już chyba lata temu Nocturne.

I tuż przed premierą Nocturne nadziałem się na niego ja. I wiem, że lato 2012 sprzedawałem tutaj już w różnych iteracjach ale mam to gdzieś tbh. Był to dla mnie czas ważny i - z perspektywy czasu - wręcz magiczny, choć pokręcony. Ostro do niego nostalgizuję. Byłem młody, ładniejszy (nawet - mam wrażenie - lepiej ubrany niż dziś), mimo wielkiego późnowiosennego fakapu z Azbestem patrzyłem w przyszłość z pewnym optymizmem, zwłaszcza, iż pod koniec tamtego lata i tamtych wakacji zmieniała się ważna część mojego życia - wyjeżdżałem do Warszawy, jak się okazuje dziś, właściwie na stałe. Pamiętam, że większość lata była bardzo ładna pogoda, a ja bywałem to tu, to tam. Tzn. głównie w Zgierzu czy Łodzi, ale zdarzały mi się wycieczki np. na Woodstock (pierwszy i ostatni raz w życiu) albo pod Bełchatów do leśniczówki moich przyjaciół, gdzie ciężko chlaliśmy.

Ktoś pomyśli, co tutaj wspominać, ale ja mam co wspominać, bo - jak podkreślam - summa summarum to nie był dla mnie bardzo zły czas w życiu. Trochę pracowałem u ojca w knajpie, trochę grałem na kompie, było dużo roweru i dużo muzyki, zarówno tej słuchanej jak i tej robionej (np. do spółki z Munlupem). Były browary bezalkoholowe (te pierwsze, szczynowate) w jakichś krzaczorach, początki nocnych wycieczek autem po Mieście Włókniarzy oraz moich samotnych wycieczek tym samym autem do muzy, którą zasysałem w ilościach przemysłowych. A wszystko HIPSTERSKIE przez duże H. Szperając po katalogu Captured Tracks poprzez Matthew Deara, którego z kolei poznałem przez - a jakże - Foxxa, trafiłem na dream pop spod znaku Blouse, Minks no i właśnie Wild Nothing. Gemini siadło na lato jak złoto, najbardziej kojarzy mi się z wyjazdem do dalszej rodziny pod Białą Podlaską na koniec czerwca. Tak słucham sobie gościa z miesiąc i nagle profil CT na FB donosi, że już w sierpniu Nocturne!

To było fajne lato. Nostalgłem. Spróbujcie nie nostalgnąć przy tej gitarze, zwłaszcza będąc na wczasach czy coś.

https://www.youtube.com/watch?v=A7SNj-M ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 lip 2025 07:38

Savage Garden – Tears of Pearls

Dev mocno nostalgizuje, więc ponostalgizuję i ja.
Gdzieś w 1997r. zamieszkałem razem z kolegą z pracy na pewnej stancji. Nie miałem wtedy nawet pojęcia, że 10 lat później po dosłownie sąsiedzku za płotem zbuduję swój własny dom. Jednak wtedy w 1997r. za płotem było tylko puste pole z chwastami wyższymi od człowieka. Ten kolega z którym mieszkałem odznaczał się na kilka sposobów. Po pierwsze był niesamowicie wielki. Ze dwa metry wzrostu, z klatą jak szafa ubraniowa i wagą grubo powyżej 100 kg. A ponieważ by wielki, to i miał w co lać alkohol. Nie było na niego zawodnika. Kiedy na jakiejś imprezie wszyscy już chodzili po ścianach on ledwie draśnięty zastanawiał się z kim by tu wreszcie wypić. Jako, że z nim mieszkałem, to nie miałem za wesoło. Darek był wielkim miłośnikiem tostów i przyrządzał je z wielką pieczołowitością i starannością. Wręcz z nabożeństwem. A jak w pokoju wyciągał toster to wiedziałem, że do tego musi być jakaś butelczyna. Lubował się w spirytusie rozrabianym odrobinę z sokiem pomarańczowym. Takim wiecie – z miąższem. Więc kiedy mieszał ten spiryt z sokiem, to te farfocle po chwili i tak się gdzieś tam oddzielały od reszty tworząc zawiesinę. Wiec przed każdym nalaniem kieliszka musiał na nowo potrząsać butelką. Nie było to oczywiście ani dobre, ani zachęcająco wyglądające, ale w łeb waliło jak obuch. No i po takim miłym poczęstunku, kiedy ja miałem już kompletnie dość, Darek, który ledwie złapał humorek, brał mnie na ręce jak dziecko i zanosił do łóżka. Sam zakładał potem buty i szedł na miasto szukać kogoś, z kim mógłby wreszcie wypić jakąś rozsądną ilość alkoholu (czyli małe wiaderko). Kiedy w nocy wreszcie wracał z saksów to otwierał w pokoju wielkie okno na całą szerokość bez względu na temperaturę na zewnątrz i kładł się spać. Pamiętam jak nie raz budziłem się zimą nad ranem, kiedy spiryt wreszcie trochę odpuścił i stwierdzałem, że w pokoju musi być z minus 10 stopni. A Darek był rano oczywiście nie do ruszenia. Nie było takiej siły, która by go obudziła. Nawet walenie pięścią w klatę niewiele dawało. Takie to były wesołe czasy. No ale jak to wszystko się ma do samego utworu? Otóż Darek, oprócz niespotykanych gabarytów, zamiłowania do tostów i paskudnych trunków, był też znany z sympatii do muzyki. Posiadał wypasioną wieżę Technicsa z 200 watowymi kolumnami i nie wahał się jej używać. A decybeli nie żałował. Potencjometr ustawiony na ¾ skali to była właściwie norma. Jak otwierał okno to pewnie całe osiedle domków jednorodzinnych mogły posłuchać muzyki. A może i nawet osiedle bloków kilkaset metrów dalej. Wyobraźcie sobie, co mieli się z nami ludzie, którzy wynajmowali nam pokój (4 osobowa rodzina). Nie dość, że po domu w nocy nie raz grasował srogi mróz, to jeszcze musieli chcąc nie chcąc słuchać muzyki na full. Ale to byłi chyba jacyś święci, bo nigdy się nie uskarżali. Raz tylko nad ranem totalnie skostniały właściciel zapukał do nas z nieśmiałą prośbą o zamknięcie jednak okna. A na dworze było dwie dyszki na minusie jak nic.
No a czegoż to mój kolega lubił posłuchać? Lubił przywalić Metallicą po garach. Lubił Genesis, a już na punkcie Congo miał totalną obsesję. No i lubił zespół Savage Garden. Na tyle często ich zapuszczał, że i mnie w końcu zaraził ich muzyką.
Savage Garden to australijski duet grający muzykę pop. Byli w tamtym czasie znani z kilku dobrych singli. Akurat na początku 1997r. wyszedł ich debiutancki album pt. „Savage Garden”, z którego pochodzi utwór Tears of Pearls. Nabyłem ten album na cd i mam go do dzisiaj w swoich zasobach. Dawno go nie słuchałem, ale na potrzeby bestki człowiek sięga coraz głębiej w przeszłość w poszukiwaniu jakichś starych i trochę zapomnianych utworów, które swego czasu były całkiem ważne. Tears of Pearls wciąż fajnie mi się słucha. Utwór wciąż buja. I przywołuje falę fajnych, nostalgicznych wspomnień z przeszłości. Kiedy człowiek był młody i dużo bardziej szalony niż teraz.

https://www.youtube.com/watch?v=efYH-9E ... rt_radio=1
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 16 lip 2025 08:15

Whoah, i to jest backstory :D
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 16 lip 2025 11:41

W sumie to mnie nie dziwi, że tylko Musiał kupil moją wrzutę. Nie ukrywam, że była mocno zaimprowizowana, acz nie znaczy to że trafiła tu niezasłużenie.

Rush - Roll The Bones

Tak szczerze to moja ostatnia eskapada do Rumunii nie miała zbyt wielu wątków okołomuzycznych. No, miał być koncert pewnego kontrowersyjnego muzyka z zespołu o nazwie The Smiths, ale wyszło jak wyszło. Nie rozdzieram szat z tego powodu, znając jegomościa wiedziałem, że to się wydarzy gdzieś w okolicach odprawy na lotnisku, bo bodaj już wtedy coś odwołał. Szkoda klawiatury na rozpisywanie się na temat tej osoby, nawet jeśli nagrała parę niezłych piosenek.

W każdym razie, pomijając miłe wizyty w sklepach muzycznych, nie było zbyt wielu okołomuzycznych wątków w tej podróży. Właściwie to Rush wcale się w jej trakcie nie przewinęło - o tym zespole przypomnieliśmy sobie po powrocie, gdy ogarnialiśmy się już u jedynego uczestnika eskapady mieszkającego w Warszawie. I nie byłaby to moja historia, gdyby to nie wydarzyło się totalnie randomowo: w pewnym momencie rozmawialiśmy o tym, że w latach 90 modne były rapowane wstawki w utworach i że nawet RUSH miał takową.

Byłoby arcyzabawnie i chaotycznie, gdybym np. teraz wrzucił coś zupełnie innego, dlatego też tego nie zrobię. Chociaż rozważałem. Roll The Bones to w sumie całkiem RZETELNY hardrock, uzupełniony o tę randomową wstawkę, która tbh nie jest wcale aż tak randomowa jak to mogłoby wynikać z powyższego opisu.

Chyba, że obejrzycie teledysk, bo tak się składa, że w tym fragmencie pojawia się RAPUJĄCY SZKIELET. I nosi OKULARY PRZECIWSŁONECZNE. Niestety, z jakichś przyczyn nie ma go w całości na YouTube, ale chyba możemy się wspólnie zgodzić ze stwierdzeniem, że ludzkość nie stworzyła zbyt wielu bardziej cool rzeczy.

No, to ten. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://youtu.be/2Pm6tb7HkRI?si=hBFI9z3iWd_bLW5n
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 lip 2025 21:41

Miły ATZ - Groove (2022)

Skromna stopka uznaniowa dla reprezentanta Gniezna na rapowej ścieżce. Miły ATZ, tj. Pan Miłosz, zdolny gość przejawiający zainteresowania brytolsko-basowymi brzmieniami. Undadasea, Mordor Muzik, Święty Bass, w końcu własne produkcje (w sensie bity) jako Misza - w wielu projektach maczał palce. Kilka lat ogrywania w szerszych kapelach, a od 2019 roku także solowe rapsy pod przywołanym pseudonimem. Kolejna potężna polecajka od mojego dobrego znajomego Marcina jeszcze z czasów przed odfrunięciem w stronę plemiennego dubu, riddimów i innych przyjemnostek z tego kręgu. Zaczęło się od nieśmiałych podchodów do pierwszego długograja, czyli Czarnego Swigu. Podliczając wszystkie odsłuchy, pewnie do niektórych kawałków stamtąd siadałem najczęściej, ale chyba bardziej utożsamiam się i wajbuję do Rollera. Nie tylko za sample z Boards of Canada czy lepsze osobiste odczucia po pandemii niż w jej trakcie. ATeZeciak i Atutowy wyrobili się, jeszcze bardziej kombinują, trochę ciekawsza przewózka za majkiem. Groove to jeden ze smaczniejszych kąsków. Niby dwie i pół minuty, ale co za bicior. Podoba mi się ten klimacik. Może nie ma nie wiadomo jak ikonicznych linijek... po prostu dajcie się wciągnąć w ten groove. Prościej się nie da. Pachnie Wyspami aż miło. Jak dla mnie dość nieoczywiste skojarzenia jak na polską scenę rapową.

Gniezno ma się stosunkowo mocno, bo SIKSA również z tamtych stron. Swoją drogą widziałem ich wspólny występ... ale o tym może kiedy indziej heh

https://www.youtube.com/watch?v=K4YKr4bjxR4
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2025 07:31

Kolejka 20. (170.)

108. Papa Dance - Czarny śnieg (stripped)
109. Intermission - Love Sensation (Hien)
110. Wild Nothing - Gemini (devotional)
111. Savage Garden – Tears of Pearls (shodan)
112. Rush - Roll The Bones (mintaj)
113. Miły ATZ - Groove (Dragon)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lip 2025 19:46

Intermission - Love Sensation

Aj, Kuba pisze że ludzie z naszego pokolenia mają sentyment do eurodance we krwi i to jest kurde... no błąd, nie mogę się zgodzić z tym tak do końca bo mnie to się tak średnio tyczy. Moja styczność z tym gatunkiem skończyła się we wczesnych 90sach gdzieś na Rhythm Is A Dancer i z tamtej dekady wciąż mam jednak spore braki. Nie mam zatem sentymentów i numer oceniam raczej na chłodno. Numer brzmi rasowo, rytmiczna stopa na 4, kwaśne arpeggia jakby poprzecinane gate'm i silny damski wokal klubowej diwy. Jednocześnie wszystko jest tu na miejscu ale zarazem też nic nie wyróżnia tego kawałka na tle masy innych z epoki. Kciuk w bok.

Wild Nothing - Gemini

Kolega zabiera nas w nostalgiczną podróż do hipsterskiej epoki z indie popem w roli głównej. Lekkie gitarowe granko podszyte takim pastelowym pejzażem z synthów, hispterski odpowiednik lata z początków minionej dekady faktycznie. Z albumu Wild Nothing nie pamiętam już w sumie nomen omen niczego poza może estetyczną równie pastelową okładką która akurat w momencie gdy omawialiśmy tamten album była w tych samych kolorach co pościel pod którą spałem na urlopie na Mazurach. Czy to istotne, czy to coś zmienia? W sumie nie i w sumie nic, chyba zwyczajnie nie mam nic ciekawszego do napisania o tym kawałku, spoko że jest i podoba się Musiałowi, mnie tam nie grzeje ni ziębi.

Savage Garden - Tears of Pearls

Kurde, bardzo fajnie że Wujas w końcu zdecydował się trochę "ponostalgizować" i tym samym dostarczył chyba wrzutę życia, w każdym razie to była myślę najfajniejsza i najciekawsza historia jaką nam tu zapodał przy okazji naszych muzycznych wymian. Obraz wielkiego dwumetrowego kolesia niosącego do łóżka naszego biednego odciętego Wuja będzie już żył rent-free w mojej głowie po kres świata i dostarczał uśmiechu w gorsze dni. Myślę że równie mocno co Wujowa historia zaskoczyło mnie jak zupełnie nieprzystający do mojego wyobrażenia o wspomnianym koleżce jest numer zapodany z tą historią. No bo wiecie, dwumetrowy kolos co to wali spiryt pewno na śniadanie już a tu happy radiowy popik który brzmi jakby śpiewał to koleś noszący top i ażurowy choker na szyi heh. Dance'owy bicik, gitara w tle dla kontrastu, cienki subtelny męski wokal, potem jakieś smyczki. Niby jest bogato ale mimo wszystko jakoś nie kupuję tego kawałka, po prostu nie moje klimaty i nic nie poradzisz.

Rush - Roll The Bones

Rush już mentos raz dawał zdaje się, nie? Nie pamiętam tamtego numeru zbytnio ale klimat zdaje się był inny dość. To zdaje się wczesne lata 90. tym razem. Tym razem numer brzmi wręcz pop rockowo bym powiedział. Trochę kojarzy mi się to z jakimś INXS czy coś, lekko funky ta gitara jest. Czytam że mentos coś pisze o hardrocku i miałbym mindfuck gdyby nie to że w końcu ten sam człowiek określał Full Circle mianem trip hopowej płyty. Rapowe wstawki w latach 90. wiadomo rzecz powszechna, każdy chciał się załapać na obecne trendy ale nie każdy robił to umiejętnie. Ta wstawka tutaj... nie jest tak cringe'owa jak mogłaby być, to jakiś plus zawsze, w każdym razie koleżka nie brzmi jakby udawał murzyna ani nic takiego głupiego o. Poza tym taki raczej rzetelny POP ROCK bym rzekł.

Miły ATZ - Groove

ATeZeciok na propsie w sumie chociaż po mojej fali zajarania się nim i od czasu kupna Czarnego Swingu gdzieś moje drogi z nim się rozeszły. Ale debiut miło wspominam, muszę coś kiedyś podrzucić z niego jeszcze. Groove... Jakoś tak brzmi dla mnie jak prawie każdy inny jego numer, chłopak ma swój flow i swoje rytmy ale na dobrą sprawę lirycznie prochu nie odkrywa i kręci się to głównie wokół clubbingu, picia czy palenia. Ten numer ma jak wiele innych jego numerów bicik inspirowany UK garage i jest to SPOKO a zarazem myślę że były lepsze bangery na Czarnym Swingu już więc trochę nie chce mi sie tego słuchać już po prostu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 lip 2025 16:31

Papa Dance - Czarny Śnieg

Doskonale pamiętam ten kawałek, reklamowany w radio i chyba głównie tam comeback grupy po dłuższym czasie, specyficznego wokalu Stasiaka nie dało się z niczym pomylić (pun intended). Choć wtedy siedziałem po uszy w ejtisach, nie mogłem się za cholerę przemóc do polskiej muzyki z tego, powiedzmy, gatunku i okresu. Uważałem śpiewanie po polsku za cholernie krindżowe i akceptowałem je tylko w paru rockowych klasykach i rapie (którego i tak niespecjalnie wówczas słuchałem). Potrzebowałem nieco czasu i Bartiniego, by zmienić ten pogląd (i to wcale nie przez Azbest, choć również). Mam nieodparte wrażenie, że numer ten leciał często na stokach narciarskich, z których korzystałem podczas wyjazdu zimowego w lutym 2006, ale mogę być w błędzie. Jak zwykle Jaca dostarcza ciekawych historii, powiem wręcz, że ciekawszych od moich (może dlatego, że jest ich mniej, NIE WIEM, ale dobrze mi się tego wszystkiego czyta). Sam niejednokrotnie poodpieprzałem jakieś żenujące akcje (przynajmniej nie było tam umywalki hehe), i na myśl o wielu z nich do dziś przechodzą mnie ciarki. Numer jest... zaskakująco dobry, lepszy, niż zapamiętałem go przed laty. Bądź co bądź byłem strasznym fiutem stawiając Papa Dance tuż obok generycznego disco polo, nawet, jeśli to wszystko było aż za bardzo momentami podlane naszym swojskim sosem, to jednak trzymało pewien poziom. Czarny Śnieg to potwierdza. A Jaca robi dobry storytelling, autentycznie rozczuliło mnie przesyłanie sobie listów na sidikach z dodatkową muzyką. Tbh znajduję to całkiem romantycznym. Propsy!

Intermission - Love Sensation [feat. Lori Glori]

Kurde, myślałem, że w moim zanadrzu poukrywanych trochę jest tych najntisowych eurodensowych numerów których tytułów i wykonawców po prostu nie pamiętam (bądź w ogóle nie znam), i po ich usłyszeniu nagle krzyknę: EUREKA!, ale to nie jest ten moment. Autentycznie obcuję z tym kawałkiem po raz pierwszy w życiu, choć umieszczone w nim melodie (zwłaszcza to pianinko po starcie segmentu "2:54") musiałem słyszeć już z milion razy. Muszę przyznać, że spodziewałem się... nie no, nie wiem, czego się spodziewałem. Tzn. jaki eurodance jest, każdy widzi, nie czuję wielkiej pojary tą piosenką. Bit jak bit, arpy jak arpy, wokal też mocno z epoki, niemniej jednak Mr Vain to to nie jest. Niewykluczone, że gdzieś już ten utwór się w mym żywocie pojawił, może na promenadzie w Kołobrzegu Anno Domini 1996, może wcześniej, może później. Ale najwyraźniej w pamięć mi nie zapadł. I tym razem raczej też nie zapadnie, nic nie uradzę. Swoją drogą, nie miałem pojęcia, że były przynajmniej 3 części Niekończącej Się Podróży, ja nawet pierwszej nie widziałem do końca xD Tak czy inaczej specyficzny wybór, jeśli o soundtrack chodzi. Tym razem no bonus, my nostalgia reaches only this far.

Savage Garden - Tears of Pearls

Oto kolejna "świeżynka" w tym zestawieniu dla mnie, o ile samego wykonawcę kojarzę (jakby, kto nie kojarzy), to tej piosenki jeszcze żem nie słyszał. Znam To the Moon and Back czy Truly, Madly, Deeply (zwłaszcza ten drugi numer został dla mnie zarżnięty przez stacje radiowe, zaś na marginesie, ma fatalny teledysk). Ba! Sam będę miał pewną od nich wrzutkę, ale prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku. Najlepsza w tej wrzucie jest historia od Wujasa, prawdę mówiąc uważam, że jeśli chodzi o forumowy storytelling to już zostałem dawno zdetronizowany xD (jakby, ile można czytać o nieudanych romansach Musiała, kaman) Podobnie jak Golas, nigdy nie pozbędę się z głowy obrazu discount Schwarzeneggera niosącego Artura do łóżka przy akompaniamencie Savage Garden (no, może niekoniecznie tak, ale już nie wymontuję tego obrazu z głowy, sorry not sorry). Utwór... trochę rozczarowuje. Są fajnie napisane i ogarnięte zwrotki, ale refren mocno rozczarowuje, buduje się jakaś energia, która się następnie w ogóle nie uwalnia i to, co przykuwa moją uwagę najbardziej, to gitara w codzie kawałka. Trochę... szkoda kurde, ale to chyba nie był singiel, więc można założyć, że najlepsze numery pakowali w single lol. Oni chyba przepadli gdzieś w mrokach historii? Na szczęście żyją w historiach Naszych Forumowiczów<TM>, a to jest najważniejsze <3

Rush - Roll the Bones

Nie wiem czemu, ale na początku się bałem, że Seba znów raczy nas soczystym dwudziestominutowcem. Tzn. nie, żeby Swans mi nie pasowali - w końcu zapropsowałem - ale w taki skwar nie mam ochoty na katowanie się niczym przesadnie długim. Nadchodzi więc... ejtisowy hard rock? Wypuszczony co prawda w 1991 roku, ale umówmy się, wtedy jeszcze masa rzeczy trąciła ejtisami. Co tutaj słyszę, trochę Foreignera, trochę Yes nawet (zaznaczam od razu, iż żaden ze mnie znawca). Tbh nie widzę tutaj więcej (czy raczej nie słyszę więcej) niż piosenka dorzucana do różnych kompilacji reklamujących różne gatunki i epoki. To, co nie pasuje jednocześnie zaskakująco pasując, to ten rap. Miks cokolwiek niespodziewany, ale i tak myślę, że mogło być jeszcze lepiej - czytam na Wiki, iż pierwotnie zespół chciał, aby te wersy "wyrecytował"... JOHN CLEESE. Gdyby to się udało, byłby bezkonkurencyjny zwycięzca kolejki. A tak... nienajgorszy kawałek z jakimś tam pewnie potencjałem radiowym, raczej nie słyszałem go wcześniej. Rush bardziej podobało mi się w swojej seventisowo-ejtisowej odsłonie, tutaj jest jakoś, nie wiem, zbyt bezpiecznie. Wydaje mi się to być grupa z gatunku tych, co grają w sumie w kółko to samo wypluwając albumy skrajnie taśmowo, niemal rok w rok i wciąż się zastanawiam jak to możliwe, że nie kończą im się pomysły. W sensie oczywiście, że się kończą i zaczynają pożerać własny ogon, ale czy oni tego nie widzą? Wracając - nie jest źle, ale jakoś super też nie. I z tym Sebę zostawię (JAK ZAWSZE ZRESZTĄ).

Miły ATZ - Groove

Smoku pisze, że "pachnie Wyspami". Nie wiem, mógłby też napisać, że pachnie serem gorgonzola i mógłbym mu tak samo uwierzyć, jak i nie, bo skąd mam wiedzieć, czego się słucha na Wyspach jeśli o rapsy chodzi? Ni cholery się na tym nie znam, na tzw. nowym rapie tym bardziej. Numer jakich pewnie słyszałem setki, albo nie, ale wszystko brzmi mi teraz tak samo. Być może za jakiś czas przejdę reedukację w tym zakresie, albowiem moja nowa panna słucha dużo takich rzeczy (coś właściwie nie do uniknięcia jak się umawia z Zetką). Bit nawet spoko, faktycznie, oto kolejna rzecz, która w moim osobistym kanonie brzmiałaby sto razy lepiej będąc instrumentalem. Typ coś tam nawija o byciu zajaranym rapem, ja się nie jaram, ale każdemu wedle jego potrzeb. Najbardziej skisłem - nawet nie wiem do końca dlaczego - gdy z ust "Atezeta" padło słowo "człeniu", przez które jakieś 10 lat temu kisł ostro Munlup gdy go tak raz nazwałem. Nie no, serio nie bardzo wiem, co mogę więcej napisać. Może więcej tu słychać, ale ja nie słyszę. Nie będę więcej słuchał (póki co). Wracam pić zimne browary bezalko.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 lip 2025 01:50

Papa Dance - Czarny śnieg

Pamiętam jeszcze strzępy koncertów w telewizorze, gdzie odrodzone Papa Dance grało mniej więcej w ten sposób. O ile lata 80' to jeszcze miliard zmian w składzie, ale w miarę spójna ekipa producencka, tak niestety te późniejsze ekscesy to cepelia wysokiej próby. A może to kwestia czasów? Kombii wcale nie wypadało bardziej rasowo (choć tam to bardziej wynik braku Łosowskiego...). Pierwsze masowe nawroty ejtisowej stylistyki to był jednak plastik fantastik. Koncertowe oblicze Depeche Mode też trochę na to cierpiało. Należało po prostu wrócić do Moogów i szło lepiej. Tu dodatkowo Stasiak w XXI wieku kompletnie bez ikry, charyzmy, głosu. Może chociaż początek odrodzenia znaczył coś więcej... sprzedażowo na pewno. Generalnie świat Papa Dance to pokręcone uniwersum. Jednocześnie nie uważam, że po 1989 roku w ogóle należy do nich przykładać bliżej ucho. Zbyt drobiazgowa studyjnie robota, a poza tym też bez szczególnego charakteru. Rozumiem swoje 'meh' oraz potencjalne rozczarowanie bardziej wczutych fanów. To tylko sprawia wrażenie elektronicznego. Szacunek dla Jacy za wciągającą historię. Może sam potrzebowałbym jeszcze dwudziestu lat, by lepiej zrozumieć tekst heh Bardziej sprawia wrażenie niosącego coś więcej niż faktycznie to wyraża. Rasowo papadensowe są może chwilami wokale w refrenie. Poza tym niższa półka radiowa ówczesnego repertuaru popularnego. Przynajmniej nie ordynarny dance! Wracając do historii... sprytna metoda oszczędności. Najbardziej wymyślne formy kontaktu z mojej pamięci to maksymalnie Gadu-Gadu czy jakieś bramki SMS. Choć z jedną przyjaciółką w liceum wymienialiśmy się listami, hmm...

Intermission - Love Sensation

Dziewięćdziesiątymi kipi aż miło. W tym gatunku wtedy nie dało się wymyślić koła na nowo wymyślić, stąd podobieństwa, pogoń za przebojowością, grillowanie tematu dopóki komercyjnie dało się wydusić ostatnią złot... markę. Numer sam w sobie trochę się dłuży, bardzo możliwe, że miał jakieś radio edit. Niezgrabny mostek, ale gdy wjeżdża właściwa wieś (3:45), wtedy klimat się dopełnia. Wokalizy kompletnie niewyróżniające... tzn. podobnie do wszystkiego r&b ciągotki, tyle że w tym klimacie odpowiednio spłycone i dynamicznie zaśpiewane. Pamiętam dyskoteki, gdzie puszczano takie rytmy jeszcze bez spuszczanka pod szyldem RETRO stylizacji czy innych ozdobników. Na naszym podwórku chyba nigdy nie było momentu, w którym faktycznie zastygły zabawy do podobnych rytmów. Stylistycznie decorum zachowane. Trochę uduchowienia (chóry), trochę transowego odcisku (końcówka pod tym względem najciekawsza), trochę bardziej tłustych syntezatorków. Okej, ale poza samą obecnością w bestce za długo ze mną nie zostanie. Eurodans jest skromną częścią moich wspomnień dziecinnych, jednak pamiętam kilka wyraźnie mocniejszych strzałów.

Wild Nothing - Gemini

The Cure spotyka My Bloody Valentine, smutny chłop na wyrze myśli o założeniu zespołu. Hipsterskie starzeje się coraz bardziej jak CZADOWE, a Wild Nothing szlachetnieje. Nocturne było naprawdę spoko. Pierwszy akt twórczy sprawia wrażenie kolejnego potencjalnie ciekawego doświadczenia w przyszłości. Inspiracje jasno czytelne, ale w połączeniu z tymi mausowskimi syntezatorkami robi się bardzo klimatycznie i specyficznie. W ten konkretny sposób grało niewielu. Duet wokalny wypada spoczko, melancholia ściele się gęsto. Śmiało stawiam znaczek wysokiej jakości. Przy takiej muzie nie można marudzić na porę i inne takie pierdu pierdu cedzić. Tu mam faworyta. 2012 rok? Ostatnie nerwy domowe, ostatnie kilkudniowe spędy u dziadków. Pamiętam niewiele...

Savage Garden – Tears of Pearls

Oczywiście nie pamiętam ŻADNEGO ich kawałka, ale kojarzę nazwę zespołu. Kurczę, jest jedną z potężniejszych, a przynajmniej takie mam wrażenie, gdy raz na bardzo rzadko stykam się z tym szyldem. Teraz wreszcie miło czegoś świadomie posłuchać. Jest na tanecznie, w refrenie mały zgrzyt, jakaś taka niespójność-niekorzystne zaskoczenie. Groove jest niezły, czuć basem przyjemnie, wokal mało charakterny, ale bez zarzutu. Przyzwoicie z plusem. Muszę zapytać rodzicielki co o nich sądzi, z pewnością powie mi więcej ciekawostek niż będę w stanie znaleźć (nawet w zepsutym) Googlu. BTW świetna historia, Shodan! Dzięki niej jakoś łatwiej wejść w ten nastrój '97. Surowość, intensywność, podoba mi się. Z mocniejszych alkoholi zostałem na babcinych nalewkach pitych przy "ognisku" pod koniec liceum, swoją drogą bardzo dobry był to wieczór wtedy...

Rush - Roll The Bones

W sumie jest arcyzabawnie, pozwoli Seba, że podtrzymam temat szarpania za etykietki gatunkowe. Kurczę blaszka, czy to jest hard rock? XD Gdyby nie wokal czy aranżacyjny groch z kapustą prędzej stawiałbym jakieś Simply Red czy wyimaginowany funk rockowy zespół z tamtego czasu, ale nie RUSH. Mięciutkie granie bez mocniejszych gitarowych akcentów (poza solówką, ale nawet późniejsze midi/new age Tangerine Dream ciosało podobne), duużo klawiszy... jak to mawia klasyk: ty no nie wiem. Poza tym drobnym przypierniczem (ale od serduszka) - ile tu się dzieje dość popieprzonych rzeczy? Dwuwarstwowy refren, funky akcenty, przed rapowym fragmentem z czapy organy jak z meczu bejsbola towarzyszące home run. Strasznie spuchnięty pomysł na piosenkę, ale w tej cudaczności tkwi specyficzna spójność. Zdecydowanie bardziej zadziwion niż zachwycon, noo Subdivisions było lepsiejsze. Mimo to czuję potrzebę podzielenia się, rozumiem, ten funky fragment przed właściwym refrenem... po tego typu zespole w ogóle bym się tego nie spodziewał, soczysty jest. Rodem z kompilacji tricków skejterskich czy coś. Kto by pomyślał, że chędożone RUSH sprowokuje takie porównania?
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 22 lip 2025 06:23

Papa Dance - Czarny śnieg

Lubię Papa Dance i mam ostatnio często ochotę ich posłuchać. Ale tak naprawdę znam jedynie ich twórczość z lat 80’. Potem mieli długą przerwę. Czarny śnieg pochodzi z okresu po reaktywacji zespołu, więc chyba słyszę ten utwór po raz pierwszy. Chciaż jednocześnie mam wrażenie, ze to rzecz doskonale mi znana. A to dlatego, że ten numer czerpie pełnymi garściami z przeszłości. Słychać tam jak na dłoni brzmienia z Ocean wspomnień i trochę nawet z O-la-la. Ale nie przeszkadza mi to, bo właśnie takie Papa Dance lubiłem i lubię. W latach 80’ oni wypracowali sobie swój styl, który mi bardzo odpowiadał. I mimo upływu lat wciąż czerpię z tej muzyki ogromną radochę. Fantastyczny utwór.

Intermission - Love Sensation

No dosyć niespodziewana wrzutka od Hiena, bo niejeden z nas za coś takiego zebrałby od niego srogie baty hehe. No ale jak w grę wchodzi nostalgia, to z nią się nie dyskutuje. Ja teoretycznie z racji wieku też powinienem reagować na eurodance nostalgicznie. To czasy mojej młodości. Są fajne wspomnienia z czasów szkoły wojskowej, kiedy to eurodance latało wszędzie. W izbie żołnierskiej, w radio, w dyskotekach. Sam się tym podjarałem, kupowałem kasety ze składankami eurodance, oglądałem tonami stacje muzyczne z tą muzyką. No ale po przenosinach do Orzysza to wszystko się stopniowo urwało. Jeszcze na dyskotekach można było tę muzykę usłyszeć przez jakiś czas, ale wpadłem jednak w zupełnie inne towarzystwo i zacząłem słuchać zupełnie innych rzeczy. Potem wyszła Ultra i już w ogóle nastąpił srogi powrót do DM. Teraz na eurodance patrzę raczej bez emocji. A często wręcz z niechęcią. Uważam, że ten nurt bardzo źle się zestarzał. Nostalgia w moim przypadku w ogóle nie działa, bo nie znałem tego utworu. Piszę tak ogólnie, bo wiadomo, ze kilka wyjątków zawsze się znajdzie, jak choćby wrzucany przeze mnie Dr. Alban. Ale już od dawna nie po drodze mi z tą muzyką. Z tymi brzmieniami. Love Sensation mi się nie podoba. I przy słuchaniu tego utworu jeszcze jedna rzecz mocno rzuciła mi się w uszy – te wszystkie wokalistki z tamtego okresu brzmią po prostu identycznie. To dziwne, ale tak jest.

Wild Nothing – Gemini

Dev wrzuca coś typowo w swoim stylu. Z albumowej przygody z tym zespołem pamiętam jedynie, że słuchałem jej podczas pobytu na granicy i że mi się nie podobało. A czy Gemini mi się podoba? Na początku strasznie się broniłem, umierałem z nudów i w ogóle. Kolejne odsłuchy nieco złagodziły te odczucia. Nie powiem, że to lubię, ale chociaż już mnie nie drażni. Dev wspomniał o wczasach w kontekście tego utworu i to trochę pomogło. Ja jeszcze do rozpoczęcia wczasów mam co prawda 2 tygodnie, ale już wyobraźnią popracowałem. Wyobraziłem sobie siedzenie na opustoszałej plaży i gapienie się w morze. I zadałem sobie pytanie, czy Gemini by w tych okolicznościach pasowało. I ze zdziwieniem stwierdziłem, że właściwie pasowałoby całkiem nieźle. Brzmienie tych gitar i widok morza – całkiem dobre połączenie. Sam utwór nie jest wyjątkowy. Wokal jest tu zupełnie zbędny, bo nie ma tu żadnej sensownej melodii. Całą robotę robią tak naprawdę gitary, zarówno elektryczne jak i basowa. Niby monotonnie przynudzają, ale ma to jednak jakiś taki swój klimacik. Szczególnie w odpowiednich okolicznościach.

Rush - Roll The Bones

Na widok nazwy zespołu się wystraszyłem, bo z tego co się orientowałem to przecież jakieś prastare dziadygi szarpiące struny. I tak to mi na początku wyglądało. Zbyt hałaśliwie, zbyt chaotycznie. Ale w sumie się okazało, że wcale nie jest tak źle. Powiem nawet, że refren bardzo mi się spodobał po kilku przesłuchaniach. Fajnie tam chodzi bas, akustyczne gitary i perkusja. Dla samych refrenów warto było tego posłuchać. Co do rapowego fragmentu – bardzo mnie zazwyczaj drażnią takie rzeczy. Szczególnie jakieś nowe wersje starych przebojów z rapowanymi wstawkami są do bani. Ale tutaj zrobiono to jednak inaczej. Nie twierdzę, że to było w ogóle konieczne, ale jak już tak chcieli, to wyszło całkiem znośnie.

Miły ATZ - Groove

Prawie zawsze narzekam na naszych raperów. Ale tutaj myślę jest to szczególnie uzasadnione. Gościu ma barwę głosu jaką ma, ale sposób wymawiania słów jest tak dziwaczny, że aż mnie skręca. A szkoda, bo podkład jest naprawdę dobry. Podoba mi się to co słyszę. Utwór króciutki, ale treściwy. Super początek, potem wchodzi dobry i wyrazisty bit. Brzmi to naprawdę dobrze. Tylko ten gościu przy mikrofonie psuje wrażenie. Starałem się na niego nie zwracać uwagi, no ale nie do końca się da.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 lip 2025 16:31

Papa Dance - Czarny śnieg

Pamiętam ten powrót Papa Dance, chyba nawet dodawano ten album do gazet, czy coś. Pamiętam też tamte czasy, w których smsy, potrafiły kosztować coś więcej niż pieniądze. 2005 r. Dziewczyna, z którą wtedy byłem, miewała odpały, że zostawiała mnie na GG z jakimś tekstem sugerującym, że ze mną zrywa, a do tego dowalając statusem, który jedynie to podkreślał. Nieraz bywało, że wpadałem wtedy w panikę granicząca z histerią, a nie pomagało to, że.. no właśnie. Nie miałem kasy na koncie. Nie mogłem wysłać smsa, nie mogłem zadzwonić. Bramki niby już istniały, ale ich sprawność bywała różna, a to była poważna sprawa. Ostatecznie, sięgałem po domowy telefon, ale nie odbierała. Miałem niewiele ponad 18 lat, byłem dzieckiem. Teraz wiem, że to były zwykłe gierki, ale to trzeba przeżyć samemu.
Bardzo mi się podoba Murzyna i jego koleżanki pomysł z wypalaniem na cdr listów pisanych w notatniku. W życiu o czymś takim nie słyszałem, jest to tak urocze, jak tylko może być. Idealne odzwierciedlenie tego okresu przejściowego, między pisaniem prawdziwych listów, a kompletnym przeniesieniem korespondencji w świat internetu i sieci komórkowych. Pytanie do Murzyna, czy jeszcze ma te płyty? Dużo mógłbym pisać o specyfice mid-00sòw, ale może będzie jeszcze okazja, a tu trzeba parę słów o kawałku, który jest fajny. Wręcz zaskakujący jak na Pape, nawet Stasiak nie brzmi tak discopolowo, jak zdarzało mu się wcześniej. Widzę, że kolejne wakacje, kolejny numer PD, do kolekcji. Tbh nie wiem, jak bym ten tekst zinterpretował na miejscu Murzyna, mając te 18 lat, ale bywałem dosyć niedomyslny, więc podejrzewam, że też bym nie ogarnął. Temat rzeka, te nasze nastoletnie wersje z przeszłości.

Wild Nothing - Gemini

Pamiętam te czasy Musiała, były one Interem do wielkiego upadku i masy problemów, ale jak to się mówi - póki jest fajnie, to jest fajnie. Za co ja lubię WN? Na papierze powinienem mieć już dosyć bandu retro, bo na ile różnych sposobów można udawać The Cure z połowy lat 80. Wychodzi na to, że Jack Tatum ma po prostu mega talent do melodii, a ja dobre melodie zawsze docenię. Ten kawałek jest w zasadzie jak wszystkie inne kawałki WN jakie znam, ale jest w tym takie retro, które mnie miło smyra, bo pasuje do moich wspomnień związanych z polskim morzem, 30 lat temu, bardziej samym klimatem niż bezpośrednio muzyką. Dobrze mi się tego słucha, jest bardzo spoko.

Savage Garden – Tears of Pearls

Muszę Wujowi podwójnie pogratulować. Po pierwsze, za świetną historię w tle, wyciągaj takich wspominek więcej, a po drugie, za doskonały utwór. To jest poziom wrzuty, na który myślałem, że już nam Wuja nie wejdzie. Savage Garden zawsze znałem tylko z nazwy, pierwszy chyba raz świadomie słuchałem czegoś ich i jest to świetny numer. Już się nie gra popu na takim poziomie. Wokal, rytm, nawet ta gitara na końcu i zajebiste melodie, jest wszystko.

Rush - Roll The Bones

Ta rapowana wstawka to bym powiedział, że nawet mi się nie skojarzyła z rapem, tylko z gadaniem. Nigdy nie wkręciłem się w Rush, może dlatego, że zacząłem od Power Windows, który jest kwintesencją gówna. Niemniej, to co wleciało Rush w tej zabawie, a były to chyba dwa kawałki, podobają mi się. Jest melodia, dobry refren, fajny wokal, nawet ten plastikowy hard rock nie odrzuca. Bardzo spoko kawałek, który ma w sobie to COŚ.

Miły ATZ - Groove

Muzycznie bardzo spoko rzecz, kojarzy mi się trochę z Reni Jusis na klasycznych płytach. Rap irytujący, za dużo swagu, który nie wiem z czego może wynikać, raczej nie z tekstu, który jest chujowy. Dragon wrzucający polski hip hop, to zawsze jest przynajmniej pomarańczowe światło, nieraz to są takie mocno rozdarte rzeczy, muzycznie interesujące, ale rapersko nigdy nie dostarczające. Niemniej muzyka jakoś to dźwiga w tym wypadku.

No kurde, jak zwykle kiedy jestem na urlopie, dostarczyliscie mi wspaniałej kolejki. Tym bardziej w sumie szkoda, że odbiór Intermission taki lipny, nie spodziewałem się, zwłaszcza po Musiale, a do tego większy szok, że chyba najmniej zjechał Smoku. Nieznane są wyroki forum.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 lip 2025 16:43

dziewczyna, z którą wtedy byłem, miewała odpały, że zostawiała mnie na GG z jakimś tekstem sugerującym, że ze mną zrywa, a do tego dowalając statusem, który jedynie to podkreślał.
skąd ja to znam....
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA