Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
charli xcx - BRAT
Spróbujmy tak szybciej po czeskim citronie. Ktoś musi bronić honoru z właściwej strony. Charli zaczynała naprawdę nieśmiało, by w tej dekadzie proponować rzeczy już dość awangardowe, ale jednak wciąż przebojowe, energetyczne, oddające ducha epoki i jednocześnie bez zbędnych dłużyzn, w oparciu o popowy standard. Jak w soczewce skupia celne skalpy queerowej sceny, choć sama na tym poletku raczej jako sojuszniczka niż reprezentantka. Stylistyczny szczyt przyswajalności przy wykorzystaniu eksperymentów, które jak dla mnie spokojnie wchodzą bez konieczności wieloletniego kontaktu z SOPHIE, A.G. Cook czy Arcą. Tematycznie obejmuje lata przyjaźni, uniwersalne odczucia ludzi epoki pandemii covidowej, napięć wojennych, potrzebę ucieczki od bomby informacji, bodźców, sytuacji wymagających jasnych odniesień czy opinii. Z toksycznej nadekspresji w muzyczny pozytywny szał bez ofensywnych wybiegów. Klasyk jak się patrzy. Marketingowa bomba dywanowa, zdolność przetwarzania tego materiału - paleta gości na remiksowym wariancie BRAT, dodatkowe piosenki. U nas to i tak raczej powidoki tego, co działo się w Stanach. Dla mnie osobiście dość porównywalna skala wpływu, związków z wieloma osobami. Niepozornie BRAT przesiąknął codzienne życie, sytuacje rozrywkowe - od wesołych wyrobów bibułowych przez filmy, pląsy, zbliżenia, melancholię, pewność siebie. Rok temu to był BRAT SUMMER i już drugiego takiego nie będzie. Nawet jeśli zacząłem go w czerwcu chwilę po urodzinach bez wcześniejszego kontaktu z singlami, nieważne. Skrytka na emocje, wspomnienia, odczucia żywe do teraz.
360/365. Skromna klamra z ostrym basem, chropowatym kanciastym brzmieniem, stylistycznie minimum dwadzieścia lat wcześniej, ale inaczej. Bardziej gęsto, bez oporów tekstowych, na pewniaczka albo wcale, choć nie w kanonie cnoty i pionu. Tylko i aż wprowadzenie i finiszer. Dopiero zbieramy energię, choć od wejścia wiadomo, że będzie tego na kilogramy. Sporo tych arpów... łatwo o skojarzenia z neonowymi światłami klubowymi w kolorze jak z okładki. Club classics. Potężny hook, choć intro stosunkowo spokojne. Minimalizm SOPHIE z wszechobecnym wokalem, tyle że wykorzystanym niekonwencjonalnie. Efekty, autotune, pełno od mocnych melodii, grubo od basu. Konkretna parkietowa energia, ale aranż w stylu bubblegum bass, choć chórki chwilami prosto z sal gimnastycznych z koledżu. Wielkie rzeczy w dźwiękowym niby nic. To jeden z tych częściej ogrywanych kawałków. Do tego łatwo podatny na przeróbki. JuTubowy klip w stylu Jazz Classics, Jazz Funk Classics się nie przyjął, choć na Facebooku udostępniłem ze szczerym uśmiechem. Bywa i tak. Sympathy is a knife. Numer stoi na kontraście, robi robotę. Jeśli od samego początku nie wejdzie się w ten dość pobudliwy nastrój... odpadasz w przedbiegach. BRAT nie jest za długi, ale rok temu tutaj nie wracałem. Efekciarskie, przyjemne, choć troszkę przespane. Pewny props dla perkusyjnej sztukaterii, poprzerabiane trapy. I might say something stupid. Chwila wytchnienia przynajmniej aranżacyjnie. Dalekie echa solówek Yorke'a... tyle, że wykręcone w charakterystyczny sposób dla artystów wymienianych tam troszkę wyżej. Niby konwencjonalna pościelówa, ale przyjemnie klasycystyczna, wyskok jak mrugnięcie oka dla bardziej wczutych w starsze rzeczy. Talk talk. Mówiąc szczerze, wolę wersję z Troyem. Sama Charli jest okej, choć lekki męski wokal i rozszerzone wykręty dansowe dodają przebojowości. Fajny hook, w innej sytuacji czepiałbym się tego wybijanego clapa, ale zazwyczaj tak skrojone bity nie są wyposażone w żwawe tło, pulsacje i błyskotki. Na prostych patentach trochę więcej kombinacji, a od razu lepiej wchodzi do głowy i w nogi.
Von dutch. Pierwszy odsłuch na nieświadomce przez pokazem Titane. Nie na pluszowej łące, ale już po chmielowej kolacji. Bardziej bezpośrednio ukłonu w stronę holenderskiej sceny klubowej nie uświadczycie. Zabójczy hook, klimatyczne tekst jak ładny uzupełniający opis. Nutka melancholii, która może tonie w dźwiękach, ale to nie przeszkadza. Wrocław, Warszawa... W La Pose zgromadzone gremium rozdzierało gardła w refrenie. Niżej podpisany również. Pełnoprawny banger, jeden z większych momentów chwały. Ten piszczący melodyjny pasażyk... klasyczny AG Cook/Sophie patent. Ehh, wspomnienia wiecznie żywe. Nie do zarżnięcia. Everything is romantic. Jedno z większych odkryć przy okazji całościowego powrotu. Kuurczę, gdy dawniej te kombinacje wokalne i pozorne przespanie refrenu mnie irytowały... teraz stanowią główny zwrot, zaskoczenie, wybieg ponad konwencjonalne przyzwyczajenia. Znowu inny quasi wokalny synth w tle. W środku czekoladki kolejny hardstyle... a dla mnie romantyczne może być oglądanie Kiepskich po [cenzura], wspólny shake pistacjowy, yebanie po Bydgoszczy, opustoszała Szewska lub podchmielona Piotrkowska w towarzystwie chłopackim po drugiej w nocy. Albo gdy wreszcie dostaje teatrologiczne książki na urodziny... Świetne jest to nastrojowe outro, z jednej strony monotonia powtorek, a nad tym jeden z moich ulubionych wokalnych momentów. Po prostu ładnie to zrobiła. Dzieje się tak dużo, a to tylko lekko ponad trzy minuty! Rewind. Znowu bardziej cheerleaderkowo, ale tak kanciastych bitów nie miała nawet Ayesha Erotica (za to byłyby usmażone). Niezłe, choć dla mnie lekki przestój. Wybaczcie, aż tak nie roztrząsam liryków. Dodatkowy synth, brejki jak w najtisach albo gliczowy chaos typowy dla Autechre... współczuję tak rzucić się bez zupełnego przygotowania (i częściowego pokochania tych patentów xd). Dzięki temu czuję lekkość w przepływaniu przez płytę. Skrojona pode mnie i czarująca w nieoczywistych momentach. So I. Ehh... za każdym delikatne ciarki wzruszenia i zbierające się łzy. Osobiste wspomnienie SOPHIE. Bogini, której popisy w krakowskim Forum odpuściłem dla osiemnastki znajomego z klasy. Po latach myślę, że nie była warta aż tyle co twórczość osoby, która wiele wywróciła w moim sposobie patrzenia na świat. Artystycznie, społecznie, tożsamościowo... i jeszcze nawiązanie do It's Okay To Cry w refrenie. Kawałek wzruszenia między karnawałem. Aranżacyjnie chyba najwięcej podobieństw do stylu SOPHIE, specyficzny filtr nałożony gdzieś na wokal w środku, ta efektywna oszczędność zupełnie inna niż w innych miejscach BRAT. Druga część na wersji remiksowej to już jak artystyczne zaakceptowanie, pogodzenie, ostatnie spojrzenie przed odejściem. Kto ma się wczuć, ten po prostu to wie. Bez kontekstu łatwo o wywrotkę, po prostu nie w tym rzecz, co się wydaje. Zaraz potem kolejny udany atak na popkulturę doby TikToka. Było nostalgicznie, a teraz znowu afirmatywnie. Girl, so confusing. Delikatne usmażone zwrotki i ikoniczny refren. Obecnie jestem na etapie pozytywnego uśmiechu przy okazji wersji 'it's so confusing sometimes to start a grill'. Charli wyjątkową personą jest, więc o wyjątkowości należało przyłożyć właśnie tak. Może przy jakimś okładaniu się byłbym tym numerem zmęczony, ale dziwnym trafem od samego początku podszedłem do tej płyty z należytym uznaniem i odpowiednim dystansem, więc dawkuję tak, jak dana pora roku prowokuje do korzystania. Trudno nie mieć tego refrenu w głowie, serio.
Apple. Tutaj chwila wytchnienia dla preferujących mniej wykręcone aranże. Dance-popowy przystanek przypominający rzeczy z CRASH, przynajmniej na początku. Nie ogrywałem za bardzo ze względu na pewną powtarzalność i nie aż tak przebojowy charakter. Mimo to małe wyróżnienie za kolejne chórki w trochę innym stylu niż dotychczas. Poza tym raczej spokojnie. B2b. Znacznie lepiej wchodził w zeszłym roku. Konkretne intro, numer zbudowany na prostej basowej i perkusyjnej pętli, a nad tym melodyjny wykręcony wokal plus elektroniczne charakterystyczne ozdobniki. Częściej obecne na słuchawkach przy okazji występowania potrzeby odbicia się od czegoś bardziej motorycznego i delikatnie wolniejszego. Tekstowo trochę o wątpliwościach różnych, choć tego typu aranż rozbija rozbudowane przemyślenia. Mean girls. Drugie poważniejsze odkrycie tego sezonu. Znowu świetny refren zostawiający ślady pod kopułą, ale co się dzieje w drugiej części kawałka... wcześniej bardziej taneczne, później z pianinkiem najtisowym odkrywa mnóstwo przestrzeni, na długo zawieszony moment ostatecznego przyłożenia. Dla takich muzycznych haków można wracać do całości. Groove się nakręca z sekundy na sekundę. Rozbieranie na czynniki pierwsze zabiłoby VIBE, ja jednak wolę dać się wczuć i tak w tym trwać. I think about it all the time. Drugi atak na coś wyraźnie spokojniejszego. Niepozorne, niby wciąż rytmiczne, ale z wokalami... chwilami wręcz przypomina Kero Kero Bonito. Nieźle, choć to oznacza nieuchronny koniec płyty. Po raz kolejny wokalna sieczka w zupełnie innym stylu, a i tak wrażenie kameralności nie umyka.
Seba nie wspomina o bonusach, a jak dla mnie wejście w świat BRAT bez poznania Guess czy Spring breakers to dość wybrakowane doświadczenie. Pierwsza linijka z pierwszego wspomnianego kawałka funkcjonuje jako wewnętrzny żart sytuacyjny w gronie moich najbliższych znajomych, ale nie tylko. Przyjemnie frywolne bez momentu przesady. Wersja z Billie Eilish może zaskoczyć, bo gościni dokłada kolejny poziom intymności... choć i tak nie do końca wiadomo, czy to kwestia oczekiwań, bujnej wyobraźni, a może po prostu dajemy się złapać na świadomy żarcik. Nawet jeśli tak, to zrobiony po mistrzowsku bez jednoznacznej interpretacji. Z kolei Spring breakers to bezpośredni hołd stylistyce cheerleaderskiej, choć jak Emo Boy, tyle że bez tekstowych wybiegów w stronę seksualnych pragnień. Po prostu ten numer dla mnie brzmi jak rzecz idealna pod tego typu występy, tyle że w alternatywnej, lepszej rzeczywistości. Ta pewność siebie i mocny, efektywny minimal. Lubię wersję z Keshą za ordynarną wyjebkę oraz kampową przewózkę wspomnianej artystki w tym numerze. Dzięki temu oraz ******* odkryłem ją muzycznie na nowo.
Nie mam nic do dodania. Arschschmerz kompletnie zbędny raczej świadczy o tym, że w pewnym momencie zabrakło dystansu - przede wszystkim od otoczki, bo nie sądzę, by faktycznie fragmenty płyty wylewały się z lodówek większości rezydentów planety tej. Czysto muzycznie dość wymagające, ale złote momenty przebijają środowiskowe bańki. Nie wiem, czy BRAT jest lepsze niż How I'm Feeling Now. Wiem na pewno, że obie płyty miały dla mnie dość duże znaczenie. Na zawsze będą związane z określonymi etapami mojego życia. Poza tym to kawałek dobrego grania. Będą z tego klasyki nie do przegapienia dla uchodzących za obeznanych, nie mam co do tego żadnego wątpliwości. Złoto!
Spróbujmy tak szybciej po czeskim citronie. Ktoś musi bronić honoru z właściwej strony. Charli zaczynała naprawdę nieśmiało, by w tej dekadzie proponować rzeczy już dość awangardowe, ale jednak wciąż przebojowe, energetyczne, oddające ducha epoki i jednocześnie bez zbędnych dłużyzn, w oparciu o popowy standard. Jak w soczewce skupia celne skalpy queerowej sceny, choć sama na tym poletku raczej jako sojuszniczka niż reprezentantka. Stylistyczny szczyt przyswajalności przy wykorzystaniu eksperymentów, które jak dla mnie spokojnie wchodzą bez konieczności wieloletniego kontaktu z SOPHIE, A.G. Cook czy Arcą. Tematycznie obejmuje lata przyjaźni, uniwersalne odczucia ludzi epoki pandemii covidowej, napięć wojennych, potrzebę ucieczki od bomby informacji, bodźców, sytuacji wymagających jasnych odniesień czy opinii. Z toksycznej nadekspresji w muzyczny pozytywny szał bez ofensywnych wybiegów. Klasyk jak się patrzy. Marketingowa bomba dywanowa, zdolność przetwarzania tego materiału - paleta gości na remiksowym wariancie BRAT, dodatkowe piosenki. U nas to i tak raczej powidoki tego, co działo się w Stanach. Dla mnie osobiście dość porównywalna skala wpływu, związków z wieloma osobami. Niepozornie BRAT przesiąknął codzienne życie, sytuacje rozrywkowe - od wesołych wyrobów bibułowych przez filmy, pląsy, zbliżenia, melancholię, pewność siebie. Rok temu to był BRAT SUMMER i już drugiego takiego nie będzie. Nawet jeśli zacząłem go w czerwcu chwilę po urodzinach bez wcześniejszego kontaktu z singlami, nieważne. Skrytka na emocje, wspomnienia, odczucia żywe do teraz.
360/365. Skromna klamra z ostrym basem, chropowatym kanciastym brzmieniem, stylistycznie minimum dwadzieścia lat wcześniej, ale inaczej. Bardziej gęsto, bez oporów tekstowych, na pewniaczka albo wcale, choć nie w kanonie cnoty i pionu. Tylko i aż wprowadzenie i finiszer. Dopiero zbieramy energię, choć od wejścia wiadomo, że będzie tego na kilogramy. Sporo tych arpów... łatwo o skojarzenia z neonowymi światłami klubowymi w kolorze jak z okładki. Club classics. Potężny hook, choć intro stosunkowo spokojne. Minimalizm SOPHIE z wszechobecnym wokalem, tyle że wykorzystanym niekonwencjonalnie. Efekty, autotune, pełno od mocnych melodii, grubo od basu. Konkretna parkietowa energia, ale aranż w stylu bubblegum bass, choć chórki chwilami prosto z sal gimnastycznych z koledżu. Wielkie rzeczy w dźwiękowym niby nic. To jeden z tych częściej ogrywanych kawałków. Do tego łatwo podatny na przeróbki. JuTubowy klip w stylu Jazz Classics, Jazz Funk Classics się nie przyjął, choć na Facebooku udostępniłem ze szczerym uśmiechem. Bywa i tak. Sympathy is a knife. Numer stoi na kontraście, robi robotę. Jeśli od samego początku nie wejdzie się w ten dość pobudliwy nastrój... odpadasz w przedbiegach. BRAT nie jest za długi, ale rok temu tutaj nie wracałem. Efekciarskie, przyjemne, choć troszkę przespane. Pewny props dla perkusyjnej sztukaterii, poprzerabiane trapy. I might say something stupid. Chwila wytchnienia przynajmniej aranżacyjnie. Dalekie echa solówek Yorke'a... tyle, że wykręcone w charakterystyczny sposób dla artystów wymienianych tam troszkę wyżej. Niby konwencjonalna pościelówa, ale przyjemnie klasycystyczna, wyskok jak mrugnięcie oka dla bardziej wczutych w starsze rzeczy. Talk talk. Mówiąc szczerze, wolę wersję z Troyem. Sama Charli jest okej, choć lekki męski wokal i rozszerzone wykręty dansowe dodają przebojowości. Fajny hook, w innej sytuacji czepiałbym się tego wybijanego clapa, ale zazwyczaj tak skrojone bity nie są wyposażone w żwawe tło, pulsacje i błyskotki. Na prostych patentach trochę więcej kombinacji, a od razu lepiej wchodzi do głowy i w nogi.
Von dutch. Pierwszy odsłuch na nieświadomce przez pokazem Titane. Nie na pluszowej łące, ale już po chmielowej kolacji. Bardziej bezpośrednio ukłonu w stronę holenderskiej sceny klubowej nie uświadczycie. Zabójczy hook, klimatyczne tekst jak ładny uzupełniający opis. Nutka melancholii, która może tonie w dźwiękach, ale to nie przeszkadza. Wrocław, Warszawa... W La Pose zgromadzone gremium rozdzierało gardła w refrenie. Niżej podpisany również. Pełnoprawny banger, jeden z większych momentów chwały. Ten piszczący melodyjny pasażyk... klasyczny AG Cook/Sophie patent. Ehh, wspomnienia wiecznie żywe. Nie do zarżnięcia. Everything is romantic. Jedno z większych odkryć przy okazji całościowego powrotu. Kuurczę, gdy dawniej te kombinacje wokalne i pozorne przespanie refrenu mnie irytowały... teraz stanowią główny zwrot, zaskoczenie, wybieg ponad konwencjonalne przyzwyczajenia. Znowu inny quasi wokalny synth w tle. W środku czekoladki kolejny hardstyle... a dla mnie romantyczne może być oglądanie Kiepskich po [cenzura], wspólny shake pistacjowy, yebanie po Bydgoszczy, opustoszała Szewska lub podchmielona Piotrkowska w towarzystwie chłopackim po drugiej w nocy. Albo gdy wreszcie dostaje teatrologiczne książki na urodziny... Świetne jest to nastrojowe outro, z jednej strony monotonia powtorek, a nad tym jeden z moich ulubionych wokalnych momentów. Po prostu ładnie to zrobiła. Dzieje się tak dużo, a to tylko lekko ponad trzy minuty! Rewind. Znowu bardziej cheerleaderkowo, ale tak kanciastych bitów nie miała nawet Ayesha Erotica (za to byłyby usmażone). Niezłe, choć dla mnie lekki przestój. Wybaczcie, aż tak nie roztrząsam liryków. Dodatkowy synth, brejki jak w najtisach albo gliczowy chaos typowy dla Autechre... współczuję tak rzucić się bez zupełnego przygotowania (i częściowego pokochania tych patentów xd). Dzięki temu czuję lekkość w przepływaniu przez płytę. Skrojona pode mnie i czarująca w nieoczywistych momentach. So I. Ehh... za każdym delikatne ciarki wzruszenia i zbierające się łzy. Osobiste wspomnienie SOPHIE. Bogini, której popisy w krakowskim Forum odpuściłem dla osiemnastki znajomego z klasy. Po latach myślę, że nie była warta aż tyle co twórczość osoby, która wiele wywróciła w moim sposobie patrzenia na świat. Artystycznie, społecznie, tożsamościowo... i jeszcze nawiązanie do It's Okay To Cry w refrenie. Kawałek wzruszenia między karnawałem. Aranżacyjnie chyba najwięcej podobieństw do stylu SOPHIE, specyficzny filtr nałożony gdzieś na wokal w środku, ta efektywna oszczędność zupełnie inna niż w innych miejscach BRAT. Druga część na wersji remiksowej to już jak artystyczne zaakceptowanie, pogodzenie, ostatnie spojrzenie przed odejściem. Kto ma się wczuć, ten po prostu to wie. Bez kontekstu łatwo o wywrotkę, po prostu nie w tym rzecz, co się wydaje. Zaraz potem kolejny udany atak na popkulturę doby TikToka. Było nostalgicznie, a teraz znowu afirmatywnie. Girl, so confusing. Delikatne usmażone zwrotki i ikoniczny refren. Obecnie jestem na etapie pozytywnego uśmiechu przy okazji wersji 'it's so confusing sometimes to start a grill'. Charli wyjątkową personą jest, więc o wyjątkowości należało przyłożyć właśnie tak. Może przy jakimś okładaniu się byłbym tym numerem zmęczony, ale dziwnym trafem od samego początku podszedłem do tej płyty z należytym uznaniem i odpowiednim dystansem, więc dawkuję tak, jak dana pora roku prowokuje do korzystania. Trudno nie mieć tego refrenu w głowie, serio.
Apple. Tutaj chwila wytchnienia dla preferujących mniej wykręcone aranże. Dance-popowy przystanek przypominający rzeczy z CRASH, przynajmniej na początku. Nie ogrywałem za bardzo ze względu na pewną powtarzalność i nie aż tak przebojowy charakter. Mimo to małe wyróżnienie za kolejne chórki w trochę innym stylu niż dotychczas. Poza tym raczej spokojnie. B2b. Znacznie lepiej wchodził w zeszłym roku. Konkretne intro, numer zbudowany na prostej basowej i perkusyjnej pętli, a nad tym melodyjny wykręcony wokal plus elektroniczne charakterystyczne ozdobniki. Częściej obecne na słuchawkach przy okazji występowania potrzeby odbicia się od czegoś bardziej motorycznego i delikatnie wolniejszego. Tekstowo trochę o wątpliwościach różnych, choć tego typu aranż rozbija rozbudowane przemyślenia. Mean girls. Drugie poważniejsze odkrycie tego sezonu. Znowu świetny refren zostawiający ślady pod kopułą, ale co się dzieje w drugiej części kawałka... wcześniej bardziej taneczne, później z pianinkiem najtisowym odkrywa mnóstwo przestrzeni, na długo zawieszony moment ostatecznego przyłożenia. Dla takich muzycznych haków można wracać do całości. Groove się nakręca z sekundy na sekundę. Rozbieranie na czynniki pierwsze zabiłoby VIBE, ja jednak wolę dać się wczuć i tak w tym trwać. I think about it all the time. Drugi atak na coś wyraźnie spokojniejszego. Niepozorne, niby wciąż rytmiczne, ale z wokalami... chwilami wręcz przypomina Kero Kero Bonito. Nieźle, choć to oznacza nieuchronny koniec płyty. Po raz kolejny wokalna sieczka w zupełnie innym stylu, a i tak wrażenie kameralności nie umyka.
Seba nie wspomina o bonusach, a jak dla mnie wejście w świat BRAT bez poznania Guess czy Spring breakers to dość wybrakowane doświadczenie. Pierwsza linijka z pierwszego wspomnianego kawałka funkcjonuje jako wewnętrzny żart sytuacyjny w gronie moich najbliższych znajomych, ale nie tylko. Przyjemnie frywolne bez momentu przesady. Wersja z Billie Eilish może zaskoczyć, bo gościni dokłada kolejny poziom intymności... choć i tak nie do końca wiadomo, czy to kwestia oczekiwań, bujnej wyobraźni, a może po prostu dajemy się złapać na świadomy żarcik. Nawet jeśli tak, to zrobiony po mistrzowsku bez jednoznacznej interpretacji. Z kolei Spring breakers to bezpośredni hołd stylistyce cheerleaderskiej, choć jak Emo Boy, tyle że bez tekstowych wybiegów w stronę seksualnych pragnień. Po prostu ten numer dla mnie brzmi jak rzecz idealna pod tego typu występy, tyle że w alternatywnej, lepszej rzeczywistości. Ta pewność siebie i mocny, efektywny minimal. Lubię wersję z Keshą za ordynarną wyjebkę oraz kampową przewózkę wspomnianej artystki w tym numerze. Dzięki temu oraz ******* odkryłem ją muzycznie na nowo.
Nie mam nic do dodania. Arschschmerz kompletnie zbędny raczej świadczy o tym, że w pewnym momencie zabrakło dystansu - przede wszystkim od otoczki, bo nie sądzę, by faktycznie fragmenty płyty wylewały się z lodówek większości rezydentów planety tej. Czysto muzycznie dość wymagające, ale złote momenty przebijają środowiskowe bańki. Nie wiem, czy BRAT jest lepsze niż How I'm Feeling Now. Wiem na pewno, że obie płyty miały dla mnie dość duże znaczenie. Na zawsze będą związane z określonymi etapami mojego życia. Poza tym to kawałek dobrego grania. Będą z tego klasyki nie do przegapienia dla uchodzących za obeznanych, nie mam co do tego żadnego wątpliwości. Złoto!
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czekamy zatem jeszcze na opinie Wuja i Musiała a w międzyczasie chciałem zapytać Was o pewną kwestię. Wraz z omówieniem BRAT zakończymy bowiem 20. już kolejkę naszej albumowej zabawy i w związku z tym chciałem spytać czy ktoś życzyłby sobie abyśmy zrobili chwilę przerwy zanim wystartuje trzecia dziesiątka w kolejnym osobnym temacie?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przy takim tempie, to chyba każdy sobie robi przerwy jak chce.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Otóz to.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
W związku z rozpoczęciem urlopu i wyjazdami do 17-go będę niestety w temacie bestek nieaktywny. Jutro opiszę Charlie, a kolejną płytę dopiero po powrocie, choć w międzyczasie słuchał jej oczywiście będę.
Niestety od bestki utworowej robię przerwę na pewno. Ze 3--4 kolejki.
Niestety od bestki utworowej robię przerwę na pewno. Ze 3--4 kolejki.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Na miesiąc? Lol
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No praktycznie tak.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie patyczkujesz się
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Charlie xcx - BRAT
Pamiętam z bestki utworowej, że Von Dutch mi się raczej podobał. Parę miesięcy temu słuchałem nawet ten album i też wrażenia miałem dosyć pozytywne. Po pierwszym odsłuchu na potrzeby już albumówki odczuwałem jednak pewną konsternację. Bo album mnie nie porwał i nie rozumiałem, czemu mi się wcześniej podobało. No ale ok, to dopiero pierwszy odruch pomyślałem. Nie paliło mi się jednak już tak bardzo do kolejnych. No ale zadanie trzeba wykonać bez względu na wszystko. I dałem płycie jak zwykle sporo czasu i szans na zaistnienie. Prześledźmy co z tego wyszło.
Jeden numer mamy w dwóch wersjach, czyli 360 i 365. Czyli otwieracz i zamykacz. W sumie dobrze pomyślane. Lubię, jak album ma tego typu klamry. I te klamry mi się tu podobają. 360 dobrze pasuje na początek. Fajna i pozostająca w głowie kompozycja. Dobre brzmienie, ładnie chodzi bas, dobre elektroniczne tło. Podoba mi się to powtarzane „bumpin’ that’. Po prostu ładny bangerek na początek. Z kolei 365 to przyspieszona wersja tego samego utworu. Nie jest ani lepsza, ani gorsza. Po prostu inna. Bardziej do poszalenie w klubie.
Club Classics to niby dużo chaosu, jak ktoś już pisał to takie jeb-jeb. Ale wg mnie to jednak dosyć ciekawy numer. Dużo się dzieje. Podobnie jak 365 utwór idealny na parkiet. Podoba mi się fragment, gdy Charlie śpiewa „Put your hands up and dance”. Fajne rzeczy w tle się dzieją. I dzieją się już do końca. Dobry utwór, choć musiałem się jednak trochę z nim osłuchać.
Sympathy is a Knife fajnie się zaczyna. Dobrze brzmi syntezator. Dobra zwrotka. Niestety refren już nie tak dobry. Jest też pierwszy moment, kiedy efekty na wokalu zaczynają mi jednak przeszkadzać. Cały album właściwie auto-tunem stoi i jakoś to tam przełykam z reguły. Rozumiem, że to tak miało być w zamyśle. Też znam jedną wokalistkę, która robi tak samo, a mimo tego jej muzyka mi się podoba. Choć na pewno wolę naturalny wokal. Charlie chwilami przesadza z efektami, tak jak w numerze nr 3.
I Might Say Something Stupid to króciutka, ale przyjemna balladka. Spokojny aranż, ładna melodia, chociaż znowu te filtry raczej niepotrzebne. Ale ogólnie utwór na plus.
Talk Talk to taki średniak. A może nawet zapychacz? Początek spoko, ale potem jak wchodzi bit, to już robi się z tego łupania. Brzmieniowo też bez szału. Raczej nudnawo.
O Von Dutch już kiedyś się wypowiadałem. Dobry numer do parkietowego skakania. Szybki i hałaśliwy. Do odsłuchów w fotelu na dłuższą metę jednak średnio się nadaje.
Everything is Romantic ma przepiękny początek. Te smyki, miodzio. Potem gdy wchodzi bit, to dosłownie dostaję szału z nerwów. Czemu to tak zrobiono. Ja nie mówię, że to jest złe. To jest wciąż dobre. Super rzeczy w tle się dzieją mimo wszystko, ale mogła Charli cały ten numer utrzymać jednak w tym spokojniejszym klimacie. Byłoby po prostu jak dla mnie bajecznie. A ten bit to mogła sobie dołożyć dajmy na to w jakimś remiksie. Mimo wszystko to bez wątpienia mój drugi najlepszy utwór na tym albumie. Tym bardziej, że w drugiej części jednak znowu się uspokaja.
Rewind to znowu taki bardziej fillerek, choć jakieś tam przebłyski ma. Ale nie będę się nad nim dłużej jednak zatrzymywał.
Dużo fajniejsze jest So I. Ja akurat cenię sobie te chwile zwolnienia u Charlie. Cały album w rytmie łup-łup to by było jednak przegięcie. Prosty utwór, ale ma swój urok. Mogła sobie Charlie tutaj te filtry wokalne darować naprawdę, no ale co zrobić.
Girl,so Confusing powraca na klubowe parkiety. Niezły utwór. Fajne brzmienie syntezatora w zwrotkach i rytmiczne, melodyjne refreny.
Apple bardzo fajnie się zaczyna. Znowu bardzo dobrze brzmiący syntezator na przestrzeni całego utworu. Jest znowu bardzo rytmicznie. Nie ma chaosu, jest ład i porządek. Podoba mi się. Utwór na pewno z mojego osobistego top 3 tego albumu.
A teraz absolutny faworyt płyty, czyli B2b. Wykonałem w ostatnich dniach niezliczoną liczbę odsłuchów tego numeru i mi się nie nudzi. Fantastyczna rzecz od pierwszej do ostatniej sekundy. Znowu niezwykle rytmicznie. Zauważyłem, że właśnie te rytmiczne utwory najbardziej mi podchodzą. Jest w B2b na dystansie całego utworu taki „pierdzący” syntezator, jaki bardzo lubię. Jakby żywcem podpieprzony od eitisowych depeszów. Najlepszy fragment następuje w trakcie i po tym segmencie w środkowej części, gdzie Charli powtarza wielokrotnie „Back, back, back…”. Piękna rzecz.
Mean Girls po wcześniejszych dwóch pięknościach niema prawa niestety zabłysnąć. W ogóle to raczej jeden z gorszych momentów na albumie. To pianino w ogóle mnie nie bierze.
I Think About it all the Time i zwolnienie nr 3. Spoko numer. Bez zbędnych szaleństw. Ładna melodia. Nie ma tu chyba wokalnych filtrów. To dobrze, chociaż okazuje się, że Charlie nie dysponuje wcale jakimś wyjątkowym czy rozpoznawalnym głosem. Jest pod tym względem raczej nad wyraz przeciętna. Może stąd decyzja o używaniu jednak tego auto-tuna.
Czas na słowo podsumowania. Album jest z rodzaju tych, co to bardziej nadają się do klubu, niż do domowych odsłuchów. Ale takie albumy też są potrzebne. Choć z powodzeniem można go odpalić podczas wykonywania różnych prac domowych lub na spacerze. I wtedy też na pewno będzie potrafił umilić czas. Album nie jest idealny i ma swoje wady. I to niemałe. Zdecydowanie nadużywa się na nim efektów na wokalu. Sama Charlie też jakąś wyjątkową wokalistką nie jest. Album ma kilka słabszych utworów. Może nie z rodzaju tych, co to nie da się słuchać, ale takich jednak do zapomnienia. Jest kilka solidnych pozycji, w tym na pewno utwory najwolniejsze. No i są też trzy utwory jak na mój gust fantastyczne, czyli B2b, Apple i Everything is Romantic (pomijam już nawet ten niepotrzebny bit w tym ostatnim). Przyznaję, że przez 3-4 odsłuchy się trochę z albumem męczyłem. No ale znowu się okazało, że muzyka wymaga jednak poświęcenia jej pewnej niezbędnej porcji uwagi, żeby miała szansę się odwdzięczyć. Dla kilku utworów było warto się z Bratem chwilę pomęczyć.
Pamiętam z bestki utworowej, że Von Dutch mi się raczej podobał. Parę miesięcy temu słuchałem nawet ten album i też wrażenia miałem dosyć pozytywne. Po pierwszym odsłuchu na potrzeby już albumówki odczuwałem jednak pewną konsternację. Bo album mnie nie porwał i nie rozumiałem, czemu mi się wcześniej podobało. No ale ok, to dopiero pierwszy odruch pomyślałem. Nie paliło mi się jednak już tak bardzo do kolejnych. No ale zadanie trzeba wykonać bez względu na wszystko. I dałem płycie jak zwykle sporo czasu i szans na zaistnienie. Prześledźmy co z tego wyszło.
Jeden numer mamy w dwóch wersjach, czyli 360 i 365. Czyli otwieracz i zamykacz. W sumie dobrze pomyślane. Lubię, jak album ma tego typu klamry. I te klamry mi się tu podobają. 360 dobrze pasuje na początek. Fajna i pozostająca w głowie kompozycja. Dobre brzmienie, ładnie chodzi bas, dobre elektroniczne tło. Podoba mi się to powtarzane „bumpin’ that’. Po prostu ładny bangerek na początek. Z kolei 365 to przyspieszona wersja tego samego utworu. Nie jest ani lepsza, ani gorsza. Po prostu inna. Bardziej do poszalenie w klubie.
Club Classics to niby dużo chaosu, jak ktoś już pisał to takie jeb-jeb. Ale wg mnie to jednak dosyć ciekawy numer. Dużo się dzieje. Podobnie jak 365 utwór idealny na parkiet. Podoba mi się fragment, gdy Charlie śpiewa „Put your hands up and dance”. Fajne rzeczy w tle się dzieją. I dzieją się już do końca. Dobry utwór, choć musiałem się jednak trochę z nim osłuchać.
Sympathy is a Knife fajnie się zaczyna. Dobrze brzmi syntezator. Dobra zwrotka. Niestety refren już nie tak dobry. Jest też pierwszy moment, kiedy efekty na wokalu zaczynają mi jednak przeszkadzać. Cały album właściwie auto-tunem stoi i jakoś to tam przełykam z reguły. Rozumiem, że to tak miało być w zamyśle. Też znam jedną wokalistkę, która robi tak samo, a mimo tego jej muzyka mi się podoba. Choć na pewno wolę naturalny wokal. Charlie chwilami przesadza z efektami, tak jak w numerze nr 3.
I Might Say Something Stupid to króciutka, ale przyjemna balladka. Spokojny aranż, ładna melodia, chociaż znowu te filtry raczej niepotrzebne. Ale ogólnie utwór na plus.
Talk Talk to taki średniak. A może nawet zapychacz? Początek spoko, ale potem jak wchodzi bit, to już robi się z tego łupania. Brzmieniowo też bez szału. Raczej nudnawo.
O Von Dutch już kiedyś się wypowiadałem. Dobry numer do parkietowego skakania. Szybki i hałaśliwy. Do odsłuchów w fotelu na dłuższą metę jednak średnio się nadaje.
Everything is Romantic ma przepiękny początek. Te smyki, miodzio. Potem gdy wchodzi bit, to dosłownie dostaję szału z nerwów. Czemu to tak zrobiono. Ja nie mówię, że to jest złe. To jest wciąż dobre. Super rzeczy w tle się dzieją mimo wszystko, ale mogła Charli cały ten numer utrzymać jednak w tym spokojniejszym klimacie. Byłoby po prostu jak dla mnie bajecznie. A ten bit to mogła sobie dołożyć dajmy na to w jakimś remiksie. Mimo wszystko to bez wątpienia mój drugi najlepszy utwór na tym albumie. Tym bardziej, że w drugiej części jednak znowu się uspokaja.
Rewind to znowu taki bardziej fillerek, choć jakieś tam przebłyski ma. Ale nie będę się nad nim dłużej jednak zatrzymywał.
Dużo fajniejsze jest So I. Ja akurat cenię sobie te chwile zwolnienia u Charlie. Cały album w rytmie łup-łup to by było jednak przegięcie. Prosty utwór, ale ma swój urok. Mogła sobie Charlie tutaj te filtry wokalne darować naprawdę, no ale co zrobić.
Girl,so Confusing powraca na klubowe parkiety. Niezły utwór. Fajne brzmienie syntezatora w zwrotkach i rytmiczne, melodyjne refreny.
Apple bardzo fajnie się zaczyna. Znowu bardzo dobrze brzmiący syntezator na przestrzeni całego utworu. Jest znowu bardzo rytmicznie. Nie ma chaosu, jest ład i porządek. Podoba mi się. Utwór na pewno z mojego osobistego top 3 tego albumu.
A teraz absolutny faworyt płyty, czyli B2b. Wykonałem w ostatnich dniach niezliczoną liczbę odsłuchów tego numeru i mi się nie nudzi. Fantastyczna rzecz od pierwszej do ostatniej sekundy. Znowu niezwykle rytmicznie. Zauważyłem, że właśnie te rytmiczne utwory najbardziej mi podchodzą. Jest w B2b na dystansie całego utworu taki „pierdzący” syntezator, jaki bardzo lubię. Jakby żywcem podpieprzony od eitisowych depeszów. Najlepszy fragment następuje w trakcie i po tym segmencie w środkowej części, gdzie Charli powtarza wielokrotnie „Back, back, back…”. Piękna rzecz.
Mean Girls po wcześniejszych dwóch pięknościach niema prawa niestety zabłysnąć. W ogóle to raczej jeden z gorszych momentów na albumie. To pianino w ogóle mnie nie bierze.
I Think About it all the Time i zwolnienie nr 3. Spoko numer. Bez zbędnych szaleństw. Ładna melodia. Nie ma tu chyba wokalnych filtrów. To dobrze, chociaż okazuje się, że Charlie nie dysponuje wcale jakimś wyjątkowym czy rozpoznawalnym głosem. Jest pod tym względem raczej nad wyraz przeciętna. Może stąd decyzja o używaniu jednak tego auto-tuna.
Czas na słowo podsumowania. Album jest z rodzaju tych, co to bardziej nadają się do klubu, niż do domowych odsłuchów. Ale takie albumy też są potrzebne. Choć z powodzeniem można go odpalić podczas wykonywania różnych prac domowych lub na spacerze. I wtedy też na pewno będzie potrafił umilić czas. Album nie jest idealny i ma swoje wady. I to niemałe. Zdecydowanie nadużywa się na nim efektów na wokalu. Sama Charlie też jakąś wyjątkową wokalistką nie jest. Album ma kilka słabszych utworów. Może nie z rodzaju tych, co to nie da się słuchać, ale takich jednak do zapomnienia. Jest kilka solidnych pozycji, w tym na pewno utwory najwolniejsze. No i są też trzy utwory jak na mój gust fantastyczne, czyli B2b, Apple i Everything is Romantic (pomijam już nawet ten niepotrzebny bit w tym ostatnim). Przyznaję, że przez 3-4 odsłuchy się trochę z albumem męczyłem. No ale znowu się okazało, że muzyka wymaga jednak poświęcenia jej pewnej niezbędnej porcji uwagi, żeby miała szansę się odwdzięczyć. Dla kilku utworów było warto się z Bratem chwilę pomęczyć.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
charli xcx - BRAT
Zacznę od tego, że bardzo chciałem dać tej płycie szansę, i to już rok temu. Zbliżającą się premierą jarało się moje ówczesne prawie-dziewczę, a - jak już mogłem wspomnieć tu i ówdzie - gust miała naprawdę niezły (do jej ulubionych krążków należało Up od Gabriela), więc wiedziałem, że prędzej czy później będę BRATa słuchał razem z nią. Kilkoro moich dobrych znajomych z których zdaniem w kwestiach muzycznych się liczę również miało względem tego wydawnictwa plany odsłuchowe. No i w końcu nadszedł ten moment, BRAT się ukazał, a ja... na trochę straciłem hype. A złożyło się na to kilka rzeczy. Niemniej jednak - po kolei.
Po pierwsze, dziewczę stwierdziło, że jednak nie chce nic ze mną i sobie poszło, więc też na jakiś czas pożegnałem się z proponowanymi przez nią rzeczami ze świata muzycznego. Po drugie, dosłownie wykończył mnie prowadzony w necie marketing tego krążka oparty o to denerwujące ponad wszelką miarę hasło BRAT SUMMER. Jezu, im bardziej to wylewało się z każdej szafki, każdej lodówki i każdej kratki wentylacyjnej, tym bardziej tym gardziłem, nie chciałem tego, rzygałem tym i pragnąłem to od siebie odsunąć bardziej, niż rumuńscy komuniści pragnęli odsunięcia od władzy króla Michała I (co w końcu się udało w 1947).
Jednak uciekać się w nieskończoność nie da, a "spadkiem" po tamtym dziewczęciu był mój - istniejący po dziś dzień - dostęp do Spotify. Pomyślałem, że skorzystam, albowiem ściągać tego szajsu nie zamierzam, a słuchanie przez YT praktykuję tylko w bestce hehe. Odpaliłem TV, odpaliłem aplikację, puściłem BRATa i przesłuchałem... niecały raz. I to mimo tego, że nie jest to długa płyta. Tzn. "szerokość" tracklisty mnie przeraziła, 15 numerów, Dżizus, na szczęście okazało się, że zdecydowana większość z nich trwa krócej, niż moje esemesowe dżingle powycinane z kawałków The Advisory Circle. Więc MOŻE NIE BĘDZIE ŹLE.
Było. Przede wszystkim ze względu na... nudę. Tak, ta płyta jest NUDNA. Nic nie poradzę, nie słyszę w niej nic ciekawego. Nie ma tutaj żadnych zaskakujących rozwiązań, ciekawych riffów czy chociaż interesujących arpów bądź nietypowych bitów. To wszystko brzmi jak jakiś zrobiony na szybko i jedno kopyto letni megamix ze sketchów randomowego didżeja, który bardzo chciał być jak Armin van Buuren, ale skończył ze spiracona wersją Abletona. Zaś na wokalu wspomaga go koleżanka z klasy, która akurat umiała trochę śpiewać. Wszystko to bez jakiegoś polotu, bez werwy i ogólnie bez nadziei na lepsze jutro (lepsze lato).
Potrzebowałem poczytać tu i ówdzie aby zrozumieć, że tu nie o warstwę muzyczną chodziło wcale, ale o maszynę marketingową, która właśnie przez owo zjawisko BRAT SUMMER wywindowało ten krążek na szczyty nie tylko list tamtego czasu. Bowiem Brat skończył w topce NAJLEPSZYCH ALBUMÓW WYDANYCH W CAŁYM 2024 ROKU. I to już jest coś, czego nie potrafię zrozumieć ani trochę. W sensie... to nie jest może zupełnie zła muzyka, ale to jest fafnasty raz odgrzewany ten sam kotlet z tymi samymi ziemniakami, które ktoś usmażył dwa tygodnie wcześniej i teraz wepchnął na chama do mikrofalówki. Tu nie ma nic nowego.
To mój największy zarzut wobec Brata. W 2016 też bym pewnie kręcił nosem, ale mniej. Zaś w 2012, na fali swojego "hipsterskiego wzmożenia" zapewne dałbym temu krążkowi jakiś endorsement, nawet, jeśli niezbyt rozbudowany, bo to jednak zjawisko, etc. etc. No dobra, to wciąż jest zjawisko i rok temu (czy raczej było), z tym, że nie ma w tym nic nowego. Ot, taneczna elektronika z żeńskim wokalem i sporą ilością elementów "przeszkadzających". Tyle tylko, iż podlane tak nachalnym i denerwującym marketingowym sosem, że faktycznie nie dało się obok tego dziadostwa przejść obojętnie. Tutaj zostaję na pozycji pt. "sztuka obroni się sama".
Highlighty? Jakiekolwiek? Żeby nie było, że ja tylko beczkę dziegciu serwuję i nic więcej... A więc, co by cesarzowi co cesarskie blablabla, to otwieracz, a więc 360 bardzo mi się podobał ze względu na swój przyjemnie "klasyczny" charakter w zakresie rzeczy, których słucham. Fantastyczne klawisze, "delikatny" klimacik, zero męczącej napierdalanki, git majonez. "Mark Hollis i spółka" też brzmi fajnie, gdyż melodyjnie i tanecznie zarazem, ale w taki fajny sposób. Refren nawet mi się, kurde, wkręcił, a to już coś o czymś mówi (albo nic o niczym, wszak niezbadane są wyroki Musiała), kilka razy odpalałem tylko tę piosenkę.
Girl, So Confusing ma fajny bit, ale ten jest całkowicie zmarnowany fatalnym auto-tunem, którego nadreprezentacja na Bracie w ogóle potwornie męczy. Dokładam kolejny utwór do swojego panteonu kawałków, którym na dobre wyszłoby bycie instrumentalami. W to sami miejsce wstawię Apple, chociaż tam wokal aż tak bardzo nie denerwuje (by nie użyć innego słowa). Prawdę mówiąc, gdyby to "Jabłko" trafiło do utworowej, mogłoby liczyć na moje propsiki. Zamiast tego poszło Von Dutch, które i teraz jak wtedy sprawia, iż uszy puchną. Ja chyba wolę cheesy rozwiązania klawiszowe w stylu zapomnianej już kompletnie September.
Na honorable mention zasługują jeszcze dwa numery - B2B oraz 365, bo to drugie po prostu stanowi klamrę względem intra (ale też, jak często z takimi klamrami bywa, brzmi tak se; lepsze byłoby rozwiązanie w stylu 360 <<Reprise>> gdzieś w środku płyty). B2B zaś ma fajny, imprezowo-letniaczkowy bit i charakter, ale też CZEGOŚ MI W NIM BRAKUJE. Może jakiejś wyraźniejszej melodii, trudno powiedzieć. Może to zacięte "BACKBACKBACKBACKBACKBACKBACK" w końcu usmażyło mi mózg, trudno orzec. Należy dodać, że nie miałem okazji potańczyć do tej płyty. Będąc na Bałkanach rok temu byłem i w paru klubach, ale bez Charli.
Może Serbia nie poznała się na BRAT SUMMER, u nich tylko ETHNIC CLEANSING SUMMER hehe. W KAŻDYM RAZIE - werdykt jest... meh. Oto mój werdykt. Nie jest tragicznie, parę utworów ma chociaż parę momentów (np. Sympathy Is a Knife ma świetny refren, reszta do chrzanu), parę utworów jest po prostu dobrych (Talk Talk, Apple, B2B), a jeśli czegoś nie wymieniłem, to wolę o tym nie pamiętać. Niewykluczone, iż zrobiłem się za stary na takie rzeczy, spośród moich bliskich znajomych nikt specjalnie BRAT SUMMER nie przeżywał, więc nie mam nawet dobrego punktu odniesienia. Po prostu chcieli przesłuchać.
Ja też, przesłuchałem rok temu nie do końca, gdyż wolałem Banco de Gaię na wakacje (i po nich też). W tym roku zostałem "przymuszony", powiedzmy, ale się akurat cieszę, gdyż dzięki temu zasiadam do "dzieł kultury" które może znać warto, choć z własnej woli bym ich zapewne porządnie nie ruszył. W związku z czym wspomnę, że o ile słuchanie tej płyty bite sześć razy (w tym szósty podczas pisania tej recki) było dla mnie dość męczące, tak kilka łyków dobrej, zimnej wody w gorący letni dzień w postaci tych paru wymienionych przeze mnie tracków osłodziło ten proces. Lato? Panie, ja jestem pełnoskalowym jesieniarzem. I niech tak zostanie.
Zacznę od tego, że bardzo chciałem dać tej płycie szansę, i to już rok temu. Zbliżającą się premierą jarało się moje ówczesne prawie-dziewczę, a - jak już mogłem wspomnieć tu i ówdzie - gust miała naprawdę niezły (do jej ulubionych krążków należało Up od Gabriela), więc wiedziałem, że prędzej czy później będę BRATa słuchał razem z nią. Kilkoro moich dobrych znajomych z których zdaniem w kwestiach muzycznych się liczę również miało względem tego wydawnictwa plany odsłuchowe. No i w końcu nadszedł ten moment, BRAT się ukazał, a ja... na trochę straciłem hype. A złożyło się na to kilka rzeczy. Niemniej jednak - po kolei.
Po pierwsze, dziewczę stwierdziło, że jednak nie chce nic ze mną i sobie poszło, więc też na jakiś czas pożegnałem się z proponowanymi przez nią rzeczami ze świata muzycznego. Po drugie, dosłownie wykończył mnie prowadzony w necie marketing tego krążka oparty o to denerwujące ponad wszelką miarę hasło BRAT SUMMER. Jezu, im bardziej to wylewało się z każdej szafki, każdej lodówki i każdej kratki wentylacyjnej, tym bardziej tym gardziłem, nie chciałem tego, rzygałem tym i pragnąłem to od siebie odsunąć bardziej, niż rumuńscy komuniści pragnęli odsunięcia od władzy króla Michała I (co w końcu się udało w 1947).
Jednak uciekać się w nieskończoność nie da, a "spadkiem" po tamtym dziewczęciu był mój - istniejący po dziś dzień - dostęp do Spotify. Pomyślałem, że skorzystam, albowiem ściągać tego szajsu nie zamierzam, a słuchanie przez YT praktykuję tylko w bestce hehe. Odpaliłem TV, odpaliłem aplikację, puściłem BRATa i przesłuchałem... niecały raz. I to mimo tego, że nie jest to długa płyta. Tzn. "szerokość" tracklisty mnie przeraziła, 15 numerów, Dżizus, na szczęście okazało się, że zdecydowana większość z nich trwa krócej, niż moje esemesowe dżingle powycinane z kawałków The Advisory Circle. Więc MOŻE NIE BĘDZIE ŹLE.
Było. Przede wszystkim ze względu na... nudę. Tak, ta płyta jest NUDNA. Nic nie poradzę, nie słyszę w niej nic ciekawego. Nie ma tutaj żadnych zaskakujących rozwiązań, ciekawych riffów czy chociaż interesujących arpów bądź nietypowych bitów. To wszystko brzmi jak jakiś zrobiony na szybko i jedno kopyto letni megamix ze sketchów randomowego didżeja, który bardzo chciał być jak Armin van Buuren, ale skończył ze spiracona wersją Abletona. Zaś na wokalu wspomaga go koleżanka z klasy, która akurat umiała trochę śpiewać. Wszystko to bez jakiegoś polotu, bez werwy i ogólnie bez nadziei na lepsze jutro (lepsze lato).
Potrzebowałem poczytać tu i ówdzie aby zrozumieć, że tu nie o warstwę muzyczną chodziło wcale, ale o maszynę marketingową, która właśnie przez owo zjawisko BRAT SUMMER wywindowało ten krążek na szczyty nie tylko list tamtego czasu. Bowiem Brat skończył w topce NAJLEPSZYCH ALBUMÓW WYDANYCH W CAŁYM 2024 ROKU. I to już jest coś, czego nie potrafię zrozumieć ani trochę. W sensie... to nie jest może zupełnie zła muzyka, ale to jest fafnasty raz odgrzewany ten sam kotlet z tymi samymi ziemniakami, które ktoś usmażył dwa tygodnie wcześniej i teraz wepchnął na chama do mikrofalówki. Tu nie ma nic nowego.
To mój największy zarzut wobec Brata. W 2016 też bym pewnie kręcił nosem, ale mniej. Zaś w 2012, na fali swojego "hipsterskiego wzmożenia" zapewne dałbym temu krążkowi jakiś endorsement, nawet, jeśli niezbyt rozbudowany, bo to jednak zjawisko, etc. etc. No dobra, to wciąż jest zjawisko i rok temu (czy raczej było), z tym, że nie ma w tym nic nowego. Ot, taneczna elektronika z żeńskim wokalem i sporą ilością elementów "przeszkadzających". Tyle tylko, iż podlane tak nachalnym i denerwującym marketingowym sosem, że faktycznie nie dało się obok tego dziadostwa przejść obojętnie. Tutaj zostaję na pozycji pt. "sztuka obroni się sama".
Highlighty? Jakiekolwiek? Żeby nie było, że ja tylko beczkę dziegciu serwuję i nic więcej... A więc, co by cesarzowi co cesarskie blablabla, to otwieracz, a więc 360 bardzo mi się podobał ze względu na swój przyjemnie "klasyczny" charakter w zakresie rzeczy, których słucham. Fantastyczne klawisze, "delikatny" klimacik, zero męczącej napierdalanki, git majonez. "Mark Hollis i spółka" też brzmi fajnie, gdyż melodyjnie i tanecznie zarazem, ale w taki fajny sposób. Refren nawet mi się, kurde, wkręcił, a to już coś o czymś mówi (albo nic o niczym, wszak niezbadane są wyroki Musiała), kilka razy odpalałem tylko tę piosenkę.
Girl, So Confusing ma fajny bit, ale ten jest całkowicie zmarnowany fatalnym auto-tunem, którego nadreprezentacja na Bracie w ogóle potwornie męczy. Dokładam kolejny utwór do swojego panteonu kawałków, którym na dobre wyszłoby bycie instrumentalami. W to sami miejsce wstawię Apple, chociaż tam wokal aż tak bardzo nie denerwuje (by nie użyć innego słowa). Prawdę mówiąc, gdyby to "Jabłko" trafiło do utworowej, mogłoby liczyć na moje propsiki. Zamiast tego poszło Von Dutch, które i teraz jak wtedy sprawia, iż uszy puchną. Ja chyba wolę cheesy rozwiązania klawiszowe w stylu zapomnianej już kompletnie September.
Na honorable mention zasługują jeszcze dwa numery - B2B oraz 365, bo to drugie po prostu stanowi klamrę względem intra (ale też, jak często z takimi klamrami bywa, brzmi tak se; lepsze byłoby rozwiązanie w stylu 360 <<Reprise>> gdzieś w środku płyty). B2B zaś ma fajny, imprezowo-letniaczkowy bit i charakter, ale też CZEGOŚ MI W NIM BRAKUJE. Może jakiejś wyraźniejszej melodii, trudno powiedzieć. Może to zacięte "BACKBACKBACKBACKBACKBACKBACK" w końcu usmażyło mi mózg, trudno orzec. Należy dodać, że nie miałem okazji potańczyć do tej płyty. Będąc na Bałkanach rok temu byłem i w paru klubach, ale bez Charli.
Może Serbia nie poznała się na BRAT SUMMER, u nich tylko ETHNIC CLEANSING SUMMER hehe. W KAŻDYM RAZIE - werdykt jest... meh. Oto mój werdykt. Nie jest tragicznie, parę utworów ma chociaż parę momentów (np. Sympathy Is a Knife ma świetny refren, reszta do chrzanu), parę utworów jest po prostu dobrych (Talk Talk, Apple, B2B), a jeśli czegoś nie wymieniłem, to wolę o tym nie pamiętać. Niewykluczone, iż zrobiłem się za stary na takie rzeczy, spośród moich bliskich znajomych nikt specjalnie BRAT SUMMER nie przeżywał, więc nie mam nawet dobrego punktu odniesienia. Po prostu chcieli przesłuchać.
Ja też, przesłuchałem rok temu nie do końca, gdyż wolałem Banco de Gaię na wakacje (i po nich też). W tym roku zostałem "przymuszony", powiedzmy, ale się akurat cieszę, gdyż dzięki temu zasiadam do "dzieł kultury" które może znać warto, choć z własnej woli bym ich zapewne porządnie nie ruszył. W związku z czym wspomnę, że o ile słuchanie tej płyty bite sześć razy (w tym szósty podczas pisania tej recki) było dla mnie dość męczące, tak kilka łyków dobrej, zimnej wody w gorący letni dzień w postaci tych paru wymienionych przeze mnie tracków osłodziło ten proces. Lato? Panie, ja jestem pełnoskalowym jesieniarzem. I niech tak zostanie.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Low-key żałuję, że Musiał nie wjechał wcześniej, bo bym do ostatniej chwili się zastanawiał czy forum dało sobie radę czy nie dało. Ostatecznie jestem zadowolony z wyniku 3:2, nawet jeśli strona przeciwników momentami przeważała w posiadaniu piłki i mia… jezu, dobra, odpuszczę sobie to dalej i odniosę się do każdego z osobna
W przypadku MURZYNA generalnie ciężko mi się do czegoś przyczepić, bo zgadzam się z niemal wszystkim i cieszę się, że zwrócił uwagę na I THINK ABOUT IT ALL THE TIME, bo uważam, że ulokowanie tego kawałka w tym miejscu i na tej płycie to świetny pomysł. Może jedynie bym zalecił dać szansę jeszcze utworowi zwanemu jako JABŁKO, bo mi siadł dopiero po jakimś czasie, ale nic na siłę czy coś.
Co do HIENA, to mniej więcej spodziewałem się takiej recenzji, ale oddam szacun za podjęcie rękawicy. Zgodzę się z tym, że jestem upadłym komformistą i nawet nie chcę polemizować z faktem, że to jest archetypiczny soundtrack na imprezę, gdzie każdy zażył więcej chemii niż jest w Polfarmie SA, ale właściwie to może tu leży dla mnie klucz, bo słuchając BRAT mogę sobie wyobrazić, że na takiej jestem bez konsekwencji w postaci wychodzenia z domu, zażywania narkotyków oraz interakcji z ludźmi. I doceniam, że coś się tu udało koledze odnaleźć. Zarzuty odnośnie wokalu rozumiem, ale mam w dupie, trochę prychłem z porównannia do Mandaryny (acz nie mówię, że nic w nim nie ma!), może jedynie trochę po łebkach potraktowano mój ulubiony moment na albumie, tj, 365, ale też po prawdzie spodziewałem się większej dozy krytyki.
DRAGON, zgodnie z przewidywaniami, napisał piękną laurkę i mogę tylko uchylić copkę. Rozbudowana, pełna ciekawych spostrzeżeń, odniesień, mnóstwo tu prywaty i wspomnień, ale domyślam się, że smoku jako osoba ze znacznie ciekawszym życiem towarzyskim niż ja ma o wiele więcej do napisania w kontekście tego felernego lata 2024. Przyznaję, bonusy znam bardzo słabo, bo już te wersje z goścmi nie siadły aż tak, a sam miałem lekki przesyt, gdy tu i ówdzie wyskakiwały mi kolejne edycje tej płyty.
WUJA jak zawsze łuskał, łuskał i wyłuskał. Czułem po pozytywnym feedbacku w utworowej, że coś z tego będzie, aczkolwiek trochę mnie zaskakuje wybór B2B (uprz3 nietypowy rodzaj zatrudnienia), bo nawet Dragon trochę kręcił nosem na ten kawałek, a sam raczej bym go nie wyróżnił. Co do soundtracku, to ja go regularnie słuchałem podczas klepania w klawiaturę w robocie, a w klubie nigdy, ALE TO JA.
MUSIAŁ próbował, trochę za bardzo skupiał się na tej marketingowej otoczce na mój gust, ale trochę to rozumiem, bo faktycznie to może być przypadek, w którym tego typu kontekst ciężko pominąć. Rozumiem zarzuty o tym, że płyta nudzi, te odnośnie tego, że to jakaś sklecona na odpiernicz techniawa już nieco mniej, ale nie muszę wszystkiego rozumieć. Też nie słyszałem tej płyty na Bałkanach jak coś (tak samo jak pewnego brytyjskiego muzyka znanego z kontrowersyjnych poglądów hehe). No i dodam tylko, że sam jestem jesieniarą, a do tej płyty "dojrzałem" jesienią, ale pewnie to dodawałem, plus kogo to obchodzi do prostytutki nędzy.
Bumpin that, dziękuję za przesłuchanie.
W przypadku MURZYNA generalnie ciężko mi się do czegoś przyczepić, bo zgadzam się z niemal wszystkim i cieszę się, że zwrócił uwagę na I THINK ABOUT IT ALL THE TIME, bo uważam, że ulokowanie tego kawałka w tym miejscu i na tej płycie to świetny pomysł. Może jedynie bym zalecił dać szansę jeszcze utworowi zwanemu jako JABŁKO, bo mi siadł dopiero po jakimś czasie, ale nic na siłę czy coś.
Co do HIENA, to mniej więcej spodziewałem się takiej recenzji, ale oddam szacun za podjęcie rękawicy. Zgodzę się z tym, że jestem upadłym komformistą i nawet nie chcę polemizować z faktem, że to jest archetypiczny soundtrack na imprezę, gdzie każdy zażył więcej chemii niż jest w Polfarmie SA, ale właściwie to może tu leży dla mnie klucz, bo słuchając BRAT mogę sobie wyobrazić, że na takiej jestem bez konsekwencji w postaci wychodzenia z domu, zażywania narkotyków oraz interakcji z ludźmi. I doceniam, że coś się tu udało koledze odnaleźć. Zarzuty odnośnie wokalu rozumiem, ale mam w dupie, trochę prychłem z porównannia do Mandaryny (acz nie mówię, że nic w nim nie ma!), może jedynie trochę po łebkach potraktowano mój ulubiony moment na albumie, tj, 365, ale też po prawdzie spodziewałem się większej dozy krytyki.
DRAGON, zgodnie z przewidywaniami, napisał piękną laurkę i mogę tylko uchylić copkę. Rozbudowana, pełna ciekawych spostrzeżeń, odniesień, mnóstwo tu prywaty i wspomnień, ale domyślam się, że smoku jako osoba ze znacznie ciekawszym życiem towarzyskim niż ja ma o wiele więcej do napisania w kontekście tego felernego lata 2024. Przyznaję, bonusy znam bardzo słabo, bo już te wersje z goścmi nie siadły aż tak, a sam miałem lekki przesyt, gdy tu i ówdzie wyskakiwały mi kolejne edycje tej płyty.
WUJA jak zawsze łuskał, łuskał i wyłuskał. Czułem po pozytywnym feedbacku w utworowej, że coś z tego będzie, aczkolwiek trochę mnie zaskakuje wybór B2B (uprz3 nietypowy rodzaj zatrudnienia), bo nawet Dragon trochę kręcił nosem na ten kawałek, a sam raczej bym go nie wyróżnił. Co do soundtracku, to ja go regularnie słuchałem podczas klepania w klawiaturę w robocie, a w klubie nigdy, ALE TO JA.
MUSIAŁ próbował, trochę za bardzo skupiał się na tej marketingowej otoczce na mój gust, ale trochę to rozumiem, bo faktycznie to może być przypadek, w którym tego typu kontekst ciężko pominąć. Rozumiem zarzuty o tym, że płyta nudzi, te odnośnie tego, że to jakaś sklecona na odpiernicz techniawa już nieco mniej, ale nie muszę wszystkiego rozumieć. Też nie słyszałem tej płyty na Bałkanach jak coś (tak samo jak pewnego brytyjskiego muzyka znanego z kontrowersyjnych poglądów hehe). No i dodam tylko, że sam jestem jesieniarą, a do tej płyty "dojrzałem" jesienią, ale pewnie to dodawałem, plus kogo to obchodzi do prostytutki nędzy.
Bumpin that, dziękuję za przesłuchanie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, może faktycznie to jest trochę więcej niż repryza, bo ten nowy party fragment robi różnicę, niemniej zawsze mam trochę problem jak potraktować takie dwuczęściowe kawałki. Rzuciłem okiem na trivie i
The final track on Charli XCX’s eighth album, BRAT, “365” alludes directly to a never ending cycle of partying, occurring during all 365 days of year. The lyrics throughout utilize a double entendre of “bumpin' that” to refer to both music and cocaine.
“365” links back to opening track “360” (notably, both titles share the same first two digits), which is sampled in this song, thus hinting at BRAT being a loop.
Koka i niekończąca się impreza, trudno mi z tym relować, ale przyjmuję do wiadomości. Natomiast w kwestii loopowania brata, to szkoda, że nie zrobiono tego tak płynnie jak na Everything Now, Arcade Fire, ale nie można mieć wszystkiego.
The final track on Charli XCX’s eighth album, BRAT, “365” alludes directly to a never ending cycle of partying, occurring during all 365 days of year. The lyrics throughout utilize a double entendre of “bumpin' that” to refer to both music and cocaine.
“365” links back to opening track “360” (notably, both titles share the same first two digits), which is sampled in this song, thus hinting at BRAT being a loop.
Koka i niekończąca się impreza, trudno mi z tym relować, ale przyjmuję do wiadomości. Natomiast w kwestii loopowania brata, to szkoda, że nie zrobiono tego tak płynnie jak na Everything Now, Arcade Fire, ale nie można mieć wszystkiego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy pierwszą 20. albumów w tej bestce. Ja z tej okazji zamierzam zrobić sobie kolejkę przerwy od albumowej zabawy i pewnie wrócę do Was jakoś w grudniu (tak chyba wypadnie).
Chętnych zapraszam do wspominek, refleksji i podsumowań nt. tej minionej drugiej dyszki, ja skorzystam z tej odrobiny wolnego i pewnie za jakiś czas tu naskrobię parę zdań.
Chętnych zapraszam do wspominek, refleksji i podsumowań nt. tej minionej drugiej dyszki, ja skorzystam z tej odrobiny wolnego i pewnie za jakiś czas tu naskrobię parę zdań.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
A to panowie jak pozwolą, to napiszę parę słów. Nie pamiętam już jakim kluczem szedłem poprzednio, więc tą razą wybiorę po 3 płyty od każdego z państwa.
HIEN
no-man – ((speak))
Peter Gabriel - Up
Talk Talk - Laughing Stock
Niby munlupizm to nie zawsze moja bajka bla bla bla, niby coś tam, niby szwedes-rwetes, ale przeglądam sobie rzeczy wrzucone przez Kubę i jak sobie tak o nich myślę, to mam takie: DAMN, FAJNE TO W SUMIE BYŁO. Ostatecznie wyselektowałem powyższą trójkę, składającą się z WIELKICH nazw i płyt WIELKICH. Co bym nie mówił o nie-menie, to ((speak)) jest po prostu ładne, przyjemne i komfortowe plus mam do tej płyty duży sentyment, więc musiała się tu znaleźć. Gabriel jak to Gabriel - dorosłem do stwierdzenia, że to wielki artysta, a Up jest jednym z jego bardziej niesłusznie niedocenianych osiągnięć. Cudowna płyta, wracałem do niej. No i pan Talk Talk, tu w sumie nie wiem czy muszę coś dodawać - czyste PIĘKNO i DOBRO i jedna z najładniejszych rzeczy, które powstały w szeroko pojętej muzyce rozrywkowej.
Bardzo blisko trójki był Pavement - lubię się z nim coraz bardziej, ale trochę za mocna konkurencja. Mansun też wspominam nieźle, nawet jeśli relatywnie rzadko wracam. Było też parę łyżeczek dziegciu - Tears for Fears to raczej dla mnie ciekawostka (aż słyszałem o wiele gorsze comebacki), parę "typowych" munlupizmów typu Fink mi nie siadło, trochę zawiodłem się na Nine Horses, ale generalnie minusy nie przesłaniają plusów.
MURZYN
A Tribe Called Quest - The Low End Theory
The Notorious B.I.G. - Life After Death
Grace Jones - Slave to the Rhythm
Gdybym miał wybierać partycypanta, który miał na mnie największy wpływ w tej edycji tej zabawy, to byłby to bez wątpienia nasz czarny brat, który podszkolił nas, biednych białasów, w kwestiach tego co to jest rytm, groove i coś tam jeszcze, bo zapomniałem. Trajby niby znałem wcześniej, ale przypomniałem sobie o tym, jaka dobra, fajna i PRZYJEMNA jest ta muzyka, jeden z bardziej komfortowych wykonawców jakich znam. BIGGIE to jedna z tych zajawek, co do których sam jestem zdziwiony, że aż tak mi zaskoczyła, ale to serio było największe odkrycie w toku tej zabawy od samiuśkiego jej początku i płyta która rozwaliła mój mózg. Wybitne dzieło, do tej pory pamiętam noce spędzone na katowaniu jej i pisaniu tego grafomańskiego eseju na jej cześć (może dlatego, żę to był dziwny okres w moim życiu). xd Stawkę zamyka niemniej genialna i wspaniała Grace Jones, do której też zabierałem się jak pies do jeża, ale cieszę się, że odkryłem ją późno niż wcale. Te trzy płyty to są dokładnie te rzeczy, których w muzyce szukam i Murzyn trafił w mój gust jak deszcz pod rynnę czy coś.
A co poza tym? Post factum stwierdzam, że ta Jessie Ware nie była taka zła. Na pewno blisko listy było Mobb Depp, ale to nie jest aż taki poziom zajawki, tak samo jak brat kolegi Jacka. W sumie jak se przeglądam propozycje Jacka, to ciężko mi cokolwiek skrytykować, może Katy B to nie moja bajka i praktycznie nie wracam, ale też nie uważam, by to była jakaś zła płyta. Liczę na szybki powrót..
DEV
China Crisis - Diary of a Hollow Horse
Bomb the Bass - Clear
Ladytron - Gravity the Seducer
Wyżej posłodziłem, to teraz ponarzekam, bo najwyraźniej wyewoluowałem w takim kierunku, że propozycje Adriana w dużej mierze okazały się być nie dla mnie. Sorki nie sorki, nie ukrywam, że dużą część tych płyt zmęczyłem, na wielu z nich znajdowałem tylko jakieś fragmenty, niby niektóre nie były nawet złe, ale po prostu solowe rzeczy typa z Black to nie była do końca moja bajka. W sumie nawet ejtisowe synthpopy mi nie zaskoczyły, ale tak to jest jak się wrzuca Alphaville inne niż z debiutu. xd
Ale zamiast pluć jadem, napiszę coś o tych paru płytach, które jakoś tam utkwiły w mojej pamięci i nawet w tejże zostały. CHINA CRISIS pamiętam jako fajne - nic wielkiego, ale zbiór przyjemnych piosenek, które mogłyby znaleźć się na soundtracku do wiadomo której części GTA. Szanuję. Bomb The Bass było fajną płyta, która na dodatek wstrzeliła się czasowo, bo jakoś tak pasowała mi do ówczesnej aury za oknem (słuchałem jej latem 2 lata temu) i było tam naprawdę spoko Tidal Wave. Stawę zamyka zaskakująco dobry Ladytron.
DRAGON
King Crimson - Islands
Andy Stott - Too Many Voices
Susumu Yokota - Sakura
U Musiała dopychałem butem, tutaj znowu mam problem bogactwa, bo musiałem odrzucać - z buta z topowej piątki wypchnąłem vdGG. Już wystarczy, że pokonali Murzyna… Ale żarty na bok. King Crimson w pięknym, słusznym, sprawiedliwym i zbawiennym wydaniu. O tym jak piękna i dobra płyta już pisałem w swoim czasie, nie widzę potrzeby się powtarzać, bo zdania nie zmieniłem i prędko nie zmienię. Andy Stott w swoim czasie często u mnie gościł na głośnikach/słuchawkach - w swoim czasie raczej nie doceniałem, teraz udało się wgryźć w te dziwactwa. No i YOKOTA, kolejny dowód na to, że japończycy zamiast robić animacje powinni robić muzykę, bo tam udaje się im być dziwnym bez bycia niezręcznym. Cudowna, oryginalna płyta.
A co jeszcze wyleciało poza vdGG? NA PEWNO NIE KURY hehe. Auscultation, chociaż powrót po czasie nie był aż tak przyjemny (aczkolwiek zrzucam to na ówczesną "dyspozycję dnia). Auteche, Kraftwerk i Schulze byli świetni, ale nie na tyle, by się dostać do topowej trójki, ale to bardziej kwestia mocnej konkurencji. Bardzo mocna dycha.
SHODAN
Billie Eilish - Happier Than Ever
U2 – Achtung Baby
Björk - Biophilia
Nie jestem pewien czy serio tak pisałem, czy mi się to przyśniło, ale jeśli kiedykolwiek stwierdzIłem, że mnie i shodana tu najwięcej dzieli muzycznie, to to stwierdzenie jest już nieaktualne. Nie tylko nie miałem większych problemów z selektą, a nawet parę rzeczy odrzuciłem. Ostatecznie na pewno pochwalę ciągle dobry album Billie Ajlisz, irlandczyków z U2, którzy nadal nie są w pełni moją bajką, ale nagrali ostatecznie Love is Blindless oraz Bjork, bo nie widzę racjonalnych powodów, by nie propsować Bjork.
Odrzuciłem niezłego Wilsona, bo jednak nie do końca moja rzecz i Haelos, które byłoby czwarte - powiedzmy, że chciałem uniknąć recency biasu. xd Pozostałe rzeczy wchodziły mi raz lepiej, raz gorzej, aczkolwiek spodziewałem się, że Massive Attack będzie mi się bardziej podobało xD
MELKI
Ozric Tentacles - Erpland
Honorable mention dla naszego zapominalskiego koleżki. Sam jestem zdziwiony pisząc o nim w kontekście forumowych zabaw w 2025, ale faktem jest, że partycypował przez 4 edycje, więc niech chociaż ma tę wzmiankę. Z tych czterech płyt pozwolę sobie wybrać jedną. Odrzucę na pewno panią grającą na harfie, bo mnie jednak wynudziła, The Orb bo nie pamiętam tej płyty prawie w ogóle oraz Jethro Tull, bo chyba nie chce mi się śpiewać piosenek o gotowaniu strawy z kretów i liści w lecie, chociaż płyta jest dobra. Co zostało? Ano, zostało całkiem fajne i klimatyczne granie.
HIEN
no-man – ((speak))
Peter Gabriel - Up
Talk Talk - Laughing Stock
Niby munlupizm to nie zawsze moja bajka bla bla bla, niby coś tam, niby szwedes-rwetes, ale przeglądam sobie rzeczy wrzucone przez Kubę i jak sobie tak o nich myślę, to mam takie: DAMN, FAJNE TO W SUMIE BYŁO. Ostatecznie wyselektowałem powyższą trójkę, składającą się z WIELKICH nazw i płyt WIELKICH. Co bym nie mówił o nie-menie, to ((speak)) jest po prostu ładne, przyjemne i komfortowe plus mam do tej płyty duży sentyment, więc musiała się tu znaleźć. Gabriel jak to Gabriel - dorosłem do stwierdzenia, że to wielki artysta, a Up jest jednym z jego bardziej niesłusznie niedocenianych osiągnięć. Cudowna płyta, wracałem do niej. No i pan Talk Talk, tu w sumie nie wiem czy muszę coś dodawać - czyste PIĘKNO i DOBRO i jedna z najładniejszych rzeczy, które powstały w szeroko pojętej muzyce rozrywkowej.
Bardzo blisko trójki był Pavement - lubię się z nim coraz bardziej, ale trochę za mocna konkurencja. Mansun też wspominam nieźle, nawet jeśli relatywnie rzadko wracam. Było też parę łyżeczek dziegciu - Tears for Fears to raczej dla mnie ciekawostka (aż słyszałem o wiele gorsze comebacki), parę "typowych" munlupizmów typu Fink mi nie siadło, trochę zawiodłem się na Nine Horses, ale generalnie minusy nie przesłaniają plusów.
MURZYN
A Tribe Called Quest - The Low End Theory
The Notorious B.I.G. - Life After Death
Grace Jones - Slave to the Rhythm
Gdybym miał wybierać partycypanta, który miał na mnie największy wpływ w tej edycji tej zabawy, to byłby to bez wątpienia nasz czarny brat, który podszkolił nas, biednych białasów, w kwestiach tego co to jest rytm, groove i coś tam jeszcze, bo zapomniałem. Trajby niby znałem wcześniej, ale przypomniałem sobie o tym, jaka dobra, fajna i PRZYJEMNA jest ta muzyka, jeden z bardziej komfortowych wykonawców jakich znam. BIGGIE to jedna z tych zajawek, co do których sam jestem zdziwiony, że aż tak mi zaskoczyła, ale to serio było największe odkrycie w toku tej zabawy od samiuśkiego jej początku i płyta która rozwaliła mój mózg. Wybitne dzieło, do tej pory pamiętam noce spędzone na katowaniu jej i pisaniu tego grafomańskiego eseju na jej cześć (może dlatego, żę to był dziwny okres w moim życiu). xd Stawkę zamyka niemniej genialna i wspaniała Grace Jones, do której też zabierałem się jak pies do jeża, ale cieszę się, że odkryłem ją późno niż wcale. Te trzy płyty to są dokładnie te rzeczy, których w muzyce szukam i Murzyn trafił w mój gust jak deszcz pod rynnę czy coś.
A co poza tym? Post factum stwierdzam, że ta Jessie Ware nie była taka zła. Na pewno blisko listy było Mobb Depp, ale to nie jest aż taki poziom zajawki, tak samo jak brat kolegi Jacka. W sumie jak se przeglądam propozycje Jacka, to ciężko mi cokolwiek skrytykować, może Katy B to nie moja bajka i praktycznie nie wracam, ale też nie uważam, by to była jakaś zła płyta. Liczę na szybki powrót..
DEV
China Crisis - Diary of a Hollow Horse
Bomb the Bass - Clear
Ladytron - Gravity the Seducer
Wyżej posłodziłem, to teraz ponarzekam, bo najwyraźniej wyewoluowałem w takim kierunku, że propozycje Adriana w dużej mierze okazały się być nie dla mnie. Sorki nie sorki, nie ukrywam, że dużą część tych płyt zmęczyłem, na wielu z nich znajdowałem tylko jakieś fragmenty, niby niektóre nie były nawet złe, ale po prostu solowe rzeczy typa z Black to nie była do końca moja bajka. W sumie nawet ejtisowe synthpopy mi nie zaskoczyły, ale tak to jest jak się wrzuca Alphaville inne niż z debiutu. xd
Ale zamiast pluć jadem, napiszę coś o tych paru płytach, które jakoś tam utkwiły w mojej pamięci i nawet w tejże zostały. CHINA CRISIS pamiętam jako fajne - nic wielkiego, ale zbiór przyjemnych piosenek, które mogłyby znaleźć się na soundtracku do wiadomo której części GTA. Szanuję. Bomb The Bass było fajną płyta, która na dodatek wstrzeliła się czasowo, bo jakoś tak pasowała mi do ówczesnej aury za oknem (słuchałem jej latem 2 lata temu) i było tam naprawdę spoko Tidal Wave. Stawę zamyka zaskakująco dobry Ladytron.
DRAGON
King Crimson - Islands
Andy Stott - Too Many Voices
Susumu Yokota - Sakura
U Musiała dopychałem butem, tutaj znowu mam problem bogactwa, bo musiałem odrzucać - z buta z topowej piątki wypchnąłem vdGG. Już wystarczy, że pokonali Murzyna… Ale żarty na bok. King Crimson w pięknym, słusznym, sprawiedliwym i zbawiennym wydaniu. O tym jak piękna i dobra płyta już pisałem w swoim czasie, nie widzę potrzeby się powtarzać, bo zdania nie zmieniłem i prędko nie zmienię. Andy Stott w swoim czasie często u mnie gościł na głośnikach/słuchawkach - w swoim czasie raczej nie doceniałem, teraz udało się wgryźć w te dziwactwa. No i YOKOTA, kolejny dowód na to, że japończycy zamiast robić animacje powinni robić muzykę, bo tam udaje się im być dziwnym bez bycia niezręcznym. Cudowna, oryginalna płyta.
A co jeszcze wyleciało poza vdGG? NA PEWNO NIE KURY hehe. Auscultation, chociaż powrót po czasie nie był aż tak przyjemny (aczkolwiek zrzucam to na ówczesną "dyspozycję dnia). Auteche, Kraftwerk i Schulze byli świetni, ale nie na tyle, by się dostać do topowej trójki, ale to bardziej kwestia mocnej konkurencji. Bardzo mocna dycha.
SHODAN
Billie Eilish - Happier Than Ever
U2 – Achtung Baby
Björk - Biophilia
Nie jestem pewien czy serio tak pisałem, czy mi się to przyśniło, ale jeśli kiedykolwiek stwierdzIłem, że mnie i shodana tu najwięcej dzieli muzycznie, to to stwierdzenie jest już nieaktualne. Nie tylko nie miałem większych problemów z selektą, a nawet parę rzeczy odrzuciłem. Ostatecznie na pewno pochwalę ciągle dobry album Billie Ajlisz, irlandczyków z U2, którzy nadal nie są w pełni moją bajką, ale nagrali ostatecznie Love is Blindless oraz Bjork, bo nie widzę racjonalnych powodów, by nie propsować Bjork.
Odrzuciłem niezłego Wilsona, bo jednak nie do końca moja rzecz i Haelos, które byłoby czwarte - powiedzmy, że chciałem uniknąć recency biasu. xd Pozostałe rzeczy wchodziły mi raz lepiej, raz gorzej, aczkolwiek spodziewałem się, że Massive Attack będzie mi się bardziej podobało xD
MELKI
Ozric Tentacles - Erpland
Honorable mention dla naszego zapominalskiego koleżki. Sam jestem zdziwiony pisząc o nim w kontekście forumowych zabaw w 2025, ale faktem jest, że partycypował przez 4 edycje, więc niech chociaż ma tę wzmiankę. Z tych czterech płyt pozwolę sobie wybrać jedną. Odrzucę na pewno panią grającą na harfie, bo mnie jednak wynudziła, The Orb bo nie pamiętam tej płyty prawie w ogóle oraz Jethro Tull, bo chyba nie chce mi się śpiewać piosenek o gotowaniu strawy z kretów i liści w lecie, chociaż płyta jest dobra. Co zostało? Ano, zostało całkiem fajne i klimatyczne granie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zanim wjadę sam z jakimś podsumowaniem podrzucam zestawienie drugiej dziesiątki dla ułatwienia:
Kolejka 11.
66. Tears for Fears – The Tipping Point (munlup)
67. A Tribe Called Quest - The Low End Theory (Murzyn)
68. Blacklist - Midnight of the Century (dev)
69. Auscultation - L'étreinte imaginaire (Dragon)
70. Ozric Tentacles - Erpland (Melki)
71. Billie Eilish - Happier Than Ever (Wujas)
72. Big Black - Songs About Fucking
(mentos)
Kolejka 12.
73. Alphaville - Afternoons in Utopia (dev)
74. Jessie Ware - Glasshouse (Murzyn)
75. no-man – ((speak)) (munlup)
76. Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (Dragon)
77. a-ha - East of the Sun, West of the Moon (Wujas)
78. Television - Marquee Moon (mentos)
79. Jethro Tull - Songs from the Wood (Melki)
Kolejka 13.
80. Junior Boys - Last Exit (Dragon)
81. The Notorious B.I.G. - Life After Death (Murzyn)
82. David Sylvian – Dead Bees on a Cake
(munlup)
83. Bomb the Bass - Clear (dev)
84. The Orb - Orbvs Terrarvm (Melki)
85. U2 – Achtung Baby (Wujas)
86. Coil - The Ape of Naples (mentos)
Kolejka 14.
87. China Crisis - Diary of a Hollow Horse (dev)
88. King Crimson - Islands (Dragon)
89. Common - Be (Murzyn)
90. London Grammar - Californian Soil (Wujas)
91. Peter Gabriel - Melt (mentos)
92. Arianna Savall - Peiwoh (Melki)
93. Mansun - Attack of the Grey Lantern (munlup)
Kolejka 15.
94. Röyksopp - Melody A.M. (Murzyn)
95. Peter Gabriel - Up (munlup)
96. Klaus Schulze - Body Love (Dragon)
97. Massive Attack - 100th Window (Wujas)
98. Black - Blind Faith (dev)
99. France Gall - Babacar (mentos)
Kolejka 16.
100. Katy B - Little Red (Murzyn)
101. Talk Talk - Laughing Stock (munlup)
102. Andy Stott - Too Many Voices (Dragon)
103. Pixies - Doolittle (mentos)
104. Sin Cos Tan - Afterlife (dev)
105. Ariana Grande - Dangerous Woman (Wujas)
Kolejka 17.
106. Reno - 50/50 (Murzyn)
107. Nine Horses - Snow Borne Sorrow (munlup)
108. Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts (Dragon)
109. Cher - Believe (dev)
110. Suzanne Vega - Solitude Standing (mentos)
111. Robbie Williams - Escapology (Wujas)
Kolejka 18.
112. Kury - P.O.L.O.V.I.R.U.S (Dragon)
113. Ladytron - Gravity the Seducer (dev)
114. Pavement - Brighten the Corners (munlup)
115. Steven Wilson – The Harmony Codex (Wujas)
116. Charles Mingus – The Black Saint And The Sinner Lady (mentos)
117. Grace Jones - Slave to the Rhythm (Murzyn)
Kolejka 19.
118. Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window (mentos)
119. Susumu Yokota - Sakura (Dragon)
120. Mobb Deep - Hell On Earth (Murzyn)
121. Bomb The Bass - Future Chaos (munlup)
122. Björk - Biophilia (Wujas)
123. Colin Vearncombe - The Accused (dev)
Kolejka 20.
124. David Axelrod - Song of Innocence (Murzyn)
125. Fink - Biscuits for Breakfast (munlup)
126. Perry Blake - Songs for Someone (dev)
127. Autechre - Untilted (Dragon)
128. Haelos - Full Circle (Wujas)
129. Charli XCX - Brat (mentos)
Kolejka 11.
66. Tears for Fears – The Tipping Point (munlup)
67. A Tribe Called Quest - The Low End Theory (Murzyn)
68. Blacklist - Midnight of the Century (dev)
69. Auscultation - L'étreinte imaginaire (Dragon)
70. Ozric Tentacles - Erpland (Melki)
71. Billie Eilish - Happier Than Ever (Wujas)
72. Big Black - Songs About Fucking
(mentos)
Kolejka 12.
73. Alphaville - Afternoons in Utopia (dev)
74. Jessie Ware - Glasshouse (Murzyn)
75. no-man – ((speak)) (munlup)
76. Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (Dragon)
77. a-ha - East of the Sun, West of the Moon (Wujas)
78. Television - Marquee Moon (mentos)
79. Jethro Tull - Songs from the Wood (Melki)
Kolejka 13.
80. Junior Boys - Last Exit (Dragon)
81. The Notorious B.I.G. - Life After Death (Murzyn)
82. David Sylvian – Dead Bees on a Cake
(munlup)
83. Bomb the Bass - Clear (dev)
84. The Orb - Orbvs Terrarvm (Melki)
85. U2 – Achtung Baby (Wujas)
86. Coil - The Ape of Naples (mentos)
Kolejka 14.
87. China Crisis - Diary of a Hollow Horse (dev)
88. King Crimson - Islands (Dragon)
89. Common - Be (Murzyn)
90. London Grammar - Californian Soil (Wujas)
91. Peter Gabriel - Melt (mentos)
92. Arianna Savall - Peiwoh (Melki)
93. Mansun - Attack of the Grey Lantern (munlup)
Kolejka 15.
94. Röyksopp - Melody A.M. (Murzyn)
95. Peter Gabriel - Up (munlup)
96. Klaus Schulze - Body Love (Dragon)
97. Massive Attack - 100th Window (Wujas)
98. Black - Blind Faith (dev)
99. France Gall - Babacar (mentos)
Kolejka 16.
100. Katy B - Little Red (Murzyn)
101. Talk Talk - Laughing Stock (munlup)
102. Andy Stott - Too Many Voices (Dragon)
103. Pixies - Doolittle (mentos)
104. Sin Cos Tan - Afterlife (dev)
105. Ariana Grande - Dangerous Woman (Wujas)
Kolejka 17.
106. Reno - 50/50 (Murzyn)
107. Nine Horses - Snow Borne Sorrow (munlup)
108. Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts (Dragon)
109. Cher - Believe (dev)
110. Suzanne Vega - Solitude Standing (mentos)
111. Robbie Williams - Escapology (Wujas)
Kolejka 18.
112. Kury - P.O.L.O.V.I.R.U.S (Dragon)
113. Ladytron - Gravity the Seducer (dev)
114. Pavement - Brighten the Corners (munlup)
115. Steven Wilson – The Harmony Codex (Wujas)
116. Charles Mingus – The Black Saint And The Sinner Lady (mentos)
117. Grace Jones - Slave to the Rhythm (Murzyn)
Kolejka 19.
118. Cardiacs - A Little Man and a House and the Whole World Window (mentos)
119. Susumu Yokota - Sakura (Dragon)
120. Mobb Deep - Hell On Earth (Murzyn)
121. Bomb The Bass - Future Chaos (munlup)
122. Björk - Biophilia (Wujas)
123. Colin Vearncombe - The Accused (dev)
Kolejka 20.
124. David Axelrod - Song of Innocence (Murzyn)
125. Fink - Biscuits for Breakfast (munlup)
126. Perry Blake - Songs for Someone (dev)
127. Autechre - Untilted (Dragon)
128. Haelos - Full Circle (Wujas)
129. Charli XCX - Brat (mentos)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja tym razem nie będę się bawił w łuskanie po X płyt od każdego z Was z jednego prostego powodu - w tej drugiej dziesiątce rzeczy które znalazłyby się w kręgu mojego zainteresowania było niestety o wiele mniej. Ale chwilami były też rzeczy które wynosiły poziom tej zabawy na wyżyny jej wyżyn że tak powiem. Z racji tego zróżnicowania postanowiłem podzielić wzmianki albumowe w tym podsumowaniu wg poziomu mego zachwytu.
I będę startował z samego szczytu ku tym mniej istotnym wrzutom.
Talk Talk - Laughing Stock (Hien)
Bezapelacyjnie u mnie to było najważniejsze odkrycie nie tylko tej drugiej dyszki ale i tej zabawy od samego jej startu. Naprawdę byłem zaskoczony jak po moim rozczarowaniu utworową wrzutą ze Spirit of Eden byłem przekonany że nie polubię się nigdy mocniej z tym zespołem a tymczasem Laughing Stock kupiło mnie absolutnie. Być może kwestia dyspozycji dnia czy tygodnia w jakim wleciało I Believe In You sprawiła że lekką ręką odrzuciłem ich muzykę, dziś myślę sobie że będzie trzeba nadrobić jeszcze i Spirit of Eden i Colour of Spring i może nawet Hollisa solowego który zachwycił mnie w depeszwizji. Wracając do LS jednak - tu po prostu nie ma złych numerów a część z nich brzmi jak wykonane wg wzorca który odkryłem dopiero dzięki bestkom, to jak bardzo lubię długie, monotonne numery które trzymają pewien ciepły acz melancholijny klimat, przekonała mnie do tego Gillian Welsh, David Sylvian a teraz Talk Talk. Cieszę się że znalazłem w tych munlupizmach coś dla siebie, Laughing Stock to muzyka jak żadna inna, z niepodrabialnym Hollisem na wokalu którego wcześniej nie lubiłem jakoś zbytnio, tak naprawdę trudno powiedzieć co tu się do cholery odwaliło ale pokochałem tą płytę całym sobą i gdybym dziś miał układać sobie płyty do bestki ten miałby u mnie gwarantowane miejsce w drugiej albo nawet pierwszej dziesiątce najważniejszych płyt w życiu. Nie będę się rozpisywał bo myślę że munlup jak i każdy fan tej płyty wie za co ja można cenić, tak zwyczajnie po ludzku jeszcze raz - dziękuję za tą wrzutę.
Ok mili państwo, to był wierzchołek, Mount Everest tej bestki dla mnie póki co ale były też płyty wciąż bardzo dobre które moim zdaniem warto wspomnieć i do których myślę wracać w całości a należą do nich:
Peter Gabriel - Up (Hien)
To było też spore zaskoczenie bo jakoś jestem zbiasowany i zwykle nie spodziewam się po pewnych wielkich artystach z lat 80. że potrafią mieć takie dobre comebacki i nagrywać tak dobre albumy lata po swoich komercyjnych sukcesach. Doskonały wokalnie Peter Gabriel, świetna produkcja i piosenki gdzie oprócz takich oczywistych "gabrielizmów" jak Sky Blue można zaskoczyć się takimi numerami jak Growing Up czy The Barry Williams Show. Mocne otwarcie płyty, równie mocne zakończenie (na przedostatnim utworze!) i skromny spokojny epilog, podoba mi się budowa tego albumu. Może na razie nie wracałem do tej płyty jak zdarzało mi się do LS ale jest długa i nasyciłem się nią gdy ją omawialiśmy, na pewno będzie czas że poleci w całości.
Susumu Yokota - Sakura (Dragon)
Zimą mieliśmy niewątpliwą przyjemność zatopić się w smoczych ambientach rodem z kraju kwitnącej wiśni. Muzyka Yokoty na tym albumie przynajmniej ma dla mnie taki duchologiczny pierwiastek w sobie, a może to bardziej pewna liminalność? Słuchając jej mam przed oczyma obrazy smutnych szaroburych miejskich przestrzeni gdzieś właśnie z przełomu lat 90. i 2000., czuję się jakbym był nastolatkiem i samotnie błądził pustymi ulicami mojego miasta w niedzielne popołudnie, sklepy pozamykane, ludzie siedzą w domach bo pogoda nijaka i mijam tylko puste chodniki wokół. Znów trochę jak w LS muzyka która jest jednocześnie ciepła, przytulna a zarazem nieco smutna, po prostu mocno nostalgiczna albo to tylko ja się robię nostalgiczny przy niej i wspominam dzieciństwo. Muzyka która jednocześnie daje mi komfort i zarazem odczuwam pewien dyskomfort przez miejsca do których mnie zabiera. To jest magia, wielka siła muzyki i ona działa na tej płycie. Nawet jeśli może nie wszystkie numery oddają ten klimat to nie wyobrażam sobie rozbierania tej płyty na kawałki, to też musi polecieć w całości gdy będzie odpowiednia pora. Chylę czoła, jak dla mnie najlepsza wrzuta Dragona od początku zabawy.
no-man - ((speak)) (Hien)
Kolejne heh - zaskoczenie - wydawać by się mogło że Kuba w tej dziesiątce nie robił nic tylko zaskakiwał mnie, często bardzo pozytywnie swoimi wrzutkami tak jak choćby tym że przekonał mnie jakoś choćby częściowo do no-man. ((speak)) poza faktem bycia albumem no-man który prejzowałem było istotne jeszcze z drugiego powodu - wyznaczało wejście na jakiś wyższy poziom w bestce albumowej dla mnie. Bo o ile może i pochwaliłem parę wrzutek Kuby z pierwszej dyszki (XTC, Nick Drake, trochę nie liczę Timberlake'a bo akurat znałem już) to tak naprawdę jakoś mocno nie wracałem a ((speak)) myślę jest płytą do której wracać będę w całości. Ponownie trochę jak u Yokoty mieszanka melancholii, ciepła i komfortu a z drugiej jakby czegoś niepokojącego, tak jak oddaje to okładka tej płyty - niby jakby park rozrywki, miłe wspomnienie dzieciństwa a z drugiej jednak całkiem wymarły, opustoszały albo już go nie ma - tylko szyld został, i nie ma tamtych ludzi, tamtego smaku gofrów czy oranżady, tylko liminalność i duchologia zostały. Płyta różnorodna a jednak z określonym klimatem i nie będę silił się na wyróżnianie fragmentów, to najlepiej konsumować w całości zwyczajnie.
Jeśli chodzi o albumy które zostaną ze mną po tej drugiej dyszce to z grubsza byłoby na tyle tak naprawdę. Ale na płytach które wrzucaliście zdarzało mi się też nieraz wyłuskać czasem pojedyncze numery które naprawdę przypadły mi do gustu czyli tzw. RODZYNKI i te również chciałbym wymienić i za nie podziękować a były to:
Television - See No Evil
oraz
Television - Marquee Moon
z albumu wrzucanego przez mintaja
David Sylvian - I Surrender
od Hiena
Bomb The Bass feat. Sinead O'Connor & Benjamin Zephaniah - Empire
z wrzuty deva
King Crimson - Islands
z płyty o tym samym tytule od Dragona
Nine Horses - The Banality of Evil
oraz
Bomb The Bass feat. Mark Lanegan - Black River
od Hiena
Wiem że w toku recek było więcej rzeczy chwalonych przeze mnie, były różne kawałki czy to U2, Charli XCX czy praktycznie prawie cały album Ladytron ale wracając do tego po czasie są one SPOKO choć pewnie nie wejdą do mojego kanonu jak te powyższe.
Miniona dyszka a właściwie te minione 2,5 roku z hakiem kiedy ją przerabialiśmy (aż dziw pomyśleć że pierwsza dycha poszła w rok, dziś nie wyobrażam sobie zaledwie tygodnia na omawianie jednej płyty) poza powyższymi płytami minęło mi też częściowo... poza tą bestką.
Lato minionego roku to był moment chwili oddechu po potężnym odbiciu się od albumu Pawn Hearts, jednakże nie ma tego złego bo próbując na wszelkie sposoby przekonać się do Van der Graaf Generator zacząłem sprawdzać inną ich twórczość i tym samym natrafiłem na album The Least We Can Do Is Wave To Each Other który to stopniowo mnie kupił począwszy od otwierającego go utworu który na fali mojej fascynacji wrzuciłem do depeszwizji aż po ostatni na płycie który potem zamieściłem w bestce utworowej. Nie wspominając o tym że szczęśliwym trafem szybko album ten trafił do mnie na półkę w postaci prezentu urodzinowego. To był złoty strzał i taki sygnał-pobudka że może czas trochę wyfrunąć z gniazda i poza bestką trochę jednak korzystać i szukać na własną rękę.
Podobną przygodę zaliczyłem następnie z Suzanne Vega, którą to artystkę próbował sprzedać nam mentos, kiedy jednak rzuciłem uchem na jej album Solitude Standing z bestki również się odbiłem i nie mogłem zrozumieć za cholerę CO TEN MENTOS W NIEJ SŁYSZY. Więc ponownie zacząłem szukać i grzebać i przesłuchiwać inne albumy i tak najpierw umiarkowanie spodobała mi się płyta Days of Open Hand (z której mentos później rzucił jednym numerem do bestki) a jeszcze bardziej kupiła mnie Suzanne swoim albumem Nine Objects of Desire. To był kolejny złoty strzał, album ten osłuchiwałem naprawdę długo i stopniowo się do niego przekonywałem, początkowo chwycił mnie singlowy Caramel którym nawet wygrałem edycję depeszwizji a potem kolejno polubiłem pozostałe numery. Nie wykluczam że jeszcze z tym albumem do Was kiedyś wrócę.
No i na koniec jakkolwiek może to głupio zabrzmi ale w minionym roku najwięcej słuchałem płyty... którą sam później wrzuciłem do bestki czyli albumu Hell On Earth grupy Mobb Deep po tym jak na początku roku trafiłem cedeka na lokalnej giełdzie płyt uznałem że to najlepszy pretekst by w końcu się zmierzyć porządnie z tą płytą bo podskórnie wiedziałem że ona ma to coś tylko nigdy porządnie do niej nie przysiadłem. No i było warto bo w końcu kliknęła na tyle że nie potrafiłem się oprzeć i się nią z Wami nie podzielić, nawet jeśli czułem że to nie jest materiał na forum Dewotis, zwłaszcza jak już wcześniej wleciał choćby taki Biggie.
Także tak to podsumowanie minionych 2,5 roku prezentuje się z mojej strony. Mogę powiedzieć że zarówno trafialiście w moje gusta rzadziej niż podczas tej pierwszej dyszki ale też kiedy już trafialiście do mnie to robiliście to z większą siłą niż wcześniej (no ok, tu jak widać zawyżyli loty głównie Hien i Dragon), daje mi to zawsze nadzieję że wciąż będziecie potrafili mnie czymś mocno pozytywnie zaskoczyć. Za każdy przytulony album czy kawałek serdecznie dziękuję a za złe słowa przepraszam - nie muszę się na wszystkim poznać.
I będę startował z samego szczytu ku tym mniej istotnym wrzutom.
Talk Talk - Laughing Stock (Hien)
Bezapelacyjnie u mnie to było najważniejsze odkrycie nie tylko tej drugiej dyszki ale i tej zabawy od samego jej startu. Naprawdę byłem zaskoczony jak po moim rozczarowaniu utworową wrzutą ze Spirit of Eden byłem przekonany że nie polubię się nigdy mocniej z tym zespołem a tymczasem Laughing Stock kupiło mnie absolutnie. Być może kwestia dyspozycji dnia czy tygodnia w jakim wleciało I Believe In You sprawiła że lekką ręką odrzuciłem ich muzykę, dziś myślę sobie że będzie trzeba nadrobić jeszcze i Spirit of Eden i Colour of Spring i może nawet Hollisa solowego który zachwycił mnie w depeszwizji. Wracając do LS jednak - tu po prostu nie ma złych numerów a część z nich brzmi jak wykonane wg wzorca który odkryłem dopiero dzięki bestkom, to jak bardzo lubię długie, monotonne numery które trzymają pewien ciepły acz melancholijny klimat, przekonała mnie do tego Gillian Welsh, David Sylvian a teraz Talk Talk. Cieszę się że znalazłem w tych munlupizmach coś dla siebie, Laughing Stock to muzyka jak żadna inna, z niepodrabialnym Hollisem na wokalu którego wcześniej nie lubiłem jakoś zbytnio, tak naprawdę trudno powiedzieć co tu się do cholery odwaliło ale pokochałem tą płytę całym sobą i gdybym dziś miał układać sobie płyty do bestki ten miałby u mnie gwarantowane miejsce w drugiej albo nawet pierwszej dziesiątce najważniejszych płyt w życiu. Nie będę się rozpisywał bo myślę że munlup jak i każdy fan tej płyty wie za co ja można cenić, tak zwyczajnie po ludzku jeszcze raz - dziękuję za tą wrzutę.
Ok mili państwo, to był wierzchołek, Mount Everest tej bestki dla mnie póki co ale były też płyty wciąż bardzo dobre które moim zdaniem warto wspomnieć i do których myślę wracać w całości a należą do nich:
Peter Gabriel - Up (Hien)
To było też spore zaskoczenie bo jakoś jestem zbiasowany i zwykle nie spodziewam się po pewnych wielkich artystach z lat 80. że potrafią mieć takie dobre comebacki i nagrywać tak dobre albumy lata po swoich komercyjnych sukcesach. Doskonały wokalnie Peter Gabriel, świetna produkcja i piosenki gdzie oprócz takich oczywistych "gabrielizmów" jak Sky Blue można zaskoczyć się takimi numerami jak Growing Up czy The Barry Williams Show. Mocne otwarcie płyty, równie mocne zakończenie (na przedostatnim utworze!) i skromny spokojny epilog, podoba mi się budowa tego albumu. Może na razie nie wracałem do tej płyty jak zdarzało mi się do LS ale jest długa i nasyciłem się nią gdy ją omawialiśmy, na pewno będzie czas że poleci w całości.
Susumu Yokota - Sakura (Dragon)
Zimą mieliśmy niewątpliwą przyjemność zatopić się w smoczych ambientach rodem z kraju kwitnącej wiśni. Muzyka Yokoty na tym albumie przynajmniej ma dla mnie taki duchologiczny pierwiastek w sobie, a może to bardziej pewna liminalność? Słuchając jej mam przed oczyma obrazy smutnych szaroburych miejskich przestrzeni gdzieś właśnie z przełomu lat 90. i 2000., czuję się jakbym był nastolatkiem i samotnie błądził pustymi ulicami mojego miasta w niedzielne popołudnie, sklepy pozamykane, ludzie siedzą w domach bo pogoda nijaka i mijam tylko puste chodniki wokół. Znów trochę jak w LS muzyka która jest jednocześnie ciepła, przytulna a zarazem nieco smutna, po prostu mocno nostalgiczna albo to tylko ja się robię nostalgiczny przy niej i wspominam dzieciństwo. Muzyka która jednocześnie daje mi komfort i zarazem odczuwam pewien dyskomfort przez miejsca do których mnie zabiera. To jest magia, wielka siła muzyki i ona działa na tej płycie. Nawet jeśli może nie wszystkie numery oddają ten klimat to nie wyobrażam sobie rozbierania tej płyty na kawałki, to też musi polecieć w całości gdy będzie odpowiednia pora. Chylę czoła, jak dla mnie najlepsza wrzuta Dragona od początku zabawy.
no-man - ((speak)) (Hien)
Kolejne heh - zaskoczenie - wydawać by się mogło że Kuba w tej dziesiątce nie robił nic tylko zaskakiwał mnie, często bardzo pozytywnie swoimi wrzutkami tak jak choćby tym że przekonał mnie jakoś choćby częściowo do no-man. ((speak)) poza faktem bycia albumem no-man który prejzowałem było istotne jeszcze z drugiego powodu - wyznaczało wejście na jakiś wyższy poziom w bestce albumowej dla mnie. Bo o ile może i pochwaliłem parę wrzutek Kuby z pierwszej dyszki (XTC, Nick Drake, trochę nie liczę Timberlake'a bo akurat znałem już) to tak naprawdę jakoś mocno nie wracałem a ((speak)) myślę jest płytą do której wracać będę w całości. Ponownie trochę jak u Yokoty mieszanka melancholii, ciepła i komfortu a z drugiej jakby czegoś niepokojącego, tak jak oddaje to okładka tej płyty - niby jakby park rozrywki, miłe wspomnienie dzieciństwa a z drugiej jednak całkiem wymarły, opustoszały albo już go nie ma - tylko szyld został, i nie ma tamtych ludzi, tamtego smaku gofrów czy oranżady, tylko liminalność i duchologia zostały. Płyta różnorodna a jednak z określonym klimatem i nie będę silił się na wyróżnianie fragmentów, to najlepiej konsumować w całości zwyczajnie.
Jeśli chodzi o albumy które zostaną ze mną po tej drugiej dyszce to z grubsza byłoby na tyle tak naprawdę. Ale na płytach które wrzucaliście zdarzało mi się też nieraz wyłuskać czasem pojedyncze numery które naprawdę przypadły mi do gustu czyli tzw. RODZYNKI i te również chciałbym wymienić i za nie podziękować a były to:
Television - See No Evil
oraz
Television - Marquee Moon
z albumu wrzucanego przez mintaja
David Sylvian - I Surrender
od Hiena
Bomb The Bass feat. Sinead O'Connor & Benjamin Zephaniah - Empire
z wrzuty deva
King Crimson - Islands
z płyty o tym samym tytule od Dragona
Nine Horses - The Banality of Evil
oraz
Bomb The Bass feat. Mark Lanegan - Black River
od Hiena
Wiem że w toku recek było więcej rzeczy chwalonych przeze mnie, były różne kawałki czy to U2, Charli XCX czy praktycznie prawie cały album Ladytron ale wracając do tego po czasie są one SPOKO choć pewnie nie wejdą do mojego kanonu jak te powyższe.
Miniona dyszka a właściwie te minione 2,5 roku z hakiem kiedy ją przerabialiśmy (aż dziw pomyśleć że pierwsza dycha poszła w rok, dziś nie wyobrażam sobie zaledwie tygodnia na omawianie jednej płyty) poza powyższymi płytami minęło mi też częściowo... poza tą bestką.
Lato minionego roku to był moment chwili oddechu po potężnym odbiciu się od albumu Pawn Hearts, jednakże nie ma tego złego bo próbując na wszelkie sposoby przekonać się do Van der Graaf Generator zacząłem sprawdzać inną ich twórczość i tym samym natrafiłem na album The Least We Can Do Is Wave To Each Other który to stopniowo mnie kupił począwszy od otwierającego go utworu który na fali mojej fascynacji wrzuciłem do depeszwizji aż po ostatni na płycie który potem zamieściłem w bestce utworowej. Nie wspominając o tym że szczęśliwym trafem szybko album ten trafił do mnie na półkę w postaci prezentu urodzinowego. To był złoty strzał i taki sygnał-pobudka że może czas trochę wyfrunąć z gniazda i poza bestką trochę jednak korzystać i szukać na własną rękę.
Podobną przygodę zaliczyłem następnie z Suzanne Vega, którą to artystkę próbował sprzedać nam mentos, kiedy jednak rzuciłem uchem na jej album Solitude Standing z bestki również się odbiłem i nie mogłem zrozumieć za cholerę CO TEN MENTOS W NIEJ SŁYSZY. Więc ponownie zacząłem szukać i grzebać i przesłuchiwać inne albumy i tak najpierw umiarkowanie spodobała mi się płyta Days of Open Hand (z której mentos później rzucił jednym numerem do bestki) a jeszcze bardziej kupiła mnie Suzanne swoim albumem Nine Objects of Desire. To był kolejny złoty strzał, album ten osłuchiwałem naprawdę długo i stopniowo się do niego przekonywałem, początkowo chwycił mnie singlowy Caramel którym nawet wygrałem edycję depeszwizji a potem kolejno polubiłem pozostałe numery. Nie wykluczam że jeszcze z tym albumem do Was kiedyś wrócę.
No i na koniec jakkolwiek może to głupio zabrzmi ale w minionym roku najwięcej słuchałem płyty... którą sam później wrzuciłem do bestki czyli albumu Hell On Earth grupy Mobb Deep po tym jak na początku roku trafiłem cedeka na lokalnej giełdzie płyt uznałem że to najlepszy pretekst by w końcu się zmierzyć porządnie z tą płytą bo podskórnie wiedziałem że ona ma to coś tylko nigdy porządnie do niej nie przysiadłem. No i było warto bo w końcu kliknęła na tyle że nie potrafiłem się oprzeć i się nią z Wami nie podzielić, nawet jeśli czułem że to nie jest materiał na forum Dewotis, zwłaszcza jak już wcześniej wleciał choćby taki Biggie.
Także tak to podsumowanie minionych 2,5 roku prezentuje się z mojej strony. Mogę powiedzieć że zarówno trafialiście w moje gusta rzadziej niż podczas tej pierwszej dyszki ale też kiedy już trafialiście do mnie to robiliście to z większą siłą niż wcześniej (no ok, tu jak widać zawyżyli loty głównie Hien i Dragon), daje mi to zawsze nadzieję że wciąż będziecie potrafili mnie czymś mocno pozytywnie zaskoczyć. Za każdy przytulony album czy kawałek serdecznie dziękuję a za złe słowa przepraszam - nie muszę się na wszystkim poznać.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup