Best of Forum VII
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Young MC - Know How
Murzyński dostarcza! Zarówno ciekawą historię jak i ciekawą muzykę. A może historia jest nawet ciekawsza? A muzyka dalej jeszcze bardziej? Generalnie zacznę od tego, że gdybym miał okazję w tamtym czasie być w Londynie, to wszelką kasę wydałbym na każdą nieoficjalną kompilację z muzyką jaką wciskałby mi KTOKOLWIEK, dosłownie, ważne, że stamtąd. W 2019 nawet na Camden nie widziałem takich handlarzy. Z jednej strony trochę zazdro z experiencu, z drugiej... Dobrze chociaż, że numer się "znalazł", bo jest to bardzo fajny kawałek. Dla mnie to jest taki hip hop/funk podlany wręcz popowym sosem, wydaje mi się, że tego typu rzeczy muzycznie były bardzo popularne na przełomie lat 80. i 90. na szeroko pojętym Zachodzie, weźmy taką Neneh Cherry i jej Buffalo Stance, zresztą, połowa debiutu Bomb the Bass brzmi podobnie (minus czarnoskóry typ na wokalu). Z jednej strony nie jestem targetem, z drugiej jednak wyjątkowo przyjemnie wchodzą te nuty, nie będę ukrywał. Nóżka pochodziła, łeb się pokiwał. Dobra rzecz!
Scatman John - Hey You!
Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś już słyszałem ten numer i to w tej właśnie wersji. Więc chyba to nie było z drugiego albumu Larkina? Scatmana oczywiście znam, ciężko go nie znać, jak się człowiek urodził na progu najntisów w tym jakże pięknym kraju. Faktycznie, jakoś przez mgłę kojarzę, że typ miał tutaj status kultowy po wydaniu raptem jednego singla, z czego to wynikało? NIE WIEM. Może ktoś nawet pracę doktorską na temat tego fenomenu napisał, na pewno nie byłem to jednak ja. Muszę się jednakowoż podpisać nieco pod przedmówcami, zwłaszcza pod Jacą - człowiek słyszał jeden kawałek, to słyszał je wszystkie. Jakoś tak parę dni temu jak akurat jechałem pociągiem wokół Łodzi, postanowiłem z czystej nostalgii przypomnieć sobie inne jego numery i, no, trochę jak z debiutem Eiffel 65, tzn. ze 3 kawałki się wyróżni, pozostałe to iteracje tychże 3, których można zrobić po 30 od każdego. Oryginalny Scatman na zawsze w serduszku (co za wspaniały wideoklip!), zaś Scatman's World najbardziej z jakiegoś powodu pamiętam w wersji ze Smerfnych Hitów. Słuchało się, ale to jest już teraz tylko taki głos przeszłości. Niemniej jednak słuchany o tej porze roku aż wzywa do Mielna... Nostalgia odpalona.
Kraftwerk - Spacelab
Dayum, ze wszystkich numerów z tej jakże dobrej przecież płyty wleciał ten... najsłabszy xD Niestety i tutaj podpiszę się pod słowami Jacy, Spacelab mnie... nudzi. Wersja 3D, którą od prawie dekady katują na koncertach szczęśliwie dodaje trochę głębi brzmieniowej, ale nadal wielkiego szału tu nie będzie. W sensie... czemu ten numer jest taki diabolicznie długi? Mógłby z powodzeniem być krótszy o połowę i nikt by nie ucierpiał. Dobrze się sprawdza jako muzyka tła, ale porywać nie porywa. Choć rozumiem background wrzucającego, to też nie jestem w stanie go, hmmm, kupić do końca. Może faktycznie jest kosmicznie, ale chyba wolę Elektrownię poruszającą się po ziemi, dowolnym środkiem transportu (w sumie to nie nagrali tylko płyty poświęconej samolotom lol, no i statkom. Ciekawe, jak by im wyszły...). Nie czuję się tutaj jakoś mocno porwany, zdecydowanie pan Uznański-Wiśniewski poleciał i wrócił beze mnie.
Petr Kotvald - Milujem Se Čím Dál Víc
Wow, czechosłowackiego (wtedy jeszcze hehe) nowofalowego popu początku lat 90. to jeszcze nie słyszałem v mém životě. Ciekawe, zdarzyło mi się już słyszeć tyle numerów zaśpiewanych w tylu europejskich (i nie tylko) językach, a po czesku nie słyszałem chyba jeszcze nic tak świadomie. Nie należę do czechofilów spod znaku pewnego redaktora o imieniu Mariusz a nazwisku Szczygieł (wręcz kisnę z "polskiej czechofilii" zważywszy na fakt, iż Czesi mają w Polaków wyrąbane), ale może to kwestia specyficznego mojego miejsca dorastania. Z miasta Łodzi jest bowiem wszędzie tak samo blisko i tak samo daleko, żadnych okazjonalnych wypadów za granicę, żadnego przyjmowania sąsiedzkiej kultury transgranicznej przez osmozę, tylko smutna, szara Kongresówka i jedna, w miarę normalna droga gdziekolwiek indziej - na Śląsk, jednak po co tam jeździć. W Czechach byłem parę razy, Pragę widziałem, ale raz i dawno temu, bardziej od knedliczków wolę ich słodycze, zwłaszcza firmy Orion, przepadam za Kofolą, mają ciekawą kolej. Z chęcią wybrałbym się raz jeszcze, mogę nawet słuchając tego numeru. Czy tego wykonawcy, bo sprawdziłem jeszcze parę rzeczy i brzmią interesująco. Więc czemu nie? Ahoj!
Murzyński dostarcza! Zarówno ciekawą historię jak i ciekawą muzykę. A może historia jest nawet ciekawsza? A muzyka dalej jeszcze bardziej? Generalnie zacznę od tego, że gdybym miał okazję w tamtym czasie być w Londynie, to wszelką kasę wydałbym na każdą nieoficjalną kompilację z muzyką jaką wciskałby mi KTOKOLWIEK, dosłownie, ważne, że stamtąd. W 2019 nawet na Camden nie widziałem takich handlarzy. Z jednej strony trochę zazdro z experiencu, z drugiej... Dobrze chociaż, że numer się "znalazł", bo jest to bardzo fajny kawałek. Dla mnie to jest taki hip hop/funk podlany wręcz popowym sosem, wydaje mi się, że tego typu rzeczy muzycznie były bardzo popularne na przełomie lat 80. i 90. na szeroko pojętym Zachodzie, weźmy taką Neneh Cherry i jej Buffalo Stance, zresztą, połowa debiutu Bomb the Bass brzmi podobnie (minus czarnoskóry typ na wokalu). Z jednej strony nie jestem targetem, z drugiej jednak wyjątkowo przyjemnie wchodzą te nuty, nie będę ukrywał. Nóżka pochodziła, łeb się pokiwał. Dobra rzecz!
Scatman John - Hey You!
Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś już słyszałem ten numer i to w tej właśnie wersji. Więc chyba to nie było z drugiego albumu Larkina? Scatmana oczywiście znam, ciężko go nie znać, jak się człowiek urodził na progu najntisów w tym jakże pięknym kraju. Faktycznie, jakoś przez mgłę kojarzę, że typ miał tutaj status kultowy po wydaniu raptem jednego singla, z czego to wynikało? NIE WIEM. Może ktoś nawet pracę doktorską na temat tego fenomenu napisał, na pewno nie byłem to jednak ja. Muszę się jednakowoż podpisać nieco pod przedmówcami, zwłaszcza pod Jacą - człowiek słyszał jeden kawałek, to słyszał je wszystkie. Jakoś tak parę dni temu jak akurat jechałem pociągiem wokół Łodzi, postanowiłem z czystej nostalgii przypomnieć sobie inne jego numery i, no, trochę jak z debiutem Eiffel 65, tzn. ze 3 kawałki się wyróżni, pozostałe to iteracje tychże 3, których można zrobić po 30 od każdego. Oryginalny Scatman na zawsze w serduszku (co za wspaniały wideoklip!), zaś Scatman's World najbardziej z jakiegoś powodu pamiętam w wersji ze Smerfnych Hitów. Słuchało się, ale to jest już teraz tylko taki głos przeszłości. Niemniej jednak słuchany o tej porze roku aż wzywa do Mielna... Nostalgia odpalona.
Kraftwerk - Spacelab
Dayum, ze wszystkich numerów z tej jakże dobrej przecież płyty wleciał ten... najsłabszy xD Niestety i tutaj podpiszę się pod słowami Jacy, Spacelab mnie... nudzi. Wersja 3D, którą od prawie dekady katują na koncertach szczęśliwie dodaje trochę głębi brzmieniowej, ale nadal wielkiego szału tu nie będzie. W sensie... czemu ten numer jest taki diabolicznie długi? Mógłby z powodzeniem być krótszy o połowę i nikt by nie ucierpiał. Dobrze się sprawdza jako muzyka tła, ale porywać nie porywa. Choć rozumiem background wrzucającego, to też nie jestem w stanie go, hmmm, kupić do końca. Może faktycznie jest kosmicznie, ale chyba wolę Elektrownię poruszającą się po ziemi, dowolnym środkiem transportu (w sumie to nie nagrali tylko płyty poświęconej samolotom lol, no i statkom. Ciekawe, jak by im wyszły...). Nie czuję się tutaj jakoś mocno porwany, zdecydowanie pan Uznański-Wiśniewski poleciał i wrócił beze mnie.
Petr Kotvald - Milujem Se Čím Dál Víc
Wow, czechosłowackiego (wtedy jeszcze hehe) nowofalowego popu początku lat 90. to jeszcze nie słyszałem v mém životě. Ciekawe, zdarzyło mi się już słyszeć tyle numerów zaśpiewanych w tylu europejskich (i nie tylko) językach, a po czesku nie słyszałem chyba jeszcze nic tak świadomie. Nie należę do czechofilów spod znaku pewnego redaktora o imieniu Mariusz a nazwisku Szczygieł (wręcz kisnę z "polskiej czechofilii" zważywszy na fakt, iż Czesi mają w Polaków wyrąbane), ale może to kwestia specyficznego mojego miejsca dorastania. Z miasta Łodzi jest bowiem wszędzie tak samo blisko i tak samo daleko, żadnych okazjonalnych wypadów za granicę, żadnego przyjmowania sąsiedzkiej kultury transgranicznej przez osmozę, tylko smutna, szara Kongresówka i jedna, w miarę normalna droga gdziekolwiek indziej - na Śląsk, jednak po co tam jeździć. W Czechach byłem parę razy, Pragę widziałem, ale raz i dawno temu, bardziej od knedliczków wolę ich słodycze, zwłaszcza firmy Orion, przepadam za Kofolą, mają ciekawą kolej. Z chęcią wybrałbym się raz jeszcze, mogę nawet słuchając tego numeru. Czy tego wykonawcy, bo sprawdziłem jeszcze parę rzeczy i brzmią interesująco. Więc czemu nie? Ahoj!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z tym "słyszałem jedno, słyszałem wszystko", to bym tak nie szalał, czego przykładem jest choćby "Lebanon" z drugiej płyty, i kilka innych. Generalnie, to bym unikał takich stwierdzeń, jeśli ktoś tych albumów nie słuchał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Young MC - Know How
Lubię takie niespodzianki od Murzyna, bo niby znowu hip-hop i znowu starszy, ale kiedy człowiek myślał, że słyszał wszystko (bo słyszał jedno), to nagle wlatuje takie „Know How” i biblioteka ciekawych znalezisk się powiększa. Przede wszystkim doskonały rap, nie dość że technicznie dobry, to jeszcze z jajem i jakąś energią, a nie smęceniem ala polacy robacy. Bit bardzo klasyczny, więc wiadomo, że mi się podoba. Zazdroszczę Murzynowi takich wspomnień z UK, w końcu nie codziennie stoisz z piratami, a tu idzie Jaca z Bełchatowa. Ale serio, to naprawdę fajna historia i udzielają się te obrazy, kiedy słucha się numeru. Słyszycie to? To samplowany dźwięk ludzi śpiewających o Jacku przy ognisku.
Warrington-Runcorn New Town Development Plan - Gateway to the North
Parę miesięcy temu, usłyszałem od Musiała słowo „brutalizm” jakieś 40 razy w ciągu godziny, więc na ten jeden raz więcej jestem już obojętny. Fajnie się czytało te wrzutę, w końcu Musiał zapodał nam jakaś interesującą treść, która nie jest tylko przeklejoną wikipedią. I generalnie bardzo się ciesze, że Musiał ma takie skojarzenia z tą muzyką, bo ja na przykład w ogóle nie mam. Kiedy czytam te opisy, gra mi w uszach coś zupełnie innego, więc niestety zostaje ocenić ten fragment na sucho, a na sucho, no jest to fragment elektroniki z wieloma filtrami VHS. Taki fragment jakich niestety jest wiele.
Kraftwerk - Spacelab
Nawet przez moment żałowałem, że nie byłem na Kraftwerk w tym roku, ale jak zobaczyłem, że nie grali Computer Love, to tylko śmiechłem i machnąłem ręką. Ale takiego „Spacelab” nie widziałem, a jest to kawałek, który lubię. Oczywiście, urzeka mnie prostota starych syntezatorów i minimalizm kompozycji. Powiem nawet, że jak ileśtam lat temu wróciłem do tego kawałka po dłuższym czasie, to byłem zaskoczony, że nie był nawet bardziej minimal, ale to dobrze. Jest akurat. Jest w tym kosmos, a jak niektórzy wiedzą, jestem łasy na kosmos, a zwłaszcza na podaną po kosmicznemu elektronikę. W sumie no łatwa pochwała, ale wciąż pochwała.
Petr Kotvald - Milujem se čím dál víc
Mój stosunek do Czechów jest kompletnie neutralny, ani mi niczym nie podpadli, ani też się nigdy w nich nie podkochiwałem. Jestem fanem jednego Słowackiego zespołu, ale to nie PRL żeby ze sobą wiązać te dwa kraje na siłę. Jako człowiek żyjący w absolutnym centrum Polski, nigdy nie byłem w jakimkolwiek bliższym sąsiedztwie obcokrajowym. Fajnie się czyta to, co Dragon ma do napisania, bo sam nie posiadam takich doświadczeń. Włączam linka, patrzy na mnie czeski Stasiak, myślę sobie hehe, dobry początek. Muzycznie to pobrzmiewa jak discopolowcy grający bardziej serio rzeczy (to nie jest obelga) i jakieś tam ejtisy obowiązkowe. Elektrickych bicich rzeczywiście fajny, wokal też, trochę sobie wyobrażam lokalnego Limahla z domieszką Wiśniewskiego, tylko w bardzo delikatnym wydaniu. Lokalizmy są przyjemne i to takie rzeczy, które rzeczywiście warto od zapomnienia uratować. Nie zagłębię się raczej w twórczość Petra, ale to jedno spotkanie będę wspominał miło.
Lubię takie niespodzianki od Murzyna, bo niby znowu hip-hop i znowu starszy, ale kiedy człowiek myślał, że słyszał wszystko (bo słyszał jedno), to nagle wlatuje takie „Know How” i biblioteka ciekawych znalezisk się powiększa. Przede wszystkim doskonały rap, nie dość że technicznie dobry, to jeszcze z jajem i jakąś energią, a nie smęceniem ala polacy robacy. Bit bardzo klasyczny, więc wiadomo, że mi się podoba. Zazdroszczę Murzynowi takich wspomnień z UK, w końcu nie codziennie stoisz z piratami, a tu idzie Jaca z Bełchatowa. Ale serio, to naprawdę fajna historia i udzielają się te obrazy, kiedy słucha się numeru. Słyszycie to? To samplowany dźwięk ludzi śpiewających o Jacku przy ognisku.
Warrington-Runcorn New Town Development Plan - Gateway to the North
Parę miesięcy temu, usłyszałem od Musiała słowo „brutalizm” jakieś 40 razy w ciągu godziny, więc na ten jeden raz więcej jestem już obojętny. Fajnie się czytało te wrzutę, w końcu Musiał zapodał nam jakaś interesującą treść, która nie jest tylko przeklejoną wikipedią. I generalnie bardzo się ciesze, że Musiał ma takie skojarzenia z tą muzyką, bo ja na przykład w ogóle nie mam. Kiedy czytam te opisy, gra mi w uszach coś zupełnie innego, więc niestety zostaje ocenić ten fragment na sucho, a na sucho, no jest to fragment elektroniki z wieloma filtrami VHS. Taki fragment jakich niestety jest wiele.
Kraftwerk - Spacelab
Nawet przez moment żałowałem, że nie byłem na Kraftwerk w tym roku, ale jak zobaczyłem, że nie grali Computer Love, to tylko śmiechłem i machnąłem ręką. Ale takiego „Spacelab” nie widziałem, a jest to kawałek, który lubię. Oczywiście, urzeka mnie prostota starych syntezatorów i minimalizm kompozycji. Powiem nawet, że jak ileśtam lat temu wróciłem do tego kawałka po dłuższym czasie, to byłem zaskoczony, że nie był nawet bardziej minimal, ale to dobrze. Jest akurat. Jest w tym kosmos, a jak niektórzy wiedzą, jestem łasy na kosmos, a zwłaszcza na podaną po kosmicznemu elektronikę. W sumie no łatwa pochwała, ale wciąż pochwała.
Petr Kotvald - Milujem se čím dál víc
Mój stosunek do Czechów jest kompletnie neutralny, ani mi niczym nie podpadli, ani też się nigdy w nich nie podkochiwałem. Jestem fanem jednego Słowackiego zespołu, ale to nie PRL żeby ze sobą wiązać te dwa kraje na siłę. Jako człowiek żyjący w absolutnym centrum Polski, nigdy nie byłem w jakimkolwiek bliższym sąsiedztwie obcokrajowym. Fajnie się czyta to, co Dragon ma do napisania, bo sam nie posiadam takich doświadczeń. Włączam linka, patrzy na mnie czeski Stasiak, myślę sobie hehe, dobry początek. Muzycznie to pobrzmiewa jak discopolowcy grający bardziej serio rzeczy (to nie jest obelga) i jakieś tam ejtisy obowiązkowe. Elektrickych bicich rzeczywiście fajny, wokal też, trochę sobie wyobrażam lokalnego Limahla z domieszką Wiśniewskiego, tylko w bardzo delikatnym wydaniu. Lokalizmy są przyjemne i to takie rzeczy, które rzeczywiście warto od zapomnienia uratować. Nie zagłębię się raczej w twórczość Petra, ale to jedno spotkanie będę wspominał miło.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Young MC - Know How
Zawsze powtarzałem, że nie ma lepszego miejsca do poznawania nowej muzycy niż randomowi Murzyni stojący na ulicy wraz z pirackimi płytami i składankami. To znaczy wiem, że nie ma na to żadnych dowodów i nikt był świadkiem tego, bym kiedykolwiek tak powiedział, ale tak było. Skojarzenie z Beastie Boys nasunęło mi się automatycznie, bo to funkowe brzmienie jest może nie żywcem wyjęte, co bardzo podobne. Ejtisowe rapsy miały w sobie coś żywego i naturalnego, to mityczne COŚ, czego później już w tej muzyce nie słyszałem, a już na pewno nie w takim natężeniu. Świetne to jest i BUJA.
Scatman John – Hey You!
U mnie "w głowie" lato zazwyczaj kończy się gdzieś w okolicach połowy września, ale to może dlatego, że zazwyczaj nigdzie nie jeżdzę i zazwyczaj wtedy dzieją się u mnie różnego typu wydarzenia, które łatwiej połączyć. W tym roku jest nieco inaczej, bo trochę pozwiedzałem, ale ten rok jest dziwny choćby z racji tego, że to będzie pierwsze od jakichś 5 lat lato, które będę wspominać dobrze. xD Na szczyt popularności Scatmana się nie załapałem. Wiem, że był popularny, ale nie wiedziałem, że w Polsce był aż tak - na początku to nawet mnie nieco zdziwiło, potem sobie uświadomiłem, że to były lata 90, a wtedy to jak przyjechał tu ktoś ZZAGRANICY to prezydent go witał chlebem i solą. xd Sam kawałek to dla mnie klasyczny rzetelniak - jest dobry, ale chyba oczekuję od eurodance'u większego nakurwu i przebojowości. W każdym razie nie dziwi mnie to, że trafił na stronę B, bo to nie jest coś, co bym intensywnie promował, ale też nie jest coś, czego bym się wstydził. No jest okej no.
Warrington-Runcorn New Town Development Plan - Gateway to the North
Też nie mógłbym zamieszkać na wsi - mówię to jako osoba, która tam mieszkała blisko ćwierć wieku. Łatwiej o anonimowość i święty spokój, plus po prostu cenię sobie ten komfort polegający na tym, że jak chcę iść na zakupy to mam blisko, jak chcę iść po jakieś konkretne zakupy to zazwyczaj mam nieco dalej i że bez prawa jazdy oraz samochodu nie czuje się jakbym ręki prostytutka nie miał. Mógłbym to rozwinąć, ale nie pasowałoby mi to do tej wrzuty - mam wrażenie bowiem, że urywa się w momencie, w którym powinna się jakoś rozwinąć. Chyba musiałbym przesłuchać całość, bo czuję się jakbym dostał jakąś wersję demo i po prostu przesłuchał tylko wstęp czegoś większego. Nie jest to złe, ani dobre - tylko niekompletne. Na plus na pewno okładka oraz opis Musiała, bo lubię czytać i słuchać o takich rzeczach, nawet jeśli nie mam o nich bladego pojęcia.
Petr Kotvald - Milujem se čím dál víc
Nigdy nie byłem w Czechach, chociaż w sumie teraz też mam blisko i od małego mam dużo sympatii do tego kraju. Może to wynika z tego, że z jakichś przyczyn odbierałem w małopolsce czeską jedynkę za małolata i ten kraj gdzieś się przewijał jako bliski i mający śmieszny język, a ja generalnie też lubię śmieszne rzeczy). A, i miałem jeszcze czeskie kanały na naziemnej tv w 2018 roku (potem nie wiem, bo nie podłączałem anteny). Być może bez tego kontekstu byłbym bardziej krytyczny, bo niby to nawet jest niezłe, niby nawet rozumiem czemu jest niezłe, gdyż faktycznie brzmi trochę jak Papa Dance ze schyłkowej Czechosłowacji (czyli cukierkowo, ale o wiele bardziej na bogato), ale jakoś tak nie do końca mi to wchodzi. Może za mało Kofoli wypiłem czy coś.
Chyba tylko Murzyn w pełni dowiózł - w przypadku reszty praktycznie zawsze czegoś brakowało, albo po prostu było tylko i aż nieźle.
Zawsze powtarzałem, że nie ma lepszego miejsca do poznawania nowej muzycy niż randomowi Murzyni stojący na ulicy wraz z pirackimi płytami i składankami. To znaczy wiem, że nie ma na to żadnych dowodów i nikt był świadkiem tego, bym kiedykolwiek tak powiedział, ale tak było. Skojarzenie z Beastie Boys nasunęło mi się automatycznie, bo to funkowe brzmienie jest może nie żywcem wyjęte, co bardzo podobne. Ejtisowe rapsy miały w sobie coś żywego i naturalnego, to mityczne COŚ, czego później już w tej muzyce nie słyszałem, a już na pewno nie w takim natężeniu. Świetne to jest i BUJA.
Scatman John – Hey You!
U mnie "w głowie" lato zazwyczaj kończy się gdzieś w okolicach połowy września, ale to może dlatego, że zazwyczaj nigdzie nie jeżdzę i zazwyczaj wtedy dzieją się u mnie różnego typu wydarzenia, które łatwiej połączyć. W tym roku jest nieco inaczej, bo trochę pozwiedzałem, ale ten rok jest dziwny choćby z racji tego, że to będzie pierwsze od jakichś 5 lat lato, które będę wspominać dobrze. xD Na szczyt popularności Scatmana się nie załapałem. Wiem, że był popularny, ale nie wiedziałem, że w Polsce był aż tak - na początku to nawet mnie nieco zdziwiło, potem sobie uświadomiłem, że to były lata 90, a wtedy to jak przyjechał tu ktoś ZZAGRANICY to prezydent go witał chlebem i solą. xd Sam kawałek to dla mnie klasyczny rzetelniak - jest dobry, ale chyba oczekuję od eurodance'u większego nakurwu i przebojowości. W każdym razie nie dziwi mnie to, że trafił na stronę B, bo to nie jest coś, co bym intensywnie promował, ale też nie jest coś, czego bym się wstydził. No jest okej no.
Warrington-Runcorn New Town Development Plan - Gateway to the North
Też nie mógłbym zamieszkać na wsi - mówię to jako osoba, która tam mieszkała blisko ćwierć wieku. Łatwiej o anonimowość i święty spokój, plus po prostu cenię sobie ten komfort polegający na tym, że jak chcę iść na zakupy to mam blisko, jak chcę iść po jakieś konkretne zakupy to zazwyczaj mam nieco dalej i że bez prawa jazdy oraz samochodu nie czuje się jakbym ręki prostytutka nie miał. Mógłbym to rozwinąć, ale nie pasowałoby mi to do tej wrzuty - mam wrażenie bowiem, że urywa się w momencie, w którym powinna się jakoś rozwinąć. Chyba musiałbym przesłuchać całość, bo czuję się jakbym dostał jakąś wersję demo i po prostu przesłuchał tylko wstęp czegoś większego. Nie jest to złe, ani dobre - tylko niekompletne. Na plus na pewno okładka oraz opis Musiała, bo lubię czytać i słuchać o takich rzeczach, nawet jeśli nie mam o nich bladego pojęcia.
Petr Kotvald - Milujem se čím dál víc
Nigdy nie byłem w Czechach, chociaż w sumie teraz też mam blisko i od małego mam dużo sympatii do tego kraju. Może to wynika z tego, że z jakichś przyczyn odbierałem w małopolsce czeską jedynkę za małolata i ten kraj gdzieś się przewijał jako bliski i mający śmieszny język, a ja generalnie też lubię śmieszne rzeczy). A, i miałem jeszcze czeskie kanały na naziemnej tv w 2018 roku (potem nie wiem, bo nie podłączałem anteny). Być może bez tego kontekstu byłbym bardziej krytyczny, bo niby to nawet jest niezłe, niby nawet rozumiem czemu jest niezłe, gdyż faktycznie brzmi trochę jak Papa Dance ze schyłkowej Czechosłowacji (czyli cukierkowo, ale o wiele bardziej na bogato), ale jakoś tak nie do końca mi to wchodzi. Może za mało Kofoli wypiłem czy coś.
Chyba tylko Murzyn w pełni dowiózł - w przypadku reszty praktycznie zawsze czegoś brakowało, albo po prostu było tylko i aż nieźle.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeszcze w kwestii mieszkania na wsi, to o ile sam nie planuję przenosić się tam teraz, a już zwłaszcza nie chciałbym na wsi wychowywać dzieci (między innymi ze względów opisanych przez Sebę), to wieś cenię, uwielbiam ją w małych dawkach i na starość, planuję się tam przenieść na stałe. Jara mnie perspektywa odseparowania od miasta, od tłumów, generalnie od ludzi, a w głębszej perspektywie, od technologii, itd. Miasto niczego mi nie robi, po prostu jest. Co innego cisza i okoliczne lasy. No, ale
Juno Reactor - Biot Messiah
Juno Reactor poznałem jakoś w połowie lat 90, bo ich (jego?) kawałki i remiksy, często lądowały na soundtrackach do filmów, którymi się jarałem. Przesłuchanie debiutu, było moim pierwszym zderzeniem ze zjawiskiem jakim jest goa trance. Byłem zafascynowany tym, jak wiele treści można upchnąć w muzykę czysto taneczną. Potem band zaczął się zmieniać, zaczęły się kolaboracje z plemiennymi zespołami, czego wynikiem było, między innymi, znane tu i ówdzie „Conga Fury”. Zajebiste były koncerty, na których do tej elektroniki, faktycznie dogrywali MURZYNI, w sukienkach z trawy. Do „Biot Messiah” dotarłem odrobinę później, ale zaprzyjaźniliśmy się najbardziej, bo ten kawałek zawiera chyba wszystko to, co lubię w Juno Reactor, czyli dobry bit, kwaśną i wciągającą elektroniki, zajebiste, pocięte gitary, a wszystko to wybitnie wyprodukowane i zmiksowane. Ben Watkins to jest geniusz w swoim światku, facet jest niezwykle charyzmatyczny i chociaż jeszcze w 2009 r. dziwił się, że ktoś jeszcze chce słuchać takiej muzy (płyty Juno z tamtego okresu były bardzo inne, ale też doskonałe), to od tamtej pory się przeprosił z bardziej transowymi brzmieniami. Nigdy nie widziałem Juno Reactor na żywo, mimo że oni bywają u nas relatywnie często, jeżeli coś bym jeszcze chciał nadrobić, to chyba właśnie to. W każdym razie, bliżej końca tej 25tki, podrzucam jeszcze coś, co nadaje się do tańca, ale też do słuchania w skupieniu, na słuchawkach.
https://youtu.be/YLZ2QBCo8wg?list=RDYLZ2QBCo8wg
Juno Reactor - Biot Messiah
Juno Reactor poznałem jakoś w połowie lat 90, bo ich (jego?) kawałki i remiksy, często lądowały na soundtrackach do filmów, którymi się jarałem. Przesłuchanie debiutu, było moim pierwszym zderzeniem ze zjawiskiem jakim jest goa trance. Byłem zafascynowany tym, jak wiele treści można upchnąć w muzykę czysto taneczną. Potem band zaczął się zmieniać, zaczęły się kolaboracje z plemiennymi zespołami, czego wynikiem było, między innymi, znane tu i ówdzie „Conga Fury”. Zajebiste były koncerty, na których do tej elektroniki, faktycznie dogrywali MURZYNI, w sukienkach z trawy. Do „Biot Messiah” dotarłem odrobinę później, ale zaprzyjaźniliśmy się najbardziej, bo ten kawałek zawiera chyba wszystko to, co lubię w Juno Reactor, czyli dobry bit, kwaśną i wciągającą elektroniki, zajebiste, pocięte gitary, a wszystko to wybitnie wyprodukowane i zmiksowane. Ben Watkins to jest geniusz w swoim światku, facet jest niezwykle charyzmatyczny i chociaż jeszcze w 2009 r. dziwił się, że ktoś jeszcze chce słuchać takiej muzy (płyty Juno z tamtego okresu były bardzo inne, ale też doskonałe), to od tamtej pory się przeprosił z bardziej transowymi brzmieniami. Nigdy nie widziałem Juno Reactor na żywo, mimo że oni bywają u nas relatywnie często, jeżeli coś bym jeszcze chciał nadrobić, to chyba właśnie to. W każdym razie, bliżej końca tej 25tki, podrzucam jeszcze coś, co nadaje się do tańca, ale też do słuchania w skupieniu, na słuchawkach.
https://youtu.be/YLZ2QBCo8wg?list=RDYLZ2QBCo8wg
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
(1992)
Póki jeszcze mogę postaram się w ramach rapowych wrzutek jakkolwiek Was zaskakiwać bo chociaż sam najmocniej hołduję staroszkolnym bum bapowym brzmieniom o tyle jako człowiek który spędził większą część życia w tych brzmieniach wypadałoby żebym przedstawił Wam całą paletę brzmień z tego gatunku.
Z końca lat 80. przenosimy się teraz 3 lata do przodu za sprawą pewnej składanki wygranej przy okazji telefonicznego konkursu w lokalnym radyjku przez starszego brata. Mo' Beats Hip Hop Quarterly była kompilacją wydawaną nakładem wytwórni East West Records i to właśnie druga część tej serii trafiła w ręce mojego brata jakoś zdaje się w 1993 roku (przynajmniej wtedy wyszła). Składanki z tej serii zawierały różne rapowe (a czasem i dancehallowe) przeboje tamtej ery a wiele z nich w alternatywnych wersjach, zremiksowanych czy extended mixach. Nie inaczej było z utworem Shamrocks & Shenanigans do którego nakręcono w momencie ukazania się na singlu dwa wideoklipy - do standardowej wersji albumowej oraz do remixu autorstwa Butcha Viga znanego już wówczas producenta albumu Nevermind grupy Nirvana.
To właśnie ten remiks wpadł na wspomnianego składaka i miałem przyjemność go słuchać będąc jeszcze 7-letnim pacholęciem. Numer ten bardzo fajnie oddaje myślę zeitgeist wczesnych lat 90. bo to rap-rockowy misz masz nawijany przez białych amerykańskich raperów o irlandzkich korzeniach, poubieranych we flanelowe koszule. Ze względu na to połączenie dwóch muzycznych światów była to muzyka która trafiała do obu moich starszych braci z których jeden słuchał rapu a drugi właśnie muzyki rockowej.
Chociaż przyznam szczerze że mam wielu faworytów na wspomnianej skladance i jeszcze pewnie część z nich tu prędzej czy później wleci o tyle dzisiaj podrzucam coś co myślę może dobrze siąść forumowym fanom 90sowego alt rocka jako taka fajna muzyczna pocztówka z roku 1992. Kiedyś to było ech.
https://youtu.be/FOGQDqY-_5w?si=9xHpslE36OtUC-vK
(1992)
Póki jeszcze mogę postaram się w ramach rapowych wrzutek jakkolwiek Was zaskakiwać bo chociaż sam najmocniej hołduję staroszkolnym bum bapowym brzmieniom o tyle jako człowiek który spędził większą część życia w tych brzmieniach wypadałoby żebym przedstawił Wam całą paletę brzmień z tego gatunku.
Z końca lat 80. przenosimy się teraz 3 lata do przodu za sprawą pewnej składanki wygranej przy okazji telefonicznego konkursu w lokalnym radyjku przez starszego brata. Mo' Beats Hip Hop Quarterly była kompilacją wydawaną nakładem wytwórni East West Records i to właśnie druga część tej serii trafiła w ręce mojego brata jakoś zdaje się w 1993 roku (przynajmniej wtedy wyszła). Składanki z tej serii zawierały różne rapowe (a czasem i dancehallowe) przeboje tamtej ery a wiele z nich w alternatywnych wersjach, zremiksowanych czy extended mixach. Nie inaczej było z utworem Shamrocks & Shenanigans do którego nakręcono w momencie ukazania się na singlu dwa wideoklipy - do standardowej wersji albumowej oraz do remixu autorstwa Butcha Viga znanego już wówczas producenta albumu Nevermind grupy Nirvana.
To właśnie ten remiks wpadł na wspomnianego składaka i miałem przyjemność go słuchać będąc jeszcze 7-letnim pacholęciem. Numer ten bardzo fajnie oddaje myślę zeitgeist wczesnych lat 90. bo to rap-rockowy misz masz nawijany przez białych amerykańskich raperów o irlandzkich korzeniach, poubieranych we flanelowe koszule. Ze względu na to połączenie dwóch muzycznych światów była to muzyka która trafiała do obu moich starszych braci z których jeden słuchał rapu a drugi właśnie muzyki rockowej.
Chociaż przyznam szczerze że mam wielu faworytów na wspomnianej skladance i jeszcze pewnie część z nich tu prędzej czy później wleci o tyle dzisiaj podrzucam coś co myślę może dobrze siąść forumowym fanom 90sowego alt rocka jako taka fajna muzyczna pocztówka z roku 1992. Kiedyś to było ech.
https://youtu.be/FOGQDqY-_5w?si=9xHpslE36OtUC-vK
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato (1995)
Niemal rzutem na taśmę, albowiem lato powoli zmierza do końca (choć ja nie jestem z gatunku kalendarzowych psychopatów, koniec lata to koniec września i siusiak), a przynajmniej jest na półmetku. No i dziś wieczorem wyjeżdżam na URLOP nad MORZE (prawie, ale woda będzie ze wszystkich stron, mam nadzieję, że również w kranach), a bardziej urlopowo-morskiego kawałka nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
Daruję sobie tutaj wikipedyjno-biograficzne noty dotyczące tego zespołu o dość absurdalnej nazwie wspominając jedynie, że zawiązali się w ejtisach, pochodzą z Czewy i wylansowali właściwie tylko dwa hity, z czego ten drugi wrzucam właśnie ja (ten pierwszy z jeszcze innym wokalistą to był ciekawy przykład takiej, nie wiem, kabaretowej nowej fali, chyba każdy zna Klub Wesołego Szampana, nie sposób tego nie znać). A, i zagrali w ramach supportu przed koncertem Michaela Jacksona w Wawie w 1996 (sic!). WRACAJĄC. Spośród ich cokolwiek pokręconej twórczości (polecam zwłaszcza numery o tytułach Kibel i Dżordż Swobodny, jakoś tak w każdym razie), Lato wydaje się być numerem na wskroś zwyczajnym. Dla mnie - jak i dla rzeszy Polaków w połowie najntisów - jednak taki nie był. Dla mnie ZWŁASZCZA. A to dlaczego? A to dlatego, iż w roku 1995, a więc roku premiery tego kawałka, po raz pierwszy pojechałem z rodzicami i bratem do nadbałtyckiego Mielna, gdzie kolejne 4 lata jeździliśmy do tego samego ośrodka na tym samym przełomie lipca i sierpnia. A ośrodek był nie byle jaki, gdyż nad samym, kurde, morzem. Dosłownie, wychodziło się z terenu ośrodka, skręt w prawo i cyk, plaża. Może faktycznie mam we łbie nostalgiczny dysk twardy, ale pamiętam zarówno ten konkretny wyjazd, jak i późniejsze.
Wycieczki do Mielna za gówniarza na zawsze już chyba powiązały moją ideę letniego wypoczynku z morzem, najlepiej polskim, choć wtedy jeszcze nie było ono tak "zezwierzęcone", jak już kilka lat później, a teraz to już w ogóle. Nie chodzi wyłącznie o Bałtyk, jego plaże, wydmy i nadmorską zieleń, lasy etc., ale całą otoczkę wczesnego środkowoeuropejskiego kapitalizmu - wszechobecne stoiska z chińskim zabawkowym badziewiem (najbardziej zapamiętałem wielkie pojazdy budowlane, koparki, ciężarówki, takie tam, no i nieśmiertelne tęczowe sprężyny), budki z browarami (jeszcze takowe były!), namioty z arcade'ami (głównie flipperami i cymbergajem, ale i tak było super) i naprzemiennie lodziarnia-smażalnia, lodziarnia-smażalnia, lodziarnia-smażalnia... Wtedy jeszcze w tych drugich ceny były w miarę ludzkie lol. A oprócz tego ręczniki, klapki, pocztówki i pierdoły ze sztucznego bursztynu, jak tu się nie cieszyć wakacjami? Aaa, zapomniałbym o gofrach, rurkach z kremem i dmuchanych zwierzętach na wodę (my z jakiegoś powodu zawsze mieliśmy krokodyle). I wędzony ryby, i kurczaki z rożna!
Jak widzicie, mogę tak bez końca. Mielno, Bałtyk, lata 90. i takie tam, cała ta kompilacja, która do dziś definiuje moje wakacje i nawet za granicą to musi być morze. Nieco cierpiałem rok temu, że podczas mojej bałkańskiej przygody nie mieliśmy czasu na Warnę, Burgas czy chociaż rumuńską Konstancę, zaś dwa lata temu było całkowicie nienadmorskie Wilno a potem Kotlina Kłodzka. Morze to jednak morze i mam do niego obrzydliwy sentyment, ale właśnie do tego NASZEGO (znaczy, w Chorwacji też było fajnie, ale to był inny rodzaj fajności). Nie chcę teraz brzmieć jak typowy dziaders pieprzący o tym, że KIEDYŚTOBYŁO (pomijając fakt, iż millenial is the new boomer), bo nie było lol, ale to była moja młodość, pierwsze odkrycia muzyczne, pierwsze wspomnienia wyjazdowe, formowanie się umysłu młodego człowieka blablabla. No i właśnie TEN kawałek, obok rzecz jasna wielu innych, np. jakiegoś Rhythm Is a Dancer czy innego Be My Lover, a także równie nieśmiertelnego KOKODŻAMBO, niemniej jednak z każdej budy, smażalni, lodziarni i stołówki wciąż czynnego ośrodka Funduszu Wczasów Pracowniczych (my jadaliśmy śniadania, obiady i kolacje w takowym o nazwie Bandera, ale jego zarządcy mieliby dziś przepierdolone) leciał właśnie ten utwór, Lato od Nieżywych Schabuff z Olkiem Klepaczem na wokalu. Nigdy nie przestanę kojarzyć tej piosenki z polskim morzem i wakacjami tam spędzanymi. Dziś będę go serwował swojej Pannie, zobaczymy, czy przejdzie.
Tak więc brać ręczniki, koszulki z nadrukami DAWCA ORGAZMÓW oraz PIWO TO MOJE PALIWO (nie no, żartuję, nie róbcie tego), dmuchane koła i potworaki, obowiązkowe parawany i szykować się na plażową inwazję dziwnych typów w ciemnych okularach drących mordę "JAAAAGODZIANKIII Z TRUSKAWKAMIIIIII", zbierajcie muszelki, łapcie meduzy i wytrzymajcie w zimnej wodzie dłużej niż 10 minut!
https://www.youtube.com/watch?v=EmFg6xu ... rt_radio=1
PS. To standardowo najlepsza jakość, jaką znalazłem, może ktoś będzie miał więcej szczęścia.
Niemal rzutem na taśmę, albowiem lato powoli zmierza do końca (choć ja nie jestem z gatunku kalendarzowych psychopatów, koniec lata to koniec września i siusiak), a przynajmniej jest na półmetku. No i dziś wieczorem wyjeżdżam na URLOP nad MORZE (prawie, ale woda będzie ze wszystkich stron, mam nadzieję, że również w kranach), a bardziej urlopowo-morskiego kawałka nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
Daruję sobie tutaj wikipedyjno-biograficzne noty dotyczące tego zespołu o dość absurdalnej nazwie wspominając jedynie, że zawiązali się w ejtisach, pochodzą z Czewy i wylansowali właściwie tylko dwa hity, z czego ten drugi wrzucam właśnie ja (ten pierwszy z jeszcze innym wokalistą to był ciekawy przykład takiej, nie wiem, kabaretowej nowej fali, chyba każdy zna Klub Wesołego Szampana, nie sposób tego nie znać). A, i zagrali w ramach supportu przed koncertem Michaela Jacksona w Wawie w 1996 (sic!). WRACAJĄC. Spośród ich cokolwiek pokręconej twórczości (polecam zwłaszcza numery o tytułach Kibel i Dżordż Swobodny, jakoś tak w każdym razie), Lato wydaje się być numerem na wskroś zwyczajnym. Dla mnie - jak i dla rzeszy Polaków w połowie najntisów - jednak taki nie był. Dla mnie ZWŁASZCZA. A to dlaczego? A to dlatego, iż w roku 1995, a więc roku premiery tego kawałka, po raz pierwszy pojechałem z rodzicami i bratem do nadbałtyckiego Mielna, gdzie kolejne 4 lata jeździliśmy do tego samego ośrodka na tym samym przełomie lipca i sierpnia. A ośrodek był nie byle jaki, gdyż nad samym, kurde, morzem. Dosłownie, wychodziło się z terenu ośrodka, skręt w prawo i cyk, plaża. Może faktycznie mam we łbie nostalgiczny dysk twardy, ale pamiętam zarówno ten konkretny wyjazd, jak i późniejsze.
Wycieczki do Mielna za gówniarza na zawsze już chyba powiązały moją ideę letniego wypoczynku z morzem, najlepiej polskim, choć wtedy jeszcze nie było ono tak "zezwierzęcone", jak już kilka lat później, a teraz to już w ogóle. Nie chodzi wyłącznie o Bałtyk, jego plaże, wydmy i nadmorską zieleń, lasy etc., ale całą otoczkę wczesnego środkowoeuropejskiego kapitalizmu - wszechobecne stoiska z chińskim zabawkowym badziewiem (najbardziej zapamiętałem wielkie pojazdy budowlane, koparki, ciężarówki, takie tam, no i nieśmiertelne tęczowe sprężyny), budki z browarami (jeszcze takowe były!), namioty z arcade'ami (głównie flipperami i cymbergajem, ale i tak było super) i naprzemiennie lodziarnia-smażalnia, lodziarnia-smażalnia, lodziarnia-smażalnia... Wtedy jeszcze w tych drugich ceny były w miarę ludzkie lol. A oprócz tego ręczniki, klapki, pocztówki i pierdoły ze sztucznego bursztynu, jak tu się nie cieszyć wakacjami? Aaa, zapomniałbym o gofrach, rurkach z kremem i dmuchanych zwierzętach na wodę (my z jakiegoś powodu zawsze mieliśmy krokodyle). I wędzony ryby, i kurczaki z rożna!
Jak widzicie, mogę tak bez końca. Mielno, Bałtyk, lata 90. i takie tam, cała ta kompilacja, która do dziś definiuje moje wakacje i nawet za granicą to musi być morze. Nieco cierpiałem rok temu, że podczas mojej bałkańskiej przygody nie mieliśmy czasu na Warnę, Burgas czy chociaż rumuńską Konstancę, zaś dwa lata temu było całkowicie nienadmorskie Wilno a potem Kotlina Kłodzka. Morze to jednak morze i mam do niego obrzydliwy sentyment, ale właśnie do tego NASZEGO (znaczy, w Chorwacji też było fajnie, ale to był inny rodzaj fajności). Nie chcę teraz brzmieć jak typowy dziaders pieprzący o tym, że KIEDYŚTOBYŁO (pomijając fakt, iż millenial is the new boomer), bo nie było lol, ale to była moja młodość, pierwsze odkrycia muzyczne, pierwsze wspomnienia wyjazdowe, formowanie się umysłu młodego człowieka blablabla. No i właśnie TEN kawałek, obok rzecz jasna wielu innych, np. jakiegoś Rhythm Is a Dancer czy innego Be My Lover, a także równie nieśmiertelnego KOKODŻAMBO, niemniej jednak z każdej budy, smażalni, lodziarni i stołówki wciąż czynnego ośrodka Funduszu Wczasów Pracowniczych (my jadaliśmy śniadania, obiady i kolacje w takowym o nazwie Bandera, ale jego zarządcy mieliby dziś przepierdolone) leciał właśnie ten utwór, Lato od Nieżywych Schabuff z Olkiem Klepaczem na wokalu. Nigdy nie przestanę kojarzyć tej piosenki z polskim morzem i wakacjami tam spędzanymi. Dziś będę go serwował swojej Pannie, zobaczymy, czy przejdzie.
Tak więc brać ręczniki, koszulki z nadrukami DAWCA ORGAZMÓW oraz PIWO TO MOJE PALIWO (nie no, żartuję, nie róbcie tego), dmuchane koła i potworaki, obowiązkowe parawany i szykować się na plażową inwazję dziwnych typów w ciemnych okularach drących mordę "JAAAAGODZIANKIII Z TRUSKAWKAMIIIIII", zbierajcie muszelki, łapcie meduzy i wytrzymajcie w zimnej wodzie dłużej niż 10 minut!
https://www.youtube.com/watch?v=EmFg6xu ... rt_radio=1
PS. To standardowo najlepsza jakość, jaką znalazłem, może ktoś będzie miał więcej szczęścia.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Future Sound of London - Moscow (1992)
Wreszcie nadchodzi aura, która nie zachęca do słuchania. Chyba, że pora księżycowa, a razem z nią plenerowe aktywności... to wtedy co innego. Kiedyś ze szkolnym przyjacielem naparzaliśmy w tenisa na przełomie lata i jesieni. Tych sezonów nie było za dużo z różnych przyczyn. Na pewno był jeden czy dwa, mniejsza. Zdarzały się równie ciepłe dni co teraz. Po jednej z takich gierek była przejażdżka samochodowa i tak sobie myślałem, co by puścić na dzień dobry (wieczór). W takich okolicznościach słuchałem Moscow jeden z ostatnich razy. Jako pretendent do bycia specem od elektroniki FSOL też musiałem poznać. Po latach rozumiem wpływ, ale poza dokonaniami historycznymi i Papuą Nową Gwineą to trochę wiele hałasu o nic. Wciąż debiutancki długograj Accelerator jest ich najlepszą płytą, a pozorny przerywnik to jest szczyt osiągnięć techno jednocześnie atmosferycznego, odprężającego i porywającego do pląsów. Soczyste basy, świetne pasy, ładnie wszyte sample wokalne. Wiele płyt próbowałem i nigdy nie osiągnąłem nawet namiastki dobrego wrażenia jak przy okazji tych nagrań. Wreszcie FSOL wylądowali w głębszych zakamarkach mojej pamięci (oraz pamięci komputera), ale za takie momenty jak ten należą się pokłony. Ta końcówka... w wielu sytuacjach towarzyskich nocne lato tak właśnie brzmi.
https://www.youtube.com/watch?v=mAre7Q2 ... b3Njb3c%3D
Wreszcie nadchodzi aura, która nie zachęca do słuchania. Chyba, że pora księżycowa, a razem z nią plenerowe aktywności... to wtedy co innego. Kiedyś ze szkolnym przyjacielem naparzaliśmy w tenisa na przełomie lata i jesieni. Tych sezonów nie było za dużo z różnych przyczyn. Na pewno był jeden czy dwa, mniejsza. Zdarzały się równie ciepłe dni co teraz. Po jednej z takich gierek była przejażdżka samochodowa i tak sobie myślałem, co by puścić na dzień dobry (wieczór). W takich okolicznościach słuchałem Moscow jeden z ostatnich razy. Jako pretendent do bycia specem od elektroniki FSOL też musiałem poznać. Po latach rozumiem wpływ, ale poza dokonaniami historycznymi i Papuą Nową Gwineą to trochę wiele hałasu o nic. Wciąż debiutancki długograj Accelerator jest ich najlepszą płytą, a pozorny przerywnik to jest szczyt osiągnięć techno jednocześnie atmosferycznego, odprężającego i porywającego do pląsów. Soczyste basy, świetne pasy, ładnie wszyte sample wokalne. Wiele płyt próbowałem i nigdy nie osiągnąłem nawet namiastki dobrego wrażenia jak przy okazji tych nagrań. Wreszcie FSOL wylądowali w głębszych zakamarkach mojej pamięci (oraz pamięci komputera), ale za takie momenty jak ten należą się pokłony. Ta końcówka... w wielu sytuacjach towarzyskich nocne lato tak właśnie brzmi.
https://www.youtube.com/watch?v=mAre7Q2 ... b3Njb3c%3D
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Spodziewałem się cieplejszego przyjęcia Kraftwerku choćby z racji tego, że to cholerny Kraftwerk. Ale cóż, legenda odhaczona, moja beatka byłaby po prostu niekompletna bez nich. Jadymy dalej.
Converge - Jane Doe
Zima 2013 to był specyficzny okres w moim życiu. Już nie byłem aż tak smutny i wyalieniowany jak bywałem wcześniej tudzież później, ale to nie oznacza, że nie byłem. Generalnie to kojarzy mi się z ciemnym pokojem, mniej lub bardziej nieudolnie nawiązywanymi znajomościami z Internetu, z których część przetrwała parę tygodni, część - parę lat, ale generalnie żadna nie przetrwała do dziś.
Jeździłem na zajęcia, bo wtedy próbowałem się bawić w studiowanie socjologii. Jeździłem do Warszawy, gdzie pojechałem na jednego z nielicznych w moim życiu sylwestrów w trakcie którego się bawiłem, bo trwał 3 dni i mocno wypity odmówiłem jakiemuś randomowi u którego byliśmy przyjęcia kilku bitcoinów, bo nie chciało mi się pieprzyć z zakładaniem portfela. Kontakt z nim urwał się jakoś w 2014-15 - nie śledzę listy 100 najbogatszych polaków, więc nie wiem czy można go tam znaleźć.
Ale to były rzeczy które zapamiętałem, reszta tego okresu kojarzy mi się z ciemną samotnią, opuszczoną przez świat wiochą oraz szukaniem jakiegoś sensu i celu w życiu. Jak się ma do tego 11 minut darcia japy i skrzeczenia w wykonaniu zespołu Converge? Posłuchajcie państwo sami, biorąc i słuchając tego.
https://www.youtube.com/watch?v=2WGbgnDQF6A
Converge - Jane Doe
Zima 2013 to był specyficzny okres w moim życiu. Już nie byłem aż tak smutny i wyalieniowany jak bywałem wcześniej tudzież później, ale to nie oznacza, że nie byłem. Generalnie to kojarzy mi się z ciemnym pokojem, mniej lub bardziej nieudolnie nawiązywanymi znajomościami z Internetu, z których część przetrwała parę tygodni, część - parę lat, ale generalnie żadna nie przetrwała do dziś.
Jeździłem na zajęcia, bo wtedy próbowałem się bawić w studiowanie socjologii. Jeździłem do Warszawy, gdzie pojechałem na jednego z nielicznych w moim życiu sylwestrów w trakcie którego się bawiłem, bo trwał 3 dni i mocno wypity odmówiłem jakiemuś randomowi u którego byliśmy przyjęcia kilku bitcoinów, bo nie chciało mi się pieprzyć z zakładaniem portfela. Kontakt z nim urwał się jakoś w 2014-15 - nie śledzę listy 100 najbogatszych polaków, więc nie wiem czy można go tam znaleźć.
Ale to były rzeczy które zapamiętałem, reszta tego okresu kojarzy mi się z ciemną samotnią, opuszczoną przez świat wiochą oraz szukaniem jakiegoś sensu i celu w życiu. Jak się ma do tego 11 minut darcia japy i skrzeczenia w wykonaniu zespołu Converge? Posłuchajcie państwo sami, biorąc i słuchając tego.
https://www.youtube.com/watch?v=2WGbgnDQF6A
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 24. (174.)
128. Juno Reactor - Biot Messiah (Hien)
129. House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix) (stripped)
130. Formacja Nieżywych Schabuff - Lato (devotional)
131. Future Sound of London - Moscow (Dragon)
132. Converge - Jane Doe (mintaj)
128. Juno Reactor - Biot Messiah (Hien)
129. House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix) (stripped)
130. Formacja Nieżywych Schabuff - Lato (devotional)
131. Future Sound of London - Moscow (Dragon)
132. Converge - Jane Doe (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Juno Reactor - Biot Messiah
Numer jak z jakiejś odjechanej psycholodelicznej transowej imprezy, trochę w tym ducha The Prodigy circa 1994, jak to słyszę to oczyma wyobraźni widzę laski poubierane w jakieś szamańskie ciuchy w dzikich pląsach gdzieś na jakiejś tropikalnej wyspie. Jest w tym nawet pierwiastek brzmienia z mordobitek typu Mortal Kombat, znając już trochę upodobania Kuby w tych klimatach obecność takiego numeru tutaj nijak nie dziwi już. Jak dla mnie spoko jako właśnie muzyka tła do scen akcji, ale tak do słuchania to te 8 minut trochę się dłuży, zwłaszcza że numer nie jest jakoś przesadnie skomplikowany pod względem kompozycji. Osobiście przyznaję że przy tym nie nostalgłem.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
O ja Cię kręcę, myślę że coś czego nie miałem w naszym bestkowym bingo to że takie oklepane Enjoye jak ten tu jeszcze się będą pojawiać. No ale, kiedy do gry wchodzi nostalgia, wspominki czy jakaś historia w tle wszystkie jest możliwe. Lekka i ciepła pop rockowa produkcja z drobnym latino pierwiastkiem na perkusji (conga), patrząc sucho na taki opis równie dobrze można by uznać że omawiam "Statki na niebie" grupy De Mono, jednakże tamten numer ma jakąś taką elegancję w sobie a tu mamy jednak letniaczek pełną parą, taki w krótkich spodenkach i sandałach. Przyznam że zapomniałem o tym kawałku trochę a z Formacją najbardziej kojarzyłem ich cover Da Da Da grupy Trio. Nie jaram się, nie robi mi ten kawałek i nigdy nie robił, może przez obecność tego numeru w radio itp. za bardzo się na niego znieczuliłem.
A w ogóle to mógłbyś spróbować chociaż znajdywać lepszą jakość jeśli już oficjalnego uploadu brak.
https://youtu.be/E6q1Urkn33c?si=1TZGc0QPtrn94jSP
The Future Sound of London - Moscow
Kawałek brzmi trochę jak showcase produkcji z tamtej ery, jakby ktoś się bawił biblioteką dźwięków i naparzał naprzemiennie te kilka klawiszy a to wciskając śpiew ptaszka a to jakiś inny typowy klawiszowy "stab" (jak choćby ten pierwszy dźwięk w numerze), do tego stopa 4x4 i jedziemy. W środku chwila wyciszenia, odpalamy damski szepczący wokal i zaraz wracamy do treningu. Myślę że bardziej niż to czy nawet ich największy hit robił mi numer wrzucony swego czasu przez Livv do depeszwizji (Smokin' Japanese Babe), generalnie to taka muza której słucha się chyba dla samego klimatu a tamten był mi bliższy jak już. Moscow jest po prostu liche moim zdaniem.
Converge - Jane Doe
I na koniec mentos i jego prawie 12 minutowy utwór ze Smeagolem na wokalu. Ze względu na wspomniany wokal nie jest to rzecz do której bym wracał ale też nie wydaje mi się żeby mentos tym razem jakoś mocno chciał nam sprzedać numer ile jest on po prostu niezbędnym tłem dla wrzutki jako całości. Seba nie należy do zbyt wylewnych bestkowiczy i raczej zwykł mówić dwa słowa za mało niż opierać fundamenty swoich wrzutek na historiach z życia więc jak najbardziej docenię fakt rzucenia czymś bardziej osobistym, ta muzyka mówi więcej niż wylany tysiac słów na forum. Do tego powiem że od strony czysto muzycznej to w sumie i tak najprzyjemniejsza wrzutka w tej kolejce.
Numer jak z jakiejś odjechanej psycholodelicznej transowej imprezy, trochę w tym ducha The Prodigy circa 1994, jak to słyszę to oczyma wyobraźni widzę laski poubierane w jakieś szamańskie ciuchy w dzikich pląsach gdzieś na jakiejś tropikalnej wyspie. Jest w tym nawet pierwiastek brzmienia z mordobitek typu Mortal Kombat, znając już trochę upodobania Kuby w tych klimatach obecność takiego numeru tutaj nijak nie dziwi już. Jak dla mnie spoko jako właśnie muzyka tła do scen akcji, ale tak do słuchania to te 8 minut trochę się dłuży, zwłaszcza że numer nie jest jakoś przesadnie skomplikowany pod względem kompozycji. Osobiście przyznaję że przy tym nie nostalgłem.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
O ja Cię kręcę, myślę że coś czego nie miałem w naszym bestkowym bingo to że takie oklepane Enjoye jak ten tu jeszcze się będą pojawiać. No ale, kiedy do gry wchodzi nostalgia, wspominki czy jakaś historia w tle wszystkie jest możliwe. Lekka i ciepła pop rockowa produkcja z drobnym latino pierwiastkiem na perkusji (conga), patrząc sucho na taki opis równie dobrze można by uznać że omawiam "Statki na niebie" grupy De Mono, jednakże tamten numer ma jakąś taką elegancję w sobie a tu mamy jednak letniaczek pełną parą, taki w krótkich spodenkach i sandałach. Przyznam że zapomniałem o tym kawałku trochę a z Formacją najbardziej kojarzyłem ich cover Da Da Da grupy Trio. Nie jaram się, nie robi mi ten kawałek i nigdy nie robił, może przez obecność tego numeru w radio itp. za bardzo się na niego znieczuliłem.
A w ogóle to mógłbyś spróbować chociaż znajdywać lepszą jakość jeśli już oficjalnego uploadu brak.
https://youtu.be/E6q1Urkn33c?si=1TZGc0QPtrn94jSP
The Future Sound of London - Moscow
Kawałek brzmi trochę jak showcase produkcji z tamtej ery, jakby ktoś się bawił biblioteką dźwięków i naparzał naprzemiennie te kilka klawiszy a to wciskając śpiew ptaszka a to jakiś inny typowy klawiszowy "stab" (jak choćby ten pierwszy dźwięk w numerze), do tego stopa 4x4 i jedziemy. W środku chwila wyciszenia, odpalamy damski szepczący wokal i zaraz wracamy do treningu. Myślę że bardziej niż to czy nawet ich największy hit robił mi numer wrzucony swego czasu przez Livv do depeszwizji (Smokin' Japanese Babe), generalnie to taka muza której słucha się chyba dla samego klimatu a tamten był mi bliższy jak już. Moscow jest po prostu liche moim zdaniem.
Converge - Jane Doe
I na koniec mentos i jego prawie 12 minutowy utwór ze Smeagolem na wokalu. Ze względu na wspomniany wokal nie jest to rzecz do której bym wracał ale też nie wydaje mi się żeby mentos tym razem jakoś mocno chciał nam sprzedać numer ile jest on po prostu niezbędnym tłem dla wrzutki jako całości. Seba nie należy do zbyt wylewnych bestkowiczy i raczej zwykł mówić dwa słowa za mało niż opierać fundamenty swoich wrzutek na historiach z życia więc jak najbardziej docenię fakt rzucenia czymś bardziej osobistym, ta muzyka mówi więcej niż wylany tysiac słów na forum. Do tego powiem że od strony czysto muzycznej to w sumie i tak najprzyjemniejsza wrzutka w tej kolejce.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Juno Reactor - Biot Messiah
Lubię trance i trochę szkoda, że raz został zabity przez stadionowo-hymniczną wieś, a drugi przez edgy internautów. Juno Reactor kojarzy mi się właśnie z obecną porą roku, napisałbym o tym szerzej przy okazji swojej wrzutki - chętnie tu wrócę. Możliwe, że pisałem coś podobnego, gdy Hien wrzucał do depeszwyżyn... znacznie lepszy utwór z ich repertuaru. W przypadku takiej muzyki im bardziej elektronicznie, basowo czy kwasowo, tym lepiej. Co najwyżej szacunek dla akcentów wyraźnie orientalnych, ale to już efekt mojej słabości wobec Szpongli. Tutaj mało goa, dużo czegoś więcej i tego czegoś więcej jest... za dużo. Brzmi dobrze jako tło dla gry typu mordobitka, wyścigówki w post-industrialnej przestrzeni czy też walk w filmach z epoki. Poza tym skojarzeniem jest tylko okej. Gitary oraz symfonicznie wstawki zabijają potencjał klubowy. Pomysł się trochę urywa, przez osiem minut aż tak nie trzyma mocy. Oględne wrażenie minimalnie na plus. Wiem, gdzie dałoby się czerpać więcej radochy z tego, ale mam wielu lepszych kandydatów - między innymi stronę A tego singla heh To znaczy wersję płytową, a nie remiksy.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Generalnie rap rock nie licuje za bardzo z moimi preferencjami, bo Rejdże to jedyny punkt zaczepienia i to wcale nie najmocniejszy. Liznąłem jeszcze odrobinę dzięki artystycznym związkom Ryszarda Peji i Glacy, Jeden taki dzień, te sprawy. Wrzucany numer nie działa jak lidokaina, w szczególności tło w zwrotkach przypominające wręcz RATM - to na plus. Po prostu nie ma lipy, choć w zderzeniu z tymi industrialnymi wręcz ciągotami po prostu jest trochę niezgrabnie. Pal licho Nirvanę, jak Butch Vig to przede wszystkim pewien charakterny remiks utworu Depeche Mode... Nawijka żaden Licheń, ale też liderem wśród popularności (zarówno kolejki, jak i rzeczy rapowych słuchanych ostatnio) nie będzie. Jeśli nie pierwsza liga klasyki (choć widzę, że to ekipa od Jump Around), to przynajmniej dostatecznie solidnie, by uniknąć hejtingu.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
Niby są jakieś dwa warianty, ale późniejsze wytwory tego kombinatu rozrywkowego to jest tak mdła żeżuncja, że dajcie spokój (rzeczy z lat 80' po prostu nie znam). Muzyczny odpowiednik Konia Polskiego zmieszanego z Elitą, Drozdą i innymi nestorami humorku. Z drugiej strony odpowiednio pasuje do opisu. Zanim nerwy, czytajcie dalej. W słowach wspomnieniowych relacji można oddać to z należytą energią, dochodzi osobisty kontekst, wtedy to nigdy nie jest takie, jakie było... a przynajmniej jak wypada współcześnie. Nigdy nie przepadałem za tym zespołem. Niby brzmi lekko, ale tak jak w wielu innych przypadkach, czuję w tym przesadę, robienie czegoś wręcz na siłę. Odciążono na tyle, że nie zostało nic. Lato, Ławka, jeszcze to ichniejsze Da Da Da, matulu kochana, co jeden to większy potworek xD W takich sytuacjach wychodzę z siebie i staję z boku. Zaczynam przypatrywać się temu, co zostawiłem. Nabieram wyrozumiałości, nawet częściowo się lituję. Zbierając w sobie odrobinę obiektywizmu ani nie wybieram opcji totalny roast, ani też próbuję bronić za wszelką cenę. Mam sentyment do świata odmalowanego przez Musiała, bo jeszcze pamiętam klimaty smażalni z Wałbrzycha. Po prostu nie przy tych dźwiękach, nie tak. Do tego muszę dodać wybory życiowe. Jednak bardziej człowiek gór niż morza. Mój ostateczny stosunek do tego kawałka: czasem nie warto odczarowywać wspomnień, bo się okaże, że nie było czego wspominać. Kurczę, nie lubię ich. Jeszcze ta debilnie pretensjonalna nazwa...
Converge - Jane Doe
Tak, to jest ewidentnie ten czas. 2013-2015, tyle że ze względu na pewną dziewczynę słuchałem BMTH, myśląc o podobnych kręgach gatunkowych. O niej oczywiście też, ale gdy bliższe historie zniknęły z pola widzenia, zacząłem się wsłuchiwać w teksty, odczuwać na skórze klimat (szczególnie starszych płyt) i psycha siadała. Zacząłem za bardzo rozpamiętywać krótkie spotkania, pojedyncze słowa. Wiek nie sprzyjał rozsądkowi, za to podświadomość podszeptywała wiele głupich i szkodliwych rzeczy. Mniej więcej takie klimaty przywołuje muzyka pokroju udostępnionej wrzutki. Za pierwszym razem myślę sobie tak: połączenie wielu krawędziowych rzeczy w stopniu najwyższym. Kombinacje rytmiczne, od-czarowane brzmienie metalowe i rozdzieranie japy. Każda potwora znajdzie amatora, ale w przeciwieństwie do RYMiarzy czy pewnego peja fejsbukowego nie stawiam black metalu jako najwyższego osiągnięcia artystycznego w ludzkości, więc wiecie. Za to ten spokojniejszy wokalnie fragment bardzo dobry. Bardziej lantlosowo melancholijny, a nie taka pełna rąbanka klimatyczna siekiera. Może w kontekście całej płyty to wyjątkowo pasujący doomerski finał. Z szacunku do swoich emocji i relacji Seby powiem: rozumiem. Więcej w sumie nie trzeba.
Kolejka trochę w stylu Mess Ten Typ (a pierwszy diss Tedego naprawdę okej), dlatego Obywatel Smok z dość szybkim meldunkiem. Wracam do Czarnego Września heh
Lubię trance i trochę szkoda, że raz został zabity przez stadionowo-hymniczną wieś, a drugi przez edgy internautów. Juno Reactor kojarzy mi się właśnie z obecną porą roku, napisałbym o tym szerzej przy okazji swojej wrzutki - chętnie tu wrócę. Możliwe, że pisałem coś podobnego, gdy Hien wrzucał do depeszwyżyn... znacznie lepszy utwór z ich repertuaru. W przypadku takiej muzyki im bardziej elektronicznie, basowo czy kwasowo, tym lepiej. Co najwyżej szacunek dla akcentów wyraźnie orientalnych, ale to już efekt mojej słabości wobec Szpongli. Tutaj mało goa, dużo czegoś więcej i tego czegoś więcej jest... za dużo. Brzmi dobrze jako tło dla gry typu mordobitka, wyścigówki w post-industrialnej przestrzeni czy też walk w filmach z epoki. Poza tym skojarzeniem jest tylko okej. Gitary oraz symfonicznie wstawki zabijają potencjał klubowy. Pomysł się trochę urywa, przez osiem minut aż tak nie trzyma mocy. Oględne wrażenie minimalnie na plus. Wiem, gdzie dałoby się czerpać więcej radochy z tego, ale mam wielu lepszych kandydatów - między innymi stronę A tego singla heh To znaczy wersję płytową, a nie remiksy.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Generalnie rap rock nie licuje za bardzo z moimi preferencjami, bo Rejdże to jedyny punkt zaczepienia i to wcale nie najmocniejszy. Liznąłem jeszcze odrobinę dzięki artystycznym związkom Ryszarda Peji i Glacy, Jeden taki dzień, te sprawy. Wrzucany numer nie działa jak lidokaina, w szczególności tło w zwrotkach przypominające wręcz RATM - to na plus. Po prostu nie ma lipy, choć w zderzeniu z tymi industrialnymi wręcz ciągotami po prostu jest trochę niezgrabnie. Pal licho Nirvanę, jak Butch Vig to przede wszystkim pewien charakterny remiks utworu Depeche Mode... Nawijka żaden Licheń, ale też liderem wśród popularności (zarówno kolejki, jak i rzeczy rapowych słuchanych ostatnio) nie będzie. Jeśli nie pierwsza liga klasyki (choć widzę, że to ekipa od Jump Around), to przynajmniej dostatecznie solidnie, by uniknąć hejtingu.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
Niby są jakieś dwa warianty, ale późniejsze wytwory tego kombinatu rozrywkowego to jest tak mdła żeżuncja, że dajcie spokój (rzeczy z lat 80' po prostu nie znam). Muzyczny odpowiednik Konia Polskiego zmieszanego z Elitą, Drozdą i innymi nestorami humorku. Z drugiej strony odpowiednio pasuje do opisu. Zanim nerwy, czytajcie dalej. W słowach wspomnieniowych relacji można oddać to z należytą energią, dochodzi osobisty kontekst, wtedy to nigdy nie jest takie, jakie było... a przynajmniej jak wypada współcześnie. Nigdy nie przepadałem za tym zespołem. Niby brzmi lekko, ale tak jak w wielu innych przypadkach, czuję w tym przesadę, robienie czegoś wręcz na siłę. Odciążono na tyle, że nie zostało nic. Lato, Ławka, jeszcze to ichniejsze Da Da Da, matulu kochana, co jeden to większy potworek xD W takich sytuacjach wychodzę z siebie i staję z boku. Zaczynam przypatrywać się temu, co zostawiłem. Nabieram wyrozumiałości, nawet częściowo się lituję. Zbierając w sobie odrobinę obiektywizmu ani nie wybieram opcji totalny roast, ani też próbuję bronić za wszelką cenę. Mam sentyment do świata odmalowanego przez Musiała, bo jeszcze pamiętam klimaty smażalni z Wałbrzycha. Po prostu nie przy tych dźwiękach, nie tak. Do tego muszę dodać wybory życiowe. Jednak bardziej człowiek gór niż morza. Mój ostateczny stosunek do tego kawałka: czasem nie warto odczarowywać wspomnień, bo się okaże, że nie było czego wspominać. Kurczę, nie lubię ich. Jeszcze ta debilnie pretensjonalna nazwa...
Converge - Jane Doe
Tak, to jest ewidentnie ten czas. 2013-2015, tyle że ze względu na pewną dziewczynę słuchałem BMTH, myśląc o podobnych kręgach gatunkowych. O niej oczywiście też, ale gdy bliższe historie zniknęły z pola widzenia, zacząłem się wsłuchiwać w teksty, odczuwać na skórze klimat (szczególnie starszych płyt) i psycha siadała. Zacząłem za bardzo rozpamiętywać krótkie spotkania, pojedyncze słowa. Wiek nie sprzyjał rozsądkowi, za to podświadomość podszeptywała wiele głupich i szkodliwych rzeczy. Mniej więcej takie klimaty przywołuje muzyka pokroju udostępnionej wrzutki. Za pierwszym razem myślę sobie tak: połączenie wielu krawędziowych rzeczy w stopniu najwyższym. Kombinacje rytmiczne, od-czarowane brzmienie metalowe i rozdzieranie japy. Każda potwora znajdzie amatora, ale w przeciwieństwie do RYMiarzy czy pewnego peja fejsbukowego nie stawiam black metalu jako najwyższego osiągnięcia artystycznego w ludzkości, więc wiecie. Za to ten spokojniejszy wokalnie fragment bardzo dobry. Bardziej lantlosowo melancholijny, a nie taka pełna rąbanka klimatyczna siekiera. Może w kontekście całej płyty to wyjątkowo pasujący doomerski finał. Z szacunku do swoich emocji i relacji Seby powiem: rozumiem. Więcej w sumie nie trzeba.
Kolejka trochę w stylu Mess Ten Typ (a pierwszy diss Tedego naprawdę okej), dlatego Obywatel Smok z dość szybkim meldunkiem. Wracam do Czarnego Września heh
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No Panowie, lecicie z koksem bo zaraz tydzień zleci
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Butch Vig znany z produkowania Nirvany, lol… No, dobra. Lubię House of Pain, głównie za to, że się wyróżniali. Kawałek wrzucony przez Murzyna jest bardzo spoko i niewiele więcej mam w sumie do napisania. Momentami HoP idą tutaj w industrialne tony, co mnie osobiście odpowiada, rap też jest spoko, biali czasem potrafią. Przyjemnie się słuchało, jest spoko.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
Ehh, szkoda, że Musiał tak późno wleciał z tym numerem i tym tekstem, ale w sumie wspomnienia się nie starzeją. Pamiętam te czasy, tęsknię za nimi, ale też pod wieloma względami polskie morze nie zmieniło się tak bardzo. Zależy o czym mówimy, ale np. tęsknię za kioskami, za tymi pudkami, za salonami gier. Te ostatnie jeszcze są, ale tam nie ma już gier, są tylko automaty do tańczenia i jakieś boxery. W każdym razie, lubię ten kawałek i to bez zasłaniania się nostalgią, itd. Lubię go naprawdę, bez kontekstu. Uważam, że muzycznie, wokalnie i tekstowo, to jest naprawdę dobre, a klimat jaki wywołuje, ehhh. Dopiero wróciłem z wakacji, a szczerze mówiąc, już bym wracał, mimo że pod koniec byłem już trochę tym zmęczony i chciałem wracać do domu. Fajnie, że Dev przypomina o takich hitach, bo to były naprawdę dobre hity.
Future Sound of London - Moscow
Gdzieś tam coś tam słuchałem FsoL, nawet mam parę ulubionych kawałków. Muszę do nich swego czasu wrócić i ocenić, jak one się mają do takiego „Moscow”, bo tutaj to prawdę mówiąc niewiele do mnie przemawia. Może to też kwestia tego, że ostatni muza klubowa naprawdę mi nie wchodzi i odgradzam się od takiego napierdalania, jak tylko się da. Nie jest bardzo źle, ale poza jakimś tam fajnym samplingiem, to jest to w gruncie rzeczy takie pitu pitu ze średnią produkcją. Smoku ma z tym fajne wspomnienia i to jak najbardziej rozumiem, natomiast moje wspomnienia raczej będą nijakie.
Converge - Jane Doe
Lol. Taki muppetowy wokal raczej mi nie robi w jakimkolwiek innym kontekście niż piosenki z „The Muppet Show”, no i prostytutka, no nie jest to poziom „Manamana” żebym się pojarał. Poza tym w sumie bardzo spoko kawałek, do instrumentala w tle i reszty wokali się nie przypierdole, bo mi się to podoba. Seba tego słuchał dziecięciem będąc, w sumie ja do takich ciekawszych cięższych brzmień dotarłem dużo później. Nie jest to muza, do której bym wracał często, ale zakładam, że Seba też tego nie robi.
Kolejka na zasadzie "może być", najlepiej wypadł Musiał.
Butch Vig znany z produkowania Nirvany, lol… No, dobra. Lubię House of Pain, głównie za to, że się wyróżniali. Kawałek wrzucony przez Murzyna jest bardzo spoko i niewiele więcej mam w sumie do napisania. Momentami HoP idą tutaj w industrialne tony, co mnie osobiście odpowiada, rap też jest spoko, biali czasem potrafią. Przyjemnie się słuchało, jest spoko.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
Ehh, szkoda, że Musiał tak późno wleciał z tym numerem i tym tekstem, ale w sumie wspomnienia się nie starzeją. Pamiętam te czasy, tęsknię za nimi, ale też pod wieloma względami polskie morze nie zmieniło się tak bardzo. Zależy o czym mówimy, ale np. tęsknię za kioskami, za tymi pudkami, za salonami gier. Te ostatnie jeszcze są, ale tam nie ma już gier, są tylko automaty do tańczenia i jakieś boxery. W każdym razie, lubię ten kawałek i to bez zasłaniania się nostalgią, itd. Lubię go naprawdę, bez kontekstu. Uważam, że muzycznie, wokalnie i tekstowo, to jest naprawdę dobre, a klimat jaki wywołuje, ehhh. Dopiero wróciłem z wakacji, a szczerze mówiąc, już bym wracał, mimo że pod koniec byłem już trochę tym zmęczony i chciałem wracać do domu. Fajnie, że Dev przypomina o takich hitach, bo to były naprawdę dobre hity.
Future Sound of London - Moscow
Gdzieś tam coś tam słuchałem FsoL, nawet mam parę ulubionych kawałków. Muszę do nich swego czasu wrócić i ocenić, jak one się mają do takiego „Moscow”, bo tutaj to prawdę mówiąc niewiele do mnie przemawia. Może to też kwestia tego, że ostatni muza klubowa naprawdę mi nie wchodzi i odgradzam się od takiego napierdalania, jak tylko się da. Nie jest bardzo źle, ale poza jakimś tam fajnym samplingiem, to jest to w gruncie rzeczy takie pitu pitu ze średnią produkcją. Smoku ma z tym fajne wspomnienia i to jak najbardziej rozumiem, natomiast moje wspomnienia raczej będą nijakie.
Converge - Jane Doe
Lol. Taki muppetowy wokal raczej mi nie robi w jakimkolwiek innym kontekście niż piosenki z „The Muppet Show”, no i prostytutka, no nie jest to poziom „Manamana” żebym się pojarał. Poza tym w sumie bardzo spoko kawałek, do instrumentala w tle i reszty wokali się nie przypierdole, bo mi się to podoba. Seba tego słuchał dziecięciem będąc, w sumie ja do takich ciekawszych cięższych brzmień dotarłem dużo później. Nie jest to muza, do której bym wracał często, ale zakładam, że Seba też tego nie robi.
Kolejka na zasadzie "może być", najlepiej wypadł Musiał.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja wiem że Butch Vig to przede wszystkim muzyk, miałem na myśli że jako producent cudzych rzeczy fejm zebrał za Nevermind najpierw głównie, cytując Wiki:
"The success of Nevermind earned Vig the nickname "Nevermind Man", according to the BBC."
"The success of Nevermind earned Vig the nickname "Nevermind Man", according to the BBC."
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Juno Reactor - Biot Messiah
Kurde. Nie lubię tych wszystkich goa, psytrance'ów i tym podobnych rzeczy. Pal sześć, że kojarzą mi się z nawiedzonymi ludźmi, ale praktycznie za każdym razem jak mam styczność z przedstawicielem gatunku, to mam wrazenie, że słucham czegoś na zbyt przeładowanego, intensywnego i nie do końca z mojej bajki. Niby lubię jak jest dziwnie, intensywnie i w ogóle, ale ZA KAŻDYM ciupcianym RAZEM, gdy wrzucam jakieś Shpongle mma wrażenie, że ktoś puszcza przy mnie z siedem różnych utworów jednocześnie, z czego czterech nie jestem w stanie słuchać. xd Tu jest w sumie podobnie, jestem przytłoczony, przygnieciony i wymemłany.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Wczesne lata 90 kojarzą mi się z trendem wciskania rapowanych wstawek w muzyce popularnej oraz rockowej, więc sam fakt obcowania z czymś, co można byłoby określić antytezą tego trendu przyjąłem z taką pewną ciekawością. I jestem zadowolony z obcowania z nim niemal tak samo jak brat Jacka z wygrania konkursu w lokalnym radio, bo to naprawdę kawał fajnego rapcore'u. Gitarki są fajne i ROBIĄ SWOJE, jest moc, jest energia, jest git. Naprawdę świetny kawałek, mógłbym podeń wyciskać na siłce, gdybym na nią chodził. Tylko tyle i aż tyle.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
O jejciu. FNS to ten zespół, który pozornie nie kojarzy się z niczym poza tym, że był kiedyś popularny, a teraz nie, ale jak człowiek sobie przypomni to wiąże się z paroma abstrakcyjnymi zjawiskami. Jak np. Wspomnianym przez Musiała supportem przed Jacksonem w latach 90. Albo tym programem kulinarnym, w którym Olek Klepacz prezentował spaghetti wg swojego przepisu, na widok którego byłem bliski zawału serca. Albo debiutem tego zespołu, który pamiętam jako pastisz The Cure, który przy tym był nawet całkiem słuchalny. I w sumie to chyba aż normalne, że ten zespół musiał też nagrać taki typowy kawałek jak ten. Nie wadzi mi on, nie przeszkadza, nawet sobie raz na ruski rok włącze jak mam ochotę sobie posłuchać hiciorów z lat 90, ale za cholerę nie umieściłbym go w swoim topie - choćby ze względu na brak personalnego kontekstu. No i w sumie to jeżdzę nad polskie morze. Nie mam nic do dodania.
Future Sound of London - Moscow
Dziwna sprawa z tym FSoLem, bo cały czas mam wrażenie, że to jednocześnie przeceniany i niedoceniany zespół. Niedoceniany, bo niby gro ludzi znają ich tylko z tej Papui Nowej Gwinei, przeceniany - bo skoro jest z nim wiele hałasu o nic, to mniemam, że pewnie ma jakieś tam grono fanbojów. Ja się generalnie nie znam, ale to co sprzedał Robert jest git. Wyobrażam sobie słuchanie tego w tym settingu, to jest pod koniec jakiegoś spotkania towarzyskiego letnią nocą i w takim przypadku na pewno musi to dawać radę, bo jako jesieniara lato najbardziej lubię na takich obrazkach i w takich momentach. Ten jest bardzo fajny, korci mnie użycie słowa SUBTELNY, które może i nie ma sensu, ale nic nie poradzę na to, że mi pasuje. Podoba mi się to.
Mocno 90sowa ta kolejka i generalnie wyszło jak ta dekada - miejscami fajnie lub bardzo fajnie, ale też jest na co ponarzekać.
Kurde. Nie lubię tych wszystkich goa, psytrance'ów i tym podobnych rzeczy. Pal sześć, że kojarzą mi się z nawiedzonymi ludźmi, ale praktycznie za każdym razem jak mam styczność z przedstawicielem gatunku, to mam wrazenie, że słucham czegoś na zbyt przeładowanego, intensywnego i nie do końca z mojej bajki. Niby lubię jak jest dziwnie, intensywnie i w ogóle, ale ZA KAŻDYM ciupcianym RAZEM, gdy wrzucam jakieś Shpongle mma wrażenie, że ktoś puszcza przy mnie z siedem różnych utworów jednocześnie, z czego czterech nie jestem w stanie słuchać. xd Tu jest w sumie podobnie, jestem przytłoczony, przygnieciony i wymemłany.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Wczesne lata 90 kojarzą mi się z trendem wciskania rapowanych wstawek w muzyce popularnej oraz rockowej, więc sam fakt obcowania z czymś, co można byłoby określić antytezą tego trendu przyjąłem z taką pewną ciekawością. I jestem zadowolony z obcowania z nim niemal tak samo jak brat Jacka z wygrania konkursu w lokalnym radio, bo to naprawdę kawał fajnego rapcore'u. Gitarki są fajne i ROBIĄ SWOJE, jest moc, jest energia, jest git. Naprawdę świetny kawałek, mógłbym podeń wyciskać na siłce, gdybym na nią chodził. Tylko tyle i aż tyle.
Formacja Nieżywych Schabuff - Lato
O jejciu. FNS to ten zespół, który pozornie nie kojarzy się z niczym poza tym, że był kiedyś popularny, a teraz nie, ale jak człowiek sobie przypomni to wiąże się z paroma abstrakcyjnymi zjawiskami. Jak np. Wspomnianym przez Musiała supportem przed Jacksonem w latach 90. Albo tym programem kulinarnym, w którym Olek Klepacz prezentował spaghetti wg swojego przepisu, na widok którego byłem bliski zawału serca. Albo debiutem tego zespołu, który pamiętam jako pastisz The Cure, który przy tym był nawet całkiem słuchalny. I w sumie to chyba aż normalne, że ten zespół musiał też nagrać taki typowy kawałek jak ten. Nie wadzi mi on, nie przeszkadza, nawet sobie raz na ruski rok włącze jak mam ochotę sobie posłuchać hiciorów z lat 90, ale za cholerę nie umieściłbym go w swoim topie - choćby ze względu na brak personalnego kontekstu. No i w sumie to jeżdzę nad polskie morze. Nie mam nic do dodania.
Future Sound of London - Moscow
Dziwna sprawa z tym FSoLem, bo cały czas mam wrażenie, że to jednocześnie przeceniany i niedoceniany zespół. Niedoceniany, bo niby gro ludzi znają ich tylko z tej Papui Nowej Gwinei, przeceniany - bo skoro jest z nim wiele hałasu o nic, to mniemam, że pewnie ma jakieś tam grono fanbojów. Ja się generalnie nie znam, ale to co sprzedał Robert jest git. Wyobrażam sobie słuchanie tego w tym settingu, to jest pod koniec jakiegoś spotkania towarzyskiego letnią nocą i w takim przypadku na pewno musi to dawać radę, bo jako jesieniara lato najbardziej lubię na takich obrazkach i w takich momentach. Ten jest bardzo fajny, korci mnie użycie słowa SUBTELNY, które może i nie ma sensu, ale nic nie poradzę na to, że mi pasuje. Podoba mi się to.
Mocno 90sowa ta kolejka i generalnie wyszło jak ta dekada - miejscami fajnie lub bardzo fajnie, ale też jest na co ponarzekać.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Juno Reactor - Biot Messiah
Mam dość specyficzne i niemal jednoznaczne konotacje z taką muzyką i imprezami, na których ją słyszałem, ale forum publiczne się na takie wynurzenia średnio nadaje. Prawdą jednak jest, że wolałem trance od techno już dzieciakiem będąc, kiedy to moja kuzynka - kilka lat ode mnie starsza - słuchając namiętnie jednego i drugiego serwowała mi trochę jedno i drugie w postaci różnych bootlegowych składanek na taśmach magnetycznych. Potem doszły do tego gry komputerowe, w których tego typu muza była używana (no, może nie per se dokładnie taka, ale na pewno mocno zbliżona). Zdecydowanie podoba mi się, jak trance płynie dźwiękowo i brzmieniowo, nie jest to li napierdalanka ekstremalnie szybkim kickiem z jakimiś elektronicznymi przeszkadzajkami w tle, są tam klawisze na pełnej, pady, również gitary, a wszystko to podlane sosem z delayów i reverbów. Innymi słowy - przestrzeń. Co prawda w oderwaniu od pewnych, hmmm, kontekstów rzadko częstuję się taką muzą na słuchawkach, ale then again świetnie tego typu rzeczy wchodzą jak się np. zaiwania samochodem po pustej autostradzie w pogodną noc. Munlup doskonale dostarczył, inna sprawa, iż najntisy się w tego wylewają na pełnej. Albo przełom wieków. Bardziej niż z Barthezza hehe.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Z jednej strony nie lubię pieprzenia pt. kiedyś to było, z drugiej jednak sam je często - jeśli chodzi o muzykę (acz nie tylko) uprawiam. Więc co, hipokryzja? Może ODROBINKĘ... Niemniej jednak dla kogoś tak niezaznajomionego z rapem czy hard rockiem jak ja, to wrzutka imć Golasa jest złotem. Naprawdę, wyjątkowo siedzi mi ten niemal industrialowy power (zwłaszcza w bębnach, przede wszystkim podczas refrenu). Koncept irlandzkich raperów cisnących swoje wersy do brzmienia ciężkich gitar? Miodzio. Jeszcze ten cudowny mostek, który - jak już wiele rzeczy w naszych zabawach - przypomina jako żywo rzeczy nagrywane przez Sakiego Kaskasa (RIP) na potrzeby soundtracku do NFS2. Również jest w tym pogłos (hehe) gier z epoki (no, może nieco późniejszej), człowiek zamyka oczy i nagle ciśnie w jakiegoś Hexena czy inne Dark Messiah of Might and Magic (bez znaczenia, czy była tam taka muza, czy nie, a zdaje się, że nie było). Z jednej strony kojarzy się z Run DMC, z drugiej z Cypress Hill, z jeszcze trzeciej nawet z Limp Bizkit. EHH, KIEDYŚ TO BYŁO.
Future Sound of London - Moscow
A FSoL to już kiedyś tu był, w Depeszwizji o ile mnie pamięć nie myli i chyba wrzucała to Młoda? Albo też Smoku, tylko teraz jestem zbyt leniwy, ażeby to zweryfikować. NO NIC. Generalnie wrzutka Dragona w jakiś sposób, zrozumiały tylko dla dziwnych połączeń neuronalnych w mojej głowie, koresponduje z tym, co zapodał Hien, ale też pachnie Autechre z zakresu, który poznawałem na własną rękę (i był wolny od wiecznych gliczy). Co mogę powiedzieć? Podoba mi się. Też ma ten growy vibe, też pachnie - jakkolwiek to nie zabrzmi - starością, tzn. czasami już nieco minionymi i odkrywaniem Muzyki przez duże M w wykonaniu Musiała przed dwudziestoma laty. Tak samo mógł to stworzyć kolektyw nieziemsko utalentowanych i doświadczonych DJów z wieloma dużymi osiągnięciami na swych kontach, jak i jeden Ziutek, który wszystko skleił w Magix Music Makerze po lekcjach w piątek przy pomocy dwóch ruskich (żart niezamierzony) samouczków. Tytuł w kontekście brzmienia wydaje się być nieco zagadkowy, ale długo nie sprawdzę, czy pasuje. Niestety. Tymczasem chylę copkę, gdyż jest przed czym. Czuję, że będę to dalej sprzedawał i już wiem, komu dokładnie.
Converge - Jane Doe
Będąc już po dwóch odsłuchach najświeższej Dwizji mam wrażenie, iż imć Seba się tam dość wyraźnie sprzedał ze swoją propozycją... Bądź źle zakładam, ale mam poniekąd wrażenie, iż nasz Mistrz Ceremonii sięga ostatnio po sporo angstowo brzmiących rzeczy. Problem polega na tym, że jeszcze w przypadku Swansów człowiek może sobie pomyśleć, że no dobra, to jednak Gira i oczytanemu muzycznie człowiekowi zwyczajnie warto to znać (przy założeniu, iż Swans to żaden odpowiednik Ulissesa Joyce'a, a bardziej, nie wiem, Nad Niemnem). Tutaj jednak... Sorry Seba, no bonus. Muza chaotyczna, wokal to sine prostytutka ptaszory przed zasiekami z mikrofonów pojemnościowych. Jedyne okoliczności w jakich mógłbym zaakceptować nieironiczne słuchanie tego kawałka to sytuacja, w której sam oddaję komuś swoje bitcoiny a potem konfrontuję się z rzeczywistością, w której de facto oddałem majątek warty kilka pokoleń mojej rodziny. Względnie, nie wiem, ja przeżywający swój n-ty zawód miłosny w latach 2006-2011. Czyli dawno temu. Bicie kotka przy pomocy młotka, to nie dla mnie. Za bardzo lubię koty. Do tego stopnia, że przed trzema laty odrzuciłem względy pewnego dziewczęcia, co to było i ładne, i mądre, i na dodatek wybitnie dziane. Powód? Słuchała takiej muzyki. RIP Martwa. RIP Seba. I w ogóle wszyscy RIP po odsłuchaniu tego czegoś.
Mam dość specyficzne i niemal jednoznaczne konotacje z taką muzyką i imprezami, na których ją słyszałem, ale forum publiczne się na takie wynurzenia średnio nadaje. Prawdą jednak jest, że wolałem trance od techno już dzieciakiem będąc, kiedy to moja kuzynka - kilka lat ode mnie starsza - słuchając namiętnie jednego i drugiego serwowała mi trochę jedno i drugie w postaci różnych bootlegowych składanek na taśmach magnetycznych. Potem doszły do tego gry komputerowe, w których tego typu muza była używana (no, może nie per se dokładnie taka, ale na pewno mocno zbliżona). Zdecydowanie podoba mi się, jak trance płynie dźwiękowo i brzmieniowo, nie jest to li napierdalanka ekstremalnie szybkim kickiem z jakimiś elektronicznymi przeszkadzajkami w tle, są tam klawisze na pełnej, pady, również gitary, a wszystko to podlane sosem z delayów i reverbów. Innymi słowy - przestrzeń. Co prawda w oderwaniu od pewnych, hmmm, kontekstów rzadko częstuję się taką muzą na słuchawkach, ale then again świetnie tego typu rzeczy wchodzą jak się np. zaiwania samochodem po pustej autostradzie w pogodną noc. Munlup doskonale dostarczył, inna sprawa, iż najntisy się w tego wylewają na pełnej. Albo przełom wieków. Bardziej niż z Barthezza hehe.
House of Pain - Shamrocks & Shenanigans (Butch Vig Mix)
Z jednej strony nie lubię pieprzenia pt. kiedyś to było, z drugiej jednak sam je często - jeśli chodzi o muzykę (acz nie tylko) uprawiam. Więc co, hipokryzja? Może ODROBINKĘ... Niemniej jednak dla kogoś tak niezaznajomionego z rapem czy hard rockiem jak ja, to wrzutka imć Golasa jest złotem. Naprawdę, wyjątkowo siedzi mi ten niemal industrialowy power (zwłaszcza w bębnach, przede wszystkim podczas refrenu). Koncept irlandzkich raperów cisnących swoje wersy do brzmienia ciężkich gitar? Miodzio. Jeszcze ten cudowny mostek, który - jak już wiele rzeczy w naszych zabawach - przypomina jako żywo rzeczy nagrywane przez Sakiego Kaskasa (RIP) na potrzeby soundtracku do NFS2. Również jest w tym pogłos (hehe) gier z epoki (no, może nieco późniejszej), człowiek zamyka oczy i nagle ciśnie w jakiegoś Hexena czy inne Dark Messiah of Might and Magic (bez znaczenia, czy była tam taka muza, czy nie, a zdaje się, że nie było). Z jednej strony kojarzy się z Run DMC, z drugiej z Cypress Hill, z jeszcze trzeciej nawet z Limp Bizkit. EHH, KIEDYŚ TO BYŁO.
Future Sound of London - Moscow
A FSoL to już kiedyś tu był, w Depeszwizji o ile mnie pamięć nie myli i chyba wrzucała to Młoda? Albo też Smoku, tylko teraz jestem zbyt leniwy, ażeby to zweryfikować. NO NIC. Generalnie wrzutka Dragona w jakiś sposób, zrozumiały tylko dla dziwnych połączeń neuronalnych w mojej głowie, koresponduje z tym, co zapodał Hien, ale też pachnie Autechre z zakresu, który poznawałem na własną rękę (i był wolny od wiecznych gliczy). Co mogę powiedzieć? Podoba mi się. Też ma ten growy vibe, też pachnie - jakkolwiek to nie zabrzmi - starością, tzn. czasami już nieco minionymi i odkrywaniem Muzyki przez duże M w wykonaniu Musiała przed dwudziestoma laty. Tak samo mógł to stworzyć kolektyw nieziemsko utalentowanych i doświadczonych DJów z wieloma dużymi osiągnięciami na swych kontach, jak i jeden Ziutek, który wszystko skleił w Magix Music Makerze po lekcjach w piątek przy pomocy dwóch ruskich (żart niezamierzony) samouczków. Tytuł w kontekście brzmienia wydaje się być nieco zagadkowy, ale długo nie sprawdzę, czy pasuje. Niestety. Tymczasem chylę copkę, gdyż jest przed czym. Czuję, że będę to dalej sprzedawał i już wiem, komu dokładnie.
Converge - Jane Doe
Będąc już po dwóch odsłuchach najświeższej Dwizji mam wrażenie, iż imć Seba się tam dość wyraźnie sprzedał ze swoją propozycją... Bądź źle zakładam, ale mam poniekąd wrażenie, iż nasz Mistrz Ceremonii sięga ostatnio po sporo angstowo brzmiących rzeczy. Problem polega na tym, że jeszcze w przypadku Swansów człowiek może sobie pomyśleć, że no dobra, to jednak Gira i oczytanemu muzycznie człowiekowi zwyczajnie warto to znać (przy założeniu, iż Swans to żaden odpowiednik Ulissesa Joyce'a, a bardziej, nie wiem, Nad Niemnem). Tutaj jednak... Sorry Seba, no bonus. Muza chaotyczna, wokal to sine prostytutka ptaszory przed zasiekami z mikrofonów pojemnościowych. Jedyne okoliczności w jakich mógłbym zaakceptować nieironiczne słuchanie tego kawałka to sytuacja, w której sam oddaję komuś swoje bitcoiny a potem konfrontuję się z rzeczywistością, w której de facto oddałem majątek warty kilka pokoleń mojej rodziny. Względnie, nie wiem, ja przeżywający swój n-ty zawód miłosny w latach 2006-2011. Czyli dawno temu. Bicie kotka przy pomocy młotka, to nie dla mnie. Za bardzo lubię koty. Do tego stopnia, że przed trzema laty odrzuciłem względy pewnego dziewczęcia, co to było i ładne, i mądre, i na dodatek wybitnie dziane. Powód? Słuchała takiej muzyki. RIP Martwa. RIP Seba. I w ogóle wszyscy RIP po odsłuchaniu tego czegoś.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
dobra robimy ostatki
Pijani Powietrzem - Zmysły, emocje (2002)
Na koniec kolejnego sezonu świeżynka poznawcza i to jaka... Mam sporo sentymentu do Paktofoniki, czemu dałem wyraz w bestce jakiś czas temu. Fokus potężny w Powierzchniach Tnących, ale nie tylko tam - między agresją, luźną, pewną siebie nawijką a subtelnością (Priorytety, Rób Co Chcesz) potrafi przewinąć wiele ciekawych linijek. Od kilku dni dochodzę jednak do wniosku, że Kinematografia była tylko rozbiegówką przed największą mocą. Jasne, zwrotka u Pezeta czy kawałek na Kodexie nie do zapomnienia, jednak efekt zamknięcia się na dwa tygodnie w studio jesienią 2001 roku razem z ziomkami w towarzystwie dobrej zabawy i śmiesznych papierosów przyniósł perłę jedną na milion. PFK i Ego, czyli przede wszystkim Fokus oraz Śliwka. Jura i Śląsk, Katowice i Częstochowa. Do tego bity własnej produkcji, solidna pomoc Rahima, DJa Haem, DJ Bambusa i mamy to. Sezon teatralny zakończyłem z przytupem. Wracając dzisiaj myślami do tego dnia, wiele sytuacji równie dobrze mogło się wydarzyć właśnie w trakcie posiadówki studyjnej te 24 lata temu w innym gronie. Oczywiście we Wrocku nie było nagrywek, rapowego wzmożenia, i tak dalej. Chodzi o porównywalną energię, a przynajmniej część przywołuje takie skojarzenia. Do Zawieszonych w czasie i przestrzeni zbierałem się pewien czas. Wreszcie po kolejnej solidnej lekturze pewnego forumu hip-hopowego wziąłem, przesłuchałem. Od dłuższego czasu regularnie wracam, wciąż nienasycony wrażeniami. Świetny lekko mroczny klimacik. Urozmaicone produkcje, którym trudno zarzucić powtarzalność czy sztampę. Już na dzień dobry w Fotkach idzie amen break, ludzie kochani! Przespana perła polskiego hip-hopu. W takiej sytuacji należy wziąć pomóc jej dotrzeć do jak najszerszego grona.
Kontekst sytuacyjny i historyczny używkowy, ale niech was to nie zwiedzie. Panowie mają wiele ciekawych rzeczy do przekazania. Przed wszystkim bałem się pretensjonalności czy przesadnego odlotu, a tu proszę, chwilami wciąż zaskakująco świeżo, błyskotliwie lub faktycznie z głębszym przesłaniem. Nastrój ostatnich dni/tygodni dobrze oddają Zmysły, emocje. Lepszego kawałka na ten moment nie znajdę. Rytmy wieczornej introspekcji, chwil zwątpienia i pozornie prostego rozwiązania, puenty. Mimo wszystko po odsłuchu nie umiem powiedzieć jednoznacznie, czy to faktycznie motywator czy zblazowana relacja z wewnętrznej walki. Za te napięcia wielki szacunek. Żadne gadanie do mikrofonu, to już jest sztuka pełną gębą. Pierwsze linijki Fokusa tutaj mogą być jego najlepszymi w całej karierze.
lecz zmysły, po które sięgniesz aż w niebie pozostaną przy tobie
https://www.youtube.com/watch?v=iNE2EGm ... p=iAQB8AUB
Pijani Powietrzem - Zmysły, emocje (2002)
Na koniec kolejnego sezonu świeżynka poznawcza i to jaka... Mam sporo sentymentu do Paktofoniki, czemu dałem wyraz w bestce jakiś czas temu. Fokus potężny w Powierzchniach Tnących, ale nie tylko tam - między agresją, luźną, pewną siebie nawijką a subtelnością (Priorytety, Rób Co Chcesz) potrafi przewinąć wiele ciekawych linijek. Od kilku dni dochodzę jednak do wniosku, że Kinematografia była tylko rozbiegówką przed największą mocą. Jasne, zwrotka u Pezeta czy kawałek na Kodexie nie do zapomnienia, jednak efekt zamknięcia się na dwa tygodnie w studio jesienią 2001 roku razem z ziomkami w towarzystwie dobrej zabawy i śmiesznych papierosów przyniósł perłę jedną na milion. PFK i Ego, czyli przede wszystkim Fokus oraz Śliwka. Jura i Śląsk, Katowice i Częstochowa. Do tego bity własnej produkcji, solidna pomoc Rahima, DJa Haem, DJ Bambusa i mamy to. Sezon teatralny zakończyłem z przytupem. Wracając dzisiaj myślami do tego dnia, wiele sytuacji równie dobrze mogło się wydarzyć właśnie w trakcie posiadówki studyjnej te 24 lata temu w innym gronie. Oczywiście we Wrocku nie było nagrywek, rapowego wzmożenia, i tak dalej. Chodzi o porównywalną energię, a przynajmniej część przywołuje takie skojarzenia. Do Zawieszonych w czasie i przestrzeni zbierałem się pewien czas. Wreszcie po kolejnej solidnej lekturze pewnego forumu hip-hopowego wziąłem, przesłuchałem. Od dłuższego czasu regularnie wracam, wciąż nienasycony wrażeniami. Świetny lekko mroczny klimacik. Urozmaicone produkcje, którym trudno zarzucić powtarzalność czy sztampę. Już na dzień dobry w Fotkach idzie amen break, ludzie kochani! Przespana perła polskiego hip-hopu. W takiej sytuacji należy wziąć pomóc jej dotrzeć do jak najszerszego grona.
Kontekst sytuacyjny i historyczny używkowy, ale niech was to nie zwiedzie. Panowie mają wiele ciekawych rzeczy do przekazania. Przed wszystkim bałem się pretensjonalności czy przesadnego odlotu, a tu proszę, chwilami wciąż zaskakująco świeżo, błyskotliwie lub faktycznie z głębszym przesłaniem. Nastrój ostatnich dni/tygodni dobrze oddają Zmysły, emocje. Lepszego kawałka na ten moment nie znajdę. Rytmy wieczornej introspekcji, chwil zwątpienia i pozornie prostego rozwiązania, puenty. Mimo wszystko po odsłuchu nie umiem powiedzieć jednoznacznie, czy to faktycznie motywator czy zblazowana relacja z wewnętrznej walki. Za te napięcia wielki szacunek. Żadne gadanie do mikrofonu, to już jest sztuka pełną gębą. Pierwsze linijki Fokusa tutaj mogą być jego najlepszymi w całej karierze.
lecz zmysły, po które sięgniesz aż w niebie pozostaną przy tobie
https://www.youtube.com/watch?v=iNE2EGm ... p=iAQB8AUB
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
to jedziemy ten ślōnski styl
HST feat. Siloe - Kilka minut z nią
(2002)
Mówiąc o legendach polskiego rapu które miały swoje 5 minut i o których słuch później trochę zaginął wspominaliśmy już Eisa, Reno, Smarkiego czy Wankza z Dinali, nie mógłbym jednak też nie poświęcić ani chwili na zapoznanie Was z postacią Hasta czyli HST, ikony śląskiej sceny hip hopowej początku obecnego millenium. Debiutował on w 2002 roku krążkiem "Masy ludu. Na językach" i wyróżniał się nawet na tle innych katowickich raperów nawijką bogatą we wtrącenia rodem ze śląskiej gwary. Album promował singiel "Kilka minut z nią" który był - trzeba przyznać - mało reprezentatywny dla reszty materiału na płycie, niemniej ten kawałek z damskim refrenem i o tematyce damsko-męskiej stał mi się dość bliski te jakieś... 16 lat temu?
Hast w tym numerze wspomina o kobiecie która skradła jego serce ale niestety była zajęta, będąc w związku z jakimś typem który traktował ją jak guano. Totalnie relowałem z tym numerem wówczas bo, oh well, byłem w podobnej sytuacji kiedy po raz pierwszy zbliżyłem się do... mojej przyszłej żony. Ona była wówczas w identycznej gównianej relacji z jednym typem, która to relacja zaczęła z czasem działać trochę w trybie ON/OFF a ja na moje nieszczęście zbliżyłem się do niej podczas jednej z takich właśnie "przerw". W tamtym czasie jednak ona mieszkała w innym mieście podczas studiów (gdzie studiował również on) więc i tak zasadniczo byłem na straconej pozycji, źle trafiłem i zostałem klinem. Był to jak się jednak okazało dopiero początek całej naszej romantycznej telenoweli gdyż jakiś czas później mieliśmy kolejne podejście do siebie, wtedy to ja leczyłem złamane serducho i wówczas to ja uciekłem przed budowaniem związku z nią. I tak odbijaliśmy się jeszcze trochę od siebie zanim na dobre zrozumieliśmy czego tak naprawdę oboje szukamy, ale jak widać potrzebowaliśmy pozbierać różnych doświadczeń i trochę okrzepnąć by na dobre docenić pewne rzeczy w życiu.
https://youtu.be/30niBySN64E?si=1BwXsoXOI7cZUmAm
HST feat. Siloe - Kilka minut z nią
(2002)
Mówiąc o legendach polskiego rapu które miały swoje 5 minut i o których słuch później trochę zaginął wspominaliśmy już Eisa, Reno, Smarkiego czy Wankza z Dinali, nie mógłbym jednak też nie poświęcić ani chwili na zapoznanie Was z postacią Hasta czyli HST, ikony śląskiej sceny hip hopowej początku obecnego millenium. Debiutował on w 2002 roku krążkiem "Masy ludu. Na językach" i wyróżniał się nawet na tle innych katowickich raperów nawijką bogatą we wtrącenia rodem ze śląskiej gwary. Album promował singiel "Kilka minut z nią" który był - trzeba przyznać - mało reprezentatywny dla reszty materiału na płycie, niemniej ten kawałek z damskim refrenem i o tematyce damsko-męskiej stał mi się dość bliski te jakieś... 16 lat temu?
Hast w tym numerze wspomina o kobiecie która skradła jego serce ale niestety była zajęta, będąc w związku z jakimś typem który traktował ją jak guano. Totalnie relowałem z tym numerem wówczas bo, oh well, byłem w podobnej sytuacji kiedy po raz pierwszy zbliżyłem się do... mojej przyszłej żony. Ona była wówczas w identycznej gównianej relacji z jednym typem, która to relacja zaczęła z czasem działać trochę w trybie ON/OFF a ja na moje nieszczęście zbliżyłem się do niej podczas jednej z takich właśnie "przerw". W tamtym czasie jednak ona mieszkała w innym mieście podczas studiów (gdzie studiował również on) więc i tak zasadniczo byłem na straconej pozycji, źle trafiłem i zostałem klinem. Był to jak się jednak okazało dopiero początek całej naszej romantycznej telenoweli gdyż jakiś czas później mieliśmy kolejne podejście do siebie, wtedy to ja leczyłem złamane serducho i wówczas to ja uciekłem przed budowaniem związku z nią. I tak odbijaliśmy się jeszcze trochę od siebie zanim na dobre zrozumieliśmy czego tak naprawdę oboje szukamy, ale jak widać potrzebowaliśmy pozbierać różnych doświadczeń i trochę okrzepnąć by na dobre docenić pewne rzeczy w życiu.
https://youtu.be/30niBySN64E?si=1BwXsoXOI7cZUmAm
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
The Dream Academy - Life in a Northern Town (1985)
Zespół Byle Co z Byle Kąd, grał w nim Byle Kto z Byle Kim. Tak można w skrócie opisać The Dream Academy, które startowało z dość wysokiego pułapu, po czym przepadło niemal zupełnie w mrokach historii. Do tego stopnia, iż poznałem ich via moja wrzutka poprzez... cover. Jaki cover? Dowiecie się wkrótce. Tymczasem krótkie bio - trzy osoby, dwóch typów i jedna laska, założyły sobie zespół. Jakimś ciekawym zrządzeniem losu ich producentem został David, prostytutka, Gilmour (no, nie aż tak "jakimś", ziomkował się z frontmanem). Mieli pomysły i nietuzinkowe podejście do nagrywania muzyki. Czy to wystarczyło, by osiągnąć spektakularny sukces w tamtych czasach?
Otóż nie. Tak naprawdę moja wrzutka to ich bezapelacyjny hit singiel i zdaje się jedyny hit singiel, ale uczciwie trzeba powiedzieć - całkowicie zasłużenie. Life in a Northern Town ma wszystko to, co ejtisowa ambitna nie-bezpośrednio-popowa piosenka mieć powinna, brzmi trochę jak skrzyżowanie, well, Pink Floyd i The Smiths z Nickiem Drakem. Jeśli chodzi o tego ostatniego, to wspominam go całkiem celowo. Numer ten bowiem jest dedykowany jego osobie, a frontman/wokalista/gitarzysta The Dream Academy, a więc Nick Laird-Clowes powiedział, iż skomponował ten numer przy użyciu gitary z okładki do Bryter Layter od Drake'a (dokładnie tej samej).
Life in a Northern Town jest cudownie czilowe, a jednocześnie z powerem. Bardzo podoba mi się ten "afrykański" zaśpiew w refrenie, kontrast między spokojnymi zwrotkami i tym solidnie mocnym refrenem właśnie. Kawałek dla mnie w sam raz na koniec lata/początek jesieni (a te zbliżają się nieuchronnie), który umykał mi bardzo długo, albowiem dotarł do moich uszu po raz pierwszy we wrześniu 2018. Dawno temu, i to solidnie, a jednocześnie nie było to w tamtym słynnym 2005. Czuć i melancholię i nostalgię, a jednocześnie nie sposób się nie uśmiechnąć. Choć kawałek ma dość smutny background (angielska bieda lat 60. i 70.), to jest po prostu dobry.
A frontman sam wygląda trochę jak Nick Drake, polecam rzucić okiem na wideo, które też wyzwala lekko nostalgiczne nastroje. Zapraszam!
https://www.youtube.com/watch?v=uNS811EQT8U
Zespół Byle Co z Byle Kąd, grał w nim Byle Kto z Byle Kim. Tak można w skrócie opisać The Dream Academy, które startowało z dość wysokiego pułapu, po czym przepadło niemal zupełnie w mrokach historii. Do tego stopnia, iż poznałem ich via moja wrzutka poprzez... cover. Jaki cover? Dowiecie się wkrótce. Tymczasem krótkie bio - trzy osoby, dwóch typów i jedna laska, założyły sobie zespół. Jakimś ciekawym zrządzeniem losu ich producentem został David, prostytutka, Gilmour (no, nie aż tak "jakimś", ziomkował się z frontmanem). Mieli pomysły i nietuzinkowe podejście do nagrywania muzyki. Czy to wystarczyło, by osiągnąć spektakularny sukces w tamtych czasach?
Otóż nie. Tak naprawdę moja wrzutka to ich bezapelacyjny hit singiel i zdaje się jedyny hit singiel, ale uczciwie trzeba powiedzieć - całkowicie zasłużenie. Life in a Northern Town ma wszystko to, co ejtisowa ambitna nie-bezpośrednio-popowa piosenka mieć powinna, brzmi trochę jak skrzyżowanie, well, Pink Floyd i The Smiths z Nickiem Drakem. Jeśli chodzi o tego ostatniego, to wspominam go całkiem celowo. Numer ten bowiem jest dedykowany jego osobie, a frontman/wokalista/gitarzysta The Dream Academy, a więc Nick Laird-Clowes powiedział, iż skomponował ten numer przy użyciu gitary z okładki do Bryter Layter od Drake'a (dokładnie tej samej).
Life in a Northern Town jest cudownie czilowe, a jednocześnie z powerem. Bardzo podoba mi się ten "afrykański" zaśpiew w refrenie, kontrast między spokojnymi zwrotkami i tym solidnie mocnym refrenem właśnie. Kawałek dla mnie w sam raz na koniec lata/początek jesieni (a te zbliżają się nieuchronnie), który umykał mi bardzo długo, albowiem dotarł do moich uszu po raz pierwszy we wrześniu 2018. Dawno temu, i to solidnie, a jednocześnie nie było to w tamtym słynnym 2005. Czuć i melancholię i nostalgię, a jednocześnie nie sposób się nie uśmiechnąć. Choć kawałek ma dość smutny background (angielska bieda lat 60. i 70.), to jest po prostu dobry.
A frontman sam wygląda trochę jak Nick Drake, polecam rzucić okiem na wideo, które też wyzwala lekko nostalgiczne nastroje. Zapraszam!
https://www.youtube.com/watch?v=uNS811EQT8U
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl