Best of Forum VIII
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A ja nie mam sraczki i zapraszam Sebę do zabawy. Gdyby nam na jego udziale nie zależało, to by nie było takich emocji.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ba
Najlepsze kłótnie wiadomo w rodzinie <3
Najlepsze kłótnie wiadomo w rodzinie <3
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Uznajmy, że to była sprzeczka przy wigilijnym stole.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Uznajmy że kuzynowi odbilo przy świątecznym stole (walnął krechę na pasterce)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ja to bym w sumie zob
co
co
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co znaczy - zob
co?
co?
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
O, ładnie podłapałeś 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Panowie, co jest?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wjadę tu jutro
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja krótko dzisiaj, bo mam poligon i siedzę w lesie. Nie mam zbytnio czasu się rozpisywać. Nie mam też odpowiednich warunków i kompa. Ale nie chcę też więcej opuszczać kolejek.
Aliotta Haynes Jeremiah - Lake Shore Drive
Utworek może nie jakiś mega szałowy, ale dosyć przyjemny nawet. Oczywiście znałem go. Zgadzam się, że jest sielsko i nieco folkowo. Fajne pianinko i bardzo ładne smyczki na końcu. Perka nadaje fajnego, galopującego rytmu.
Fontaines D.C. – Favourite
Hien nieźle się wstrzelił z tym numerem po Devie. Klimat utworów serio nieco podobny. Może nie aż tak sielsko jak u Deva, ale trochę jednak też. Według mnie - bez wgłębiania się w tekst - nastrój utworu dosyć pogodny. Kawałek przyjemnego rockowego grania. Dobry wokal, melodia i naprawdę ładne smyki. Jest spoko.
Outkast - Liberation
OutKast znam jedynie z Hey Ya! Tutaj jestem całkiem miło zaskoczony tym brzmieniem. Długi numer, ale nie nudziłem się ani sekundy. Świetne wokale, świetny bas i zarąbista praca perkusji. Świetnie te tależe cykają. Pianino też ekstra. No brzmi to naprawdę niesamowicie. Wielkie, ale jakże miłe zaskoczenie.
Chris Cornell - Seasons
No ja nie jestem miłośnikiem brzmienia zespołów z Seattle z wyjątkiem Pearl Jam. Spodziewałem się więc czegoś nieprzyjemnego. Ale w sumie wcale nie jest tak źle. Nie porywa mnie to, ale też nie odrzuca. Gitary dają radę, wokalista w większości utworu też. Powiem, że jestem nastawiony tak neutralnie z lekkim kciukiem w górę. Po paru przesłuchaniach się uleżało.
Jennifer Paige - Crush
No i na koniec Mentos powraca z jednym z Endżojów. Lubię ten utwór i nie dołączę do maruderów. Też mam takie utwory, które po prostu lubię mimo, że wszyscy je znają i które są zajechane przez stacje radiowe. Utwory, z którymi nie ma związanej żadnej historii, które mi się nawet z niczym nie kojarzą. Po prostu sobie istnieją w mojej świadomości i tyle. Nie przepadam raczej za wrzucaniem takich tutaj, bo wolę jednak ryzykować czymś nieznanym nawet za cenę porcji mehów. Ale pomimo tego niektórym utworom miejsce tutaj się i tak po prostu należy. Czemuż by nie Crush?
Aliotta Haynes Jeremiah - Lake Shore Drive
Utworek może nie jakiś mega szałowy, ale dosyć przyjemny nawet. Oczywiście znałem go. Zgadzam się, że jest sielsko i nieco folkowo. Fajne pianinko i bardzo ładne smyczki na końcu. Perka nadaje fajnego, galopującego rytmu.
Fontaines D.C. – Favourite
Hien nieźle się wstrzelił z tym numerem po Devie. Klimat utworów serio nieco podobny. Może nie aż tak sielsko jak u Deva, ale trochę jednak też. Według mnie - bez wgłębiania się w tekst - nastrój utworu dosyć pogodny. Kawałek przyjemnego rockowego grania. Dobry wokal, melodia i naprawdę ładne smyki. Jest spoko.
Outkast - Liberation
OutKast znam jedynie z Hey Ya! Tutaj jestem całkiem miło zaskoczony tym brzmieniem. Długi numer, ale nie nudziłem się ani sekundy. Świetne wokale, świetny bas i zarąbista praca perkusji. Świetnie te tależe cykają. Pianino też ekstra. No brzmi to naprawdę niesamowicie. Wielkie, ale jakże miłe zaskoczenie.
Chris Cornell - Seasons
No ja nie jestem miłośnikiem brzmienia zespołów z Seattle z wyjątkiem Pearl Jam. Spodziewałem się więc czegoś nieprzyjemnego. Ale w sumie wcale nie jest tak źle. Nie porywa mnie to, ale też nie odrzuca. Gitary dają radę, wokalista w większości utworu też. Powiem, że jestem nastawiony tak neutralnie z lekkim kciukiem w górę. Po paru przesłuchaniach się uleżało.
Jennifer Paige - Crush
No i na koniec Mentos powraca z jednym z Endżojów. Lubię ten utwór i nie dołączę do maruderów. Też mam takie utwory, które po prostu lubię mimo, że wszyscy je znają i które są zajechane przez stacje radiowe. Utwory, z którymi nie ma związanej żadnej historii, które mi się nawet z niczym nie kojarzą. Po prostu sobie istnieją w mojej świadomości i tyle. Nie przepadam raczej za wrzucaniem takich tutaj, bo wolę jednak ryzykować czymś nieznanym nawet za cenę porcji mehów. Ale pomimo tego niektórym utworom miejsce tutaj się i tak po prostu należy. Czemuż by nie Crush?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Szacun dla Wuja, że napisał z poligonu. A Seba?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Podejrzewam że Seba nie napisze z poligonu. Też liczę że dzisiaj domkniemy kolejkę tak czy inaczej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak czy inaczej ja dzisiaj wrzucę utwór, bo od jutra do poniedziałku jestem na ćwiczeniu w polu i nie ma opcji, żebym wtedy to zrobił.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A to fajnie się składa, bo też bym tak zrobił.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Aliotta Haynes Jeremiah - Lake Shore Drive
Jedna z tych wrzut, które niby chciałbym zakwalifikować jako te które znam ze słyszenia, ale niekoniecznie z nazwy, ale będac szczerym - nie jestem pewien gdzie i czy na pewno to słyszałem. Brzmi jak coś żywcem wyjętego z filmu a'la Mistrz kierownicy Ucieka czy innej hamerykańskiej komedii z lat 70., którą mogłem oglądać za dzieciaka i której humor już wówczas był świeży jak mleko, bo idealnie to pasuje do sceny jakiegoś pościgu tudzież wiejskiej potańcówki. Amerykański klimat dosłownie się wylewa i doceniam to, acz nie jestem jakimś wielkim jego fanem (tak jak tego całego kraju). No takie no.
Fontaines D.C. – Favourite
Mam problem z tym zespołem. Nie jest zły, ba, rzekłbym, że jest niezły. Nie jest też tak że uważam, że jest przereklamowany, bo właściwie to uważam, że fajnie, że w głównym nurcie jest nisza dla takich zespołów i że w 2025 jest jeszcze miejsce dla hiperpopularnego zespołu ROCKOWEGO. Tylko, cholera, jakoś próbuję i wgryźc się nie mogę. Sprawdzałem dwie płyty - fajne, byłem na koncercie - przyjemny (aczkolwiek trochę brakowało mi JAKICHKOLWIEK interakcji z publicznością), ale mimo tego wszystkiego nadal nie jestem w stanie wykrzesać jakichś większych uczuć względem tego zespołu. I chyba to się nie zmieni, a na pewno nie zmieniła tego ta wrzuta, która jest dobrym przykładem stadionowego rocka, ale też niczym więcej.
Outkast - Liberation
Outkast to jeden z tych zespołów, które gdzieś tam randomowo się przewijają w różnych miejscach, a o którym nie mógłbym osobiście powiedzieć nic ciekawego. To chyba ci od Hey Ya! Czy coś. Pewnie jest jakiś alternatywny wszechświat, w którym jestem gigafanem tego zespołu i najebałem 3x więcej ich scrobbli niż Suzanne Vegi. Kto wie, może nawet poznałem go w 2011 roku, bo nawet w nieskończonej liczbie wszechświatów równoległych nie ma takiego, w którym bym wówczas zajmował się czymś ciekawym. Póki co, jestem w tym w którym jestem, słucham 8-minutowego kawałka Outkast z żywymi instrumentami i kurde... To buja. W ciemno bym w życiu nie zakwalifikował tego jako rap, prędzej jako jakiś soul czy coś w ten deseń. Ciekawy instrumental, przyjemny klimat i w ogóle dobrze się tego słucha. Nie wiem co tu więcej napisać, kiedyś może nawet faktycznie sprawdzę co to za jedni.
Chris Cornell - Seasons
Cornell to kolejny z wykonawców, którego znam całe życie, ale z twórczności - prawie wcale. To zapewne wynika z faktu, że gdy zaczynałem interesować się muzyką żywe kontrowersje wywoływał jego album z 2009 roku, który to został zjechany po całości, głównie na rzecz "zdrady" rockowych ideałów na rzecz radiowego popu. Ja tam nie wiem, nie słuchałem, nie znam się. Słucham teraz Seasons pierwszy raz i mam wrażenie, ze znam je od dawna, bo instrumental brzmi do bólu znajomo. Tylko ni cholery wiem skąd go znam - kojarzy mi się z jakimś utworem Zeppelinów, ale ni cholery nie jestem w stanie określić którym. Pewnikiem po prostu zerżnęli ten sam bluesowy standard. Ale w sumie nie jest to ważne - ważne jest to, że ja to kupuję, że Cornell brzmi na szczerego i mnie to bierze. Świetna rzecz.
Memories of Machines – Before We Fall
Dodając sobie ten utwór do playlisty, od razu uderzyła mnie w oczy nazwa kanału. I tbh po intrze chciałem właśnie iść w tym kierunku oraz pisać o rozlicznych skojarzeniach, nawiązaniach oraz podobieństwach do twórczości Różowego Floyda, ale... Nie ma ich AŻ tak dużo. No dobra, są chórki. No dobra, jest ich niemało i generalnie to brzmi jak rzecz, którą nagrałby ktoś kto słucha dziennie przynajmniej ze 3 razy Dark Side of Moon i chciał nagrać swoją własną kopię. Ale w sumie... Jest to takie OK. Ani to złe, ani wybitne, jak się ma nastrój można posłuchac i generalnie to jedna z tych wielu rzeczy co to są na półce rzetelno-poprawnej, ale liczyłem, że będą niżej. Nawet wokal Bownessa mi tu nie wadzi. No takie o.
Dwa fajne odkrycia, dwa solidne, jedna rzecz którą znam i też jest solidna. OKEJ.
Jedna z tych wrzut, które niby chciałbym zakwalifikować jako te które znam ze słyszenia, ale niekoniecznie z nazwy, ale będac szczerym - nie jestem pewien gdzie i czy na pewno to słyszałem. Brzmi jak coś żywcem wyjętego z filmu a'la Mistrz kierownicy Ucieka czy innej hamerykańskiej komedii z lat 70., którą mogłem oglądać za dzieciaka i której humor już wówczas był świeży jak mleko, bo idealnie to pasuje do sceny jakiegoś pościgu tudzież wiejskiej potańcówki. Amerykański klimat dosłownie się wylewa i doceniam to, acz nie jestem jakimś wielkim jego fanem (tak jak tego całego kraju). No takie no.
Fontaines D.C. – Favourite
Mam problem z tym zespołem. Nie jest zły, ba, rzekłbym, że jest niezły. Nie jest też tak że uważam, że jest przereklamowany, bo właściwie to uważam, że fajnie, że w głównym nurcie jest nisza dla takich zespołów i że w 2025 jest jeszcze miejsce dla hiperpopularnego zespołu ROCKOWEGO. Tylko, cholera, jakoś próbuję i wgryźc się nie mogę. Sprawdzałem dwie płyty - fajne, byłem na koncercie - przyjemny (aczkolwiek trochę brakowało mi JAKICHKOLWIEK interakcji z publicznością), ale mimo tego wszystkiego nadal nie jestem w stanie wykrzesać jakichś większych uczuć względem tego zespołu. I chyba to się nie zmieni, a na pewno nie zmieniła tego ta wrzuta, która jest dobrym przykładem stadionowego rocka, ale też niczym więcej.
Outkast - Liberation
Outkast to jeden z tych zespołów, które gdzieś tam randomowo się przewijają w różnych miejscach, a o którym nie mógłbym osobiście powiedzieć nic ciekawego. To chyba ci od Hey Ya! Czy coś. Pewnie jest jakiś alternatywny wszechświat, w którym jestem gigafanem tego zespołu i najebałem 3x więcej ich scrobbli niż Suzanne Vegi. Kto wie, może nawet poznałem go w 2011 roku, bo nawet w nieskończonej liczbie wszechświatów równoległych nie ma takiego, w którym bym wówczas zajmował się czymś ciekawym. Póki co, jestem w tym w którym jestem, słucham 8-minutowego kawałka Outkast z żywymi instrumentami i kurde... To buja. W ciemno bym w życiu nie zakwalifikował tego jako rap, prędzej jako jakiś soul czy coś w ten deseń. Ciekawy instrumental, przyjemny klimat i w ogóle dobrze się tego słucha. Nie wiem co tu więcej napisać, kiedyś może nawet faktycznie sprawdzę co to za jedni.
Chris Cornell - Seasons
Cornell to kolejny z wykonawców, którego znam całe życie, ale z twórczności - prawie wcale. To zapewne wynika z faktu, że gdy zaczynałem interesować się muzyką żywe kontrowersje wywoływał jego album z 2009 roku, który to został zjechany po całości, głównie na rzecz "zdrady" rockowych ideałów na rzecz radiowego popu. Ja tam nie wiem, nie słuchałem, nie znam się. Słucham teraz Seasons pierwszy raz i mam wrażenie, ze znam je od dawna, bo instrumental brzmi do bólu znajomo. Tylko ni cholery wiem skąd go znam - kojarzy mi się z jakimś utworem Zeppelinów, ale ni cholery nie jestem w stanie określić którym. Pewnikiem po prostu zerżnęli ten sam bluesowy standard. Ale w sumie nie jest to ważne - ważne jest to, że ja to kupuję, że Cornell brzmi na szczerego i mnie to bierze. Świetna rzecz.
Memories of Machines – Before We Fall
Dodając sobie ten utwór do playlisty, od razu uderzyła mnie w oczy nazwa kanału. I tbh po intrze chciałem właśnie iść w tym kierunku oraz pisać o rozlicznych skojarzeniach, nawiązaniach oraz podobieństwach do twórczości Różowego Floyda, ale... Nie ma ich AŻ tak dużo. No dobra, są chórki. No dobra, jest ich niemało i generalnie to brzmi jak rzecz, którą nagrałby ktoś kto słucha dziennie przynajmniej ze 3 razy Dark Side of Moon i chciał nagrać swoją własną kopię. Ale w sumie... Jest to takie OK. Ani to złe, ani wybitne, jak się ma nastrój można posłuchac i generalnie to jedna z tych wielu rzeczy co to są na półce rzetelno-poprawnej, ale liczyłem, że będą niżej. Nawet wokal Bownessa mi tu nie wadzi. No takie o.
Dwa fajne odkrycia, dwa solidne, jedna rzecz którą znam i też jest solidna. OKEJ.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
proszę trzymać lejce, będę tu po pracy późnym wieczorem
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jak rzekłem tak i robię.
Billie Eilish - SKINNY
Siedzę od niedzieli na poligonie w Drawsku Pomorskim. Miejscówka przepiękna. Dwie polanki w środku lasu i na nich dwa nieduże namiotowe obozowiska. Pogoda wciąż piękna choć w takim miejscu to już bez względu na aurę udziela mi się melancholijny klimat na pełnej. Tym bardziej, że czuć zbliżającą się jesień po spadających żółtych liściach z brzózek. No i w tej sytuacji z przyjemnością sięgam po Billie. Ile dla mnie znaczy ta artystka chyba nie muszę nikomu przypominać. Genialna dziewczyna wspierana przez swojego brata. Gdy ukazał się jej ostatni album, to zostałem trafiony prosto w serce. Już przecież Happier Than Ever wydawał się być albumem nie do przebicia. Tymczasem ona znowu to zrobiła. Nagrała płytę HIT ME HARD AND SOFT, która mnie rzuciła na kolana. Jest po prostu piękna od pierwszego do ostatniego utworu. Ale najmocniejszy cios Billie wyprowadza już na samym początku za sprawą przepięknej, epickiej ballady SKINNY. Cudowna melodia i niewyobrażalnie piękny i smutny aranż. Gitara FINNEASA przyprawia o ciary za każdym razem, kiedy tego słucham. Za każdym razem jestem niesamowicie poruszony. Często mam po prostu łzy wzruszenia w oczach. I te smyki na końcu!
Nikt nie ma takiego wokalu jak Billie. Nikt inny nie potrafi tak smuteczkować jak ona. Nikt inny nie potrafi mnie tak wzruszyć jak Billie. SKINNY to jest najczęściej odtwarzany przeze mnie utwór tego roku. To jest bez wątpienia jeden z najważniejszych dla mnie utworów w moim życiu i w tej bestce.
Końcówka utworu jest dosyć nietypowa, mocno przyspiesza, ale to dlatego, że to jest już przejście do kolejnego numeru.
https://www.youtube.com/watch?v=g6YSdMn ... rt_radio=1
Billie Eilish - SKINNY
Siedzę od niedzieli na poligonie w Drawsku Pomorskim. Miejscówka przepiękna. Dwie polanki w środku lasu i na nich dwa nieduże namiotowe obozowiska. Pogoda wciąż piękna choć w takim miejscu to już bez względu na aurę udziela mi się melancholijny klimat na pełnej. Tym bardziej, że czuć zbliżającą się jesień po spadających żółtych liściach z brzózek. No i w tej sytuacji z przyjemnością sięgam po Billie. Ile dla mnie znaczy ta artystka chyba nie muszę nikomu przypominać. Genialna dziewczyna wspierana przez swojego brata. Gdy ukazał się jej ostatni album, to zostałem trafiony prosto w serce. Już przecież Happier Than Ever wydawał się być albumem nie do przebicia. Tymczasem ona znowu to zrobiła. Nagrała płytę HIT ME HARD AND SOFT, która mnie rzuciła na kolana. Jest po prostu piękna od pierwszego do ostatniego utworu. Ale najmocniejszy cios Billie wyprowadza już na samym początku za sprawą przepięknej, epickiej ballady SKINNY. Cudowna melodia i niewyobrażalnie piękny i smutny aranż. Gitara FINNEASA przyprawia o ciary za każdym razem, kiedy tego słucham. Za każdym razem jestem niesamowicie poruszony. Często mam po prostu łzy wzruszenia w oczach. I te smyki na końcu!
Nikt nie ma takiego wokalu jak Billie. Nikt inny nie potrafi tak smuteczkować jak ona. Nikt inny nie potrafi mnie tak wzruszyć jak Billie. SKINNY to jest najczęściej odtwarzany przeze mnie utwór tego roku. To jest bez wątpienia jeden z najważniejszych dla mnie utworów w moim życiu i w tej bestce.
Końcówka utworu jest dosyć nietypowa, mocno przyspiesza, ale to dlatego, że to jest już przejście do kolejnego numeru.
https://www.youtube.com/watch?v=g6YSdMn ... rt_radio=1
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Aliotta Haynes Jeremiah - Lake Shore Drive
Odbiło mi się o uszy, ale w osobistym doświadczeniu żaden wyraźny klasyk. Czuć amerykaną na kilometr. Specyfika brzmienia i aranżu, harmonie wokalne, lekki sznyt country... i melotron w tle! To miły akcent wyróżniający. Może nie umiem słuchać wszystkiego z należycie otwartą głową, ale zdecydowanie więcej przyjemności dałoby w połączeniu z ruchomym obrazkiem. Styl wyraźnie przywołuje skojarzenia z konkretnym miejscem na świecie i jako tło czegoś więcej spoko. Samo w sobie sympatyczne, ale mocno kliszowe. Nie widzę Strażników Galaktyki, prędzej Chłodnicę Górską z Aut. Solidny poziom w sam raz na doświadczenie bestkowe, kilka dni osłuchania wystarczy.
Fontaines D.C. – Favourite
Hien trafia w rejony muzyczne bliskie moim najbliższym przyjaciołom. Miałem wysłanników na Offie, Fontaines oczywiście jako punkt kulminacyjny dnia. Nie da się ukryć, że jest coś więcej w tym przyjemnie smutnym graniu. Trochę przypomina rzeczy osłuchiwane lata temu przy okazji wczuty na Trzy Szóstki. Nigdy nie siedziałem w tym nurcie aż tak głęboko. Każde kolejne doświadczenie jest naprawdę spoko. Charakterne riffy, melancholijny, ale konkretny wokal, to mnie się podobuje. Może w zeszłym roku pominąłem ten temat z tych samych względów co Jakub BRAT. Z drugiej strony jest granica przyswajalności rzeczy, nie ma wszystko starcza czasu. Kawałek jest naprawdę spoko. Dobrze siedzi w późno letnich okolicznościach. Wróci spokój, wróci potrzeba odkrywania rzeczy ponad bezpieczny standard, sięgnę po płytę z serduszkiem z serduszkiem. Zasługuje na uzyskany HYPE.
Outkast - Liberation
Jacek z kolei zaprasza na kolejny odcinek moralnych niepokojów, które jak często u niego, zawierają grubsze kminki w dość lekkiej formie. Bez większej wczuty można to potraktować jak gadulstwo na tyle dżezującego podkładu, ale to byłoby zbyt prymitywne podejście. Na pewno nieźle buja. Im dalej w las, tym klimat przyjemnie płynie, choć kontekst naprowadza na mniej pozytywne historie. Numer kontrastów. Pana Gnarlsa (hehe) nie lubię, Crazy i ten Fuck You to są tak przeorane rzeczy, że o matulu. Nie lubię tego specyficznie piskliwego głosu. Po drugiej strony rzeki Erykah Badu, którą na ten przykład bardzo lubię. Dziwny ten posse cut... ale ma charakter. Doceniam ambicję i ten wykreowany nastrój. Na odsłuch całej płyty trochę za mało, coś mi pachnie dwoma, trzema wyjątkowymi strzałami na tle reszty. Szczególnie, że Wyzwolenie (ale to nie Wyspiański...) jeszcze dodatkowo ma wyróżniać aranż. Nie no, jest w porządku. Cichy bohater, który z tylnej kanapy może zaatakować w podsumowaniu.
Memories of Machines - Before We Fall
W ogóle nie jestem zdziwiony słowami shodana, bo to po prostu brzmi jak każdy inny projekt z Bownessem, więc hardym fanom siądzie jak trzeba. Podoba mi się ostrzejsza gitarka, generalnie to tło jest przyjemne, w refrenie wypada najlepiej. Zwrotki klasyka gatunku, czy to no-man czy jakiekolwiek inne projekty. Zawsze pościelowy rock z niebiańskimi padami. W połączeniu z aksamitnym wokalem robi się za słodko, ale technicznie bez potrzeby przypierniczu. Tylko nie słyszę niczego nowego i z tym mam mały problem. Wokalu też jakoś szczególnie nie wielbię. Bez dokładnej lektury forumu i zajęty innymi sprawdzami odnoszę wrażenie, że ta muzyka pasuje w każdą możliwą porę i tak też panowie nią szastają. No i okej, no i okej.
Jennifer Paige - Crush
Kurczę, forumy rzuciły się na Sebę, a ja rozumiem przyczynę zapodania tej wrzutki. Odczuwam praktycznie to samo. Prawdopodobnie pierwszy raz szukałem jej na Spotify. Wreszcie też wiem, kto za tę piosenkę odpowiada, jak nazywa się piosenkarka. Ona po prostu od ZAWSZE jest w radiu. Nie ma się czemu dziwić, ot solidny bezpieczny standard wokalny i aranżacyjny godnej swojej epoki. Tylko skąd to specyficzne uwielbienie w Polsce? Dostępna wszędzie, obecna wszędzie, niby żaden szał, a zapewne kogo bym nie spytał, to powie: znam, słyszałxm, kojarzę z radia. Jak takie lost media, tyle że znamy efekt końcowy, ale co, gdzie, kto, dlaczego... to niestotne. Muzyczna reprezentacja czystej zwyczajności, szarzyzny, Seba to bardzo dobrze opisuje. Zapewne za miesiąc zapomnę, że wrzucił ten kawałek. Później zacznę sprawdzać i złapię się na ten sam numer setny raz. Po wszystkim znowu zapomnę. W nieoczywisty sposób ważna wrzuta, szanuję.
Odbiło mi się o uszy, ale w osobistym doświadczeniu żaden wyraźny klasyk. Czuć amerykaną na kilometr. Specyfika brzmienia i aranżu, harmonie wokalne, lekki sznyt country... i melotron w tle! To miły akcent wyróżniający. Może nie umiem słuchać wszystkiego z należycie otwartą głową, ale zdecydowanie więcej przyjemności dałoby w połączeniu z ruchomym obrazkiem. Styl wyraźnie przywołuje skojarzenia z konkretnym miejscem na świecie i jako tło czegoś więcej spoko. Samo w sobie sympatyczne, ale mocno kliszowe. Nie widzę Strażników Galaktyki, prędzej Chłodnicę Górską z Aut. Solidny poziom w sam raz na doświadczenie bestkowe, kilka dni osłuchania wystarczy.
Fontaines D.C. – Favourite
Hien trafia w rejony muzyczne bliskie moim najbliższym przyjaciołom. Miałem wysłanników na Offie, Fontaines oczywiście jako punkt kulminacyjny dnia. Nie da się ukryć, że jest coś więcej w tym przyjemnie smutnym graniu. Trochę przypomina rzeczy osłuchiwane lata temu przy okazji wczuty na Trzy Szóstki. Nigdy nie siedziałem w tym nurcie aż tak głęboko. Każde kolejne doświadczenie jest naprawdę spoko. Charakterne riffy, melancholijny, ale konkretny wokal, to mnie się podobuje. Może w zeszłym roku pominąłem ten temat z tych samych względów co Jakub BRAT. Z drugiej strony jest granica przyswajalności rzeczy, nie ma wszystko starcza czasu. Kawałek jest naprawdę spoko. Dobrze siedzi w późno letnich okolicznościach. Wróci spokój, wróci potrzeba odkrywania rzeczy ponad bezpieczny standard, sięgnę po płytę z serduszkiem z serduszkiem. Zasługuje na uzyskany HYPE.
Outkast - Liberation
Jacek z kolei zaprasza na kolejny odcinek moralnych niepokojów, które jak często u niego, zawierają grubsze kminki w dość lekkiej formie. Bez większej wczuty można to potraktować jak gadulstwo na tyle dżezującego podkładu, ale to byłoby zbyt prymitywne podejście. Na pewno nieźle buja. Im dalej w las, tym klimat przyjemnie płynie, choć kontekst naprowadza na mniej pozytywne historie. Numer kontrastów. Pana Gnarlsa (hehe) nie lubię, Crazy i ten Fuck You to są tak przeorane rzeczy, że o matulu. Nie lubię tego specyficznie piskliwego głosu. Po drugiej strony rzeki Erykah Badu, którą na ten przykład bardzo lubię. Dziwny ten posse cut... ale ma charakter. Doceniam ambicję i ten wykreowany nastrój. Na odsłuch całej płyty trochę za mało, coś mi pachnie dwoma, trzema wyjątkowymi strzałami na tle reszty. Szczególnie, że Wyzwolenie (ale to nie Wyspiański...) jeszcze dodatkowo ma wyróżniać aranż. Nie no, jest w porządku. Cichy bohater, który z tylnej kanapy może zaatakować w podsumowaniu.
Memories of Machines - Before We Fall
W ogóle nie jestem zdziwiony słowami shodana, bo to po prostu brzmi jak każdy inny projekt z Bownessem, więc hardym fanom siądzie jak trzeba. Podoba mi się ostrzejsza gitarka, generalnie to tło jest przyjemne, w refrenie wypada najlepiej. Zwrotki klasyka gatunku, czy to no-man czy jakiekolwiek inne projekty. Zawsze pościelowy rock z niebiańskimi padami. W połączeniu z aksamitnym wokalem robi się za słodko, ale technicznie bez potrzeby przypierniczu. Tylko nie słyszę niczego nowego i z tym mam mały problem. Wokalu też jakoś szczególnie nie wielbię. Bez dokładnej lektury forumu i zajęty innymi sprawdzami odnoszę wrażenie, że ta muzyka pasuje w każdą możliwą porę i tak też panowie nią szastają. No i okej, no i okej.
Jennifer Paige - Crush
Kurczę, forumy rzuciły się na Sebę, a ja rozumiem przyczynę zapodania tej wrzutki. Odczuwam praktycznie to samo. Prawdopodobnie pierwszy raz szukałem jej na Spotify. Wreszcie też wiem, kto za tę piosenkę odpowiada, jak nazywa się piosenkarka. Ona po prostu od ZAWSZE jest w radiu. Nie ma się czemu dziwić, ot solidny bezpieczny standard wokalny i aranżacyjny godnej swojej epoki. Tylko skąd to specyficzne uwielbienie w Polsce? Dostępna wszędzie, obecna wszędzie, niby żaden szał, a zapewne kogo bym nie spytał, to powie: znam, słyszałxm, kojarzę z radia. Jak takie lost media, tyle że znamy efekt końcowy, ale co, gdzie, kto, dlaczego... to niestotne. Muzyczna reprezentacja czystej zwyczajności, szarzyzny, Seba to bardzo dobrze opisuje. Zapewne za miesiąc zapomnę, że wrzucił ten kawałek. Później zacznę sprawdzać i złapię się na ten sam numer setny raz. Po wszystkim znowu zapomnę. W nieoczywisty sposób ważna wrzuta, szanuję.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Echo & the Bunnymen – The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997)
Odgrzebywanie ejtisów, to niebezpieczne zadanie, niemal jak sranie w publicznym kiblu. Na szczęście atak na Echo & the Bunnymen okazał się atakiem z happy endem, chociaż też nie w stu procentach, co można zauważyć po tym, że nie wrzucam oryginalnej wersji tego, największego chyba, hitu zespołu. Oryginał zawsze drażnił mnie gotyckimi smyczkami (zwłaszcza w refrenie), tanimi klawiszami i chłodną, przerysowaną produkcją. Wiedziałem, że tkwi w tym potencjał na coś surowszego i bardziej ponadczasowego, no i okazało się, że taką wersję mają na szczęście sami E&tB. To wykonanie z sesji dla radia od razu siadło mi znacznie bardziej, ze względu na złowrogi, lekko kowbojski klimat, oszczędniejszy aranż i ciepło brzmienia, które ma niemal to 60’s quality. Do tego, wokal Iana McCullocha ma tutaj jakby większy impact. Facet dopiero wrócił do zespołu, po prawie dekadzie przerwy i dorzucił do tego wykonania parę smuteczków i doświadczeń więcej. I jest to piękne.
W kwestii samego utworu, no jest on też niezwykle piękny, ale to raczej wie każdy kto kiedykolwiek tego słuchał. Można się spierać o wersje, ale mam wrażenie, że nawet gdyby mieli tylko banjo i kazoo, to nie byliby w stanie tego zepsuć. Zawsze kiedy wracam do tego kawałka, to czuję taką błogość związaną z obcowaniem z dobrą muzyką, która nie tylko dobrze brzmi, ale robi coś więcej w środku. Kolejny utwór, który pełnił rolę wspierającą podczas trudnych, jesiennych dni.
https://youtu.be/aXPVYx23PHs
Odgrzebywanie ejtisów, to niebezpieczne zadanie, niemal jak sranie w publicznym kiblu. Na szczęście atak na Echo & the Bunnymen okazał się atakiem z happy endem, chociaż też nie w stu procentach, co można zauważyć po tym, że nie wrzucam oryginalnej wersji tego, największego chyba, hitu zespołu. Oryginał zawsze drażnił mnie gotyckimi smyczkami (zwłaszcza w refrenie), tanimi klawiszami i chłodną, przerysowaną produkcją. Wiedziałem, że tkwi w tym potencjał na coś surowszego i bardziej ponadczasowego, no i okazało się, że taką wersję mają na szczęście sami E&tB. To wykonanie z sesji dla radia od razu siadło mi znacznie bardziej, ze względu na złowrogi, lekko kowbojski klimat, oszczędniejszy aranż i ciepło brzmienia, które ma niemal to 60’s quality. Do tego, wokal Iana McCullocha ma tutaj jakby większy impact. Facet dopiero wrócił do zespołu, po prawie dekadzie przerwy i dorzucił do tego wykonania parę smuteczków i doświadczeń więcej. I jest to piękne.
W kwestii samego utworu, no jest on też niezwykle piękny, ale to raczej wie każdy kto kiedykolwiek tego słuchał. Można się spierać o wersje, ale mam wrażenie, że nawet gdyby mieli tylko banjo i kazoo, to nie byliby w stanie tego zepsuć. Zawsze kiedy wracam do tego kawałka, to czuję taką błogość związaną z obcowaniem z dobrą muzyką, która nie tylko dobrze brzmi, ale robi coś więcej w środku. Kolejny utwór, który pełnił rolę wspierającą podczas trudnych, jesiennych dni.
https://youtu.be/aXPVYx23PHs
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn