Cóż, Wuja w jednej kwestii na pewno ma rację - jest to nieco przydymiony, melancholijny numer, którego warstwa muzyczna trąci jesienią. Taką jesienią, co to ją devy bardzo lubią, tzn. jest chłodny, wręcz zimny poranek (ale ze słoneczkiem), połowa drzew już bez z liści, mgła, rosa, blablabla. Z tym, że ja w takie jesienie raczej włączam Talk Talk a do Bili Ajlisz chyba nigdy się nie przekonam (Chihiro naprawdę było wyjątkiem). Jej płacząco-jęczący wokal na samym początku przypominał raczej seans umierania, do takiego Bownessa i jego "windy" sposobu śpiewu to nawet podjazdu nie ma. Myślę, że to jest coraz bardziej twórczość dla pretensjonalnych i egzaltowanych nastolatek, ja się do takowych nie zaliczam. Na plus - muzyka, ta gitara biegnąca przez cały numer pachnie trochę Norą Jones, a Norah Jones jest zawsze na propsie. Nic więcej chyba nie powiem, od strony aranżu jest bardzo git, zwłaszcza te elementy, powiedzmy, orkiestrowe, od strony wokalnej jest totalna porażka. Werdykt? Pół na pół, jak zawsze u Musiała hehe.
Echo and the Bunnymen - The Killing Moon (WHYT Radio Session, 1997)
O Ianie McCullochu i ekipie usłyszałem po raz pierwszy dzięki Simple Minds, a mianowicie po tym, jak usłyszałem naprawdę świetny cover Bring on the Dancing Horses w wykonaniu Kerra i Burchilla (z krążka o tytule Neon Lights wydanego w 2001 roku, który to krążek składał się wyłącznie z coverów). Moje zainteresowanie odbiło się jednak wówczas od "oryginalnej" wersji The Killing Moon, które nie wytrzymało konkurencji z Ultravoxem i Alphaville lol. Teraz brzmi to debilnie, ale przyjmijmy po prostu, że dev A.D. 2006 był debilem i tyle. Wiele lat później nagle do mnie dotarło, że BotDH od EatB jest równie dobre jak i ww. cover, no i poszło. The Pictures on My Wall, Back of Love, kaman, dobre rzeczy robili (chyba coś robią nadal, ale nie śledzę tak bardzo). Tutaj jeden z ejtisowych klasyków został zaproponowany w formie bardziej podchodzącej pod Radiohead lol, co tylko wyszło temu kawałkowi na dobre. Zgadzam się z Wrzucającym, jest to numer naprawdę piękny i wciąż, tj. w tej właśnie formie ma w sobie ten lekko post-punkowy charakter, tylko bas leciutko zapowiada moją następną wrzutę hehe... Ciekawe, czy ktoś wpadnie na to, co to będzie. A poza tym - jesień na pełnej, gdyby tylko nie te 27 stopni za oknem w tej chwili lol.
Das EFX - Change
Jak pierwszy raz rzuciłem okiem na nazwę wykonawcy to byłem przekonany, że Murzyn wrzucił do bestki Dub FX, przeciw czemu bym nie był za bardzo hehe. Najpierw miałem mieszane uczucia, ale potem poczułem to, co często czuję przy wielu wrzutach od Murzyńskiego - niby rapsy, ale często tak, nie wiem, ze smakiem, z pomysłem, z vibem i duszą. Nie inaczej jest tutaj. Plus, rzecz jasna, ciekawe backstory. Muszę chyba popracować nad swoim pisaniem... A może skończyły mi się już ciekawe historie? NIE WIEM. Ja OCZYWIŚCIE nie znam się na kulturze hh, ale wywalone, numerem zachwycać się mogę, gdyż łaj not. Samplowanego numeru Queen nie znam, ale bardzo ładnie się wpasował w utwór prezentowany przez Jacę. Klimat jest niesamowity, wylewa się z każdej strony i pachnie ciemnymi jesiennymi popołudniami. Rap na poziomie, bit kapitalny, tylko to wejście od płaskich hatów brzmi tanio. Niemniej jednak, taki był chyba wtedy zeitgeist. Ja się jaram, dołączam do peanów Munlupa, nie rozumiem braku peanów Smoka. No ale wiadomo, każdemu wedle jego potrzeb. Na marginesie to sam pewnie odnosiłbym ten tekst do jakiejś panny, gdyż to chyba najszybciej nasuwające się skojarzenie. Naprawdę super wrzuta <3
Quē Shěng - Gē Shào
No dobra, tego się nie spodziewałem. Chociaż w sumie dlaczego, jeśli Persowie mają swoją scenę blackmetalową (działającą w skrajnym podziemiu, wiadomo, jakim państwem jest Iran obecnie), zaś Gruzini post-punkową, to i ludzie znad Jangcy mogą grać szugejz. Co mogę powiedzieć, bardzo fajny kawałek muzyki, który mógłbym umieszczać w kontekstach podobnych do tych opisywanych przez Dragona - gdybym tylko wtedy ten kawałek muzyki znał. Spectorowska ściana dźwięku bez Spectora, za to wciąż dość spektakularna. Niby to taki gatunek, co to ciężko koło dwa razy wynaleźć, wiele rzeczy brzmi do siebie bardzo podobnie, a jednak wszystko ładnie siada i zawsze coś nowego słyszę... Może dlatego, że nigdy nie zakatowywałem się My Bloody Valentine. Przypomina to trochę parę moich dawnych hipsterskich odkryć spod brandu Captured Tracks. Fajne, nastrojowe, przestrzenne, robi robotę. Znów mam przed oczami jesienny, chłodny poranek, może jakiś listopad? Czuję, że całość będzie grana. Robert zna się na rzeczy ^^
Amon Düül II - I Want the Sun to Shine
Na koniec wjeżdża Seba, cały na czarno i serwuje kobyłę (może tę, na której wjeżdża). O AD może wypowiadać się nie będę, bo był czas, że robiłem do nich podejścia jak do Throbbing Gristle, tylko że to drugie siadło, a AD jakoś mniej (nie wiem, co to o mnie mówi, z drugiej strony takie Coil nie siadało długo). Nie wiem jednakowoż, czy popełniłem błąd, albowiem jak już PT Koledzy wyżej wyśledztwowali, I Want the Sun to Shine jest tak bardzo reprezentatywne dla początkowego okresu grupy, jak Calling All Stations jest dla Genesis jako całości. Jednocześnie jest w tym numerze coś hipnotyzującego. Widać, że hipisi od czasu do czasu potrafią (ale tylko w dużych grupach, jeden taki Hipis pokazał, że w pojedynkę umie tylko chlać). Niby 10 minut w dużej mierze tego samego, ale klimat trzyma wybitny. Może bym się spierał co do jesieni, ale też chyba niekoniecznie. Ten numer mógłby spokojnie wpaść do Edycji Hipnotyczno-hipnotyzującej i z miejsca dostałby ode mnie maksa. Muza do przeprowadzania jakichś odjazdowych rytuałów, szamańskich praktyk... trochę szła w tę stronę Cate Brooks na drugim albumie TAC, czyli As the Crow Flies, ale zdecydowanie mocniej europocentrycznie (wszak Wielka Brytania). Nie spodziewałem się, ale czy ja potrafię się czegoś trafnie spodziewać? Najwyżej sraczki. Ciekawe, jak taka muza wchodziła na śląskich zadupiach... Tutaj wchodzi wybornie, doskonała wrzutka i ciekawe backstory, uprasza się iść tą drogą