Tak na początek to można sporo poważniejszych rzeczy znaleźć na łamach Dwutygodnika i Czasu Kultury, a im poważniej i bliżej uniwersytetów... tym gorzej xDmintaj pisze:21 gru 2025 20:26Tak z ciekawości chciałbym spytać o kim/o czym mowa wspominając o akademickim pierniczeniu nt. Duchologii, bo chyba nie o Drendzie i Podcastexie?
Best of Forum VIII
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Re:
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Childish Gambino - Redbone
(2016)
Końcówka roku 2016 przyniosła premierę kolejnego albumu Donalda Glovera - wszechstronnie utalentowanego aktora, muzyka, komika, scenarzysty, producenta, reżysera, a także rapera znanego pod pseudonimem artystycznym Childish Gambino. Z jego ksywą spotkałem się jakoś ze dwa lata wcześniej na płycie kogo innego, ale gdy w 2016 wychodził album Awaken, My Love! w mojej bańce było o nim dość głośno już a zwłaszcza za sprawą singlowego utworu Redbone który Glover wykonał później w programie Jimmy'ego Fallona. Poza niezwykle przyjemnym vibem tej piosenki utrzymanej w stylistyce soulu z lat 70. uwagę zwraca tu zwłaszcza wokalnie sam Childish Gambino spiewając dość nietypowym wysokim głosem ten utwór. Sporo ludzi słysząc album było przekonanych że tu był wykonany jakiś studyjny pitch shifting ale wykon u Fallona niejako pokazał że to był naturalny głos Glovera. Występ u Fallona miał miejsce gdzieś w połowie grudnia, tym samym ten numer dość mocno kojarzy mi się z tamtym okresem i samymi świętami 2016. Utwór powstał we współpracy z producentem Ludwigiem Göranssonem którego poza tą współpracą kojarzę jeszcze tylko z faktu że skomponował muzyczny temat do serialu Mandalorian (pozdrawiam fanów Star Wars). Proces powstawania tej piosenki można poznać lepiej z kolejnego wideo z serii Deconstructed (kiedyś pokazywałem Wam tak już Fallin od Jadena Smitha), które oczywiście dołączam dla zainteresowanych, sporo vintage sprzętu tam poszło w ruch.
To chyba tyle, siedzę w pracy ostatni dzień przed świętami, prezenty spakowane, choinka ubrana, sałatkę jeszcze będziemy robić wieczorem, ostatnia prosta do Wigilii zatem zostaje mi tylko zostawić Was z tym utworem i życzym Wam wszystkim:
Wesołych Czarnych Świąt Drodzy Dewoci!
Redbone:
https://youtu.be/k49I5m1J6Is?si=lifEc0ykLnUhs9u8
Redbone live u Jimmy'ego Fallona:
https://youtu.be/ezbsbkqoRrs?si=tfPzJUHr094u3EUg
Redbone Deconstructed:
https://youtu.be/lGKlIJsz7bM?si=0NKJr9FvG7DlLFgy
(2016)
Końcówka roku 2016 przyniosła premierę kolejnego albumu Donalda Glovera - wszechstronnie utalentowanego aktora, muzyka, komika, scenarzysty, producenta, reżysera, a także rapera znanego pod pseudonimem artystycznym Childish Gambino. Z jego ksywą spotkałem się jakoś ze dwa lata wcześniej na płycie kogo innego, ale gdy w 2016 wychodził album Awaken, My Love! w mojej bańce było o nim dość głośno już a zwłaszcza za sprawą singlowego utworu Redbone który Glover wykonał później w programie Jimmy'ego Fallona. Poza niezwykle przyjemnym vibem tej piosenki utrzymanej w stylistyce soulu z lat 70. uwagę zwraca tu zwłaszcza wokalnie sam Childish Gambino spiewając dość nietypowym wysokim głosem ten utwór. Sporo ludzi słysząc album było przekonanych że tu był wykonany jakiś studyjny pitch shifting ale wykon u Fallona niejako pokazał że to był naturalny głos Glovera. Występ u Fallona miał miejsce gdzieś w połowie grudnia, tym samym ten numer dość mocno kojarzy mi się z tamtym okresem i samymi świętami 2016. Utwór powstał we współpracy z producentem Ludwigiem Göranssonem którego poza tą współpracą kojarzę jeszcze tylko z faktu że skomponował muzyczny temat do serialu Mandalorian (pozdrawiam fanów Star Wars). Proces powstawania tej piosenki można poznać lepiej z kolejnego wideo z serii Deconstructed (kiedyś pokazywałem Wam tak już Fallin od Jadena Smitha), które oczywiście dołączam dla zainteresowanych, sporo vintage sprzętu tam poszło w ruch.
To chyba tyle, siedzę w pracy ostatni dzień przed świętami, prezenty spakowane, choinka ubrana, sałatkę jeszcze będziemy robić wieczorem, ostatnia prosta do Wigilii zatem zostaje mi tylko zostawić Was z tym utworem i życzym Wam wszystkim:
Wesołych Czarnych Świąt Drodzy Dewoci!
Redbone:
https://youtu.be/k49I5m1J6Is?si=lifEc0ykLnUhs9u8
Redbone live u Jimmy'ego Fallona:
https://youtu.be/ezbsbkqoRrs?si=tfPzJUHr094u3EUg
Redbone Deconstructed:
https://youtu.be/lGKlIJsz7bM?si=0NKJr9FvG7DlLFgy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Stephen Malkmus – Pink India
Ostatnio Murzyn się dziwił, co niby wrzucę na święta, jak się pozbyłem tak świątecznych utworów, ale jak patrzę na listy, to od czasu „White Christmas” wrzucam na Święta totalnie randomowe z waszej perspektywy rzeczy. Dla mnie są one jednak „świąteczne”, bo prezentuję wam Święta po munlupowemu.
Stephena Malkmusa znacie dobrze z głosu, po tym jak was nafaszerowałem Pavement przez ostatnie parę lat. Solówek jeszcze tu nie ruszałem, więc czas to zmienić. „Pink India” pochodzi z pierwszego albumu Malkmusa, wydanego niedługo po rozpadzie Pavement. Kawałek nie powinien nikogo zaskoczyć, bo jest moją typową świąteczną pożywką. Ciepły i spokojny, ale też zawiera tę drugą, lekko zwariowaną część. Krótko mówiąc – moje święta w zarodku. Kawałek kojarzy mi się z tym momentem, kiedy 23 grudnia wieczorem, siadam w końcu na spokojnie i mogę się cieszyć wolnym. Koniec pracy, koniec załatwiania spraw, koniec gotowania (do jakiegoś stopnia przynajmniej), prezenty pokupowane, można się wyłożyć na luzie i w końcu zacząć się z tego wszystkiego cieszyć.
Tego wszystkim na Święta życzę, żeby się wyluzować, tak jak wyluzowany jest Stephen Malkmus, i tyle.
https://youtu.be/ABf2NtBnDi8?list=RDABf2NtBnDi8
Ostatnio Murzyn się dziwił, co niby wrzucę na święta, jak się pozbyłem tak świątecznych utworów, ale jak patrzę na listy, to od czasu „White Christmas” wrzucam na Święta totalnie randomowe z waszej perspektywy rzeczy. Dla mnie są one jednak „świąteczne”, bo prezentuję wam Święta po munlupowemu.
Stephena Malkmusa znacie dobrze z głosu, po tym jak was nafaszerowałem Pavement przez ostatnie parę lat. Solówek jeszcze tu nie ruszałem, więc czas to zmienić. „Pink India” pochodzi z pierwszego albumu Malkmusa, wydanego niedługo po rozpadzie Pavement. Kawałek nie powinien nikogo zaskoczyć, bo jest moją typową świąteczną pożywką. Ciepły i spokojny, ale też zawiera tę drugą, lekko zwariowaną część. Krótko mówiąc – moje święta w zarodku. Kawałek kojarzy mi się z tym momentem, kiedy 23 grudnia wieczorem, siadam w końcu na spokojnie i mogę się cieszyć wolnym. Koniec pracy, koniec załatwiania spraw, koniec gotowania (do jakiegoś stopnia przynajmniej), prezenty pokupowane, można się wyłożyć na luzie i w końcu zacząć się z tego wszystkiego cieszyć.
Tego wszystkim na Święta życzę, żeby się wyluzować, tak jak wyluzowany jest Stephen Malkmus, i tyle.
https://youtu.be/ABf2NtBnDi8?list=RDABf2NtBnDi8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
hahha nie opóźnię świątecznej
Vangelis - Flamants roses (1979)
Zainspirowany myślą Hiena sięgam po coś spokojniejszego, a jednocześnie bardziej z mojej półeczki. Tylko spokój nas uratuje. Tego sobie i Wam życzę na nachodzące święta. Z drugiej strony odrobina przepięknego melodramatu nie zaszkodzi. Vangelis potrafił być wyjątkowo liryczny, choć nie był mistrzem tysiąca i jednego brzmień. W najpotężniejszych momentach prowadził te kompozycje z brutalnie rozbrajającą konsekwencją, solidną dramaturgią i pełnią uroku. Rzadko kiedy zdarzają się tak rozklejające dialogi jak tutaj syntezatorowo-harfowe (przy istotnym udziale Jona Andersona). Jeśli pierwsze cztery minuty wam tego nie zrobią... będzie dziwnie po prostu. Zero przypadku, że w czasach licealnych jakoś tak w okolicach świąt właśnie byłem w stanie sensownie to ocenić i podsumować. Choć do wielu fragmentów Opera Sauvage musiałem wrócić, by docenić w naprawdę odpowiedni sposób. Kolega z klasy w gimnazjum kiedyś polecał Hymne... wolę stąd te najdłuższe kąski. Na dłuższych dystansach Grek nie do zdarcia. Z nieba do piekła, przez łzy do katharsis. Za często nie słucham, ale ciarki są.
Wchodzę zatem w świąteczną kolejkę bez memowania i klubów, choć wieczny szacunek do 'japa tam vangelis'. W tym przypadku lepiej pasuje: cisza, Mistrz gra!
https://youtu.be/ECXe8d6Sv6Y
Vangelis - Flamants roses (1979)
Zainspirowany myślą Hiena sięgam po coś spokojniejszego, a jednocześnie bardziej z mojej półeczki. Tylko spokój nas uratuje. Tego sobie i Wam życzę na nachodzące święta. Z drugiej strony odrobina przepięknego melodramatu nie zaszkodzi. Vangelis potrafił być wyjątkowo liryczny, choć nie był mistrzem tysiąca i jednego brzmień. W najpotężniejszych momentach prowadził te kompozycje z brutalnie rozbrajającą konsekwencją, solidną dramaturgią i pełnią uroku. Rzadko kiedy zdarzają się tak rozklejające dialogi jak tutaj syntezatorowo-harfowe (przy istotnym udziale Jona Andersona). Jeśli pierwsze cztery minuty wam tego nie zrobią... będzie dziwnie po prostu. Zero przypadku, że w czasach licealnych jakoś tak w okolicach świąt właśnie byłem w stanie sensownie to ocenić i podsumować. Choć do wielu fragmentów Opera Sauvage musiałem wrócić, by docenić w naprawdę odpowiedni sposób. Kolega z klasy w gimnazjum kiedyś polecał Hymne... wolę stąd te najdłuższe kąski. Na dłuższych dystansach Grek nie do zdarcia. Z nieba do piekła, przez łzy do katharsis. Za często nie słucham, ale ciarki są.
Wchodzę zatem w świąteczną kolejkę bez memowania i klubów, choć wieczny szacunek do 'japa tam vangelis'. W tym przypadku lepiej pasuje: cisza, Mistrz gra!
https://youtu.be/ECXe8d6Sv6Y
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja też, ja też. Powiem wam tylko, że zaskoczyły mnie porównania Twojej Starej z Azbestem, bo sam bym na nie nie wpadł. Może po prostu w tym 2013 coś wisiało w powietrzu i muza wydawana w tym okresie ma specyficzny vibe? A może po prostu ciupciam.
Guano Apes - Open Your Eyes
Będzie krótko. Miałem ja kiedyś takiego kolegę Bartosza, o którym pisałem tu nieraz i może nawet i nie dwa. Kolega ów, nie znosił kolęd i tej całej okropnej okołoświątecznej muzyki, ale jednocześnie lubił ten okres i go celebrował "muzycznie" na swój specyficzny sposób, tzn.w święta zawsze słuchał Slayera.
I myślę, że kolega ów byłby w stanie docenić fakt, że zamiast piosenek o Jezusku słucham jakiegoś darcia japy, ale mam dziwne przeczucie, że jednak zacząłby kręćić nosem, gdyby się dowiedział, że zamiast "prawilnego" metalu słucham jakiegoś nu dla dzieci. Trudno, musiałbym z tym jakoś żyć.
Bo ten no... jeśli nie wydarzy się w tę święta nic wyjątkowego, to nieformalnym hymnem tej gwiazdki u mnie będzie poniższy utwór. Ostatnio trochę sobie nadrabiam dyskografię Deftones, a najwyraźniej ta muzyka odblokowała w mojej głowie parę szufladek - w tym tę, w której trzymam miejsce dla tego utworu, którego nigdzie nie słyszałem z jakieś 15 lat, a wczoraj po prostu randomowo sobie o nim przypomniałem i wkręcił mi się tak, że nie wyszedł przez cały dzień i nadal wyjść nie może.
Open your mind, bierzcie i słuchajcie tego, bo numetal potrafił być fajny. No i ten, wesołych!
https://www.youtube.com/watch?v=7KyfLXnKe20
Guano Apes - Open Your Eyes
Będzie krótko. Miałem ja kiedyś takiego kolegę Bartosza, o którym pisałem tu nieraz i może nawet i nie dwa. Kolega ów, nie znosił kolęd i tej całej okropnej okołoświątecznej muzyki, ale jednocześnie lubił ten okres i go celebrował "muzycznie" na swój specyficzny sposób, tzn.w święta zawsze słuchał Slayera.
I myślę, że kolega ów byłby w stanie docenić fakt, że zamiast piosenek o Jezusku słucham jakiegoś darcia japy, ale mam dziwne przeczucie, że jednak zacząłby kręćić nosem, gdyby się dowiedział, że zamiast "prawilnego" metalu słucham jakiegoś nu dla dzieci. Trudno, musiałbym z tym jakoś żyć.
Bo ten no... jeśli nie wydarzy się w tę święta nic wyjątkowego, to nieformalnym hymnem tej gwiazdki u mnie będzie poniższy utwór. Ostatnio trochę sobie nadrabiam dyskografię Deftones, a najwyraźniej ta muzyka odblokowała w mojej głowie parę szufladek - w tym tę, w której trzymam miejsce dla tego utworu, którego nigdzie nie słyszałem z jakieś 15 lat, a wczoraj po prostu randomowo sobie o nim przypomniałem i wkręcił mi się tak, że nie wyszedł przez cały dzień i nadal wyjść nie może.
Open your mind, bierzcie i słuchajcie tego, bo numetal potrafił być fajny. No i ten, wesołych!
https://www.youtube.com/watch?v=7KyfLXnKe20
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Chris Rea - Joy of Christmas (1987)
Robię coś, czego się po sobie nie spodziewałem do końca pierwszej 250-tki w bestce, czyli DUBLA. Chris Rea już tu był w moim Best of IV z hiciorem Auberge. Teraz cofam się o 4 lata, do jego krążka Dancing With Strangers, który jest jedną z moich ulubionych płyt tego gościa. Gościa, który nieszczęśliwie acz chyba spodziewanie biorąc pod uwagę jego absolutnie fatalny stan zdrowia pożegnał się z tym łez padołem raptem kilka dni temu. Tak więc nie będę ukrywał (nawet nie byłbym w stanie), że to trochę taki homage wobec człowieka, który posiadał jeden z najciekawszych głosów w świecie muzycznym i doskonały talent gitarowy. Szkoda, że wysyp informacji o jego śmierci, powielanych także na różnych "poważnych" grupach niemal każdorazowo kończył się słowami, iż "Driving Home For Christmas to był jego największy hit/najbardziej znany z Driving Home For Christmas". To jest ten sam poziom ignorancji co mówienie, że a-ha to było one hit wonder przez Take On Me, gdzie na początku lat 90. wyprzedali Rock in Rio. No ale walić.
Bardzo lubię ten singiel i wrzucam go trochę przekornie, gdyż to w zasadzie nie jest numer świąteczny (ale wspomniane wyżej Driving Home było jego stroną B lol, nim Rea zdecydował się wypuścić tamtą drugą piosenkę samodzielnie jakiś czas później). Bardziej takie Life in a Northern Town, które było poświęcone Drake'owi, ale bez Drake'a. Rea po prostu śpiewa o życiu na biednej i zapuszczonej angielskiej północy lat 60., gdzie i święta niespecjalnie potrafiły być fajne i zdecydowanie bliżej było tamtemu klimatowi do życia na polskiej prowincji w najntisach. Zgierz to może nie aż taka prowincja, bo przyklejony do jeszcze do niedawna drugiego największego miasta w kraju, ale vibe od chyba zawsze daje mi bardzo podobny, zwłaszcza o tej porze roku (tylko tamtych zapuszczonych ludzi już coraz mniej, może poumierali?). Święta nie zawsze i nie dla każdego będą magiczne, niestety. Za to jest ten numer, magicznie bluesowy z niemal bezbłędną końcówką, która muzycznie przypomina mi Dire Straits. Cóż, na bębnach Martin Ditcham, który grał z Knopflerem, ale także z Talk Talk i Blackiem. Jak to jest znać tylu geniuszy? Poczujcie swoje Joys of Christmas, gdziekolwiek byście nie byli.
https://www.youtube.com/watch?v=nYz21xc ... rt_radio=1
Robię coś, czego się po sobie nie spodziewałem do końca pierwszej 250-tki w bestce, czyli DUBLA. Chris Rea już tu był w moim Best of IV z hiciorem Auberge. Teraz cofam się o 4 lata, do jego krążka Dancing With Strangers, który jest jedną z moich ulubionych płyt tego gościa. Gościa, który nieszczęśliwie acz chyba spodziewanie biorąc pod uwagę jego absolutnie fatalny stan zdrowia pożegnał się z tym łez padołem raptem kilka dni temu. Tak więc nie będę ukrywał (nawet nie byłbym w stanie), że to trochę taki homage wobec człowieka, który posiadał jeden z najciekawszych głosów w świecie muzycznym i doskonały talent gitarowy. Szkoda, że wysyp informacji o jego śmierci, powielanych także na różnych "poważnych" grupach niemal każdorazowo kończył się słowami, iż "Driving Home For Christmas to był jego największy hit/najbardziej znany z Driving Home For Christmas". To jest ten sam poziom ignorancji co mówienie, że a-ha to było one hit wonder przez Take On Me, gdzie na początku lat 90. wyprzedali Rock in Rio. No ale walić.
Bardzo lubię ten singiel i wrzucam go trochę przekornie, gdyż to w zasadzie nie jest numer świąteczny (ale wspomniane wyżej Driving Home było jego stroną B lol, nim Rea zdecydował się wypuścić tamtą drugą piosenkę samodzielnie jakiś czas później). Bardziej takie Life in a Northern Town, które było poświęcone Drake'owi, ale bez Drake'a. Rea po prostu śpiewa o życiu na biednej i zapuszczonej angielskiej północy lat 60., gdzie i święta niespecjalnie potrafiły być fajne i zdecydowanie bliżej było tamtemu klimatowi do życia na polskiej prowincji w najntisach. Zgierz to może nie aż taka prowincja, bo przyklejony do jeszcze do niedawna drugiego największego miasta w kraju, ale vibe od chyba zawsze daje mi bardzo podobny, zwłaszcza o tej porze roku (tylko tamtych zapuszczonych ludzi już coraz mniej, może poumierali?). Święta nie zawsze i nie dla każdego będą magiczne, niestety. Za to jest ten numer, magicznie bluesowy z niemal bezbłędną końcówką, która muzycznie przypomina mi Dire Straits. Cóż, na bębnach Martin Ditcham, który grał z Knopflerem, ale także z Talk Talk i Blackiem. Jak to jest znać tylu geniuszy? Poczujcie swoje Joys of Christmas, gdziekolwiek byście nie byli.
https://www.youtube.com/watch?v=nYz21xc ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie domknąłem kolejki, ale jaja.
Kolejka 17. (192.)
91. Childish Gambino - Redbone (stripped)
92. Stephen Malkmus - Pink India (Hien)
93. Vangelis - Flamants roses (Dragon)
94. Guano Apes - Open Your Eyes (mintaj)
95. Chris Rea - Joys of Christmas (devotional)
Kolejka 17. (192.)
91. Childish Gambino - Redbone (stripped)
92. Stephen Malkmus - Pink India (Hien)
93. Vangelis - Flamants roses (Dragon)
94. Guano Apes - Open Your Eyes (mintaj)
95. Chris Rea - Joys of Christmas (devotional)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Stephen Malkmus - Pink India
Po wielu różnych kontaktach z Pavement przychodzi mi w końcu spotkać się z solowym projektem Malkmuss który brzmi... z grubsza tak jak Pavement? Mamy tu to samo luzackie gitarowe granie i piosenkę którą w swojej strukturze ucieka trochę schematom. Podoba mi się ten funky klawisz pogrywajacy w zwrotkach na początku, w dalszej części utworu otrzymujemy za to troszkę takiego fajnego gitarowego brudu. Ten wspomniany luz bywał nieraz zaletą w utworach Pavement ale nieraz i trochę przekleństwem bo te utwory się nieraz zbytnio rozłaziły i ten bałagan mnie wkurzał od pewnego momentu. Tu jest to wszystko utrzymane w miarę w ryzach i powiedzmy że całość jest spoko i tylko spoko, na ten moment Malkmus solo tak jak jego dokonania z Pavement jawią mi się jako MID muzyczka która przeważnie oscyluje na tym poziomie - raczej mnie nigdy nie porywa ale też nie zdarza im się jakoś srogo zawodzić.
Vangelis - Flamants roses
Dragon bardzo ładnie otwiera u siebie zimową część bestki, ja sam zbytnio nie mam w zanadrzu takich wrzutek skrojonych brzmieniowo pod tę porę i czekałem co się wydarzy gdy zima wreszcie nadejdzie. Dzwoneczki i harfa zdaje się to idealnie dobrane instrumentarium na ten czas gdy przyroda zasypia i chwyta mróz - chociaż pod kątem mrozu pogoda dostarczyła w tej kolejce! Faktycznie sam ten 4 minutowy wstęp jest już bardzo dobry i nie wyobrażam sobie nie zachwycić się nim. Ale to co dzieje się później do 8 minuty wyciąga utwór na kolejne wyżyny. Outro już wyciszające, nieco usypia i sprawia że tu nieco gubię uwagę, po prostu mniej angażuje choć jest spoko. Bardzo dobra wrzutka na zimową plejkę.
Guano Apes - Open Your Eyes
Zastanawiałem się ciężko gdzie ja ostatnio widziałem nazwę tej kapeli i zdaje się na okładce jednego z wypalanych pirackich cedeków z kolekcji mojej żony, gdzieś do kupy z utworami Limp Bizkit i No Doubt chyba tam właśnie widniało nawet Open Your Eyes. Moja kumpela też ich słuchała, więc generalnie gdzieś w głowie zaszufladkowałem ich jako ten teen metal dla milenialnych alternatywek. No i w sumie co, fajny to jest utwór i brzmienie w stylu wspomnień czar ale żebym jakoś z własnej woli wracał to chyba nie będę. Może jak znajdę tą płytę i odpalę to wplecione między tamte zespoły to będzie fajny trip down memory lane.
Chris Rea - Joys of Christmas
Interesujący utwór muszę przyznać, gdzieś jednak zaskoczył mnie miło ten automat perkusyjny, od jakiegoś czasu mam słabość do takiego vintage brzmienia tych maszyn. Fajna bluesowa gitara. Numer z gatunku tych przegadanych ale ja takie lubię, kolejny plusik. Całkiem fajne odkrycie jak dla mnie choć muszę przyznać - nie ma to znamion typowego przeboju niemniej za takie smaczkowe wrzuty cenię sobie tą zabawę, nie znam się więc dla mnie brzmi obskjurowo. Lubię to.
Po wielu różnych kontaktach z Pavement przychodzi mi w końcu spotkać się z solowym projektem Malkmuss który brzmi... z grubsza tak jak Pavement? Mamy tu to samo luzackie gitarowe granie i piosenkę którą w swojej strukturze ucieka trochę schematom. Podoba mi się ten funky klawisz pogrywajacy w zwrotkach na początku, w dalszej części utworu otrzymujemy za to troszkę takiego fajnego gitarowego brudu. Ten wspomniany luz bywał nieraz zaletą w utworach Pavement ale nieraz i trochę przekleństwem bo te utwory się nieraz zbytnio rozłaziły i ten bałagan mnie wkurzał od pewnego momentu. Tu jest to wszystko utrzymane w miarę w ryzach i powiedzmy że całość jest spoko i tylko spoko, na ten moment Malkmus solo tak jak jego dokonania z Pavement jawią mi się jako MID muzyczka która przeważnie oscyluje na tym poziomie - raczej mnie nigdy nie porywa ale też nie zdarza im się jakoś srogo zawodzić.
Vangelis - Flamants roses
Dragon bardzo ładnie otwiera u siebie zimową część bestki, ja sam zbytnio nie mam w zanadrzu takich wrzutek skrojonych brzmieniowo pod tę porę i czekałem co się wydarzy gdy zima wreszcie nadejdzie. Dzwoneczki i harfa zdaje się to idealnie dobrane instrumentarium na ten czas gdy przyroda zasypia i chwyta mróz - chociaż pod kątem mrozu pogoda dostarczyła w tej kolejce! Faktycznie sam ten 4 minutowy wstęp jest już bardzo dobry i nie wyobrażam sobie nie zachwycić się nim. Ale to co dzieje się później do 8 minuty wyciąga utwór na kolejne wyżyny. Outro już wyciszające, nieco usypia i sprawia że tu nieco gubię uwagę, po prostu mniej angażuje choć jest spoko. Bardzo dobra wrzutka na zimową plejkę.
Guano Apes - Open Your Eyes
Zastanawiałem się ciężko gdzie ja ostatnio widziałem nazwę tej kapeli i zdaje się na okładce jednego z wypalanych pirackich cedeków z kolekcji mojej żony, gdzieś do kupy z utworami Limp Bizkit i No Doubt chyba tam właśnie widniało nawet Open Your Eyes. Moja kumpela też ich słuchała, więc generalnie gdzieś w głowie zaszufladkowałem ich jako ten teen metal dla milenialnych alternatywek. No i w sumie co, fajny to jest utwór i brzmienie w stylu wspomnień czar ale żebym jakoś z własnej woli wracał to chyba nie będę. Może jak znajdę tą płytę i odpalę to wplecione między tamte zespoły to będzie fajny trip down memory lane.
Chris Rea - Joys of Christmas
Interesujący utwór muszę przyznać, gdzieś jednak zaskoczył mnie miło ten automat perkusyjny, od jakiegoś czasu mam słabość do takiego vintage brzmienia tych maszyn. Fajna bluesowa gitara. Numer z gatunku tych przegadanych ale ja takie lubię, kolejny plusik. Całkiem fajne odkrycie jak dla mnie choć muszę przyznać - nie ma to znamion typowego przeboju niemniej za takie smaczkowe wrzuty cenię sobie tą zabawę, nie znam się więc dla mnie brzmi obskjurowo. Lubię to.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Childish Gambino - Redbone
Moje pierwsze skojarzenie w zw. z tym utworem, to Prince. Przede wszystkim ze względu na wokal, ale też vibe. Ten główny motyw muzyczny kojarzę, to chyba samplowane? Glovera znam w zasadzie tylko jako aktora i lubię go. Muzyką nie wiem czy bym się bardzo zainteresował, niemniej kawałek Murzyna jest spoko. Przyjemna i luźna atmosfera, lekko pornosowa, ale też lekko kościelna (po amerykańsku). Jak się chce, to się da. Sympatyczna wrzuta, z uniwersum sympatycznego wykonawcy.
Vangelis - Flamants roses
Ten kawałek zawiera 100% tego co zawsze lubiłem u Vangelisa, czyli charakterystyczne syntezatory, piękny użytek z ciekawych „żywych” instrumentów i senna atmosfera, którą tylko Grek potrafił wykreować. Aż szkoda bezcześcić to pisaniną, bo co ja mogę napisać ciekawego, poza tym, że ta muzyka generuje odczucia i uczucia, których szukam w muzyce. Te mocniejsze, filmowe fragmenty, nie tracą nic z narkotycznego klimatu, jaki Vangelis tworzy na początku. Wymienianie się taką muzyką w gimnazjum, to dla mnie trochę abstrakcja, w moim gimnazjach (bo byłem w trzech) słuchało się albo polskiego hip-hopu, niektórzy Rynkowskiego (bez kitu), albo T.Love, albo metalu. Nie wiem, czy to kwestia czasów, czy ludzi, pewnie jednego i drugiego. W każdym razie, ave Vangelis.
Guano Apes - Open Your Eyes
Żałuję, że się nie wkręciłem w Gówno Małp koło 2000/2001 roku, bo teraz bym miał z nimi fajne wspomnienia, no ale wolałem Linkin Park i Limp Bizkit. Parę kawałków miałem chyba wypalonych na cd od kolegi, ale ich nie pamiętam. Ja generalnie uważam, że nu metal jest fajny i lubię sobie czasami wrócić do takiego grania. Nie sięgnę raczej po dyskografię prezentowanego zespołu, ale kawałek uważam za fajny i pewnie bym się jarał mocno te 25 lat temu.
Chris Rea - Joy of Christmas
Mam nadzieję, że to Musiała odblokuje na duble, bo mam wrażenie momentami, że chłop już wymyśla na siłę, a ma wiele doskonałych historii i kawałków wśród wykonawców, których już przedstawiał. „Joy of Christmas” nie zastąpi u mnie na święta „Driving Home For Christmas” bo, no co tu dużo mówić, jest to pod każdym względem lepszy utwór, no ale też nie powiem żeby tu było słabo. Taki bardziej typowy Rea tutaj, bardzo bluesowo. Sympatyczny kawałek z kasą. RIP Chris Rea.
Moje pierwsze skojarzenie w zw. z tym utworem, to Prince. Przede wszystkim ze względu na wokal, ale też vibe. Ten główny motyw muzyczny kojarzę, to chyba samplowane? Glovera znam w zasadzie tylko jako aktora i lubię go. Muzyką nie wiem czy bym się bardzo zainteresował, niemniej kawałek Murzyna jest spoko. Przyjemna i luźna atmosfera, lekko pornosowa, ale też lekko kościelna (po amerykańsku). Jak się chce, to się da. Sympatyczna wrzuta, z uniwersum sympatycznego wykonawcy.
Vangelis - Flamants roses
Ten kawałek zawiera 100% tego co zawsze lubiłem u Vangelisa, czyli charakterystyczne syntezatory, piękny użytek z ciekawych „żywych” instrumentów i senna atmosfera, którą tylko Grek potrafił wykreować. Aż szkoda bezcześcić to pisaniną, bo co ja mogę napisać ciekawego, poza tym, że ta muzyka generuje odczucia i uczucia, których szukam w muzyce. Te mocniejsze, filmowe fragmenty, nie tracą nic z narkotycznego klimatu, jaki Vangelis tworzy na początku. Wymienianie się taką muzyką w gimnazjum, to dla mnie trochę abstrakcja, w moim gimnazjach (bo byłem w trzech) słuchało się albo polskiego hip-hopu, niektórzy Rynkowskiego (bez kitu), albo T.Love, albo metalu. Nie wiem, czy to kwestia czasów, czy ludzi, pewnie jednego i drugiego. W każdym razie, ave Vangelis.
Guano Apes - Open Your Eyes
Żałuję, że się nie wkręciłem w Gówno Małp koło 2000/2001 roku, bo teraz bym miał z nimi fajne wspomnienia, no ale wolałem Linkin Park i Limp Bizkit. Parę kawałków miałem chyba wypalonych na cd od kolegi, ale ich nie pamiętam. Ja generalnie uważam, że nu metal jest fajny i lubię sobie czasami wrócić do takiego grania. Nie sięgnę raczej po dyskografię prezentowanego zespołu, ale kawałek uważam za fajny i pewnie bym się jarał mocno te 25 lat temu.
Chris Rea - Joy of Christmas
Mam nadzieję, że to Musiała odblokuje na duble, bo mam wrażenie momentami, że chłop już wymyśla na siłę, a ma wiele doskonałych historii i kawałków wśród wykonawców, których już przedstawiał. „Joy of Christmas” nie zastąpi u mnie na święta „Driving Home For Christmas” bo, no co tu dużo mówić, jest to pod każdym względem lepszy utwór, no ale też nie powiem żeby tu było słabo. Taki bardziej typowy Rea tutaj, bardzo bluesowo. Sympatyczny kawałek z kasą. RIP Chris Rea.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Gildish Chambino - Bedrone
Hmmm... nie wiem, co napisać xD Przyjemne, trochę soulowe a trochę funkowe (przepraszam, moja głowa takie skojarzenia łapie po delikatnych elementach) wręcz granie, laid-back (I will flyyy awayyy) klimacik i w ogóle git. Trochę gorące lato i popołudnie na południu, kiedy się nic nie chce robić i tyle ale wciąż git. Jeśli chodzi o postać samego Glovera, to kojarzę go chyba tylko z Marsjanina i z Solo w przypadku jego kariery aktorskiej, zaś muzyka... pamiętam pojarę This Is America, ale nigdy tego nawet nie włączyłem, tak więc pozostaję głuchy. Niemniej nie na ten utwór, jest całkiem spoko. Na czil, tylko czilu mało w moim życiu chyba, że odpalę GOTHIKA. Polecam! Grę też polecam ofc.
Stephen Malkmus - Pink India
O ile ostatecznie się od Pavement nie odbiłem tak bardzo, jak myślałem, że się odbiję, tak sam Malkmus mnie wyjątkowo kupuje swoim klimatem. W ogóle głos ma podobny trochę do Donavona Frankenreitera, którym kiedyś potwornie gardziłem a potem mi się, kurde, spodobał. Tutaj jest nieco podobnie, czyli niby czilowo, a jednak też trochę nie na poważnie, ale też jednak poważnie, fajne to jest, serio. Dobrze mi się słucha, może sięgnę po coś więcej, a może nie. Zimy mało, ale na relaksik... szkoda tylko, że tegoroczne święta były dla mnie pod paroma względami straszne xD zawsze zostaje puścić sobie ten numer i usłyszeć wszystkie w nim gitary. Ta "zwariowana" część też supi.
Vangelis - Flamants Roses
Zima zima piękna zima, świat w okowach mrozu trzyma... a bardziej trzymała, bo mróz odpuścił. Ciekawe, że tam wyżej się podniecają zimowością tego wyboru i ja się co do zasady zgadzam, ale czuję w tym też Wschód przez duże W. Jakieś klimaty chińskie wręcz, trudno powiedzieć... Harfa cudowna, klawisze też, wiadomo, klimacik jest solidny. Zamknąłbym oczy i pozwolił myślom oddryfować, ale zaraz mam ważny egzamin, więc trochę szkoda by było. Z jakimś podwodnym światem mi się to kojarzy też, mogłoby być na soundtracku to Podwodnego Życia Steve'a Zissou. W moim headcannonie Wes Anderson słucha właśnie takiej muzyki (obok EN oczywiście). Dobra rzecz, propsy!
Guano Apes - Open Your Mind
Mam nieodparte wrażenie iż znam parę osób, co to gdybym im przedstawił ten kawałek jako numetal, do dostałbym po ryju tak srogo, że wylądowałbym w Pacyfiku. Z drugiej strony ci sami ludzie hejtują Limp Bizkit, które uchodziło za ikonę numetalu, sam już nie wiem. Ale ja się na metalu nie znam. Dla mnie to brzmi po prostu na cięższe gitarowe granie xD GA kojarzę głównie z kiepskiego coveru Big in Japan od Alphaville, ktoś u mnie w gimnazjum tego słuchał. Jakieś to zbyt melodyjne na metal dla mnie. Refren się wkręca, co będę kłamał. Ale faza na ten band chyba minęła bardzo dawno temu, u mnie jest w tej samej szufladzie, co The Offspring albo wręcz Bloodhound Gang. Wciąż niezłe.
Hmmm... nie wiem, co napisać xD Przyjemne, trochę soulowe a trochę funkowe (przepraszam, moja głowa takie skojarzenia łapie po delikatnych elementach) wręcz granie, laid-back (I will flyyy awayyy) klimacik i w ogóle git. Trochę gorące lato i popołudnie na południu, kiedy się nic nie chce robić i tyle ale wciąż git. Jeśli chodzi o postać samego Glovera, to kojarzę go chyba tylko z Marsjanina i z Solo w przypadku jego kariery aktorskiej, zaś muzyka... pamiętam pojarę This Is America, ale nigdy tego nawet nie włączyłem, tak więc pozostaję głuchy. Niemniej nie na ten utwór, jest całkiem spoko. Na czil, tylko czilu mało w moim życiu chyba, że odpalę GOTHIKA. Polecam! Grę też polecam ofc.
Stephen Malkmus - Pink India
O ile ostatecznie się od Pavement nie odbiłem tak bardzo, jak myślałem, że się odbiję, tak sam Malkmus mnie wyjątkowo kupuje swoim klimatem. W ogóle głos ma podobny trochę do Donavona Frankenreitera, którym kiedyś potwornie gardziłem a potem mi się, kurde, spodobał. Tutaj jest nieco podobnie, czyli niby czilowo, a jednak też trochę nie na poważnie, ale też jednak poważnie, fajne to jest, serio. Dobrze mi się słucha, może sięgnę po coś więcej, a może nie. Zimy mało, ale na relaksik... szkoda tylko, że tegoroczne święta były dla mnie pod paroma względami straszne xD zawsze zostaje puścić sobie ten numer i usłyszeć wszystkie w nim gitary. Ta "zwariowana" część też supi.
Vangelis - Flamants Roses
Zima zima piękna zima, świat w okowach mrozu trzyma... a bardziej trzymała, bo mróz odpuścił. Ciekawe, że tam wyżej się podniecają zimowością tego wyboru i ja się co do zasady zgadzam, ale czuję w tym też Wschód przez duże W. Jakieś klimaty chińskie wręcz, trudno powiedzieć... Harfa cudowna, klawisze też, wiadomo, klimacik jest solidny. Zamknąłbym oczy i pozwolił myślom oddryfować, ale zaraz mam ważny egzamin, więc trochę szkoda by było. Z jakimś podwodnym światem mi się to kojarzy też, mogłoby być na soundtracku to Podwodnego Życia Steve'a Zissou. W moim headcannonie Wes Anderson słucha właśnie takiej muzyki (obok EN oczywiście). Dobra rzecz, propsy!
Guano Apes - Open Your Mind
Mam nieodparte wrażenie iż znam parę osób, co to gdybym im przedstawił ten kawałek jako numetal, do dostałbym po ryju tak srogo, że wylądowałbym w Pacyfiku. Z drugiej strony ci sami ludzie hejtują Limp Bizkit, które uchodziło za ikonę numetalu, sam już nie wiem. Ale ja się na metalu nie znam. Dla mnie to brzmi po prostu na cięższe gitarowe granie xD GA kojarzę głównie z kiepskiego coveru Big in Japan od Alphaville, ktoś u mnie w gimnazjum tego słuchał. Jakieś to zbyt melodyjne na metal dla mnie. Refren się wkręca, co będę kłamał. Ale faza na ten band chyba minęła bardzo dawno temu, u mnie jest w tej samej szufladzie, co The Offspring albo wręcz Bloodhound Gang. Wciąż niezłe.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
śpita czy walita
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
walnąłem blacka właśnie, dzisiaj chyba oba tematy wlecą
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Childish Gambino - Redbone
Bez nadmiaru słów Jacek zapodaje klasyk na nowe czasy. Z ducha lat siedemdziesiątych, z wypolerowanym miksem, który nie zabija kwasowych synthów, ciepłego basu, ładnie eksponuje wszystko. A całość jest niespokojnie przyjemna. Motyw tak jakby na DZWONKACH słyszany i kojarzony nawet wtedy, gdy nigdy nie słyszałem oryginału od deski do deski. Wersja u Fallona to już z niewymuszonymi ciarkami, bo to jak pełnoprawny muzyczny i klimatyczny wehikuł czasu. Dżemiki w tle, pół nagi chłop, laserowe ozdoby, gitarowo-klawiszowe popisy. Same soczyste zjawiska. Bez obrazka wciąż bym trochę nie dowierzał, że to jednak nie jakaś nestorka r'n'b nakurza. Choć ludzie w komentarzach piszący o Funkadelic też swoje racje mają. Pure blackish music. Naprawdę dobry kawałek.
Stephen Malkmus - Pink India
Esencja takiego aktywnego munlupizmu. Gitary gitarowe podlane gitarami, charakterystyczna lekkość podszyta nutką dystansu i melancholii, skromne eksperymentalne jazdy między wierszami. Niby wokalista solo, ale materiał z ducha pavementowy. Nie słychać za dużej różnicy, co na plus, bo Pavement to jest bardzo dobry zespół. Ostatnio w Empiku widziałem specjalny numer jakiegoś anglojęzycznego czasopisma, który był im poświęcony. No byle komu się tego nie robi. Może od połowy numer już jest za bardzo rozlazły, leniwy i się rozjeżdża w rozmaity sposób, kończąc w totalnej kropce, ale do połowy to jest bardzo przyjemna klasyka gatunku. Tak, ten charakterystycznie lekko wyjebkowy wokal w połączeniu z indie graniem z rodzynkami są nie do pomylenia. Ostatnie dni równały się śladowej ilości muzyki słuchanej z wyboru - bestka zdecydowanie nie napsuła szyków. Widząc wrzutki hienowe czekam na takie granie. Jeszcze się nie przejadłem jak w przypadku Ju
Guano Apes - Open Your Eyes
Nawet nie próbuję walczyć z zakamarkami pamięci. Refren brzmi całkiem znajomo. W sumie całkiem sporo polskiej muzyki słuchanej za dzieciaczka brzmiała właśnie tak jak tutaj. Trochę kanciaste vel muzyka do gry. Tak, czuć w tym angst i bezpośredniość rodem z młodzieżowego serialu o skejterach, ale to żadna wada. Ot, stylistyka jak każda inna. Lubię to wrażenie kojarzenia skądś. Nie wiem, czy wytrzyma próbę czasu, na pewno brzmi całkiem okej. Sam oczywiście też mam odkrywki odzyskane po 15 latach niesłuchania, więc współodczuwam to uczucie. Ostre nieostre gitarki, wykastrowany bas, wokal typu hardy szczylek. Jest za co ich lubić. W ogóle to jest NIEMIECKI zespół... Viva Plus w paśmie wieczornym tudzież Get The Clip ROCK to byłoby idealne miejsce. Znaczy się delikatny plusik przy tej wrzutce. Krótkie, konkretne, z dość wyrazistym refrenem.
Chris Rea - Joys of Christmas
Głupie wypowiedzi przedstawicieli mediów ALGORYTMICZNYCH trzeba zbyć, bo nawet taki jarosz jak ja potrafiłby wymienić (albo no chociaż zanucić...) kilka innych piosenek Chrisa Riji niż Driving Home For Christmas. Gdybym był bardziej boomerski to bym nieironicznie powiedział: kurde bele, to już nawet anonimowi bohaterowie mojego muzycznego dzieciństwa umierają, ale jestem stary! Sęk w tym, że częściowo to prawda. Nie wyobrażam sobie polskiego radia bez Pana Chrisa pojawiającego się przynajmniej raz lub dwa ZA KAŻDYM RAZEM, gdy tylko włączyło się odbiornik. Anonimowy dlatego, że nigdy nie pomyślałbym o sprawdzeniu czegoś więcej niż pojedyncze kawałki. Nawet nie dlatego, że to zła muzyka, tylko nastroje nie z mojej bajki. Ten wokal też w mniejszych dawkach budzi większą sympatię niż przy godzinnym posiedzeniu. Podoba mi się skojarzenie (czy po prostu związki) z Dire Straits. Noo, taka melancholia dojrzałych ludzi z węgla i stali. Najpierw jednak trzeba przebrnąć przez ten ABSOLUTNIE BEZNADZIEJNY segment z klapą od kibla. Jak z FLa, gdy chce się imitować szesnastobitowe soundtracki do Spyro na PSa. Za to sam Mr Chris wyjątkowo hipnotyczny, wciągający, trochę inny niż go pamiętam do tej pory... albo jeszcze bardziej zanurzony w bluesowej wodzie już bez pohamowania. Pasuje do tego krajobrazu wyborowo. Dobrze zrobiony gatunkowy STANDARD. Z czasem gitara się tylko wyostrza. Gdy wjeżdża właściwa perkusja to utwór naprawdę zyskuje barw, choć to już właściwie tylko klamra. Niepozorny, baardzo niepozorny, ale trochę mnie zaciekawił. Z doomerskiej pieczary wychodzi słońce.
Bez nadmiaru słów Jacek zapodaje klasyk na nowe czasy. Z ducha lat siedemdziesiątych, z wypolerowanym miksem, który nie zabija kwasowych synthów, ciepłego basu, ładnie eksponuje wszystko. A całość jest niespokojnie przyjemna. Motyw tak jakby na DZWONKACH słyszany i kojarzony nawet wtedy, gdy nigdy nie słyszałem oryginału od deski do deski. Wersja u Fallona to już z niewymuszonymi ciarkami, bo to jak pełnoprawny muzyczny i klimatyczny wehikuł czasu. Dżemiki w tle, pół nagi chłop, laserowe ozdoby, gitarowo-klawiszowe popisy. Same soczyste zjawiska. Bez obrazka wciąż bym trochę nie dowierzał, że to jednak nie jakaś nestorka r'n'b nakurza. Choć ludzie w komentarzach piszący o Funkadelic też swoje racje mają. Pure blackish music. Naprawdę dobry kawałek.
Stephen Malkmus - Pink India
Esencja takiego aktywnego munlupizmu. Gitary gitarowe podlane gitarami, charakterystyczna lekkość podszyta nutką dystansu i melancholii, skromne eksperymentalne jazdy między wierszami. Niby wokalista solo, ale materiał z ducha pavementowy. Nie słychać za dużej różnicy, co na plus, bo Pavement to jest bardzo dobry zespół. Ostatnio w Empiku widziałem specjalny numer jakiegoś anglojęzycznego czasopisma, który był im poświęcony. No byle komu się tego nie robi. Może od połowy numer już jest za bardzo rozlazły, leniwy i się rozjeżdża w rozmaity sposób, kończąc w totalnej kropce, ale do połowy to jest bardzo przyjemna klasyka gatunku. Tak, ten charakterystycznie lekko wyjebkowy wokal w połączeniu z indie graniem z rodzynkami są nie do pomylenia. Ostatnie dni równały się śladowej ilości muzyki słuchanej z wyboru - bestka zdecydowanie nie napsuła szyków. Widząc wrzutki hienowe czekam na takie granie. Jeszcze się nie przejadłem jak w przypadku Ju
Guano Apes - Open Your Eyes
Nawet nie próbuję walczyć z zakamarkami pamięci. Refren brzmi całkiem znajomo. W sumie całkiem sporo polskiej muzyki słuchanej za dzieciaczka brzmiała właśnie tak jak tutaj. Trochę kanciaste vel muzyka do gry. Tak, czuć w tym angst i bezpośredniość rodem z młodzieżowego serialu o skejterach, ale to żadna wada. Ot, stylistyka jak każda inna. Lubię to wrażenie kojarzenia skądś. Nie wiem, czy wytrzyma próbę czasu, na pewno brzmi całkiem okej. Sam oczywiście też mam odkrywki odzyskane po 15 latach niesłuchania, więc współodczuwam to uczucie. Ostre nieostre gitarki, wykastrowany bas, wokal typu hardy szczylek. Jest za co ich lubić. W ogóle to jest NIEMIECKI zespół... Viva Plus w paśmie wieczornym tudzież Get The Clip ROCK to byłoby idealne miejsce. Znaczy się delikatny plusik przy tej wrzutce. Krótkie, konkretne, z dość wyrazistym refrenem.
Chris Rea - Joys of Christmas
Głupie wypowiedzi przedstawicieli mediów ALGORYTMICZNYCH trzeba zbyć, bo nawet taki jarosz jak ja potrafiłby wymienić (albo no chociaż zanucić...) kilka innych piosenek Chrisa Riji niż Driving Home For Christmas. Gdybym był bardziej boomerski to bym nieironicznie powiedział: kurde bele, to już nawet anonimowi bohaterowie mojego muzycznego dzieciństwa umierają, ale jestem stary! Sęk w tym, że częściowo to prawda. Nie wyobrażam sobie polskiego radia bez Pana Chrisa pojawiającego się przynajmniej raz lub dwa ZA KAŻDYM RAZEM, gdy tylko włączyło się odbiornik. Anonimowy dlatego, że nigdy nie pomyślałbym o sprawdzeniu czegoś więcej niż pojedyncze kawałki. Nawet nie dlatego, że to zła muzyka, tylko nastroje nie z mojej bajki. Ten wokal też w mniejszych dawkach budzi większą sympatię niż przy godzinnym posiedzeniu. Podoba mi się skojarzenie (czy po prostu związki) z Dire Straits. Noo, taka melancholia dojrzałych ludzi z węgla i stali. Najpierw jednak trzeba przebrnąć przez ten ABSOLUTNIE BEZNADZIEJNY segment z klapą od kibla. Jak z FLa, gdy chce się imitować szesnastobitowe soundtracki do Spyro na PSa. Za to sam Mr Chris wyjątkowo hipnotyczny, wciągający, trochę inny niż go pamiętam do tej pory... albo jeszcze bardziej zanurzony w bluesowej wodzie już bez pohamowania. Pasuje do tego krajobrazu wyborowo. Dobrze zrobiony gatunkowy STANDARD. Z czasem gitara się tylko wyostrza. Gdy wjeżdża właściwa perkusja to utwór naprawdę zyskuje barw, choć to już właściwie tylko klamra. Niepozorny, baardzo niepozorny, ale trochę mnie zaciekawił. Z doomerskiej pieczary wychodzi słońce.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Childish Gambino - Redbone
Zabawna sprawa, bo miałem to słynne DEJA VU odpalając ten kawałek, bo linia melodyczna wydawała mi się całkiem znajoma, tekst też i generalnie to ja miałem wrażenie, że ja to już słyszałem, ale nie bardzo wiedziałem gdzie, kiedy i jak. Po chwili mnie olśniło i przypomniałem sobie, że dość niedawno temu odkryłem Epkę Magdaleny Bay na której był cover tego utworu. Dość ciekawy zbieg okoliczności. Cóż, mimo że nawet lubię wersję MB, to jednak w porównaniu z oryginałem - gdzie Rzym, a gdzie Krym. Kapitalny utwór, BUJA, ma specyficzny klimat, który roboczo nazwę sobie slackersko-zrezygnowanym i generalnie to w jakiejś depeszwizji w ciemno bym uznał, że to jakiś soulowy klasyk, którego nie znam. Xd W ciemno też bym założył, że wokal był podrasowywany, ale w sumie to nie jest to ważne i nie wiem po co o tym piszę, więc po prostu UCHYLAM COPKĘ.
Stephen Malkmus – Pink India
Za każdym razem gdy przewija się temat zespołu Pavement na forum mam ochotę napisać to samo, tj. Że słucham ich za mało, za rzadko i w ogóle. Bo generalnie to klawy zespół, który nagrywa dobre piosenki, a generalnie to ja lubię klawe zespoły nagrywające dobre piosenki. Kto wie, może kiedyś zostanę ich psychofanem - z każdym kolejnym odsłuchem wchodzą mi coraz lepiej i skłaniam się ku takiej myśli. Ta refleksja mnie naszła po przesłuchaniu tej wrzuty, bo i w tym konkretnym nie słyszę szczególnej różnicy między tym co znam a poniższą wrzutą. To nie jest bynajmniej żadnym zarzutem ani niczym w tym stylu. Malkmus jest Malkmusem, czyli jest spoko, akustyczne gitarki też są spoko, a ta "zakręcona" część jest nawet i bardzo spoko. Kolejny props i kolejna pozycja na kupce wstydu.
Vangelis - Flamants roses
Jeśli chodzi o okołoświąteczne rzeczy, to z omawianego w tej kolejce kwartetu najbardziej mi się z tym okresem kojarzy właśnie Vangelis, ale to z powodu opisywanej przeze mnie niegdyś historii o tym jak kiedyś dostałem jego składankę na CD z okazji którychś świąt i jest to jedna z nielicznych płyt typu "best of" które darzę szczerym sentymentem. No i cóż - nie będę szczególnie oryginalny. Grek BAZA i KLASA, kapitalna kompozycja, nie tylko na przestrzeni czterech pierwszych minut (które są piękne), ale całej swej długości. Nie wiem, może z czapy rzucę porównaniem, ale trąci mi to trochę koncertem Chińskim Jarre'a, ale ciut bardziej śródziemnomorskim. W pełni się zgadzam, że jeśli chodzi o dłuższe dystanse, to nie ma mocnego na Vangelisa. Złoto, kadzidło i mirra!
Chris Rea - Joy of Christmas
Nie wiem dlaczego, ale Krzychu Ryja nigdy nie zapadł mi w pamięć z powodu któregokolwiek ze swoich przebojów, ale z tego, że kiedyś nagrał bodaj jedenastopłytowy (!) album z coverami bluesowych klasyków z różnych epok i nawet jeśli raczej już nigdy nie postawię sobie jego dyskografii na honorowym miejscu, to za sam ten fakt mam do niego jakiś szacunek. Skojarzenie z Dire Straits też mi się nasunęło samo, nawet nie tyle ze względu na obecność perkusisty, co... Okładkę, która sugeruje podobne granie i zbliżone klimaty. I dokładnie to dostałem - fajne gitarki, przyzwoity storytelling i po prostu solidny DAD ROCK na poziomie, bez aorowej popeliny. Lubię to jak ten kawałek PŁYNIE, jest w nim jakaś taka BŁOGOŚĆ i jednocześnie NIENACHALNOŚĆ. Bierę to.
Ta kolejka to najlepsze co mnie spotkało w te święta - wszyscy panowie dowieźliście w komplecie. Brawo!
Zabawna sprawa, bo miałem to słynne DEJA VU odpalając ten kawałek, bo linia melodyczna wydawała mi się całkiem znajoma, tekst też i generalnie to ja miałem wrażenie, że ja to już słyszałem, ale nie bardzo wiedziałem gdzie, kiedy i jak. Po chwili mnie olśniło i przypomniałem sobie, że dość niedawno temu odkryłem Epkę Magdaleny Bay na której był cover tego utworu. Dość ciekawy zbieg okoliczności. Cóż, mimo że nawet lubię wersję MB, to jednak w porównaniu z oryginałem - gdzie Rzym, a gdzie Krym. Kapitalny utwór, BUJA, ma specyficzny klimat, który roboczo nazwę sobie slackersko-zrezygnowanym i generalnie to w jakiejś depeszwizji w ciemno bym uznał, że to jakiś soulowy klasyk, którego nie znam. Xd W ciemno też bym założył, że wokal był podrasowywany, ale w sumie to nie jest to ważne i nie wiem po co o tym piszę, więc po prostu UCHYLAM COPKĘ.
Stephen Malkmus – Pink India
Za każdym razem gdy przewija się temat zespołu Pavement na forum mam ochotę napisać to samo, tj. Że słucham ich za mało, za rzadko i w ogóle. Bo generalnie to klawy zespół, który nagrywa dobre piosenki, a generalnie to ja lubię klawe zespoły nagrywające dobre piosenki. Kto wie, może kiedyś zostanę ich psychofanem - z każdym kolejnym odsłuchem wchodzą mi coraz lepiej i skłaniam się ku takiej myśli. Ta refleksja mnie naszła po przesłuchaniu tej wrzuty, bo i w tym konkretnym nie słyszę szczególnej różnicy między tym co znam a poniższą wrzutą. To nie jest bynajmniej żadnym zarzutem ani niczym w tym stylu. Malkmus jest Malkmusem, czyli jest spoko, akustyczne gitarki też są spoko, a ta "zakręcona" część jest nawet i bardzo spoko. Kolejny props i kolejna pozycja na kupce wstydu.
Vangelis - Flamants roses
Jeśli chodzi o okołoświąteczne rzeczy, to z omawianego w tej kolejce kwartetu najbardziej mi się z tym okresem kojarzy właśnie Vangelis, ale to z powodu opisywanej przeze mnie niegdyś historii o tym jak kiedyś dostałem jego składankę na CD z okazji którychś świąt i jest to jedna z nielicznych płyt typu "best of" które darzę szczerym sentymentem. No i cóż - nie będę szczególnie oryginalny. Grek BAZA i KLASA, kapitalna kompozycja, nie tylko na przestrzeni czterech pierwszych minut (które są piękne), ale całej swej długości. Nie wiem, może z czapy rzucę porównaniem, ale trąci mi to trochę koncertem Chińskim Jarre'a, ale ciut bardziej śródziemnomorskim. W pełni się zgadzam, że jeśli chodzi o dłuższe dystanse, to nie ma mocnego na Vangelisa. Złoto, kadzidło i mirra!
Chris Rea - Joy of Christmas
Nie wiem dlaczego, ale Krzychu Ryja nigdy nie zapadł mi w pamięć z powodu któregokolwiek ze swoich przebojów, ale z tego, że kiedyś nagrał bodaj jedenastopłytowy (!) album z coverami bluesowych klasyków z różnych epok i nawet jeśli raczej już nigdy nie postawię sobie jego dyskografii na honorowym miejscu, to za sam ten fakt mam do niego jakiś szacunek. Skojarzenie z Dire Straits też mi się nasunęło samo, nawet nie tyle ze względu na obecność perkusisty, co... Okładkę, która sugeruje podobne granie i zbliżone klimaty. I dokładnie to dostałem - fajne gitarki, przyzwoity storytelling i po prostu solidny DAD ROCK na poziomie, bez aorowej popeliny. Lubię to jak ten kawałek PŁYNIE, jest w nim jakaś taka BŁOGOŚĆ i jednocześnie NIENACHALNOŚĆ. Bierę to.
Ta kolejka to najlepsze co mnie spotkało w te święta - wszyscy panowie dowieźliście w komplecie. Brawo!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Muszę przyznać że fajnie czasem zebrać taki universal acclaim (no z grubsza, Musiał bardziej zajęty był graniem w Gothica teraz niż słuchaniem kolejki) i spoko że podłapaliście ten vintage klimat, skojarzenia z Princem trafne ale i to że wokal brzmi bardziej jak u jakiejś czarnej seniorki też xD a to że cover tego utworu utrzymanego w klimacie lat 70. nagrał zespół Magdalena Bay którego muzykę określiłbym mianem wyrobu ejtisopodobnego nawet nie było w moim bingo na ten rok (rzucę uchem w wolnej chwili, promise). Tymczasem lećmy dalej...
***
Tak planowałem tą bestkę, miałem wszystko niby dopięte na ostatni guzik ale po drodze robiłem sobie drobne korekty to tu, to tam i ostatecznie wyszło tak że zostałem bez wrzuty na Sylwestra. Miałem już w myślach rzucić jakimś luźnym imprezowym numerem ale na ostatniej prostej wszystko się zmieniło i ostatecznie wrzucam to:
Arthur Russell - Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See
(1985)
Z pomocą przyszły święta i prezenty gwiazdkowe wśród których znalazły się też różne upatrzone w necie składanki z muzyką. Jedna z nich zwłaszcza przypadła mi do gustu gdy odpaliłem ją sobie w pierwszy dzień świąt wieczorem i choć byłem już dość zmęczony tylko przecierałem oczy i słuchałem całą do końca bo nie potrafiłem się oderwać, dawno nie słuchałem tak dziwnej i fascynujacej muzyki jak tam. Wśród wykonawców którzy się tam przewinęli był też niejaki Arthur Russell, związany dość mocno z nowojorską sceną muzyczną lat 80. Russell był wiolonczelistą który w swej twórczości łaczył elementy awangardy i muzyki tanecznej. Taki też był pierwszy kawałek jaki usłyszałem w jego wykonaniu, niemniej zachęcony nim zdecydowałem się sięgnąć po coś więcej i tak padło na debiut z lat 80. - World of Echo. Na płycie zaś nie musiałem szukać daleko bo dobrnąłem ledwie do drugiego kawałka na tym albumie jakim jest właśnie Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See i wsiąkłem.
Pisałem chyba niedawno nawet że nie mam w zanadrzu zbytnio muzyki na zimę, przynajmniej nie takiej w bardziej uniwersalnym rozumieniu - bo ja przeważnie o tej porze roku to sobie zamulam przy hip hopie albo ogrzewam się jakimś r&b, nie miałem jednak z zanadrzu czegoś takiego... jak ta wrzuta choćby. Bo ten numer Russella z miejsca przypomniał mi o kilku wykonawcach z Waszych wrzutek którzy serwowali jesienno-zimową melancholię ubraną w taką kameralną, intymną wręcz atmosferę. Arthur Russell daje mi w tym kawałku to co dawali choćby Nick Drake, Gillian Welsh, Pieter Nooten & Michael Brooks, wczesny Brian Eno albo późne Talk Talk. Właśnie z taką ciszą i spokojem kojarzy mi się od paru lat początek nowego roku dzięki tym bestkom i jako że ten numer tak mi ostatnio siedzi w głowie to chociaż znam go parę dni postanowiłem tu uwiecznić ten moment. Niech to będzie zatem świadectwo przemian moich gustów odkąd zaczęliśmy te bestki niemalże 4 lata temu (ile?!) ale i niejako też hołd złożony tamtym wykonawcom, z lekką nadzieją że też te same walory wyczytacie z tego kawałka. A może dla niektórych to będzie tylko niespełna 10 minutowe rzępolenie na wiolonczeli połączone z jakimś wokalnym miauczeniem, mówi się trudno, zaryzykuję.
https://youtu.be/mxATvb6WdA0?si=YFt7yvjt1RZZpPWg
***
Tak planowałem tą bestkę, miałem wszystko niby dopięte na ostatni guzik ale po drodze robiłem sobie drobne korekty to tu, to tam i ostatecznie wyszło tak że zostałem bez wrzuty na Sylwestra. Miałem już w myślach rzucić jakimś luźnym imprezowym numerem ale na ostatniej prostej wszystko się zmieniło i ostatecznie wrzucam to:
Arthur Russell - Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See
(1985)
Z pomocą przyszły święta i prezenty gwiazdkowe wśród których znalazły się też różne upatrzone w necie składanki z muzyką. Jedna z nich zwłaszcza przypadła mi do gustu gdy odpaliłem ją sobie w pierwszy dzień świąt wieczorem i choć byłem już dość zmęczony tylko przecierałem oczy i słuchałem całą do końca bo nie potrafiłem się oderwać, dawno nie słuchałem tak dziwnej i fascynujacej muzyki jak tam. Wśród wykonawców którzy się tam przewinęli był też niejaki Arthur Russell, związany dość mocno z nowojorską sceną muzyczną lat 80. Russell był wiolonczelistą który w swej twórczości łaczył elementy awangardy i muzyki tanecznej. Taki też był pierwszy kawałek jaki usłyszałem w jego wykonaniu, niemniej zachęcony nim zdecydowałem się sięgnąć po coś więcej i tak padło na debiut z lat 80. - World of Echo. Na płycie zaś nie musiałem szukać daleko bo dobrnąłem ledwie do drugiego kawałka na tym albumie jakim jest właśnie Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See i wsiąkłem.
Pisałem chyba niedawno nawet że nie mam w zanadrzu zbytnio muzyki na zimę, przynajmniej nie takiej w bardziej uniwersalnym rozumieniu - bo ja przeważnie o tej porze roku to sobie zamulam przy hip hopie albo ogrzewam się jakimś r&b, nie miałem jednak z zanadrzu czegoś takiego... jak ta wrzuta choćby. Bo ten numer Russella z miejsca przypomniał mi o kilku wykonawcach z Waszych wrzutek którzy serwowali jesienno-zimową melancholię ubraną w taką kameralną, intymną wręcz atmosferę. Arthur Russell daje mi w tym kawałku to co dawali choćby Nick Drake, Gillian Welsh, Pieter Nooten & Michael Brooks, wczesny Brian Eno albo późne Talk Talk. Właśnie z taką ciszą i spokojem kojarzy mi się od paru lat początek nowego roku dzięki tym bestkom i jako że ten numer tak mi ostatnio siedzi w głowie to chociaż znam go parę dni postanowiłem tu uwiecznić ten moment. Niech to będzie zatem świadectwo przemian moich gustów odkąd zaczęliśmy te bestki niemalże 4 lata temu (ile?!) ale i niejako też hołd złożony tamtym wykonawcom, z lekką nadzieją że też te same walory wyczytacie z tego kawałka. A może dla niektórych to będzie tylko niespełna 10 minutowe rzępolenie na wiolonczeli połączone z jakimś wokalnym miauczeniem, mówi się trudno, zaryzykuję.
https://youtu.be/mxATvb6WdA0?si=YFt7yvjt1RZZpPWg
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
hahha nie opóźnię sylwestrowej
Laurent Garnier, Scan X - Closer To You (2023)
Trochę o zjawisku opisywanym przy okazji recki płyty Holter, ale w zupełnie innym sosie muzycznym. W końcu Garnier to klasyk parkietowy kujący techno od lat 90', a nie artysta poszukujący własnej ścieżki w ambitniejszych popowych rewirach. Cała różnica polega na tym, że w jego przypadku za którymś razem wreszcie kliknęło, a tam nie. Może i przygody ze starszymi płytami wyglądały podobnie. Może też nie pasowało mi brzmienie, a na pełnym dystansie trochę brakowało pomysłu czy myśli przewodniej. Zaintrygowany wieściami o "pożegnalnej" płycie sprawdziłem i tak, to była długa podróż, ale nie skończyło się na jednorazowym przelocie przez dwie i pół godziny materiału (w wydaniu rozszerzonym). Już za pierwszym razem, choć w odcinkach, znalazłem wiele soczystych kąsków.
Myślałem o wrzutce sylwestrowej na koniec 2025 roku na różne sposoby. Może powinna oddać nastroje panujące dookoła? Być kolejnym odbiciem sporej potrzeby wyciszenia? Z drugiej strony było też trochę imprezowych wybiegów, pod pewnymi względami mocniejszymi niż kiedykolwiek... Ostatni dzień spędzę w domu w najlepszym możliwym towarzystwie, pilnując jednocześnie zestresowanego psa. Zostawiam jednak mijający rok z dużą dozą satysfakcji i spełnienia. Praca w teatrze, obroniona magisterka, więcej niż pojedyncze wyprawy teatralne po Polsce. Sporo wizyt w Czechach. Nawet Goerlitz zahaczyłem, choć szczegóły wycieczki zostawię dla siebie heh Wygrywa ciekawość i pozdrowienia dla tych, którzy bardziej pójdą w stronę aktywnego wypocenia, pląsów, a nawet może zakrapiania? Nie wiem. Tak też w porządku. Wiem natomiast, że błyskotki i pirotechnika z powodu zmiany w kalendarzu to wyjątkowo prosty wybór rozrywkowy. To już wolałbym śmieszne papieroski, klubowe czy queerowe nutki, Jagermeistera, domówkę lub godny klub - nawet w Warszawie. Spektakl byłby w porządku, ale to kolejny rok, gdy nie jestem pewien, czy było więcej dni bez obecności w teatrze czy nie.
Wahałem się nad dwiema propozycjami. Obie raczej w trybie BOMBA - lepsze podczas jakiegokolwiek ruchu (nawet rytmicznego bujania głową) niż stacjonarnego siedziska. Z hipnotycznym rytmem, wrażeniem zapadania się w otaczających dźwiękach, powracających motywach, akordach, i tak dalej. Cóż poradzić, że Klasyk na koniec (?) kariery wydawniczej zaproponował prawdopodobnie najlepszą płytę w karierze? Coś trzeba wybrać. Stawiam na epilog basowej pożogi, przez Closer To You przekażę to najdobitniej. Ciekawskim podrzucę potem wariant numer dwa.
A zatem zapinamyyyy pasyyy, jedzieemyyy panowieee czy kto co tam lubi. Będzie na klubowo!
https://www.youtube.com/watch?v=4rFBhUyIjNo
Laurent Garnier, Scan X - Closer To You (2023)
Trochę o zjawisku opisywanym przy okazji recki płyty Holter, ale w zupełnie innym sosie muzycznym. W końcu Garnier to klasyk parkietowy kujący techno od lat 90', a nie artysta poszukujący własnej ścieżki w ambitniejszych popowych rewirach. Cała różnica polega na tym, że w jego przypadku za którymś razem wreszcie kliknęło, a tam nie. Może i przygody ze starszymi płytami wyglądały podobnie. Może też nie pasowało mi brzmienie, a na pełnym dystansie trochę brakowało pomysłu czy myśli przewodniej. Zaintrygowany wieściami o "pożegnalnej" płycie sprawdziłem i tak, to była długa podróż, ale nie skończyło się na jednorazowym przelocie przez dwie i pół godziny materiału (w wydaniu rozszerzonym). Już za pierwszym razem, choć w odcinkach, znalazłem wiele soczystych kąsków.
Myślałem o wrzutce sylwestrowej na koniec 2025 roku na różne sposoby. Może powinna oddać nastroje panujące dookoła? Być kolejnym odbiciem sporej potrzeby wyciszenia? Z drugiej strony było też trochę imprezowych wybiegów, pod pewnymi względami mocniejszymi niż kiedykolwiek... Ostatni dzień spędzę w domu w najlepszym możliwym towarzystwie, pilnując jednocześnie zestresowanego psa. Zostawiam jednak mijający rok z dużą dozą satysfakcji i spełnienia. Praca w teatrze, obroniona magisterka, więcej niż pojedyncze wyprawy teatralne po Polsce. Sporo wizyt w Czechach. Nawet Goerlitz zahaczyłem, choć szczegóły wycieczki zostawię dla siebie heh Wygrywa ciekawość i pozdrowienia dla tych, którzy bardziej pójdą w stronę aktywnego wypocenia, pląsów, a nawet może zakrapiania? Nie wiem. Tak też w porządku. Wiem natomiast, że błyskotki i pirotechnika z powodu zmiany w kalendarzu to wyjątkowo prosty wybór rozrywkowy. To już wolałbym śmieszne papieroski, klubowe czy queerowe nutki, Jagermeistera, domówkę lub godny klub - nawet w Warszawie. Spektakl byłby w porządku, ale to kolejny rok, gdy nie jestem pewien, czy było więcej dni bez obecności w teatrze czy nie.
Wahałem się nad dwiema propozycjami. Obie raczej w trybie BOMBA - lepsze podczas jakiegokolwiek ruchu (nawet rytmicznego bujania głową) niż stacjonarnego siedziska. Z hipnotycznym rytmem, wrażeniem zapadania się w otaczających dźwiękach, powracających motywach, akordach, i tak dalej. Cóż poradzić, że Klasyk na koniec (?) kariery wydawniczej zaproponował prawdopodobnie najlepszą płytę w karierze? Coś trzeba wybrać. Stawiam na epilog basowej pożogi, przez Closer To You przekażę to najdobitniej. Ciekawskim podrzucę potem wariant numer dwa.
A zatem zapinamyyyy pasyyy, jedzieemyyy panowieee czy kto co tam lubi. Będzie na klubowo!
https://www.youtube.com/watch?v=4rFBhUyIjNo
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To wiesz jak się czułem, gdy próbowaliście mi przeforsować w swoim czasie, że Ben Frost to nie ambient hehe. Nie wiem no, brzmi to dla mnie jak typowy reprezentant nu-metalu, jak komu nie pasi to mógłbym użyć określenia METAL ALTERNATYWNY, ale z kolei ono mi zaś nie pasi, bo to ten termin jest bardzo ogólnikowy.Mam nieodparte wrażenie iż znam parę osób, co to gdybym im przedstawił ten kawałek jako numetal, do dostałbym po ryju tak srogo, że wylądowałbym w Pacyfiku
Jeśli chodzi o vibe to pełna zgoda, ale tbh w życiu bym nie wpadł na porównanie tego wokalu z KSIĘCIEM. Ale to ja.Moje pierwsze skojarzenie w zw. z tym utworem, to Prince. Przede wszystkim ze względu na wokal, ale też vibe.
Fiona Apple - Fast as You Can
Chciałem na początek wlecieć z czymś "sylwestrowym", ale odpuściłem, bo ostatni raz sylwestra poza domem spędzałem 7 lat temu. Technicznie w tym roku się wyłamię, ale w praktyce tylko dlatego, że w tym roku postanowiłem w tym dniu pracować - podwójna stawka za pracę w tym dniu przekonała mnie do tego, by spędzić ten czas w ten sposób zamiast nwm oglądać jakiegoś Zenka czy inną Marylę Rodowicz w telewizji i zachlać pod to pałę czy zrobić coś równie "produktywnego".
Zamiast tego wolę potraktować tę wrzutę jako swoiste podsumowanie 2025 roku - co prawda zdaniem wszystkich śmiesznych aplikacji w telefoniku czas na podsumowanie roku już minął, ale generalnie jestem pod wieloma aspektami niedzisiejszym człowiekiem i jeśli już mam podsumowywać rok w trakcie jego trwania, to niech chociaż ma to miejsce pod sam koniec grudnia, a nie na jego początku. xd
No i ten no - sprawdziłem sobie z ciekawości co tam najczęściej przewijało się na moich głośnikach/słuchawkach (swoją drogą, to muszę chyba kupić w końcu jakieś nowe headphonesy - ma ktoś jakieś sensowne polecajki?). Spośród rzeczy, którymi was nie katowałem i nie są Depeszwizją/Magdaleną Bay (wbrew pozorom mam jeszcze jakieś ludzkie odruchy i nie będę was tym duetem katował) najczęściej przewijał się poniższy utwór, więc skoro tak było, to niechaj on zamknie mój udział w tej zabawie w tym roku.
Zresztą myślę iż pod kątem sprzedawania tego utworu na tym forum, niezaprzeczalnym jego atutem może być fakt, iż poznałem go właśnie niejako poprzez tę zabawę, ponieważ nie sięgnąłbym zapewne po tę płytę Fiony Apple, gdyby nie wrzuta shodana z którejś z wiosennych bestek, w której bardzo mi ona zaskoczyła i pozwoliła się do niej przekonać. Bo wiecie - generalnie to ja jej po prostu nie znałem. Kojarzyłem nazwisko, wiedziałem, że to jakaś ŚPIEWAJĄCA PANI, co to się ją zestawia odruchowo z Kate Bush/Tori Amos/Bjork (lub każdą naraz), ale w sumie to tyle. No, była jeszcze ta pandemiczna płyta o długiej nazwie, która wcale nie była tak dobra jak to próbowano przeforsować i myślę, ze to mogło wywołać u mnie lekki dystans do postaci.
Ale jak to bywa z wieloma rzeczami - perspektywa zmieniła się przy bliższym poznaniu i sięgnięcie po twórczość byłej tego słynnego reżysera, co to nakręcił teraz głośny film, którego jeszcze nie widziałem, sprawiła, że chociażby poznałem ten utwór. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo jest to kapitalny utwór - galopujący niczym koń po amfetaminie, pełen zmian nastroju oraz mocno połamany (Czy tam synkopowany - nie wiem, teoria muzyki jest dla mnie nadal abstrakcją. Czasem nad tym ubolewam, bo domyślam się, że to widać.). Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że nawet trochę trącacy jazzem, aczkolwiek nie wiem, czy zakwalifikowałbym go do kategorii fusion, co uczynił pewien wikipedysta. xd W skrócie - dużo się tu dzieje, a wy dobrze już wiecie, że ja lubię jak się dużo dzieje w muzyce.
Na szczęście relatywnie niewiele działo się u mnie w tym roku, a to też dobrze, bo też lubię, jak się niewiele dzieje w moim życiu. Zapamiętam go raczej dobrze - będę mieć w pamięci parę udanych wyjazdów, paręnaście udanych spotkań, względna stabilizację życiowo-zawodową i poznanie paru spoko osób (oraz jednej, która okazała się być mało spoko, ale tak szybko jak się w moim życiu pojawiła, tak szybko z niego zniknęła). I życzę sobie, by w 2026 wyglądało to podobnie.
Dobra, to co - wszystkiego najlepszego, żeby zabawa ta trwała nam przynajmniej kolejne 4 lata i udanego 2026. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=ZwZwhTCkj8Y
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bhangra Knights v Husan - Husan (Radio Edit) (2003)
Rok 2003... Czas przejścia muzycznego, już wsiąkałem w ejtisy dzięki Vice City i coraz częstszym seansom z MTV Classic i włoskim Countdown TV, ale wciąż na Countdown TV leciało dużo popu z epoki, do tego, Eska, jakaś Viva, no różnie bywało. Siedziało się z bratem i kuzynką przed telewizorem w małym pokoju mieszkania u dziadków i napieprzało teledyski ile wlazło. Parę rzeczy zapadło mi w pamięć (w ogóle tamte seanse dużo przyniosły na przestrzeni lat, np. Frozen od Madonny, ale też jej Ray of Light, Stonesi i ich Anybody Seen My Baby oraz - oczywiście - Sexual Freeek od Jerzego Michała, those were the days), a jedną z nich na pewno był wrzucany przeze mnie kawałek. I na pewno widziałem go w okolicach świąteczno-sylwestrowego limbo. Z jakiegoś powodu zrobił na mnie wrażenie. Może dlatego, iż mylnie myślałem, że Hindusi też umieją into western music? Miałem zwarcie mózgu gdy dowiedziałem się, że zarówno Bhangra Knights i Husan to didżejskie duety odpowiednio z Wielkiej Brytanii i Niderlandów i w skład żadnego z nich nie wchodzi nawet jeden currypozytywny... Ten, co "śpiewa" to wsamplowany faktycznie hinduski wokalista, ten drugi... nie wiem. Ale klip, który do dziś pamiętam dokładnie ewidentnie był kręcony w Indiach albo ktoś się przynajmniej o dobre scenografie postarał.
Nie wiem... lubię ten numer xD Kojarzy mi się z tymi eskowymi czasami, owszem, ale przestałem się ich "wstydzić", mogę się dobrze bawić do takiej muzy i tańczyć i w ogóle, I am cringe, but I am free. Poza tym jak się na takie rzeczy patrzy przez pryzmat nostalgii - a trudno już inaczej - to wszystko przechodzi, naprawdę. Powiedzmy, że to mój wkład z SYLWESTRA Z DIWOŁTIS, choć będę tegoż spędzał ze znajomymi przy planszówkach i - jak się dowiedziałem dziś rano - sushi. Może wychylę parę lampek wina, that's it. Ale w głowie będzie mi grał ten numer, zdecydowanie. Na marginesie dodam, że bhangra to rodzaj muzyki tanecznej z jednego z regionów Indii, zaś prezentowana przeze mnie wersja nie jest oryginalną, ale bardziej remiksem pod radio - oryginalna... też jest fajna, nieco inna, rzekłbym - alternatywna, ale jednak nostalgia wygrała, proszę o wybaczenie.
A teraz wywijamy jak na koniec Slumdoga: Tera husn bahut mujhe bhaata haaaaaaaaiiiii...
https://www.youtube.com/watch?v=fyNjCH7 ... rt_radio=1
Rok 2003... Czas przejścia muzycznego, już wsiąkałem w ejtisy dzięki Vice City i coraz częstszym seansom z MTV Classic i włoskim Countdown TV, ale wciąż na Countdown TV leciało dużo popu z epoki, do tego, Eska, jakaś Viva, no różnie bywało. Siedziało się z bratem i kuzynką przed telewizorem w małym pokoju mieszkania u dziadków i napieprzało teledyski ile wlazło. Parę rzeczy zapadło mi w pamięć (w ogóle tamte seanse dużo przyniosły na przestrzeni lat, np. Frozen od Madonny, ale też jej Ray of Light, Stonesi i ich Anybody Seen My Baby oraz - oczywiście - Sexual Freeek od Jerzego Michała, those were the days), a jedną z nich na pewno był wrzucany przeze mnie kawałek. I na pewno widziałem go w okolicach świąteczno-sylwestrowego limbo. Z jakiegoś powodu zrobił na mnie wrażenie. Może dlatego, iż mylnie myślałem, że Hindusi też umieją into western music? Miałem zwarcie mózgu gdy dowiedziałem się, że zarówno Bhangra Knights i Husan to didżejskie duety odpowiednio z Wielkiej Brytanii i Niderlandów i w skład żadnego z nich nie wchodzi nawet jeden currypozytywny... Ten, co "śpiewa" to wsamplowany faktycznie hinduski wokalista, ten drugi... nie wiem. Ale klip, który do dziś pamiętam dokładnie ewidentnie był kręcony w Indiach albo ktoś się przynajmniej o dobre scenografie postarał.
Nie wiem... lubię ten numer xD Kojarzy mi się z tymi eskowymi czasami, owszem, ale przestałem się ich "wstydzić", mogę się dobrze bawić do takiej muzy i tańczyć i w ogóle, I am cringe, but I am free. Poza tym jak się na takie rzeczy patrzy przez pryzmat nostalgii - a trudno już inaczej - to wszystko przechodzi, naprawdę. Powiedzmy, że to mój wkład z SYLWESTRA Z DIWOŁTIS, choć będę tegoż spędzał ze znajomymi przy planszówkach i - jak się dowiedziałem dziś rano - sushi. Może wychylę parę lampek wina, that's it. Ale w głowie będzie mi grał ten numer, zdecydowanie. Na marginesie dodam, że bhangra to rodzaj muzyki tanecznej z jednego z regionów Indii, zaś prezentowana przeze mnie wersja nie jest oryginalną, ale bardziej remiksem pod radio - oryginalna... też jest fajna, nieco inna, rzekłbym - alternatywna, ale jednak nostalgia wygrała, proszę o wybaczenie.
A teraz wywijamy jak na koniec Slumdoga: Tera husn bahut mujhe bhaata haaaaaaaaiiiii...
https://www.youtube.com/watch?v=fyNjCH7 ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Flight & Christian Henson - Encounters
Najwyższy czas, aby zająć się na dłużej muzyką z gier komputerowych. O tym, jaką rolę w moim życiu odgrywa „Alien: Isolation” wiecie i nie będę pisał ponownie. Trzy wrzuty związane z tą grą już w best of wylądowały, ale żadna z nich, nie pochodziła z soundtracku, który został do tej gry stworzony. The Flight, kompozytorzy tego OSTa, to duet Joe Henson i Alexis Smith (znani głównie ze świata game devu), który już przemyciłem niedawno w naszej innej zabawie. Christian Henson, brat Józka, zajął się aranżacją orkiestry. Muza z Isolation, od kilku lat króluje u mnie cały czas, nie mam słów żeby opisać jak bardzo mi się podoba. To już ponad 10 lat obcowania z tą grą i z tą muzyką. Podzielę się z wami klimatycznym, wyciszającym kawałkiem muzyki, która nawet nie wiem gdzie się pojawia w grze, ale to nie jest istotne, bo i tak tylko Wuja grał. Nie traktujcie tego jako soundtrack, nie piszcie mi setny raz, że macie wyrąbane na Obcego, po prostu posłuchajcie muzy, jakby kontekst nie istniał. Wszystkiego co najlepsze w nowy roku!
https://youtu.be/4m7NFpr0TC4?list=RD4m7NFpr0TC4
Najwyższy czas, aby zająć się na dłużej muzyką z gier komputerowych. O tym, jaką rolę w moim życiu odgrywa „Alien: Isolation” wiecie i nie będę pisał ponownie. Trzy wrzuty związane z tą grą już w best of wylądowały, ale żadna z nich, nie pochodziła z soundtracku, który został do tej gry stworzony. The Flight, kompozytorzy tego OSTa, to duet Joe Henson i Alexis Smith (znani głównie ze świata game devu), który już przemyciłem niedawno w naszej innej zabawie. Christian Henson, brat Józka, zajął się aranżacją orkiestry. Muza z Isolation, od kilku lat króluje u mnie cały czas, nie mam słów żeby opisać jak bardzo mi się podoba. To już ponad 10 lat obcowania z tą grą i z tą muzyką. Podzielę się z wami klimatycznym, wyciszającym kawałkiem muzyki, która nawet nie wiem gdzie się pojawia w grze, ale to nie jest istotne, bo i tak tylko Wuja grał. Nie traktujcie tego jako soundtrack, nie piszcie mi setny raz, że macie wyrąbane na Obcego, po prostu posłuchajcie muzy, jakby kontekst nie istniał. Wszystkiego co najlepsze w nowy roku!
https://youtu.be/4m7NFpr0TC4?list=RD4m7NFpr0TC4
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 18. (193.)
96. Arthur Russell - Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See (stripped)
97. Laurent Garnier, Scan X - Closer To You (Dragon)
98. Fiona Apple - Fast As You Can (mintaj)
99. Bhangra Knights vs Husan - Husan (devotional)
100. The Flight & Christian Henson - Encounters (Hien)
96. Arthur Russell - Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See (stripped)
97. Laurent Garnier, Scan X - Closer To You (Dragon)
98. Fiona Apple - Fast As You Can (mintaj)
99. Bhangra Knights vs Husan - Husan (devotional)
100. The Flight & Christian Henson - Encounters (Hien)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup