Mała uwaga - on w The voice of kids brał udział tylko jako trener. Nigdy jako zawodnik.
Best of Forum VIII
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum VIII
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Gdzieś ze sto lat temu natknąłem się na stwierdzenie, że niby Tubular Bells miały służyć jako sprawdzian możliwości studia nagraniowego The Manor, ale jak znam życie, to pewnie to jakaś bujda na resorach, którą w dodatku źle zapamiętałem, więc ten no - możecie z czystym sumieniem zignorować ten fragment (i pozostałe też)I odnajduję całkiem zabawnym, że powstały jako test sprzętu audio.
Co?
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Cigarettes After Sex - Hentai
Przyznam że Musiał mnie niepotrzebnie nastraszył tym opisem tego kawałka bo pisze że "numer o ruchańsku" i "pościelówa na pełnej" i spodziewałem się jakiegoś mega cringe'owego guana a to żadne z powyższych. Nie mam wcale poczucia żeby to była jakaś pościelówa o ruchańsku i bardzo dobrze, to po prostu ładna nieco ckliwa ballada więc chyba nie wszystek ten romantyzm jeszcze umarł w chłopie nawet jak chowa swoje wrzuty za takimi głupimi łatkami. Dla mnie to raczej emocjonalny kawałek, przynajmniej trafia u mnie w czułą nutę więc dam po prostu okejkę bez rozpisywania się jakoś szczególnie bo to prosty numer. W ogóle to miałem jakieś mylne wrażenie że to jest projekt który Musiał tu już wrzucał ze dwa razy ale to pewnie przez ich nazwę tak jakoś skojarzyłem ich z nim xD
Kai Whiston - Brain Fritta
Jakieś znowu bubblegumigloobass music heh. Ja raz kiedyś może numer w takim stylu wrzucę ale to tyle jeśli o mnie chodzi, faza na takie granie to było dobre 10 lat temu u mnie może jeszcze jak brnąłem w te Flying Lotusy, Machinedrumy i różne nowocześniejsze rap trap elektroniki. Ale ten numer zasadniczo jest spoko i śmiało bym go wciągnął do grona sluchanych wtedy kawałków, przyjemnie to leci jak na te wszystkie glitche trzaski w tym a to trzeba umieć gnieść muzę by z tej masy dźwięków nie wyszło byle gówno. Dragon w dawno nie widzianej już odsłonie ze świeżą energią, jest przedwiosennie!
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Hien dalej growo ale cofamy się do lat 90. zatem musi być lepiej bo z miejsca uderza w nostalgiczną nutę. Nigdy nie grałem w żadne RTSy ale widzę że muza by mi się spodobała raczej. Czytalem że Klepacki miał swój własny styl soundtracków do gier akcji, nie wiem na ile Mendelson upodobnił się do niego przy współpracy ale ten numer ma naprawdę fajny elektroniczny klimat gry akcji jednocześnie z takim sznytem futurystycznym nieco. Chłodne synthy, pulsujący bas, jakieś chóralne pady, sporo fajnego vintage brzmienia jakie naprawdę lubię więc nostalgizuję mocno i daję wreszcie Kubie solidną grową okejkę.
Dawid Kwiatkowski - Pali się niebo
Ajajaj Wujas, powrót po takim czasie w takim stylu. Wrzuta typu ciężko będzie o tym pisać - muzycznie nie jest to po prostu moja bajka, Kwiatkowskiego kojarzę od młodych lat jako jedną z gwiazdek MyMusic bo w tamtym czasie moja znajoma akurat trochę działała w tych klimatach ale ja nigdy nie byłem fanem tego typu muzy. Niemniej najlepszy background potrafi zrobić komuś złoto z najbardziej cringe'owej muzy, sam różne rzeczy tu wrzucałem które ciekawsze miały tło od samej muzy, napiszę zatem jedynie że cieszę się że Wuja sobie uporządkował pewne sprawy i otworzył nowy rozdział małżeństwa po tylu latach. Nie pomyślałbym że po 4 latach bestki ktoś tu jeszcze będzie wjeżdżał z numerami życia ale to tylko daje nadzieję że zawsze są rzeczy do odkrycia dla nas samych.
Mike Oldfield - Tubular Bells, pt I
Ostatecznie mentos sprawił że nie osiągnąwszy jeszcze czterdziestki przyszło mi zmierzyć się w końcu ze słynnymi dzwonami rurowymi. Odpaliłem zatem je pierwszy raz w życiu i... zaskoczyłem się, bo nie miałem pojęcia jak ten instrument będzie brzmiał i w ogóle to myślałem że to będzie jakaś straszna nuda w stylu jedno arpeggio przez pół godziny czy coś a to normalny prog rockowy numer xD
Samych dzwonów nie było za wiele ale za to cała masa innych bardzo dobrych brzmień i melodii których nie chce mi się wymieniać, fajnie za to że "lektor" wymienił na końcu wszystkie instrumenty, spoko zabieg. W sumie co tu pisać, ciekawa dźwiękowa podróż przez progowy kanon, nie będę rozbierał utworu na części składowe i pisał że coś podobało mi się bardziej lub mniej bo całość zasługuje na uznanie, dobrze było się w końcu z tym zmierzyć. Jeśli najdzie mnie kiedyś ochota na solidny prog rock to może odpalę to a może całość albo sprawdzę drugą część po prostu.
Przyznam że Musiał mnie niepotrzebnie nastraszył tym opisem tego kawałka bo pisze że "numer o ruchańsku" i "pościelówa na pełnej" i spodziewałem się jakiegoś mega cringe'owego guana a to żadne z powyższych. Nie mam wcale poczucia żeby to była jakaś pościelówa o ruchańsku i bardzo dobrze, to po prostu ładna nieco ckliwa ballada więc chyba nie wszystek ten romantyzm jeszcze umarł w chłopie nawet jak chowa swoje wrzuty za takimi głupimi łatkami. Dla mnie to raczej emocjonalny kawałek, przynajmniej trafia u mnie w czułą nutę więc dam po prostu okejkę bez rozpisywania się jakoś szczególnie bo to prosty numer. W ogóle to miałem jakieś mylne wrażenie że to jest projekt który Musiał tu już wrzucał ze dwa razy ale to pewnie przez ich nazwę tak jakoś skojarzyłem ich z nim xD
Kai Whiston - Brain Fritta
Jakieś znowu bubblegumigloobass music heh. Ja raz kiedyś może numer w takim stylu wrzucę ale to tyle jeśli o mnie chodzi, faza na takie granie to było dobre 10 lat temu u mnie może jeszcze jak brnąłem w te Flying Lotusy, Machinedrumy i różne nowocześniejsze rap trap elektroniki. Ale ten numer zasadniczo jest spoko i śmiało bym go wciągnął do grona sluchanych wtedy kawałków, przyjemnie to leci jak na te wszystkie glitche trzaski w tym a to trzeba umieć gnieść muzę by z tej masy dźwięków nie wyszło byle gówno. Dragon w dawno nie widzianej już odsłonie ze świeżą energią, jest przedwiosennie!
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Hien dalej growo ale cofamy się do lat 90. zatem musi być lepiej bo z miejsca uderza w nostalgiczną nutę. Nigdy nie grałem w żadne RTSy ale widzę że muza by mi się spodobała raczej. Czytalem że Klepacki miał swój własny styl soundtracków do gier akcji, nie wiem na ile Mendelson upodobnił się do niego przy współpracy ale ten numer ma naprawdę fajny elektroniczny klimat gry akcji jednocześnie z takim sznytem futurystycznym nieco. Chłodne synthy, pulsujący bas, jakieś chóralne pady, sporo fajnego vintage brzmienia jakie naprawdę lubię więc nostalgizuję mocno i daję wreszcie Kubie solidną grową okejkę.
Dawid Kwiatkowski - Pali się niebo
Ajajaj Wujas, powrót po takim czasie w takim stylu. Wrzuta typu ciężko będzie o tym pisać - muzycznie nie jest to po prostu moja bajka, Kwiatkowskiego kojarzę od młodych lat jako jedną z gwiazdek MyMusic bo w tamtym czasie moja znajoma akurat trochę działała w tych klimatach ale ja nigdy nie byłem fanem tego typu muzy. Niemniej najlepszy background potrafi zrobić komuś złoto z najbardziej cringe'owej muzy, sam różne rzeczy tu wrzucałem które ciekawsze miały tło od samej muzy, napiszę zatem jedynie że cieszę się że Wuja sobie uporządkował pewne sprawy i otworzył nowy rozdział małżeństwa po tylu latach. Nie pomyślałbym że po 4 latach bestki ktoś tu jeszcze będzie wjeżdżał z numerami życia ale to tylko daje nadzieję że zawsze są rzeczy do odkrycia dla nas samych.
Mike Oldfield - Tubular Bells, pt I
Ostatecznie mentos sprawił że nie osiągnąwszy jeszcze czterdziestki przyszło mi zmierzyć się w końcu ze słynnymi dzwonami rurowymi. Odpaliłem zatem je pierwszy raz w życiu i... zaskoczyłem się, bo nie miałem pojęcia jak ten instrument będzie brzmiał i w ogóle to myślałem że to będzie jakaś straszna nuda w stylu jedno arpeggio przez pół godziny czy coś a to normalny prog rockowy numer xD
Samych dzwonów nie było za wiele ale za to cała masa innych bardzo dobrych brzmień i melodii których nie chce mi się wymieniać, fajnie za to że "lektor" wymienił na końcu wszystkie instrumenty, spoko zabieg. W sumie co tu pisać, ciekawa dźwiękowa podróż przez progowy kanon, nie będę rozbierał utworu na części składowe i pisał że coś podobało mi się bardziej lub mniej bo całość zasługuje na uznanie, dobrze było się w końcu z tym zmierzyć. Jeśli najdzie mnie kiedyś ochota na solidny prog rock to może odpalę to a może całość albo sprawdzę drugą część po prostu.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kai Whiston - Brain Fritta
Glitch music z początku, jakby mi się zacięła płyta z pirackimi Simsami w napędzie combo (bywały i takie sytuacje i co człowieku zrobisz). Potem robi się ciekawiej, trochę Gazelle Twin (bardziej w remiksach dla innych niż własnej twórczości), trochę Skrillex a trochę inne dziwne rzeczy, które ten i ów mi puszczał na przestrzeni lat. Szkoda, że głosy tylko na końcu, mogłyby się częściej wsamplowywać tutaj i byłoby fajnie. A tak poza tym... horrorowo jest trochę, tzn. jakiś Jigsaw na kiju tnie ludzi swoimi pułapkami, albo ktoś inny biegnie na swe ofiary z olbrzymią piłą mechaniczną i zaraz będzie krojenie wędlin. Faktycznie czuję "brain frittę" po takim seansie. Boss fight? Pasowałoby do zapomnianej już mocno gry The Suffering (która była, na marginesie mówiąc, wybitna). Pozdrawiam serdecznie.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Hmmm, z serii C&C kojarzę tylko Red Alert, w które grałem miliard lat temu i tylko przez chwilę, bo dzięki płycie pożyczonej przez zioma z klasy w podstawówce, którą to płytę w końcu trzeba było oddać, a bez płyty nie chciała chodzić... nagrywarki nie miałem, obrazów tworzyć żem nie umiał, takie czasy. Wspominam mimo wszystko fajnie, ale może to pamięć się zatarła zwyczajnie. Jeśli chodzi o tę wrzutkę, cóż, jest świetna. Naprawdę, ma ten klimat nie tylko najntisów w elektronice - ma przede wszystkim klimat muzy robionej do starych gier w tamtych czasach. Nie tylko słyszę tutaj Van Dycka z pierwszych NFSów, ale też studio stojące za muzą do pierwszego Gexa lol. Ja zawsze bardziej siedziałem w strategiach fantasy bądź okołośredniowiecznych, niemniej tu sama muza mogłaby mnie przekonać. Świetna wrzutka!
Dawid Kwiatkowski - Pali Się Niebo
Primo, szanuję Wuja za bardzo osobistą wrzutę z bardzo emocjonalnym backgroundem, choć widać, iż ten był ewidentnie trudny. Dobrze, że się naprostowało, oby było prosto nadal. Co do numeru... Trochę kisnę a trochę płaczę z tego, iż pamiętam dobrze zjawisko Kwiatkowskiego jako takiego "polskiego Biebera", co to dzieckiem był i śpiewał dla dzieciaków, były te całe jego groupies o nazwie "Kwiatonators" o ile dobrze kojarzę, a tu JEB, gość ma nagle 30 lat i wokalnie brzmi jak... prawie każdy polski wokalista popowy (autentycznie w ogóle ich od siebie nie odróżniam). Bardziej doceniam właśnie tę "osobistość" wrzutki niż sam kawałek, choć ten... nie jest jakiś bardzo zły. Gdyby mu delikatnie zmodyfikować aranż, to brzmi to dość podobnie do Krawczyka jeszcze sprzed transformacji ustrojowej, a to czyni ową piosenkę bardziej swojską, że tak to ujmę. Nic może nad wyraz szczególnego, ale kupy nie stwierdzono. Rzekłem.
Mike Oldfield - Tubular Bells Pt. 1
Mam takiego zioma, co jest fanem Oldfielda od jakichś stu tysięcy lat. Niestety, jego ulubionym jego numerem jest Moonlight Shadow, którego ja nie trawię przez nadmierną ekspozycję radiową w czasach dawnych. Przez to wydawał mi się takim "oldfieldonormikiem", bo wiadomo, Maggie Reilly etc., reszta to tam. No ale któregoś razu powiedział mi "POSŁUCHAJ DZWONÓW RUROWYCH". No i ja to zrobiłem i byłem pod srogim wrażeniem. Niedługo później poznałem imć Munlupa i dowiedziałem się, że ten również owe Dzwony propsuje. W sumie ciężko ich nie propsować, bo są... dobre. Ja miałem przez jakiś czas takie wyłączenie na tę muzę, póki nie usłyszałem ich w wersji wiadomo jakiej przy okazji londyńskich igrzysk 2012 i jakoś mnie to znów zbudziło. Solidna porcja ambientowo-progowego grania, które na tamten moment było też nieco eksperymentalne. Heck, to było przed ambientowymi eksperymentami Briana Eno przecież. Dzwony to jest good shit i podtrzymuję swoje zdanie, że najlepsza muzyka na świecie wyszła spod rąk Brytyjczyków. Za oknem zima, prószy śnieg, chłodne powietrze wkrada się do pokoju a ja odpływam w klimaty hirołsowe i nie umiem tego wyjaśnić. Ale co tu wyjaśniać? Złoty laur konsumenta i tyle!
Peaches & Herb - Reunited
Kurde, na sam koniec zostawiłem sobie za to platynkę. Ten numer nie jest po prostu klimatyczny, on JEST klimatem. Ten soul jest fenomenalny. Słyszę chyba pierwszy raz w życiu, refren nic mi nie mówi (nawiązawszy do Hiena), ale jest zaśpiewany tak pięknie i elegancko, że aż człowiek ma ochotę wskoczyć w smoking i pójść na naprawdę lajtową i kulturalną imprezę-potańcówkę z live bandem grającym takie rzeczy na standzie wysokiej jak diabli sali balowej wyłożonej jasną boazerią. Numer już dodany do mojej osobistej plejki, będę się zachwycał, gdyż ciężko się takimi rzeczami nie zachwycać. Naprawdę przepiękna porcja muzyki, która rozgrzewa człowieka w środku. Chce się tańczyć, albo chociaż pośpiewać! Szkoda, że kończy się tak szybko takim trochę chamski fejdem, ten refren mógłby jeszcze dalej iść. Przynajmniej z półtorej minuty. Dobre to, dużo dobre, chylę copkę!
Glitch music z początku, jakby mi się zacięła płyta z pirackimi Simsami w napędzie combo (bywały i takie sytuacje i co człowieku zrobisz). Potem robi się ciekawiej, trochę Gazelle Twin (bardziej w remiksach dla innych niż własnej twórczości), trochę Skrillex a trochę inne dziwne rzeczy, które ten i ów mi puszczał na przestrzeni lat. Szkoda, że głosy tylko na końcu, mogłyby się częściej wsamplowywać tutaj i byłoby fajnie. A tak poza tym... horrorowo jest trochę, tzn. jakiś Jigsaw na kiju tnie ludzi swoimi pułapkami, albo ktoś inny biegnie na swe ofiary z olbrzymią piłą mechaniczną i zaraz będzie krojenie wędlin. Faktycznie czuję "brain frittę" po takim seansie. Boss fight? Pasowałoby do zapomnianej już mocno gry The Suffering (która była, na marginesie mówiąc, wybitna). Pozdrawiam serdecznie.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Hmmm, z serii C&C kojarzę tylko Red Alert, w które grałem miliard lat temu i tylko przez chwilę, bo dzięki płycie pożyczonej przez zioma z klasy w podstawówce, którą to płytę w końcu trzeba było oddać, a bez płyty nie chciała chodzić... nagrywarki nie miałem, obrazów tworzyć żem nie umiał, takie czasy. Wspominam mimo wszystko fajnie, ale może to pamięć się zatarła zwyczajnie. Jeśli chodzi o tę wrzutkę, cóż, jest świetna. Naprawdę, ma ten klimat nie tylko najntisów w elektronice - ma przede wszystkim klimat muzy robionej do starych gier w tamtych czasach. Nie tylko słyszę tutaj Van Dycka z pierwszych NFSów, ale też studio stojące za muzą do pierwszego Gexa lol. Ja zawsze bardziej siedziałem w strategiach fantasy bądź okołośredniowiecznych, niemniej tu sama muza mogłaby mnie przekonać. Świetna wrzutka!
Dawid Kwiatkowski - Pali Się Niebo
Primo, szanuję Wuja za bardzo osobistą wrzutę z bardzo emocjonalnym backgroundem, choć widać, iż ten był ewidentnie trudny. Dobrze, że się naprostowało, oby było prosto nadal. Co do numeru... Trochę kisnę a trochę płaczę z tego, iż pamiętam dobrze zjawisko Kwiatkowskiego jako takiego "polskiego Biebera", co to dzieckiem był i śpiewał dla dzieciaków, były te całe jego groupies o nazwie "Kwiatonators" o ile dobrze kojarzę, a tu JEB, gość ma nagle 30 lat i wokalnie brzmi jak... prawie każdy polski wokalista popowy (autentycznie w ogóle ich od siebie nie odróżniam). Bardziej doceniam właśnie tę "osobistość" wrzutki niż sam kawałek, choć ten... nie jest jakiś bardzo zły. Gdyby mu delikatnie zmodyfikować aranż, to brzmi to dość podobnie do Krawczyka jeszcze sprzed transformacji ustrojowej, a to czyni ową piosenkę bardziej swojską, że tak to ujmę. Nic może nad wyraz szczególnego, ale kupy nie stwierdzono. Rzekłem.
Mike Oldfield - Tubular Bells Pt. 1
Mam takiego zioma, co jest fanem Oldfielda od jakichś stu tysięcy lat. Niestety, jego ulubionym jego numerem jest Moonlight Shadow, którego ja nie trawię przez nadmierną ekspozycję radiową w czasach dawnych. Przez to wydawał mi się takim "oldfieldonormikiem", bo wiadomo, Maggie Reilly etc., reszta to tam. No ale któregoś razu powiedział mi "POSŁUCHAJ DZWONÓW RUROWYCH". No i ja to zrobiłem i byłem pod srogim wrażeniem. Niedługo później poznałem imć Munlupa i dowiedziałem się, że ten również owe Dzwony propsuje. W sumie ciężko ich nie propsować, bo są... dobre. Ja miałem przez jakiś czas takie wyłączenie na tę muzę, póki nie usłyszałem ich w wersji wiadomo jakiej przy okazji londyńskich igrzysk 2012 i jakoś mnie to znów zbudziło. Solidna porcja ambientowo-progowego grania, które na tamten moment było też nieco eksperymentalne. Heck, to było przed ambientowymi eksperymentami Briana Eno przecież. Dzwony to jest good shit i podtrzymuję swoje zdanie, że najlepsza muzyka na świecie wyszła spod rąk Brytyjczyków. Za oknem zima, prószy śnieg, chłodne powietrze wkrada się do pokoju a ja odpływam w klimaty hirołsowe i nie umiem tego wyjaśnić. Ale co tu wyjaśniać? Złoty laur konsumenta i tyle!
Peaches & Herb - Reunited
Kurde, na sam koniec zostawiłem sobie za to platynkę. Ten numer nie jest po prostu klimatyczny, on JEST klimatem. Ten soul jest fenomenalny. Słyszę chyba pierwszy raz w życiu, refren nic mi nie mówi (nawiązawszy do Hiena), ale jest zaśpiewany tak pięknie i elegancko, że aż człowiek ma ochotę wskoczyć w smoking i pójść na naprawdę lajtową i kulturalną imprezę-potańcówkę z live bandem grającym takie rzeczy na standzie wysokiej jak diabli sali balowej wyłożonej jasną boazerią. Numer już dodany do mojej osobistej plejki, będę się zachwycał, gdyż ciężko się takimi rzeczami nie zachwycać. Naprawdę przepiękna porcja muzyki, która rozgrzewa człowieka w środku. Chce się tańczyć, albo chociaż pośpiewać! Szkoda, że kończy się tak szybko takim trochę chamski fejdem, ten refren mógłby jeszcze dalej iść. Przynajmniej z półtorej minuty. Dobre to, dużo dobre, chylę copkę!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No Panowie, budźcie się ze snu zimowego
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
zzz
Cigarettes After Sex - Hentai
Kawałek znacznie bardziej subtelny niż sugeruje Adrian w opisie xD Pyszna pościelówka z przyjemnym wokalem. Dreamowy aranż nie trąci myszką, nie zajeżdża zużytymi kliszami. Całość pięknie lekko płynie. Jest romantycznie, z nutką melancholii, wbrew pozorom i otoczce nie jest jakoś bardzo mocno seksowy. Do czegoś takiego prędzej wspólnie leżeć już po wszystkim niż... eee, podoba mi się gitarowa powtórka z refrenu na sam koniec. Jedno z bardziej subtelnych mrugnięć w kierunku tytułowym, jakie mógłbym sobie tylko wyobrazić - popkultura, internetowe nerdostwo i jednostki zwichrowane już dawno przeżarły estetykę hińskich bajek aż do szpiku. Chyba tylko przy bardzo długim i cierpliwym zanurzeniu traktowałbym to poważnie. Jako ot wzmianka na początku kawałka w zupełności wystarcza, przelatuje wręcz niezauważalnie. Nie wiem, czy jest bardzo zimowy, jest na pewno kojący, przyjemnie delikatnie rozgrzewa, pod wieczór idealny. Wiele innych kawałków Cigaretów znam dzięki moim bliskim przyjaźniom, ten może być wśród wszystkich poznanych najlepszy.
Peaches & Herb - Reunited
Pełnoprawna perła z lamusa. Na dworcu w Goerlitz niemieckie schlagery, w Pradze winyle Gotta czy Zagorovej, wałbrzyskie poszukiwania wśród Giżowskich, Frąckowiak i innych Jantarek, a w idealnych Stanach masa ludzi ma podobne rzeczy pochowane na strychach, które potem można znaleźć w kartonach po półtora dolara za sztukę. Solidnie wyprodukowana pościelówa z zupełnie innej epoki. Wokalnie bez zarzutu, ładnie pan wyciąga góry. Dużo przyjemnych jazzowych akcentów, na początku nawet jeszcze bardziej antyczne moogowe wygibasy zdaje się? Nawet jeśli odrobinę się ciągnie, to jest na tyle słodko i klimatycznie, że daje radę. Może więcej nie potrafiłbym słuchać niż w takiej bestkowej dawce na dwa tygodnie czy rzadziej, ale nawet Barry'ego White'a wreszcie sprawdziłem na pełnym dystansie, więc w odpowiedniej dawce można mnie przekonać.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
To chyba jest ta 16bitowa elektronika, o której kiedyś czytałem. Całkiem bogato zaaranżowana, a jednocześnie wciąż budząca specyficzne wrażenie odrealnienia i izolacji od otoczenia. Całość trudna do słuchania ze szczerą zajawą bez choćby grama kontekstu czy osobistych doświadczeń z rozgrywką. W liceum i wcześniej bawiłem się w wyobrażone (lub nie...) soundtracki do rzeczy i starałem się zbliżyć do czegoś takiego, choć idąc w pełni chiptune brzmienia. Dwa wyraźniejsze motywy obrobione na kilka dostatecznie zgrabnych wariacji, wystarczy. Nie będę marudził, bo słyszę tu wiele znajomych brzmień z epoki u masy moich ulubieńców. Nie będę też skakał z zachwytu, bo trochę znam reguły gry, a bez pełnego skupienia chwilami nudzi. Okejka za konsekwencję na odcinku growym.
Dawid Kwiatkowski – Pali się niebo
Normalnie to powinienem napisać o wielu rzeczach. O tym, jak w 2013 roku byłem wczuty na fanpejdże wyrażające niechęć do muzyki Kwiatkowskiego i jak cieszyłem się, że jeden z moich komentarzy tam dostał 69 lajków. O tym, że kawałek Biegnijmy trafiał w gust moich rówieśniczek, a ja tylko głębiej uciekałem w świat klasycznej elektroniki, bo radiowe hity działały jak płachta na byka. Że Kwiatkowski dla ciągłego trwania na ściance i bycia w medialnych blichtrze nie miał problemu z przejścia od młodzieżowego popu do standardów oraz piosenek z Cleo czy Rodowicz. Szanuję jedynie za jakiś zaskakująco klasyczny followup hip-hopowy na jednym z koncertów kilka lat temu. Bardziej wolę jego starszego brata, nie zgadniecie dlaczego... Podrzucany kawałek atakuje akcentami flamenco, ktoś tam delikatnie kombinował z wokalami w refrenie. Pozazdrościć Shodanowi okoliczności osobistych, one baardzo często w takiej sytuacji potrafią numer, który zostanie blisko serducha na długo. Uśmiecham się pod nosem, szukając czegoś na podsumowanie. Do dzisiaj moja mama gdy widzi, że coś mi nie smakuje, zarzuca tekstem "dobre dobre, ale więcej już nie chcę". Zazwyczaj tak odpowiadałem za dzieciaka, gdy już nie chciałem więcej jeść. Teraz przynajmniej ewoluowało to w swoisty rodzinny żart. Panowie wcześniej zwrócili uwagę na wiele ryzykowych aspektów, dołączam do tego grona. Uwrażliwienie na teksty mojego najbliższego człowieka również rozumiem, staram się akceptować!
Mike Oldfield - Tubular Bells pt. I
Za pierwszym razem miałem bardziej marudzić, ale wiecie co, przesłuchałem całość do końca i mi przeszło. Po prostu w wielu miejscach Oldfield jest bliski mojej progrockowej piwnicznej części serduszka, choć nie aż tak jakbym chciał w przypadku Tubular Bells. Dziecięcy sentyment do hitów z Crises, które po latach doceniłem od początku do końca i ostatnie wyjątkowo soczyste odkrycie The Songs of Distant Earth zostaną moimi najlepszymi momentami z muzyką Pana Majka. RYM podpowiada, że Hergest Ridge czy Ommadawn oceniłem znacznie lepiej, ale nie wiem jak bardzo to miarodajne... nie słuchałem tych płyt latami, nie umiem powiedzieć o nich czegokolwiek sensownego. Devotees forum KONTRASTÓW. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten utwór był po prostu jakimś minimalizmem na 25 minut opartym na pierwszym motywie xD Definitywnie się rozchodzi w okolicach piątej minuty i potem już tylko chwilami w miarę nawiązuje do potęgi wstępu. Trochę dzieje się tu za dużo, czasami zbyt cyrkowo, zbyt wiele tych błyskotek, zmian stylistycznych. Myślałem, że to może kwestia jakiegoś uprzedzenia wobec bardziej pozytywnie wybrzmiewającej muzyki, no ale niezbyt. Przynajmniej po latach wiem, że tego zapowiadania nie jest aż tak dużo - choć też wciąż lekko wkurza. Za to motyw od dwunastej minuty to jest skrajny kicz. Mocne wrażenie z nieba do piekła, co więcej powiedzieć. Widzę, że druga część dawniej podobała mi się jeszcze mniej... aż się boję...
Cigarettes After Sex - Hentai
Kawałek znacznie bardziej subtelny niż sugeruje Adrian w opisie xD Pyszna pościelówka z przyjemnym wokalem. Dreamowy aranż nie trąci myszką, nie zajeżdża zużytymi kliszami. Całość pięknie lekko płynie. Jest romantycznie, z nutką melancholii, wbrew pozorom i otoczce nie jest jakoś bardzo mocno seksowy. Do czegoś takiego prędzej wspólnie leżeć już po wszystkim niż... eee, podoba mi się gitarowa powtórka z refrenu na sam koniec. Jedno z bardziej subtelnych mrugnięć w kierunku tytułowym, jakie mógłbym sobie tylko wyobrazić - popkultura, internetowe nerdostwo i jednostki zwichrowane już dawno przeżarły estetykę hińskich bajek aż do szpiku. Chyba tylko przy bardzo długim i cierpliwym zanurzeniu traktowałbym to poważnie. Jako ot wzmianka na początku kawałka w zupełności wystarcza, przelatuje wręcz niezauważalnie. Nie wiem, czy jest bardzo zimowy, jest na pewno kojący, przyjemnie delikatnie rozgrzewa, pod wieczór idealny. Wiele innych kawałków Cigaretów znam dzięki moim bliskim przyjaźniom, ten może być wśród wszystkich poznanych najlepszy.
Peaches & Herb - Reunited
Pełnoprawna perła z lamusa. Na dworcu w Goerlitz niemieckie schlagery, w Pradze winyle Gotta czy Zagorovej, wałbrzyskie poszukiwania wśród Giżowskich, Frąckowiak i innych Jantarek, a w idealnych Stanach masa ludzi ma podobne rzeczy pochowane na strychach, które potem można znaleźć w kartonach po półtora dolara za sztukę. Solidnie wyprodukowana pościelówa z zupełnie innej epoki. Wokalnie bez zarzutu, ładnie pan wyciąga góry. Dużo przyjemnych jazzowych akcentów, na początku nawet jeszcze bardziej antyczne moogowe wygibasy zdaje się? Nawet jeśli odrobinę się ciągnie, to jest na tyle słodko i klimatycznie, że daje radę. Może więcej nie potrafiłbym słuchać niż w takiej bestkowej dawce na dwa tygodnie czy rzadziej, ale nawet Barry'ego White'a wreszcie sprawdziłem na pełnym dystansie, więc w odpowiedniej dawce można mnie przekonać.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
To chyba jest ta 16bitowa elektronika, o której kiedyś czytałem. Całkiem bogato zaaranżowana, a jednocześnie wciąż budząca specyficzne wrażenie odrealnienia i izolacji od otoczenia. Całość trudna do słuchania ze szczerą zajawą bez choćby grama kontekstu czy osobistych doświadczeń z rozgrywką. W liceum i wcześniej bawiłem się w wyobrażone (lub nie...) soundtracki do rzeczy i starałem się zbliżyć do czegoś takiego, choć idąc w pełni chiptune brzmienia. Dwa wyraźniejsze motywy obrobione na kilka dostatecznie zgrabnych wariacji, wystarczy. Nie będę marudził, bo słyszę tu wiele znajomych brzmień z epoki u masy moich ulubieńców. Nie będę też skakał z zachwytu, bo trochę znam reguły gry, a bez pełnego skupienia chwilami nudzi. Okejka za konsekwencję na odcinku growym.
Dawid Kwiatkowski – Pali się niebo
Normalnie to powinienem napisać o wielu rzeczach. O tym, jak w 2013 roku byłem wczuty na fanpejdże wyrażające niechęć do muzyki Kwiatkowskiego i jak cieszyłem się, że jeden z moich komentarzy tam dostał 69 lajków. O tym, że kawałek Biegnijmy trafiał w gust moich rówieśniczek, a ja tylko głębiej uciekałem w świat klasycznej elektroniki, bo radiowe hity działały jak płachta na byka. Że Kwiatkowski dla ciągłego trwania na ściance i bycia w medialnych blichtrze nie miał problemu z przejścia od młodzieżowego popu do standardów oraz piosenek z Cleo czy Rodowicz. Szanuję jedynie za jakiś zaskakująco klasyczny followup hip-hopowy na jednym z koncertów kilka lat temu. Bardziej wolę jego starszego brata, nie zgadniecie dlaczego... Podrzucany kawałek atakuje akcentami flamenco, ktoś tam delikatnie kombinował z wokalami w refrenie. Pozazdrościć Shodanowi okoliczności osobistych, one baardzo często w takiej sytuacji potrafią numer, który zostanie blisko serducha na długo. Uśmiecham się pod nosem, szukając czegoś na podsumowanie. Do dzisiaj moja mama gdy widzi, że coś mi nie smakuje, zarzuca tekstem "dobre dobre, ale więcej już nie chcę". Zazwyczaj tak odpowiadałem za dzieciaka, gdy już nie chciałem więcej jeść. Teraz przynajmniej ewoluowało to w swoisty rodzinny żart. Panowie wcześniej zwrócili uwagę na wiele ryzykowych aspektów, dołączam do tego grona. Uwrażliwienie na teksty mojego najbliższego człowieka również rozumiem, staram się akceptować!
Mike Oldfield - Tubular Bells pt. I
Za pierwszym razem miałem bardziej marudzić, ale wiecie co, przesłuchałem całość do końca i mi przeszło. Po prostu w wielu miejscach Oldfield jest bliski mojej progrockowej piwnicznej części serduszka, choć nie aż tak jakbym chciał w przypadku Tubular Bells. Dziecięcy sentyment do hitów z Crises, które po latach doceniłem od początku do końca i ostatnie wyjątkowo soczyste odkrycie The Songs of Distant Earth zostaną moimi najlepszymi momentami z muzyką Pana Majka. RYM podpowiada, że Hergest Ridge czy Ommadawn oceniłem znacznie lepiej, ale nie wiem jak bardzo to miarodajne... nie słuchałem tych płyt latami, nie umiem powiedzieć o nich czegokolwiek sensownego. Devotees forum KONTRASTÓW. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten utwór był po prostu jakimś minimalizmem na 25 minut opartym na pierwszym motywie xD Definitywnie się rozchodzi w okolicach piątej minuty i potem już tylko chwilami w miarę nawiązuje do potęgi wstępu. Trochę dzieje się tu za dużo, czasami zbyt cyrkowo, zbyt wiele tych błyskotek, zmian stylistycznych. Myślałem, że to może kwestia jakiegoś uprzedzenia wobec bardziej pozytywnie wybrzmiewającej muzyki, no ale niezbyt. Przynajmniej po latach wiem, że tego zapowiadania nie jest aż tak dużo - choć też wciąż lekko wkurza. Za to motyw od dwunastej minuty to jest skrajny kicz. Mocne wrażenie z nieba do piekła, co więcej powiedzieć. Widzę, że druga część dawniej podobała mi się jeszcze mniej... aż się boję...
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Cigarettes After Sex - Hentai
Z CAS to jest u mnie tak, że lubię ich posłuchać, ale jest pewne ale. Problemem zespołu jest to, że ich wszystkie piosenki są właściwie zaaranżowane według jednego wzoru. Każdy utwór to właściwie kalka wszystkich innych pod każdym względem. I co by nie mówić to jest całkiem spoko nuta. Jest klimatycznie, eterycznie, zmysłowo. Ja wciąż mam w sobie ogromne pokłady romantyzmu, więc zawsze takie rzeczy docenię. Sęk w tym, że to jest dla mnie muzyka do posłuchania na krótkim dystansie. 2-3 utwory i starczy. Bo potem zaczyna nużyć ta wyjątkowa powtarzalność. Niemniej Hentai to jeden z tych kilku lepszych utworów zespołu, choć ze 2-3 inne podobają mi się bardziej.
Kai Whiston — Brain Fritta
Dragon w swoim opisie zawarł właściwie wszystko to, co chciałoby się o tym utworze napisać. Elektronika pstrokata i agresywna. Mocne basy, różne efekty i przeszkadzajki. Ale też i jakaś zauważalna melodyjność. Dobra gitara. Brzmi to dla mnie jak muzyka z jakiejś gry. Ostra strzelanka w trybie pierwszoosobowym czy coś takiego. Chwilami przywodzi też na myśl zespół Prodigy. Całkiem spoko, ale do słuchania raczej też w niewielkiej dawce.
Peaches & Herb - Reunited
Kawałek muzyki z minionej epoki. Ckliwa soulowa ballada. Mam wrażenie, że już to kiedyś słyszałem, albo jest to tak podobne do innych utworów w tym stylu, które kiedyś słyszałem. Piosenka bardzo pogodna, optymistyczna. Charakterystyczny klimat tamtych lat. Sporo takiej nuty mam wrażenie było w starych amerykańskich filmach. Tak więc nuta dosyć przyjemna, nawet nieco nostalgiczna, ale dla mnie już nieco nieaktualna niestety. Do słuchnięcia w jakichś określonych warunkach, inaczej nie widzę potrzeby.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Soundtracki z gier komputerowych to dla mnie zawsze ciekawy temat. Rzadko kiedy w tej bestce byłem owymi soundtrackami zawiedziony, o ile w ogóle byłem. Jeżeli chodzi o serię Command & Conquer to osobiście grałem kiedyś w podserię Red Alert i wspominam to wspaniale. Genialne Red Alert 2 i Red Alert 2: Youri’s Revenge mocno wryło mi się w pamięć. Soundtracki pamiętam raczej jak przez mgłę, ale wiem, że były całkiem spoko. Dobrze skomponowane pod rozgrywkę. Lone Trooper też jest bardzo ok. Charakterystyczne brzmienia dla gier z lat 90’ i przełomu wieków. Jest nostalgicznie, jest wspominkowo. Aż człowiek ma ochotę odkopać te stare tytuły i znowu zanurzyć się w rozgrywce.
Mike Oldfield - Tubular Bells pt. I
Kiedyś przy okazji jakiejś wrzutki Oldfielda Hien zachęcał do posłuchania Dzwonów, więc tak zrobiłem. Przesłuchałem album i tyle. Nie porwało mnie to jakoś specjalnie. Teraz za sprawą Mentosa powracam do praktycznie połowy tegoż albumu. I siłą rzeczy posłuchałem znacznie więcej niż raz. I mam mieszane uczucia. Utwór składa się z kilku segmentów i jedne są bardzo ok, inne niestety już nie. Na pewno bardzo dobre jest pierwsze 6 minut. Piękne arpy. Ta część to muzyka jakby żywcem wyjęta z jakiegoś dobrego, niepokojącego serialu. Niezwykle filmowy kawałem muzyki. Niestety w siódmej minucie utwór kompletnie zmienia nastrój i pojawia się wkurzająca gitara. Brzydki fragment niestety. Świetny jest za to znowu fragment od 11.30. Ta gitara brzmi niesamowicie błogo. Przywodzi na myśl jakieś scenki plażowe w kreskówki Tom and Jerry. Albo zmusza do wyobrażenia sobie jakiejś hawajskiej plaży z tańczącymi pod palmami o zachodzie słońca taniec brzucha miejscowymi niewiastami. Trwa to niestety tylko dwie minuty, bo potem wchodzi znowu jakaś paskudna gitara i czar pryska. Generalnie wejścia ostrej gitary właściwie za każdym razem rujnują klimat. Od 18-tej minuty jest po prostu aż i tylko ok.
Podsumowując – nie jestem fanem tak długich utworów. Tutaj mamy fragmenty bardzo dobre, przyzwoite oraz niestety również takie, których mimo kilku przesłuchań nie lubię.
Mimo wszystko dużo lepiej wspominam album Guitars.
Z CAS to jest u mnie tak, że lubię ich posłuchać, ale jest pewne ale. Problemem zespołu jest to, że ich wszystkie piosenki są właściwie zaaranżowane według jednego wzoru. Każdy utwór to właściwie kalka wszystkich innych pod każdym względem. I co by nie mówić to jest całkiem spoko nuta. Jest klimatycznie, eterycznie, zmysłowo. Ja wciąż mam w sobie ogromne pokłady romantyzmu, więc zawsze takie rzeczy docenię. Sęk w tym, że to jest dla mnie muzyka do posłuchania na krótkim dystansie. 2-3 utwory i starczy. Bo potem zaczyna nużyć ta wyjątkowa powtarzalność. Niemniej Hentai to jeden z tych kilku lepszych utworów zespołu, choć ze 2-3 inne podobają mi się bardziej.
Kai Whiston — Brain Fritta
Dragon w swoim opisie zawarł właściwie wszystko to, co chciałoby się o tym utworze napisać. Elektronika pstrokata i agresywna. Mocne basy, różne efekty i przeszkadzajki. Ale też i jakaś zauważalna melodyjność. Dobra gitara. Brzmi to dla mnie jak muzyka z jakiejś gry. Ostra strzelanka w trybie pierwszoosobowym czy coś takiego. Chwilami przywodzi też na myśl zespół Prodigy. Całkiem spoko, ale do słuchania raczej też w niewielkiej dawce.
Peaches & Herb - Reunited
Kawałek muzyki z minionej epoki. Ckliwa soulowa ballada. Mam wrażenie, że już to kiedyś słyszałem, albo jest to tak podobne do innych utworów w tym stylu, które kiedyś słyszałem. Piosenka bardzo pogodna, optymistyczna. Charakterystyczny klimat tamtych lat. Sporo takiej nuty mam wrażenie było w starych amerykańskich filmach. Tak więc nuta dosyć przyjemna, nawet nieco nostalgiczna, ale dla mnie już nieco nieaktualna niestety. Do słuchnięcia w jakichś określonych warunkach, inaczej nie widzę potrzeby.
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
Soundtracki z gier komputerowych to dla mnie zawsze ciekawy temat. Rzadko kiedy w tej bestce byłem owymi soundtrackami zawiedziony, o ile w ogóle byłem. Jeżeli chodzi o serię Command & Conquer to osobiście grałem kiedyś w podserię Red Alert i wspominam to wspaniale. Genialne Red Alert 2 i Red Alert 2: Youri’s Revenge mocno wryło mi się w pamięć. Soundtracki pamiętam raczej jak przez mgłę, ale wiem, że były całkiem spoko. Dobrze skomponowane pod rozgrywkę. Lone Trooper też jest bardzo ok. Charakterystyczne brzmienia dla gier z lat 90’ i przełomu wieków. Jest nostalgicznie, jest wspominkowo. Aż człowiek ma ochotę odkopać te stare tytuły i znowu zanurzyć się w rozgrywce.
Mike Oldfield - Tubular Bells pt. I
Kiedyś przy okazji jakiejś wrzutki Oldfielda Hien zachęcał do posłuchania Dzwonów, więc tak zrobiłem. Przesłuchałem album i tyle. Nie porwało mnie to jakoś specjalnie. Teraz za sprawą Mentosa powracam do praktycznie połowy tegoż albumu. I siłą rzeczy posłuchałem znacznie więcej niż raz. I mam mieszane uczucia. Utwór składa się z kilku segmentów i jedne są bardzo ok, inne niestety już nie. Na pewno bardzo dobre jest pierwsze 6 minut. Piękne arpy. Ta część to muzyka jakby żywcem wyjęta z jakiegoś dobrego, niepokojącego serialu. Niezwykle filmowy kawałem muzyki. Niestety w siódmej minucie utwór kompletnie zmienia nastrój i pojawia się wkurzająca gitara. Brzydki fragment niestety. Świetny jest za to znowu fragment od 11.30. Ta gitara brzmi niesamowicie błogo. Przywodzi na myśl jakieś scenki plażowe w kreskówki Tom and Jerry. Albo zmusza do wyobrażenia sobie jakiejś hawajskiej plaży z tańczącymi pod palmami o zachodzie słońca taniec brzucha miejscowymi niewiastami. Trwa to niestety tylko dwie minuty, bo potem wchodzi znowu jakaś paskudna gitara i czar pryska. Generalnie wejścia ostrej gitary właściwie za każdym razem rujnują klimat. Od 18-tej minuty jest po prostu aż i tylko ok.
Podsumowując – nie jestem fanem tak długich utworów. Tutaj mamy fragmenty bardzo dobre, przyzwoite oraz niestety również takie, których mimo kilku przesłuchań nie lubię.
Mimo wszystko dużo lepiej wspominam album Guitars.
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Cigarettes After Sex - Hentai
Pamiętam, że gdy ostatnio ten zespół tutaj się pojawiał, to ja napisałem coś w stylu, że jestem uprzedzony łamane na mam sentyment, bo z jednej strony pamiętam jak wyskakiwał mi w rekomendacjach pod praktycznie każdym filmem na YouTube, a z drugiej - tęsknie za czasami w którymi tak się działo. Nie wiem czy deklarowałem obietnice poznawania dyskografii dogłębniej, zapewnie nie, ale coś mi świta, że napisałem coś w stylu, że summa summarum okazało się to być rzeczą lepszą, niż się spodziewałem, ale wracać nie mam zamiaru. A nawet jeśli tego wtedy tak nie napisałem, to mam takie same refleksje po HENTAI. Sympatyczna pościelówa, taka w sam raz o, na swój sposób urocza, ale nie rozrywająca mojego serca na pół. Daję solidkę.
Kai Whiston — Brain Fritta
Pstrokata elektronika z tłustym basem i psychodelicznym klimatem? Wchodzę w ciemno, takie rzeczy często u mnie dowożą. Tym razem nie było inaczej. W sumie na tym mógłbym poprzestać, bo nie mam zbyt wiele do napisania w kwestiach okołomuzycznych - ta banieczka nie jest mi jakoś totalnie obca, ba, nawet słuchałem któregoś Igloohosta (i nawet chciałem zobaczyć na żywo, ale z jakichś przyczyn jego koncert na Offie odwołano) i nawet mi się podobał. Myślę, że uniwersum warte zgłębienia w bliżej niesprecyzowanej przyszłości - zwłaszcza o jakiejś porze typu 3 w nocy. By nie było, że tak sobie piszę, to zapisałem sobie w notatniku, że planuję to zrobić i kto wie - może nawet dotrzymam słowa!
Peaches & Herb - Reunited
O cholibka. Walentynek, tradycyjnie, nie obchodziłem, chociaż romantyzm w moim życiu to już dogorywa i nawet rodzina już nie pyta z litości o to czy kogoś sobie nie znajdę. Gdybym obchodził - pewnie bym sobie puścił ten kawałek. A może nie puścił, ale nawet jeśli, to pasowałby idealnie. "Enjoy" z gatunku tych trochę zapomnianych, w sensie mam wrażenie, że każdy z PT gremium mógłby tu napisać, że zna ze słyszenia ten kawałek, ja też wiem, że skądś go kojarzę, acz nie bardzo wiem skąd. Ale właśnie takżę po to, aby takie rzeczy sobie przypominać i poznawać ich autorów tu jestem. Srebro dla Tomasiaka, a złoto dla Murzyna, bo dopierniczył bangerem, że hej!
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
A ja to z RTSami to akurat zawsze problem miałem - z racji tego, że po prostu wolę gierki z większym naciskiem na fabułę tudzież immersję niż na gameplay, a tak się składa, że w strategiach zazwyczaj nacisk jest postawiony dokładnie odwrotnie. I że w sumie nie chce mi się pisać o tzw. Materiale źródłowym, bo ten to raczej ominął mnie na dobre (acz kto wie). W każdym razie oceniając jego kontekstu jestem na tak. Brzmi to skrajnie 90sowo, gdyby mi ktoś to w ciemno sprzedał, to bym pewnie uznał, że to leciało o jakiejś 3 w zweisetach na vivie zwei (i zdaję sobie sprawę, żę piszę tak o co trzecim kawałku). Jest w tym mocno wyczuwalny niepokój, jest w tym jakaś dziwna, specyficzna energia, która na mnie działa i intrygujne. Fajen to.
Dawid Kwiatkowski – Pali się niebo
Tęskniłem za obecnością shodana w naszych zabawach, nawet jeśli dawałem mu zero za sanah i kręciłem nosem na RMF-core, bo zdarzało mu się między nimi sprzadawać naprawdę fajne rzeczy. Tutaj niby też mógłbym dać zero i też trochę kręcę nosem, bo jednak Kwiatkowski to nigdy nie była i nie jest moja bajka. Nie moja estetyka, nie moja wrażliwość, nie siada mi ten wokal, denerwują tę dęciaki, produkcja, absurdalnie wręcz chwytliwy refren i tak mógłbym pewnie wymieniać (tak naprawdę to nie ale ciii), ale szczerze mówiąc - jakie to ma prostytutka znaczenie? Żadne, a już zwłaszcza w kontekście historii o uratowaniu związku i wyjściu z poważnego kryzysu. Wszystkiego dobrego, shodan!
Fajnie w końcu móc tu napisać pięć recenzji, a nie cztery. A edycja też całkiem niezła.
Pamiętam, że gdy ostatnio ten zespół tutaj się pojawiał, to ja napisałem coś w stylu, że jestem uprzedzony łamane na mam sentyment, bo z jednej strony pamiętam jak wyskakiwał mi w rekomendacjach pod praktycznie każdym filmem na YouTube, a z drugiej - tęsknie za czasami w którymi tak się działo. Nie wiem czy deklarowałem obietnice poznawania dyskografii dogłębniej, zapewnie nie, ale coś mi świta, że napisałem coś w stylu, że summa summarum okazało się to być rzeczą lepszą, niż się spodziewałem, ale wracać nie mam zamiaru. A nawet jeśli tego wtedy tak nie napisałem, to mam takie same refleksje po HENTAI. Sympatyczna pościelówa, taka w sam raz o, na swój sposób urocza, ale nie rozrywająca mojego serca na pół. Daję solidkę.
Kai Whiston — Brain Fritta
Pstrokata elektronika z tłustym basem i psychodelicznym klimatem? Wchodzę w ciemno, takie rzeczy często u mnie dowożą. Tym razem nie było inaczej. W sumie na tym mógłbym poprzestać, bo nie mam zbyt wiele do napisania w kwestiach okołomuzycznych - ta banieczka nie jest mi jakoś totalnie obca, ba, nawet słuchałem któregoś Igloohosta (i nawet chciałem zobaczyć na żywo, ale z jakichś przyczyn jego koncert na Offie odwołano) i nawet mi się podobał. Myślę, że uniwersum warte zgłębienia w bliżej niesprecyzowanej przyszłości - zwłaszcza o jakiejś porze typu 3 w nocy. By nie było, że tak sobie piszę, to zapisałem sobie w notatniku, że planuję to zrobić i kto wie - może nawet dotrzymam słowa!
Peaches & Herb - Reunited
O cholibka. Walentynek, tradycyjnie, nie obchodziłem, chociaż romantyzm w moim życiu to już dogorywa i nawet rodzina już nie pyta z litości o to czy kogoś sobie nie znajdę. Gdybym obchodził - pewnie bym sobie puścił ten kawałek. A może nie puścił, ale nawet jeśli, to pasowałby idealnie. "Enjoy" z gatunku tych trochę zapomnianych, w sensie mam wrażenie, że każdy z PT gremium mógłby tu napisać, że zna ze słyszenia ten kawałek, ja też wiem, że skądś go kojarzę, acz nie bardzo wiem skąd. Ale właśnie takżę po to, aby takie rzeczy sobie przypominać i poznawać ich autorów tu jestem. Srebro dla Tomasiaka, a złoto dla Murzyna, bo dopierniczył bangerem, że hej!
Jarrid Mendelson - Lone Trooper
A ja to z RTSami to akurat zawsze problem miałem - z racji tego, że po prostu wolę gierki z większym naciskiem na fabułę tudzież immersję niż na gameplay, a tak się składa, że w strategiach zazwyczaj nacisk jest postawiony dokładnie odwrotnie. I że w sumie nie chce mi się pisać o tzw. Materiale źródłowym, bo ten to raczej ominął mnie na dobre (acz kto wie). W każdym razie oceniając jego kontekstu jestem na tak. Brzmi to skrajnie 90sowo, gdyby mi ktoś to w ciemno sprzedał, to bym pewnie uznał, że to leciało o jakiejś 3 w zweisetach na vivie zwei (i zdaję sobie sprawę, żę piszę tak o co trzecim kawałku). Jest w tym mocno wyczuwalny niepokój, jest w tym jakaś dziwna, specyficzna energia, która na mnie działa i intrygujne. Fajen to.
Dawid Kwiatkowski – Pali się niebo
Tęskniłem za obecnością shodana w naszych zabawach, nawet jeśli dawałem mu zero za sanah i kręciłem nosem na RMF-core, bo zdarzało mu się między nimi sprzadawać naprawdę fajne rzeczy. Tutaj niby też mógłbym dać zero i też trochę kręcę nosem, bo jednak Kwiatkowski to nigdy nie była i nie jest moja bajka. Nie moja estetyka, nie moja wrażliwość, nie siada mi ten wokal, denerwują tę dęciaki, produkcja, absurdalnie wręcz chwytliwy refren i tak mógłbym pewnie wymieniać (tak naprawdę to nie ale ciii), ale szczerze mówiąc - jakie to ma prostytutka znaczenie? Żadne, a już zwłaszcza w kontekście historii o uratowaniu związku i wyjściu z poważnego kryzysu. Wszystkiego dobrego, shodan!
Fajnie w końcu móc tu napisać pięć recenzji, a nie cztery. A edycja też całkiem niezła.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na wstępie odnosząc się do minionej kolejki chciałem napisać że jestem nawet zaskoczony że niektórzy jakby kojarzyli ten numer, nawet nazywając go Enjoyem. Z ciekawości aż poszukałem czy może jest jakiś bardziej znany cover tego ale raczej nie choć interesującym wydał mi sie fakt że utwór ten coverowali Faith No More jako wstęp do koncertów w latach 2009-2010 albo że David Hasselhoff zaśpiewał go podczas celebracji wyburzania Muru Berlinskiego w 1989 r. (choć to drugie zdaje się być plotką, z tego co wyszukałem zaśpiewał inny utwór). Niemniej fajnie że się przyjęło dość ciepło.
Lećmy dalej.
Bee Gees - More Than a Woman
(1977)
Czy opowiadałem Wam kiedyś o najszczęśliwszym dniu mojego życia? Chyba jeszcze nie, więc może nadeszła dobra pora by to nadrobić. A działo się to zimą roku 2019...
To właśnie wtedy, w miesiącu lutym oczekiwaliśmy z żoną na rozwiązanie. Tak się niezbyt szczęśliwie nawet złożyło że dokładnie w Walentynki wylądowała na porodówce ze względu na komplikacje zdrowotne i możliwe zagrożenie dla ciąży. Tak więc te ostatnie półtorej tygodnia do porodu zostałem w domu sam niczym słomiany wdowiec i moje dni upływały mozolnie w niepewności i pod napięciem, w ciągłym oczekiwaniu na sygnał ze szpitala czy to już, czy będzie poród. Ranki spędzałem w pracy a popoludniu pakowałem się w samochód i pędziłem do szpitala czy to z prowiantem czy ubraniami itp. I tak się złożyło że w tamtym czasie gdy ona trafiła do szpitala w odtwarzaczu mojego autka kręciła się akurat płyta ze ścieżką dźwiękową do Gorączki Sobotniej Nocy którą kupiliśmy kiedyś na zakupach w markecie. Więc jako że nie miałem wówczas głowy do tego te półtora tygodnia codziennie po trochu słuchałem tej płyty na tych krótkich trasach po mieście w te i z powrotem praca-dom-szpital-dom. Tym samym płyta ta stała się moim osobistym soundtrackiem do przybycia mojego potomka na świat a zwłaszcza idealnie wpasowała się wtedy w tą sytuację piosenka More Than A Woman grupy Bee Gees.
Muzycznie nie odbiega ta piosenka zbytnio od najbardziej znanych przebojów grupy które zresztą wylansował ten sam film. Niemniej z uwagi na tekst utwór ten stał mi się wówczas szczególnie bliski bo to oda do ukochanej kobiety o której bracia Gibb śpiewają że jest kimś więcej niż tylko kobietą. A tak właśnie ja czułem to wtedy bo wraz z przyjściem na świat naszego syna moja partnerka była mi już kimś więcej niż "tylko kobietą", stała się matką naszego dziecka, kimś jeszcze bardziej wyjątkowym niż dotychczas. Tym samym przez ten zbieg okoliczności - chociaż ja tak mam że nie wierzę w przypadki i lubię dopisywać im zawsze udział jakiejś niewidzialnej ręki - napotkałem na swojej drodze wtedy nowy, kolejny doskonały hymn dla naszego związku który właśnie wchodził na kolejny ważny etap. Pamiętam jakby to było wczoraj to piątkowe popołudnie gdy w promieniach zachodzącego słońca spacerowaliśmy oboje po szpitalnym korytarzu próbujac wywołać poród i gdy to się nie udało to oczekiwanie na korytarzu gdy lekarze wykonywali cesarskie cięcie a potem gdy usłyszałam pierwszy krzyk mojego syna którego niedługo potem już niepewnie trzymałem na rękach. Po takich przeżyciach utwory jak ten wyryte są w serduchu już na zawsze.
Zapraszam do odsłuchu.
Best of Murzyn nr 200.
https://youtu.be/uQ9_MwZIaoc?is=YCzLHgjTDmqy9xSH
Lećmy dalej.
Bee Gees - More Than a Woman
(1977)
Czy opowiadałem Wam kiedyś o najszczęśliwszym dniu mojego życia? Chyba jeszcze nie, więc może nadeszła dobra pora by to nadrobić. A działo się to zimą roku 2019...
To właśnie wtedy, w miesiącu lutym oczekiwaliśmy z żoną na rozwiązanie. Tak się niezbyt szczęśliwie nawet złożyło że dokładnie w Walentynki wylądowała na porodówce ze względu na komplikacje zdrowotne i możliwe zagrożenie dla ciąży. Tak więc te ostatnie półtorej tygodnia do porodu zostałem w domu sam niczym słomiany wdowiec i moje dni upływały mozolnie w niepewności i pod napięciem, w ciągłym oczekiwaniu na sygnał ze szpitala czy to już, czy będzie poród. Ranki spędzałem w pracy a popoludniu pakowałem się w samochód i pędziłem do szpitala czy to z prowiantem czy ubraniami itp. I tak się złożyło że w tamtym czasie gdy ona trafiła do szpitala w odtwarzaczu mojego autka kręciła się akurat płyta ze ścieżką dźwiękową do Gorączki Sobotniej Nocy którą kupiliśmy kiedyś na zakupach w markecie. Więc jako że nie miałem wówczas głowy do tego te półtora tygodnia codziennie po trochu słuchałem tej płyty na tych krótkich trasach po mieście w te i z powrotem praca-dom-szpital-dom. Tym samym płyta ta stała się moim osobistym soundtrackiem do przybycia mojego potomka na świat a zwłaszcza idealnie wpasowała się wtedy w tą sytuację piosenka More Than A Woman grupy Bee Gees.
Muzycznie nie odbiega ta piosenka zbytnio od najbardziej znanych przebojów grupy które zresztą wylansował ten sam film. Niemniej z uwagi na tekst utwór ten stał mi się wówczas szczególnie bliski bo to oda do ukochanej kobiety o której bracia Gibb śpiewają że jest kimś więcej niż tylko kobietą. A tak właśnie ja czułem to wtedy bo wraz z przyjściem na świat naszego syna moja partnerka była mi już kimś więcej niż "tylko kobietą", stała się matką naszego dziecka, kimś jeszcze bardziej wyjątkowym niż dotychczas. Tym samym przez ten zbieg okoliczności - chociaż ja tak mam że nie wierzę w przypadki i lubię dopisywać im zawsze udział jakiejś niewidzialnej ręki - napotkałem na swojej drodze wtedy nowy, kolejny doskonały hymn dla naszego związku który właśnie wchodził na kolejny ważny etap. Pamiętam jakby to było wczoraj to piątkowe popołudnie gdy w promieniach zachodzącego słońca spacerowaliśmy oboje po szpitalnym korytarzu próbujac wywołać poród i gdy to się nie udało to oczekiwanie na korytarzu gdy lekarze wykonywali cesarskie cięcie a potem gdy usłyszałam pierwszy krzyk mojego syna którego niedługo potem już niepewnie trzymałem na rękach. Po takich przeżyciach utwory jak ten wyryte są w serduchu już na zawsze.
Zapraszam do odsłuchu.
Best of Murzyn nr 200.
https://youtu.be/uQ9_MwZIaoc?is=YCzLHgjTDmqy9xSH
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Szkoda, że Wuja, znawca tematu, dojechał dopiero na moje ostatnie dwie wrzuty z growych soundtracków, no ale takie życie. Za rok będę kontynuował temat, natomiast na zakończenie tego rozdania
Frank Klepacki – Under Construction
Kolejną serię bestkową, kończę utworem legendarnego twórcy muzyki do gier video – Franka Klepackiego. Facet jest absolutną ikoną sceny lat 90 i tworzy muzykę do dziś, a ponadto, gra koncerty ze swoim zespołem Tiberian Sons i wykonuje najbardziej znane kawałki dla fanów (podobnie jak wrzucany przeze mnie wcześniej Akira Yamaoka i wielu innych). Niech was nie zmyli polsko brzmiące nazwisko, Frank to Amerykanin.
Utwór pochodzi z gry „Dune 2000”, jednej z gier mojego życia, w która ostro grałem zanim jeszcze przeczytałem książki. Jest to oczywiście RTS, bardzo podobny do Command & Conquer, zresztą stworzony również przez Westwood, i jest to niejako remake gry „Dune 2”, która wyszła w połowie lat 90. Do tamtej gry, również muzykę stworzył Frank i wiele kawałków z „Dune 2000”, to po prostu nowsze wersje starszych utworów. Trudno mi to oczywiście ocenić, ale uważam, że ta muza jest na tyle dobra, że można słuchać jej przyjemnością nie grając, a nawet nie znając gry.
„Under Construction” to właściwie kilka mniejszych utworów w jednym, zatem można niemal powiedzieć, że na swój sposób jest to prog-rock. Może brakuje tutaj charakterystycznych, ostrych gitarowych wstawek, z których Klepacki był znany, ale za to raczeni jesteśmy konkretną dawką muzyki klimatycznej i przestrzennej. Jak bezkresne połacie Diuny.
https://youtu.be/x2W1LGLvjAA?list=RDx2W1LGLvjAA
Frank Klepacki – Under Construction
Kolejną serię bestkową, kończę utworem legendarnego twórcy muzyki do gier video – Franka Klepackiego. Facet jest absolutną ikoną sceny lat 90 i tworzy muzykę do dziś, a ponadto, gra koncerty ze swoim zespołem Tiberian Sons i wykonuje najbardziej znane kawałki dla fanów (podobnie jak wrzucany przeze mnie wcześniej Akira Yamaoka i wielu innych). Niech was nie zmyli polsko brzmiące nazwisko, Frank to Amerykanin.
Utwór pochodzi z gry „Dune 2000”, jednej z gier mojego życia, w która ostro grałem zanim jeszcze przeczytałem książki. Jest to oczywiście RTS, bardzo podobny do Command & Conquer, zresztą stworzony również przez Westwood, i jest to niejako remake gry „Dune 2”, która wyszła w połowie lat 90. Do tamtej gry, również muzykę stworzył Frank i wiele kawałków z „Dune 2000”, to po prostu nowsze wersje starszych utworów. Trudno mi to oczywiście ocenić, ale uważam, że ta muza jest na tyle dobra, że można słuchać jej przyjemnością nie grając, a nawet nie znając gry.
„Under Construction” to właściwie kilka mniejszych utworów w jednym, zatem można niemal powiedzieć, że na swój sposób jest to prog-rock. Może brakuje tutaj charakterystycznych, ostrych gitarowych wstawek, z których Klepacki był znany, ale za to raczeni jesteśmy konkretną dawką muzyki klimatycznej i przestrzennej. Jak bezkresne połacie Diuny.
https://youtu.be/x2W1LGLvjAA?list=RDx2W1LGLvjAA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wjadę tutaj jutro
-
devotional
- Posty: 7404
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Brian Eno & David Byrne - America Is Waiting (1981)
Wracam na chwilę do lutego 2007. Poza wieloma dość oczywistymi odkryciami, które już tutaj opisałem, jednym zasadniczym było w końcu zasiąście do albumu uchodzącego za ikoniczny dla ejtisów nie mniej, niż debiut Art of Noise. Jest to oczywiście My Life in the Bush of Ghosts od duetu Eno/Byrne, a ponieważ Eno interesowałem się już srogo od ponad roku, zaś luty 2007 to był istotny dla mnie punkt wsiąkania w Talking Heads, naturalną konsekwencją było odpalenie właśnie tego cuda. Słyszałem o nim wcześniej, gdzieś czytałem, tytuł obił się o uszy. Luty 2007 z tym swoim lekkim mrokiem, tajemniczością i dziwną alienacją stanowił doskonałe tło dla słuchania takich rzeczy.
Co ja mogę powiedzieć, doskonały jest to krążek. Nie ma na nim złego numeru, a tych numerów jest do odsłuchania sporo, albowiem o ile oryginalne wydanie miało 11 kawałków, to remaster z 2006 już 18, z czego każdy super. Zamykający tamto wydanie bonus - Solo Guitar With Tin Foil - wrzucałem już do Dwizji. Teraz czas na otwieracz. Otwieracz, który jest wybitny i tyle. Ni to starający się być w miarę normalnym kawałkiem kawałek, ni coś wręcz tanecznego, ni niepokojący kawał soczystej muzy pełnej sampli, o które oparto przecież całą produkcję tej płyty. Masa dziwnych dźwięków niewiadomego pochodzenia, a do tego radiowiec z San Francisco pocięty głosowo na kawałki (kto wie, o czym dokładnie mówi poza powtarzaniem "America is waiting" i jeszcze paroma innymi dającymi się zidentyfikować hasłami).
Luty 2007 za rok będzie miał swoje dwudziestolecie (zawsze byłem dobry z matmy), mogę jedynie mieć nadzieję, że będzie równie śnieżny, co ten teraz (jak nie jestem akurat chory, to uszkodzony mechanicznie i średnio mogę uroki tej zimy łapać). Może zrobię sobie wspominkową wyprawę? Próbowałem w ubiegłym roku, nawet jakiś klimacik to miało. AIW jednak towarzyszy mi przez cały rok, uwielbiam ten numer bardziej, niż najbardziej hajpowane z MLitBoG Mea Culpa (pewnie dlatego, że miało wideo - choć America Is Waiting akurat też - a nawet nie było singlem). Kawał dobrej muzy z czasów, kiedy gigantom chciało się eksperymentować. Everything That Happens Will Happen Today już nie urywało dupy aż tak bardzo, ale też miało swoje dobre momenty, lato 2008 sponsorowałem sobie mocno tym krążkiem. Co jednak Eno i Byrne to Eno i Byrne, więc zapraszam w ostatnie tchnienia zimy, gdyż prognozy zwiastują zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę...
https://www.youtube.com/watch?v=hev8XZk ... rt_radio=1
Wracam na chwilę do lutego 2007. Poza wieloma dość oczywistymi odkryciami, które już tutaj opisałem, jednym zasadniczym było w końcu zasiąście do albumu uchodzącego za ikoniczny dla ejtisów nie mniej, niż debiut Art of Noise. Jest to oczywiście My Life in the Bush of Ghosts od duetu Eno/Byrne, a ponieważ Eno interesowałem się już srogo od ponad roku, zaś luty 2007 to był istotny dla mnie punkt wsiąkania w Talking Heads, naturalną konsekwencją było odpalenie właśnie tego cuda. Słyszałem o nim wcześniej, gdzieś czytałem, tytuł obił się o uszy. Luty 2007 z tym swoim lekkim mrokiem, tajemniczością i dziwną alienacją stanowił doskonałe tło dla słuchania takich rzeczy.
Co ja mogę powiedzieć, doskonały jest to krążek. Nie ma na nim złego numeru, a tych numerów jest do odsłuchania sporo, albowiem o ile oryginalne wydanie miało 11 kawałków, to remaster z 2006 już 18, z czego każdy super. Zamykający tamto wydanie bonus - Solo Guitar With Tin Foil - wrzucałem już do Dwizji. Teraz czas na otwieracz. Otwieracz, który jest wybitny i tyle. Ni to starający się być w miarę normalnym kawałkiem kawałek, ni coś wręcz tanecznego, ni niepokojący kawał soczystej muzy pełnej sampli, o które oparto przecież całą produkcję tej płyty. Masa dziwnych dźwięków niewiadomego pochodzenia, a do tego radiowiec z San Francisco pocięty głosowo na kawałki (kto wie, o czym dokładnie mówi poza powtarzaniem "America is waiting" i jeszcze paroma innymi dającymi się zidentyfikować hasłami).
Luty 2007 za rok będzie miał swoje dwudziestolecie (zawsze byłem dobry z matmy), mogę jedynie mieć nadzieję, że będzie równie śnieżny, co ten teraz (jak nie jestem akurat chory, to uszkodzony mechanicznie i średnio mogę uroki tej zimy łapać). Może zrobię sobie wspominkową wyprawę? Próbowałem w ubiegłym roku, nawet jakiś klimacik to miało. AIW jednak towarzyszy mi przez cały rok, uwielbiam ten numer bardziej, niż najbardziej hajpowane z MLitBoG Mea Culpa (pewnie dlatego, że miało wideo - choć America Is Waiting akurat też - a nawet nie było singlem). Kawał dobrej muzy z czasów, kiedy gigantom chciało się eksperymentować. Everything That Happens Will Happen Today już nie urywało dupy aż tak bardzo, ale też miało swoje dobre momenty, lato 2008 sponsorowałem sobie mocno tym krążkiem. Co jednak Eno i Byrne to Eno i Byrne, więc zapraszam w ostatnie tchnienia zimy, gdyż prognozy zwiastują zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę...
https://www.youtube.com/watch?v=hev8XZk ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Orchestral Manoeuvres in the Dark — The Misunderstanding (1980)
Kolejny cichy bohater wielu lat życia już od czasu przedszkolaka. Pamiętam jeszcze kasetowe nagrywki z legendarnej reklamówki. Jeden z czystych, choć wielokrotnie przegrywanych nośników dodatkowo po naszych dziecięcych zabawach tracił na jakości. Przed pewien czas na jednej stronie zachowała się Hiroshima Sandry, do której wróciłem dopiero dzięki Melkiemu, a także Sailing On The Seven Seas bohaterów wrzutki. Prędzej czy później i tak nagraliśmy coś nad te piosenki... mam nadzieję, że teraz wszystkie taśmowe ofiary godnie dogorywają na wysypisku w spokojnym rozkładzie. Dzięki temu OMD byli obecni w moim otoczeniu praktycznie od zawsze. Jednocześnie trochę wydawali mi się obciachowi. Szczególnie w muzyce, bo wizerunek tego zespołu to było dla mnie coś obcego. Fajnie, fajnie, Enola Gay, ale przytaczany wcześniej kawałek (jak i wiele innych z Sugar Tax) stoją niebezpiecznie blisko granicy kiczu. Sandrę lubiłem tak czy tak, może z mniejszym lub większym wyparciem, ale wciąż. OMD musiałem sobie wymyślić na nowo. Na domiar złego kiedyś jeszcze wystąpili na jednym z sylwestrów w telewizorze. Chyba jakiś pół playback był grany. W czasie intensywnych odkryć, powrotów i otwierania umysłu sięgnąłem po Organisation. Koniec końców nie zrobiła zbyt dużego zamieszania w mojej głowie... poza The Misunderstanding. Pierwszy samodzielnie znaleziony kawałek, który zażarł od razu. Surowość pierwszej fazy synthpopu czuć aż miło. Chłodne brzmienie syntezatorów, bas z przodu, do tego ciekawy tekst i lekko p o k r ę c o n y wokal. Z marszu powstaje atmosfera pewnej psychodramy, deziluzji, finisz tylko to wrażenie odizolowania wzmacnia. OMD na początku drogi, wiele lat przed supportowaniem DM... w 1980 roku byli sporo przed nimi. Na szczęście jest jeszcze Architecture & Morality, którą moja mama do dziś słucha na wyrywki. Ba, zażyczyła sobie nawet Electricity do prywatnej kolekcji. Szacunek zatem należy się nie tylko za sentyment czy sztamę z Karlem Bartosem. Nagrali po prostu całkiem sporo dobrej muzyki. Lecymy
https://www.youtube.com/watch?v=dVZwu5524f0
Kolejny cichy bohater wielu lat życia już od czasu przedszkolaka. Pamiętam jeszcze kasetowe nagrywki z legendarnej reklamówki. Jeden z czystych, choć wielokrotnie przegrywanych nośników dodatkowo po naszych dziecięcych zabawach tracił na jakości. Przed pewien czas na jednej stronie zachowała się Hiroshima Sandry, do której wróciłem dopiero dzięki Melkiemu, a także Sailing On The Seven Seas bohaterów wrzutki. Prędzej czy później i tak nagraliśmy coś nad te piosenki... mam nadzieję, że teraz wszystkie taśmowe ofiary godnie dogorywają na wysypisku w spokojnym rozkładzie. Dzięki temu OMD byli obecni w moim otoczeniu praktycznie od zawsze. Jednocześnie trochę wydawali mi się obciachowi. Szczególnie w muzyce, bo wizerunek tego zespołu to było dla mnie coś obcego. Fajnie, fajnie, Enola Gay, ale przytaczany wcześniej kawałek (jak i wiele innych z Sugar Tax) stoją niebezpiecznie blisko granicy kiczu. Sandrę lubiłem tak czy tak, może z mniejszym lub większym wyparciem, ale wciąż. OMD musiałem sobie wymyślić na nowo. Na domiar złego kiedyś jeszcze wystąpili na jednym z sylwestrów w telewizorze. Chyba jakiś pół playback był grany. W czasie intensywnych odkryć, powrotów i otwierania umysłu sięgnąłem po Organisation. Koniec końców nie zrobiła zbyt dużego zamieszania w mojej głowie... poza The Misunderstanding. Pierwszy samodzielnie znaleziony kawałek, który zażarł od razu. Surowość pierwszej fazy synthpopu czuć aż miło. Chłodne brzmienie syntezatorów, bas z przodu, do tego ciekawy tekst i lekko p o k r ę c o n y wokal. Z marszu powstaje atmosfera pewnej psychodramy, deziluzji, finisz tylko to wrażenie odizolowania wzmacnia. OMD na początku drogi, wiele lat przed supportowaniem DM... w 1980 roku byli sporo przed nimi. Na szczęście jest jeszcze Architecture & Morality, którą moja mama do dziś słucha na wyrywki. Ba, zażyczyła sobie nawet Electricity do prywatnej kolekcji. Szacunek zatem należy się nie tylko za sentyment czy sztamę z Karlem Bartosem. Nagrali po prostu całkiem sporo dobrej muzyki. Lecymy
https://www.youtube.com/watch?v=dVZwu5524f0
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
W sumie liczyłem na ciut cieplejsze przyjęcie Dzwonów Rurowych, ale też nie będę umierać za tę płytę, bo rozumiem wiele zarzutów, a
Michael Pelzel - "Alf"-Sonata
Chyba jedna z bardziej ekstremalnych rzeczy, jakie tu próbowałem kiedykolwiek podesłać, ale uznałem, że jak kończyć tę edycję, to z przytupem. Atonalna wariacja na temat motywu z serialu "Alf" brzmi jak żart i pewnie nim jest, ale wbrew pozorom nie sprzedaję wam jakiegoś randowowego śmiesznego filmiku z internetu, tylko dzieło uznanego szwajcarskiego kompozytora wydane w równie uznanej austriackiej wytwórni płytowej KAIROS. Rzecz dziwna, abstrakcyjna, specyficzna i pewnie większość z was uzna, że to jakieś abstrakcyjne pitolenie dla dziwaków - nie będę z tym polemizować, bo dokładnie z tego powodu mi się to podoba.
Tym razem naprawdę nic więcej nie napiszę, bo uważam, że to mija się z celem i po prostu zostawię was z tą wrzutą, będac ciekawym waszych opinii. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=whzxflUkcDo
to nie wiem czy bym się tym utworem jakoś bardziej jarał, ale na pewno bym taką wersję z ciekawości przesłuchał. Może wśród pierdyliarda wersji Dzwonów Rurowych takowa istnieje? Jeśli tak, to proszę o polecajki.gdyby ten utwór był po prostu jakimś minimalizmem na 25 minut opartym na pierwszym motywie xD
Michael Pelzel - "Alf"-Sonata
Chyba jedna z bardziej ekstremalnych rzeczy, jakie tu próbowałem kiedykolwiek podesłać, ale uznałem, że jak kończyć tę edycję, to z przytupem. Atonalna wariacja na temat motywu z serialu "Alf" brzmi jak żart i pewnie nim jest, ale wbrew pozorom nie sprzedaję wam jakiegoś randowowego śmiesznego filmiku z internetu, tylko dzieło uznanego szwajcarskiego kompozytora wydane w równie uznanej austriackiej wytwórni płytowej KAIROS. Rzecz dziwna, abstrakcyjna, specyficzna i pewnie większość z was uzna, że to jakieś abstrakcyjne pitolenie dla dziwaków - nie będę z tym polemizować, bo dokładnie z tego powodu mi się to podoba.
Tym razem naprawdę nic więcej nie napiszę, bo uważam, że to mija się z celem i po prostu zostawię was z tą wrzutą, będac ciekawym waszych opinii. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=whzxflUkcDo
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie wiem czy pisząc o "wersjach" masz na myśli miksy pierwszych dzwonów, czy kolejne części, ale Dzwony 3 były nagrywane na Ibizie i można do nich tańczyć (i, plot twist, są dobre).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zamknijmy wrzuty do jutra, pls.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
I jak?
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W sensie do końca weekendu. Jutro zamykamy, no mówi się trudno. 5 dni na wrzuty sporo.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Carla Fernandes - Co jeśli?
Będzie krótko, bo cały opis zawarty przy okazji poprzedniej kolejki i utworu Pali się niebo dotyczy również piosenki Co jeśli? Po prostu żona podesłała mi to w tym samym czasie, może w odstępie kilku godzin albo następnego dnia. Już dokładnie nie pamiętam. Ale z miejsca mnie to porwało. Do dzisiaj często słucham tego utworu, bo po prostu bardzo go lubię i dobrze mi się kojarzy.
Samą Carlę poznałem kilka lat wcześniej. Brała kiedyś udział w programie The voice of kids i dotarła tam do finału. Pamiętam, że wyróżniała się w programie fajną barwą głosu. Potem jej poczynań nie śledziłem, ale ten zeszłoroczny singiel polecony mi przez żonę kupiłem z miejsca.
https://www.youtube.com/watch?v=cNuNhOd ... rt_radio=1
Będzie krótko, bo cały opis zawarty przy okazji poprzedniej kolejki i utworu Pali się niebo dotyczy również piosenki Co jeśli? Po prostu żona podesłała mi to w tym samym czasie, może w odstępie kilku godzin albo następnego dnia. Już dokładnie nie pamiętam. Ale z miejsca mnie to porwało. Do dzisiaj często słucham tego utworu, bo po prostu bardzo go lubię i dobrze mi się kojarzy.
Samą Carlę poznałem kilka lat wcześniej. Brała kiedyś udział w programie The voice of kids i dotarła tam do finału. Pamiętam, że wyróżniała się w programie fajną barwą głosu. Potem jej poczynań nie śledziłem, ale ten zeszłoroczny singiel polecony mi przez żonę kupiłem z miejsca.
https://www.youtube.com/watch?v=cNuNhOd ... rt_radio=1