Best of Forum VIII
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
R.E.M. - Man On The Moon
Oczywiście porównanie z dupy ale słysząc pierwsze takty miałem wrażenie jakbym słuchał jakiegoś Something In The Way unplugged Nirvany heh. Potem już okazało się ze oczywiście znam, słyszałem ten numer i generalnie to jest spoko. A to w sumie już dużo bo był czas gdy hejtowałem tą kapelę i numery typu Everybody Hurts czy Shiny Happy People doprowadzały mnie do szału. Man On The Moon oglądałem tak w ogóle, bardzo fajny film o interesującej postaci, ze świetną kreacją Carreya i muszę wrócić. Co do numeru zaś... powiedzmy że u mnie ma status po prostu numeru R.E.M. którego jestem w stanie posłuchać nawet z przyjemnością, ciepłe gitarowe 90sy ciężko zepsuć.
Roxy Music - More Than This
Klasyka Vice City, tam ten kawałek poznałem i po wsze czasy z tą grą będę go kojarzył już. Dla mnie More Than This to spokojne przeloty hydroplanem i podziwianie panoramy tego miasta w świetle zachodzącego słońca, bo GTA to też te momenty poza robieniem misji kiedy człowiek wbija do wybranego pojazdu by bujnąć się przez miasto (lub ponad nim) i po prostu wdychać atmosferę tych gier. Uwielbiam te swobodnie płynące syntezatorowe pasaże w końcówce numeru które w mej podświadomości zagłusza swoją paplaniną didżej stacji Emotion 98.3. Swoją drogą mogliście tego nie wiedzieć ale wyczytałem niedawno że ten numer był muzycznym tematem dla tej gry na etapie jej tworzenia zanim ostatecznie nagrano właściwe Theme From Vice City do czołówki. Nic o kawałku i wszystko o grze? Nie poradzę, oceniam przez pryzmat wspomnień, zasadniczo znam może jeszcze dwa numery Roxy Music ale tbh ten jeden w zupełności mi wystarcza bo ma w sobie TO COŚ.
James Blake - Say What You Will
Nie lubię Jamesa Blake'a i nie zanosi się na to by miało to ulec zmianie. Nie przepadam za jego wokalem, wkurzał mnie gdy śpiewał wysoko, w tym numerze śpiewa nisko ale z kolei z taką żabą w głosie która też mnie odrzuca. Lubię przeróżne męskie smuteczkowania ale Jamesa Blake'a nie znoszę. Nie moja wrażliwość widocznie, przepraszam nie przeskoczę tego.
Chairlift - Ghost Tonight
Był taki czas kiedy mentos w kwestii elektronicznego popu wrzucał samo dobro. Bardzo miło wspominam do dzisiaj nutę z Cyberpunka, U.S. Girls albo nawet Grimes. Gdzieś te wszystkie nuty miały jakoś to coś w sobie, trudne do określenia, może jakiś myk producencki, może bardziej indie brzmienie, każdy jakoś się dla mnie wyróżniał na plus. Ale to czas przeszły bo od roku-dwóch to się zmieniło i gust mentosa powędrował w kierunku bardziej popowego brzmienia, bardziej mainstreamowego może. Teraz częściej częstuje nas popem z uniwersum Magdaleny Bay czy Sabriny Carpenter. I ja w takiej muzyce nie znajduję nic interesującego już niestety. Wszystkie te numery mnie nudzą, są dla mnie bez polotu, nic mi w głowie nie zostaje po ich słuchaniu. W przypadku Chairlift jest niestety tak samo, choć liczyłem że będzie lepiej, solową wrzutę Caroline Polachek wszak doceniłem swego czasu. No ale to inny, wcześniejszy projekt i inne brzmienie jak widać. Pozytywem można nazwać w takim razie drogę obraną z czasem przez samą Polachek, Chairlift zostawiam za sobą. A wrzuty z depeszwizji nawet nie pamiętałem więc też nie zakorzeniła się w głowie jak widać.
Four Tet - Romantics
Nie znałem tej płyty Four Teta, w sumie mój ostatni kontakt z jego muzyką to była premiera klipu do Teenage Birdsong (widziałem też ten do Baby), albumu jednak nie sprawdziłem, mniej wiecej wtedy już powoli odpuszczałem obsesyjnie sprawdzać wszystkie wydawnictwa od każdego interesującego wykonawcy. Na szczęście jest Smok który ogarnia takie rzeczy jeszcze i pozwala nadrobić takie perełki jak Romantics. Przyjemna niespieszna elektronika z brzmieniem harfy jakby, na dobrą sprawę idealna rzecz pod leniwe obserwowanie liści spadających z drzew za oknem o tej porze roku. Fajny klimat, prosta produkcja ale bdb brzmienie i to styka. Numer wrzucam sobie do jednego worka (na tą samą playlistę) co wrzucane przeze mnie Voyeur w tej kolejeczce. Dragon nadal w formie.
Oczywiście porównanie z dupy ale słysząc pierwsze takty miałem wrażenie jakbym słuchał jakiegoś Something In The Way unplugged Nirvany heh. Potem już okazało się ze oczywiście znam, słyszałem ten numer i generalnie to jest spoko. A to w sumie już dużo bo był czas gdy hejtowałem tą kapelę i numery typu Everybody Hurts czy Shiny Happy People doprowadzały mnie do szału. Man On The Moon oglądałem tak w ogóle, bardzo fajny film o interesującej postaci, ze świetną kreacją Carreya i muszę wrócić. Co do numeru zaś... powiedzmy że u mnie ma status po prostu numeru R.E.M. którego jestem w stanie posłuchać nawet z przyjemnością, ciepłe gitarowe 90sy ciężko zepsuć.
Roxy Music - More Than This
Klasyka Vice City, tam ten kawałek poznałem i po wsze czasy z tą grą będę go kojarzył już. Dla mnie More Than This to spokojne przeloty hydroplanem i podziwianie panoramy tego miasta w świetle zachodzącego słońca, bo GTA to też te momenty poza robieniem misji kiedy człowiek wbija do wybranego pojazdu by bujnąć się przez miasto (lub ponad nim) i po prostu wdychać atmosferę tych gier. Uwielbiam te swobodnie płynące syntezatorowe pasaże w końcówce numeru które w mej podświadomości zagłusza swoją paplaniną didżej stacji Emotion 98.3. Swoją drogą mogliście tego nie wiedzieć ale wyczytałem niedawno że ten numer był muzycznym tematem dla tej gry na etapie jej tworzenia zanim ostatecznie nagrano właściwe Theme From Vice City do czołówki. Nic o kawałku i wszystko o grze? Nie poradzę, oceniam przez pryzmat wspomnień, zasadniczo znam może jeszcze dwa numery Roxy Music ale tbh ten jeden w zupełności mi wystarcza bo ma w sobie TO COŚ.
James Blake - Say What You Will
Nie lubię Jamesa Blake'a i nie zanosi się na to by miało to ulec zmianie. Nie przepadam za jego wokalem, wkurzał mnie gdy śpiewał wysoko, w tym numerze śpiewa nisko ale z kolei z taką żabą w głosie która też mnie odrzuca. Lubię przeróżne męskie smuteczkowania ale Jamesa Blake'a nie znoszę. Nie moja wrażliwość widocznie, przepraszam nie przeskoczę tego.
Chairlift - Ghost Tonight
Był taki czas kiedy mentos w kwestii elektronicznego popu wrzucał samo dobro. Bardzo miło wspominam do dzisiaj nutę z Cyberpunka, U.S. Girls albo nawet Grimes. Gdzieś te wszystkie nuty miały jakoś to coś w sobie, trudne do określenia, może jakiś myk producencki, może bardziej indie brzmienie, każdy jakoś się dla mnie wyróżniał na plus. Ale to czas przeszły bo od roku-dwóch to się zmieniło i gust mentosa powędrował w kierunku bardziej popowego brzmienia, bardziej mainstreamowego może. Teraz częściej częstuje nas popem z uniwersum Magdaleny Bay czy Sabriny Carpenter. I ja w takiej muzyce nie znajduję nic interesującego już niestety. Wszystkie te numery mnie nudzą, są dla mnie bez polotu, nic mi w głowie nie zostaje po ich słuchaniu. W przypadku Chairlift jest niestety tak samo, choć liczyłem że będzie lepiej, solową wrzutę Caroline Polachek wszak doceniłem swego czasu. No ale to inny, wcześniejszy projekt i inne brzmienie jak widać. Pozytywem można nazwać w takim razie drogę obraną z czasem przez samą Polachek, Chairlift zostawiam za sobą. A wrzuty z depeszwizji nawet nie pamiętałem więc też nie zakorzeniła się w głowie jak widać.
Four Tet - Romantics
Nie znałem tej płyty Four Teta, w sumie mój ostatni kontakt z jego muzyką to była premiera klipu do Teenage Birdsong (widziałem też ten do Baby), albumu jednak nie sprawdziłem, mniej wiecej wtedy już powoli odpuszczałem obsesyjnie sprawdzać wszystkie wydawnictwa od każdego interesującego wykonawcy. Na szczęście jest Smok który ogarnia takie rzeczy jeszcze i pozwala nadrobić takie perełki jak Romantics. Przyjemna niespieszna elektronika z brzmieniem harfy jakby, na dobrą sprawę idealna rzecz pod leniwe obserwowanie liści spadających z drzew za oknem o tej porze roku. Fajny klimat, prosta produkcja ale bdb brzmienie i to styka. Numer wrzucam sobie do jednego worka (na tą samą playlistę) co wrzucane przeze mnie Voyeur w tej kolejeczce. Dragon nadal w formie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
R.E.M. - Man on the Moon
Po przeczytaniu tej ściany tekstu, zadałem sobie pytanie „ciekawe, czy Musiał kiedykolwiek przesłuchał inne płyty REM”, ale w sumie nie muszę sobie odpowiadać na to pytanie (podobnie jak u Seby) xD „Man on the Moon” to jest kawałek tak bardzo obecny w eterze, że nie potrafię wskazać żadnych konkretnych wspomnień z nim związanych. Próbowałem uchwycić cokolwiek i nie potrafię. To trochę jak z niebem, nie pamiętam kiedy pierwszy raz je zobaczyłem, nie pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałem o śmierci, itd. Mam kilka skojarzeń w związku z tym jak Stipe tu śpiewa, ale się nimi nie podzielę, bo potem będę musiał się z tego tłumaczyć, czytać jak to nikt tego nie rozumie, i że ciupciam głupoty. Dajcie spokój. W każdym razie, lubię tę piosenkę, bo generalnie bardzo lubię REM. Zadziwiająco dobrze trzymają się ich przeboje, nadal można ich słuchać i odkrywać w nich nowe rzeczy.
Voyeur - Space Voyage
Jakoś nie czuję w tym spejsu, no ale każdy ma swój Space. Fajny bit i klimat kawałka, to taka muza, która może trwać i trwać, wszystko trzyma się tego twardego bitu, a w tle dzieją się różnego rodzaju muzyczne rzeczy. Jak się człowiek wkręci, to może to lecieć i lecieć na repeacie. W zasadzie, o takie rzeczy mi chodziło kiedy tytułowałem edycję dwizji „hipnotyczną”, ale najwyraźniej nie tylko Space każdy ma swój. Tak czy inaczej, bardzo spoko wrzuta. Ja już jestem zbyt zmęczony i zgorzkniały na takie poszukiwania muzyczne, więc dobrze, że istnieje to Best of Forum.
James Blake - Say What You Will
Nigdy nie byłem w stanie docenić Blejka, poza jednym albumem, który też powoli zaczyna nosić oznaki nie przetrwania próby czasu u mnie. Mój problem z nim jest taki, że tworzy w zasadzie muzyczne breje, a nie konkretne piosenki. Tutaj jest lepiej. Mogę powiedzieć, że jest to lepsze od większości jego płyt, które usłyszałem. Jest jakiś konkret. Spoko wokal, spoko muzyka, dziwna produkcja, jak to u Blejka, ale generalnie spodziewałem się syfu, a jednak kawałek jest dobry, więc nie muszę karcić Wuja za dublowanie Blejka, kiedy jeszcze nie dał kolejnej Birdy.
Chairlift - Ghost Tonight
Z Karoliną Polaczek jest u mnie trochę w kratkę. Numer wrzucony przez Sebę jakiś czas temu do best, był słaby. Numer wrzucony przez Sebę jakiś czas temu do dwizji (pod jakimś innym szyldem, chyba nawet tym), był za to bardzo dobry. Tutaj jest tak pół na pół. Muzycznie, męczą mnie te udawane ejtisy, ileż można kąpać się w wodzie po dziadkach. Na plus za to, wokal Karoliny. Może momentami robi się trochę zbyt ekspresyjnie i popisówkowo, ale jeżeli nie użyto tu auto-tuna, to muszę pochwalić, bo zwyczajnie brzmi to fajnie. Sama piosenka, pomijając aranżację, też jest spoko, nic oryginalnego (swój styl i brzmienie? xd), ale jeśli ktoś powiela dobrze, to nie ma czego się czepiać. Wychodzi na to, że o ile solowa Polaczek mi nie wchodzi (nie, że sprawdzałem), to Chairlift po raz kolejny bardziej dostarcza, niż nie dostarcza.
Four Tet - Romantics
Mam jakiś dziwny fetysz na dzwoneczki. W starym pokoju, u rodziców, nadal wisi parę kompletów takich wiszących dzwonków, jeden dostałem w Żaku podczas losowanych Mikołajek (w zamian, ktoś dostał ode mnie paczkę petard) w 200chyba8 roku. No i te dzwoneczki są bardzo spoko (w sensie te w utworze), natomiast jeśli chodzi o resztę, to jest to na chłodne ok. Chipmunki wyjątkowo cringowo tu wyszły, ja generalnie nie odrzucam tego zabiegu na dzień dobry, ale tutaj zwyczajnie był to moment „ehhh”, bo reszta nawet dostarczała. Trochę momentami to zalatuje muzyką z Lidla, ale nieraz zdarzało mi się shazzamować podczas zakupów (wielokrotnie bez efektu, takie obskjury tam lecą), więc nie należy tego od razu traktować jako dojebki. Znam ten projekt z nazwy i tylko z nazwy. Na ten moment, dorzucę do tego tylko ten jeden kawałek, bez chęci poznawania więcej, ale jest ok. Chociaż gdyby nie było dzwoneczków, to nie wiem.
Po przeczytaniu tej ściany tekstu, zadałem sobie pytanie „ciekawe, czy Musiał kiedykolwiek przesłuchał inne płyty REM”, ale w sumie nie muszę sobie odpowiadać na to pytanie (podobnie jak u Seby) xD „Man on the Moon” to jest kawałek tak bardzo obecny w eterze, że nie potrafię wskazać żadnych konkretnych wspomnień z nim związanych. Próbowałem uchwycić cokolwiek i nie potrafię. To trochę jak z niebem, nie pamiętam kiedy pierwszy raz je zobaczyłem, nie pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałem o śmierci, itd. Mam kilka skojarzeń w związku z tym jak Stipe tu śpiewa, ale się nimi nie podzielę, bo potem będę musiał się z tego tłumaczyć, czytać jak to nikt tego nie rozumie, i że ciupciam głupoty. Dajcie spokój. W każdym razie, lubię tę piosenkę, bo generalnie bardzo lubię REM. Zadziwiająco dobrze trzymają się ich przeboje, nadal można ich słuchać i odkrywać w nich nowe rzeczy.
Voyeur - Space Voyage
Jakoś nie czuję w tym spejsu, no ale każdy ma swój Space. Fajny bit i klimat kawałka, to taka muza, która może trwać i trwać, wszystko trzyma się tego twardego bitu, a w tle dzieją się różnego rodzaju muzyczne rzeczy. Jak się człowiek wkręci, to może to lecieć i lecieć na repeacie. W zasadzie, o takie rzeczy mi chodziło kiedy tytułowałem edycję dwizji „hipnotyczną”, ale najwyraźniej nie tylko Space każdy ma swój. Tak czy inaczej, bardzo spoko wrzuta. Ja już jestem zbyt zmęczony i zgorzkniały na takie poszukiwania muzyczne, więc dobrze, że istnieje to Best of Forum.
James Blake - Say What You Will
Nigdy nie byłem w stanie docenić Blejka, poza jednym albumem, który też powoli zaczyna nosić oznaki nie przetrwania próby czasu u mnie. Mój problem z nim jest taki, że tworzy w zasadzie muzyczne breje, a nie konkretne piosenki. Tutaj jest lepiej. Mogę powiedzieć, że jest to lepsze od większości jego płyt, które usłyszałem. Jest jakiś konkret. Spoko wokal, spoko muzyka, dziwna produkcja, jak to u Blejka, ale generalnie spodziewałem się syfu, a jednak kawałek jest dobry, więc nie muszę karcić Wuja za dublowanie Blejka, kiedy jeszcze nie dał kolejnej Birdy.
Chairlift - Ghost Tonight
Z Karoliną Polaczek jest u mnie trochę w kratkę. Numer wrzucony przez Sebę jakiś czas temu do best, był słaby. Numer wrzucony przez Sebę jakiś czas temu do dwizji (pod jakimś innym szyldem, chyba nawet tym), był za to bardzo dobry. Tutaj jest tak pół na pół. Muzycznie, męczą mnie te udawane ejtisy, ileż można kąpać się w wodzie po dziadkach. Na plus za to, wokal Karoliny. Może momentami robi się trochę zbyt ekspresyjnie i popisówkowo, ale jeżeli nie użyto tu auto-tuna, to muszę pochwalić, bo zwyczajnie brzmi to fajnie. Sama piosenka, pomijając aranżację, też jest spoko, nic oryginalnego (swój styl i brzmienie? xd), ale jeśli ktoś powiela dobrze, to nie ma czego się czepiać. Wychodzi na to, że o ile solowa Polaczek mi nie wchodzi (nie, że sprawdzałem), to Chairlift po raz kolejny bardziej dostarcza, niż nie dostarcza.
Four Tet - Romantics
Mam jakiś dziwny fetysz na dzwoneczki. W starym pokoju, u rodziców, nadal wisi parę kompletów takich wiszących dzwonków, jeden dostałem w Żaku podczas losowanych Mikołajek (w zamian, ktoś dostał ode mnie paczkę petard) w 200chyba8 roku. No i te dzwoneczki są bardzo spoko (w sensie te w utworze), natomiast jeśli chodzi o resztę, to jest to na chłodne ok. Chipmunki wyjątkowo cringowo tu wyszły, ja generalnie nie odrzucam tego zabiegu na dzień dobry, ale tutaj zwyczajnie był to moment „ehhh”, bo reszta nawet dostarczała. Trochę momentami to zalatuje muzyką z Lidla, ale nieraz zdarzało mi się shazzamować podczas zakupów (wielokrotnie bez efektu, takie obskjury tam lecą), więc nie należy tego od razu traktować jako dojebki. Znam ten projekt z nazwy i tylko z nazwy. Na ten moment, dorzucę do tego tylko ten jeden kawałek, bez chęci poznawania więcej, ale jest ok. Chociaż gdyby nie było dzwoneczków, to nie wiem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
R.E.M. - Man On The Moon
Doskonale rozumiem Deva w tej kwestii, że przez lata się coś olewa a nawet nie lubi. A potem bez powodu nagle to coś zaskoczy. Rozumiem też, że to co jednemu wydaje się zarżniętym do porzygu przez stacje radiowe i telewizyjne numerem, dla kogoś innego może być wciąż czymś wielkim i wartym uwagi.
R.E.M. znam oczywiście od lat szkolnych. Znam na zasadzie – słyszałem single. Sam nic więcej nie sprawdziłem, bo nie czułem takiej potrzeby. Żaden z ich singli mi nie przeszkadzał, nie odrzucał, nigdy nie czułem do zespołu jakiejkolwiek niechęci. Jednocześnie nie byli mnie w stanie swoim brzmieniem zainteresować jakoś mocno. Ot jeden z wielu niezłych zespołów obecnych w świecie muzyki i tyle. I w sumie nadal tak jest. Nie jest powiedziane, że kiedyś mnie jeszcze nie zaskoczą. Na tę chwilę jednak uważam Man On The Moon za rzetelny singiel i tyle. Ani mniej, ani więcej. Loosing My Religion jednak lepsze.
Roxy Music - More Than This
Kiedyś Roxy Music potwornie nie lubiłem. W bestce pojawił się ten zespół już 2 razy i w sumie nie było już tak źle jak przed laty. Choć Ferry ma to do siebie, że albo śpiewa dla mnie akceptowalnie, albo totalnie wkurzająco. Tutaj jest po prostu ok. Jego wokal kompletnie mnie nie rusza, nie porywa, ale chociaż nie odrzuca tym razem. A co do reszty - utwór po prostu poprawny. Niby wszystko jest z nim w porządku, ale nie ma tu jednocześnie nic, co by mnie chwyciło. Ot rzetelne granie. Piosenkopisarstwo na przyzwoitym poziomie. Brzmienie ok i nic więcej. W sumie dla mnie nic, co by wyprzedzało swoje czasy. I nie wrócę tu już zapewne.
Voyeur - Space Voyage
Nigdy nie używałem żadnych algorytmów sugerujących treści muzyczne. Jak poszukuję jakiejś nowej muzyki to raczej robię to na piechotę. Najczęściej metodą klikania na chybił-trafił. Zapewne metoda Jacka jest bardziej wydajna i użyteczna. Tutaj udało mu się znaleźć kawałek całkiem fajnej nuty. Zgadzam się z Hienem w kwestii, że mogłoby to zaistnieć w edycji hipnotycznej Depeszwizji. Utwór z rodzaju tych, co to mogłyby lecieć i lecieć. Mam wręcz wrażenie, że Space Voyage jest zbyt krótkie.
Utwór ma bardzo fajny klimat, choć niekoniecznie kojarzy się z kosmosem. Ale nie szkodzi. Dobry bit, bas i perkusja jaką lubię. Spoko klawisze. Nie dzieje się może szczególnie dużo, ale kompletnie nie jest to żadnym minusem. Brzmienie jest po prostu na tyle dobre, że słuchałem z prawdziwą przyjemnością
Chairlift - Ghost Tonight
Caroline Polachek po wrzutkach bestkowo-depeszwizyjnych nawet próbowałem posłuchać. Bo czemu nie spróbować? Nie było źle, ale też nie na tyle dobrze, żebym został przy jej muzyce. Po prostu poprawnie z kilkoma może lepszymi momentami. Tutaj najpierw słuchałem, a dopiero potem czytałem opis. Od razu polubiłem ten wokal, który wydawał mi się jakiś znajomy. No i słusznie mi się tak wydawało jak widać. Caroline ma fajny głos. Momentami nawet bardzo fajny. Sam utwór zaś jest powiedzmy spoko. Linia melodyczna chwilami poprowadzona bardzo satysfakcjonująco. Aranżacja po prostu poprawna bez wpadek ale i bez jakichś szczególnie zapadających w pamięć elementów. Podsumowując – całkiem ładna piosenka. Ciar nie mam co prawda, ale słuchało mi się jednak przyjemnie.
Four Tet - Romantics
Zgadzam się, że to dobra nutka na obecną porę roku. Ja też na przełomie września i października lubię zwolnić muzycznie. Jest elektronicznie, nieśpiesznie, przyjemnie. No i te dzwonki. Lubię dzwonki, a te tutaj do złudzenia przypominają mi dzwonki z jednego utworu Bjork. Utworu, który bardzo lubię. Te dzwonki są na tyle podobne, że jestem gotów chwilami potraktować ten utwór wręcz jak instrumentalny remix piosenki Bjork. Za samo to lubię Romantics. Co do wiewiórek też mam z tym różnie. Czasami mnie potrafią strasznie drażnić. Czasami wręcz na odwrót. Tutaj raczej na plus. A już na pewno mi nie przeszkadzają. No i fajna końcówka na dodatek. Jest spoko.
Doskonale rozumiem Deva w tej kwestii, że przez lata się coś olewa a nawet nie lubi. A potem bez powodu nagle to coś zaskoczy. Rozumiem też, że to co jednemu wydaje się zarżniętym do porzygu przez stacje radiowe i telewizyjne numerem, dla kogoś innego może być wciąż czymś wielkim i wartym uwagi.
R.E.M. znam oczywiście od lat szkolnych. Znam na zasadzie – słyszałem single. Sam nic więcej nie sprawdziłem, bo nie czułem takiej potrzeby. Żaden z ich singli mi nie przeszkadzał, nie odrzucał, nigdy nie czułem do zespołu jakiejkolwiek niechęci. Jednocześnie nie byli mnie w stanie swoim brzmieniem zainteresować jakoś mocno. Ot jeden z wielu niezłych zespołów obecnych w świecie muzyki i tyle. I w sumie nadal tak jest. Nie jest powiedziane, że kiedyś mnie jeszcze nie zaskoczą. Na tę chwilę jednak uważam Man On The Moon za rzetelny singiel i tyle. Ani mniej, ani więcej. Loosing My Religion jednak lepsze.
Roxy Music - More Than This
Kiedyś Roxy Music potwornie nie lubiłem. W bestce pojawił się ten zespół już 2 razy i w sumie nie było już tak źle jak przed laty. Choć Ferry ma to do siebie, że albo śpiewa dla mnie akceptowalnie, albo totalnie wkurzająco. Tutaj jest po prostu ok. Jego wokal kompletnie mnie nie rusza, nie porywa, ale chociaż nie odrzuca tym razem. A co do reszty - utwór po prostu poprawny. Niby wszystko jest z nim w porządku, ale nie ma tu jednocześnie nic, co by mnie chwyciło. Ot rzetelne granie. Piosenkopisarstwo na przyzwoitym poziomie. Brzmienie ok i nic więcej. W sumie dla mnie nic, co by wyprzedzało swoje czasy. I nie wrócę tu już zapewne.
Voyeur - Space Voyage
Nigdy nie używałem żadnych algorytmów sugerujących treści muzyczne. Jak poszukuję jakiejś nowej muzyki to raczej robię to na piechotę. Najczęściej metodą klikania na chybił-trafił. Zapewne metoda Jacka jest bardziej wydajna i użyteczna. Tutaj udało mu się znaleźć kawałek całkiem fajnej nuty. Zgadzam się z Hienem w kwestii, że mogłoby to zaistnieć w edycji hipnotycznej Depeszwizji. Utwór z rodzaju tych, co to mogłyby lecieć i lecieć. Mam wręcz wrażenie, że Space Voyage jest zbyt krótkie.
Utwór ma bardzo fajny klimat, choć niekoniecznie kojarzy się z kosmosem. Ale nie szkodzi. Dobry bit, bas i perkusja jaką lubię. Spoko klawisze. Nie dzieje się może szczególnie dużo, ale kompletnie nie jest to żadnym minusem. Brzmienie jest po prostu na tyle dobre, że słuchałem z prawdziwą przyjemnością
Chairlift - Ghost Tonight
Caroline Polachek po wrzutkach bestkowo-depeszwizyjnych nawet próbowałem posłuchać. Bo czemu nie spróbować? Nie było źle, ale też nie na tyle dobrze, żebym został przy jej muzyce. Po prostu poprawnie z kilkoma może lepszymi momentami. Tutaj najpierw słuchałem, a dopiero potem czytałem opis. Od razu polubiłem ten wokal, który wydawał mi się jakiś znajomy. No i słusznie mi się tak wydawało jak widać. Caroline ma fajny głos. Momentami nawet bardzo fajny. Sam utwór zaś jest powiedzmy spoko. Linia melodyczna chwilami poprowadzona bardzo satysfakcjonująco. Aranżacja po prostu poprawna bez wpadek ale i bez jakichś szczególnie zapadających w pamięć elementów. Podsumowując – całkiem ładna piosenka. Ciar nie mam co prawda, ale słuchało mi się jednak przyjemnie.
Four Tet - Romantics
Zgadzam się, że to dobra nutka na obecną porę roku. Ja też na przełomie września i października lubię zwolnić muzycznie. Jest elektronicznie, nieśpiesznie, przyjemnie. No i te dzwonki. Lubię dzwonki, a te tutaj do złudzenia przypominają mi dzwonki z jednego utworu Bjork. Utworu, który bardzo lubię. Te dzwonki są na tyle podobne, że jestem gotów chwilami potraktować ten utwór wręcz jak instrumentalny remix piosenki Bjork. Za samo to lubię Romantics. Co do wiewiórek też mam z tym różnie. Czasami mnie potrafią strasznie drażnić. Czasami wręcz na odwrót. Tutaj raczej na plus. A już na pewno mi nie przeszkadzają. No i fajna końcówka na dodatek. Jest spoko.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Roxy Music - More Than This
Co mogę powiedzieć, moje okoliczności poznania tego kawałka były dokładnie takie same, jak te przedstawione przez Murzyńskiego. Vice City, jesień 2003 i 14-letni Musiał zasuwający po mieście bez celu, byle wirtualne słońce waliło w przednią szybę mojego pseudo-ferrari, kiepsko wyrenderowane dziewczęta o kanciastych walorach płynęły na wrotkach po ścieżkach wzdłuż plaży przy Ocean Drive... Wielokrotnie już wspominałem, jak to VC otworzyło mnie na ejtisy, więc powtarzać się nie będę. Ciekawe, że w RM wsiąknąłem jednak dopiero pod wpływem Briana Eno (wszak był ich klawiszowcem przez całe dwa albumy) i to dopiero późnym latem 2006. More Than This niezmiennie kojarzy mi się zarówno z klasykiem od Rockstara, jak i z tamtym wrześniem, druga licealna, empetrójeczka w kieszeni (legendarny i toporny niczym Zaporożec ZEN Micro), Ferry na wokalu, Manzanera na gitarze, gdzieś tam Mackay... ten numer jest doskonały, pięknie czilowy, po prostu piękny i to właśnie w wersji albumowej, gdzie outro się ciągnie i ciągnie, a w klawisze nie wtrynia się nagle Fernando Martinez (this is Emotion. 98.3). Zawsze będę się srogo podniecał More Than This, zaś cały Avalon w moim serduszku od przynajmniej 2007 roku. Złoty laur konsumenta <3
Voyeur - Space Voyage
Pozostając w temacie GTA... w piątkę grałem ostatnim razem w roku 2019, więc już dawno temu, a - co ciekawe - nigdy jej nie ukończyłem. Zostało mi dosłownie kilka misji z wątku głównego, ale po prostu... rozmyło się, nie siadło. Przyszła jesień i wrócił Skyrim. Tak czy inaczej - Murzyn, co tu dużo mówić, dostarcza. Mój vibe jest trochę podobny do tego, o czym pisze imć Jakub, tzn. nie chce mi się aż tak eksplorować świata muzyki we wszystkich jego głębinach, albowiem ten proces po prostu zabiera mnóstwo czasu. Ale mamy tę zabawę, mamy albumową, więc właściwie nawet styknie. Tutaj jest bardzo bujająco, bardzo przez to przyjemnie i - podobnie jak w przypadku Ferry'ego i ekipy - czilowo, choć w nieco inny sposób. Ja chyba po raz kolejny znalazłbym tu bardziej raczej wielokrotnie już przeze mnie przywoływane boazerie, duży pokój na piętrze lub w starym bloku, chłodne popołudnie i promienie słoneczne nieśmiało przebijające się przez na w poły zasłonięte okna. Lampy sodowe coraz ciężej mi sobie wyobrazić, w Warszawie właściwie przestały istnieć, w Łodzi w większości też, LEDy faktycznie oślepiają i potwornie zanieczyszczają światłem. Jest klimat, jest jesień, jest moc, lecimy tutaj. Propsy!
James Blake - Say What You Will
Oto James Blake po raz... dobra, ni cholery nie pamiętam który, bo gość mi mocno jednym uchem wpadał a drugim wypadał i nie będę nikogo próbował oszukać, tutaj najpewniej będzie podobnie... podobnie, ale niekoniecznie zrazu tak samo, albowiem coś się w tym numerze nawet wyróżnia, i jest to, nie wiem, refren chyba, powtarzania faza "say what you will" tym zdecydowanie wysokim głosem brzmi dobrze i jakoś mi zapada w głowę. Muzycznie choć trochę rozlaźle, to nadal... spoko nawet. Zrobiło się balladowo-smętnie i melancholijnie, czyli basically mamy dokładnie to, przed czym "ostrzegał" nas Wuja. Narzekać nie będę, wszak jesień za oknem i to już niemal w pełni (biorąc pod uwagę nagły drop temperatur do bliskich zeru z niemal trzydziestu stopni). Może ten przedłużony falsetowy jęk nie bardzo, ale tak poza tym... Na plus wyjątkowo ładne zakończenie z tymi smykami i w ogóle. Nie sądzę, abym nagle zapragnął gościa nie wiadomo jak eksplorować, ale tutaj po trzecim odsłuchu nawet nawet siadło. Czy jest to coś, czego szukam? Raczej nie, still trzyma poziom. Takie nie do przełączania w radio albo na playerze, jak się akurat wylosuje.
Chairlift - Ghost Tonight
W jakiś sposób mogę się podpisać pod mentosowymi słowami, tzn. jakim cudem dokładnie mi ten wykonawca zwiał sprzed oczu w momencie, w którym i ja sam gdzieś koło szeroko pojętego hipsterstwa się kręciłem. 2012 rok, przecież to się aż prosiło o odkrycie, a ja gdzieś tam kręciłem się w sąsiedztwie Soft Metals czy New Look, o których już dziś nikt nie pamięta... Faktycznie, czuć tamten czas i tamten vibe i w ogóle wszystko, Karolina... daje radę. Choć prawdę mówiąc to po czasie nawet Desire zaczęło u mnie zaklikiwać. Na minus może te wyjątkowo wysokie fragmenty śpiewane, albowiem jakoś mi się fałsze przez to przebijają, względnie słyszą ją już tylko nietoperze. Muza nawet przyjemna, nic bardzo skomplikowanego ale się wkręca i nóżka chodzi. Podobają mi się brzmienia klawiszy, jest to coś zdecydowanie w moim stylu. Może przycisnąć z okazji jesieni? Czuć w tym wszystkim fajny ejtisowy wajb, co jakoś często zdarza się w indietronicznych wrzutkach kol. Seby. Czytam na Wiki, że inspiracjami Polachek dla muzy na krążek, z którego pochodzi omawiana wrzuta były m.in. OMD czy Art of Noise, więc czuję się zachęcony. Nie jest to może poziom Austry jak na tamte czasy tamtego hipsterskiego grania, ale wciąż jest git <3
Four Tet - Romantics
Four Tet to gość którego "poznałem" przez Matthew Deara, albowiem zrobił mu jeden dość osobliwy remix na album, który poznałem jeszcze w 2012 (ain't this a surprise). Wtedy nie siadło, dopiero kilka lat później pod wpływem polecenia mi przez zioma innych jego rzeczy, bardziej autorskich, z czymś tam się zapoznałem. Dziś mam kilka jego numerów zalajkowanych na Spotify, do przynajmniej dwóch z nich wracam. Czy Romantics będzie jednym z nich w przyszłości? Trudno powiedzieć, ale wykluczyć się tego nie da. Wszak już na pierwszy rzut ucha można usłyszeć, iż są tutaj rzeczy, które mi się podobają, i te dzwoneczki, i klawisze w tle, i te wokalizy... znów tzw. złota jesień, chłodek, parczek, może Julianowski w Mieście Łodzi, i vibe i chill, zupełnie jak w przypadku wrzuty Kuby czy Murzyna (ale na inny sposób). Od trzeciej minuty wszystko się co prawda intensyfikuje trochę za bardzo, ale na taką aurę za oknem wolę tego typu ścianę dźwięku, niż np. Swans, tak więc pozostanę w pozycji "zachwyty". Zwłaszcza, że potem się to nagle urywa i mamy powrót do prostego bitu i pozytywki w tle. A jeśli chodzi o spowolenie życia... nie mam absolutnie nic przeciwko. Dragon dostarczył, senkju <3
Co mogę powiedzieć, moje okoliczności poznania tego kawałka były dokładnie takie same, jak te przedstawione przez Murzyńskiego. Vice City, jesień 2003 i 14-letni Musiał zasuwający po mieście bez celu, byle wirtualne słońce waliło w przednią szybę mojego pseudo-ferrari, kiepsko wyrenderowane dziewczęta o kanciastych walorach płynęły na wrotkach po ścieżkach wzdłuż plaży przy Ocean Drive... Wielokrotnie już wspominałem, jak to VC otworzyło mnie na ejtisy, więc powtarzać się nie będę. Ciekawe, że w RM wsiąknąłem jednak dopiero pod wpływem Briana Eno (wszak był ich klawiszowcem przez całe dwa albumy) i to dopiero późnym latem 2006. More Than This niezmiennie kojarzy mi się zarówno z klasykiem od Rockstara, jak i z tamtym wrześniem, druga licealna, empetrójeczka w kieszeni (legendarny i toporny niczym Zaporożec ZEN Micro), Ferry na wokalu, Manzanera na gitarze, gdzieś tam Mackay... ten numer jest doskonały, pięknie czilowy, po prostu piękny i to właśnie w wersji albumowej, gdzie outro się ciągnie i ciągnie, a w klawisze nie wtrynia się nagle Fernando Martinez (this is Emotion. 98.3). Zawsze będę się srogo podniecał More Than This, zaś cały Avalon w moim serduszku od przynajmniej 2007 roku. Złoty laur konsumenta <3
Voyeur - Space Voyage
Pozostając w temacie GTA... w piątkę grałem ostatnim razem w roku 2019, więc już dawno temu, a - co ciekawe - nigdy jej nie ukończyłem. Zostało mi dosłownie kilka misji z wątku głównego, ale po prostu... rozmyło się, nie siadło. Przyszła jesień i wrócił Skyrim. Tak czy inaczej - Murzyn, co tu dużo mówić, dostarcza. Mój vibe jest trochę podobny do tego, o czym pisze imć Jakub, tzn. nie chce mi się aż tak eksplorować świata muzyki we wszystkich jego głębinach, albowiem ten proces po prostu zabiera mnóstwo czasu. Ale mamy tę zabawę, mamy albumową, więc właściwie nawet styknie. Tutaj jest bardzo bujająco, bardzo przez to przyjemnie i - podobnie jak w przypadku Ferry'ego i ekipy - czilowo, choć w nieco inny sposób. Ja chyba po raz kolejny znalazłbym tu bardziej raczej wielokrotnie już przeze mnie przywoływane boazerie, duży pokój na piętrze lub w starym bloku, chłodne popołudnie i promienie słoneczne nieśmiało przebijające się przez na w poły zasłonięte okna. Lampy sodowe coraz ciężej mi sobie wyobrazić, w Warszawie właściwie przestały istnieć, w Łodzi w większości też, LEDy faktycznie oślepiają i potwornie zanieczyszczają światłem. Jest klimat, jest jesień, jest moc, lecimy tutaj. Propsy!
James Blake - Say What You Will
Oto James Blake po raz... dobra, ni cholery nie pamiętam który, bo gość mi mocno jednym uchem wpadał a drugim wypadał i nie będę nikogo próbował oszukać, tutaj najpewniej będzie podobnie... podobnie, ale niekoniecznie zrazu tak samo, albowiem coś się w tym numerze nawet wyróżnia, i jest to, nie wiem, refren chyba, powtarzania faza "say what you will" tym zdecydowanie wysokim głosem brzmi dobrze i jakoś mi zapada w głowę. Muzycznie choć trochę rozlaźle, to nadal... spoko nawet. Zrobiło się balladowo-smętnie i melancholijnie, czyli basically mamy dokładnie to, przed czym "ostrzegał" nas Wuja. Narzekać nie będę, wszak jesień za oknem i to już niemal w pełni (biorąc pod uwagę nagły drop temperatur do bliskich zeru z niemal trzydziestu stopni). Może ten przedłużony falsetowy jęk nie bardzo, ale tak poza tym... Na plus wyjątkowo ładne zakończenie z tymi smykami i w ogóle. Nie sądzę, abym nagle zapragnął gościa nie wiadomo jak eksplorować, ale tutaj po trzecim odsłuchu nawet nawet siadło. Czy jest to coś, czego szukam? Raczej nie, still trzyma poziom. Takie nie do przełączania w radio albo na playerze, jak się akurat wylosuje.
Chairlift - Ghost Tonight
W jakiś sposób mogę się podpisać pod mentosowymi słowami, tzn. jakim cudem dokładnie mi ten wykonawca zwiał sprzed oczu w momencie, w którym i ja sam gdzieś koło szeroko pojętego hipsterstwa się kręciłem. 2012 rok, przecież to się aż prosiło o odkrycie, a ja gdzieś tam kręciłem się w sąsiedztwie Soft Metals czy New Look, o których już dziś nikt nie pamięta... Faktycznie, czuć tamten czas i tamten vibe i w ogóle wszystko, Karolina... daje radę. Choć prawdę mówiąc to po czasie nawet Desire zaczęło u mnie zaklikiwać. Na minus może te wyjątkowo wysokie fragmenty śpiewane, albowiem jakoś mi się fałsze przez to przebijają, względnie słyszą ją już tylko nietoperze. Muza nawet przyjemna, nic bardzo skomplikowanego ale się wkręca i nóżka chodzi. Podobają mi się brzmienia klawiszy, jest to coś zdecydowanie w moim stylu. Może przycisnąć z okazji jesieni? Czuć w tym wszystkim fajny ejtisowy wajb, co jakoś często zdarza się w indietronicznych wrzutkach kol. Seby. Czytam na Wiki, że inspiracjami Polachek dla muzy na krążek, z którego pochodzi omawiana wrzuta były m.in. OMD czy Art of Noise, więc czuję się zachęcony. Nie jest to może poziom Austry jak na tamte czasy tamtego hipsterskiego grania, ale wciąż jest git <3
Four Tet - Romantics
Four Tet to gość którego "poznałem" przez Matthew Deara, albowiem zrobił mu jeden dość osobliwy remix na album, który poznałem jeszcze w 2012 (ain't this a surprise). Wtedy nie siadło, dopiero kilka lat później pod wpływem polecenia mi przez zioma innych jego rzeczy, bardziej autorskich, z czymś tam się zapoznałem. Dziś mam kilka jego numerów zalajkowanych na Spotify, do przynajmniej dwóch z nich wracam. Czy Romantics będzie jednym z nich w przyszłości? Trudno powiedzieć, ale wykluczyć się tego nie da. Wszak już na pierwszy rzut ucha można usłyszeć, iż są tutaj rzeczy, które mi się podobają, i te dzwoneczki, i klawisze w tle, i te wokalizy... znów tzw. złota jesień, chłodek, parczek, może Julianowski w Mieście Łodzi, i vibe i chill, zupełnie jak w przypadku wrzuty Kuby czy Murzyna (ale na inny sposób). Od trzeciej minuty wszystko się co prawda intensyfikuje trochę za bardzo, ale na taką aurę za oknem wolę tego typu ścianę dźwięku, niż np. Swans, tak więc pozostanę w pozycji "zachwyty". Zwłaszcza, że potem się to nagle urywa i mamy powrót do prostego bitu i pozytywki w tle. A jeśli chodzi o spowolenie życia... nie mam absolutnie nic przeciwko. Dragon dostarczył, senkju <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
R.E.M. Man On The Moon
Czuć jesienią aż miło, gdy nawet Adrian zarzuca pełnoprawnymi munlupizmami. Mojego stosunku do REM nie nazwałbym love-hate, raczej większa-mniejsza obojętność. Wspominane dwa najpopularniejsze kawałki znam i nigdy nie wzbudziły większego skupienia na ich muzyce. Podrzucany jest takim endżojem, że oczywiście kompletnie go nie znałem do tej pory. Solidny standard pop rockowego granka z wyraźnie amerykańskimi akcentami. Tego stylu grania nie da się podrobić czy przeszczepić 1:1 gdzie indziej. Elvisowskie zaśpiewy... trochę ich za dużo. Refren nieźle niesie, ma charakter, jest naprawdę przyjemny. Wyróżnia się jako całość bez szczególnie wybijających elementów. Wciąż nie umiem siebie wyobrazić w charakterze poważniejszego słuchania ichniejszego grania, ale coś mi mówi, że prędzej czy później spotkamy się jeszcze na forumowej drodze na dłuższym dystansie. Sympatyczny początek.
Roxy Music More Than This
Avalon głupio nie znać, szczerze. Kawałek pięknie wyciosanego grania między przesadną słodyczą osiemdziesiątych i dystynkcją wcześniejszej dekady. Nie ukrywam, performanse Ferry'ego w młodości były dla mnie lekko przerażające. Myślałem też, że jest znacznie starszy, a to "tylko i aż" specyficzna ekspresja. Pierwsze kontakty to zarówno programy ze starą muzyką w TiVi, jak również wielokrotnie wspominane przy innych okazjach GTA Vice City. Może Hien ma rację z ponadczasowością. Dla mnie jednak brzmieniowo wyjątkowo mocno osadzone w swoim czasie. Pisarstwo co innego, aranżacja co innego. Żadna wada, ba, wręcz dodatkowy pozytyw. Idealny balans, przyjemnie oszczędne solóweczki, gęste synthy w nieoczywisty sposób wyłażące w wielu momentach. Razem z charyzmą Pana Bryana jest po prostu absolutna moc. Tak dobre, że sam z siebie musiałem sprawdzić całą płytę i wcale to nie było rok czy dwa lata temu. Złoto.
Voyeur Space Voyage
Każdy ma prawo do mniejszego czy większego dziadowania. Wykorzystam swoją kartę do ponarzekania na algorytmy. Doceniam aspekt poznawczy, możliwość szybkiego kontaktu z czymś nowym, nawet dzięki pewnym sieciom skojarzeń, ale jednak nie ma w tym mitycznej DUSZY do końca. Szczególnie w najnowszej odsłonie technologicznych pomocy. Tasiemce playlist z muzycznymi miniaturkami, tysiące płyt na YT, których nigdy nie przesłuchasz, niekończące się streamingi muzyki na żywo, aplikacje do "autorskiego" tworzenia muzaka. Jak u Buszewicza, za dużo wszystkiego. Koniec końców chodzi o skończoną liczbę wyborów, możliwości poznania, i tak dalej. Pod tym względem RYM mi kompletnie nie wadzi. Są wyspecjalizowane nerdy, często fabularny lub po prostu chronologiczny porządek. Korci wpaść w niekończącą się potrzebie szukania, ale ginie w tym sens i zdolność uczciwego objęcia rozumem. Staram się walczyć z tymi ciągotami. Gadu gadu, a poza tym Jacek wrzuca przyjemnego house'owego umilacza czasu. Bas gra głęboko, klawiszowa pętla nadaje nocnego klimatu, manipulacje na pierwszym planie wchodzą bez większego zaangażowania. Lekko i bez spięcia. Outro z samych bębnów satysfakcjonujące. Taki grzeczny Skalpel trochę heh Z depeszowych skojarzeń to do głowy przychodzi co najwyżej Slowblow... słuchałem wrzutki albumowej i widzę, że Mudżyn zmierza w dobrym kierunku o tej porze roku!
James Blake Say What You Will
Wyczerpujący przykład muzyki godnej wykorzystania w serialowej produkcji jednej z obecnie dominujących na rynku platform. Oszczędnie zbudowana balladka z kilkoma sprawnie zapakowanymi patentami (chórki, clapy, takie stonowane brzmienie klawiszy). Nawet Blake wyjątkowo nie brzmi tak samo, jak zwykle (do tej pory w moich kontaktach), tylko bardziej ciągnie w stronę reszty wykonawców r&b rzeczy. Po acapella dłużyźnie najciekawszy aranżacyjnie fragment, końcówka już jest naprawdę spoko. Reszta średnio na jeża.
Chairlift Ghost Tonight
O, wreszcie znam muzyczne korzenie Polaczkowej! Tego zrywu popularności nie mogłem do końca zrozumieć, teraz jest jakby jaśniej. Nie lubię całych tych ołołoło, ułułułu, la la la. Za dużo surówki, za mało mięsa. Synthy brzmią soczyście, dajcie ich wincyj. Polaczkowa wykonuje niezłą melodię, ale też bez czegoś jeszcze więcej. Muzyczny ekwiwalent stania za winklem. Brakuje konkretów wszędzie xD To, co mamy, jest naprawdę SYMPATYCZNE i to tyle. Dołożyć basu, klawiszy, jeszcze mocniejszego wokalu i nawet bym sobie to zapisał na dłużej. Jak szybko wyskakują z kulminacją, tak nagle kawałek w ogóle się kończy. Całkiem dobre, ale nie mam niedosytu. Magdalena Bay to w sumie druga strona skali, tam dzieje się DUŻO. Tutaj bardziej energia supportu dla Depeche Mode (i to bez urazy!), choć wówczas Chvrches byli lepsi.
Czuć jesienią aż miło, gdy nawet Adrian zarzuca pełnoprawnymi munlupizmami. Mojego stosunku do REM nie nazwałbym love-hate, raczej większa-mniejsza obojętność. Wspominane dwa najpopularniejsze kawałki znam i nigdy nie wzbudziły większego skupienia na ich muzyce. Podrzucany jest takim endżojem, że oczywiście kompletnie go nie znałem do tej pory. Solidny standard pop rockowego granka z wyraźnie amerykańskimi akcentami. Tego stylu grania nie da się podrobić czy przeszczepić 1:1 gdzie indziej. Elvisowskie zaśpiewy... trochę ich za dużo. Refren nieźle niesie, ma charakter, jest naprawdę przyjemny. Wyróżnia się jako całość bez szczególnie wybijających elementów. Wciąż nie umiem siebie wyobrazić w charakterze poważniejszego słuchania ichniejszego grania, ale coś mi mówi, że prędzej czy później spotkamy się jeszcze na forumowej drodze na dłuższym dystansie. Sympatyczny początek.
Roxy Music More Than This
Avalon głupio nie znać, szczerze. Kawałek pięknie wyciosanego grania między przesadną słodyczą osiemdziesiątych i dystynkcją wcześniejszej dekady. Nie ukrywam, performanse Ferry'ego w młodości były dla mnie lekko przerażające. Myślałem też, że jest znacznie starszy, a to "tylko i aż" specyficzna ekspresja. Pierwsze kontakty to zarówno programy ze starą muzyką w TiVi, jak również wielokrotnie wspominane przy innych okazjach GTA Vice City. Może Hien ma rację z ponadczasowością. Dla mnie jednak brzmieniowo wyjątkowo mocno osadzone w swoim czasie. Pisarstwo co innego, aranżacja co innego. Żadna wada, ba, wręcz dodatkowy pozytyw. Idealny balans, przyjemnie oszczędne solóweczki, gęste synthy w nieoczywisty sposób wyłażące w wielu momentach. Razem z charyzmą Pana Bryana jest po prostu absolutna moc. Tak dobre, że sam z siebie musiałem sprawdzić całą płytę i wcale to nie było rok czy dwa lata temu. Złoto.
Voyeur Space Voyage
Każdy ma prawo do mniejszego czy większego dziadowania. Wykorzystam swoją kartę do ponarzekania na algorytmy. Doceniam aspekt poznawczy, możliwość szybkiego kontaktu z czymś nowym, nawet dzięki pewnym sieciom skojarzeń, ale jednak nie ma w tym mitycznej DUSZY do końca. Szczególnie w najnowszej odsłonie technologicznych pomocy. Tasiemce playlist z muzycznymi miniaturkami, tysiące płyt na YT, których nigdy nie przesłuchasz, niekończące się streamingi muzyki na żywo, aplikacje do "autorskiego" tworzenia muzaka. Jak u Buszewicza, za dużo wszystkiego. Koniec końców chodzi o skończoną liczbę wyborów, możliwości poznania, i tak dalej. Pod tym względem RYM mi kompletnie nie wadzi. Są wyspecjalizowane nerdy, często fabularny lub po prostu chronologiczny porządek. Korci wpaść w niekończącą się potrzebie szukania, ale ginie w tym sens i zdolność uczciwego objęcia rozumem. Staram się walczyć z tymi ciągotami. Gadu gadu, a poza tym Jacek wrzuca przyjemnego house'owego umilacza czasu. Bas gra głęboko, klawiszowa pętla nadaje nocnego klimatu, manipulacje na pierwszym planie wchodzą bez większego zaangażowania. Lekko i bez spięcia. Outro z samych bębnów satysfakcjonujące. Taki grzeczny Skalpel trochę heh Z depeszowych skojarzeń to do głowy przychodzi co najwyżej Slowblow... słuchałem wrzutki albumowej i widzę, że Mudżyn zmierza w dobrym kierunku o tej porze roku!
James Blake Say What You Will
Wyczerpujący przykład muzyki godnej wykorzystania w serialowej produkcji jednej z obecnie dominujących na rynku platform. Oszczędnie zbudowana balladka z kilkoma sprawnie zapakowanymi patentami (chórki, clapy, takie stonowane brzmienie klawiszy). Nawet Blake wyjątkowo nie brzmi tak samo, jak zwykle (do tej pory w moich kontaktach), tylko bardziej ciągnie w stronę reszty wykonawców r&b rzeczy. Po acapella dłużyźnie najciekawszy aranżacyjnie fragment, końcówka już jest naprawdę spoko. Reszta średnio na jeża.
Chairlift Ghost Tonight
O, wreszcie znam muzyczne korzenie Polaczkowej! Tego zrywu popularności nie mogłem do końca zrozumieć, teraz jest jakby jaśniej. Nie lubię całych tych ołołoło, ułułułu, la la la. Za dużo surówki, za mało mięsa. Synthy brzmią soczyście, dajcie ich wincyj. Polaczkowa wykonuje niezłą melodię, ale też bez czegoś jeszcze więcej. Muzyczny ekwiwalent stania za winklem. Brakuje konkretów wszędzie xD To, co mamy, jest naprawdę SYMPATYCZNE i to tyle. Dołożyć basu, klawiszy, jeszcze mocniejszego wokalu i nawet bym sobie to zapisał na dłużej. Jak szybko wyskakują z kulminacją, tak nagle kawałek w ogóle się kończy. Całkiem dobre, ale nie mam niedosytu. Magdalena Bay to w sumie druga strona skali, tam dzieje się DUŻO. Tutaj bardziej energia supportu dla Depeche Mode (i to bez urazy!), choć wówczas Chvrches byli lepsi.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
R.E.M. - Man on the Moon
Cóż, jeśli chodzi o R.E.M. to jestem osobiście pod ich aspektem może nie tyle jaroszem, co po prostu uważam, że to ten zespół, w którego przypadku najbardziej interesują mnie największe przeboje (tak, wiem), nawet jeśli niektore są ograne do bólu. W sumie to ten zespół bardziej mi się kojarzy z takim jednym ziomkiem, którego znałem od podstawówki i który na pewnym etapie życia w okolicach 2012 roku postanowił pod wpływem nie pamiętam sam czego zostać ich fanem. Chłop, co nawet za bardzo muzyką się nie interesował, nagle ściągnął całą ich dyskografię, zaczął opowiadać o geniuszu Stipe'a itd. i w ogóle śmieszna sprawa.
Nie wiem czy nadal ich słucha, bo kontakt się urwał, a faza przeszła mu w miarę szybko, ale ja wróciłem do tej piosenki po latach niesłuchania i zdania nie zmieniłem - jak była dobra, tak jest. Tak samo jak film, co to którego Musiał nie pamięta. Nie znam szczególnie dobrze biografii Kaufmana i nie chcę tutaj palnąć faux pa, ale na jego podstawie mam wrażenie, że to był edgy żartowniś o gołębim sercu oraz z nieszablonowym podejście do komedii i wiem, że zabrzmi to kretyńsko, ale Stypie i spółce udało się to tutaj oddać. Świetna wrzuta.
Roxy Music – More Than This
Wszyscy o tym GTA i GTA, to chociaż ja tu napiszę, że w sumie bardziej niż z grą o kradzieży samochodów to mi się ta piosenka kojarzy z filmem Lost in Translation. Który to polecam, choćby z racji tego, że jedna z nielicznych okazji, by usłyszeć My Bloody Valentine w filmie ze Scarlett Johannson, a przy okazji Bill Murray jest tam Billem Murray'em i to powinno wystarczyć samo w sobie jako rekomendację. Ciężko pisać o takich klasykach, bo ciężko mi pisać o Roxy Music bez używania górnolotnych i egzaltowanych określeń. Nie lubię tego, ale czasem trzeba. Nic nie poradzę na to, że ten zespół jest ELEGANCKI oraz WIELKI i tutaj jak najbardziej to słychać. Kolejna bdb wrzuta.
Voyeur - Space Voyage
Teraz będzie już łatwiej, bo wjeżdzają rzeczy, których nie znam. Przyznaję, że nie zwróciłem uwagi na to, że w 2016 YT swoje poprawił algorytmy rekomendacji, ale może i coś w tym jest na rzeczy. Jako użytkownik YT music mogę potwierdzić, że nadal działają nieźle (w przeciwieństwie do wyszukiwarki, która sprawiła, że po latach użytkowania zacząłem szukać alternatyw). Co do instrumentali DM nic mi do głowy nie przychodzi, generalnie jedna z tych rzeczy, co po prostu BUJAJĄ, mają fajną linie basu i generalnie fajnie się tego by słuchało wieczorową porą w zaciemnionym pokoju przy lampie lawie. Nie pytajcie dlaczego lampa lawa przyszła mi do głowy jako pierwsza rzecz - ja tak po prostu działam. Jako jesieniara bardzo lubię takie wieczory i takie wrzuty też. Znowu props.
James Blake - Say What You Will
Chciałem napisać coś w stylu, że Blake dla Shodana to ktoś pokroju Vegi dla mnie 1,5 roku temu, czy Fishmans dla Hiena X lat temu, ale tak patrzę i nawet nie jest w top 10 jego lasta, więc to pewnie takie wrażenie wywołane jego nadobecnością w zabawach rozlicznych. Ja tam chłopa lubię, miło wspominam jego wczesne rzeczy, późniejsze słucham głównie tutaj, ale zazwyczaj to co tu się pojawia jest niezłe lub dobre. Ta wrzuta jest okej, niby chciałbym rzec, że nie do końca z mojej bajki, bo faktycznie kojarzy z popularnym serialem jak to ktoś napisał, ale z drugiej - dobrze mi się tego słucha i rozumiem, że ktoś mógłby się przy tym wzruszyc i komuś może się to podobać.
Four Tet - Romantics
Kurde, skądś kojarzę nazwę Four Tet, ale nie wiem skąd i nawet nie wiem czy ja to gdzieś słyszałem, czy nie. Mniejsza z moją porażającą znajomością tego projektu muzycznego - propozycja Roberta bardzo mi się podoba. Lubię taką chilloutowo-ambientowo-dreampopową elektronikę, a to sprawny reprezentant tego nurtu, który wymyśliłem na potrzeby tej recenzji. Przyznam, że na początku miałem może nie zgrzyt, a dysonans, bo jest tu parę "dziwnych" sampli, jak chociażby ten z głównym motywem czy odgłos brzmiący jak kasa fiskalna, ale to nie jest tak, że mi to przeszkadza, a właściwie to wręcz przeciwnie - tworzą ciekawą, oniryczną aurę. prostytutka, fajne to. Może sobie sprawdzę przy stukaniu w klawiaturę w pracy, gdy nie będę słuchać akurat Tetryków.
Wspaniała kolejka moi mili.
Cóż, jeśli chodzi o R.E.M. to jestem osobiście pod ich aspektem może nie tyle jaroszem, co po prostu uważam, że to ten zespół, w którego przypadku najbardziej interesują mnie największe przeboje (tak, wiem), nawet jeśli niektore są ograne do bólu. W sumie to ten zespół bardziej mi się kojarzy z takim jednym ziomkiem, którego znałem od podstawówki i który na pewnym etapie życia w okolicach 2012 roku postanowił pod wpływem nie pamiętam sam czego zostać ich fanem. Chłop, co nawet za bardzo muzyką się nie interesował, nagle ściągnął całą ich dyskografię, zaczął opowiadać o geniuszu Stipe'a itd. i w ogóle śmieszna sprawa.
Nie wiem czy nadal ich słucha, bo kontakt się urwał, a faza przeszła mu w miarę szybko, ale ja wróciłem do tej piosenki po latach niesłuchania i zdania nie zmieniłem - jak była dobra, tak jest. Tak samo jak film, co to którego Musiał nie pamięta. Nie znam szczególnie dobrze biografii Kaufmana i nie chcę tutaj palnąć faux pa, ale na jego podstawie mam wrażenie, że to był edgy żartowniś o gołębim sercu oraz z nieszablonowym podejście do komedii i wiem, że zabrzmi to kretyńsko, ale Stypie i spółce udało się to tutaj oddać. Świetna wrzuta.
Roxy Music – More Than This
Wszyscy o tym GTA i GTA, to chociaż ja tu napiszę, że w sumie bardziej niż z grą o kradzieży samochodów to mi się ta piosenka kojarzy z filmem Lost in Translation. Który to polecam, choćby z racji tego, że jedna z nielicznych okazji, by usłyszeć My Bloody Valentine w filmie ze Scarlett Johannson, a przy okazji Bill Murray jest tam Billem Murray'em i to powinno wystarczyć samo w sobie jako rekomendację. Ciężko pisać o takich klasykach, bo ciężko mi pisać o Roxy Music bez używania górnolotnych i egzaltowanych określeń. Nie lubię tego, ale czasem trzeba. Nic nie poradzę na to, że ten zespół jest ELEGANCKI oraz WIELKI i tutaj jak najbardziej to słychać. Kolejna bdb wrzuta.
Voyeur - Space Voyage
Teraz będzie już łatwiej, bo wjeżdzają rzeczy, których nie znam. Przyznaję, że nie zwróciłem uwagi na to, że w 2016 YT swoje poprawił algorytmy rekomendacji, ale może i coś w tym jest na rzeczy. Jako użytkownik YT music mogę potwierdzić, że nadal działają nieźle (w przeciwieństwie do wyszukiwarki, która sprawiła, że po latach użytkowania zacząłem szukać alternatyw). Co do instrumentali DM nic mi do głowy nie przychodzi, generalnie jedna z tych rzeczy, co po prostu BUJAJĄ, mają fajną linie basu i generalnie fajnie się tego by słuchało wieczorową porą w zaciemnionym pokoju przy lampie lawie. Nie pytajcie dlaczego lampa lawa przyszła mi do głowy jako pierwsza rzecz - ja tak po prostu działam. Jako jesieniara bardzo lubię takie wieczory i takie wrzuty też. Znowu props.
James Blake - Say What You Will
Chciałem napisać coś w stylu, że Blake dla Shodana to ktoś pokroju Vegi dla mnie 1,5 roku temu, czy Fishmans dla Hiena X lat temu, ale tak patrzę i nawet nie jest w top 10 jego lasta, więc to pewnie takie wrażenie wywołane jego nadobecnością w zabawach rozlicznych. Ja tam chłopa lubię, miło wspominam jego wczesne rzeczy, późniejsze słucham głównie tutaj, ale zazwyczaj to co tu się pojawia jest niezłe lub dobre. Ta wrzuta jest okej, niby chciałbym rzec, że nie do końca z mojej bajki, bo faktycznie kojarzy z popularnym serialem jak to ktoś napisał, ale z drugiej - dobrze mi się tego słucha i rozumiem, że ktoś mógłby się przy tym wzruszyc i komuś może się to podobać.
Four Tet - Romantics
Kurde, skądś kojarzę nazwę Four Tet, ale nie wiem skąd i nawet nie wiem czy ja to gdzieś słyszałem, czy nie. Mniejsza z moją porażającą znajomością tego projektu muzycznego - propozycja Roberta bardzo mi się podoba. Lubię taką chilloutowo-ambientowo-dreampopową elektronikę, a to sprawny reprezentant tego nurtu, który wymyśliłem na potrzeby tej recenzji. Przyznam, że na początku miałem może nie zgrzyt, a dysonans, bo jest tu parę "dziwnych" sampli, jak chociażby ten z głównym motywem czy odgłos brzmiący jak kasa fiskalna, ale to nie jest tak, że mi to przeszkadza, a właściwie to wręcz przeciwnie - tworzą ciekawą, oniryczną aurę. prostytutka, fajne to. Może sobie sprawdzę przy stukaniu w klawiaturę w pracy, gdy nie będę słuchać akurat Tetryków.
Wspaniała kolejka moi mili.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To jak coś to w sumie tylko Dragon coś tam napomknął o Slowblow i właśnie o tym numerze myślałem że kojarzy mi się ze Space Voyage. Lecimy z nową kolejką.
Kllo - Sense
(2016)
Kllo (czyt. KLOŁ) poznałem najprawdopodobniej za sprawą wydającej ich wytwórni Ghostly International, w której to wydawał również niejaki Dabrye, producent którego jeden z kawałków oczywiście znajdował się w GTA V. Muzyka Dabrye akurat nijak się ma do Kllo bo on tworzył bardziej mroczne produkcje w stylu Machinedruma czy Flying Lotusa a Kllo to indie popowy duet z Melbourne, a więc znowu Australia (chociaż tbh dopiero teraz to doczytałem, wcześniej myślałem że są z Jueseju).
W każdym bądź razie we wrześniu 2016 roku ukazał się wideoklip do utworu Sense który miał fajny lo-fi vibe i podbijał smuteczkowy vibe tego kawałka. Jest to spokojny numer oparty o taki downtempo bicik z pianinkową pętla brzmiący mocno w stylu tej muzy z playlist "lo-fi beats to study". Z miejsca urzekła mnie ta fraza "I don't know... touch, I don't know... touch" z wstępu i z refrenu i jako że w tamtym czasie panowała w moim życiu pustka to relowałem z tą taką tęsknotą za drugim człowiekiem, za kimś bliskim, za najprostszym dotykiem nawet. Od rozmaitych burzy uczuciowych w moim życiu minęło już trochę czasu, emocje ostygły ale ja wręcz zastygłem w środku, znieczuliłem się, to był czas kiedy miałem już takie poczucie że najlepsze w życiu już za mną i nic już więcej się nie wydarzy. Sense muzycznie oddawało zarówno ten spokój jaki wtedy zapanował jak i to smuteczkowanie które było takie... na chłodno, takie myśli że było fajnie, znów jest chujoza no i trudno, tak pewnie już będzie. Dla mnie to po prostu ładny, spokojny numer o tej ciszy w życiu, o tym czasie spędzonym samemu ze sobą.
https://youtu.be/M8JV0unBAVw?si=DJElIx2zN60swgOR
Kllo - Sense
(2016)
Kllo (czyt. KLOŁ) poznałem najprawdopodobniej za sprawą wydającej ich wytwórni Ghostly International, w której to wydawał również niejaki Dabrye, producent którego jeden z kawałków oczywiście znajdował się w GTA V. Muzyka Dabrye akurat nijak się ma do Kllo bo on tworzył bardziej mroczne produkcje w stylu Machinedruma czy Flying Lotusa a Kllo to indie popowy duet z Melbourne, a więc znowu Australia (chociaż tbh dopiero teraz to doczytałem, wcześniej myślałem że są z Jueseju).
W każdym bądź razie we wrześniu 2016 roku ukazał się wideoklip do utworu Sense który miał fajny lo-fi vibe i podbijał smuteczkowy vibe tego kawałka. Jest to spokojny numer oparty o taki downtempo bicik z pianinkową pętla brzmiący mocno w stylu tej muzy z playlist "lo-fi beats to study". Z miejsca urzekła mnie ta fraza "I don't know... touch, I don't know... touch" z wstępu i z refrenu i jako że w tamtym czasie panowała w moim życiu pustka to relowałem z tą taką tęsknotą za drugim człowiekiem, za kimś bliskim, za najprostszym dotykiem nawet. Od rozmaitych burzy uczuciowych w moim życiu minęło już trochę czasu, emocje ostygły ale ja wręcz zastygłem w środku, znieczuliłem się, to był czas kiedy miałem już takie poczucie że najlepsze w życiu już za mną i nic już więcej się nie wydarzy. Sense muzycznie oddawało zarówno ten spokój jaki wtedy zapanował jak i to smuteczkowanie które było takie... na chłodno, takie myśli że było fajnie, znów jest chujoza no i trudno, tak pewnie już będzie. Dla mnie to po prostu ładny, spokojny numer o tej ciszy w życiu, o tym czasie spędzonym samemu ze sobą.
https://youtu.be/M8JV0unBAVw?si=DJElIx2zN60swgOR
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Contemporary Noise Quintet – Million Faces
Contemporary Noise Sextet poznałem kiedy byłem na studiach, to było reko znajomego, który co jakiś czas podrzucał mi różne rzeczy koncertowe. Ostatecznie, CNS okazał się być dla mnie takim ‘go to’ zespołem jazzowym, na którego koncerty chodziłem w tamtym czasie (a byłem tylko na dwóch, więc tego wychodzenia też nie było za dużo). Panowie występowali w Łodzi Kaliskiej, lokalu w naszym mieście kultowym (pojawia się, między innymi, w „Alei Gówniarzy”), małym, ale jak najbardziej odpowiednim na tego typu koncerty. Jeden kawałek, który od razu mnie kupił, był przedstawiany jako ten, który powstał kiedy dinozaury chodziły po Ziemi, i to jest właśnie „Million Faces”, wydany jeszcze kiedy zespół był kwintetem, na debiutanckiej płycie.
O ile nazwa Contemporary Noise Quartet/Quintet/Sextet/Ensamble (aktualnie znowu Sextet) może nic nikomu nie mówić, tak już Something Like Elvis powinno. Bracia Kuba i Bartek Kapsa, przewodzili temu zespołowi, i kiedy to się rozpadło, założyli CNS. Razem z nimi, zebrała się grupa utalentowanych muzyków, którzy niekoniecznie mieli jazzowy background, ale jednocześnie odnaleźli się w tym idealnie (Kamil Pater, był wcześniej muzykiem sesyjnym na płytach popowych, a Tomasz Głazik grał w Kulcie). Stałem się mega fanem tego zespołu, ale niestety zaraz po trasie w 2012 r., rozeszli się. W 2022 r., bracia Kapsa zeszli się jako Contemporary Noise Ensamble i nagrali album, który nie miał nic wspólnego z jazze, po czym pojechali w trasę jako duo. Na tamtym etapie, mówiło się, że powrót klasycznego CNS-a nie jest już raczej możliwe, ale to się zmieniło i zespół wrócił (z odrobinę innym składem, dwie osoby z sześciu). W czerwcu, byłem na ich koncercie, pierwszy raz od 13 lat (jak to zleciało) i wypadli lepiej niż kiedykolwiek. Lubię takie powroty.
„Million Faces” to dosyć szybki i melodyjny jazz, który wywołuje u mnie sporą nostalgię, nie tylko ze względu na sentymentalną atmosferę muzyki, ale całą moją historię z tym zespołem.
https://youtu.be/XrgNMN4roag?list=RDXrgNMN4roag
Contemporary Noise Sextet poznałem kiedy byłem na studiach, to było reko znajomego, który co jakiś czas podrzucał mi różne rzeczy koncertowe. Ostatecznie, CNS okazał się być dla mnie takim ‘go to’ zespołem jazzowym, na którego koncerty chodziłem w tamtym czasie (a byłem tylko na dwóch, więc tego wychodzenia też nie było za dużo). Panowie występowali w Łodzi Kaliskiej, lokalu w naszym mieście kultowym (pojawia się, między innymi, w „Alei Gówniarzy”), małym, ale jak najbardziej odpowiednim na tego typu koncerty. Jeden kawałek, który od razu mnie kupił, był przedstawiany jako ten, który powstał kiedy dinozaury chodziły po Ziemi, i to jest właśnie „Million Faces”, wydany jeszcze kiedy zespół był kwintetem, na debiutanckiej płycie.
O ile nazwa Contemporary Noise Quartet/Quintet/Sextet/Ensamble (aktualnie znowu Sextet) może nic nikomu nie mówić, tak już Something Like Elvis powinno. Bracia Kuba i Bartek Kapsa, przewodzili temu zespołowi, i kiedy to się rozpadło, założyli CNS. Razem z nimi, zebrała się grupa utalentowanych muzyków, którzy niekoniecznie mieli jazzowy background, ale jednocześnie odnaleźli się w tym idealnie (Kamil Pater, był wcześniej muzykiem sesyjnym na płytach popowych, a Tomasz Głazik grał w Kulcie). Stałem się mega fanem tego zespołu, ale niestety zaraz po trasie w 2012 r., rozeszli się. W 2022 r., bracia Kapsa zeszli się jako Contemporary Noise Ensamble i nagrali album, który nie miał nic wspólnego z jazze, po czym pojechali w trasę jako duo. Na tamtym etapie, mówiło się, że powrót klasycznego CNS-a nie jest już raczej możliwe, ale to się zmieniło i zespół wrócił (z odrobinę innym składem, dwie osoby z sześciu). W czerwcu, byłem na ich koncercie, pierwszy raz od 13 lat (jak to zleciało) i wypadli lepiej niż kiedykolwiek. Lubię takie powroty.
„Million Faces” to dosyć szybki i melodyjny jazz, który wywołuje u mnie sporą nostalgię, nie tylko ze względu na sentymentalną atmosferę muzyki, ale całą moją historię z tym zespołem.
https://youtu.be/XrgNMN4roag?list=RDXrgNMN4roag
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Widowspeak - All Yours (2015)
Widowspeak to duet, wokalistka Molly Hamilton i gitarzysta Robert Thomas. Kiedyś, na samym początku, zdarzyło im się być kwartetem, ale to było dawno temu. Istnieją od 2010 i wypuścili już 6 płyt. Wszystkie brzmią do siebie podobnie, ale jednocześnie jest to na tyle warm i cosy muzyka, że to w ogóle nie przeszkadza (mnie na pewno nie). Robią alternatywnego rocka, który pachnie country i folkiem. Na jesień jak znalazł, zresztą właśnie jesienią ich poznałem. Jesienią 2012, przy okazji swojego hipsterskiego wzmożenia - wszak wydaje ich Captured Tracks, home label np. Wild Nothing. I to jest dla mnie idealna muzyka na jesień, zwłaszcza ich dwie pierwsze płyty.
All Yours pochodzi z trzeciej o tym samym tytule, ukazała się jakoś pod koniec lata 2015, ale zassałem ją dopiero we wrześniu. Krążek jest od początku do końca zajebisty, ale dość gorzki w swoim brzmieniu lirycznym. Nie inaczej jest z numerem tytułowym, który tu wrzucam. I tak planowałem go wrzucić, niemniej jednak w świetle pewnych wydarzeń... Aura za oknem solidnie uległa zmianie. Wrzesień 2015 był jeszcze ciepły, bardzo nawet, polska złota jesień w pigułce. Dużo fajnych rzeczy wtedy wyszło, miałem też dużo fajnych powrotów. Teraz też czeka mnie powrót, na pozór mniej fajny, ale będzie git. Eventually. A tymczasem zapraszam na country indie pop-rock ze Stanów.
https://www.youtube.com/watch?v=4amB3G- ... rt_radio=1
Widowspeak to duet, wokalistka Molly Hamilton i gitarzysta Robert Thomas. Kiedyś, na samym początku, zdarzyło im się być kwartetem, ale to było dawno temu. Istnieją od 2010 i wypuścili już 6 płyt. Wszystkie brzmią do siebie podobnie, ale jednocześnie jest to na tyle warm i cosy muzyka, że to w ogóle nie przeszkadza (mnie na pewno nie). Robią alternatywnego rocka, który pachnie country i folkiem. Na jesień jak znalazł, zresztą właśnie jesienią ich poznałem. Jesienią 2012, przy okazji swojego hipsterskiego wzmożenia - wszak wydaje ich Captured Tracks, home label np. Wild Nothing. I to jest dla mnie idealna muzyka na jesień, zwłaszcza ich dwie pierwsze płyty.
All Yours pochodzi z trzeciej o tym samym tytule, ukazała się jakoś pod koniec lata 2015, ale zassałem ją dopiero we wrześniu. Krążek jest od początku do końca zajebisty, ale dość gorzki w swoim brzmieniu lirycznym. Nie inaczej jest z numerem tytułowym, który tu wrzucam. I tak planowałem go wrzucić, niemniej jednak w świetle pewnych wydarzeń... Aura za oknem solidnie uległa zmianie. Wrzesień 2015 był jeszcze ciepły, bardzo nawet, polska złota jesień w pigułce. Dużo fajnych rzeczy wtedy wyszło, miałem też dużo fajnych powrotów. Teraz też czeka mnie powrót, na pozór mniej fajny, ale będzie git. Eventually. A tymczasem zapraszam na country indie pop-rock ze Stanów.
https://www.youtube.com/watch?v=4amB3G- ... rt_radio=1
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Susanne Sundfor – Darlings
Lubię albumy, które kojarzą mi się z jakimś konkretnym miejscem lub wydarzeniem w życiu. Album “Ten Love Songs” już zawsze będzie mi się kojarzył nierozłącznie z misją pokojową w Kosowie. To właśnie podczas pobytu w tym kraju postanowiłem sprawdzić, co tam słychać u pani Sundfor. No i wyczytałem, że w lutym ukazał się nowy album. W tamtych czasach nie miałem jeszcze nawyku regularnego sprawdzania wiadomości o moich ulubieńcach, dlatego o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero po kilku miesiącach od wydania. Zresztą wtedy Susanne jeszcze nie należała do ścisłego grona moich faworytów mimo, że ją lubiłem. Ale po “Ten Love Songs” to się zmieniło. Ta płyta bardzo trafiła w mój gust. Pamiętam, że ściągnąłem ten album jak siedzieliśmy akurat w tymczasowej wysuniętej placówce wojskowej pod serbską granicą. Kosowo to w 80% płaski, nizinny kraj, pozbawiony właściwie roślinności. Jednak im bliżej serbskiej granicy, tym bardziej krajobraz się zmienia. Teren staje się górzysty i porośnięty bujną roślinnością. I właśnie na zboczu góry usadowiony był nasz mały kamp zdolny pomieścić jedną kompanię. Do szczytu mieliśmy kilkaset metrów. Trzeba było wspinać się po stromym zboczu czasami korzystając z umieszczonych na trasie lin. Ale często podejmowałem ten trud i właziłem na górę, żeby móc usiąść na szczycie i patrząc z góry na piękny krajobraz posłuchać takich utworów jak Darlings. Teraz słysząc Darlings lub cokolwiek z tego albumu myślami od razu przenoszę się do kampu na zboczu góry lub na jej szczyt.
Zarówno album “Ten Love Songs” jak i sam utwór Darlings mają u mnie na Last.fm miejsce w pierwszej dziesiątce najczęściej słuchanych w ogóle. Darlings to króciutka piosenka. Właściwie taki zaledwie klimatyczny wstęp do albumu. Ale właśnie ją sobie najbardziej upodobałem. Susanne zresztą tym utworem otwierała również swoje koncerty na ówczesnej trasie. Dla mnie to piękny kawałek muzyki przywołującej wspomnienie bardzo fajnej wojskowej przygody. A takie wspomnienia zawsze są w cenie.
https://www.youtube.com/watch?v=J2TdPVX3fl8
Lubię albumy, które kojarzą mi się z jakimś konkretnym miejscem lub wydarzeniem w życiu. Album “Ten Love Songs” już zawsze będzie mi się kojarzył nierozłącznie z misją pokojową w Kosowie. To właśnie podczas pobytu w tym kraju postanowiłem sprawdzić, co tam słychać u pani Sundfor. No i wyczytałem, że w lutym ukazał się nowy album. W tamtych czasach nie miałem jeszcze nawyku regularnego sprawdzania wiadomości o moich ulubieńcach, dlatego o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero po kilku miesiącach od wydania. Zresztą wtedy Susanne jeszcze nie należała do ścisłego grona moich faworytów mimo, że ją lubiłem. Ale po “Ten Love Songs” to się zmieniło. Ta płyta bardzo trafiła w mój gust. Pamiętam, że ściągnąłem ten album jak siedzieliśmy akurat w tymczasowej wysuniętej placówce wojskowej pod serbską granicą. Kosowo to w 80% płaski, nizinny kraj, pozbawiony właściwie roślinności. Jednak im bliżej serbskiej granicy, tym bardziej krajobraz się zmienia. Teren staje się górzysty i porośnięty bujną roślinnością. I właśnie na zboczu góry usadowiony był nasz mały kamp zdolny pomieścić jedną kompanię. Do szczytu mieliśmy kilkaset metrów. Trzeba było wspinać się po stromym zboczu czasami korzystając z umieszczonych na trasie lin. Ale często podejmowałem ten trud i właziłem na górę, żeby móc usiąść na szczycie i patrząc z góry na piękny krajobraz posłuchać takich utworów jak Darlings. Teraz słysząc Darlings lub cokolwiek z tego albumu myślami od razu przenoszę się do kampu na zboczu góry lub na jej szczyt.
Zarówno album “Ten Love Songs” jak i sam utwór Darlings mają u mnie na Last.fm miejsce w pierwszej dziesiątce najczęściej słuchanych w ogóle. Darlings to króciutka piosenka. Właściwie taki zaledwie klimatyczny wstęp do albumu. Ale właśnie ją sobie najbardziej upodobałem. Susanne zresztą tym utworem otwierała również swoje koncerty na ówczesnej trasie. Dla mnie to piękny kawałek muzyki przywołującej wspomnienie bardzo fajnej wojskowej przygody. A takie wspomnienia zawsze są w cenie.
https://www.youtube.com/watch?v=J2TdPVX3fl8
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie Wrocławiowie wbijajcie śmielutko
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Podrzucam pomysły: Vangelis i Swans
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ciechowski i Vega
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
I tak potem każdy to Swans uwzględni w podsumowaniu na koniec ;]
Co do Chairlift to widzę, że przyjęto ich dość letnio, co oznacza, że mogłem ich wrzucić jakimś latem czy coś - pewnie niektórym by się bardziej spodobało w pierwszym trymestrze lipca, gdy słońce było w saturnie czy ki siusiak. Ale nie będę za tę wrzutę umierać i nawet nie chce mi się poddymiać, więc przejdę do
Aerosmith - Janie's Got a Gun
Słuchajcie, śmieszna sprawa z Ejrosmith. Na początku chciałem w sumie ulokować ich tam, gdzie twórczość AC/DC, czyli jako zespół jednego przeboju, który całkiem sobie cenię i który dawkowany odpowiednio jest nawet okej oraz masy hardrockowej popeliny, której nie chce mi się za cholerę słuchać. Potem do mnie dotarło, że mimo wszystko byłoby to porównanie krzywdzące. Co prawda w mojej ścisłej topce ten zespół to mógł być najwyżej z 16 lat temu gdy znałem może z 5 zespołów na krzyż (i wszystkie z dwóch przebojów), ale mimo wszystko znajduję dla siebie w ich twórczości NIECO więcej.
Rzecz jasna, jest to zbiór dośc ograniczony, bo ograniczający się do paru hitów z lat 90 i jakichś pojedynczych utworów, ale jak tak sobie o nich myślę, to w sumie nadal są to rzeczy dobre. Być może wynika to z faktu, że mam dupę zamiast uszu oraz zaślepia mnie sentyment, ale w każdym razie na myśl o nich nawet nie chcę rzucać swoim frazesem o tym, że nie chce mi się ich słuchać, bo prawdę powiedziawszy rozważam nadrobienie paru ich klasyków.
Może nawet to zrobię (spoiler: pewnie nie), ale dziś czas na jednego z przedstawicieli tych najtisowych hitów. Chociaż - znowu do cholery - wrzucam coś innego, niż pierwotnie miałem w planach, bo po prawdzie rozważałem ichniejszego ENDŻOJA w postaci Dream On. Ale pomimo faktu, że bardzo lubię tę piosenkę, to nie mam z nią szczególnie silnej więzi, ani też z niczym szczególnym mi się nie kojarzy. Co innego ta wrzuta.
Gdy o niej sobie przypomniałem, wnet się cofnąłem do początku 2010 roku. Nie wiem czy nazwanie tego okresu okresem inicjacji byłoby nadużyciem, ale w sumie dopiero wówczas zacząłem się interesować jakkolwiek polityką, to wtedy poznałem dużo klasycznych albumów oraz spędziłem mnóstwo czasu w ówczesnym internecie, który nie był jeszcze w takim stopniu dezinformacyjną papką (acz bez przesady) i powoli przestawałem być AŻ TAK zacofanym wieśniakiem. Generalnie świat stał przede mną wszystkimi otworami, ale jednak bardziej intrygował niż przerażał. I nawet moje pożal się liceum nie było szczególną traumą, bo prawdę powiedziawszy ów czas spędziłem w znacznej mierze na wagarach, na których to nie robiłem nic szczególnego poza włóczeniem się po Krakowie (zabawne, że byłem wówczas przekonany na niemal 100% że za parę lat tam ostatecznie zamieszkam) i słuchaniem empetrójek na Nokii 5200.
I ten przebój był jednym z utworów, które znajdowały się w rotacji na tejże empetrójce. Nie wiem czy i ile razy wspominałem o tym, że jednym z kamieni milowych takiego totalnego wychodzenia z jaskini była randomowa playlista jakiegoś wykopka z 2009 roku z hitami lat 90. i tamże Aerosmith było reprezentowane przez trzy utwory, w tym niżej wrzucony. Jak to ze mną bywa - poznałem niewiele więcej do tej pory, ale sami to wiecie jak to ze mną jest.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=ie_642eeNEo
Co do Chairlift to widzę, że przyjęto ich dość letnio, co oznacza, że mogłem ich wrzucić jakimś latem czy coś - pewnie niektórym by się bardziej spodobało w pierwszym trymestrze lipca, gdy słońce było w saturnie czy ki siusiak. Ale nie będę za tę wrzutę umierać i nawet nie chce mi się poddymiać, więc przejdę do
Aerosmith - Janie's Got a Gun
Słuchajcie, śmieszna sprawa z Ejrosmith. Na początku chciałem w sumie ulokować ich tam, gdzie twórczość AC/DC, czyli jako zespół jednego przeboju, który całkiem sobie cenię i który dawkowany odpowiednio jest nawet okej oraz masy hardrockowej popeliny, której nie chce mi się za cholerę słuchać. Potem do mnie dotarło, że mimo wszystko byłoby to porównanie krzywdzące. Co prawda w mojej ścisłej topce ten zespół to mógł być najwyżej z 16 lat temu gdy znałem może z 5 zespołów na krzyż (i wszystkie z dwóch przebojów), ale mimo wszystko znajduję dla siebie w ich twórczości NIECO więcej.
Rzecz jasna, jest to zbiór dośc ograniczony, bo ograniczający się do paru hitów z lat 90 i jakichś pojedynczych utworów, ale jak tak sobie o nich myślę, to w sumie nadal są to rzeczy dobre. Być może wynika to z faktu, że mam dupę zamiast uszu oraz zaślepia mnie sentyment, ale w każdym razie na myśl o nich nawet nie chcę rzucać swoim frazesem o tym, że nie chce mi się ich słuchać, bo prawdę powiedziawszy rozważam nadrobienie paru ich klasyków.
Może nawet to zrobię (spoiler: pewnie nie), ale dziś czas na jednego z przedstawicieli tych najtisowych hitów. Chociaż - znowu do cholery - wrzucam coś innego, niż pierwotnie miałem w planach, bo po prawdzie rozważałem ichniejszego ENDŻOJA w postaci Dream On. Ale pomimo faktu, że bardzo lubię tę piosenkę, to nie mam z nią szczególnie silnej więzi, ani też z niczym szczególnym mi się nie kojarzy. Co innego ta wrzuta.
Gdy o niej sobie przypomniałem, wnet się cofnąłem do początku 2010 roku. Nie wiem czy nazwanie tego okresu okresem inicjacji byłoby nadużyciem, ale w sumie dopiero wówczas zacząłem się interesować jakkolwiek polityką, to wtedy poznałem dużo klasycznych albumów oraz spędziłem mnóstwo czasu w ówczesnym internecie, który nie był jeszcze w takim stopniu dezinformacyjną papką (acz bez przesady) i powoli przestawałem być AŻ TAK zacofanym wieśniakiem. Generalnie świat stał przede mną wszystkimi otworami, ale jednak bardziej intrygował niż przerażał. I nawet moje pożal się liceum nie było szczególną traumą, bo prawdę powiedziawszy ów czas spędziłem w znacznej mierze na wagarach, na których to nie robiłem nic szczególnego poza włóczeniem się po Krakowie (zabawne, że byłem wówczas przekonany na niemal 100% że za parę lat tam ostatecznie zamieszkam) i słuchaniem empetrójek na Nokii 5200.
I ten przebój był jednym z utworów, które znajdowały się w rotacji na tejże empetrójce. Nie wiem czy i ile razy wspominałem o tym, że jednym z kamieni milowych takiego totalnego wychodzenia z jaskini była randomowa playlista jakiegoś wykopka z 2009 roku z hitami lat 90. i tamże Aerosmith było reprezentowane przez trzy utwory, w tym niżej wrzucony. Jak to ze mną bywa - poznałem niewiele więcej do tej pory, ale sami to wiecie jak to ze mną jest.
Dobra, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=ie_642eeNEo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Tennyson - Beautiful World (2015)
Definitywnie żegnamy lato. Zmęczyło mnie pisaniną, izolacją, jednoczesnym zamuleniem i natężeniem zjawisk. Na koniec przykleiło się do mnie harde przeziębienie. Mimo wszystko nie jest tak źle. Magisterium obronione, ludzie stanowiący z wyboru moje najbliższe otoczenie cali ze złota, trochę w Czechach widziałem (i kupiłem). Najbliższy czas zapowiada się całkiem obiecująco, choć nie wszystkiego jestem pewien. Przydałoby się kilka dni odpoczynku więcej. Poniedziałek nie przyniósł aż tylu wzruszeń. Prędzej wprowadził mnie w stan melancholii i gadulstwa o sztuce. Jak gdybym był gotowy na ten moment, doświadczając przy tym wszystkich etapów przygotowań, nerwówki i oczekiwania na koniec, choć bez pełnego przejęcia. Podobnie, choć bardziej płaczliwie, było pod koniec liceum. Atmosferę tamtego czasu całkiem dobrze oddaje podrzucany kawałek. Jest w nim luz, ale też jakaś dojrzałość. Czuć domknięcie pewnej historii - w końcu zamyka EPkę. Muzyczna nieznośna lekkość bytu, która nadchodzi znienacka. Z czasem można wyczuć, że właśnie w ten sposób pojawiają się symptomy przejścia, wkraczania w coś innego. Chwila refleksji, obrót za siebie, napawanie przestrzenią, która za jakiś czas nie będzie już taka, jak wcześniej, a potem krok naprzód. Wbrew chujowości świata tego potrafi być piękny, co nie?
https://www.youtube.com/watch?v=m28-4GYw4Ss
Definitywnie żegnamy lato. Zmęczyło mnie pisaniną, izolacją, jednoczesnym zamuleniem i natężeniem zjawisk. Na koniec przykleiło się do mnie harde przeziębienie. Mimo wszystko nie jest tak źle. Magisterium obronione, ludzie stanowiący z wyboru moje najbliższe otoczenie cali ze złota, trochę w Czechach widziałem (i kupiłem). Najbliższy czas zapowiada się całkiem obiecująco, choć nie wszystkiego jestem pewien. Przydałoby się kilka dni odpoczynku więcej. Poniedziałek nie przyniósł aż tylu wzruszeń. Prędzej wprowadził mnie w stan melancholii i gadulstwa o sztuce. Jak gdybym był gotowy na ten moment, doświadczając przy tym wszystkich etapów przygotowań, nerwówki i oczekiwania na koniec, choć bez pełnego przejęcia. Podobnie, choć bardziej płaczliwie, było pod koniec liceum. Atmosferę tamtego czasu całkiem dobrze oddaje podrzucany kawałek. Jest w nim luz, ale też jakaś dojrzałość. Czuć domknięcie pewnej historii - w końcu zamyka EPkę. Muzyczna nieznośna lekkość bytu, która nadchodzi znienacka. Z czasem można wyczuć, że właśnie w ten sposób pojawiają się symptomy przejścia, wkraczania w coś innego. Chwila refleksji, obrót za siebie, napawanie przestrzenią, która za jakiś czas nie będzie już taka, jak wcześniej, a potem krok naprzód. Wbrew chujowości świata tego potrafi być piękny, co nie?
https://www.youtube.com/watch?v=m28-4GYw4Ss
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 5. (180.)
25. Kllo - Sense (stripped)
26. Contemporary Noise Quintet - Million Faces (Hien)
27. Widowspeak - All Yours (devotional)
28. Susanne Sundfør - Darlings (shodan)
29. Aerosmith - Janie's Got A Gun (mintaj)
30. Tennyson - Beautiful World (Dragon)
25. Kllo - Sense (stripped)
26. Contemporary Noise Quintet - Million Faces (Hien)
27. Widowspeak - All Yours (devotional)
28. Susanne Sundfør - Darlings (shodan)
29. Aerosmith - Janie's Got A Gun (mintaj)
30. Tennyson - Beautiful World (Dragon)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Contemporary Noise Quintet - Million Faces
Jazz na jesień to u mnie zawsze spoko wybór. Ale nawet wśród jazzu mam swoje preferencje i wiadomo nie od dziś że wolę utwory zawierające jakiś chwytliwy, powtarzalny motyw niż te bardziej fristajlowe, free jazzowe, a Million Faces zaliczałbym do tej drugiej grupy. Kapela gra naprawdę dobrze, wszystko płynie pięknie i tego typu kawałka w ramach odsłuchu kolejki chociażby czy jakiejś jazzowej playlisty słucha się całkiem dobrze. Problem powiedzmy powstaje kiedy numer się kończy a ja nie mam w głowie nic, za chwilę nie pamiętam nawet jak to leciało bo Panowie tu dużo improwizowali i brak mi potem czegoś czego bym się mógł chwycić. Teoretycznie jest ten motyw który zaczyna numer i potem jego drugą część, kiedy leci głównie kontrabas i fortepian ale to trochę mało i nie jest to na tyle chwytliwe bym o tym później pamiętał. Więc zasadniczo prejzuję ale nie liczę na powroty bo prawdopodobnie zapomnę o tym kawałku.
Widowspeak - All Yours
Trzymamy się akustycznych brzmień skręcając w alejkę indie/dream popu. Damski wokal - typowy, niewinny, dziewczęcy, powiedziałbym standardowy, jakby obowiązkowy w tego typu projektach. Rytmiczna jangly gitarka akustyczna a pod spodem na elektryku jakieś ozdobne esy floresy, do tego jakiś klawisz/organy. Rozmyty, lekki i sielski dream popowy pejzaż wylewa się z tego numeru, nawet może zbyt przyjemny w stosunku do nieprzyjemnej październikowej aury za oknem. Numer spoko, aczkolwiek brzmi jak wiele podobnych w tym nurcie i też nie wiem czy zakorzeni się na dłużej w głowie.
Susanne Sundfør - Darlings
Wcześniejsze spotkania z Susanne nie należały u mnie do zbyt udanych, nie polubiłem się z wrzutką utworową ani albumową tak naprawdę, jedynym uznaniem cieszyło się u mnie i tak znane już przed laty Mitt Lille Land. Nie zanosiło się na zmiany, tymczasem Wuja sięga po dubla i... no trochę to zmienia obraz sytuacji. Nie tylko Wujas zapodaje naprawdę ładny utwór z fajnym klimatem ale zarazem wrzucajac albumowy "otwieracz" teasuje album po który bez namysłu sięgnąłem od razu po pierwszym odsłuchu Darlings. Samo to już w sobie myślę może sobie poczytywać za jakiś sukces, tym bardziej że na płycie są też inne fajne numery i z miejsca pozycja samej Susanne u mnie skoczyła o parę opozycji w górę. Podoba mi się ten kawałek naprawdę i podoba mi się tło jakie Wuja zrobił swoim opisem, mogę się tylko domyślać jak to mogło wchodzić w odpowiednich okolicznościach przyrody. Duży props za te dreamowe dzwoneczki w outro! Świetna, udana zanęta od Artura.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Śmiechowo jak to mentos w obawie o wrzucanie ENJOYA odrzucił numer którego kompletnie nie znałem i w zamian rzucił jednym z większych przebojów tej grupy. No ale nic to, nie będę narzekał bo Janie to akurat jeden z fajniejszych ich hitów. Utwór poświęcony ofiarom molestowania w którym tytułowa Janie ostatecznie mści się na ojcu pedofilu sięgając po broń i posyłając go na tamten świat. Nawet fajnie że mentos przypomina mi o tym kawałku bo dzięki temu chyba właśnie podrzucił mi brakujący element mojej bestkowej układanki jakim będzie odpowiedź na ten numer za jakiś czas. Co do samej Janie - lubiłem zawsze ten numer za ten nieco spooky klimat na początku, tą grę na basie, jęczącego Stevena Tylera i tą późniejszą eksplozję muzyki w refrenie. Tu akurat nie tyle 90sy co przełom dekad, schyłek 80sów ale to taki okres do którego mam sporą słabość (chyba normalne u millenialsów bo te numery śmigały na MTV jak się było pacholęciem).
Tennyson - Beautiful World
Dragon na koniec zabiera nas ponownie w świat niespiesznej, subtelnej elektroniki. Jakaś indietronica czy taki trochę bedroom pop, znów w kolejce trochę koresponduje smocza wrzuta z moją własną. Myślałem że to jeden utalentowany młody człowiek a to się okazuje rodzeństwo, znów damsko-męski duet tak jak wrzucane przeze mnie Kllo. Produkcja bardzo przytulna w brzmieniu, muzyczny ekwiwalent ulubionej bluzy kangurki założonej w taki dzień jak dziś, najchętniej tylko zawinąć się w kocyk i odpalić Netflixa. Bardzo podobają mi się te przejścia z żywą perkusją. Kolega wciąż pięknie dostarcza.
Jazz na jesień to u mnie zawsze spoko wybór. Ale nawet wśród jazzu mam swoje preferencje i wiadomo nie od dziś że wolę utwory zawierające jakiś chwytliwy, powtarzalny motyw niż te bardziej fristajlowe, free jazzowe, a Million Faces zaliczałbym do tej drugiej grupy. Kapela gra naprawdę dobrze, wszystko płynie pięknie i tego typu kawałka w ramach odsłuchu kolejki chociażby czy jakiejś jazzowej playlisty słucha się całkiem dobrze. Problem powiedzmy powstaje kiedy numer się kończy a ja nie mam w głowie nic, za chwilę nie pamiętam nawet jak to leciało bo Panowie tu dużo improwizowali i brak mi potem czegoś czego bym się mógł chwycić. Teoretycznie jest ten motyw który zaczyna numer i potem jego drugą część, kiedy leci głównie kontrabas i fortepian ale to trochę mało i nie jest to na tyle chwytliwe bym o tym później pamiętał. Więc zasadniczo prejzuję ale nie liczę na powroty bo prawdopodobnie zapomnę o tym kawałku.
Widowspeak - All Yours
Trzymamy się akustycznych brzmień skręcając w alejkę indie/dream popu. Damski wokal - typowy, niewinny, dziewczęcy, powiedziałbym standardowy, jakby obowiązkowy w tego typu projektach. Rytmiczna jangly gitarka akustyczna a pod spodem na elektryku jakieś ozdobne esy floresy, do tego jakiś klawisz/organy. Rozmyty, lekki i sielski dream popowy pejzaż wylewa się z tego numeru, nawet może zbyt przyjemny w stosunku do nieprzyjemnej październikowej aury za oknem. Numer spoko, aczkolwiek brzmi jak wiele podobnych w tym nurcie i też nie wiem czy zakorzeni się na dłużej w głowie.
Susanne Sundfør - Darlings
Wcześniejsze spotkania z Susanne nie należały u mnie do zbyt udanych, nie polubiłem się z wrzutką utworową ani albumową tak naprawdę, jedynym uznaniem cieszyło się u mnie i tak znane już przed laty Mitt Lille Land. Nie zanosiło się na zmiany, tymczasem Wuja sięga po dubla i... no trochę to zmienia obraz sytuacji. Nie tylko Wujas zapodaje naprawdę ładny utwór z fajnym klimatem ale zarazem wrzucajac albumowy "otwieracz" teasuje album po który bez namysłu sięgnąłem od razu po pierwszym odsłuchu Darlings. Samo to już w sobie myślę może sobie poczytywać za jakiś sukces, tym bardziej że na płycie są też inne fajne numery i z miejsca pozycja samej Susanne u mnie skoczyła o parę opozycji w górę. Podoba mi się ten kawałek naprawdę i podoba mi się tło jakie Wuja zrobił swoim opisem, mogę się tylko domyślać jak to mogło wchodzić w odpowiednich okolicznościach przyrody. Duży props za te dreamowe dzwoneczki w outro! Świetna, udana zanęta od Artura.
Aerosmith - Janie's Got A Gun
Śmiechowo jak to mentos w obawie o wrzucanie ENJOYA odrzucił numer którego kompletnie nie znałem i w zamian rzucił jednym z większych przebojów tej grupy. No ale nic to, nie będę narzekał bo Janie to akurat jeden z fajniejszych ich hitów. Utwór poświęcony ofiarom molestowania w którym tytułowa Janie ostatecznie mści się na ojcu pedofilu sięgając po broń i posyłając go na tamten świat. Nawet fajnie że mentos przypomina mi o tym kawałku bo dzięki temu chyba właśnie podrzucił mi brakujący element mojej bestkowej układanki jakim będzie odpowiedź na ten numer za jakiś czas. Co do samej Janie - lubiłem zawsze ten numer za ten nieco spooky klimat na początku, tą grę na basie, jęczącego Stevena Tylera i tą późniejszą eksplozję muzyki w refrenie. Tu akurat nie tyle 90sy co przełom dekad, schyłek 80sów ale to taki okres do którego mam sporą słabość (chyba normalne u millenialsów bo te numery śmigały na MTV jak się było pacholęciem).
Tennyson - Beautiful World
Dragon na koniec zabiera nas ponownie w świat niespiesznej, subtelnej elektroniki. Jakaś indietronica czy taki trochę bedroom pop, znów w kolejce trochę koresponduje smocza wrzuta z moją własną. Myślałem że to jeden utalentowany młody człowiek a to się okazuje rodzeństwo, znów damsko-męski duet tak jak wrzucane przeze mnie Kllo. Produkcja bardzo przytulna w brzmieniu, muzyczny ekwiwalent ulubionej bluzy kangurki założonej w taki dzień jak dziś, najchętniej tylko zawinąć się w kocyk i odpalić Netflixa. Bardzo podobają mi się te przejścia z żywą perkusją. Kolega wciąż pięknie dostarcza.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jeżeli "Million Faces" to jest free jazz (lub cokolwiek w okolicy), to chyba pora zamykać zabawę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na szczęście nie znam się na jazzie więc nie trzeba się przejmować moimi nieudolnymi próbami opisania tego jak to odbieram
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kllo – Sense
Jest jesień, jest Murzyn, dostarcza jesiennych smuteczków. Oto jeden z tych numerów, gdzie nie bardzo mogę znów powiedzieć coś na temat samej muzyki, tzn. mogę i oczywiście powiem, ale bardziej liczy się wajb. Znowu coś mi tam w życiu nie wyszło, więc niemal perfekcyjnie reluję z murzynowym (murzyńskim?) opisem, klimat kawałka też udziela się ostro. Długie jesienne wieczory i zimne poranki, here I come. Bicik faktycznie jak wzięty z tych słynnych jutubowych playlist (które zresztą bywają całkiem spoko i przyjemnie mi się do nich np. pracuje), cała reszta w sumie też, choć to jest przynajmniej "prawdziwe", podczas gdy chyba coraz większa część "składanek" lo-fi beats to study to to jakiś badziewny AI slop. Cóż, signum temporis, nie uciekniemy od niego. Paradoksalnie, mimo smuteczków różnorakich i wszechogarniających nie mam poczucia (jak nie ja normalnie), że nic mnie już w życiu nie czeka - wprost przeciwnie, tylko trzeba trochę szczęściu pomóc. I będzie git. A utwór, rzecz jasna, zajebisty.
Contemporary Noise Quintet – Million Faces
Oczywiście nie tylko CNQ nic mi nie mówi, ale także Something Like Elvis też nic mi nie mówi. Ja w ogóle mało się na jazzie znam, na tym polskim to już w ogóle, a na tym polskim współczesnym znam się ujemnie. Choć... lubię jazz, ale bardziej jako totalnie casualowy słuchacz, tzn. coś gdzieś leci, coś mi ktoś podeśle, ja posłucham i się, dajmy na to, zachwycę. Albo nie, ale z reguły mi się coś jazzowego przynajmniej podoba. Nie inaczej jest tutaj. Widzę, że tzw. "jesieniarska" weszła na pełnej, albowiem numer brzmi jesiennie as fuck. I to samo pianino na początku, i te dęciaki, które nagle atakują ze wszystkich stron... Mam delikatne flashbacki z Blinded By the Numbers od Hulkkonena i Gonzaleza (tego samego od coveru Heartbeats). Robi się hałaśliwie, ale to jest takie wyciszenie przez hałas, if you know what I mean. No, po prostu jesień. Jeszcze właśnie zaczął się październik, mój ulubiony obok kwietnia miesiąc roku, żyć nie umierać. Bardzo fajna propozycja, zdecydowanie mi się podoba. Nostalgia aktywowana, choć jedyne, co "czaję" z opisu Munlupa to wspomnienie o Łodzi Kaliskiej. Myślę, że mogę to zaproponować do pewnej playlisty...
Susanne Sundfør – Darlings
Na początek przyznam, że Music For People in Trouble mi się podobało. Na tyle, że ściągnąłem i od czasu do czasu wracam. Wyjątkowo lubię głos tej kobiety, choć nie w każdym numerze, wziąwszy jako przykład choćby Mitt Lille Land, które np. imć Murzyn zapropsował. Co mogę powiedzieć - piękny to utwór, od początku do końca. Krótki bo krótki, ale przekazuje sobą absolutnie wszystkie emocje, które powinien wywołać (zwłaszcza tym chórkiem na sam koniec). Totalnie potrafię wyobrazić sobie patrzenie się w przestrzeń ze szczytu jakiegoś wzgórza z tym właśnie kawałkiem na słuchawkach. "Everything must come to an end", fraza niemal kliszowa, no ale znów - RELUJĘ. Nie mam wokół siebie za bardzo żadnych wzgórz, ale jest las, więc chyba będzie spacer z całym krążkiem, bo taki otwieracz wyłącznie zachęca. Not gonna lie, ten numer jest wyśmienity i coś czuję, że zostanie ze mną na jesień (a pewnie i dłużej). Bardzo fajne outro tak przy okazji. A tak przy jeszcze innej okazji, jest coś bardzo wholesome w fakcie, że Wuja, chłop w wieku, że tak to ujmę, słusznym i w dodatku żołnierz WP jest jednocześnie tak wrażliwym człowiekiem. Oto prawdziwa dekonstrukcja patriarchalnych założeń o maczystowskim obrazie sołdata. Keep up the good work Wuja, doskonała wrzutka <3
Aerosmith – Janie's Got a Gun
W sumie przyłączam się do Murzyna, interesująca zamiana biorąc pod uwagę fakt, że Dream On słyszałem może ze trzy razy w życiu, a ten z trzysta. Na moje nieszczęście zawsze będzie mi się kojarzył z pewnym wybitnie tanio komediowo-parodystycznym filmem Not Another Teen Movie (wydanym w Polsce pod tytułem To nie jest kolejna komedia dla idiotów), gdzie młody Kapitan Ameryka próbuje śpiewając go zwrócić uwagę laski, którą nieudolnie usiłuje wyrwać. Jednocześnie, ciekawostka, nie znałem zupełnie backgroundu jego treści (utworu znaczy), co dodaje mu dość ciekawego mścicielskiego wajbu. Tbh zawsze lubiłem ten numer, jak Aerosmith szczerze nie znoszę, zaś ten egzaltowany głos Tylera stawiam obok równie koszmarnego dla mnie głosu Axla Rose'a (dość powiedzieć, że Pukawek i Róż też nie trawię). Zawsze mi się w Janie's Got a Gun podobał ten lekko nowofalowy klimat, albowiem typowo hard rockowej produkcji to tu nie ma od początku do końca. Zwłaszcza te fragmenty, gdzie Tyler wyśpiewuje tytuł, no miodzio całkowity i słodziutki, taki z rzepaku z dodatkiem malin. Czuć, że to koniec lat 80., gdzie nawet rzeczy mocno gitarowe musiały mieć ten delikatny plastikowy posmak, a który ja wyjątkowo lubię (to chyba żadna tajemnica). Mentos niby wali endżojem, a jest to endżoj bardzo trafiony, szanuję i propsuję.
Tennyson – Beautiful World
Nie mogę zrobić nic innego, jak zgodzić się z Jacą, że ten numer dobrze koresponduje z tym, co imć Jaca zapodał na samym początku. Dzięki temu mamy całkiem spoko klamrę, niemniej jednak... aby kol. Dragon nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu - mogłoby być JESZCZE LEPIEJ, gdyby nie ten denerwujący na dłuższą metę werbel, który tłucze się niemal przez całą pierwszą część i dla mnie osobiście nieco rujnuje jego czilowy odbiór. Jednak cała reszta faktycznie utrzymuje poziom czilowej muzyki końca lata, i instrumentarium i wokal tego gościa, faktycznie tylko koc brać i ulubiony kubeczek z czekoladą albo aromatyczną herbatą i se książkę czytać. Ja co prawda samotnie wolę nieco inną jesień, taką łódzko-post-punkową z czarnym płaszczem, ciężką muzą i szlugiem w gębie, ale ja tu robię za pretensjonalnego pozera, więc sami Państwo rozumieją. Cała reszta jednak dostaje moją okejkę. Oczywiście najserdeczniejsze gratulacje dla imć Roberta, mam nadzieję dołączyć do tego klubu najdalej z końcem listopada (szczęśliwie jestem na dobrej drodze). A tymczasem idę się nurzać jesiennie w melancholii, względnie melancholijnie w jesieni, to chyba żadna różnica.
Jest jesień, jest Murzyn, dostarcza jesiennych smuteczków. Oto jeden z tych numerów, gdzie nie bardzo mogę znów powiedzieć coś na temat samej muzyki, tzn. mogę i oczywiście powiem, ale bardziej liczy się wajb. Znowu coś mi tam w życiu nie wyszło, więc niemal perfekcyjnie reluję z murzynowym (murzyńskim?) opisem, klimat kawałka też udziela się ostro. Długie jesienne wieczory i zimne poranki, here I come. Bicik faktycznie jak wzięty z tych słynnych jutubowych playlist (które zresztą bywają całkiem spoko i przyjemnie mi się do nich np. pracuje), cała reszta w sumie też, choć to jest przynajmniej "prawdziwe", podczas gdy chyba coraz większa część "składanek" lo-fi beats to study to to jakiś badziewny AI slop. Cóż, signum temporis, nie uciekniemy od niego. Paradoksalnie, mimo smuteczków różnorakich i wszechogarniających nie mam poczucia (jak nie ja normalnie), że nic mnie już w życiu nie czeka - wprost przeciwnie, tylko trzeba trochę szczęściu pomóc. I będzie git. A utwór, rzecz jasna, zajebisty.
Contemporary Noise Quintet – Million Faces
Oczywiście nie tylko CNQ nic mi nie mówi, ale także Something Like Elvis też nic mi nie mówi. Ja w ogóle mało się na jazzie znam, na tym polskim to już w ogóle, a na tym polskim współczesnym znam się ujemnie. Choć... lubię jazz, ale bardziej jako totalnie casualowy słuchacz, tzn. coś gdzieś leci, coś mi ktoś podeśle, ja posłucham i się, dajmy na to, zachwycę. Albo nie, ale z reguły mi się coś jazzowego przynajmniej podoba. Nie inaczej jest tutaj. Widzę, że tzw. "jesieniarska" weszła na pełnej, albowiem numer brzmi jesiennie as fuck. I to samo pianino na początku, i te dęciaki, które nagle atakują ze wszystkich stron... Mam delikatne flashbacki z Blinded By the Numbers od Hulkkonena i Gonzaleza (tego samego od coveru Heartbeats). Robi się hałaśliwie, ale to jest takie wyciszenie przez hałas, if you know what I mean. No, po prostu jesień. Jeszcze właśnie zaczął się październik, mój ulubiony obok kwietnia miesiąc roku, żyć nie umierać. Bardzo fajna propozycja, zdecydowanie mi się podoba. Nostalgia aktywowana, choć jedyne, co "czaję" z opisu Munlupa to wspomnienie o Łodzi Kaliskiej. Myślę, że mogę to zaproponować do pewnej playlisty...
Susanne Sundfør – Darlings
Na początek przyznam, że Music For People in Trouble mi się podobało. Na tyle, że ściągnąłem i od czasu do czasu wracam. Wyjątkowo lubię głos tej kobiety, choć nie w każdym numerze, wziąwszy jako przykład choćby Mitt Lille Land, które np. imć Murzyn zapropsował. Co mogę powiedzieć - piękny to utwór, od początku do końca. Krótki bo krótki, ale przekazuje sobą absolutnie wszystkie emocje, które powinien wywołać (zwłaszcza tym chórkiem na sam koniec). Totalnie potrafię wyobrazić sobie patrzenie się w przestrzeń ze szczytu jakiegoś wzgórza z tym właśnie kawałkiem na słuchawkach. "Everything must come to an end", fraza niemal kliszowa, no ale znów - RELUJĘ. Nie mam wokół siebie za bardzo żadnych wzgórz, ale jest las, więc chyba będzie spacer z całym krążkiem, bo taki otwieracz wyłącznie zachęca. Not gonna lie, ten numer jest wyśmienity i coś czuję, że zostanie ze mną na jesień (a pewnie i dłużej). Bardzo fajne outro tak przy okazji. A tak przy jeszcze innej okazji, jest coś bardzo wholesome w fakcie, że Wuja, chłop w wieku, że tak to ujmę, słusznym i w dodatku żołnierz WP jest jednocześnie tak wrażliwym człowiekiem. Oto prawdziwa dekonstrukcja patriarchalnych założeń o maczystowskim obrazie sołdata. Keep up the good work Wuja, doskonała wrzutka <3
Aerosmith – Janie's Got a Gun
W sumie przyłączam się do Murzyna, interesująca zamiana biorąc pod uwagę fakt, że Dream On słyszałem może ze trzy razy w życiu, a ten z trzysta. Na moje nieszczęście zawsze będzie mi się kojarzył z pewnym wybitnie tanio komediowo-parodystycznym filmem Not Another Teen Movie (wydanym w Polsce pod tytułem To nie jest kolejna komedia dla idiotów), gdzie młody Kapitan Ameryka próbuje śpiewając go zwrócić uwagę laski, którą nieudolnie usiłuje wyrwać. Jednocześnie, ciekawostka, nie znałem zupełnie backgroundu jego treści (utworu znaczy), co dodaje mu dość ciekawego mścicielskiego wajbu. Tbh zawsze lubiłem ten numer, jak Aerosmith szczerze nie znoszę, zaś ten egzaltowany głos Tylera stawiam obok równie koszmarnego dla mnie głosu Axla Rose'a (dość powiedzieć, że Pukawek i Róż też nie trawię). Zawsze mi się w Janie's Got a Gun podobał ten lekko nowofalowy klimat, albowiem typowo hard rockowej produkcji to tu nie ma od początku do końca. Zwłaszcza te fragmenty, gdzie Tyler wyśpiewuje tytuł, no miodzio całkowity i słodziutki, taki z rzepaku z dodatkiem malin. Czuć, że to koniec lat 80., gdzie nawet rzeczy mocno gitarowe musiały mieć ten delikatny plastikowy posmak, a który ja wyjątkowo lubię (to chyba żadna tajemnica). Mentos niby wali endżojem, a jest to endżoj bardzo trafiony, szanuję i propsuję.
Tennyson – Beautiful World
Nie mogę zrobić nic innego, jak zgodzić się z Jacą, że ten numer dobrze koresponduje z tym, co imć Jaca zapodał na samym początku. Dzięki temu mamy całkiem spoko klamrę, niemniej jednak... aby kol. Dragon nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu - mogłoby być JESZCZE LEPIEJ, gdyby nie ten denerwujący na dłuższą metę werbel, który tłucze się niemal przez całą pierwszą część i dla mnie osobiście nieco rujnuje jego czilowy odbiór. Jednak cała reszta faktycznie utrzymuje poziom czilowej muzyki końca lata, i instrumentarium i wokal tego gościa, faktycznie tylko koc brać i ulubiony kubeczek z czekoladą albo aromatyczną herbatą i se książkę czytać. Ja co prawda samotnie wolę nieco inną jesień, taką łódzko-post-punkową z czarnym płaszczem, ciężką muzą i szlugiem w gębie, ale ja tu robię za pretensjonalnego pozera, więc sami Państwo rozumieją. Cała reszta jednak dostaje moją okejkę. Oczywiście najserdeczniejsze gratulacje dla imć Roberta, mam nadzieję dołączyć do tego klubu najdalej z końcem listopada (szczęśliwie jestem na dobrej drodze). A tymczasem idę się nurzać jesiennie w melancholii, względnie melancholijnie w jesieni, to chyba żadna różnica.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl