Best of Forum V
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Beatles - Something
(1969)
Moja relacja z Beatlesami jest na dobrą sprawę dość krótka, przez wiele wiele lat kompletnie olewałem ich muzykę pamiętając z dzieciństwa zaledwie może utwór Yellow Submarine, prawdopodobnie jakaś jedna ich kaseta była u nas w domu ale to była muzyka moich rodziców czyli dla mnie muzyka ludzi starych (znaczy takich ok. czterdziestki heh). Pierwszym sensownym impulsem do poznawania ich muzyki był dopiero dokumentalny film Get Back który ukazał się w listopadzie 2021 roku, kilka dni po moim wyjściu ze szpitala po pamiętnej operacji kręgosłupa. Mając dużo wolnego czasu i dostęp do świeżo chyba założonego konta na Disney+ z ciekawości zasiadłem do oglądania. Dokument był spoko, ukazywał jedne z ostatnich sesji Beatlesów podczas których zarejestrowano utwory znajdujące się potem na ich ostatnich albumach Abbey Road i Let It Be.
Przy okazji dokumentu oczywiście sprawdziłem sobie też trochę ich muzykę, polubiłem parę numerów z Let It Be i chyba przypomniałem sobie o utworze Come Together z płyty Abbey Road, który to znałem dotychczas w innej wersji. Bardzo spodobał mi się ten kawałek i interesująca praca Ringo Starra na perkusji i prawdę mówiąc chciałem wrzucić do bestki kiedyś ten właśnie numer. Jednakże nim zdążyłem się do tego zebrać nastąpił jeszcze jeden zwrot akcji, kiedy to latem zeszłego roku będąc na Jarmarku Spalskim na jednym stoisku z winylami trafiłem właśnie na singiel Come Together i bez zastanowienia go kupiłem. Jak się okazało był to podwójny singiel (podwójna strona A) na którym były utwory Come Together oraz właśnie Something, który jak się okazało był równie wyjątkowy.
Dlaczego tak twierdzę? Otóż o ile każdy zapewne wie, zna i kojarzy że za zdecydowaną większość materiału tej grupy odpowiadał duet Lennon-McCartney o tyle Something było kompozycją "tego trzeciego" z grupy czyli George'a Harrisona, i zarazem pierwszym singlem Beatlesów jego autorstwa. Something jest balladą napisaną przez Harrisona dla swojej żony Patti Boyd, dość prostą i jednocześnie dość piękną żebym się nią zachwycał, z ładną melodią gitary, klawiszy i smyczków. Jako dodatkową rekomendację mogę rzucić fakt że to drugi najczęściej coverowany utwór Beatlesów po Yesterday (powstało ponad 150 wersji?), zachwycił się nim sam Frank Sinatra a John Lennon uznał za najlepszy utwór z ich albumu Abbey Road. Sprawdźcie zatem i Wy ten wybitny utwór tego nieśmiałego acz nie mniej utalentowanego z Beatlesów którego gwiazda zdążyła naprawdę zabłysnąć w tym zespole dopiero na finiszu ich wspólnej drogi.
https://youtu.be/MZ3Vh8jZFdE?si=-IOkA-qvBLgV3Y0-
(1969)
Moja relacja z Beatlesami jest na dobrą sprawę dość krótka, przez wiele wiele lat kompletnie olewałem ich muzykę pamiętając z dzieciństwa zaledwie może utwór Yellow Submarine, prawdopodobnie jakaś jedna ich kaseta była u nas w domu ale to była muzyka moich rodziców czyli dla mnie muzyka ludzi starych (znaczy takich ok. czterdziestki heh). Pierwszym sensownym impulsem do poznawania ich muzyki był dopiero dokumentalny film Get Back który ukazał się w listopadzie 2021 roku, kilka dni po moim wyjściu ze szpitala po pamiętnej operacji kręgosłupa. Mając dużo wolnego czasu i dostęp do świeżo chyba założonego konta na Disney+ z ciekawości zasiadłem do oglądania. Dokument był spoko, ukazywał jedne z ostatnich sesji Beatlesów podczas których zarejestrowano utwory znajdujące się potem na ich ostatnich albumach Abbey Road i Let It Be.
Przy okazji dokumentu oczywiście sprawdziłem sobie też trochę ich muzykę, polubiłem parę numerów z Let It Be i chyba przypomniałem sobie o utworze Come Together z płyty Abbey Road, który to znałem dotychczas w innej wersji. Bardzo spodobał mi się ten kawałek i interesująca praca Ringo Starra na perkusji i prawdę mówiąc chciałem wrzucić do bestki kiedyś ten właśnie numer. Jednakże nim zdążyłem się do tego zebrać nastąpił jeszcze jeden zwrot akcji, kiedy to latem zeszłego roku będąc na Jarmarku Spalskim na jednym stoisku z winylami trafiłem właśnie na singiel Come Together i bez zastanowienia go kupiłem. Jak się okazało był to podwójny singiel (podwójna strona A) na którym były utwory Come Together oraz właśnie Something, który jak się okazało był równie wyjątkowy.
Dlaczego tak twierdzę? Otóż o ile każdy zapewne wie, zna i kojarzy że za zdecydowaną większość materiału tej grupy odpowiadał duet Lennon-McCartney o tyle Something było kompozycją "tego trzeciego" z grupy czyli George'a Harrisona, i zarazem pierwszym singlem Beatlesów jego autorstwa. Something jest balladą napisaną przez Harrisona dla swojej żony Patti Boyd, dość prostą i jednocześnie dość piękną żebym się nią zachwycał, z ładną melodią gitary, klawiszy i smyczków. Jako dodatkową rekomendację mogę rzucić fakt że to drugi najczęściej coverowany utwór Beatlesów po Yesterday (powstało ponad 150 wersji?), zachwycił się nim sam Frank Sinatra a John Lennon uznał za najlepszy utwór z ich albumu Abbey Road. Sprawdźcie zatem i Wy ten wybitny utwór tego nieśmiałego acz nie mniej utalentowanego z Beatlesów którego gwiazda zdążyła naprawdę zabłysnąć w tym zespole dopiero na finiszu ich wspólnej drogi.
https://youtu.be/MZ3Vh8jZFdE?si=-IOkA-qvBLgV3Y0-
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dotarliśmy do końca tej niesamowicie długiej i ciągnącej się 25tki. Myślałem, że bez Melkiego podgonimy, ale wyszło jeszcze gorzej. Myślę, że jesienią, siłą rzeczy, będzie trochę inaczej, więcej czasu spędzonego w domu, więcej muzyki, itd. Tę gitarową w moim wykonaniu transzę zamykam czymś adekwatnym, acz spokojniejszym, wręcz odrobiną chłodnego wiatru w te upalne dni.
Mike Oldfield – Cochise
Mike’a Oldfielda poznałem w 1998 r., kiedy wydał „Tubular Bells III”, i tak, od tej płyty zaczynałem poznawać jego muzykę. Praktycznie od razu stałem się jego fanem, a odkrywanie kolejnych albumów na przestrzeni lat, mogę zaliczyć do jednych z największych muzycznych przeżyć. W 1999 r., Mike wydał album „Guitars”, który to z wielką przyjemnością, zaprezentuję Wam w albumowej, jakoś w przyszłym roku. Póki co, mały teaser, a zarazem mój ulubiony utwór Mike’a. Kilka słów o „Guitars”, bo to album specyficzny, taki mały exercise muzyczny, bo Oldfield postanowił nagrać całą płytę wyłącznie na gitarach. W sprytny sposób udało mu się jednak zawrzeć inne brzmienia, takie jak elementy perkusji, dźwięki klawiszowe, itd., ale nadal odpalane z gitary (fani Roberta Frippa mogą wiedzieć o czym mówię). To jest niezmiernie piękny album, chociaż tak sobie popularny wśród fanów Oldfielda, bo jest po prostu inny od wszystkiego, co nagrywał. Nie ma tu za bardzo new age’u, nie ma też piosenek, jest za to trochę bluesa i brzmień kojarzących się z ruralną Ameryką (nie chcę mówić country, bo to nie country). Więcej napiszę, kiedy wrzucę album, natomiast teraz przedsmak, kawałek nr 2 – „Cochise” - kwintesencja „Guitars”, ale również kwintesencja gry Mike’a na gitarze i jego wrażliwości. To zawsze był facet trochę dziwny, introwertyk wystawiony na pożarcie tłumu po nieoczekiwanym sukcesie pierwszych Dzwonów.
Instrumentalna muzyka potrafi być bardzo osobista, i moim zdaniem taki właśnie jest ten album, a „Cochise” dobrym reprezentantem. Całe wakacje 1999 roku, tłukłem ten album. W tym czasie, odbył się jedyny koncert Oldfielda w Polsce i jeżeli miałbym wskazać jeden koncert, na którym nie byłem i tego żałuję, to by był właśnie ten. Z Majkiem zaznajomił mnie oczywiście mój ojciec, i ta muzyka kojarzy mi się z nim, z tamtym wyjazdem wakacyjnym, z morzem oraz z książką „Biały Kieł”, ale to już sobie zostawię na opis płyty. Czysty i poruszający Mike Oldfield w 5 minut i 13 sekund.
https://youtu.be/zuAf5X_B5Ts
Mike Oldfield – Cochise
Mike’a Oldfielda poznałem w 1998 r., kiedy wydał „Tubular Bells III”, i tak, od tej płyty zaczynałem poznawać jego muzykę. Praktycznie od razu stałem się jego fanem, a odkrywanie kolejnych albumów na przestrzeni lat, mogę zaliczyć do jednych z największych muzycznych przeżyć. W 1999 r., Mike wydał album „Guitars”, który to z wielką przyjemnością, zaprezentuję Wam w albumowej, jakoś w przyszłym roku. Póki co, mały teaser, a zarazem mój ulubiony utwór Mike’a. Kilka słów o „Guitars”, bo to album specyficzny, taki mały exercise muzyczny, bo Oldfield postanowił nagrać całą płytę wyłącznie na gitarach. W sprytny sposób udało mu się jednak zawrzeć inne brzmienia, takie jak elementy perkusji, dźwięki klawiszowe, itd., ale nadal odpalane z gitary (fani Roberta Frippa mogą wiedzieć o czym mówię). To jest niezmiernie piękny album, chociaż tak sobie popularny wśród fanów Oldfielda, bo jest po prostu inny od wszystkiego, co nagrywał. Nie ma tu za bardzo new age’u, nie ma też piosenek, jest za to trochę bluesa i brzmień kojarzących się z ruralną Ameryką (nie chcę mówić country, bo to nie country). Więcej napiszę, kiedy wrzucę album, natomiast teraz przedsmak, kawałek nr 2 – „Cochise” - kwintesencja „Guitars”, ale również kwintesencja gry Mike’a na gitarze i jego wrażliwości. To zawsze był facet trochę dziwny, introwertyk wystawiony na pożarcie tłumu po nieoczekiwanym sukcesie pierwszych Dzwonów.
Instrumentalna muzyka potrafi być bardzo osobista, i moim zdaniem taki właśnie jest ten album, a „Cochise” dobrym reprezentantem. Całe wakacje 1999 roku, tłukłem ten album. W tym czasie, odbył się jedyny koncert Oldfielda w Polsce i jeżeli miałbym wskazać jeden koncert, na którym nie byłem i tego żałuję, to by był właśnie ten. Z Majkiem zaznajomił mnie oczywiście mój ojciec, i ta muzyka kojarzy mi się z nim, z tamtym wyjazdem wakacyjnym, z morzem oraz z książką „Biały Kieł”, ale to już sobie zostawię na opis płyty. Czysty i poruszający Mike Oldfield w 5 minut i 13 sekund.
https://youtu.be/zuAf5X_B5Ts
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
The Field - Everday (2007)
Coraz gorzej z klamrami kolejnych sezonów bestki - może po prostu łatwiej pozostawić jakieś konkretne wrażenie? Zamiast smutków czy akustycznych ucieczek jak zwykle prędzej wybiorę elektroniczne transy. Tym razem całkiem dosłownie, choć z natury bardziej przypomina techno. Z czasem luźniej podchodzę do kolejności, ale wciąż zarzucam istotnymi wrzutkami. Nieistotnych raczej unikam i pewnie po drodze zdarzyły się dziesiątki wewnętrznych poważniejszych rozkmin. Byle nie za długo. Dzięki temu na koniec piątej części krótka historia o odrzuceniu, a po latach zaskakującym przyjęciu.
Niektórych rzeczy można nauczyć się słuchać. W czasach liceum mimo natchnionego pseudoartyzmu nie mogłem gotowy na wiele rzeczy. Między innymi The Field. Nie miałem nic przeciwko klubowym perłom i energetycznej ekstazie, ale c'mon, dlaczego tu już AŻ TAK minimalistycznie? powtarzalnie? Bez sensu, jak można w ogóle się w to wczuć... ano można, wystarczą odpowiednie okoliczności i nastawienie. Pozytywny przekaz, głęboki wdech, otwarta głowa. Od From Here We Go Sublime odbiłem się w 2018 roku, a mimo to po jakimś czasie poszczególne numery zaczęły wracać do głowy. Potem pomógł Pan Manuel i teraz to już oczywista oczywistość nudzić z przyjemnością do oporu. Na mnie wrażenie zaczęło robić to subtelne rozwijanie pomysłów. Koncentracja na często jakichś bardzo banalnych patentach, które potem z niewielką ilością dodatków pozwalają wkręcić się w konkretny nastrój.
Nie wiem czemu zacząłem od tego kawałka, ale ok. Jeden z bardziej surowych przy pierwszym lepszym podejściu. Przy pomocy ruchu, lekkiej aktywności fizycznej lub po prostu uniknięciu poważniejszych analiz wynagradza potężnie. E2-E4, tylko na krótszym dystansie i bez gitarowych improwizacji. Przyjemny vibe. Poszatkowane sample, szepty czy co to tam idzie. Doskonałe budowanie napięcia. Do tego buja.
Choć set na Tauronie w środku nocy to było już dla mnie i znajomego za dużo. Pan Szwed The Field w didżejskim obliczu zapodaje podobne rytmy, a na płytach też z czasem nie odchodzi specjalnie od tego stylu. Warto znać przynajmniej debiut - najsolidniejszy, najbardziej charakterny.
Puszczamy z dymem Piąteczkę, w następnej serii mam jeszcze czym rzucić bez sięgania po duble. Lecim sto metrów nad ziemię
https://www.youtube.com/watch?v=ZpnEPfvenw8
Coraz gorzej z klamrami kolejnych sezonów bestki - może po prostu łatwiej pozostawić jakieś konkretne wrażenie? Zamiast smutków czy akustycznych ucieczek jak zwykle prędzej wybiorę elektroniczne transy. Tym razem całkiem dosłownie, choć z natury bardziej przypomina techno. Z czasem luźniej podchodzę do kolejności, ale wciąż zarzucam istotnymi wrzutkami. Nieistotnych raczej unikam i pewnie po drodze zdarzyły się dziesiątki wewnętrznych poważniejszych rozkmin. Byle nie za długo. Dzięki temu na koniec piątej części krótka historia o odrzuceniu, a po latach zaskakującym przyjęciu.
Niektórych rzeczy można nauczyć się słuchać. W czasach liceum mimo natchnionego pseudoartyzmu nie mogłem gotowy na wiele rzeczy. Między innymi The Field. Nie miałem nic przeciwko klubowym perłom i energetycznej ekstazie, ale c'mon, dlaczego tu już AŻ TAK minimalistycznie? powtarzalnie? Bez sensu, jak można w ogóle się w to wczuć... ano można, wystarczą odpowiednie okoliczności i nastawienie. Pozytywny przekaz, głęboki wdech, otwarta głowa. Od From Here We Go Sublime odbiłem się w 2018 roku, a mimo to po jakimś czasie poszczególne numery zaczęły wracać do głowy. Potem pomógł Pan Manuel i teraz to już oczywista oczywistość nudzić z przyjemnością do oporu. Na mnie wrażenie zaczęło robić to subtelne rozwijanie pomysłów. Koncentracja na często jakichś bardzo banalnych patentach, które potem z niewielką ilością dodatków pozwalają wkręcić się w konkretny nastrój.
Nie wiem czemu zacząłem od tego kawałka, ale ok. Jeden z bardziej surowych przy pierwszym lepszym podejściu. Przy pomocy ruchu, lekkiej aktywności fizycznej lub po prostu uniknięciu poważniejszych analiz wynagradza potężnie. E2-E4, tylko na krótszym dystansie i bez gitarowych improwizacji. Przyjemny vibe. Poszatkowane sample, szepty czy co to tam idzie. Doskonałe budowanie napięcia. Do tego buja.
Choć set na Tauronie w środku nocy to było już dla mnie i znajomego za dużo. Pan Szwed The Field w didżejskim obliczu zapodaje podobne rytmy, a na płytach też z czasem nie odchodzi specjalnie od tego stylu. Warto znać przynajmniej debiut - najsolidniejszy, najbardziej charakterny.
Puszczamy z dymem Piąteczkę, w następnej serii mam jeszcze czym rzucić bez sięgania po duble. Lecim sto metrów nad ziemię
https://www.youtube.com/watch?v=ZpnEPfvenw8
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Serdeczne wyrazy współczucia.stripped pisze:30 lip 2024 19:41Wujas może się naigrywać do woli ale sięgając po tą płytę VDGG rozbiłem bank na miarę paru najlepszych dla mnie ostatnich wrzutek albumowych, może to nie poziom Laughing Stock które jest IMO płytą IDEALNĄ ale jednak gdzieś w okolicach takiego Gabriela (nie Dragon, nie musisz przypominać że Tobie akurat nie siadł) czy spokojnie takiego Islands, do którego też muszę jeszcze wrócić.
A kiedyś ten Murzyn tak nieźle rokował.
-
devotional
- Posty: 7403
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Placebo - Special Needs (2003)
Urgh, kończymy streak numerów smuteczkowo-romansowo-nostalgiczno-romantycznych od deva (taaa, chcielibyście co nie kur*a xD), przynajmniej w tej kolejce. Daruję sobie opisy tego, czym jest Placebo i kto tam gra, albowiem równie dobrze mógłbym zacząć opisywać kim są Depeche Mode wrzucając It's No Good wiosną. Jeśli nie znacie Briana Molko i Stefana Olsdala, to jest mi bardzo przykro. Nie przejmuję się tym jednakowoż jakoś bardzo, albowiem jest tutaj na tym forum i w tej zabawie przynajmniej jedna osoba, która powinna zapropsować i Placebo i moją wrzutkę. A jeśli nie... No cóż, mam pecha :F (btw, Adminie Złoty, oddawaj emotkę z wybitymi zębami
).
Special Needs usłyszałem po raz pierwszy w roku premiery, czyli, jakby nie patrzeć, dawno temu. Tak dawno, że miałem wtedy niemal tyle lat, ile prawie wynosi połowa czasu, jak minął od dziś do owej premiery xD Yep, wciąż nie mogę pogodzić się z tym, jak szybko życie zapieprza. A to było tak - miałem 14 lat i często przesiadywałem przed telewizorem w domu rodziców (co innego mogłem robić poza ew. graniem na kompie i jeżdżeniem na rowerze). A tam oglądałem niemal wyłącznie kanały muzyczne. Jest to o tyle śmieszne, że codziennie miałem przynajmniej 3 lub 4 godziny kompletnej samotności w chałupie, i mimo dostępu do przynajmniej kilku niekodowanych programów porno i tak wolałem oglądać na zmianę MTV Classic i Countdown TV (nieistniejący już włoski kanał muzyczny). Na tym drugim wideo do Special Needs latało bardzo często.
Spodobało mi się, z dwóch powodów - po pierwsze, dość melancholijny utwór o tematyce mniej lub bardziej orbitującej wokół odrzucenia (acz tekst interpretować można na kilka sposobów), a po drugie, piosence tej towarzyszył wyjątkowo ciekawie zrealizowany klip, który sam w sobie jest mocno melancholijny mimo wyraźnie erotycznej otoczki (a tak naprawdę to ja to po prostu w ten sposób odbierałem jako nastolatek, jest to po prostu obraz potrzeby bliskości podobny do tego, co 11 lat później zaprezentowała Austra w wideo do Habitat). Minęły dwa lata i okazało się, że moja dobra kumpela (z którą kumpluję się do dziś i która na pewno poszła na koncert Placebo w ramach ŁSF, wszak ZA DARMO, ZDANOWSKA PŁACI) jest psychofanką Molko i Olsdala (wtedy był z nimi jeszcze Steve Hewitt), a ponieważ ja zyskałem dostęp do programów P2P, no to zaczęła mi suflować czego tam warto posłuchać.
I zacząłem ściągać, acz z tego, co zasysałem, to podobała mi się może 1/3. Mam tak po dziś dzień tbh, masa rzeczy od Placebo mi nie leży (zwłaszcza ich pierwsze płyty), a są takie, które kocham (np. Infra-red czy Every You Every Me). Jest jednak jeden cały krążek, który kocham ponad wszystko (od Placebo ofc), i jest to Sleeping With Ghosts. Tutaj nawiązanie do początku tego opisu - jako człowiek wyjątkowo i romantyczny i romansowy, a do tego potwornie nostalgiczny i sentymentalny, przeżywam tak naprawdę cały czas każdą ze swoich romantycznych relacji, tylko w różnym rzecz jasna natężeniu i na różne sposoby. Okrutnie jednakowoż reluję zarówno z tytułem albumu, jak i całym jego charakterem i ideą mu przyświecającą, którą w taki właśnie sposób opisał wokalista Placebo, czyli Brian Molko właśnie. Zastanawiałem się też, czy w ogóle nie wrzucić kawałka tytułowego, ale jednak sentymenty - hehe - wygrały.
Ponadto utwór ten stanowi pewnego rodzaju kontynuację wrzucanego przeze mnie 2 kolejki temu Better Than Love, albowiem moja fascynacja Special Needs (taka prawdziwa, że miałem kawałek na odtwarzaczu i słuchałem go często i gęsto) pokryła się z momentem rozkręcania się mojej relacji z pewną przyjaciółką, do której kilka lat później przeniosłem się do Krakowa. Sprzedawaliśmy sobie nawzajem mnóstwo muzyki back in the day, i ja oczywiście wepchnąłem jej Placebo. Dość powiedzieć, że się jej mocno ów numer spodobał, zdarzało się go nam razem słuchać i mocno przeżywać (też była lekko romantycznie skrzywiona). Dziś, cóż, myślę, że lepszego podsumowania dla tej kolejeczki nie znajdę. Co jest o tyle ciekawe, że właściwie mógłbym zamienić kolejnością numer otwierający z zamykającym, i nie tylko dlatego, że Laid Back pasowałoby bardziej do lata (co imć Murzyn mi zresztą wytknął w styczniu), ale swoim charakterem i tekstem lepiej oddawałby mój obecny mindset. Ale tak naprawdę... te są wymieszane. Więc macie Placebo, a ja idę po prawdziwe leki (bo się, kur*a, przeziębiłem, cholerna klimatyzacja).
https://youtu.be/PDd7UC6hOrQ?si=4aU2yMVIi1_8ehqn
Urgh, kończymy streak numerów smuteczkowo-romansowo-nostalgiczno-romantycznych od deva (taaa, chcielibyście co nie kur*a xD), przynajmniej w tej kolejce. Daruję sobie opisy tego, czym jest Placebo i kto tam gra, albowiem równie dobrze mógłbym zacząć opisywać kim są Depeche Mode wrzucając It's No Good wiosną. Jeśli nie znacie Briana Molko i Stefana Olsdala, to jest mi bardzo przykro. Nie przejmuję się tym jednakowoż jakoś bardzo, albowiem jest tutaj na tym forum i w tej zabawie przynajmniej jedna osoba, która powinna zapropsować i Placebo i moją wrzutkę. A jeśli nie... No cóż, mam pecha :F (btw, Adminie Złoty, oddawaj emotkę z wybitymi zębami
Special Needs usłyszałem po raz pierwszy w roku premiery, czyli, jakby nie patrzeć, dawno temu. Tak dawno, że miałem wtedy niemal tyle lat, ile prawie wynosi połowa czasu, jak minął od dziś do owej premiery xD Yep, wciąż nie mogę pogodzić się z tym, jak szybko życie zapieprza. A to było tak - miałem 14 lat i często przesiadywałem przed telewizorem w domu rodziców (co innego mogłem robić poza ew. graniem na kompie i jeżdżeniem na rowerze). A tam oglądałem niemal wyłącznie kanały muzyczne. Jest to o tyle śmieszne, że codziennie miałem przynajmniej 3 lub 4 godziny kompletnej samotności w chałupie, i mimo dostępu do przynajmniej kilku niekodowanych programów porno i tak wolałem oglądać na zmianę MTV Classic i Countdown TV (nieistniejący już włoski kanał muzyczny). Na tym drugim wideo do Special Needs latało bardzo często.
Spodobało mi się, z dwóch powodów - po pierwsze, dość melancholijny utwór o tematyce mniej lub bardziej orbitującej wokół odrzucenia (acz tekst interpretować można na kilka sposobów), a po drugie, piosence tej towarzyszył wyjątkowo ciekawie zrealizowany klip, który sam w sobie jest mocno melancholijny mimo wyraźnie erotycznej otoczki (a tak naprawdę to ja to po prostu w ten sposób odbierałem jako nastolatek, jest to po prostu obraz potrzeby bliskości podobny do tego, co 11 lat później zaprezentowała Austra w wideo do Habitat). Minęły dwa lata i okazało się, że moja dobra kumpela (z którą kumpluję się do dziś i która na pewno poszła na koncert Placebo w ramach ŁSF, wszak ZA DARMO, ZDANOWSKA PŁACI) jest psychofanką Molko i Olsdala (wtedy był z nimi jeszcze Steve Hewitt), a ponieważ ja zyskałem dostęp do programów P2P, no to zaczęła mi suflować czego tam warto posłuchać.
I zacząłem ściągać, acz z tego, co zasysałem, to podobała mi się może 1/3. Mam tak po dziś dzień tbh, masa rzeczy od Placebo mi nie leży (zwłaszcza ich pierwsze płyty), a są takie, które kocham (np. Infra-red czy Every You Every Me). Jest jednak jeden cały krążek, który kocham ponad wszystko (od Placebo ofc), i jest to Sleeping With Ghosts. Tutaj nawiązanie do początku tego opisu - jako człowiek wyjątkowo i romantyczny i romansowy, a do tego potwornie nostalgiczny i sentymentalny, przeżywam tak naprawdę cały czas każdą ze swoich romantycznych relacji, tylko w różnym rzecz jasna natężeniu i na różne sposoby. Okrutnie jednakowoż reluję zarówno z tytułem albumu, jak i całym jego charakterem i ideą mu przyświecającą, którą w taki właśnie sposób opisał wokalista Placebo, czyli Brian Molko właśnie. Zastanawiałem się też, czy w ogóle nie wrzucić kawałka tytułowego, ale jednak sentymenty - hehe - wygrały.
Ponadto utwór ten stanowi pewnego rodzaju kontynuację wrzucanego przeze mnie 2 kolejki temu Better Than Love, albowiem moja fascynacja Special Needs (taka prawdziwa, że miałem kawałek na odtwarzaczu i słuchałem go często i gęsto) pokryła się z momentem rozkręcania się mojej relacji z pewną przyjaciółką, do której kilka lat później przeniosłem się do Krakowa. Sprzedawaliśmy sobie nawzajem mnóstwo muzyki back in the day, i ja oczywiście wepchnąłem jej Placebo. Dość powiedzieć, że się jej mocno ów numer spodobał, zdarzało się go nam razem słuchać i mocno przeżywać (też była lekko romantycznie skrzywiona). Dziś, cóż, myślę, że lepszego podsumowania dla tej kolejeczki nie znajdę. Co jest o tyle ciekawe, że właściwie mógłbym zamienić kolejnością numer otwierający z zamykającym, i nie tylko dlatego, że Laid Back pasowałoby bardziej do lata (co imć Murzyn mi zresztą wytknął w styczniu), ale swoim charakterem i tekstem lepiej oddawałby mój obecny mindset. Ale tak naprawdę... te są wymieszane. Więc macie Placebo, a ja idę po prawdziwe leki (bo się, kur*a, przeziębiłem, cholerna klimatyzacja).
https://youtu.be/PDd7UC6hOrQ?si=4aU2yMVIi1_8ehqn
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
James Blake – Loading (2023)
No dobra, zostańmy jeszcze przy szufladzie z napisem „Muzyka od Livv”. Gdy przeglądałem jej playlisty na Spotify rzucił mi się w oczy niejaki James Blake. Nie wiem czemu, ale w jakiś sposób mnie zainteresował. Potem Livv mi go nawet polecała, więc tym bardziej trafił na moją listę do sprawdzenia. No ale zanim to zrobiłem Livv wrzuciła do Depeszwizji jego utwór „I Want You To Now”. Nie do końca się na nim wtedy poznałem. Oczywiście nawet nie wiedziałem, że to Blake. Czasami taki krótki kontakt z utworem nie wystarcza. Muszę przyznać się bez bicia, że utworom w Depeszwizji nie poświęcam zazwyczaj aż tyle czasu co bestkowym. Bo nie trzeba ich analizować i opisywać. Dlatego zaraz po Dwizji wziąłem się za album „Playing Robots Into Heaven”. I ta muzyka zatrybiła. Po raz kolejny sprawdza się u mnie zasada, że albumy mają większą moc od pojedynczych utworów. Nawet „I Want You To Now” zyskał bardzo dużo w towarzystwie pozostałych utworów. No ale od początku zakochałem się w „Loading”. Miałem ogromną fazę na ten utwór. Świetna elektronika, świetne wokale, rytm. A niesamowicie klimatyczny i niepokojący refren z iście upiornymi chórkami do teraz wywołuje ciary. Piękne odkrycie.
https://www.youtube.com/watch?v=rf9IDVBf-0A
No dobra, zostańmy jeszcze przy szufladzie z napisem „Muzyka od Livv”. Gdy przeglądałem jej playlisty na Spotify rzucił mi się w oczy niejaki James Blake. Nie wiem czemu, ale w jakiś sposób mnie zainteresował. Potem Livv mi go nawet polecała, więc tym bardziej trafił na moją listę do sprawdzenia. No ale zanim to zrobiłem Livv wrzuciła do Depeszwizji jego utwór „I Want You To Now”. Nie do końca się na nim wtedy poznałem. Oczywiście nawet nie wiedziałem, że to Blake. Czasami taki krótki kontakt z utworem nie wystarcza. Muszę przyznać się bez bicia, że utworom w Depeszwizji nie poświęcam zazwyczaj aż tyle czasu co bestkowym. Bo nie trzeba ich analizować i opisywać. Dlatego zaraz po Dwizji wziąłem się za album „Playing Robots Into Heaven”. I ta muzyka zatrybiła. Po raz kolejny sprawdza się u mnie zasada, że albumy mają większą moc od pojedynczych utworów. Nawet „I Want You To Now” zyskał bardzo dużo w towarzystwie pozostałych utworów. No ale od początku zakochałem się w „Loading”. Miałem ogromną fazę na ten utwór. Świetna elektronika, świetne wokale, rytm. A niesamowicie klimatyczny i niepokojący refren z iście upiornymi chórkami do teraz wywołuje ciary. Piękne odkrycie.
https://www.youtube.com/watch?v=rf9IDVBf-0A
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fajną wrzutę wam sprzedałem, to i reakcje fajne. Wuja coś tam se pobiadoli na gadaczy, a pewnie połowa jego wrzut w Bestce vol. 6 to będzie polski hiphop 
Talk Talk - It's My Life (Extended Mix)
Być może tą wrzutą narażę się na szyderę oraz obrzucenie zgniłymi pomidorami z napisem ENDŻOJ, ale trudno. Ten kawałek osobiście jest dla mnie ważny, a poza tym "ambitniejsze" odsłony Talk Talk już się na tym forum zdążyły pojawić przynajmniej kilkukrotnie, a ja też chciałbym oddać temu zespołowi SZACUN. A kiedy to zrobić, jak nie z okazji jubileuszowej 124 (to ważna dla mnie liczba, ponieważ każda w niej cyfra jest wielokrotnością poprzedniej) wrzuty oraz jednocześnie przy okazji zamknięcia piątej bestki?
Tak naprawdę to mam to w dupie, ale tak czy siak Talk Talk musiałem wrzucić i dziwie się sam sobie, że nastąpiło to dopiero teraz. Bo niewątpliwie jest to zespół, który SZANUJĘ. Jeden z tych, których naprawdę słucham względnie rzadko z racji tego, że każdy odsłuch jest dla mnie czymś pokroju misterium i nie chcę sobie psuć ich muzyki zbyt częstym odtwarzaniem, ale pisałem o tym już w bestkach albumowych.
Niemniej, wyznam wam, moi mili, że lubię też tę ich popową stronę, choć jak to w wielu innych przypadkach bywa (Genesis), ten podział na ambitniejszą i "upupowioną" część dyskografii jest niesprawiedliwy i krzywdzący.
W każdym razie, zanim polecą we mnie wymienione wcześniej pomidory i obelgi tudzież inne groźby karalne, tylko napiszę, że to jest bardzo ważny dla mnie utwór z przyczyn osobistych. Historię o jesieni 2014 sprzedawałem wam kilkukrotnie. Rzucenie studiów, depresja, siadająca bania, zerowa samoocena i rozpoczęcie nowych - wy już wiecie których.
Tak, chodzi o ten kierunek na który się idzie bez większego pomysłu na siebie i po którym rzekomo można pracować najwyżej w popularnej sieci fast foodów.
Nie on jest tu najważniejszy. Istotne było dla mnie wówczas to, że postanowiłem, iż pójście na nowe studia będzie dla mnie czymś pokroju nowego początku. Oczywiście w pewnych ramach, bo przeprowadzka nie wchodziła w grę, odcięcie się od wszystkich także, ba, nawet nie zmieniłem uczelni, tylko kierunek na tej samej, ale jednak coś tam postanowiłem w swoim życiu pozmieniać. Odciąłem się od wielu osób i społeczności (w tym tego forum heh), powypierdalałem z kilkaset osób ze znajomych, od tych od których nie mogłem się odciąć mooocno się zdystansowałem.
Bo wiecie, kurde, to moje życie czy coś.
W każdym razie nie wyszło mi to na złe, tamta jesień będzie dla mnie przyjemnym i oczyszczającym wspomnieniem, do którego wracałem nie raz i nie trzy w chwilach kryzysu, a ten utwór to jeden z symboli tego okresu - obok konsoli PSP i reprezentacji Nawałki.
Trochę się rozckliwiłem, jak za starych dobrych czasów, gdy faktycznie sprzedawałem piosenki o swoim życiu czy coś. No nic, czekam na pomidory, obelgi oraz groźby karalne - może będzie ich mniej z racji tego, że podsyłam wersję dwunastocalową, którą może odkryłem nieco później, niż miały miejsce te wydarzenia, ale muzycznie to chyba ją wolę niż oryginał. Generalnie single dwunastki GIGABAZA, ale to temat na dłuższe pitolenie kiedyś tam.
No, to wiecie co macie z tym robić. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=RgxOvGPL-go
Talk Talk - It's My Life (Extended Mix)
Być może tą wrzutą narażę się na szyderę oraz obrzucenie zgniłymi pomidorami z napisem ENDŻOJ, ale trudno. Ten kawałek osobiście jest dla mnie ważny, a poza tym "ambitniejsze" odsłony Talk Talk już się na tym forum zdążyły pojawić przynajmniej kilkukrotnie, a ja też chciałbym oddać temu zespołowi SZACUN. A kiedy to zrobić, jak nie z okazji jubileuszowej 124 (to ważna dla mnie liczba, ponieważ każda w niej cyfra jest wielokrotnością poprzedniej) wrzuty oraz jednocześnie przy okazji zamknięcia piątej bestki?
Tak naprawdę to mam to w dupie, ale tak czy siak Talk Talk musiałem wrzucić i dziwie się sam sobie, że nastąpiło to dopiero teraz. Bo niewątpliwie jest to zespół, który SZANUJĘ. Jeden z tych, których naprawdę słucham względnie rzadko z racji tego, że każdy odsłuch jest dla mnie czymś pokroju misterium i nie chcę sobie psuć ich muzyki zbyt częstym odtwarzaniem, ale pisałem o tym już w bestkach albumowych.
Niemniej, wyznam wam, moi mili, że lubię też tę ich popową stronę, choć jak to w wielu innych przypadkach bywa (Genesis), ten podział na ambitniejszą i "upupowioną" część dyskografii jest niesprawiedliwy i krzywdzący.
W każdym razie, zanim polecą we mnie wymienione wcześniej pomidory i obelgi tudzież inne groźby karalne, tylko napiszę, że to jest bardzo ważny dla mnie utwór z przyczyn osobistych. Historię o jesieni 2014 sprzedawałem wam kilkukrotnie. Rzucenie studiów, depresja, siadająca bania, zerowa samoocena i rozpoczęcie nowych - wy już wiecie których.
Tak, chodzi o ten kierunek na który się idzie bez większego pomysłu na siebie i po którym rzekomo można pracować najwyżej w popularnej sieci fast foodów.
Nie on jest tu najważniejszy. Istotne było dla mnie wówczas to, że postanowiłem, iż pójście na nowe studia będzie dla mnie czymś pokroju nowego początku. Oczywiście w pewnych ramach, bo przeprowadzka nie wchodziła w grę, odcięcie się od wszystkich także, ba, nawet nie zmieniłem uczelni, tylko kierunek na tej samej, ale jednak coś tam postanowiłem w swoim życiu pozmieniać. Odciąłem się od wielu osób i społeczności (w tym tego forum heh), powypierdalałem z kilkaset osób ze znajomych, od tych od których nie mogłem się odciąć mooocno się zdystansowałem.
Bo wiecie, kurde, to moje życie czy coś.
W każdym razie nie wyszło mi to na złe, tamta jesień będzie dla mnie przyjemnym i oczyszczającym wspomnieniem, do którego wracałem nie raz i nie trzy w chwilach kryzysu, a ten utwór to jeden z symboli tego okresu - obok konsoli PSP i reprezentacji Nawałki.
Trochę się rozckliwiłem, jak za starych dobrych czasów, gdy faktycznie sprzedawałem piosenki o swoim życiu czy coś. No nic, czekam na pomidory, obelgi oraz groźby karalne - może będzie ich mniej z racji tego, że podsyłam wersję dwunastocalową, którą może odkryłem nieco później, niż miały miejsce te wydarzenia, ale muzycznie to chyba ją wolę niż oryginał. Generalnie single dwunastki GIGABAZA, ale to temat na dłuższe pitolenie kiedyś tam.
No, to wiecie co macie z tym robić. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=RgxOvGPL-go
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W szóstym sezonie Wuja robi najlepszy możliwy myk - połowa wrzutek progrockowych
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No tyle razy dublować Wilsona nie mogę.
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
no ale może pink floyd czy kink crimson?
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Dragon
- Posty: 10366
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
wilson to akurat średni przykład, ale parę tych projekcików napocił
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Prędzej 25 wrzutek by Livv
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No nie przesadzaj. Góra 23.
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jestem rozczarowany. Myśleliśmy że najpierw wlecą rzeczy które my Ci sprzedaliśmy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A mało było?
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jedna Katy B i jeden numer Radiohead? Już teraz więcej wrzutek Livv dałeś xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wujasowi młode dziewczyny w głowie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Beatles - Something
George Harrisson to był gość, jego solowe rzeczy też były zajebiste. Generalnie trudno znaleźć naprawdę słabe numery The Beatles, praktycznie wszystko co nagrali, jest dobre, ale Murzyn wygrzebał rzeczywiście klasyka. Doskonały, melancholijny vibe, kilka klasycznie bitlesowskich zmian akordów, zagrane niby od niechcenia, ale świetne solo, no i ten „refren”. Poczytałem sobie trochę o tym numerze i przypomniało mi się, że mam gdzieś jakiś bootlegowy box z sesji do „Get Back”, muszę to sprawdzić. Murzyn na propsie.
The Field - Everday
Zaczyna się trochę wczesno-orbitalowo, a potem klimat skręca trochę w techno tracki z soundtracku do Sonic 3-D, którego w latach 90-tych byłem gigantycznym fanem (teraz w sumie też jestem). Numer się nie patyczkuje i od razu wjeżdża z dobrem, późniejsze zmiany świetne. Wejście w 2:40 trochę zaskakuje, myślałem że już nie będzie więcej. Był czas, że też bym to zmehał za zabytnią prostotę, ale to było dawno temu. Teraz propsuję to pod niebiosa, zajebista elektronika, zajebista atmosfera i generalnie, z tych bardziej tanecznych rzeczy wrzucanych przez Smokowskiego, jest to jedna z jego najlepszych wrzut i fenomenalne zakończenie 25-tki. Szanuje i ściągam album.
Placebo - Special Needs
Musiał znowu kradnie mi wrzutę, powinienem się przyzwyczaić. To pewnie w zamian za to, że mu odstapiłem „The Trick is to Keep Breathing”… no, nie ważne. „Sleeping with Ghosts” to ostatni album Placebo, który mogę nazwać doskonałym od A do Z. Akurat wtedy zacząłem ich słuchać, byłem w liceum, itd. Dla płaczliwego, emo dzieciaka, jest to jak znalazł. W okolicach wydania „Special Needs” na singlu, dostałem srogiego, mega niszczącego kosza, z powodu którego wylądowałem w szpitalu (długa historia, której wyjątkowo tutaj nie przytoczę w całości). Świetna piosenka, i TO PIANINO w refrenie, w którym się absolutnie zakochałem, może nawet bardziej niż w dziewczynie, która dała mi kosza. Piękny kawałek, który te 21 lat temu (ja pierdoIe) rozrywał mnie emocjonalnie. Pamiętam jak musiałem wybrać, bo tego samego dnia na Torwarze grało Placebo i Dave Gahan w Spodku. Postawiłem na Gahana i o ile był to chyba jednak dobry wybór (bo więcej solo trasa Gahana nie było), to jednak do dziś nie potrafię sobie podarować , że nie zobaczyłem Placebo w tamtym okresie. I tbh nie widziałem ich live do dziś, pomio, że dosłownie tydzień temu grali za darmo w Łodzi. Dawno nie włączałem tego numeru sam z siebie, ale mnie fala wspomnień zalała. Co za kawałek.
James Blake – Loading
„Playing Robots Into Heaven” uważam za rewelacyjny album, zresztą jest to płyta, która mnie ostatecznie przekonała do Blejka, p otym jak latami Overhype próbował mnie przekonać, wysyłał mi rzecz, płyty, a ja to mehałem. „Robots” otworzyło mi uszy. Jest baaardzo dużo złota, ale, heh, pech jest taki, że akurat „Loading” uważam, że jeden ze słabszych momentów tej płyty. Jest to ok numer, ale reszta jest tak dużo lepsza, że do „Loading” wracam w zasadzie tylko przy słuchaniu całego albumu. Tym samym generalnie prejz i fajnie, że Wujas słucha dobrej muzy, ale żeby z takiego albumu wybrać taki numer, to jednak nie mieści mi się w głowie.
Talk Talk - It's My Life (Extended Mix)
„It’s My Life” super numer, ale niestety w tym wypadku, extended mix totalnie nie wypalił. Lubię 12”, ale ten kawałek wyczerpuje temat absolutnie w wersji podstawowej, a ta wrzucona przez Mentosa, to takie męczenie konia, tam gdzie naprawdę nie warto go męczyć, bo to dobry pop, który powinien być krótki. Te losowe wrzuty wokalne na początku wypadają fatalnie, podobnie jak losowo zmiksowane instrumenty. Oni dopiero na „Colour of Spring” mieli naprawdę dobre extended mixy, ale w wypadku „It’s My Life” działa to tylko jeśli ma się kretyńską fazę na numer i kolejkuje się sto razy wszystkie możliwe wersje. Poza tym, klasyk. Mark Hollis jeszcze śpiewał z mocą i jak na faceta wyglądającego jak nauczyciel geografii, miał naprawdę cool look. Tym samym, świetny numer wrzucony w kiepskiej wersji. Pół propsa, no dobra, ¾.
Ogólnie ostatnia kolejka tej 25-tki bardzo dobra, wprawdzie dwóch takich dokonało dziwnych wyborów (jeden utworu, drugi wersji), ale i tak jest to dobra muzyka. Sentymentalny order dla Musiała oraz wspólny tron dla Murzyna i Dragona.
George Harrisson to był gość, jego solowe rzeczy też były zajebiste. Generalnie trudno znaleźć naprawdę słabe numery The Beatles, praktycznie wszystko co nagrali, jest dobre, ale Murzyn wygrzebał rzeczywiście klasyka. Doskonały, melancholijny vibe, kilka klasycznie bitlesowskich zmian akordów, zagrane niby od niechcenia, ale świetne solo, no i ten „refren”. Poczytałem sobie trochę o tym numerze i przypomniało mi się, że mam gdzieś jakiś bootlegowy box z sesji do „Get Back”, muszę to sprawdzić. Murzyn na propsie.
The Field - Everday
Zaczyna się trochę wczesno-orbitalowo, a potem klimat skręca trochę w techno tracki z soundtracku do Sonic 3-D, którego w latach 90-tych byłem gigantycznym fanem (teraz w sumie też jestem). Numer się nie patyczkuje i od razu wjeżdża z dobrem, późniejsze zmiany świetne. Wejście w 2:40 trochę zaskakuje, myślałem że już nie będzie więcej. Był czas, że też bym to zmehał za zabytnią prostotę, ale to było dawno temu. Teraz propsuję to pod niebiosa, zajebista elektronika, zajebista atmosfera i generalnie, z tych bardziej tanecznych rzeczy wrzucanych przez Smokowskiego, jest to jedna z jego najlepszych wrzut i fenomenalne zakończenie 25-tki. Szanuje i ściągam album.
Placebo - Special Needs
Musiał znowu kradnie mi wrzutę, powinienem się przyzwyczaić. To pewnie w zamian za to, że mu odstapiłem „The Trick is to Keep Breathing”… no, nie ważne. „Sleeping with Ghosts” to ostatni album Placebo, który mogę nazwać doskonałym od A do Z. Akurat wtedy zacząłem ich słuchać, byłem w liceum, itd. Dla płaczliwego, emo dzieciaka, jest to jak znalazł. W okolicach wydania „Special Needs” na singlu, dostałem srogiego, mega niszczącego kosza, z powodu którego wylądowałem w szpitalu (długa historia, której wyjątkowo tutaj nie przytoczę w całości). Świetna piosenka, i TO PIANINO w refrenie, w którym się absolutnie zakochałem, może nawet bardziej niż w dziewczynie, która dała mi kosza. Piękny kawałek, który te 21 lat temu (ja pierdoIe) rozrywał mnie emocjonalnie. Pamiętam jak musiałem wybrać, bo tego samego dnia na Torwarze grało Placebo i Dave Gahan w Spodku. Postawiłem na Gahana i o ile był to chyba jednak dobry wybór (bo więcej solo trasa Gahana nie było), to jednak do dziś nie potrafię sobie podarować , że nie zobaczyłem Placebo w tamtym okresie. I tbh nie widziałem ich live do dziś, pomio, że dosłownie tydzień temu grali za darmo w Łodzi. Dawno nie włączałem tego numeru sam z siebie, ale mnie fala wspomnień zalała. Co za kawałek.
James Blake – Loading
„Playing Robots Into Heaven” uważam za rewelacyjny album, zresztą jest to płyta, która mnie ostatecznie przekonała do Blejka, p otym jak latami Overhype próbował mnie przekonać, wysyłał mi rzecz, płyty, a ja to mehałem. „Robots” otworzyło mi uszy. Jest baaardzo dużo złota, ale, heh, pech jest taki, że akurat „Loading” uważam, że jeden ze słabszych momentów tej płyty. Jest to ok numer, ale reszta jest tak dużo lepsza, że do „Loading” wracam w zasadzie tylko przy słuchaniu całego albumu. Tym samym generalnie prejz i fajnie, że Wujas słucha dobrej muzy, ale żeby z takiego albumu wybrać taki numer, to jednak nie mieści mi się w głowie.
Talk Talk - It's My Life (Extended Mix)
„It’s My Life” super numer, ale niestety w tym wypadku, extended mix totalnie nie wypalił. Lubię 12”, ale ten kawałek wyczerpuje temat absolutnie w wersji podstawowej, a ta wrzucona przez Mentosa, to takie męczenie konia, tam gdzie naprawdę nie warto go męczyć, bo to dobry pop, który powinien być krótki. Te losowe wrzuty wokalne na początku wypadają fatalnie, podobnie jak losowo zmiksowane instrumenty. Oni dopiero na „Colour of Spring” mieli naprawdę dobre extended mixy, ale w wypadku „It’s My Life” działa to tylko jeśli ma się kretyńską fazę na numer i kolejkuje się sto razy wszystkie możliwe wersje. Poza tym, klasyk. Mark Hollis jeszcze śpiewał z mocą i jak na faceta wyglądającego jak nauczyciel geografii, miał naprawdę cool look. Tym samym, świetny numer wrzucony w kiepskiej wersji. Pół propsa, no dobra, ¾.
Ogólnie ostatnia kolejka tej 25-tki bardzo dobra, wprawdzie dwóch takich dokonało dziwnych wyborów (jeden utworu, drugi wersji), ale i tak jest to dobra muzyka. Sentymentalny order dla Musiała oraz wspólny tron dla Murzyna i Dragona.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn