No ale Hien był na weselu, Dave 48-my tydzień się przeprowadza, a reszta pewnie świętuje majówkę.
Best of Forum (Edycja albumowa)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum (Edycja albumowa)
Tu nie chodzi o to, że to akurat mój album, ale że taki zastój. Zwykle spóźniony Melki wyprzedził tym razem prawie wszystkich.
No ale Hien był na weselu, Dave 48-my tydzień się przeprowadza, a reszta pewnie świętuje majówkę.
No ale Hien był na weselu, Dave 48-my tydzień się przeprowadza, a reszta pewnie świętuje majówkę.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja też świętuję majówkę
Imprezę urodzinową też świętowałem 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja skorzystam z tego, że reszta majówkuje i jeszcze się wstrzymam, bo nie miałem jak posłuchać więcej SSB i chyba dopiero w czwartek rano będę mógł.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Sex Shop Boys - Actually
No, jestem xD przeprowadzony i ogarnięty w nowym lokum. Życie ostatnio otwiera przede mną różne możliwości i pokazuje wiele ciekawych oblicz (aż nazbyt), co zaciera wyjątkowo przykrą zimę, a w takim czasie słuchanie PSB to przyjemność. Co ja pie*dolę, słuchanie PSB to przyjemność w każdych warunkach! A jeśli o Actually chodzi, to jest to pierwszy album Tennanta i Lowego, jaki usłyszałem. Mój ojciec ma go na winylu (do dzisiaj) i mimo bycia starym rockmanem uwielbiał do niej wracać. It's a Sin srogo kojarzę z czasów pacholęctwa, raz, że często leciało wtedy w radio a dwa, że zwyczajnie kręciło się na szczycie naszej obrzydliwie bogato wyposażonej wieży Sanyo. To jest jeden z takich albumów dla mnie, gdzie nie ma złego kawałka, po prostu nie i już. Są najwyżej nieco słabsze od pozostałych (ale dla mnie poprzeczka jest tutaj zawieszona wysoko), jak np. Shopping, ale to naprawdę nie ma aż tak dużego znaczenia na tle całości. Zabawne, że dawno temu średnio podobał mi się feat Dusty Springfield (którą to PSB tak naprawdę trochę wyciągnęło z otchłani i reanimowało jej karierę w postaci albumu Reputation i - genialnego skądinąd - singla In Private; na marginesie dodam, że fajną jego wersję PSB nagrali z Eltonem Johnem parę lat później), a dziś uważam go za bez wątpienia najlepszy numer na płycie (właściwie mógłby ją zaczynać), słucham często i namiętnie. PSB kojarzą mi się z dwoma okresami w roku - wczesną wiosną (marzec) i jesienią, bowiem samodzielnie wsiąknąłem w PSB jesienią 2005 (głównie płyty Please, Introspective i Behaviour), ale do większego odbioru przysiadłem w marcu 2012, pół roku po tym, jak usłyszałem w radio - totalnym przypadkiem - singiel Love, etc. z płyty Yes, etc. (polecam bardzo, jeśli ktoś nie zna tego kawałka). Wówczas zassałem wszystkie płyty, które do tego czasu ukazały się z bonusami i z niewielkimi przerwami odsłuchiwałem kolejny rok. Także wracając do Actually, które pocisnąłem wówczas w tamtym czasie po raz kolejny - otwieracz, Dusty Mothafuckin Springfield i wpadamy w Shopping (nie mój faworyt), żeby podejść do Rent - kolejnego bangera, którego nawalałem jesienią 2005 i uwielbiam wideo doń, a to często latało po MTV Classic. Z rent do dwóch świetnych niesinglowych i znów w łeb It's a Sin, numeru, z którym bardzo długo się utożsamiałem (w jakiś sposób nadal to robię). It's a Sin uważam za ejtisową esencję PSB i esencję ejtisowej muzyki tanecznej ogólnie (nie sposób nazwać tego kawałka nietanecznym). Tam nie ma niczego złego, nawet cheesy efekty doskonale współgrają z duchem epoki, w której ten kawałek powstał - powiem wręcz, że w ciekawy sposób ją cytują (tak, że się dla mnie wręcz z nich nabijają). Na dokładkę kolejne nieco przejaskrawione wideo i hit gotowy. Potem I Want to Wake Up, które dla mnie jest chyba najfajniejszym niesinglowym numerem na płycie no i kolejne złoto - Heart, które uwielbiam odkąd tylko je usłyszałem. Skoczny, obrzydliwie pozytywny pop oparty o zsamplowanego Tennanta (albo przynajmniej tak brzmi), tłucze po głowie niczym obuch i nie chce się przestawać tego słuchać. Oglądać zresztą też, mam bowiem wrażenie, że PSB pod koniec ejtisów świetnie eksploatowali pewną konwencję, jeśli chodzi o wideoklipy. King's Cross nieco rozczarowuje jako zamknięcie (tu dla odmiany mogłoby to być rzeczone Heart), ale nie będę narzekał. Płyta jest dla mnie genialna, bardzo lubię jej słuchać, i cieszę się, że shodan ją wrzucił. Zastanawiałem się nad czymś od PSB i niewykluczone, że pójdę w tym kierunku za jakiś czas. Może przy następnej wymianie. A teraz wracam do utworów z kolejki xD
No, jestem xD przeprowadzony i ogarnięty w nowym lokum. Życie ostatnio otwiera przede mną różne możliwości i pokazuje wiele ciekawych oblicz (aż nazbyt), co zaciera wyjątkowo przykrą zimę, a w takim czasie słuchanie PSB to przyjemność. Co ja pie*dolę, słuchanie PSB to przyjemność w każdych warunkach! A jeśli o Actually chodzi, to jest to pierwszy album Tennanta i Lowego, jaki usłyszałem. Mój ojciec ma go na winylu (do dzisiaj) i mimo bycia starym rockmanem uwielbiał do niej wracać. It's a Sin srogo kojarzę z czasów pacholęctwa, raz, że często leciało wtedy w radio a dwa, że zwyczajnie kręciło się na szczycie naszej obrzydliwie bogato wyposażonej wieży Sanyo. To jest jeden z takich albumów dla mnie, gdzie nie ma złego kawałka, po prostu nie i już. Są najwyżej nieco słabsze od pozostałych (ale dla mnie poprzeczka jest tutaj zawieszona wysoko), jak np. Shopping, ale to naprawdę nie ma aż tak dużego znaczenia na tle całości. Zabawne, że dawno temu średnio podobał mi się feat Dusty Springfield (którą to PSB tak naprawdę trochę wyciągnęło z otchłani i reanimowało jej karierę w postaci albumu Reputation i - genialnego skądinąd - singla In Private; na marginesie dodam, że fajną jego wersję PSB nagrali z Eltonem Johnem parę lat później), a dziś uważam go za bez wątpienia najlepszy numer na płycie (właściwie mógłby ją zaczynać), słucham często i namiętnie. PSB kojarzą mi się z dwoma okresami w roku - wczesną wiosną (marzec) i jesienią, bowiem samodzielnie wsiąknąłem w PSB jesienią 2005 (głównie płyty Please, Introspective i Behaviour), ale do większego odbioru przysiadłem w marcu 2012, pół roku po tym, jak usłyszałem w radio - totalnym przypadkiem - singiel Love, etc. z płyty Yes, etc. (polecam bardzo, jeśli ktoś nie zna tego kawałka). Wówczas zassałem wszystkie płyty, które do tego czasu ukazały się z bonusami i z niewielkimi przerwami odsłuchiwałem kolejny rok. Także wracając do Actually, które pocisnąłem wówczas w tamtym czasie po raz kolejny - otwieracz, Dusty Mothafuckin Springfield i wpadamy w Shopping (nie mój faworyt), żeby podejść do Rent - kolejnego bangera, którego nawalałem jesienią 2005 i uwielbiam wideo doń, a to często latało po MTV Classic. Z rent do dwóch świetnych niesinglowych i znów w łeb It's a Sin, numeru, z którym bardzo długo się utożsamiałem (w jakiś sposób nadal to robię). It's a Sin uważam za ejtisową esencję PSB i esencję ejtisowej muzyki tanecznej ogólnie (nie sposób nazwać tego kawałka nietanecznym). Tam nie ma niczego złego, nawet cheesy efekty doskonale współgrają z duchem epoki, w której ten kawałek powstał - powiem wręcz, że w ciekawy sposób ją cytują (tak, że się dla mnie wręcz z nich nabijają). Na dokładkę kolejne nieco przejaskrawione wideo i hit gotowy. Potem I Want to Wake Up, które dla mnie jest chyba najfajniejszym niesinglowym numerem na płycie no i kolejne złoto - Heart, które uwielbiam odkąd tylko je usłyszałem. Skoczny, obrzydliwie pozytywny pop oparty o zsamplowanego Tennanta (albo przynajmniej tak brzmi), tłucze po głowie niczym obuch i nie chce się przestawać tego słuchać. Oglądać zresztą też, mam bowiem wrażenie, że PSB pod koniec ejtisów świetnie eksploatowali pewną konwencję, jeśli chodzi o wideoklipy. King's Cross nieco rozczarowuje jako zamknięcie (tu dla odmiany mogłoby to być rzeczone Heart), ale nie będę narzekał. Płyta jest dla mnie genialna, bardzo lubię jej słuchać, i cieszę się, że shodan ją wrzucił. Zastanawiałem się nad czymś od PSB i niewykluczone, że pójdę w tym kierunku za jakiś czas. Może przy następnej wymianie. A teraz wracam do utworów z kolejki xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pet Shop Boys - Actually
Pet Shop Boys lubię umiarkowanie, znałem do tej pory dwie ich płyty których słuchałem swego czasu a potem w sumie poszły w kąt i jakoś nie wracałem, nie wiedzieć czemu. Actually nigdy nie sprawdzałem, być może dlatego że znajduje się na nim It's a Sin za którym nigdy nie przepadałem, możliwe że z powodu teledysku mi nie podchodził, nie wiem. Po pierwszych dwóch odsłuchach bałem się nieco że będę skrobał reckę jak Dragon ale po trzecim coś kliknęło w głowie i było już dobrze.
Album fajnie się zaczyna, ejtisowy disco bit z miejsca zaprasza do tańca, szkoda nieco że w większości numeru jednak zanika i dopiero pod koniec numer bardziej buja. Mimo wszystko dobry wstęp do albumu, fajna produkcja. What Have I Done To Deserve This się obawiałem nieco jak przeczytałem o goścince Dusty Springfield, pasowało mi to jakoś jak pięść do nosa ale wyszło całkiem zgrabne odkurzenie tej pani przez PSB. Fajny, solidny singiel i ja tam takie gadanego Tennanta z refrenu lubię akurat. It Couldn't Happen Here z początku w ogóle nie skojarzyłem z Badalamentim, zdziwiłem się jak o tym przeczytałem w recenzji Dragona a potem przy drugim odsłuchu zdążyłem zapomnieć co napisał i kiedy wjechało pomyślałem "o jak to Twin Peaksowo brzmi"
i mi to pasuje, tego Pana chyba w każdej ilości przyjmę w tym klimacie. It's A Sin nigdy nie trawiłem, troszeczkę się przekonałem do niego choć i tak chyba najmniej mi podchodzi z całej płyty. Coś czego poczatkowo nie usłyszałem a potem kliknęło w głowie to fakt że ta płyta jest nie mniej taneczna niż Introspective, jest tu hit za hitem, lubię Shopping, przekonałem się do Rent choć początkowo było tak sobie, Hit Music wydaje mi się tu jedynym trochę zapychaczem i tanecznym numerem na siłę. Najlepsze jednak wchodzi pod koniec płyty zdecydowanie za sprawą duetu I Want To Wake Up i Heart. Fantastyczne synthy i proste chwytliwe melodie, dla mnie najsilniejsze kawałki z tej płyty. A najzabawniejsze że przez Heart i te cięte wokale przypomniałem sobie nagle o coverze Shadowplay w wykonaniu The Killers i jak nigdy jakoś nie przepadałem tak wszedł mi jak złoto teraz, nie mówiąc już o moim młodym Pataju który ma teraz nowy ulubiony kawałek xD wieńczące album King's Cross też mi wchodzi, ogólnie jaram się bo to produkcja przełomu dekad, nawet jeśli to raptem rocznik '87 to dla mnie temu albumowi bliżej do takiego Violatora niż MFTM moim zdaniem. W sumie zabawne bo przez lata gadałem jaki to Violator jest 90sowy a teraz mam poczucie że wcale nie 
Tak, wiem że tak naprawdę nic szczególnego może nie napisałem o poszczególnych utworach ale tak naprawdę większość tu brzmi dość podobnie do siebie a całość jest jednak dość dyskotekowa, więc nie ma siły żebym tego nie kupił. Swoją drogą w weekend nabyłem na giełdzie płyt cedeka Introspective a teraz myślę że na następnej giełdzie chyba za Actually będę się rozglądał. Świetna ejtisowa płyta i właściwie sam nie wiem czemu lubiąc synthpop nigdy nie sięgnąłem po więcej PSBoysów, a teraz raz że dostrzegłem swój błąd i zachwyciłem się tą płytą to jeszcze przepraszam się z tymi które przed laty odstawiłem w kąt. Fajne odkrycie dla mnie i nauczka na przyszłość by się łatwo nie zrażać, kiedy shodan zapodał Actually miałem dobre przeczucie i chciałem rzetelnie podejść do tematu bo to płyta na pewno więcej niż rzetelna w tematyce lat 80.
Pet Shop Boys lubię umiarkowanie, znałem do tej pory dwie ich płyty których słuchałem swego czasu a potem w sumie poszły w kąt i jakoś nie wracałem, nie wiedzieć czemu. Actually nigdy nie sprawdzałem, być może dlatego że znajduje się na nim It's a Sin za którym nigdy nie przepadałem, możliwe że z powodu teledysku mi nie podchodził, nie wiem. Po pierwszych dwóch odsłuchach bałem się nieco że będę skrobał reckę jak Dragon ale po trzecim coś kliknęło w głowie i było już dobrze.
Album fajnie się zaczyna, ejtisowy disco bit z miejsca zaprasza do tańca, szkoda nieco że w większości numeru jednak zanika i dopiero pod koniec numer bardziej buja. Mimo wszystko dobry wstęp do albumu, fajna produkcja. What Have I Done To Deserve This się obawiałem nieco jak przeczytałem o goścince Dusty Springfield, pasowało mi to jakoś jak pięść do nosa ale wyszło całkiem zgrabne odkurzenie tej pani przez PSB. Fajny, solidny singiel i ja tam takie gadanego Tennanta z refrenu lubię akurat. It Couldn't Happen Here z początku w ogóle nie skojarzyłem z Badalamentim, zdziwiłem się jak o tym przeczytałem w recenzji Dragona a potem przy drugim odsłuchu zdążyłem zapomnieć co napisał i kiedy wjechało pomyślałem "o jak to Twin Peaksowo brzmi"
Tak, wiem że tak naprawdę nic szczególnego może nie napisałem o poszczególnych utworach ale tak naprawdę większość tu brzmi dość podobnie do siebie a całość jest jednak dość dyskotekowa, więc nie ma siły żebym tego nie kupił. Swoją drogą w weekend nabyłem na giełdzie płyt cedeka Introspective a teraz myślę że na następnej giełdzie chyba za Actually będę się rozglądał. Świetna ejtisowa płyta i właściwie sam nie wiem czemu lubiąc synthpop nigdy nie sięgnąłem po więcej PSBoysów, a teraz raz że dostrzegłem swój błąd i zachwyciłem się tą płytą to jeszcze przepraszam się z tymi które przed laty odstawiłem w kąt. Fajne odkrycie dla mnie i nauczka na przyszłość by się łatwo nie zrażać, kiedy shodan zapodał Actually miałem dobre przeczucie i chciałem rzetelnie podejść do tematu bo to płyta na pewno więcej niż rzetelna w tematyce lat 80.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No i o to właśnie chodzi w tej zabawie, żeby za sprawą kogoś innego przekonać się do czegoś, odkryć coś dla siebie.
stripped jak lubisz taneczne rytmy czy też disco, to powinieneś popróbować też innych płyt od PSB. Oni są specjalistami od takich rzeczy.
stripped jak lubisz taneczne rytmy czy też disco, to powinieneś popróbować też innych płyt od PSB. Oni są specjalistami od takich rzeczy.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Pet Shop Boys - Actually
Pet Shop Boys to wyjątkowy zespół. Zaryzykuję stwierdzenie, że to pierwszy zespół 90sowy, bo brzmieli 90sowo na długo zanim ta dekada nastała. Nawet na wczesnych płytach to nie było typowe ejtisowe granie, PSB zawsze pachnęli trochę przyszłością. Oni zawsze lecieli w moim domu, moja mam ich lubiła, mój ojciec też. Jedno z moich top wspomnień z dzieciństwa, to czatowanie na teledysk do "Go West", któy wtedy wydawał mi się czymś nie z tej ziemi. „Actually” słuchałem dawno temu i powiem szczerze, że nie wracałem do tej płyty. Powrót okazał się trochę jak odgrzewanie kreskówek z dzieciństwa. „One More Chance” to był w zasadzie motyw przewodni moich powrotów do tego albumu przy okazji naszej zabawy. Teraz kiedy piszę te recenzję, słucham tego albumu po raz kolejny, mogę napisać, że Pet Shop Boys nagrali dużo lepsze albumy („Please” i „Behaviour” na bank), które nie zestarzały się w tak średni sposób, co w sumie jest ironią biorąc pod uwagę, że w tamtym czasie, to był chyba najnowocześniejszy album w historii. Niestety nie wszystkie piosenki robią temu albumowi przysługę. „One More Chance” jest fajny, ale na dłuższą metę irytuje. „What Have I Done...” był u mnie dosyć sporym hitem koło 2002 r. kiedy go usłyszałem w radiu. Jest tu wszystko za co lubię Sex Shop Boys, pomysł, melodia, rytm i doskonałe wokale. „Shopping” na dłuższą metę nie jest utworem, który zapada w pamięć czymkolwiek innym niż efektami na wokalu Tennanta. „Rent” to jeden z lepszych kawałków na płycie i mam wrażenie, że Grzegorz Ciechowski bardzo się w tym numerze musiał zasłuchiwać pisząc „Nie Pytaj o Polskę”, wręcz z linijką. „Hit Muuuusic” to fajna piosenka, ale jako jedna z niewielu, brzmi jak typowe ejtisy, co mnie trochę drażni, klapa od kibla lata non stop, ale pewnie się czepiam i innego dnia bym stwierdził inaczej. Z taką muzyką niestety tak jest, jednego dnia wchodzi, a innego ma się ochotę ją skasować z dysku. „It Couldn’t Happen Here” również cierpi na toporną aranżację, bo o ile ten elektroniczny ambient w tle jest super, to perkusja zabija cały klimat. O „It’s a Sin” nawet nie ma co pisać, ten kawałek zna się na pamięć nawet jak się nie lubi Sex Shop Boys. To nie był nigdy mój ulubiony ich hit, ale nie mogę też powiedzieć, że go nie lubię Jest spoko. „I Want To Wake Up” to jeden z moich ulubionych utworów na płycie, ponownie ma wszystko to co lubię w PSB i to samo mogę powiedzieć o „Heart” i „King’s Cross”. To jest dobry pop by PSB, co nie zawsze się na „Actually” objawia. Ogólnie wrażenia mam bardziej pozytywne niż negatywne, ale aż tak kolorowo nie było. Kiedy Shodan wrzucił PSB, to się ucieszyłem na powtórkę z klasyki, bo to jest doskonały zespół. Utwierdziłem się jednak w przekonaniu, że Sex Shop Boys nagrywali lepsze rzeczy. „Actually” jest spoko, ale to tyle.
Pet Shop Boys to wyjątkowy zespół. Zaryzykuję stwierdzenie, że to pierwszy zespół 90sowy, bo brzmieli 90sowo na długo zanim ta dekada nastała. Nawet na wczesnych płytach to nie było typowe ejtisowe granie, PSB zawsze pachnęli trochę przyszłością. Oni zawsze lecieli w moim domu, moja mam ich lubiła, mój ojciec też. Jedno z moich top wspomnień z dzieciństwa, to czatowanie na teledysk do "Go West", któy wtedy wydawał mi się czymś nie z tej ziemi. „Actually” słuchałem dawno temu i powiem szczerze, że nie wracałem do tej płyty. Powrót okazał się trochę jak odgrzewanie kreskówek z dzieciństwa. „One More Chance” to był w zasadzie motyw przewodni moich powrotów do tego albumu przy okazji naszej zabawy. Teraz kiedy piszę te recenzję, słucham tego albumu po raz kolejny, mogę napisać, że Pet Shop Boys nagrali dużo lepsze albumy („Please” i „Behaviour” na bank), które nie zestarzały się w tak średni sposób, co w sumie jest ironią biorąc pod uwagę, że w tamtym czasie, to był chyba najnowocześniejszy album w historii. Niestety nie wszystkie piosenki robią temu albumowi przysługę. „One More Chance” jest fajny, ale na dłuższą metę irytuje. „What Have I Done...” był u mnie dosyć sporym hitem koło 2002 r. kiedy go usłyszałem w radiu. Jest tu wszystko za co lubię Sex Shop Boys, pomysł, melodia, rytm i doskonałe wokale. „Shopping” na dłuższą metę nie jest utworem, który zapada w pamięć czymkolwiek innym niż efektami na wokalu Tennanta. „Rent” to jeden z lepszych kawałków na płycie i mam wrażenie, że Grzegorz Ciechowski bardzo się w tym numerze musiał zasłuchiwać pisząc „Nie Pytaj o Polskę”, wręcz z linijką. „Hit Muuuusic” to fajna piosenka, ale jako jedna z niewielu, brzmi jak typowe ejtisy, co mnie trochę drażni, klapa od kibla lata non stop, ale pewnie się czepiam i innego dnia bym stwierdził inaczej. Z taką muzyką niestety tak jest, jednego dnia wchodzi, a innego ma się ochotę ją skasować z dysku. „It Couldn’t Happen Here” również cierpi na toporną aranżację, bo o ile ten elektroniczny ambient w tle jest super, to perkusja zabija cały klimat. O „It’s a Sin” nawet nie ma co pisać, ten kawałek zna się na pamięć nawet jak się nie lubi Sex Shop Boys. To nie był nigdy mój ulubiony ich hit, ale nie mogę też powiedzieć, że go nie lubię Jest spoko. „I Want To Wake Up” to jeden z moich ulubionych utworów na płycie, ponownie ma wszystko to co lubię w PSB i to samo mogę powiedzieć o „Heart” i „King’s Cross”. To jest dobry pop by PSB, co nie zawsze się na „Actually” objawia. Ogólnie wrażenia mam bardziej pozytywne niż negatywne, ale aż tak kolorowo nie było. Kiedy Shodan wrzucił PSB, to się ucieszyłem na powtórkę z klasyki, bo to jest doskonały zespół. Utwierdziłem się jednak w przekonaniu, że Sex Shop Boys nagrywali lepsze rzeczy. „Actually” jest spoko, ale to tyle.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czyli tradycyjnie czekamy na mentosa 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A ja się przejmowałem, że będę blokował xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Już wiele razy pisałem, że PSB najlepsze albumy nagrał na początku kariery. Są to właśnie Please, Disco, Actually, Introspective i Behaviour.Hien pisze:05 maja 2022 11:11Pet Shop Boys nagrali dużo lepsze albumy („Peace” i „Behaviour” na bank)
I Behaviour mógłbym właściwie bez problemu postawić na równi z Actually. Reszta tuż tuż za tą dwójką. Ale każdy mógłby równie dobrze wskazać którykolwiek z tych albumów jako najlepszy. Zależy od preferencji.
Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby Mudżynowi lubiącemu dyskotekowe rytmy i nieobarczonemu żadnym sentymentem najbardziej spodobała się któraś z nowszych płyt.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Pet Shop Boys - Actually
Słyszałem kiedyś taką historyjkę nt. genezy tego zespołu, nie powiem wam czy jest autentyczna, czy nie (raczej to drugie), ale średnio mnie to obchodzi, bo po prostu mi się podoba. W skrócie to miało wyglądać mniej-więcej tak, ze jeden z jego członków pracował jako dziennikarz muzyczny i po którejś tam krytycznej recenzji ktoś mu grzecznie zasugerował, żeby sam założył zespół i zobaczył jakie to trudne zajęcie, a to co się wydarzyło dalej - wszyscy wiemy. Jestem skłonny w to uwierzyć, bo jakby się tak zastanowić to mało jest "bezpieczniejszych" zespół niż PSB - stacje radiowe grają ich po dziś dzień, lubią ich popersi, cenią rockersi, lubią niezalki, pewnie nawet niejeden sierściuch-metalowiec nawet jak się skrzywi, to mniej niż słysząc jakąś inną gwiazdę popu. Moze to kwestia bańki informacyjnej, ale nie pamiętam, bym kiedykolwiek był w takiej, w której się tego zespołu nie lubi xD Coś jakby Tennant i Lowe odkryli przebojan synthpopu i wynaleźli formułę na idealną muzykę pop (że ona się dość szybko wyczerpała to swoją drogą).
Akczuli to sztandarowy przykład zastosowania tej formuły w praktyce i jedna z tych największych płyt pop, którą można postawić gdzieś obok Violatora, Thrillera i co se tam jeszcze dopiszecie, bo ciężko tu o słabsze momenty, o zapychaczach nie mówiąc. Wymienię słabsze momenty, by nie zamulać: It's A Sin trochę mi się osłuchało i wracam do tego dość rzadko, It Couldn't Happen There to fajna piosenka, ale też słucham jej tylko podczas odsłuchiwania całego albumu. W sumie tyle, dajcie więcej takich słabych albumów...
A co tu wymiata? Kolabo z Dusty Springfield, Heart, I Want To Wake Up, Rent - w zależności od dnia/nastroju/kaprysu/pogody/newsów w TV. Nie mogę wybrać jednego, każda rzecz tutaj brzmi świetnie - tu faktycznie ktoś wyżej zwrócił słusznie uwagę, że ta płyta brzmieniowo wyprzedziła swoją epokę. Ale pomijając te wszystkie śmieszne rzeczy typu brzmienie czy świetne chórki na których się nie znam i o których nie chce mi się pisać, po prostu słyszę w tej muzyce dużą dawkę melancholii i nostalgii. A o tym że ja takie cuś lubię to pisałem tu wielokrotnie, a w Paetz Shop Boysach jara mnie maksymalnie to, że ta cała smuta świetnie się uzupełnia z dyskotekowym brzmieniem, i to nie bynajmniej na zasadzie jakiegoś ironicznego kontrastu, tylko po prostu... tu to wszystko jest obok siebie, funkcjonuje i się zazębia. Nie umiem tego sensowniej wyjaśnić, może mnie zrozumiecie, może nie.
Chyba obok Rubycon najlepsza płyta która pojawiła się w tej zabawie.
Słyszałem kiedyś taką historyjkę nt. genezy tego zespołu, nie powiem wam czy jest autentyczna, czy nie (raczej to drugie), ale średnio mnie to obchodzi, bo po prostu mi się podoba. W skrócie to miało wyglądać mniej-więcej tak, ze jeden z jego członków pracował jako dziennikarz muzyczny i po którejś tam krytycznej recenzji ktoś mu grzecznie zasugerował, żeby sam założył zespół i zobaczył jakie to trudne zajęcie, a to co się wydarzyło dalej - wszyscy wiemy. Jestem skłonny w to uwierzyć, bo jakby się tak zastanowić to mało jest "bezpieczniejszych" zespół niż PSB - stacje radiowe grają ich po dziś dzień, lubią ich popersi, cenią rockersi, lubią niezalki, pewnie nawet niejeden sierściuch-metalowiec nawet jak się skrzywi, to mniej niż słysząc jakąś inną gwiazdę popu. Moze to kwestia bańki informacyjnej, ale nie pamiętam, bym kiedykolwiek był w takiej, w której się tego zespołu nie lubi xD Coś jakby Tennant i Lowe odkryli przebojan synthpopu i wynaleźli formułę na idealną muzykę pop (że ona się dość szybko wyczerpała to swoją drogą).
Akczuli to sztandarowy przykład zastosowania tej formuły w praktyce i jedna z tych największych płyt pop, którą można postawić gdzieś obok Violatora, Thrillera i co se tam jeszcze dopiszecie, bo ciężko tu o słabsze momenty, o zapychaczach nie mówiąc. Wymienię słabsze momenty, by nie zamulać: It's A Sin trochę mi się osłuchało i wracam do tego dość rzadko, It Couldn't Happen There to fajna piosenka, ale też słucham jej tylko podczas odsłuchiwania całego albumu. W sumie tyle, dajcie więcej takich słabych albumów...
A co tu wymiata? Kolabo z Dusty Springfield, Heart, I Want To Wake Up, Rent - w zależności od dnia/nastroju/kaprysu/pogody/newsów w TV. Nie mogę wybrać jednego, każda rzecz tutaj brzmi świetnie - tu faktycznie ktoś wyżej zwrócił słusznie uwagę, że ta płyta brzmieniowo wyprzedziła swoją epokę. Ale pomijając te wszystkie śmieszne rzeczy typu brzmienie czy świetne chórki na których się nie znam i o których nie chce mi się pisać, po prostu słyszę w tej muzyce dużą dawkę melancholii i nostalgii. A o tym że ja takie cuś lubię to pisałem tu wielokrotnie, a w Paetz Shop Boysach jara mnie maksymalnie to, że ta cała smuta świetnie się uzupełnia z dyskotekowym brzmieniem, i to nie bynajmniej na zasadzie jakiegoś ironicznego kontrastu, tylko po prostu... tu to wszystko jest obok siebie, funkcjonuje i się zazębia. Nie umiem tego sensowniej wyjaśnić, może mnie zrozumiecie, może nie.
Chyba obok Rubycon najlepsza płyta która pojawiła się w tej zabawie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To teraz podsumowanie Ojca Dyrektora i jutro ruszymy dalej 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Naprawdę przyjemnie się czyta takie recenzje. Nie powiem, że nie liczyłem na parę miłych słów o Actually, ale jest nawet lepiej niż się spodziewałem. I pod wpływem tych wypowiedzi aż sam znowu załapałem fazę na PSB.
Wszyscy właściwie jak jeden wśród najmocniejszych punktów płyty wymieniają I Want To Wake Up, co mnie nawet zaskoczyło. I pokrywa się to z moją opinią. Za to ciekawe, że największe hity jak It's a Sin i Rent wcale w Waszych opiniach nie brylują. Coś podobnie jak największe hity na Violator.
Co do Tennanta, to on rzeczywiście był dziennikarzem muzycznym. I spotkał Lowe'a w sklepie zoologicznym, stąd nazwa zespołu.
Jako, że mam komunię syna i zjadą mi się goście, to od jutra do niedzieli będę poza zasięgiem. Ale podejrzewam, że i tak co niektórych zdołam recką wyprzedzić.
Wszyscy właściwie jak jeden wśród najmocniejszych punktów płyty wymieniają I Want To Wake Up, co mnie nawet zaskoczyło. I pokrywa się to z moją opinią. Za to ciekawe, że największe hity jak It's a Sin i Rent wcale w Waszych opiniach nie brylują. Coś podobnie jak największe hity na Violator.
Co do Tennanta, to on rzeczywiście był dziennikarzem muzycznym. I spotkał Lowe'a w sklepie zoologicznym, stąd nazwa zespołu.
Jako, że mam komunię syna i zjadą mi się goście, to od jutra do niedzieli będę poza zasięgiem. Ale podejrzewam, że i tak co niektórych zdołam recką wyprzedzić.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ło Panie to się gość śmiało na spokojnie, zobaczymy teraz ile zajmie nam powrót do przedmajówkowego tempa a przy coraz lepszej pogodzie z weekendami będzie pewnie średnio.
P.S.
A i ten manewr z końcówkowym bisem bitu w Heart też spoko, lubię takie coś!
P.S.
A i ten manewr z końcówkowym bisem bitu w Heart też spoko, lubię takie coś!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Shodan, jeśli mam obstawiać, to poza Dragonem nikt się nie będzie tak szarpał z recenzja Foxxa, więc na luzie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No ok, gdyby shodan wolał np. już dzisiaj napisać to może.
Przechodzimy do Interplay od John Foxx and the Maths.
Przechodzimy do Interplay od John Foxx and the Maths.
devotional pisze:07 kwie 2022 14:59John Foxx and the Maths - Interplay (2011)
https://youtube.com/playlist?list=PLZBg ... F996yatDoi
Wiosna 2011 była odjazdowa, ale głównie w drugą stronę. Właśnie rozpadł mi się pierwszy w moim życiu poważny związek, zaangażowałem się w wyjątkowo nietrafne FWB, miałem kosmiczne jazdy emocjonalne i głównie spędzałem czas na piciu. Ta płyta była do tego soundtrackiem. Historia lubi się powtarzać, i dokładnie 11 lat później jestem niebezpiecznie blisko tego samego. I znów słucham tej płyty. Tyle słowem wstępu-backgroundu.
Kim jest John Foxx (Foxx the John, właściwie Dennis Leigh) mówić chyba nie muszę. Ale i tak powiem, tyle że w skrócie: to człowiek orkiestra. Z wykształcenia grafik (projektował m.in. okładki książek, wymyślił okładkę Lightbulb Sun Porcupine Tree) i to po Royal College of Art (które zresztą skończył z wyróżnieniem i potem pracował tam długo jako wykładowca), znany w świecie muzyki jako założyciel grupy Ultravox! (potem pozbyli się wykrzyknika, który był dość oczywistą zrzynką z Neu!) i jej pierwszy frontman-wokalista. Wiele osób uważa, że to z nim na pokładzie Ultravox nagrał swoje najlepsze płyty. Pierwsza (po prostu Ultravox!) to czysta punkowa przyjemność (z lekkimi akcentami synthpopowymi, jak to sam Foxx opisywał) wyprodukowana przez nie byle kogo (już wtedy przecież), bo samego Mistrza Eno. Potem wydali jeszcze jedną w podobnych klimatach (Ha! Ha! Ha!) i w 1978 ostatnią, Systems of Romance, która skręcała mocno w nową falę. Tam srogo odkryli syntezatory, i Foxx ogarnął, że właściwie to nie potrzebuje zespołu, żeby grać i tworzyć. Tworzyć chciał bowiem niemal wyłącznie elektronikę, to po co mu skrzypek, gitarzysta, basista i pałker. No więc ich porzucił po pierwszej trasie po US of fookin' A i rozpoczął karierę solową. Przypadkiem Ultravox zmartwychwstał rok później, kiedy dołączył do nich na wokal Midge Ure, ale to był już zupełnie inny zespół. A Foxx w 1980 wydał Metamatic, które uważane jest za jeden z najważniejszych albumów w muzyce elektronicznej tamtych czasów (shame on you jak nie znacie He's a Liquid). Foxx stał się gwiazdą (choć nie jakiegoś potężnego formatu) i na drugim albumie - The Garden - postanowił wrócić do bardziej popowego grania. Założył studio, które nazwał tak, jak swoją płytę (nagrywali tam zresztą m.in. DM), ruszył w trasę, nagrał kolejną płytę (The Golden Section), która była już czystym synthpopem, ruszył w kolejną trasę, nagrał jeszcze kolejną płytę (In Mysterious Ways), która była już wyjątkowo cheesy popem i się nie sprzedawała, więc Foxx się wycofał z rynku i zatrudnił się na swojej macierzystej uczelni. Parę lat później steamował się z Timem Simenonem i jakimiś ludźmi i nagrali krążek, który oficjalnie wyszedł... jakoś w okolicach roku 2000 xD A szkoda, bo fajnie łączyli breakbeaty z klawiszami. Nazwali się Nation 12. Foxx jednak skutecznie wrócił na scenę, kiedy postanowił sformować duet z szerzej nieznanym muzykiem Louisem Gordonem i w 1997 wydali pierwszą płytę razem - Shifting City. Albumów było jeszcze parę, czysta elektronika, ale taka "nowoczesna" w brzmieniu, trochę zbyt wycyzelowana, trochę przeprodukowana momentami (chociaż ciągle fajna muza). Grali sobie koncerty, grali, wydawali płyty, wydawali (w tym zaje*iste live'y), aż zniknęli. I ja Foxxa straciłem wtedy z oczu, bo jak miałem fazę na duet Foxx/Gordon (2008-2009), to akurat kończyli przygodę. Foxx po drodze wydał jeszcze parę ambientów sygnowanych swoim nazwiskiem (czy raczej ksywą), miał kapitalne duety z Haroldem Buddem i Robinem Guthrie, coś tam jeszcze gdzieś robił do różnych instalacji (np. świetna Tiny Colour Movies z 2006 roku), ale nic dużego. Aż na początku kwietnia 2011 rzucił mi się w oczy artykuł na Piczforku mówiący o... nowym albumie nowego zespołu Foxxa. Interplay właśnie, które ukazało się raptem tydzień wcześniej.
Od razu zassałem. Odpaliłem i przepadłem. To jest jak Metamatic na sterydach. Z odpowiednią dawką nowoczesności w brzmieniu, jednocześnie Foxx i jego partner muzyczny Benge (Ben Edwards, to właściwie on był tym The Maths zanim do grupy dołączyły Serafina Steer i wspaniała, cudowna i boska Hannah Peel) chwalili się, że do nagrania krążka użyli wyłącznie instrumentów analogowych. W nienachalny sposób czuć to w utworach, ale no jak! Dla mnie nie ma tu złego kawałka, może 2 pozostawiają mnie z pewnym uczuciem niedosytu (czwarty i ostatni), reszta to totalne złoto. Tak, jak na płytach z Gordonem gdzieś dosłuchiwałem się starzejącego się głosu Foxxa tutaj mam wrażenie że dojrzał niczym dobre Alaverdi. Od pierwszych dźwięków agresywnego Shatterproof (które jest dość oczywistym hołdem złożonym Nummern Kraftwerk), poprzez wbijające w fotel Catwalk, do ociekającego nostalgią Evergreen, do subtelnie Coil-ującego utworu tytułowego poprzez przesycone seksem (nawet nie wiem skąd mam takie skojarzenie ale mam) Summerland, minimal techno The Running Man wprost w melancholijne A Falling Star. A przedostatni zawsze sprawia, że mam ochotę mocniej wdusić gaz w aucie. Z tym przedostatnim - Destination - to w ogóle zabawna sytuacja, bo utwór ten ukazał się jako "singiel" jeszcze w grudniu 2009 (w trochę innej wersji, b-sidem był kawałek, który wylądował na ich kolejnym albumie), a ja tego w ogóle nie zauważyłem. Szyld JF+TM już wtedy istniał, a mnie to całkowicie ominęło, nawet nie wiem jak. Ten artykuł piczforkowy trochę spadł z nieba, i to w doskonałym wprost momencie, bo ten album dla mnie kipi wiosną. Od lat słucham go zawsze o tej porze roku, wchodzi wprost idealnie. Też ma swoje synthpopowe momenty (generalnie jako taki bym go określił), ale ten duch starych, pierwszych ejtisów jest w nim nie do wygaszenia i jest w nim rzeczą najlepszą. Foxx i Benge nie zwalniali tempa zresztą, zespół im się rozrósł i jeszcze jesienią tego samego roku wydali kolejny album, a latem jeszcze kolejnego jeszcze następny. Potem zniknęli na 5 lat i wypuścili płytę instrumentalną, która była właściwie ilustracją do jakichś projekcji, ale tak im się spodobała, że postanowili to wrzucić w krążek. Comeback właściwego wydawnictwa nastąpił w maju 2020, do zespołu dołączył Robin Simon, który był gitarzystą jeszcze w Ultravox (tym pierwszym, odszedł z Foxxem i nie wrócił, gitarę przejął Ure). Niestety płyta jest wyraźnie słabsza od pozostałych. Ale to nieważne, bo to Foxx. Miałem ekstremalnie dużo szczęścia, bo na Unsound Festival w Krakowie w październiku 2011 jednym z headlinerów ogłoszono właśnie Foxxa i The Maths. Bilety były za jakieś żenujące pieniądze, a ja akurat często przebywałem w okolicy - pojechałem (przy okazji zobaczyłem pół Throbbing Gristle) i to był jeden z najlepszych występów w jakich wziąłem udział ever. Foxx to gość, który jest już zdrowo po 70 a ciągle nagrywa i nie zamierza przestawać. Koncerty co prawda ograniczył tylko do Wysp, ale jeśli ma dalej tworzyć takie rzeczy jak B-movie (2014 rok) czy London Overgrown (2015 rok) to niech już nawet tylko to robi. To jest po prostu dobra muzyka. A teraz jest na nią świetna pora roku. Foxx do dziś jest jednym z wzorów dla mnie jeśli chodzi o muzykę i też własną twórczość. Gość pisze fajne teksty, ma dobre pomysły na melodie i riffy, człowiek-instytucja muzyczna. Dla mnie to jest (prawie) podsumowanie tej kolejki, subiektywne co prawda, ale mam nadzieję, że klimat Wam się udzieli. Bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Parę razy przesłuchałem, ale chcę jeszcze zrobić ze dwa przesłuchy, bo widzę, że to jednak działa na korzyść płyty.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja zadziałam tą samą metodą; już przesłuchałem parę razy, już coś tam myślę, ale jeszcze parę razy przesłucham, niech się uleży.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Powiedzmy, że na sobotę będę gotowy.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
John Foxx and the Maths - Interplay (2011)
Pierwsze, co mi się rzuciło w uszy, to bardzo agresywne brzmienie, które sprawia, że płyta nie jest łatwa w odbiorze i, jak to w moim przypadku z takimi nagraniami bywa, muszę być w dobrej formie, wypoczęty, żeby słuchać. Bardzo mechaniczna, elektroniczna muzyka, czuć, że korzenie stylu zostały głęboko, głęboko pod powierzchnią, tu mamy moc drapiącej, ostrej, nowoczesnej elektroniki.
Miałem jakieś wcześniejsze kontakty z muzyką Foxxa, ale nie było to na tyle intensywne, regularne, świadome, żeby tu o tym pisać. Coś tam się słuchało, po prostu. Przyznam, że nieszczególnie potrafiłem ogarnąć przez te kilka (tak z 5) odsłuchów strukturę. Gęsta to muzyka i trzeba się dłużej przyzwyczajać.
Ale może coś o nagraniach: Shatterproof poraża mocnym, elektronicznie przekształconym wokalem, bijącym w tle rytmem, licznymi efektami i intryguje. Catwalk jest jeszcze ciekawszy: bardziej śpiewane zwrotki i mocno wykrzyczane czy wręcz wyskandowane refreny z silnie przekształconym wokalem. Właśnie te wokale mocno wrzynają się w pamięć. W sumie jestem ciekaw, jak się tego słucha bez tego efektu szoku, bo słuchać na gorąco i na chłodno to dwie różne sprawy. Na pewno Catwalk najbardziej na płycie trafił do mnie za pierwszym i drugim razem. Evergreen jest równie mocny jak Shatterproof. Płyta jest bardzo intensywna i przez to nieco męcząca, wiem dobrze po sobie, że nie umiem aż tak długo utrzymywać koncentracji, a Interplay temu tym bardziej nie sprzyja. Kolejnym mocnym punktem albumu jest The Running Man.
W sumie to chyba nie jest coś, czego najbardziej chciałbym słuchać, przynajmniej obecnie, bo jest zbyt agresywne dla mnie. Chyba nie do końca moja estetyka, ja jednak wolę bardziej miękkie brzmienia. Tym niemniej ciekawa płyta. Ciekawe, czy jak wrócę do niej za jakiś czas, to czy będzie mi bliższa? Dawno już w sumie czegoś podobnego nie słyszałem, Dev, dobrze sobie przypomnieć o istnieniu czegoś takiego.
Pierwsze, co mi się rzuciło w uszy, to bardzo agresywne brzmienie, które sprawia, że płyta nie jest łatwa w odbiorze i, jak to w moim przypadku z takimi nagraniami bywa, muszę być w dobrej formie, wypoczęty, żeby słuchać. Bardzo mechaniczna, elektroniczna muzyka, czuć, że korzenie stylu zostały głęboko, głęboko pod powierzchnią, tu mamy moc drapiącej, ostrej, nowoczesnej elektroniki.
Miałem jakieś wcześniejsze kontakty z muzyką Foxxa, ale nie było to na tyle intensywne, regularne, świadome, żeby tu o tym pisać. Coś tam się słuchało, po prostu. Przyznam, że nieszczególnie potrafiłem ogarnąć przez te kilka (tak z 5) odsłuchów strukturę. Gęsta to muzyka i trzeba się dłużej przyzwyczajać.
Ale może coś o nagraniach: Shatterproof poraża mocnym, elektronicznie przekształconym wokalem, bijącym w tle rytmem, licznymi efektami i intryguje. Catwalk jest jeszcze ciekawszy: bardziej śpiewane zwrotki i mocno wykrzyczane czy wręcz wyskandowane refreny z silnie przekształconym wokalem. Właśnie te wokale mocno wrzynają się w pamięć. W sumie jestem ciekaw, jak się tego słucha bez tego efektu szoku, bo słuchać na gorąco i na chłodno to dwie różne sprawy. Na pewno Catwalk najbardziej na płycie trafił do mnie za pierwszym i drugim razem. Evergreen jest równie mocny jak Shatterproof. Płyta jest bardzo intensywna i przez to nieco męcząca, wiem dobrze po sobie, że nie umiem aż tak długo utrzymywać koncentracji, a Interplay temu tym bardziej nie sprzyja. Kolejnym mocnym punktem albumu jest The Running Man.
W sumie to chyba nie jest coś, czego najbardziej chciałbym słuchać, przynajmniej obecnie, bo jest zbyt agresywne dla mnie. Chyba nie do końca moja estetyka, ja jednak wolę bardziej miękkie brzmienia. Tym niemniej ciekawa płyta. Ciekawe, czy jak wrócę do niej za jakiś czas, to czy będzie mi bliższa? Dawno już w sumie czegoś podobnego nie słyszałem, Dev, dobrze sobie przypomnieć o istnieniu czegoś takiego.