Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 maja 2024 14:43

Oficjalnego nie było na bank
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2024 14:44

Ale u Musiała w łóżku było, MUSIAŁO być
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 maja 2024 14:45

Pewnie ma na starym dysku, obok tej pierwszej kasety GYBE i pasty o żydzie w Fable
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 maja 2024 14:51

mintaj pisze:
09 maja 2024 14:43
Oficjalnego nie było na bank
Pewnie nakręcili we dwoje :lol:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 maja 2024 15:21

No to zaserwowałem se niezły "efekt Mandeli" lol, byłem PRZEKONANY, że ten numer był singlem i miał oficjalne wideo.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2024 15:41

Ciekawe co jeszcze jest wytworem tej konkretnej Mandeli.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 maja 2024 15:46

Pixies – Doolittle

Pamiętam, że ten zespół był już w bestce utworowej. I chociaż samej piosenki już nie kojarzę, to pamiętam, ze raczej chwaliłem. Utworu z Depeszwizji nie pamiętam kompletnie, czyli pewnie nie załapał. Czy podchodząc do albumu miałem więcej obaw czy nadziei? No na pewno obaw jednak, bo kto mnie zna wie, że takiej muzyki nie słucham. Jeszcze te 20 lat temu byłem na takie granie bardziej otwarty. Wtedy był okres, że słuchałem różnych dziwnych szarpidrutów. Ale to już daleka przeszłość. Mimo obaw miałem też w pamięci historię z Big Black i albumem, który całkiem niespodziewanie jednak zaskoczył. Mimo tego podszedłem do pierwszego odsłuchu Dollittle dosyć późno jak na siebie, bo dopiero po puszczeniu kolejki z Pixies. Zazwyczaj pierwszy odsłuch robię prędzej. Jak jestem czymś zainteresowany, to nawet dużo szybciej. Tutaj odwlekałem jakoś ten moment, no bo to przecież szarpidruty. Pierwszy odsłuch podczas spaceru po podlaskich bezdrożach zwyczajnie mi ten spacer zrujnował. Kupa hałasu i darcia japy mocno zaburzała piękny krajobraz żółtych od rzepaku łąk skąpanych w wieczornym zachodzącym słońcu. Naprawdę ciężko mi było zebrać się do drugiego odsłuchu. Traktowałem to jak zło konieczne, na które nie mam ochoty. No ale jestem w bestkach “profesjonalistą”, który nie odpuszcza. Więc po kilku dniach kolejny spacer i kolejny odsłuch. I było trochę lepiej. Może byłem w lepszym nastroju do takiej muzyki, a może ten pierwszy kontrolny odsłuch plus przerwa znowu zadziałały na plus. Wychwyciłem z tej masy hałasu parę ciekawych momentów. Tylko momentów, ale to już zawsze coś. Kolejne odsłuchy wciąż powoli, ale systematycznie dokładały plusików. Nawet pojawiły się całe utwory, które uznałem za względnie niezłe. Od razu może podsumuję ten album tak – to nie jest zła muzyka, ale to nie jest też moja bajka. Naprawdę ciężko się ocenia coś, co nie leży w kręgu moich zainteresowań. Ale ponieważ traktuję bestki poważnie nie odpuszczam nawet w takich przypadkach. Ten album udowadnia, że odpowiednia ilość odsłuchów i odrobina dobrej woli potrafi nawet u uprzedzonej osoby odsłonić jakieś pozytywy. Niektóre rzeczy muszą się zwyczajnie osłuchać, wryć w pamięć. Ja powiem, ze z mojego punktu widzenia to jest rzetelna płyta, co myślę i tak stanowi pochwałę z uwagi na mój gust muzyczny. Fan takiej muzyki nazwie album doskonałym. Tak to już jest. Dla mnie taka muzyka zawsze wydawała się niezwykle prosta. Dwóch gości na elektrykach, jeden na basie, jeden na perce plus wokal i można jechać wg w sumie jednego schematu. Tak ja to słyszę, fan powie pewnie coś innego. Każdy ma swój punkt widzenia. Nie wiem nawet, czy są tu jakieś klawisze lub syntezatory, ale nawet jak są, to ja ich nie słyszę. Największą zaletą albumu jest to, że utwory są krótkie. Dzięki temu nawet mnie nie męczą zbytnio. Nawet album przelatuje dosyć sprawnie. Gorzej by było, gdyby utwory trwały po 5-6 minut. Wtedy bym chyba wysiadł w połowie płyty. Największym minusem wg mnie jest męski wokal. W spokojniejszych utworach jest poprawnie nawet, ale jak gościu drze japę, to robię się nerwowy. Albini w Songs about fucking też się darł często, ale jednak robił to dużo lepiej. Szkoda, że tutaj ta babeczka tak rzadko się uaktywnia.
A utwory generalnie podzieliłem sobie z grubsza na 3 grupy. Nie będę tu po kolei ich opisywał, bo bym nawet nie potrafił przy tym rodzaju muzyki i za dużo bym się musiał powtarzać. Wymienię tylko ten mój podział.
Utwory dobre, które postrzegam pozytywnie i rozpoznaję spośród reszty - Wave of Mutation, Here Comes Your Man, Monkey Gone to Heaven, Mr. Grieves, La La Love You, Silver. W sumie aż 6 utworów – całkiem nieźle. Oczywiście zaznaczę, że to dobre utwory jak na ten gatunek muzyki, którego przecież nie bardzo lubię. Dlatego żadnego z tych utworów nie dodałem jednak na Spotify do ulubionych. Aż tak to nie. Ale na albumie się jednak wyróżniają w jakiś sposób, czy to melodią, przebojowością, ładnymi zagrywkami na gitarach, sekcją rytmiczną czy czymkolwiek innym.
Utwory obojętne, które mnie ni ziębią, ni grzeją – Debaser, I Bleed, No 13 Baby, There Goes My Gun, Gouge Away. Utwory gorsze od w/w, choć jednocześnie nie są złe. Takie średniaki po prostu.
Utwory słabe, niewarte uwagi – Tame, Dead, Crackity Jones, Hey. Utwory najsłabsze z tej stawki, które zawierają jakieś elementy, które mi nie odpowiadają albo w ogóle są w całości drażniące.
Generalnie po trudnych początkach spodziewałem się, że będzie mega męczarnia. Tymczasem nie było tak źle. Z biegiem czasu i kolejnymi odsłuchami album się na tyle osłuchał, że coś z niego pozytywnego wyniosłem. Nie było może tak dobrze jak w przypadku Big Black, ale mogę uznać, że te 38 minut i 39 sekund x ilość odsłuchów to nie był całkowicie zmarnowany czas. A czy będą powroty? Do całości raczej nie. Za dużo jest innej muzyki do słuchania, którą naprawdę lubię, żebym miał wracać do albumu tego typu. Szybciej do jakichś pojedynczych utworów. Ale tego też nie mogę obiecać. Czas pokaże.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 maja 2024 16:38

Lekki szok, że Hey ląduje w słabiznach. To chyba najbardziej przystępny numer na albumie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 maja 2024 16:53

Grunt że mamy to z bani, mentos może podsumować i będziemy zaczynać musiałowy album
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 maja 2024 09:46

No mamy i cóż... Może wybrałem złą płytę, może to był zły timing, może coś, ale widzę, że raczej żeście się odbili. To, że Hien doceni to wiedziałem od początku, bo chłop jednak zna się na gitarowym graniu i o Pixies zawsze pisał ciepło oraz pozytywnie. Miłym zaskoczeniem także był dla mnie feedback ze strony Musiała - nawet jeśli chłop odkrył na tej płycie single i teledyski, o których istnieniu nikt poza nim i jego Mityczną Byłą nie słyszał, to jednak ewidentnie poczuł tę muzykę i energię i cieszę się, że chociaż jednej osobie udało się mi tę muzykę "sprzedać".

Cała reszta... no cóż, nie mogę was się czepiać. Próbowaliście, staraliście się, nie zaskoczyło. Bywa i tak. Okej, miałem parę razy WTF czytając niektóre określenia i skojarzenia, bo w sumie w życiu bym nie wpadł na to, by porównywać tę płytę z albumem Big Black, ani na pomysł o pisaniu o pop-punku w kontekście tej płyty (określenie Pixiesowy Violator które padło u Musiała też... oryginalne, muszę przyznać), NO ALE TO JA.

Mimo wszystko ponownie zachęcam do obczajenia Surfer Rosy, w przypadku gdyby ktoś chciał z jakichś przyczyn dać jeszcze jedną szansę (ew. poznać nieco więcej twórczości), w moim przypadku mocno to pomogło w zrozumieniu tego fenomenu.

Dobra, jedziemy z kolejnym albumem
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 maja 2024 09:46

No mamy i cóż... Może wybrałem złą płytę, może to był zły timing, może coś, ale widzę, że raczej żeście się odbili. To, że Hien doceni to wiedziałem od początku, bo chłop jednak zna się na gitarowym graniu i o Pixies zawsze pisał ciepło oraz pozytywnie. Miłym zaskoczeniem także był dla mnie feedback ze strony Musiała - nawet jeśli chłop odkrył na tej płycie single i teledyski, o których istnieniu nikt poza nim i jego Mityczną Byłą nie słyszał, to jednak ewidentnie poczuł tę muzykę i energię i cieszę się, że chociaż jednej osobie udało się mi tę muzykę "sprzedać".

Cała reszta... no cóż, nie mogę was się czepiać. Próbowaliście, staraliście się, nie zaskoczyło. Bywa i tak. Okej, miałem parę razy WTF czytając niektóre określenia i skojarzenia, bo w sumie w życiu bym nie wpadł na to, by porównywać tę płytę z albumem Big Black, ani na pomysł o pisaniu o pop-punku w kontekście tej płyty (określenie Pixiesowy Violator które padło u Musiała też... oryginalne, muszę przyznać), NO ALE TO JA.

Mimo wszystko ponownie zachęcam do obczajenia Surfer Rosy, w przypadku gdyby ktoś chciał z jakichś przyczyn dać jeszcze jedną szansę (ew. poznać nieco więcej twórczości), w moim przypadku mocno to pomogło w zrozumieniu tego fenomenu.

Dobra, jedziemy z kolejnym albumem
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 10 maja 2024 09:57

Mentos dla pewności podsumował dwa razy. :D
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 maja 2024 10:59

Jedziemy zanim nas lato zastanie.

Sin Cos Tan i ich Afterlife
devotional pisze:
08 mar 2024 13:56
Sin Cos Tan - Afterlife (2013)

No dobra, wyszedł hui, albowiem się wyrobiliśmy (nie wiem, jak), i wrzutka marcowa będzie w kwietniu, a kwietniowa była w lutym. Mam nadzieję, że nikt nie czuje się z tego powodu poszkodowany <3 Co to Sin Cos Tan? Poza formułami trygonometrycznymi (plus CTG) jest to synthpopowy w sumie duet z Finlandii, który stanowią DJ, producent i muzyk Jori Hulkkonen, oraz tekściarz i wokalista Juho Paalosmaa. Juho Paalosmaa śpiewał w innym fińskim duecie o nazwie Villa Nah, robili house, a ich debiut produkował właśnie Hulkkonen. W zamian za to Juho udzielił się wokalnie na jednym z numerów Hulkkonena z jego płyty Man From Earth, która ukazała się w roku 2009. Goście się polubili i postanowili porobić coś razem, ale bardziej "strawnego" radiowo. Tak powstało Sin Cos Tan, które najpierw wydało 3 albumy jeden po drugim w latach 2012, 2013 i 2014, potem EP w 2015 (które potwornie ciężko było znaleźć w necie jeszcze w kilka lat po premierze), a potem po dłuższej ciszy następne EP w 2021 i album jesienią 2022 (i ten album jest od początku do końca zajebisty). Oczywiście po drodze parę koncertów, głównie na zachodzie Europy (ale też np. w Chinach lol) i dalsza jakaś tam współpraca. Podobno kolejny album jest in the making. Pożyjemy, zobaczymy.

Skąd ich znam? Przez Hulkkonena oczywiście. A samego Hulkkonena przez Johna Foxxa, którego Hulkkonen jest wielkim fanem od zawsze. Foxx został zaproszony do wokalnego udziału na numerze Dislocated z jego albumu Dualizm z 2005 roku (wówczas Hulkkonen przerzucił się trochę z typowego house'u i resztek techno, które wówczas nagrywał, na rzecz czegoś bardziej wysublimowanego, bardziej melodyjnego i cokolwiek interesującego). Okazało się, że Foxx i Hulkkonen też się bardzo polubili, i tak ex-frontman Ultravoxu postanowił nagrać z nim jeszcze jeden numer, Never Been Here Before, który ukazał się na świetnym skądinąd krążku Errare Machinale Est od Hulkkonena 3 lata później. To nie wszystko - w 2013 roku wydali razem EP, tym razem bez featu, tylko po prostu John Foxx + Jori Hulkkonen o tytule European Splendour, na którym są remiksy od Davida Lyncha lol. Taka trivia jeszcze, swego czasu hulały po necie plotki, jakoby miała powstać elektroniczna "supergrupa" składająca się z Foxxa i jego stałych współpracowników, tj. Hulkkonena, Steve'a Jansena, Bena Edwardsa, Hannah Peel, całego Xeno & Oaklander, Matthew Deara i... Gary'ego Numana. Niestety, niewiele z tego wyszło. Aaa, i producentką miała być Cate Brooks xD To byłoby coś.

No dobra, ale może samo Sin Cos Tan? Po prostu przeczytałem gdzieś, że Hulkkonen ma taki synthpopowy duecik, wpisałem w YT (to było w lutym 2015) i przesłuchałem debiut. A potem drugi album, czyli ten, który wrzucam, a potem trzeci. No i co mogę powiedzieć, wszystkie 3 są świetne (acz czwarty je deklasuje równo; dlaczego więc wrzucam drugi? O tym później), otóż tych dwóch gości świetnie się rozumie. Hulkkonen, poza robieniem dobrych (choć przydługawych) kompozycji tech house, ma też talent do pisania fajnych popowych piosenek, ciekawych melodii i chwytliwych riffów. Juho ma dobry głos (choć momentami nazbyt się drze), pisze fajne teksty, czego więcej chcieć? O ile na pierwszym ich albumie (zatytułowanym po prostu Sin Cos Tan) znalazło się parę utworów które już po niemal 9-ciu latach słuchania ich oceniam jako fillery, tak drugi i trzeci takich nie mają. Dlaczego wrzucam AKURAT drugi? Bo ten jako pierwszy zapamiętałem najmocniej, bo ten słuchałem niemal cały marzec 2015 i od tamtej pory odpalam go co marzec, bo jest pięknie melancholijny (trzyma się swego tytułu), nieco tkliwy, momentami aż bym powiedział elegijny, a to ciągle dwóch gości z syntezatorami. Ma wszystko to, czego można oczekiwać od nordyckiego klimatu (Wujowi powinien się spodobać) tęskniącego już za wiosną, gdy listopad za oknem trwa trzydziesty rok.

Na marginesie dodam, że myślałem kilkakrotnie o tym, czy nie wrzucić jednak Living in Fear z 2022, niemniej jednak to jest płyta na jesień, a Afterlife (choć ukazało się we wrześniu 2013) to dla mnie krążek na wczesną wiosnę, i mam do niego już odpowiedni stosunek, podbity perspektywą czasową. Całość uważam za świetną, ale otwieracz (z całkiem fajnym wideo, należy dodać, bo to singiel był), Part of Me, Ritual, Destroyer czy Moonstruck to są cuda. Moonstruck swego czasu mocno zapropsował Hien, więc mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Wybierzmy się na wycieczkę do Helsinek, tam chyba ciągle śnieg leży.

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... d2bVZuZIeM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 maja 2024 15:15

Sin Cos Tan Afterlife

Limbo robi za całkiem niezłe wprowadzenie. Niepozorny początek jak zasłona dymna przed znacznie lepszym, dość zaskakującym refrenem. Zwrotki trochę ospałe, ale wokal bardziej ekspresyjny niż w refrenie. Tutaj na odwrót - dużo dymu w tle, a z przodu surowy, dość oschły głos. Part of Me bardziej taneczne niż radiowe do takiego codziennego słuchania w tle. Kick robi robotę. Trochę disco, trochę house. Słyszę to pod biforek grany wczesnym wieczorem zwiastujący jakieś grubsze interakcje i pląsy niedługo potem. Pod koniec przyjemna imitacja saksofonu głęboko zakopana w aranżu. Ładnie przemycone nawiązanie i stylistyczny odnośnik. Ritual bardzo mocno kojarzy mi się z PEWNYM ZESPOŁEM, o czym jeszcze wspomnę niżej. W porównaniu do poprzedników jest bardziej przestrzennie. Mocniej podkreślony bas, cała syntezatorologia aż tak się nie zlewa w jedno. Fajniutka melodia klawiszowa. Wokal też jakoś lepiej się wyróżnia. Polubiłem z marszu. A Heat jest jeszcze lepsze. Chyba najbardziej uporządkowany aranż i oszczędna perka. W ogóle jak do tej pory najciekawszy, najbardziej pokombinowany. Stosunkowo mało efektów. Konkretne melodie, solidny bas. Uroczy lekko kwaśny refren, a potem jeszcze dodatkowe urozmaicenie w mostku z małym wplątaniem tytułu. Czuć w tym jakąś emocjonalną drakę, podoba mi się to bardzo. Destroyer troszkę słabszy. Nieźle napięcie, ale we właściwym momencie brakuje większego przyłożenia. To arpeggio też trochę bez życia. Refren stojący na tak wymyślonym hooku mocno przypomina rzeczy latające w epoce po telewizjach muzycznych.

Fair Rewards zaczyna się jak klubowy banger. Ostatecznie przybiera postać wieczorowego smutaska pod przeglądanie Facebooka i różnych blogów w domu. Efekt na wokalu trochę przywołuje nagrania wiszące na poczcie głosowej. Numer o mocno outsiderowym charakterze. Jeszcze te płaczliwe zaśpiewy... Zaskoczył za którymś razem. Może syntezatorowe brassy nie są zbyt soczyste brzmieniowo, ale dopełniają wspominany efekt. Nieoczywista perełka. Serce na Talerzu, noo ta druga część płyty bardziej wprost feelsowa. Trochę brakuje analogowego mięska. Cyfrowe brzmienia z pianinkiem dają radę, choć IMO można było jeszcze dogęścić albo wręcz przeciwnie - połowę elementów wywalić. Kolejny kawałek na rozkminy. W połowie jest tego wszystkiego trochę za dużo i się rozjeżdża, ale i tak jest naprawdę nieźle. Ta melodia śpiewana na początku zwrotek ładna. Avant Garde ostatnim kawałkiem, który od samego początku mocniej rzucił się na uszy. Bicik przypomina INNY RZUCANY PRZEZE MNIE JUŻ zespół. Znowu trochę płaczliwe wokale, tym razem lepsze arpeggia w tle. Większość efektu robi jednak luzacki refren. Tutaj też więcej przestrzeni w aranżu co na kolejny plusik. Television wyraźnie gorszy od reszty. Wokal do dupy, gitara cicho przygrywająca też do dupy. Melodia refrenu odpychająca. Po pierwszym odsłuchu po prostu pomijałem ten kawałek, szczególnie dzięki tym okropnym zaśpiewom tytułowym. Wyróżnik mocno na siłę, modelowy zapychacz. Moonstruck po takim poprzedniku początkowo przelatywał bez większego wrażenia. Doceniam trochę inne bębny w tle, brzmienie klawisza basowego też bardziej soczyste niż na większości płyty. Dość energetyczna ballada, takie przyjmuję bez problemu. Burning Man, hmm... podoba mi się mielenie tego samego, tyle że za wszelką cenę panowie szukają innej metody wykorzystania xD Poważniejszy finał z mocno rozdrobnioną perką na dzień dobry. Po 40 minutach już mocno osłuchane dźwięki, ale za każdym razem muszą działać trochę inaczej. Bez nich byłoby zbyt cliche. Z konkretnym bitem trochę za ostro. Trudno się przyczepić. Solidny zamykacz solidnej płyty.

Afterlife poświęciłem znacznie więcej czasu niż myślałem, że poświęcę. Zwarta i oszczędna produkcja nie robiła problemu. Na plus przede wszystkim wokalista. Dość miękki, ale ekspresyjny głos pasuje idealnie pod tego typu brzmienia. W wyróżnionych momentach cenię podobieństwo do Junior Boys. Fragmentami Pan Juho brzmi praktycznie identycznie. Takie Ritual, Heat czy Moonstruck sprawiają pozytywne wrażenie wyjęcia żywcem z ich dyskografii. Znalazłem też parę podobieństw do późniejszych projektów z naszego rodzimego ogródka. Taki bezgitarowy Bluszcz mamy tutaj. Albo w Moonstruck znowu soczysta partia klawiszowa jak u Better Person. Te patenty brzmią znajomo, bardzo je lubię. Z jednej strony Dev zaatakował Hulkkonenem w depeszwizji. Tam było jeszcze bardziej surowo, brzmienie dość sterylne, ale bez całej lawiny efektów, ciągot w stronę klimatów disco, house czy chillout. Teraz Hulkkonen objawia się pod postacią twórcy lekkich popowych strzałów, którym trudno coś zarzucić. Słuchało się z przyjemnością, z niektórymi kawałkami zostaję na dłużej w pozytywnych relacjach. Cool wrzuta, pozSCT
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 maja 2024 21:15

Słabiutko te albumy nam idą ostatnio, oj słabiutko...

Sin Cos Tan - Afterlife

Musiał w trybie letniaczkowym bardziej rozpływa się w pastelowym synthpopie, chociaż no dobra - on chciał żeby to wleciało w marcu a mamy maj heh, mimo wszystko nie uważam by to jakoś pogorszyło odbiór. Sin Cos Tan to podobno bardziej popowe wcielenie produkcji Hulkkonena, przyznam że mamy tu kolekcję 11 synthpopowych kawałków, każdy czasowo skrojony pod radio, trochę gorzej może z radiowym potencjałem tego materiału... Nie będę ukrywał, męczyłem ten album strasznie i ciężko było mi cokolwiek z niego wyłowić, wbrew pozorom taka muzyka nie jest dla mnie wcale ni lekka ni przystępna, rzecz w tym że naprawdę mało co mnie tutaj jakoś zainteresowało. Ostatecznie po wielu podejściach pogodziłem się z porażką i postanowiłem poniższą recenzję ograniczyć do pieczołowicie wyłuskanych z tracklisty TRZECH najlepszych moim zdaniem kompozycji...

Nie będzie chyba zaskoczeniem że jednym z najlepszych na płycie jest Limbo, liczby w serwisie Spotify mówią same za siebie (miliony odsłuchów vs dziesiątki tysi przy pozostałych numerach). Wokalista w zwrotkach zawodzi trochę jak Robert Smith z popowej odsłony ejtisowych kjurów. Drugi wokal śpiewający refren bardziej generikowy i nie wyróżniający się, za to fajne pianinko pogrywa wtedy no i ten synth na końcu też całkiem ok. Całość tworzy całkiem RZETELNY przeboik. Drugim najciekawszym na płycie jest dla mnie Destroyer, utwór bardziej stonowany, uważnie kroczący przez album. Atmosfera bardziej gęsta, arpy robią klimat napięcia przed tymi wyjącymi refrenami, podoba mi się ten synth który tam gra pod spodem wówczas. Zdecydowanie najlepszym kawałkiem na albumie jest jednak dla mnie Avant Garde, jeden z najżywszych numerów na albumie. Podoba mi się brzmienie tego numeru, tu też synthy robią jakiś taki nieco tajemniczy klimat który z czasem przemienia się w jakiś soundtrack kina akcji/przygodowego. Refren jest najbardziej porywający ze wszystkich na albumie chyba, ten klimat najbardziej mi się udzielił i ta piosenka jako jedyna chodziła mi po głowie po kolejnych odsłuchach. Świetne są te dzwoneczki i dodatkowy klawisz po refrenach!

Tak, wiem, niewiele wycisnąłem z tej płyty tak naprawdę ale co mogę poradzić - MOJA STRATA, heh. Nie wiem no, po dotychczasowych spotkaniach z Panem Hulkkonenem (całe dwa numery które dotąd słyszałem były naprawdę dobre) muszę przyznać ze smutkiem że Sin Cos Tan rozczarowuje. Z grubsza jest to takie jak się obawiałem - generic po prostu, współczesny synthpop ale - trochę podobnie jak ejtisowe China Crisis - poza vibem nie oferujące jakichś zapamiętywalnych piosenek w większości. Tu chociaż tyle że udało się jeden numer dla siebie wyrwać i do Avant Garde jeszcze kiedy pewnie wrócę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 maja 2024 21:41

Nic nie słyszę o słabym tempie zza mojej recenzji sprzed tygodnia hehhe
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 maja 2024 07:38

Panowie kończymy tę płytę w tym tygodniu WIERZĘ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 maja 2024 23:16

Sin Cos Tan – Afterlife

Dev wrzuca w bestkach dużo różnych zespołów i wykonawców, a potem się okazuje, że na początku wszystkiego i tak zawsze był Foxx. :D No ale tak to już jest. Że jednych poznaje się przez innych. Człowiek jak kogoś lubi, to często krąży wokół niego i wynajduje różne powiązane z nim postaci. Czasami się opłaca, czasami nie. W Sin Cos Tan zamieszany jest Hulkkonen. Poznaliśmy już jego dwa utwory wcześniej. Jeden mi się nawet dosyć podobał, drugi nie bardzo. A jak jest tutaj? Powiem ostrożnie, że jest dosyć solidnie. Szczerze mówiąc spodziewałem się gorszego albumu. Dostałem coś jednak słuchalnego. Nie mam jakiejś podjary, nie dopiszę tego do moich albumów życia, ale nie jest źle. A są momenty nawet dosyć przyjemne. W muzyce dużą rolę odgrywa też czynnik czasowy. Myślę, ze ileś tam lat temu by mi mogło serce mocniej zabić przy tej płycie. Teraz jest na to trochę za późno. Potrafię posłuchać, docenić, ale podwyższenia tętna jednak nie czuję.
Przede wszystkim w odróżnieniu od co niektórych innych albumów deva, których nie kupiłem tutaj mamy całkiem chwytliwe melodie. Nie czuje się zbytnio nudy. Aranżacje są w porządku. A jest kilka utworów naprawdę ładnych. Nie ma za to takich, które by mnie w jakiś sposób odrzucały. I to już jest plus. Nic nie drażni, nic nie nudzi. A chwilami naprawdę jest fajnie. To może po kolei.
Limbo to taki średniak na albumie. Dobrze bas brzęczy, ale poza tym niczym się zbytnio nie wyróżnia. Wokal taki sobie. Te liczby odsłuchów na Spotify biorą się pewnie z tego, ze to był jednak singiel. Part of Me od początku brzmi dużo lepiej. Bujający bit, mocno taneczny. Lepiej wokalnie. Lepsza linia melodyczna. Utwór lepszy pod każdym względem od otwieracza. Jest ok. Ritual umieściłbym gdzieś tak pośrodku pomiędzy Limbo a Part of Me. Brzmienie niezłe, choć sama kompozycja taka raczej średnia. Ale jest całkiem spoko. Fajny bas i klawiszowe zagrywki.
Heat od początku brzmi ciekawie. Wyróżnia się spośród dotychczasowych piosenek. Fajny rytm i ciekawa linia melodyczna. Dragon wspomniał w kilku przypadkach o podobieństwie do Junior Boys. Wydaje mnie się, że właśnie przy Heat ja odniosłem podobne wrażenie, choć początkowo nie wiedziałem, do czego to podobieństwo przykleić.
No i wraz z Destroyer wreszcie robi się naprawdę fajnie. Może refren trochę zawodzi z tym zawodzącym wokalem, ale reszta wynagradza to wszystko w pełni. Rytmiczna stopa, arpeggia, świetne zwrotki i bardzo dobry w nich wokal. Ach gdyby ten refren był jakiś trochę zmyślniejszy, to mogło być naprawdę świetnie. Ale i tak jest super.
Fair Rewards jest o dziwo jeszcze lepsze. Piękny klimat wykreowali tutaj panowie Finowie. Przetworzony wokal brzmi idealnie. Melodia chwytająca naprawdę za emocje. Aranż też bardzo udany. Naprawdę lubię takie numery.
Heart of a Plate to kolejny dobry utwór. Podoba mi się początek. Fajnie w tle pobrzmiewa bas. Najfajniejsze są te instrumentalne fragmenty o dziwo. Bo melodia wokalu mimo, że ok, to jednak bez nadmiernej ekscytacji. Ogólnie album kontynuuje dobrą passę.
Avant Garde bardzo chwalił kolega Jacek i muszę przyznać, że nie bezpodstawnie. Coś mi ten utwór mocno przypomina, mocno mi się kojarzy, ale nie wiem z czym. Właściwie mogli by to nagrać chopy z Royksoop i bym nie był zdziwiony.
Television już nie aż tak dobre, ale wciąż spoko. Utwór buja i o to chodzi. Fajne gitarki w mostku.
Moonstruck znów trochę zjeżdża w dół, choć to wciąż rzetelny poziom. Są ładne partie klawiszowe, pianino. Warstwa instrumentalna znów lepsza od wokalnej.
No i na koniec Burning Man. Wiodąca zagrywka dobra, praca perkusji i basu dobra. Melodia wokalu dobra. No jest ok. Dobre zamknięcia albumu.
Tak sobie myślę, że jeszcze dzisiaj rano w pracy zaczynając pisać ten tekst miałem o tym albumie jednak gorsze zdanie. Tymczasem po kolejnych odsłuchach było coraz lepiej. Niby to dla mnie taka muzyka bez przesadnej podjarki, ale jednak naprawdę spoko. Najgorsze chyba otwierające Limbo. Potem coraz lepiej. Końcówka wydawała mi się jeszcze rano odbiegać od środka albumu. Ale potem nawet w miarę fajnie się wyrównało. I wyszło, że to całkiem solidna pozycja na liście Adriana. Nie wiem naprawdę, czy wrócę kiedyś do całości, ale do najlepszych utworów jest taka szansa.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 maja 2024 22:00

Panowie mentos i Hien proszeni na metę....
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 maja 2024 15:40

Sin Cos Tan - Afterlife

Z reguły swoje recenzje zaczynam od pisania o tym skąd znam dany zespół, z czym mi się kojarzy, o tym czy coś znam i jak dobrze znam, et cetera i tym podobne. Tym razem tego kącika nie będzie, z oczywistej przyczyny - autentycznie NIC a nic ta nazwa mi nie mówi, nigdy nie zetknąłem się z tym zespołem, nie mam żadnego punktu zaczepienia.

Okej, jakikolwiek pojawił się po notce Musiała, sęk w tym, że w kwestii Foxxa i jego uniwersum jestem jaroszem. W sumie podziwiam kolegę za wkrętę, ja nawet solowych płyt takiego Gahana to może ze 3 razy na życie słuchałem, a Musiał kuma to uniwersum niegorzej niż przeciętny fan MCU kolejne filmidła czy widz Klanu przygody rodziny Lubiczów.

I choć szanuję tę zajawkę, to jednak w tym przypadku staram się jak mogę, ale nie umiem jej podzielić. Od razu napiszę: to nie jest zła płyta. I od razu dodam: wiem doskonale, że użyłem tej frazy w tutejszych recenzjach miliard razy. Trudno - w roku wydania tego albumu byłem względnie na bieżąco z nowościami muzycznymi i mam wrażenie, że słyszałemżem go wówczas jakieś miliard razy.

I niby jest spoko, niby jest fajnie i jest przyjemnie, jest spoko klimacik, można do tego sączyć drinki z palemką na Zbawiksie, albo płakać za byłą jeśli się jest Musialem lub za młodością jeśli sę jest mną, ale obawiam się, że mimo to nic tu na dłużej ze mną nie zostanie.

Ponieważ naprawdę, choćbym zjadł i tysiąc kotletów itede itepe, to pewnie nic ciekawego bym o tej płycie nie napisał rozkładając ją kawałek po kawałku, postanowiłem podzielić sobie na potrzeby tego wypierdu je na trzy kategorie.

Do pierwszego wora wlatują rzeczy, które były dla mnie spoko i nawet jeśli nie wpiszę ich na listę dziedzictwa UNESCO ani nawet nie trafią do mojej bestki, to złego słowa nań nie powiem.

No i jakie pirwszy wleci PART OF ME, które ma bardzo fajne synthy i jest przyjemnym, bezpretensjonalnym letniaczkiem. Trochę cheesy, trochę ówczesnej mody na imitowanie ejtisów (zestarzało się to jak mleko, ale mniejsza) i GEJOZY, czyli potrzykroć tak, bo zaskakująco dobrze to tutaj ze sobą współgra.

DESTROYER też zaskoczyło. Ten motoryczny motyw kojarzy mi się mocno z gierką Hotline Miami (generlanie jakóś zauważyłem, że te ciekawsze momenty tej płyty bardzo intensywnie mi trącą indie gierkami, w które swego czasu nałogowo łoiłem), trochę filmem Drive, czuć tu synthwave'owy klimat, no i wiadomo, że jak jest motorycznie to musi być porównanie do nocnej przejażdżki samochodem, więc uznajmy, że to idealny soundtrack pod scenę z filmu, gdzie wkurzony bohater główny jedzie nocą albo kogoś zabić, albo do swojej dupy (innej opcji nie ma). Czyli gitówa.

Pisząc o BURNING MAN zostawiłem sobie notatkę, że w kontekście całości brzmi tak, jakbyśmy wcześniej mieli ziemniaczki, a na końcu jedli mięsko. Mam wrażenie, że kompozycyjnie to najciekawsza i najbardziej dopieszczona rzecz na tej płycie. Aż żal ściska, że ta płyta tak rzadko wbija na taki poziom, bo te prostytutka fińczyki to jak chcą, to potrafią stworzyć fajny klimacik, a tutaj to idzie go krojem nozić.

Na półkę, którą roboczo nazwałem MID TIER lądują rzeczy, które albo uznałem za średnie, albo za takie, które miały potencjał na bycie niezłymi, ale z różnych przyczyn nie jestem w stanie ich takim mianem określić, bo coś mi je rujnuje.

No i takim typowym średniaczkiem jest otwierające LIMBO, które w sumie potwierdza to co pisałem wyżej w kwestii przeciętności i generyczności tej płyty. Ot, piosenka jakich powstało milion, niby powinna być spoko, i może nawet obiektywnie jest spoko, ale tak się składa, że im dłużej jej słucham, tym mniej mi się podoba, a chyba na odwrót powinno być.

RITUAL jest takie o. Przyjemne, ale bez szału. Mogłoby być półkę wyżej jeśli miałbym dobry humor, powiedzmy, że jest na styku, bo nie chce mi się tego bardziej rozdrabniać. HEAT ma strasznie irytujące mnie intro, które chce od razu zeskipować. Może i bym na to przymknął oko, wróć, ucho, ale ten motyw się przewija przez kawałek i bardzo mi z tym źle, bo poza nim byłby w pytkę. W kwestii AVANT GARDE - patrz RITUAL, z adnotacją, że wkurza mnie tu refren. MOONSTRUCKA to ja nawet nie pamiętam po paru odsłuchach, przelatuje to przeze mnie jak aktor porno przez aktorkę porno.

No i zostało parę rzeczy, które nazwałbym słabymi, albo chociaż z niekłamanym smutkiem mam ochotę skrytykować.

Śniętą trójcę otwiera FAIR REWARDS rozważałem przez chwilę półkę wyżej. Zaczyna się nawet poprawnym synthem, który niestety szybko psuje wokal z tym chujowym efektem, który ni siusiaka mi tu nie pasuje i tylko mnie drażni i może to nie byłaby taka zła rzecz dla mnie, gdyby nie te maksymalnie irytujące wysokie dźwięki, które wjeżdżają pod koniec.

HEART ON A PLATE mocno mnie drażni, za każdym razem chcę pominać, bo to kwintesencja wszystkiego, co mnie wkurza w tego typu muzyce. Tak samo jak TELEVISION, które ma do bólu chwytliwy refren, który akurat tutaj jest wadą, bo co z tego, że chwyta, skoro drażni, męczy, irytuje i w ogóle wyjść z uszu nie może. Koszmaret niemożebny.

No i nawet statystycznie wyszło, że ta płyta jest do bólu średnia. Był potencjał na coś naprawdę niezłego, miejscami mocno to słychać, ale wyszło jak wyszło. Okejki nie będzie, znaku jakości tym bardziej, niniejszym więc przepraszam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5