Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ariana Grande – Dangerous Woman
Wujas ostatnio w niemal każdym poście dotyczącym muzyki, podkreśla, że może "nie jest największym fanem czegoś, ALE...". Nie wiem Shodan skąd ta potrzeba tłumaczenia się, że czegoś słuchasz, jakieś wyrzuty sumienia? Silna potrzeba odseparowania się od artysty w razie kiepskiego odbioru? xD No daj spokój, chłopie. Kogo to obchodzi.
Ariana kojarzyła mi się wcześniej głównie ze strzelaniną, która miała miejsce na jej koncercie. Miałem sprawdzić jej muzykę, ale jakoś tak wlokła się na końcu kolejki i silniejsi spychali ją dalej. Wuja stwarza okoliczności sprzyjające, zatem mam za sobą pierwszy, pełny album Ariany Grande. Mój największy problem, to chyba sama Ariana na wokalu. Wokal ma taki, że bym przenigdy jej nie rozpoznał sam z siebie. To nie jest Rihanna, Madonna, czy Kate Bush, żeby od razu, po sekundzie, poznać głos. Do tego, sam wokal jest raczej średni, mocno posiłkowany auto-tunem, a melodie raczej nieciekawe. No, ale… przejdźmy do zawartości. Najpierw jednak jedna uwaga.
Zassałem ten album w wersji 17-utworowej, z premedytacją, żeby sobie tych bonusów osobno też posłuchać. Okazało się jednak, że ta wersja (amerykańska) ma nie tylko utwory dodatkowe, ale też końcówkę jakoś chujowo pomieszaną i tym samym, słuchałem albumu z dwoma ostatnimi kawałkami nie tymi co trzeba. Ostatecznie wszystko usłyszałem, więc luz, ale niech się Wujas nie zdziwi, że na końcu opisuję numery 10 i 11 jako „Sometimes” i „I Don’t Care”, bo je tak miałem w trackliście. Spoiler alert: ta tracklista jest lepsza niż poprawna xD Lecimy.
„Moonlight” jest ok wstępem, fajne gitary, fajny bit, fajny vibe, taki nieco letniaczkowy, ale też by pasował na luzaku w innych porach roku. Fajne skrzypcowe outro.
„Dangerous Woman” z czymś mi się kojarzy, ale nie wiem z czym. Śpiew Ariany jest tutaj strasznie, nie wiem, byle jaki, bez pomysłu. Refren jest spoko, ale też ktoś już to gdzieś lepiej robił i trochę mnie to boli, bo można było się wysilić bardziej. Szkoda głównie doskonałego podkładu muzycznego, sam numer w całości ma świetny klimat. Kolejny niepozorny, wieczorny letniak. Brzmi totalnie jakby miał lecieć w którymś odcinku Riverdale, kiedy jakieś laski idąc gdzieś w sexy strojach i pełnym make up’ie żeby zrobić coś podejrzanego, czy coś. Aż sprawdzę. EDIT: tej piosenki nie znalazłem, ale generalnie niemal w każdym sezonie serialu jest jakiś numer Ariany. Wujas powinien zacząć oglądać, bo tam jest tego typu takich śpiewających pań na kilogramy.
„Be Alright” zaczyna się jak jakieś „Shape of You” w domu, ale to tylko zmyła, potem wszystko skręca w innym kierunku i oto mamy jeden z najlpeszych kawałków na płycie. Nawet sama Ariana mi tu nie przeszkadza, wszystko jest alright.
„Into You” przypomina mi, zwłaszcza w refrenie, Madonne z czasów 00wych. Jest to ciepłe porównanie, nasączone sympatią z mojej strony. Cały kawałek to nie jest poziom Madonny, zwrotki są bardzo takie se, Ariana nie dowozi, może jeszcze nie jest na tym etapie. W każdym razie nie jest źle i mamy kolejnego letniaczka do chłeptania drina w cieniu (w słońcu nie polecam).
„Side to Side” to takie nocne, nieco zakamuflowane, ale jednak reggae. Muzyka jest ok, ale piosenka jest taka se. Ariana przynudza w refrenie, a jednak słaby refren to jest coś na takim albumie nie do przebaczenia. Ostatecznie ocena leci trochę w dół. Rihanna by takiego kawałka nawet nie wzięła, a nawet gdyby, to by zrobiła z niego coś samym wokalem. Ariana nie ma tego czegoś. Nie ma też tego Niki Minaj, która dwoi się i troi żeby wywołać tu taki efekt. Nie jest to jakaś kupa gówna, ale jak na ten album, to raczej in minus.
„Let Me Love You” ma fajny, mroczny klimat, generalnie zauważyłem, że takie lekko pogrzebowe akordy Arianie leżą na tej płycie i ktokolwiek robi jej muzykę (pewnie milion producentów), potrafi przełożyć to na coś bujalnego. Lil Wayne brzmi tu jak niedopchnięty Will.i.am (ile lat mi zajęło, żeby rozszyfrować to jako William), takie niespecjalnie udany feat, ale nie jest też to jakiś deal breaker, ogólnie numer uważam za udany.
„Greedy”, wchodzimy na nieco bardziej dosłowną dyskotekę. Wokale kopiuj/wklej, Ariana ma jeszcze długą drogę przed sobą (lub miała, bo co by nie mówić, jest to stary album, muszę sprawdzić coś nowszego). Vibe jest ok i generalnie, szczęśliwie dla Grande, dźwiga ten kawałek wystarczająco.
„Leave Me Lonely”, pamiętam. To była moje urlopowa kolejka 2022, tak naszpikowana doskonałymi kawałkami, że Ariana wtedy dostała trochę zjebę, bo była jednak lekko słabsza. Po prawie dwóch latach i w kontekście albumu, muszę powiedzieć, że jest to spoko numer. Mejsi Grej, wyciągnięta z odchłani szafy z napisem 00s, daje radę. Kolejny kawałek, który by mi pasował do Riverdale, albo tak z kilkanaście lat temu w Pretty Little Liars. Jest ok. A nawet alright.
„Everyday” jest spoko, ale spierdoIone paroma rzeczami. Po pierwsze, to futurowe „ewrydejewrydejewrydej” doprowadza do szału. Bierzesz Future’a na feat, żeby napierdalał takie coś, no prostytutka xD Jest zwrotka też szału nie robi, facet unosi się na fali autotune’a, ok, tego się należało spodziewać, ale jest to raczej chujowe. Szkoda fajnego kawałka, wolałbym żeby to było tylko Ariana, bo podkład naprawdę daje radę.
„Sometimes” jest ok. Co zadziwiające, Ariana nie zanudziła mnie jeszcze monotonią brzmienia na tym albumie, co większość podobnych artystek robi. Może dlatego, że na „Dangerous Woman” faktycznie coś się dzieje. Stylistyka nie lata na prawo i lewo, ale smaczki są tak rozlokowane, a kawałki na tyle różne od siebie, że ogólnie spójny album, ma na tyle różnorodności w sobie, że nie zamula. Fajny kawałek, jest vibe i dobry wokal.
„I Don’t Care” wraca klimatami do „Moonlight”, nawet te skrzypce na początku to sugerują, vibe bardzo zbliżony, takie rodzeństwo utworów i ładna klamra dla albumu. Trochę pornosowy podkład, ale nie mam z tym problemu, zresztą przerabialiśmy już w tej zabawie cały album z pornosa i mamy już odpowiednio ukształtowany charakter xD Lekko hip-hopowa atmosfera się udziela, człowiek się buja, jest letniaczkowo, jak powinno. Ariana wyczynia jakieś akrobacje wokalne, ale niestety słychać, że wszystko to podparte atuo-tunem, ehh. No, ale i tak końcówka na poziomie.
No i co, po krzyku, plaster zerwany, nie było źle. A nawet, jakby to Wuja powiedział, było dobrze.
Chciałem z początku zjechać płytę za produkcję, że zbyt ciężka, zbyt zloudnessowana, ale po paru przesłuchaniach stwierdziłem, że to momentami nawet służy tym piosenkom, i wcale nie wkurza tak jak mi się wydawało, więc przemilczę tę kwestię. Tak jak pisałem, Ariana nie jest jakoś wyjątkowo zdolną wokalistką, nie wiem jak ona się dopchała do mainstreamowego koryta, ale widac coś robiła dobrze. Mam ochotę sprawdzić inne płyty, choćby jakaś ostatnią, żeby przekonać się, co ta laska zrobiła przez ostatnie 8 lat i jak się rozwinęła. Podsumowując, jest to spoko album, który zabiorę ze sobą na wakacje i będę go tam słuchał.
Zassałem sobie wersję z 17 utworami (celowo) i po którymś przesłuchaniu podstawowej 11-tki, odpaliłem też te bonusy. I muszę powiedzieć, że one są spoko. Może album w takiej wersji byłby już zbytnio spuchnięty (11 kawałków, niecałe 40 minut, to grubość którą mocno szanuję), ale osobno te numery wchodzą równie dobrze, co „Dangerous Woman”. „Touch It” super kawałek, „Knew Better / Forever Boy” ma vibe „Electric Feel” MGMT, co już bardzo podnosi ocenę, świetna rzecz na jakiś wieczorek nad morzem. „Step On Up”, fajny podkład i bardzo 00sowe klimaty, bardzo oldschoolowe rnb (tzn dla mnie oldschoolowe, wiadomo że 00sy, to formalnie żaden oldschool). „Jason’s Song (Gave It Away)” zaczyna się jak jakiś barowy jazz, w tle latają przyjemnie miotełki, potem solo na pianinie. Niespodziewana perła. Na albumie to by brzmiało totalnie z dupy (ale amerykanie tak tego słuchają więc heh, może jednak nie?), ale osobno? Ludzie, tutaj nawet Ariana wokalnie daje radę i odciska swoje piętno. Jest chemia między utworem, instrumentami, głosem. prostytutka mać, naprawdę warto czasami zanurkować w bonusy do albumów, bo się odkrywa wtedy takie rzeczy i szczena opada.
„Bad Decision”, który powinien być u mnie na miejscu 10, a nie był, jest bardzo spoko. Prejzowałbym podobnie jak „Sometimes”, chociaż chyba nie aż tak bardzo.
„Thinking Bout You”, czyli prawdziwe zakończenie podstawowej płyty, które tutaj mam jako bonus, jest bardzo spoko, ma taki minimalny podkład, z taką rozpływającą się, niemal ambientową zawartością dobiegającą z oddali. Fajny efekt. Wokale też wyjątkowo spoko. Niezłe zakończenie albumu, ALE moim zdaniem „I Don’t Care” spisuje się w tej roli zdecydowanie lepiej. Szkoda trochę, że ta magiczna klamra Moonlight/I Don’t Care tak naprawdę nie istnieje, ehh.
No nic, widzę że jest więcej bonusowych kawałków, a nawet cały album BOZONARODZENIOWY, dorzucony do jednego deluxe xD Nie będę już teraz świrował i tego recenzował, ale na pewno w swoim czasie sięgnę. Tak więc jeszcze raz, bardzo fajny letniaczkowy album wrzucony przez Wuja, może nie idealny, ale co jest?
Wujas ostatnio w niemal każdym poście dotyczącym muzyki, podkreśla, że może "nie jest największym fanem czegoś, ALE...". Nie wiem Shodan skąd ta potrzeba tłumaczenia się, że czegoś słuchasz, jakieś wyrzuty sumienia? Silna potrzeba odseparowania się od artysty w razie kiepskiego odbioru? xD No daj spokój, chłopie. Kogo to obchodzi.
Ariana kojarzyła mi się wcześniej głównie ze strzelaniną, która miała miejsce na jej koncercie. Miałem sprawdzić jej muzykę, ale jakoś tak wlokła się na końcu kolejki i silniejsi spychali ją dalej. Wuja stwarza okoliczności sprzyjające, zatem mam za sobą pierwszy, pełny album Ariany Grande. Mój największy problem, to chyba sama Ariana na wokalu. Wokal ma taki, że bym przenigdy jej nie rozpoznał sam z siebie. To nie jest Rihanna, Madonna, czy Kate Bush, żeby od razu, po sekundzie, poznać głos. Do tego, sam wokal jest raczej średni, mocno posiłkowany auto-tunem, a melodie raczej nieciekawe. No, ale… przejdźmy do zawartości. Najpierw jednak jedna uwaga.
Zassałem ten album w wersji 17-utworowej, z premedytacją, żeby sobie tych bonusów osobno też posłuchać. Okazało się jednak, że ta wersja (amerykańska) ma nie tylko utwory dodatkowe, ale też końcówkę jakoś chujowo pomieszaną i tym samym, słuchałem albumu z dwoma ostatnimi kawałkami nie tymi co trzeba. Ostatecznie wszystko usłyszałem, więc luz, ale niech się Wujas nie zdziwi, że na końcu opisuję numery 10 i 11 jako „Sometimes” i „I Don’t Care”, bo je tak miałem w trackliście. Spoiler alert: ta tracklista jest lepsza niż poprawna xD Lecimy.
„Moonlight” jest ok wstępem, fajne gitary, fajny bit, fajny vibe, taki nieco letniaczkowy, ale też by pasował na luzaku w innych porach roku. Fajne skrzypcowe outro.
„Dangerous Woman” z czymś mi się kojarzy, ale nie wiem z czym. Śpiew Ariany jest tutaj strasznie, nie wiem, byle jaki, bez pomysłu. Refren jest spoko, ale też ktoś już to gdzieś lepiej robił i trochę mnie to boli, bo można było się wysilić bardziej. Szkoda głównie doskonałego podkładu muzycznego, sam numer w całości ma świetny klimat. Kolejny niepozorny, wieczorny letniak. Brzmi totalnie jakby miał lecieć w którymś odcinku Riverdale, kiedy jakieś laski idąc gdzieś w sexy strojach i pełnym make up’ie żeby zrobić coś podejrzanego, czy coś. Aż sprawdzę. EDIT: tej piosenki nie znalazłem, ale generalnie niemal w każdym sezonie serialu jest jakiś numer Ariany. Wujas powinien zacząć oglądać, bo tam jest tego typu takich śpiewających pań na kilogramy.
„Be Alright” zaczyna się jak jakieś „Shape of You” w domu, ale to tylko zmyła, potem wszystko skręca w innym kierunku i oto mamy jeden z najlpeszych kawałków na płycie. Nawet sama Ariana mi tu nie przeszkadza, wszystko jest alright.
„Into You” przypomina mi, zwłaszcza w refrenie, Madonne z czasów 00wych. Jest to ciepłe porównanie, nasączone sympatią z mojej strony. Cały kawałek to nie jest poziom Madonny, zwrotki są bardzo takie se, Ariana nie dowozi, może jeszcze nie jest na tym etapie. W każdym razie nie jest źle i mamy kolejnego letniaczka do chłeptania drina w cieniu (w słońcu nie polecam).
„Side to Side” to takie nocne, nieco zakamuflowane, ale jednak reggae. Muzyka jest ok, ale piosenka jest taka se. Ariana przynudza w refrenie, a jednak słaby refren to jest coś na takim albumie nie do przebaczenia. Ostatecznie ocena leci trochę w dół. Rihanna by takiego kawałka nawet nie wzięła, a nawet gdyby, to by zrobiła z niego coś samym wokalem. Ariana nie ma tego czegoś. Nie ma też tego Niki Minaj, która dwoi się i troi żeby wywołać tu taki efekt. Nie jest to jakaś kupa gówna, ale jak na ten album, to raczej in minus.
„Let Me Love You” ma fajny, mroczny klimat, generalnie zauważyłem, że takie lekko pogrzebowe akordy Arianie leżą na tej płycie i ktokolwiek robi jej muzykę (pewnie milion producentów), potrafi przełożyć to na coś bujalnego. Lil Wayne brzmi tu jak niedopchnięty Will.i.am (ile lat mi zajęło, żeby rozszyfrować to jako William), takie niespecjalnie udany feat, ale nie jest też to jakiś deal breaker, ogólnie numer uważam za udany.
„Greedy”, wchodzimy na nieco bardziej dosłowną dyskotekę. Wokale kopiuj/wklej, Ariana ma jeszcze długą drogę przed sobą (lub miała, bo co by nie mówić, jest to stary album, muszę sprawdzić coś nowszego). Vibe jest ok i generalnie, szczęśliwie dla Grande, dźwiga ten kawałek wystarczająco.
„Leave Me Lonely”, pamiętam. To była moje urlopowa kolejka 2022, tak naszpikowana doskonałymi kawałkami, że Ariana wtedy dostała trochę zjebę, bo była jednak lekko słabsza. Po prawie dwóch latach i w kontekście albumu, muszę powiedzieć, że jest to spoko numer. Mejsi Grej, wyciągnięta z odchłani szafy z napisem 00s, daje radę. Kolejny kawałek, który by mi pasował do Riverdale, albo tak z kilkanaście lat temu w Pretty Little Liars. Jest ok. A nawet alright.
„Everyday” jest spoko, ale spierdoIone paroma rzeczami. Po pierwsze, to futurowe „ewrydejewrydejewrydej” doprowadza do szału. Bierzesz Future’a na feat, żeby napierdalał takie coś, no prostytutka xD Jest zwrotka też szału nie robi, facet unosi się na fali autotune’a, ok, tego się należało spodziewać, ale jest to raczej chujowe. Szkoda fajnego kawałka, wolałbym żeby to było tylko Ariana, bo podkład naprawdę daje radę.
„Sometimes” jest ok. Co zadziwiające, Ariana nie zanudziła mnie jeszcze monotonią brzmienia na tym albumie, co większość podobnych artystek robi. Może dlatego, że na „Dangerous Woman” faktycznie coś się dzieje. Stylistyka nie lata na prawo i lewo, ale smaczki są tak rozlokowane, a kawałki na tyle różne od siebie, że ogólnie spójny album, ma na tyle różnorodności w sobie, że nie zamula. Fajny kawałek, jest vibe i dobry wokal.
„I Don’t Care” wraca klimatami do „Moonlight”, nawet te skrzypce na początku to sugerują, vibe bardzo zbliżony, takie rodzeństwo utworów i ładna klamra dla albumu. Trochę pornosowy podkład, ale nie mam z tym problemu, zresztą przerabialiśmy już w tej zabawie cały album z pornosa i mamy już odpowiednio ukształtowany charakter xD Lekko hip-hopowa atmosfera się udziela, człowiek się buja, jest letniaczkowo, jak powinno. Ariana wyczynia jakieś akrobacje wokalne, ale niestety słychać, że wszystko to podparte atuo-tunem, ehh. No, ale i tak końcówka na poziomie.
No i co, po krzyku, plaster zerwany, nie było źle. A nawet, jakby to Wuja powiedział, było dobrze.
Chciałem z początku zjechać płytę za produkcję, że zbyt ciężka, zbyt zloudnessowana, ale po paru przesłuchaniach stwierdziłem, że to momentami nawet służy tym piosenkom, i wcale nie wkurza tak jak mi się wydawało, więc przemilczę tę kwestię. Tak jak pisałem, Ariana nie jest jakoś wyjątkowo zdolną wokalistką, nie wiem jak ona się dopchała do mainstreamowego koryta, ale widac coś robiła dobrze. Mam ochotę sprawdzić inne płyty, choćby jakaś ostatnią, żeby przekonać się, co ta laska zrobiła przez ostatnie 8 lat i jak się rozwinęła. Podsumowując, jest to spoko album, który zabiorę ze sobą na wakacje i będę go tam słuchał.
Zassałem sobie wersję z 17 utworami (celowo) i po którymś przesłuchaniu podstawowej 11-tki, odpaliłem też te bonusy. I muszę powiedzieć, że one są spoko. Może album w takiej wersji byłby już zbytnio spuchnięty (11 kawałków, niecałe 40 minut, to grubość którą mocno szanuję), ale osobno te numery wchodzą równie dobrze, co „Dangerous Woman”. „Touch It” super kawałek, „Knew Better / Forever Boy” ma vibe „Electric Feel” MGMT, co już bardzo podnosi ocenę, świetna rzecz na jakiś wieczorek nad morzem. „Step On Up”, fajny podkład i bardzo 00sowe klimaty, bardzo oldschoolowe rnb (tzn dla mnie oldschoolowe, wiadomo że 00sy, to formalnie żaden oldschool). „Jason’s Song (Gave It Away)” zaczyna się jak jakiś barowy jazz, w tle latają przyjemnie miotełki, potem solo na pianinie. Niespodziewana perła. Na albumie to by brzmiało totalnie z dupy (ale amerykanie tak tego słuchają więc heh, może jednak nie?), ale osobno? Ludzie, tutaj nawet Ariana wokalnie daje radę i odciska swoje piętno. Jest chemia między utworem, instrumentami, głosem. prostytutka mać, naprawdę warto czasami zanurkować w bonusy do albumów, bo się odkrywa wtedy takie rzeczy i szczena opada.
„Bad Decision”, który powinien być u mnie na miejscu 10, a nie był, jest bardzo spoko. Prejzowałbym podobnie jak „Sometimes”, chociaż chyba nie aż tak bardzo.
„Thinking Bout You”, czyli prawdziwe zakończenie podstawowej płyty, które tutaj mam jako bonus, jest bardzo spoko, ma taki minimalny podkład, z taką rozpływającą się, niemal ambientową zawartością dobiegającą z oddali. Fajny efekt. Wokale też wyjątkowo spoko. Niezłe zakończenie albumu, ALE moim zdaniem „I Don’t Care” spisuje się w tej roli zdecydowanie lepiej. Szkoda trochę, że ta magiczna klamra Moonlight/I Don’t Care tak naprawdę nie istnieje, ehh.
No nic, widzę że jest więcej bonusowych kawałków, a nawet cały album BOZONARODZENIOWY, dorzucony do jednego deluxe xD Nie będę już teraz świrował i tego recenzował, ale na pewno w swoim czasie sięgnę. Tak więc jeszcze raz, bardzo fajny letniaczkowy album wrzucony przez Wuja, może nie idealny, ale co jest?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ariana Grande Dangerous Woman
lubiłem zrobić grande a po wszystkim też ariane
W 2016 roku to raczej brałem na litość wszystkie numery Ariany, które miałem wątpliwą przyjemność usłyszeć w radiu czy telewizorze (tak, tym dużym). Byłem po drugiej stronie rzeki. W ramach burzy hormonów i gimbo weltschmerzu ostatnią dobrą rzeczą wydawało się słuchanie popularnych rzeczy i "udawanie", że pasują do gustu. Tak mijały lata, aż tu nagle w wyniku poważnych przemian zacząłem otwierać uszy i na nią. Do dziś zostałem tylko na występach gościnnych u Troya czy innych kolorowych ludzi - po prostu dla mnie to wystarczyło, by jakoś względnie ją zaakceptować. Teraz shodan pozwala jeszcze bardziej skrócić dystans. Nigdy nie sprawdzałem płyt, single przechodziły przez uszy bez echa. Znajomi raczej nie słuchają jej za często, nie wspominają tego nazwiska przy okazji rurznych muzycznych rekomendacji. Czas na odrobinę atencji z mojej strony dla Niebezpiecznej Kobietki.
Niezła okładka. Trochę sugestywna, bo Króliczek Playboya, ale jednocześnie bezpieczna i grzeczna - nic szczególnego nie widzimy. Ładnie ograna skala szarości. Muzyka na szczęście jest bardziej kolorowa. Jedenaście kawałków... dobrze, że najpierw sprawdziłem pobieżnie opis. Raczej nie byłbym tak wyrozumiały dla edycji podwójnie powiększonej z potrójnym serem. W tym przypadku mamy jeszcze na Spotify gmeranie w kolejności kawałków, bonusy wmieszane w podstawkę, nie lubię tego. Tutaj trzymam się zestawu podstawowego, ale nie ukrywam, że po dodatki jeszcze sięgnę...
Moonlight całkiem niepozornym wstępem jest. Modelowy otwieracz, który zupełnie nie zdradza kryjących się dalej pazurków. Podkręcające natchniony klimacik smyki, klawiszowe melodyjki, podniosły wokal... zbyt przerysowane, ale akurat tak, że mnie to nie jara. Wyróżniam linijki o Elvisie, Deanie czy przyjemny mostek, bardziej sensualny niż reszta, to wszystko.
Tytułowy track z lekko americana sznytem. Gitarki mogą sobie brzmieć najbardziej zwyczajnie, byle bit był ładnie połamany i bujał. I tak tutaj się dzieje. Fajny kontrast zwrotek z refrenem. W refrenie biorą mnie te przeciągnięte linijki. Jest dobrze. Śmieszna solóweczka w środku, ale nie drażni. Po prostu nieoczywiste rozwiązanie jak na płytę ARIANY freakin GRANDE wypełnionej po brzegi tanecznymi patentami.
Be Alright, czyli coś prędzej spodziewano. Początkowo nie wchodziło, za drugim-trzecim razem chwyciło. Lekki klubowy maluszek z dość ciężkim refrenem, ale te wokalne ozdobniki, basowe pompowanie w tle... ekipa produkcyjna miała otwarte ucho i umiała odpowiednio wyróżnić to, co trzeba. W RAMce jak znalazł. Idealnie niby nic, które przy entnym odsłuchu wchodzi do głowy i nie zamierza wyjść. Za rogiem czai się pierwszy prawdziwy banger.
Into You wyszło przed szereg już przy pierwszej zbiórce. Znowu na bicie te nieznośne w innych przypadkach clapy i cykania, ale bardzo dobrze tutaj narasta napięcie. Podobają mi się dogęszczone synthy, refren leci jak torpeda. Taka Charli XCX dopiero później zaczęła pracować na podobnych brzmieniach. Tak siadło, że musiałem się podzielić na Instagramie. Dzięki temu miałem przyjemną pogawędkę z jednym z autorów pewnego shitpost konta na temat muzyki Ariany Grande. Tak jak w przypadku Eurowizji... po latach zwracam honor. Co więcej, kiedyś dla beki nie słuchałem, a tutaj przy bliższym odsłuchu można wyłapać wiele świetnych rozwiązań. Te POTĘŻNE basowe brassy, szkatułkowa melodia w refrenie, można pozazdrościć. Świetny numer.
Side To Side, czyli połączenie masy pozornie krindżowych elementów przynoszące całkiem udany efekt. Nie lubię za bardzo Nicki Minaj, z drugiej strony mamy t r o s z k ę dubowy podkład z trapowym sznytem, to zawsze na plus. Ariana płynie sobie leciutko i bez spinki. Gościni trochę gorzej, ale ujdzie w tłoku. W konkurencji "występ gościnny" dzielnie i dumnie zajmuje ostatnie miejsce xD Ładne, choć nie będę wracał do tego bez towarzystwa lepszych tracków.
Let Me Love You... aż się Kelly Rowland przypomina i jej Motywacje. Kilka lat później również Ariana zaprasza Lil Łejna do rozerotyzowanego kawałka. Drugi z zestawu, który zaskoczył od razu. Najbardziej konkretne spojrzenie w kierunku R&B, wujek Robert jest na tak. Pociachany refren z frazą tytułową robi robotę. Rzadko kiedy mamy taki minimal w aranżu, po prostu w tej sytuacji tyle wystarczy. Najprostsza melodyjka klawiszowa, oszczędna pętla. Oj, jest dobrze. Tu z kolei znalazłem najlepszą gościnkę.
Greedy mniej wykręcony, raczej całkiem rzetelna i konkretna realizacja ambitniejszego kawałka na dance-popową modłę. Wyraziste chórki, ekstatyczne hooki, brakuje tylko teledysku z cheerleaderkami. Przynajmniej refren znowu fajniutki, do zapamiętania. Do tego nie można się przyczepić, że nie ma urozmaicenia. Chyba wolę bardziej plastik fantastik niż eklektyczne brzmieniowo i pompatyczne rzeczy. Z drugiej strony no nie można odmówić przebojowości.
Leave Me Lonely znamy z bestki, tylko kiedy to było, dobry Marksie? Po kilku dniach z płytą uważam, że to jeden ze słabszych numerów tutaj. Trochę na gospelową modłę. Gościnka dodaje charakteru, ale główny problem to takie niesatysfakcjonujące przejście. Wchodzi gładko, choć bez większego wrażenia. Wokalnie git, cała reszta średnio. Tak jakby jednak brakowało tu bardziej a r t y s t y c z n y c h rzeczy. Wcale nie lol
Everyday robi za najgłupszego w klasie, ale trudno go nie lubić. Ten przedukany pseudo refren tak zły... tyle że w tej konwencji się broni. Przyszłość kojarzę jeszcze z czasów wielkiego zwycięstwa za sprawą Mask Off, tutaj nawinięte bez większego szału. Nie ma się do czego przyczepić, tyle że nie jest zbyt ciekawie na moje przepalone ucho. Bicik zdecydowanie wychodzi ponad wokale, noo wyszło dziwnie.
Bad Decisions. Hmm... brzmi bardzo klasycznie przez pianinko idące od samego początku. Gdyby nie bicik można by pomylić z jakąś Aqua czy innymi rzeczami z przełomu wieków. Zrobiło się zamułkowo w ostatnich minutach. Trzeba wrócić do ostrej bujanki, która wcale nie wymaga dużej ilości BPMów. Znowu naprawdę rozbudowany refren, kolejny efektowny monolit hehe Tutaj szczególnie wyróżniam wokal, różnie wychodzą te wysokie dźwięki, ale jest metoda w takiej różnorodności. Spokojnie mieści się w trójce najlepszych.
Thinking Bout You robi za konwencjonalną, ale naprawdę udaną klamrę. Nie ma to jak odrobina feelsów z nutką tanecznych inklinacji. Nawet jeśli komuś nie robi za bardzo, to przynajmniej trzeba docenić taki wyraźny emocjonalny odcisk w postaci użytych padów. Jak nie smutki, wczuta po rozstaniu czy zachód słońca, to chwila refleksji. Nawet jeśli to trzy minuty przy okazji picia herbaty pod wieczór, robienia jakichś notatek czy czilowania na leżąco. Wszystko melodyjne, przebojowe, do zapamiętania. Synth dublujący melodię z linijki tytułowej pod koniec to może już lekka przesada, ale i tak jestem kupiony, sorry.
Mimo kuriozalnego rozciągnięcia tego rzutu albumów udało się trafić na Dangerous Woman w najlepszym możliwym momencie. Z połowy płyty jestem bardziej niż zadowolony. Kto by pomyślał kilka lat temu, że będę tak często wracał do kawałków Ariany Grande... sorry, młodszy Robercie, naprawdę jest do czego.
Bonusy obowiązkowo do sprawdzenia. Ze względu na fajny tytuł od razu skusiłem się na Knew Better / Forever Boy i powiem wam, że takich bardziej sensualnych rzeczy na podstawce może nawet brakuje? Reasumując, temat kontynuacji przygody otwarty...
PS Osobny ROTFL dla niektórych linijek Wujasa. Gdyby nie popularność Ariany i pewna przewidywalność zawartości płyty, to można ulec wrażeniu, że przez te soprany czeka na nas materiał godny Lisy Gerrard, Diamandy Galas czy innej Małgorzaty Walewskiej. Good try xd
lubiłem zrobić grande a po wszystkim też ariane
W 2016 roku to raczej brałem na litość wszystkie numery Ariany, które miałem wątpliwą przyjemność usłyszeć w radiu czy telewizorze (tak, tym dużym). Byłem po drugiej stronie rzeki. W ramach burzy hormonów i gimbo weltschmerzu ostatnią dobrą rzeczą wydawało się słuchanie popularnych rzeczy i "udawanie", że pasują do gustu. Tak mijały lata, aż tu nagle w wyniku poważnych przemian zacząłem otwierać uszy i na nią. Do dziś zostałem tylko na występach gościnnych u Troya czy innych kolorowych ludzi - po prostu dla mnie to wystarczyło, by jakoś względnie ją zaakceptować. Teraz shodan pozwala jeszcze bardziej skrócić dystans. Nigdy nie sprawdzałem płyt, single przechodziły przez uszy bez echa. Znajomi raczej nie słuchają jej za często, nie wspominają tego nazwiska przy okazji rurznych muzycznych rekomendacji. Czas na odrobinę atencji z mojej strony dla Niebezpiecznej Kobietki.
Niezła okładka. Trochę sugestywna, bo Króliczek Playboya, ale jednocześnie bezpieczna i grzeczna - nic szczególnego nie widzimy. Ładnie ograna skala szarości. Muzyka na szczęście jest bardziej kolorowa. Jedenaście kawałków... dobrze, że najpierw sprawdziłem pobieżnie opis. Raczej nie byłbym tak wyrozumiały dla edycji podwójnie powiększonej z potrójnym serem. W tym przypadku mamy jeszcze na Spotify gmeranie w kolejności kawałków, bonusy wmieszane w podstawkę, nie lubię tego. Tutaj trzymam się zestawu podstawowego, ale nie ukrywam, że po dodatki jeszcze sięgnę...
Moonlight całkiem niepozornym wstępem jest. Modelowy otwieracz, który zupełnie nie zdradza kryjących się dalej pazurków. Podkręcające natchniony klimacik smyki, klawiszowe melodyjki, podniosły wokal... zbyt przerysowane, ale akurat tak, że mnie to nie jara. Wyróżniam linijki o Elvisie, Deanie czy przyjemny mostek, bardziej sensualny niż reszta, to wszystko.
Tytułowy track z lekko americana sznytem. Gitarki mogą sobie brzmieć najbardziej zwyczajnie, byle bit był ładnie połamany i bujał. I tak tutaj się dzieje. Fajny kontrast zwrotek z refrenem. W refrenie biorą mnie te przeciągnięte linijki. Jest dobrze. Śmieszna solóweczka w środku, ale nie drażni. Po prostu nieoczywiste rozwiązanie jak na płytę ARIANY freakin GRANDE wypełnionej po brzegi tanecznymi patentami.
Be Alright, czyli coś prędzej spodziewano. Początkowo nie wchodziło, za drugim-trzecim razem chwyciło. Lekki klubowy maluszek z dość ciężkim refrenem, ale te wokalne ozdobniki, basowe pompowanie w tle... ekipa produkcyjna miała otwarte ucho i umiała odpowiednio wyróżnić to, co trzeba. W RAMce jak znalazł. Idealnie niby nic, które przy entnym odsłuchu wchodzi do głowy i nie zamierza wyjść. Za rogiem czai się pierwszy prawdziwy banger.
Into You wyszło przed szereg już przy pierwszej zbiórce. Znowu na bicie te nieznośne w innych przypadkach clapy i cykania, ale bardzo dobrze tutaj narasta napięcie. Podobają mi się dogęszczone synthy, refren leci jak torpeda. Taka Charli XCX dopiero później zaczęła pracować na podobnych brzmieniach. Tak siadło, że musiałem się podzielić na Instagramie. Dzięki temu miałem przyjemną pogawędkę z jednym z autorów pewnego shitpost konta na temat muzyki Ariany Grande. Tak jak w przypadku Eurowizji... po latach zwracam honor. Co więcej, kiedyś dla beki nie słuchałem, a tutaj przy bliższym odsłuchu można wyłapać wiele świetnych rozwiązań. Te POTĘŻNE basowe brassy, szkatułkowa melodia w refrenie, można pozazdrościć. Świetny numer.
Side To Side, czyli połączenie masy pozornie krindżowych elementów przynoszące całkiem udany efekt. Nie lubię za bardzo Nicki Minaj, z drugiej strony mamy t r o s z k ę dubowy podkład z trapowym sznytem, to zawsze na plus. Ariana płynie sobie leciutko i bez spinki. Gościni trochę gorzej, ale ujdzie w tłoku. W konkurencji "występ gościnny" dzielnie i dumnie zajmuje ostatnie miejsce xD Ładne, choć nie będę wracał do tego bez towarzystwa lepszych tracków.
Let Me Love You... aż się Kelly Rowland przypomina i jej Motywacje. Kilka lat później również Ariana zaprasza Lil Łejna do rozerotyzowanego kawałka. Drugi z zestawu, który zaskoczył od razu. Najbardziej konkretne spojrzenie w kierunku R&B, wujek Robert jest na tak. Pociachany refren z frazą tytułową robi robotę. Rzadko kiedy mamy taki minimal w aranżu, po prostu w tej sytuacji tyle wystarczy. Najprostsza melodyjka klawiszowa, oszczędna pętla. Oj, jest dobrze. Tu z kolei znalazłem najlepszą gościnkę.
Greedy mniej wykręcony, raczej całkiem rzetelna i konkretna realizacja ambitniejszego kawałka na dance-popową modłę. Wyraziste chórki, ekstatyczne hooki, brakuje tylko teledysku z cheerleaderkami. Przynajmniej refren znowu fajniutki, do zapamiętania. Do tego nie można się przyczepić, że nie ma urozmaicenia. Chyba wolę bardziej plastik fantastik niż eklektyczne brzmieniowo i pompatyczne rzeczy. Z drugiej strony no nie można odmówić przebojowości.
Leave Me Lonely znamy z bestki, tylko kiedy to było, dobry Marksie? Po kilku dniach z płytą uważam, że to jeden ze słabszych numerów tutaj. Trochę na gospelową modłę. Gościnka dodaje charakteru, ale główny problem to takie niesatysfakcjonujące przejście. Wchodzi gładko, choć bez większego wrażenia. Wokalnie git, cała reszta średnio. Tak jakby jednak brakowało tu bardziej a r t y s t y c z n y c h rzeczy. Wcale nie lol
Everyday robi za najgłupszego w klasie, ale trudno go nie lubić. Ten przedukany pseudo refren tak zły... tyle że w tej konwencji się broni. Przyszłość kojarzę jeszcze z czasów wielkiego zwycięstwa za sprawą Mask Off, tutaj nawinięte bez większego szału. Nie ma się do czego przyczepić, tyle że nie jest zbyt ciekawie na moje przepalone ucho. Bicik zdecydowanie wychodzi ponad wokale, noo wyszło dziwnie.
Bad Decisions. Hmm... brzmi bardzo klasycznie przez pianinko idące od samego początku. Gdyby nie bicik można by pomylić z jakąś Aqua czy innymi rzeczami z przełomu wieków. Zrobiło się zamułkowo w ostatnich minutach. Trzeba wrócić do ostrej bujanki, która wcale nie wymaga dużej ilości BPMów. Znowu naprawdę rozbudowany refren, kolejny efektowny monolit hehe Tutaj szczególnie wyróżniam wokal, różnie wychodzą te wysokie dźwięki, ale jest metoda w takiej różnorodności. Spokojnie mieści się w trójce najlepszych.
Thinking Bout You robi za konwencjonalną, ale naprawdę udaną klamrę. Nie ma to jak odrobina feelsów z nutką tanecznych inklinacji. Nawet jeśli komuś nie robi za bardzo, to przynajmniej trzeba docenić taki wyraźny emocjonalny odcisk w postaci użytych padów. Jak nie smutki, wczuta po rozstaniu czy zachód słońca, to chwila refleksji. Nawet jeśli to trzy minuty przy okazji picia herbaty pod wieczór, robienia jakichś notatek czy czilowania na leżąco. Wszystko melodyjne, przebojowe, do zapamiętania. Synth dublujący melodię z linijki tytułowej pod koniec to może już lekka przesada, ale i tak jestem kupiony, sorry.
Mimo kuriozalnego rozciągnięcia tego rzutu albumów udało się trafić na Dangerous Woman w najlepszym możliwym momencie. Z połowy płyty jestem bardziej niż zadowolony. Kto by pomyślał kilka lat temu, że będę tak często wracał do kawałków Ariany Grande... sorry, młodszy Robercie, naprawdę jest do czego.
Bonusy obowiązkowo do sprawdzenia. Ze względu na fajny tytuł od razu skusiłem się na Knew Better / Forever Boy i powiem wam, że takich bardziej sensualnych rzeczy na podstawce może nawet brakuje? Reasumując, temat kontynuacji przygody otwarty...
PS Osobny ROTFL dla niektórych linijek Wujasa. Gdyby nie popularność Ariany i pewna przewidywalność zawartości płyty, to można ulec wrażeniu, że przez te soprany czeka na nas materiał godny Lisy Gerrard, Diamandy Galas czy innej Małgorzaty Walewskiej. Good try xd
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Pany mentos i Musiał proszeni o zwrot pracy domowej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos pewnie ćwiczy sopran przed recenzowaniem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jaja w imadło i do recek proszę siadać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ziomeczki bo tu już 2 tygodnie wybiły, miejcieże litość
(A kto nie ma zaległości niech skrobie wrzutę albumową do drugiego tematu)
(A kto nie ma zaległości niech skrobie wrzutę albumową do drugiego tematu)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ariana Grande - Dangerous Woman
Ariana jest jak koń: jaka jest każdy widzi. Czy jakoś tak. Jeśli chodzi o jej twórczość to jestem umiarkowanym jaroszem. Ciężko nie znać nazwiska jeśli nie spędziło się ostatniej dekady pod kamieniem. Ktoś tamtam mógłby napisać, że ostatnich kilkunastu, ale jakoś tak się niefortunnie złożyło, że w czasach gdy była nastoletnią gwiazdką Disney'a niebardzo orientowałem się w tej materii i w mojej świadomości pojawiła się pierwszy raz gdzieś pod koniec roku pańskiego 2014, gdy z każdego radia regularnie dowiadywałem się, że ma jeden problem mniej.
Tak prawdę powiedziawszy to ciężko mi przypomnieć sobie jakikolwiek jej inny przebój z nazwy - jeśli już coś o niej słyszałem, to w kontekście życia towarzyskiego albo jako jedno z cyklicznie przewijających się tu i ówdzie nazwisk osób powszechnie znanych. W sumie poświęciłem dość dużo znaków na napisanie, że nie tylko nie jestem fanem, ale właściwie to znam tylko jeden przebój, więc pozwolę sobie bardzo płynnie przejść do meritum.
A meritum otwiera MOONLIGHT - przedstawiciel roboczego gatunku "Całkiem fajna balladka". Murzyn to mnie kijem od dwóch dni pogania, bym coś o tej płycie napisał, tymczasem ja sobie jej słucham i słucham i mam problem, bo prawdę powiedziawszy ciężko mi napisać o niej coś szczególnego, poza tym, że jest ładna, sympatyczna i spoko - tak zostawiłem podczas notatek w trakcie słuchania, tak uważam teraz i tego się trzymam. Jeśli miałbym coś wyszczególnić, to na bank całkiem uroczą, minimalistyczną końcówkę. Na luzie jestem w stanie to umieścić na swojej RZETELNEJ półeczce.
Zaraz po nim wjeżdża na biało tytułowy i tu jestem zaskoczony poraz drugi (jak w drodze krzyżowej czy coś), bo nie kojarzę tego z radia ni siusiak, a mniemam, że powinienem. W każdym razie jest to archetypowy popowy kawałek z połowy "lat dziesiętnych" i jako przedstawiciel tej grupy jest super. Supertimorchwytliwy refren, FAJNE wszystko inne, jakieś unisono wokale i nawet ten vocoder pod koniec nie wkurza. Ten przebój jest zrealizowany według przepisu na udany hit na lato i jakoś tak udało się dobrać składniki i proporcję, że nie tylko nie wyszedł zakalec, ale wtryniam to ze smakiem. Jak to mawia młodzież - BEZA
Dalej wjeżdża BE ALRIGHT i jest to kolejne zaskoczenie, bo to chyba jest ten słynny DEEP CUT. Szczerze mówiąc, to mój faworyt z całego krążka, gdyż bardzo lubię to klubowe brzmienie. Internety piszą o inspiracjach deep housem, ja ich osobiście nie wyłapałem, ale ja jestem prostakiem, który po prostu słuchając tej płyty odnotował jakieś smuty o VIBIE i KLIMACIE. Ano, jest on niesamowity, gdy się słucha tego o godzinach typu chore jak środek nocy w środku tygodnia. W każdym razie super sprawa i na ten moment, ku mojemu zdumieniu, ta płyta mi się podoba.
I tak, napisałem o tym nie bez kozery, bo przy INTO YOU zaczynają się schody, tj. utwory, o których nie umiem myśleć tak ciepło. Klasyczny reprezentant półki MOŻE I OBIEKTYWNIE BYM POWINIEN UMIEŚCIĆ NA RZETELNEJ, ALE NIE. No bo OBIEKTYWNIE nie umiem się doczepić niczego, ale dla mnie to jest tak nijaki pop przelatujący jednym i wylatujący drugim uchem, że choćbym zjadł tysiąc kotletów, a każdy byłby rozmiaru Grande, to nie jestem w stanie napisać o nim nic więcej.
Lekko wzruszając więc ramionami przechodzę do kawałka SIDE TO SIDE z tzw. gościem. I już od początku wiem, że się nie polubimy, bo Nicki Mintaj to nie jest rewir moich muzycznych zainteresowań. Ani jakichkolwiek TAK, WIEM, TU ŚPIEWA ARIANA, NIE MUSISZ TEGO POWTARZAĆ. Wszystko mnie tu drażni: te niby reagge zagrywki, bit, wokale i wyczesano-czaderska wstawka hip-hopowa. Nie, nie, nie i postokroć nie. To brzmi jakby ktoś umieścił tu wszystko, czego nie lubię w muzyce popularnej.
LET ME LOVE YOU zawiera mniej irytującego gościa i i-i-i-i-i-rytuje mnie mniej. Przyjemne r'n'b, muszę przyznać, że zacinanie się Ariany podczas powtarzania ty-ty-ty-ty-tułowej frazy całkiem mi się wkręciło i jakoś tak mam dużo sympatii do tej piosenki. Udział Lil Wayne'a trochę z siusiaka, ale nie przeszkadza. SPOKOS.
O GREEDY chciałem napisać to samo, co o INTO YOU, ale nie napiszę. Znaczy się - nie do końca. Też mam wrazenie obcowania z czymś pokroju solidnego zapychacza i jako taki nawet jest spoko, może nawet i lepszy od INTO YOU, bo słyszę zalążki potencjału - czy to w całkiem niezłym refrenie, czy w ostatniej zwrotce. Niby jest to przyjemne, ale summa summarum kładę to na półce średnio-średniej bez większego żalu.
Jakoś tak zauważyłem, że na tego typu albumach im bliżej końca, tym więcej kawałków na które meham i sam już nie wiem, czy oni zawsze wrzucają samo gęste na początek, czy te płyty z czasem zaczynają mnie męczyć, czy może to ja mam attention span szynszyla. W każdym razie, ciężko mi wykrzesać jakiejś arcypozytywne emocje względem LEAVE ME LONELY. Nie lubię jakoś gospelowych chórków, no jest to poprawne niby, ale po paru odsłuchach nadal nie jestem w stanie niczego konkretnego się chwycić, znaleźć czegoś charakterystycznego, jakiegoś punktu zaczepienia. Dla mnie ten kawałek istnieje i nic poza tym.
EVERYDAY bywa irytujące, zwłaszcza we wstępie, a dalej wcaole nie jest jakoś lepiej. Średni bit, ten cały FUTURE drażniący, nawet to powtarzanie tytułu w refrenie niby chwytliwe i wpada mi w siusiaka, ale w bardzo irytujący sposób. Gdy potem Aryśka zaczyna zaśpiewy to mówie pass, ahoj, da swedania. Dziękuje, postoję i tu - przykro mi to pisać, ale kolejny tu przestrzał.
W kwestii BAD DECISIONS na pewno umieszczenie tego zapychacza tutaj nie było najlepszym pomysłem. HEHE. Na tym wyrafinowanym żarciku poprzestanę, bo jestem już na tym etapie, gdzie zaczynam się powtarzać, a pisałem z grubsza to samo o dwóch utworach na tej płycie. Przejdę więc płynnie do THINKING BOUT YOU, utworu z którym mam problem, i to dość kretyński, bo tak prawdę powiedziawszy NIE WIEM co o nim myśleć, im dłużej go słucham, to NIE WIEM tym bardziej, bo mam z tyłu głowy, że coś w nim jest, ale ja tego nie umiem usłyszeć Gdy leciało w tle nie angażowało, gdy robiłem notatki - nie wiedziałem co napisać, gdy tego słuchałem wysyłając te słowa i poprawiając te wypociny - nie wiedziałem nadal. Ale chyba ostatecznie skłaniam się ku temu, że nic tu szczególnego nie ma...
Chciałem jeszcze przed zakończeniem skrobnąć parę zdań tzw. natury ogólnej, ale tak do mnie dotarło, że w sumie nie za bardzo jestem w stanie cokolwiek napisać. Czytając recenzję, Wikipedię czy szeroko pojęte internety nie natrafiłem na nic ciekawego, okładka zaintrygowała mnie może przez dwie sekundy, mniemam, że lirycznie ta płyta nie stoi na wielkim poziomie, bo nie słyszałem, by laska dostała za nią Nagrodę Nobla (tak, sprowadzanie wszystkiego do absurdu jest błyskotliwe).
Ogólnie to zgodnie z oczekiwaniami: COŚ dla siebie znalazłem, tym czymś tradycyjnie jest parę dobrych numerów i garść niezłych. Poza jednym koszmarkiem reszta jest jak najbardziej do przebolenia, więc nie powiem, że jakoś się wycierpiałem, ale nie obiecuję jakichkolwiek powrotów czy czegoś w ten deseń. Za edycje turbo giga super hd 4k deluxe z dodatkowymi utworami oraz pierdnięciami Ariany między przerwami w sesjach nagraniowych podziękuję i przepraszam.
Ariana jest jak koń: jaka jest każdy widzi. Czy jakoś tak. Jeśli chodzi o jej twórczość to jestem umiarkowanym jaroszem. Ciężko nie znać nazwiska jeśli nie spędziło się ostatniej dekady pod kamieniem. Ktoś tamtam mógłby napisać, że ostatnich kilkunastu, ale jakoś tak się niefortunnie złożyło, że w czasach gdy była nastoletnią gwiazdką Disney'a niebardzo orientowałem się w tej materii i w mojej świadomości pojawiła się pierwszy raz gdzieś pod koniec roku pańskiego 2014, gdy z każdego radia regularnie dowiadywałem się, że ma jeden problem mniej.
Tak prawdę powiedziawszy to ciężko mi przypomnieć sobie jakikolwiek jej inny przebój z nazwy - jeśli już coś o niej słyszałem, to w kontekście życia towarzyskiego albo jako jedno z cyklicznie przewijających się tu i ówdzie nazwisk osób powszechnie znanych. W sumie poświęciłem dość dużo znaków na napisanie, że nie tylko nie jestem fanem, ale właściwie to znam tylko jeden przebój, więc pozwolę sobie bardzo płynnie przejść do meritum.
A meritum otwiera MOONLIGHT - przedstawiciel roboczego gatunku "Całkiem fajna balladka". Murzyn to mnie kijem od dwóch dni pogania, bym coś o tej płycie napisał, tymczasem ja sobie jej słucham i słucham i mam problem, bo prawdę powiedziawszy ciężko mi napisać o niej coś szczególnego, poza tym, że jest ładna, sympatyczna i spoko - tak zostawiłem podczas notatek w trakcie słuchania, tak uważam teraz i tego się trzymam. Jeśli miałbym coś wyszczególnić, to na bank całkiem uroczą, minimalistyczną końcówkę. Na luzie jestem w stanie to umieścić na swojej RZETELNEJ półeczce.
Zaraz po nim wjeżdża na biało tytułowy i tu jestem zaskoczony poraz drugi (jak w drodze krzyżowej czy coś), bo nie kojarzę tego z radia ni siusiak, a mniemam, że powinienem. W każdym razie jest to archetypowy popowy kawałek z połowy "lat dziesiętnych" i jako przedstawiciel tej grupy jest super. Supertimorchwytliwy refren, FAJNE wszystko inne, jakieś unisono wokale i nawet ten vocoder pod koniec nie wkurza. Ten przebój jest zrealizowany według przepisu na udany hit na lato i jakoś tak udało się dobrać składniki i proporcję, że nie tylko nie wyszedł zakalec, ale wtryniam to ze smakiem. Jak to mawia młodzież - BEZA
Dalej wjeżdża BE ALRIGHT i jest to kolejne zaskoczenie, bo to chyba jest ten słynny DEEP CUT. Szczerze mówiąc, to mój faworyt z całego krążka, gdyż bardzo lubię to klubowe brzmienie. Internety piszą o inspiracjach deep housem, ja ich osobiście nie wyłapałem, ale ja jestem prostakiem, który po prostu słuchając tej płyty odnotował jakieś smuty o VIBIE i KLIMACIE. Ano, jest on niesamowity, gdy się słucha tego o godzinach typu chore jak środek nocy w środku tygodnia. W każdym razie super sprawa i na ten moment, ku mojemu zdumieniu, ta płyta mi się podoba.
I tak, napisałem o tym nie bez kozery, bo przy INTO YOU zaczynają się schody, tj. utwory, o których nie umiem myśleć tak ciepło. Klasyczny reprezentant półki MOŻE I OBIEKTYWNIE BYM POWINIEN UMIEŚCIĆ NA RZETELNEJ, ALE NIE. No bo OBIEKTYWNIE nie umiem się doczepić niczego, ale dla mnie to jest tak nijaki pop przelatujący jednym i wylatujący drugim uchem, że choćbym zjadł tysiąc kotletów, a każdy byłby rozmiaru Grande, to nie jestem w stanie napisać o nim nic więcej.
Lekko wzruszając więc ramionami przechodzę do kawałka SIDE TO SIDE z tzw. gościem. I już od początku wiem, że się nie polubimy, bo Nicki Mintaj to nie jest rewir moich muzycznych zainteresowań. Ani jakichkolwiek TAK, WIEM, TU ŚPIEWA ARIANA, NIE MUSISZ TEGO POWTARZAĆ. Wszystko mnie tu drażni: te niby reagge zagrywki, bit, wokale i wyczesano-czaderska wstawka hip-hopowa. Nie, nie, nie i postokroć nie. To brzmi jakby ktoś umieścił tu wszystko, czego nie lubię w muzyce popularnej.
LET ME LOVE YOU zawiera mniej irytującego gościa i i-i-i-i-i-rytuje mnie mniej. Przyjemne r'n'b, muszę przyznać, że zacinanie się Ariany podczas powtarzania ty-ty-ty-ty-tułowej frazy całkiem mi się wkręciło i jakoś tak mam dużo sympatii do tej piosenki. Udział Lil Wayne'a trochę z siusiaka, ale nie przeszkadza. SPOKOS.
O GREEDY chciałem napisać to samo, co o INTO YOU, ale nie napiszę. Znaczy się - nie do końca. Też mam wrazenie obcowania z czymś pokroju solidnego zapychacza i jako taki nawet jest spoko, może nawet i lepszy od INTO YOU, bo słyszę zalążki potencjału - czy to w całkiem niezłym refrenie, czy w ostatniej zwrotce. Niby jest to przyjemne, ale summa summarum kładę to na półce średnio-średniej bez większego żalu.
Jakoś tak zauważyłem, że na tego typu albumach im bliżej końca, tym więcej kawałków na które meham i sam już nie wiem, czy oni zawsze wrzucają samo gęste na początek, czy te płyty z czasem zaczynają mnie męczyć, czy może to ja mam attention span szynszyla. W każdym razie, ciężko mi wykrzesać jakiejś arcypozytywne emocje względem LEAVE ME LONELY. Nie lubię jakoś gospelowych chórków, no jest to poprawne niby, ale po paru odsłuchach nadal nie jestem w stanie niczego konkretnego się chwycić, znaleźć czegoś charakterystycznego, jakiegoś punktu zaczepienia. Dla mnie ten kawałek istnieje i nic poza tym.
EVERYDAY bywa irytujące, zwłaszcza we wstępie, a dalej wcaole nie jest jakoś lepiej. Średni bit, ten cały FUTURE drażniący, nawet to powtarzanie tytułu w refrenie niby chwytliwe i wpada mi w siusiaka, ale w bardzo irytujący sposób. Gdy potem Aryśka zaczyna zaśpiewy to mówie pass, ahoj, da swedania. Dziękuje, postoję i tu - przykro mi to pisać, ale kolejny tu przestrzał.
W kwestii BAD DECISIONS na pewno umieszczenie tego zapychacza tutaj nie było najlepszym pomysłem. HEHE. Na tym wyrafinowanym żarciku poprzestanę, bo jestem już na tym etapie, gdzie zaczynam się powtarzać, a pisałem z grubsza to samo o dwóch utworach na tej płycie. Przejdę więc płynnie do THINKING BOUT YOU, utworu z którym mam problem, i to dość kretyński, bo tak prawdę powiedziawszy NIE WIEM co o nim myśleć, im dłużej go słucham, to NIE WIEM tym bardziej, bo mam z tyłu głowy, że coś w nim jest, ale ja tego nie umiem usłyszeć Gdy leciało w tle nie angażowało, gdy robiłem notatki - nie wiedziałem co napisać, gdy tego słuchałem wysyłając te słowa i poprawiając te wypociny - nie wiedziałem nadal. Ale chyba ostatecznie skłaniam się ku temu, że nic tu szczególnego nie ma...
Chciałem jeszcze przed zakończeniem skrobnąć parę zdań tzw. natury ogólnej, ale tak do mnie dotarło, że w sumie nie za bardzo jestem w stanie cokolwiek napisać. Czytając recenzję, Wikipedię czy szeroko pojęte internety nie natrafiłem na nic ciekawego, okładka zaintrygowała mnie może przez dwie sekundy, mniemam, że lirycznie ta płyta nie stoi na wielkim poziomie, bo nie słyszałem, by laska dostała za nią Nagrodę Nobla (tak, sprowadzanie wszystkiego do absurdu jest błyskotliwe).
Ogólnie to zgodnie z oczekiwaniami: COŚ dla siebie znalazłem, tym czymś tradycyjnie jest parę dobrych numerów i garść niezłych. Poza jednym koszmarkiem reszta jest jak najbardziej do przebolenia, więc nie powiem, że jakoś się wycierpiałem, ale nie obiecuję jakichkolwiek powrotów czy czegoś w ten deseń. Za edycje turbo giga super hd 4k deluxe z dodatkowymi utworami oraz pierdnięciami Ariany między przerwami w sesjach nagraniowych podziękuję i przepraszam.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolega Musiał obiecał mi że dziś ostatecznie wleci z recenzją i mam nadzieję będziemy mogli zakończyć tą rundę wiosenną. W międzyczasie przypominam o wrzucaniu płyt na następną kolejkę ;-)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
PISZĘ W TEJ CHWILI.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ariana Grande - Dangerous Woman
Urgh, nie wiem, jak ugryźć ten album. Znów obiecałem sobie raczej krótką recenzję, a pewnie znów będzie rozbudowana jak wszyscy diabli (oszukuję się, że jak napiszę w ten sposób na samym początku, to tak naprawdę będzie teraz krótko). Oczywiście, imię i nazwisko artystki kojarzę. Coś z Disneyem XD? Coś z jakimiś teenage dramas w telewizji, w stylu High School Musical? Jakoś tak mi świta. Wiem niewiele więcej, ot, artystka dla młodzieży (do której już nie należę), i to raczej dla tej jej części, która jest waginododatnia, bądź też chce się po tej stronie ustawiać. I wtedy nadchodzi Wuja (żeby lecieć w ch...). Mam zagwozdkę, dzięki Wujek.
Zagwozdkę, bo to w sumie nie jest zła płyta, choć chyba w ogóle nie w moim stylu. Z drugiej strony, ostatnio jest sporo takich rzeczy nie w moim stylu mi suflowanych, i jakoś się zaskakująco... przyjmują. Aż sam nie wiem, jak do tego podejść lol. No, ale walić to. Jednocześnie ten krążek jest w moim odbiorze mocno nierówny. Otwieracz np., z jednej strony dobrze skrojony pod otwieracz, z drugiej nieco zbyt wyjący, wokal Ariany w wyższych rejestrach mnie wpienia. W tle muzyczna a la Radio Eska w godzinach wieczornych. Nie meham jakoś bardzo, ale wielkiego funu też mi brak. Więc jadę dalej, a dalej jest tytułowy, i tutaj to się dopiero rozkręca. Może wejście tego nie zapowiada, ale refren faktycznie daje radę, zaś Ariana pokazuje mi swoje możliwości wokalne, które - choć wciąż delikatnie na granicy jęczenia - dobrze wpasowują się w muzę (która zwłaszcza w refrenie jest super, taki, nie wiem, nowoczesny power pop? Coś z r'n'b? Coś takiego). To gitarowe solo trochę tanie, i mocno tanio brzmi (w sensie ta gitara brzmi jak coś z supermarketu), ale poza tym... kurdebele, znak jakości, srsly. Be Alright wjeżdża chwilę potem i mam takie, "ej, ja to chyba znam". A potem mi się przypomniało, że znam przynajmniej 3 różne numery, które zaczynają się w podobny sposób, wliczając w to nawet chyba Eda (tfu!) Sheerana (którego nie trawię całym układem pokarmowym). Tak więc numer leci, a ja tego nie znam. Znów jestem symetrystą, z jednej strony jest spoko, z drugiej to brzmi jak popłuczyny po Beyonce, niczego nie mogę być pewien, damn it. Wokal pół na pół, bicik fajny, znów nawet mocny refren, ale reszta mnie nie porywa. Choć do tańca już trochę tak (a przydałoby się poruszać, bo, kurde, przytyłem). Dobra, to mógłbym wrzucić na jakąś playlistę czy coś. Łaj not. No niech to szlag, Wujek znów mnie kupuje, szczwany Mazur. Jak dotąd fajne w tych kawałkach jest też to, że są stosunkowo krótkie, ale treściwe. Nic nie zdąży mnie znudzić jakoś konkretnie (i tak już będzie do końca płyty). Nadchodzi kolejny "bangier" (Into You), i znowu, trochę flaczki z olejem, a potem bujający refren (i w ogóle fajny w tym refrenie tekst), a potem jeszcze lepszy mostek. W kratkę to wszystko strasznie, ale też gdybym miał te 16 lat w momencie premiery, to jarałbym się zapewne (tak, jak low key jarałem się niektórymi eskowymi hiciorami wtedy, ale ciii). Side to Side zmienia trochę vibe, robi się groovy, jakieś reggae mi z tego bije, jakiś, prostytutka, Marek Jackowski xD Ale to wciąż poprawny pop, z tym, że teraz to zawodzenie jest dla mnie odrobinkę bardziej męczące (w sensie przy którymś z rzędu odsłuchu). I co? I znów propsy za refrenik xD Z tym, że potem wchodzi Minaj, i robi mi się trochę niedobrze. Mam ochotę przełączyć na następny kawałek... Czytam, że to singiel był. Słucham, słucham i szczerze, nie znałem tego, chyba za bardzo siedziałem wtedy w Ghost Box i Princess Chelsea. I szczerze? Nijaki to jest kawałek. Miał być chyba sensualny, ale wyszły takie flaki z olejem, mocne byle co. Trochę rozczarowanko, albowiem sam tytuł jakoś mnie tak pozytywnie nastawił, a tu z każdym kolejnym odsłuchem tracił. Jeszcze ten fatalny, ewidentnie przyćpany Lil' Wayne... no kaman, big nope. Greedy wraca trochę na tory pierwszej umownej połowy albumu, zrobiło się żywiej, bicik fajny, ale wokal okołojęczący, i to już mnie wkurza. Ale potem wjeżdża refren, potem mostek i well, znowu jestem kupiony. Może poza tym, że to wykrzykiwane GRIDEEEE brzmi trochę jak BITYYYYT od Jacksona xD Odzyskuję rezon, to najważniejsze. Leave Me Lonely znów atakuje duetem i przy okazji smyczkami chyba wysamplowanymi z Bolero od Fancy. Macy Gray jest generalnie spoko, ale tutaj mi jakoś średnio pasuje. Za to, mimo zdecydowanie wolniejszego charakteru kawałka, Grande dowozi (mimo swoich już chyba landmarkowych jęków). Lepsze to jest zdecydowanie od Let Me Love You (najlepsze Let Me Love You zresztą nagrał Jori Hulkkonen w 2000 roku i nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym). Dobry numer, soulowy klimat, może jednak Macy Gray pasuje? Może to ja się przypieprzam dla zwykłego bycia krawędziowcem? Kto to może wiedzieć... Everyday ledwo co odzyskany rezon mi jakoś odbiera. Co prawda jest zdecydowanie wyrazistsze w brzmieniu, to zaczyna już delikatnie nudzić. I nadchodzi tytuł, będący podsumowaniem mojego życia. Kurde, zastąpiłbym ten bit czymś nieco szybszym, numer by wtedy zdecydowanie zyskał, a tak jest... no, nie jest źle, po raz kolejny refren dostarcza mi tego, czego chcę, ale to też nie jest to do końca. Jak i cała płyta lol xD Ale mimo wszystko bilans wychodzi na plus, a to duży... plus (zupełnie jak flaga Szwajcarii huehue). Thinking About You stanowi przepiękne wprost domknięcie płyty od strony muzycznej, już od pierwszych dźwięków wiedziałem, że mi to wejdzie. Tekst smuteczkowo-melancholijny, wchodzi mi teraz jak złoto because of reasons, wokal... Wokal od początku do końca jest super. Zrobiło się sentymentalnie, ale wciąż popowo na odpowiednim poziomie, sama przyjemność ze słuchania. Robert wyżej pisze o potencjalnym zwyczajnym czilowaniu do tego kawałka, ale ja chyba jestem zbytnim nostalgicznym wrażliwcem, więc takie trochę cheesy rozwiązania bardzo do mnie trafiają. I tutaj Grande, po całym albumie szturchania mnie w różne części ciała, to bardziej, to mniej udanie, zalicza bull's eye i ja się rozpadam. Nie lubię tak, przez co lubię jeszcze bardziej. Te pady robią doskonałą robotę. Tylko to nagłe urwanie... siusiak, nie można mieć wszystkiego.
No i co... No i nic. Wuja zaskakuje, nie po raz pierwszy nie ostatni zapewne, ale to dobrze. Inaczej umierałbym tutaj z nudów (nie no, żartuję, wszyscy wrzucacie fajne rzeczy, loffciam Was <3). Tak, jak sam shodan napisał, jest to album przebojowy i pełny bangierów, choć parę fillerów też się trafiło. Niemniej jednak po takim se otwarciu płyta się doskonale rozkręciła (mimo to zaliczyła kilkukrotne buksowanie), a domknęła wprost doskonale. Jeśli chodzi o bonusy, no, posłuchałem, ale już z odrobinę mniejszą uwagą (chyba dostarczyłem sobie zbyt dużą dawkę Ariany, trudno). Spośród tychże zdecydowanie wzięły mnie Sometimes i Touch It. Co jest, zaczynam się wkręcać w tego typu pop, to jest aż dziwne. Cóż, dziwy się dzieją na tym świecie, które nie śniły się niczyim filozofom. Znak jakości!
Urgh, nie wiem, jak ugryźć ten album. Znów obiecałem sobie raczej krótką recenzję, a pewnie znów będzie rozbudowana jak wszyscy diabli (oszukuję się, że jak napiszę w ten sposób na samym początku, to tak naprawdę będzie teraz krótko). Oczywiście, imię i nazwisko artystki kojarzę. Coś z Disneyem XD? Coś z jakimiś teenage dramas w telewizji, w stylu High School Musical? Jakoś tak mi świta. Wiem niewiele więcej, ot, artystka dla młodzieży (do której już nie należę), i to raczej dla tej jej części, która jest waginododatnia, bądź też chce się po tej stronie ustawiać. I wtedy nadchodzi Wuja (żeby lecieć w ch...). Mam zagwozdkę, dzięki Wujek.
Zagwozdkę, bo to w sumie nie jest zła płyta, choć chyba w ogóle nie w moim stylu. Z drugiej strony, ostatnio jest sporo takich rzeczy nie w moim stylu mi suflowanych, i jakoś się zaskakująco... przyjmują. Aż sam nie wiem, jak do tego podejść lol. No, ale walić to. Jednocześnie ten krążek jest w moim odbiorze mocno nierówny. Otwieracz np., z jednej strony dobrze skrojony pod otwieracz, z drugiej nieco zbyt wyjący, wokal Ariany w wyższych rejestrach mnie wpienia. W tle muzyczna a la Radio Eska w godzinach wieczornych. Nie meham jakoś bardzo, ale wielkiego funu też mi brak. Więc jadę dalej, a dalej jest tytułowy, i tutaj to się dopiero rozkręca. Może wejście tego nie zapowiada, ale refren faktycznie daje radę, zaś Ariana pokazuje mi swoje możliwości wokalne, które - choć wciąż delikatnie na granicy jęczenia - dobrze wpasowują się w muzę (która zwłaszcza w refrenie jest super, taki, nie wiem, nowoczesny power pop? Coś z r'n'b? Coś takiego). To gitarowe solo trochę tanie, i mocno tanio brzmi (w sensie ta gitara brzmi jak coś z supermarketu), ale poza tym... kurdebele, znak jakości, srsly. Be Alright wjeżdża chwilę potem i mam takie, "ej, ja to chyba znam". A potem mi się przypomniało, że znam przynajmniej 3 różne numery, które zaczynają się w podobny sposób, wliczając w to nawet chyba Eda (tfu!) Sheerana (którego nie trawię całym układem pokarmowym). Tak więc numer leci, a ja tego nie znam. Znów jestem symetrystą, z jednej strony jest spoko, z drugiej to brzmi jak popłuczyny po Beyonce, niczego nie mogę być pewien, damn it. Wokal pół na pół, bicik fajny, znów nawet mocny refren, ale reszta mnie nie porywa. Choć do tańca już trochę tak (a przydałoby się poruszać, bo, kurde, przytyłem). Dobra, to mógłbym wrzucić na jakąś playlistę czy coś. Łaj not. No niech to szlag, Wujek znów mnie kupuje, szczwany Mazur. Jak dotąd fajne w tych kawałkach jest też to, że są stosunkowo krótkie, ale treściwe. Nic nie zdąży mnie znudzić jakoś konkretnie (i tak już będzie do końca płyty). Nadchodzi kolejny "bangier" (Into You), i znowu, trochę flaczki z olejem, a potem bujający refren (i w ogóle fajny w tym refrenie tekst), a potem jeszcze lepszy mostek. W kratkę to wszystko strasznie, ale też gdybym miał te 16 lat w momencie premiery, to jarałbym się zapewne (tak, jak low key jarałem się niektórymi eskowymi hiciorami wtedy, ale ciii). Side to Side zmienia trochę vibe, robi się groovy, jakieś reggae mi z tego bije, jakiś, prostytutka, Marek Jackowski xD Ale to wciąż poprawny pop, z tym, że teraz to zawodzenie jest dla mnie odrobinkę bardziej męczące (w sensie przy którymś z rzędu odsłuchu). I co? I znów propsy za refrenik xD Z tym, że potem wchodzi Minaj, i robi mi się trochę niedobrze. Mam ochotę przełączyć na następny kawałek... Czytam, że to singiel był. Słucham, słucham i szczerze, nie znałem tego, chyba za bardzo siedziałem wtedy w Ghost Box i Princess Chelsea. I szczerze? Nijaki to jest kawałek. Miał być chyba sensualny, ale wyszły takie flaki z olejem, mocne byle co. Trochę rozczarowanko, albowiem sam tytuł jakoś mnie tak pozytywnie nastawił, a tu z każdym kolejnym odsłuchem tracił. Jeszcze ten fatalny, ewidentnie przyćpany Lil' Wayne... no kaman, big nope. Greedy wraca trochę na tory pierwszej umownej połowy albumu, zrobiło się żywiej, bicik fajny, ale wokal okołojęczący, i to już mnie wkurza. Ale potem wjeżdża refren, potem mostek i well, znowu jestem kupiony. Może poza tym, że to wykrzykiwane GRIDEEEE brzmi trochę jak BITYYYYT od Jacksona xD Odzyskuję rezon, to najważniejsze. Leave Me Lonely znów atakuje duetem i przy okazji smyczkami chyba wysamplowanymi z Bolero od Fancy. Macy Gray jest generalnie spoko, ale tutaj mi jakoś średnio pasuje. Za to, mimo zdecydowanie wolniejszego charakteru kawałka, Grande dowozi (mimo swoich już chyba landmarkowych jęków). Lepsze to jest zdecydowanie od Let Me Love You (najlepsze Let Me Love You zresztą nagrał Jori Hulkkonen w 2000 roku i nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym). Dobry numer, soulowy klimat, może jednak Macy Gray pasuje? Może to ja się przypieprzam dla zwykłego bycia krawędziowcem? Kto to może wiedzieć... Everyday ledwo co odzyskany rezon mi jakoś odbiera. Co prawda jest zdecydowanie wyrazistsze w brzmieniu, to zaczyna już delikatnie nudzić. I nadchodzi tytuł, będący podsumowaniem mojego życia. Kurde, zastąpiłbym ten bit czymś nieco szybszym, numer by wtedy zdecydowanie zyskał, a tak jest... no, nie jest źle, po raz kolejny refren dostarcza mi tego, czego chcę, ale to też nie jest to do końca. Jak i cała płyta lol xD Ale mimo wszystko bilans wychodzi na plus, a to duży... plus (zupełnie jak flaga Szwajcarii huehue). Thinking About You stanowi przepiękne wprost domknięcie płyty od strony muzycznej, już od pierwszych dźwięków wiedziałem, że mi to wejdzie. Tekst smuteczkowo-melancholijny, wchodzi mi teraz jak złoto because of reasons, wokal... Wokal od początku do końca jest super. Zrobiło się sentymentalnie, ale wciąż popowo na odpowiednim poziomie, sama przyjemność ze słuchania. Robert wyżej pisze o potencjalnym zwyczajnym czilowaniu do tego kawałka, ale ja chyba jestem zbytnim nostalgicznym wrażliwcem, więc takie trochę cheesy rozwiązania bardzo do mnie trafiają. I tutaj Grande, po całym albumie szturchania mnie w różne części ciała, to bardziej, to mniej udanie, zalicza bull's eye i ja się rozpadam. Nie lubię tak, przez co lubię jeszcze bardziej. Te pady robią doskonałą robotę. Tylko to nagłe urwanie... siusiak, nie można mieć wszystkiego.
No i co... No i nic. Wuja zaskakuje, nie po raz pierwszy nie ostatni zapewne, ale to dobrze. Inaczej umierałbym tutaj z nudów (nie no, żartuję, wszyscy wrzucacie fajne rzeczy, loffciam Was <3). Tak, jak sam shodan napisał, jest to album przebojowy i pełny bangierów, choć parę fillerów też się trafiło. Niemniej jednak po takim se otwarciu płyta się doskonale rozkręciła (mimo to zaliczyła kilkukrotne buksowanie), a domknęła wprost doskonale. Jeśli chodzi o bonusy, no, posłuchałem, ale już z odrobinę mniejszą uwagą (chyba dostarczyłem sobie zbyt dużą dawkę Ariany, trudno). Spośród tychże zdecydowanie wzięły mnie Sometimes i Touch It. Co jest, zaczynam się wkręcać w tego typu pop, to jest aż dziwne. Cóż, dziwy się dzieją na tym świecie, które nie śniły się niczyim filozofom. Znak jakości!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujek niech podsumuje i przechodzimy oficjalnie do LATA.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dziękuję serdecznie za wypowiedzi. Jestem bardzo zadowolony. Bywało, że za niewiele gorsze recki byłem totalnie załamany. Wszystko zależy chyba od oczekiwań jednak. Tutaj nie liczyłem na zbyt wiele. Praktycznie nie liczyłem na nic. Shodan wrzucający gwiazdkę Disneya? Muzykę niby dla młodzieży (co akurat jest totalną bzdurą)? To śmierdziało porażka od początku. Tymczasem było nieźle. Zainteresowałem nieco nawet Deva, co uważam za nie lada wyczyn. Adrian to dziwny gość. Kieruje się jakimiś dziwnymi uprzedzeniami. Nazywa sam siebie krawędziowcem, co z definicji jest totalnie beznadziejne. Tymczasem po raz kolejny łapie się sam na tym, że w sumie nie taki diabeł straszny, jak go malowano. W bestkach i Dedeszwizji łyka rzeczy, które z przekonania powinien odrzucać. Więc pytam - ile warte są te przekonania? Co ciekawe ja ileś lat wstecz byłem dokładnie taki sam. Gardziłem tymi samymi rzeczami. Byłem kompletnie ograniczony muzycznie. Na szczęście przeszło. Postrzeganie pani Grande za wykonawcę dla młodzieży jest naprawdę krzywdzące. Nikt nie jest odporny na współczesną muzykę, tylko nie każdy jest się w stanie do tego przyznać sam przed sobą.. Ja wiele razy głosiłem kocopoły, że jestem odpory na to czy tamto, a potem musiałem to odszczekiwać. Bestki mnie jednak wiele nauczyły. To forum mnie wiele nauczyło. Czego i Wam życzę.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Shodan ostro masakruje KRAWĘDZIOWCA Musiała
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
DMKJ
Dlaczego
Musiał
Krawędziowcem
Jest
Dlaczego
Musiał
Krawędziowcem
Jest
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dev sam od dawna tak siebie nazywa (krawędziowcem). Recka Musiała mnie najbardziej w sumie ujęła, bo się akurat po nim niczego dobrego nie spodziewałem. W ogóle niewiele dobrego się spodziewałem, a przeczytałem sporo pozytywnych rzeczy.
Nie o to chodzi. Pragnę zawsze zwyczajnie zaznaczyć, który wykonawca jest dla mnie wyjątkowym w całej rozciągłości, a który tylko czasami.Hien pisze:07 cze 2024 11:57Wujas ostatnio w niemal każdym poście dotyczącym muzyki, podkreśla, że może "nie jest największym fanem czegoś, ALE...". Nie wiem Shodan skąd ta potrzeba tłumaczenia się, że czegoś słuchasz, jakieś wyrzuty sumienia? Silna potrzeba odseparowania się od artysty w razie kiepskiego odbioru? xD
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Po Musiale mało kto się spodziewa czegoś dobrego
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No wiesz co ;___;
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Meanwhile... Rozpoczynamy kolejkę letnią i jedziemy z omawianiem 50/50 niejakiego Reno
stripped pisze:10 cze 2024 11:10
Reno - 50/50
(2017)
Nadejszła wiekopomna chwila kiedy ponownie uraczę Was moi drodzy kawałkiem dobrego rodzimego rapu.
Kim jest Reno tego już Wam przedstawiać nie muszę bo z grubsza wiecie, wątki pozamuzyczne pozostawmy poza tym tematem, z kronikarskiego obowiązku dorzucę Wam kilka zdań nt. jego artystycznej drogi abyście lepiej mogli zrozumieć stan świadomości z jakim nagrywał swój comebackowy album zatytułowany 50/50.
Reno na rapowej scenie funkcjonował gdzieś od roku 1997 bodajże, pierwsze koncerty grywając w nieistniejącym już klubie Piwnica w Bełchatowie. Na początku lat 2000. gdzieś zabrał się za nagrywanie swojego debiutu za którego produkcję w zdecydowanej większości odpowiadał on sam a wokale nagrywał na tanim mikrofonie. Niestety wydawcy nie są zainteresowani wydaniem tego materiału więc Reno sam wypala ileś sztuk na CD-Rach i wypuszcza swój nielegal opychając go po lokalnych skate shopach. Pomimo sprzętowych ograniczeń i niedoskonałości brzmienia Reno przebija się ze swoją nawijką i debiutancki Następny Level zyskuje status kultowej pozycji polskiego rap podziemia. Następnie mijają długie lata podczas których jego występy ograniczają się do gościnnych udziałów na płytach innych artystów, jego zwrotki lądują na płytach Lilu, grup Rasmentalism, Ortega Cartel czy Okoliczny Element, wciąż jednak nie dzieje się nic w temacie kolejnej płyty, Reno zwyczajnie znalazł sobie inne zajęcia przynoszące zarobek a na mikrofonie udzielał się od święta, czasem jeszcze grywając koncerty na których materiał z debiutu uzupełniany był kolejnymi gościnkami jak w/w.
Potem przyszedł rok 2016 kiedy to Reno postanowił... wydać "remaster" swojego debiutu i puścić go poprzez własny sklep online z nową oprawą graficzną. Tym samym niejako sprawdza zainteresowanie swoją twórczością po latach na którą wciąż był popyt i dopiero pod koniec listopada 2017 roku wypuszcza singiel Delfonics zapowiadający długo oczekiwany drugi album. 50/50 ukazuje się przed Bożym Narodzeniem, ja - będąc mimo wszystko też fanem - jaram się jak dzieciak, słucham tego albumu ubierając choinkę wraz z moją dziewczyną i ogólnie mam takie poczucie że w końcu wszystko wokół w życiu powoli jakoś się układa - "everything in its right place" że tak powiem.
Dlaczego skoro album wyszedł zimą ja serwuję go Wam na lato? Ano, moje wspominki to jedno, i co prawda jest tu troszkę też takich wieczorowych klimatów które dobrze mi się słucha zimą jak znane Wam Delfonics to jednakże są tu też miejscami rzekłbym letniaczki. Łącząc jedno z drugim powiedziałbym że to płyta na letnie wieczory po prostu. O czym jest ta płyta i z czym to się je? 50/50 to album stosunkowo krótki bo zawiera 11 utworów a całość trwa niecałe 40 minut, to już z miejsca powinno być lekkim handicapem bo mam nadzieję że nie będzie Was męczyć na tym dystansie (nie wliczam Wuja, wiem że zmęczy się po jednym numerze, no trudno, życie). Album napisany jest z perspektywy gościa z życiowym doświadczeniem który nagrywa dla zajawki, nie jest już głodnym raperem z podziemia, ma swój fanbase i dla tych ludzi nagrywa. Nie spina się ani nie ściga, czego najlepszym przykładem był najleniwszy na albumie znany Wam już singiel. Większość płyty to luźne numery łączące osiedlowe wspominki ze współczesną perspektywą człowieka który już się ustatkował, podawane w najmożliwiej wyluzowany sposób, to zdecydowanie odróżnia współczesne kawałki Reno od nagrywek z czasu debiutu, niemniej nie brak tu moim zdaniem bystrych rozkminek, dwuznacznych wersów czy niegłupich obserwacji otaczającego świata.
O ile większość płyty nagrana jest na luzie o tyle trochę poważniej wypada na tle reszty klamra jaką tworzą otwierający i zamykający ją numery. Pierwszy najbardziej trąci rozliczeniami z przeszłością zaś ostatni jest niczym memento które przypomina że cały ten luz i spokój w życiu trzeba sobie wywalczyć na którymś etapie życia. Jeśli chodzi o produkcje na płytę tym razem bity dostarczali mu różni znajomi producenci których ksywy i tak Wam nic nie powiedzą, mogę powiedzieć że obok przyjemnych samograji są tu też i bardziej współcześnie brzmiące cykacze a nawet jeden numer mocno uderzający w R&B w którym za refren śpiewany na talkboxie (nie mylić z autotunem!) odpowiada producent - DJ Tort. Miejscami na płycie będziecie mogli usłyszeć też subtelny damski wokal który dostarczyła na płytę znana Wam już Ada Kaźmierczak, jej wkład jest niewielki ale to przyjemne akcenty zastosowane w odpowiedniej dawce IMO. Być może po prostu zjedziecie ten album od góry do dołu uważając że jest nudny, kto wie, niemniej ja nie mam wątpliwości że prędzej zamieszczę go w moim top 20 niż niektóre bardziej utytułowane albumy znanych artystów bo po prostu o wiele bardziej z nim reluję, zwłaszcza że gdy wychodził sam powoli wchodziłem w ten taki etap bezpiecznej rutyny człowieka ustatkowanego. Po dotychczasowych wrzutkach utworowych z innych tematów spodziewam się że odbiór będzie zapewne... 50/50.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... lfpx2z27bx
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
lecimy
Reno 50/50 (2017)
Całe szczęście, że w czasach zapodania Delfonics do bestki bezpiecznie spropsowałem ten kawałek. Nie mam się czego wstydzić przynajmniej. Trochę głupio byłoby zaliczyć odbicie od bardzo dobrego polskiego hip-hopu. Jacek mógł napisać rodzinnego, ale tego nie zrobił, szanuję. Do tej pory nie mogłem kojarzyć Rano z wielu powodów. Mimo wszystko dość powierzchownie orientowałem się w polskiej scenie. Bełchatów był dla mnie zanurzony zbyt głęboko. Wiadomo, Skra, no ale... W momencie wydania Fifti/Fifti mogłem co najwyżej chcieć wrócić do klasyki DGE, reszty pewnie się wstydziłem xD To był BŁĄD.
Lata minęły, doszło kilka nowych znajomości. Obecnie przeżywam największy renesans wczuty rapowej (między innymi za sprawą nowych ludzi w obejściu), więc tu już brawa dla Jacka za wybór. Z biegiem lat (!) solidne dawkowanie, by wreszcie przyłożyć pełnym długograjem. Po zetknięciu z Na ławce nabrałem większego zainteresowania. Na wieść o całości w bestce z pewnością nie marudziłem. Wszelkie ewentualnie szczegółowe pierdolamento, jakie mógłbym z siebie wycisnąć, zniknęły po pierwszym odsłuchu.
Między piekłem i niebem. Od razu rozumiem, czemu ta płyta musi siąść pięknie. Rap do słuchania i utożsamienia, nie do bujanki w formacie 4/4. Bełchatów to nie Wałbrzych, ale na szczęście też nie bananowy świat, więc chyba mamy nić porozumienia ponad województwami. Do tego nawijka, luzik ze słuchawek wypływa hektolitrami. Niby od niechcenia. Słucham dokładniej tekstów i jednak wiem, do czego to zmierza i jak to ma brzmieć. Jest spójnie, narrator starszy ma coś w garści. Wraca do przeszłości bez naturalistycznego spuszczania się nad trudem życia kiedyś. Nie ma co, lecimy dalej. Podoba mi się instrumentalny "refren". Start bardzo obiecujący.
Gonię sny. O panie, pierwszy track, do którego musiałem wracać i jeszcze będę, oj tak. I tematycznie gęstnieje, i Reno świetnie leci na tym bicie. Staroszkolne biciory, ale na nowo. Pewnie pod tym względem diggerstwo może się bawić o odkodowanie producenckiej enigmy, warto. Zagraniczny refrenik, sporo followup'ów, które kumam. Do tego wiele linijek robiących wrażenie. Krótko, na temat, ale tych rozkmin jest naprawdę sporo. Pełnoprawny banger.
Na ławce. Skojarzenie vaporowe może mniej czytelne, ale teraz też mi pasują projekty pokroju Com Truise. Lekki synthwave dzięki dzwonkom i jakby synthowym klawiszom. Tu też połowę roboty robi dobry tekst, przemyślany refren. W Bełchatowie wią jak robić różnorodny, a jednocześnie bardzo spójny stuff. Instrumentalna końcóweczka robi dobrze. Kolejny odcinek przewózki człowieka, który nie musi niczego udawać. Flety też sprytnie wpakowany dodatek. Nie ma niczego zbędnego.
Momenty. Nie ukrywam, tutaj znajduje się najlepszy kawałek. Klawisz na dzień dobry jak z produkcji rnb/soulowych z przełomu 80/90. Babciu, to jest zajebiste. Wczoraj zdarzył się event godny uwiecznienia w postaci podobnego kawałka. Było bardzo dobrze już wcześniej, ale przy dodatkowym pozytywie to nie mam co dodawać. Wczoraj też oglądałem gwiazdy. Jak czerwiec to czerwiec, nowa tradycja. Przybyszowa mogłaby zepsuć efekt swoją manierą, a Ada robi odpowiednie uzupełnienie. Od początku do końca dzieją się rzeczy. Perkusyjne pętle ewoluują, prowadzą do przepotężnego refrenu, gdyby nie Delfonics to tutaj jest w ogóle punkt kulminacyjny całej płyty. Esencja przewózki i momentu czuję dobrze człowiek. Lubię, gdy pozornie obca mi muzyka przy bliższym poznaniu wchodzi w krwioobieg. Po drugim, trzecim odsłuchu już wiedziałem, że zostanę z Fifti/Fifti na dłużej. Salut!
Delfonics. Zdążyłem się podzielić ze światem moją małą zajawką. Na moim Instagramie nigdy nie lądują rzeczy do dupy. Nie dziwię się tym świątecznym skojarzeniom. Sampel wycięty i użyty sugestywnie, choć ten tekst z niejednym ziarnkiem goryczy... Czuję dobrze, ale raczej na chwilę potrzebuję przemyśleń bez żadnych świadków. Znowu parę małych majstersztyków. Wiedz, że coś się dzieje, gdy sam z siebie zaczynasz niektóre nawijać po czasie. To o błędach, to veni vidi wi-fi, fałsz-harmonia. Na lekko, ale do tego z pożytkiem dla mózgu. Poza tym muzycznie też wyjątkowo. Nie trzeba bitu, by robić rytmiczne łamańce.
Jeden dzień na raz. Wjeżdżają goście, których tym bardziej nie znam, ale pasują do Reno jak ulał. Kolejny bit w stylu godnym Ptaków i innych polskich producentów grzebiących w klasyce rodzimej piosenki z poprzedniego systemu. Chłop wjechał z chuyem już w drugim słowie. Shodan tego nie polubi, przypał. Początkowo jedyny problem miałem ze sporą obecnością tak generalnie żeńskich wokali, ale za każdym razem są użyte z sensem, trochę inaczej. Teraz przyjmuję ten patent bez problemu. Pierwszy gość wypadł lepiej niż drugi. Niezły numer, choć nie jest w topce.
Czy Jak. Minimal na początku jak u jakiegoś Webbera, to jest różnorodność w spójności właśnie. Najbardziej zdystansowany kawałek. Temat przyziemny, dużo o kotkach i rzeczach nie dla dzieci. Robotyczny refren pasuje w konwencji. Może na ten moment najmniejszy repeat value. Pogadamy inaczej, gdy będę w sytuacji związku czy jak... no jakoś tak.
4:00 AM. Wracają bardziej oczywiste skojarzenia ha i pe ha o pe za sprawą kolejnej wyciętej gościnki zagranicznej na początku. Skoro czwarta rano, to mamy lekką bombę, choć dalej chce się bujać i poruszać, c'nie. Kolejny numer z rnb rodowodem. Nie trzeba za wiele mówić, produkcja oddaje wajbik przytaczanej pory. Może tych ziutków jest trochę za dużo? Wolę już posłuchać Polaka rodaka bardziej.
Musimy to uczcić. Numer jak taki muzyczny toast pełny środowiskowych nawiązań. Mała duma, bo 'najlepsze dni' pachniały mi wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Eisa i przynajmniej ziomki z Geniusa utwierdzają mnie, że to jak najbardziej celowy zabieg. Do tego Biggie, Volt, rozumiem. Dobry refren. Można robić rap pozytywny bez bombardowania słuchacza tępą najebką czy żonglowaniem pięcioma tymi samymi słowami w różnych konfiguracjach. Na dystansie płyta raczej nie jest zbytnio różnorodna tematycznie, ale to żaden problem. Reno ogrywa problem na wiele sposobów, produkcja dokłada kolejne cegłówki i batalia zwycięska. No i jeszcze Lost In Translation... lubię wracać tam gdzie byłem, serio.
Back to School. Znowu bitowy sznycik na dżezowo, fajnie. Znowu przekleństwa, prosimy niektórych słuchaczy o wyrozumiałość. Najlepsze gościnki właśnie tutaj. Wszystkie dobre, ale wyjątkowo wyróżniam nowy kwadratowy styl by Patr00. Trochę przypomina Dizkreta jak na Hustle As Usual u Belmondawg, przedstawiciela sekty Poppyn. Nie lubię bardzo technicznego nakurzania, prędzej polubię ziomków chcących po prostu coś powiedzieć albo walnąć jakieś nawet głupsze linijki, byle z pomysłem. Całkiem spoko, tutaj też wracałem raz czy dwa.
50/50. Szybko jesteśmy przy brzegu, nie dziwota że trzeba wracać zaraz znowu na szerokie wody. Bicior bardziej na nowoczesną modłę. Poważniejsze refleksje, chyba faktycznie mamy tu wyraźną klamrę kompozycjną, fiu fiu. Po drodze wielokrotnie bywało równie zmyślnie, ale jeszcze przede mną tak dobra znajomosć z materiałem. Bujające zwrotki, kolejny miły dla serduszka followup do Bajmu, a potem rozbudowany refrenik. Solidny poziom utrzymany od początku do końca.
Top 20 to top 20. Ja bym wrzucał taką płytę też dlatego, że mamy tu kawałek dobrego hip-hopu. Na miejscu Jacka sam jarałbym się jak dziecko, czułbym mniej lub bardziej uzasadnioną dumę. Z mojego punktu widzenia zostaje 'tylko' wracać tych bangerów i też czerpać radochę ze słuchania. Z innych względów jaram się Ryszardem (niepoprawna zażyłość xD), do Reno musiałem podejść inaczej, ale trzeba było zmienić naprawdę niewiele. Zmieszczenie w rytmie nie jest wcale konieczne, żeby robić dobre wrażenie. Cały czas się uczę, wiadomo.
Bardzo dobra płyta, pozdrówki dla Bełchatowa i udostępniającego. Za Następny Level też się zabiorę, nie ma co.
PS Po pierwszym czy drugim odsłuchu zacząłem sprawdzać różne gościnki Reno. Nie wiem o czym to świadczy, choć się domyślam. Jak wiecie, robię takie rzeczy naprawdę rzadko.
Reno 50/50 (2017)
Całe szczęście, że w czasach zapodania Delfonics do bestki bezpiecznie spropsowałem ten kawałek. Nie mam się czego wstydzić przynajmniej. Trochę głupio byłoby zaliczyć odbicie od bardzo dobrego polskiego hip-hopu. Jacek mógł napisać rodzinnego, ale tego nie zrobił, szanuję. Do tej pory nie mogłem kojarzyć Rano z wielu powodów. Mimo wszystko dość powierzchownie orientowałem się w polskiej scenie. Bełchatów był dla mnie zanurzony zbyt głęboko. Wiadomo, Skra, no ale... W momencie wydania Fifti/Fifti mogłem co najwyżej chcieć wrócić do klasyki DGE, reszty pewnie się wstydziłem xD To był BŁĄD.
Lata minęły, doszło kilka nowych znajomości. Obecnie przeżywam największy renesans wczuty rapowej (między innymi za sprawą nowych ludzi w obejściu), więc tu już brawa dla Jacka za wybór. Z biegiem lat (!) solidne dawkowanie, by wreszcie przyłożyć pełnym długograjem. Po zetknięciu z Na ławce nabrałem większego zainteresowania. Na wieść o całości w bestce z pewnością nie marudziłem. Wszelkie ewentualnie szczegółowe pierdolamento, jakie mógłbym z siebie wycisnąć, zniknęły po pierwszym odsłuchu.
Między piekłem i niebem. Od razu rozumiem, czemu ta płyta musi siąść pięknie. Rap do słuchania i utożsamienia, nie do bujanki w formacie 4/4. Bełchatów to nie Wałbrzych, ale na szczęście też nie bananowy świat, więc chyba mamy nić porozumienia ponad województwami. Do tego nawijka, luzik ze słuchawek wypływa hektolitrami. Niby od niechcenia. Słucham dokładniej tekstów i jednak wiem, do czego to zmierza i jak to ma brzmieć. Jest spójnie, narrator starszy ma coś w garści. Wraca do przeszłości bez naturalistycznego spuszczania się nad trudem życia kiedyś. Nie ma co, lecimy dalej. Podoba mi się instrumentalny "refren". Start bardzo obiecujący.
Gonię sny. O panie, pierwszy track, do którego musiałem wracać i jeszcze będę, oj tak. I tematycznie gęstnieje, i Reno świetnie leci na tym bicie. Staroszkolne biciory, ale na nowo. Pewnie pod tym względem diggerstwo może się bawić o odkodowanie producenckiej enigmy, warto. Zagraniczny refrenik, sporo followup'ów, które kumam. Do tego wiele linijek robiących wrażenie. Krótko, na temat, ale tych rozkmin jest naprawdę sporo. Pełnoprawny banger.
Na ławce. Skojarzenie vaporowe może mniej czytelne, ale teraz też mi pasują projekty pokroju Com Truise. Lekki synthwave dzięki dzwonkom i jakby synthowym klawiszom. Tu też połowę roboty robi dobry tekst, przemyślany refren. W Bełchatowie wią jak robić różnorodny, a jednocześnie bardzo spójny stuff. Instrumentalna końcóweczka robi dobrze. Kolejny odcinek przewózki człowieka, który nie musi niczego udawać. Flety też sprytnie wpakowany dodatek. Nie ma niczego zbędnego.
Momenty. Nie ukrywam, tutaj znajduje się najlepszy kawałek. Klawisz na dzień dobry jak z produkcji rnb/soulowych z przełomu 80/90. Babciu, to jest zajebiste. Wczoraj zdarzył się event godny uwiecznienia w postaci podobnego kawałka. Było bardzo dobrze już wcześniej, ale przy dodatkowym pozytywie to nie mam co dodawać. Wczoraj też oglądałem gwiazdy. Jak czerwiec to czerwiec, nowa tradycja. Przybyszowa mogłaby zepsuć efekt swoją manierą, a Ada robi odpowiednie uzupełnienie. Od początku do końca dzieją się rzeczy. Perkusyjne pętle ewoluują, prowadzą do przepotężnego refrenu, gdyby nie Delfonics to tutaj jest w ogóle punkt kulminacyjny całej płyty. Esencja przewózki i momentu czuję dobrze człowiek. Lubię, gdy pozornie obca mi muzyka przy bliższym poznaniu wchodzi w krwioobieg. Po drugim, trzecim odsłuchu już wiedziałem, że zostanę z Fifti/Fifti na dłużej. Salut!
Delfonics. Zdążyłem się podzielić ze światem moją małą zajawką. Na moim Instagramie nigdy nie lądują rzeczy do dupy. Nie dziwię się tym świątecznym skojarzeniom. Sampel wycięty i użyty sugestywnie, choć ten tekst z niejednym ziarnkiem goryczy... Czuję dobrze, ale raczej na chwilę potrzebuję przemyśleń bez żadnych świadków. Znowu parę małych majstersztyków. Wiedz, że coś się dzieje, gdy sam z siebie zaczynasz niektóre nawijać po czasie. To o błędach, to veni vidi wi-fi, fałsz-harmonia. Na lekko, ale do tego z pożytkiem dla mózgu. Poza tym muzycznie też wyjątkowo. Nie trzeba bitu, by robić rytmiczne łamańce.
Jeden dzień na raz. Wjeżdżają goście, których tym bardziej nie znam, ale pasują do Reno jak ulał. Kolejny bit w stylu godnym Ptaków i innych polskich producentów grzebiących w klasyce rodzimej piosenki z poprzedniego systemu. Chłop wjechał z chuyem już w drugim słowie. Shodan tego nie polubi, przypał. Początkowo jedyny problem miałem ze sporą obecnością tak generalnie żeńskich wokali, ale za każdym razem są użyte z sensem, trochę inaczej. Teraz przyjmuję ten patent bez problemu. Pierwszy gość wypadł lepiej niż drugi. Niezły numer, choć nie jest w topce.
Czy Jak. Minimal na początku jak u jakiegoś Webbera, to jest różnorodność w spójności właśnie. Najbardziej zdystansowany kawałek. Temat przyziemny, dużo o kotkach i rzeczach nie dla dzieci. Robotyczny refren pasuje w konwencji. Może na ten moment najmniejszy repeat value. Pogadamy inaczej, gdy będę w sytuacji związku czy jak... no jakoś tak.
4:00 AM. Wracają bardziej oczywiste skojarzenia ha i pe ha o pe za sprawą kolejnej wyciętej gościnki zagranicznej na początku. Skoro czwarta rano, to mamy lekką bombę, choć dalej chce się bujać i poruszać, c'nie. Kolejny numer z rnb rodowodem. Nie trzeba za wiele mówić, produkcja oddaje wajbik przytaczanej pory. Może tych ziutków jest trochę za dużo? Wolę już posłuchać Polaka rodaka bardziej.
Musimy to uczcić. Numer jak taki muzyczny toast pełny środowiskowych nawiązań. Mała duma, bo 'najlepsze dni' pachniały mi wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Eisa i przynajmniej ziomki z Geniusa utwierdzają mnie, że to jak najbardziej celowy zabieg. Do tego Biggie, Volt, rozumiem. Dobry refren. Można robić rap pozytywny bez bombardowania słuchacza tępą najebką czy żonglowaniem pięcioma tymi samymi słowami w różnych konfiguracjach. Na dystansie płyta raczej nie jest zbytnio różnorodna tematycznie, ale to żaden problem. Reno ogrywa problem na wiele sposobów, produkcja dokłada kolejne cegłówki i batalia zwycięska. No i jeszcze Lost In Translation... lubię wracać tam gdzie byłem, serio.
Back to School. Znowu bitowy sznycik na dżezowo, fajnie. Znowu przekleństwa, prosimy niektórych słuchaczy o wyrozumiałość. Najlepsze gościnki właśnie tutaj. Wszystkie dobre, ale wyjątkowo wyróżniam nowy kwadratowy styl by Patr00. Trochę przypomina Dizkreta jak na Hustle As Usual u Belmondawg, przedstawiciela sekty Poppyn. Nie lubię bardzo technicznego nakurzania, prędzej polubię ziomków chcących po prostu coś powiedzieć albo walnąć jakieś nawet głupsze linijki, byle z pomysłem. Całkiem spoko, tutaj też wracałem raz czy dwa.
50/50. Szybko jesteśmy przy brzegu, nie dziwota że trzeba wracać zaraz znowu na szerokie wody. Bicior bardziej na nowoczesną modłę. Poważniejsze refleksje, chyba faktycznie mamy tu wyraźną klamrę kompozycjną, fiu fiu. Po drodze wielokrotnie bywało równie zmyślnie, ale jeszcze przede mną tak dobra znajomosć z materiałem. Bujające zwrotki, kolejny miły dla serduszka followup do Bajmu, a potem rozbudowany refrenik. Solidny poziom utrzymany od początku do końca.
Top 20 to top 20. Ja bym wrzucał taką płytę też dlatego, że mamy tu kawałek dobrego hip-hopu. Na miejscu Jacka sam jarałbym się jak dziecko, czułbym mniej lub bardziej uzasadnioną dumę. Z mojego punktu widzenia zostaje 'tylko' wracać tych bangerów i też czerpać radochę ze słuchania. Z innych względów jaram się Ryszardem (niepoprawna zażyłość xD), do Reno musiałem podejść inaczej, ale trzeba było zmienić naprawdę niewiele. Zmieszczenie w rytmie nie jest wcale konieczne, żeby robić dobre wrażenie. Cały czas się uczę, wiadomo.
Bardzo dobra płyta, pozdrówki dla Bełchatowa i udostępniającego. Za Następny Level też się zabiorę, nie ma co.
PS Po pierwszym czy drugim odsłuchu zacząłem sprawdzać różne gościnki Reno. Nie wiem o czym to świadczy, choć się domyślam. Jak wiecie, robię takie rzeczy naprawdę rzadko.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Reno - 50/50
Pamiętam jak Pezet wydał album „Muzyka współczesna” w 2019 r. Tam był taki numer bait na początku, który brzmiał jak coś zrobionego z Noonem na początku 00sów. Na końcu Pezet rzuca, że no dobra, bez jaj, miało być świeżo, i od tego momentu wjeżdża właściwy album, z nowoczesnym, wypolerowanym hip-hopem, auto-tunem, chipmunkami i featami młodych raperów, których nie znam i po przesłuchaniu nie nabrałem ochoty by znać. Tego się trochę bałem u Reno, bo to taki jest król podziemia z czasów kiedy słuchałem więcej polskiego hip-hopu (chociaż jego nie znałem, zbyt duży underground), sam se robił bity, sam tłukł rapy na tanim mikrofonie, labele się na nim nie poznały, ale scena tak, itd. Tymczasem tutaj mamy produkt. Ładnie wydany, podkłady przyszykowane nie przez Reno, ale jakiś tuzów, produkcja nowoczesna, wybłyszczona i grzeczna. Takie sprawy. Bałem się, że wyrośnie mi kij w dupie, ale też uzasadniony, bo te nowsze polskie hip-hopy są często asłuchalne. Zaraz się okaże, czy Jaca wystawił brata na strzał, czy nie.
Ogólnie album faktycznie jest nowoczesny. Murzyn mi wytłumaczył jak to było, że Reno był do przodu, nie interesował go jakiś 00s revival stworzony dla starych dziadów. Czy trafił w takim razie w gusta młodych dziadów? Dragonowi się podobało, więc wychodzi na to, że ten element strategii był trafiony. Muzycznie, jest to ok płyta, momentami trochę monotonna, nie wiem, jakby się wszyscy beatmakerzy umówili na dokładnie taki sam klimat tych numerów, albo to po prostu scena polskiego hh tak wyglądała w tamtym czasie, że wszystko brzmiało na jedno kopyto. To są dobre, chillowe bity, ale po paru numerach, ten album zaczyna zjadać własny ogon. Jeśli chodzi o teksty, no są typowo polsko-hh-cringowe. Czasami odnoszę wrażenie, że te wszystkie teksty polskiego hh traktujące o jakiejś nostalgii, pisze jedna osoba. Podobne uwagi, podobne wspomnienia, podobne pretensje, że ooo mówisz, że miałeś źle, ale przecież ja miałem gorzej chuju, itd. Nie utożsamiam się z tym, nie stękam w ten sposób na co dzień, nie chwyta mnie takie rozliczenie. Ale… przejdźmy do numerów.
„Między piekłem, a niebem” to właśnie taki typowy nostalgia polski hip-hop ala ‘nikt mi nic nie dał, ja ciężko pracowałem, ciężko rapowałem, sam doszedłem, siusiak wam w dupy”. Reno dorzuca, że „nikogo to nie ruszy” i tbh faktycznie, nie rusza mnie to. Podkład fajny, na tym etapie jeszcze mocno rajcuje, potem wyjaśnię czemu tylko wtedy.
„Nie bawi mnie bycie do dupy” rapuje Reno w „Gonie Sny”, podoba mi się ten fragment. Numer zaczyna się od „Reno, ooo, yyy, taaak”. Tak jest przynajmniej w kilku numerach, ok, ja wiem, że tak się w hip-hopie robi, ale przez lata nie zrozumiałem czemu, i czemu ludzie uważają, że to jest fajne. Wyobraźcie sobie, że Gahan na początku „Heaven” zaczyna od „jo, Dave Gahan, Martin Gore, yeah, come on”. Wiem, dopierdaIam się do czegoś, czego nie rozumiem, ale takie prawo Munlupa, że go boli dupa. Podkład ok, chociaż słabszy od reszty.
„Na ławce” to jeden z fajniejszych kawałków na płycie, spoko tekst, spoko rap, spoko podkład, generalnie wszystko tu jest w porządku. „Momenty” są mocno obciążone chipmunkami, Reno nasłuchał się Ameryki Północnej. Podkład jest ok, trochę wariacja na temat tego co było wcześniej. „Delfonics” pamiętam z bestki. Reno, joł, sro, jo, taaa. Ale numer ogólnie jest niezły, chociaż na tle płyty i tak traci. „Jeden dzień na rano” to trochę to samo co wszystko.
„Czy jak” ma te wokale ala Daft Punk, co w sumie jest jednocześnie chujowe i spoko. Nie wiem, może w tym kontekście mi po prostu nie siedzą. Natomiast późniejsze wokale ala Sistars kompletnei niepotrzebne. Jest wystarczająco miękko bez nich.
„Czwarta Rano” – Reno, ugh, bee, ALE psycho klimat robi to doskonałą robotę i nawet tekst jest spoko. O ile na albumie jest dużo klimatów neonowych, tak tutaj jesteśmy gdzieś na obrzeżach, dzieją się dziwne rzeczy i generalnie elo.
„Musimy Uczcić” – wieczorny smooth jazzik, kojarzy mi się z 90sami. Wspomniany zostaje Biggie, więc szacun. Nie zaskakuje mnie to oczywiście, bo w końcu to rodzina Jacy, ale miło.
Utwór jest całkiem ok.
„Back to School”, to faktycznie oldschool, puszczenie oka do przeszłości. No i potwierdza się, że jestem dziadem hip-hopu i wolę takie loopy, takie sample, takie klimaty, niż wybłyszczone, kolorowe i gładkie nowe brzmienia. Świetny tekst, doskonałe rapy, bit za który można się pokroić. Doskonałe.
Zakończenie w postaci tytułowego, wraca do poprzednich klimatów. Intro jak King Krule z ostatnich płyt, potem chipmunki, bit kwadratowy. Tekst taki se, ogólnie trochę meh, ale nie do końca, może urośnie. „50/50” fajnie kończy całość, co bym o nim nie sądził.
Całość jest jednak mniej niż 50/50, ale to nie jest jakaś wielka wina Reno, czy w jakimkolwiek wypadku sugestia, że chłop nagrał chujowy album, czy coś. Zerknąłem na recenzje w necie, prejz się wylewa. Ale ja współczesnego hip-hopu nie łykam za bardzo w polskim wydaniu. Nie siedzę też w tym tak głęboko, żeby docenić walory rapowanka Reno, dla mnie jest po prostu ok, takie jakich wiele. Teksty, no heh. Z jednej strony Reno rapuje, że w tym wieku wszystko jest prostsze i ja się z tym zgadzam i utożsamiam, ale z drugiej strony, album jest pełen pouczania i narzekania, jak to ktoś jest taki, a inny sraki. Murzyn mówił, że ta narracja startuje z punktu A i kończy się na punkcie B, trochę innym, ale ja tego za bardzo nie czuję. Koniec końców, jest to ok album polskiego hip-hopu, szacun dla brata Jacy za wyrobienie sobie kultu na tej scenie, bo jednak jest to nie byle jakie osiągnięcie. NRGeek niby próbował w tych samych czasach, ale nie wiem czy Kamikadze miało ten sam posłuch co debiut Reno, a płytę ostatecznie nagrał ze zrzuty subskrybentów na YT. Ehh, ten polski hip-hop.
Pamiętam jak Pezet wydał album „Muzyka współczesna” w 2019 r. Tam był taki numer bait na początku, który brzmiał jak coś zrobionego z Noonem na początku 00sów. Na końcu Pezet rzuca, że no dobra, bez jaj, miało być świeżo, i od tego momentu wjeżdża właściwy album, z nowoczesnym, wypolerowanym hip-hopem, auto-tunem, chipmunkami i featami młodych raperów, których nie znam i po przesłuchaniu nie nabrałem ochoty by znać. Tego się trochę bałem u Reno, bo to taki jest król podziemia z czasów kiedy słuchałem więcej polskiego hip-hopu (chociaż jego nie znałem, zbyt duży underground), sam se robił bity, sam tłukł rapy na tanim mikrofonie, labele się na nim nie poznały, ale scena tak, itd. Tymczasem tutaj mamy produkt. Ładnie wydany, podkłady przyszykowane nie przez Reno, ale jakiś tuzów, produkcja nowoczesna, wybłyszczona i grzeczna. Takie sprawy. Bałem się, że wyrośnie mi kij w dupie, ale też uzasadniony, bo te nowsze polskie hip-hopy są często asłuchalne. Zaraz się okaże, czy Jaca wystawił brata na strzał, czy nie.
Ogólnie album faktycznie jest nowoczesny. Murzyn mi wytłumaczył jak to było, że Reno był do przodu, nie interesował go jakiś 00s revival stworzony dla starych dziadów. Czy trafił w takim razie w gusta młodych dziadów? Dragonowi się podobało, więc wychodzi na to, że ten element strategii był trafiony. Muzycznie, jest to ok płyta, momentami trochę monotonna, nie wiem, jakby się wszyscy beatmakerzy umówili na dokładnie taki sam klimat tych numerów, albo to po prostu scena polskiego hh tak wyglądała w tamtym czasie, że wszystko brzmiało na jedno kopyto. To są dobre, chillowe bity, ale po paru numerach, ten album zaczyna zjadać własny ogon. Jeśli chodzi o teksty, no są typowo polsko-hh-cringowe. Czasami odnoszę wrażenie, że te wszystkie teksty polskiego hh traktujące o jakiejś nostalgii, pisze jedna osoba. Podobne uwagi, podobne wspomnienia, podobne pretensje, że ooo mówisz, że miałeś źle, ale przecież ja miałem gorzej chuju, itd. Nie utożsamiam się z tym, nie stękam w ten sposób na co dzień, nie chwyta mnie takie rozliczenie. Ale… przejdźmy do numerów.
„Między piekłem, a niebem” to właśnie taki typowy nostalgia polski hip-hop ala ‘nikt mi nic nie dał, ja ciężko pracowałem, ciężko rapowałem, sam doszedłem, siusiak wam w dupy”. Reno dorzuca, że „nikogo to nie ruszy” i tbh faktycznie, nie rusza mnie to. Podkład fajny, na tym etapie jeszcze mocno rajcuje, potem wyjaśnię czemu tylko wtedy.
„Nie bawi mnie bycie do dupy” rapuje Reno w „Gonie Sny”, podoba mi się ten fragment. Numer zaczyna się od „Reno, ooo, yyy, taaak”. Tak jest przynajmniej w kilku numerach, ok, ja wiem, że tak się w hip-hopie robi, ale przez lata nie zrozumiałem czemu, i czemu ludzie uważają, że to jest fajne. Wyobraźcie sobie, że Gahan na początku „Heaven” zaczyna od „jo, Dave Gahan, Martin Gore, yeah, come on”. Wiem, dopierdaIam się do czegoś, czego nie rozumiem, ale takie prawo Munlupa, że go boli dupa. Podkład ok, chociaż słabszy od reszty.
„Na ławce” to jeden z fajniejszych kawałków na płycie, spoko tekst, spoko rap, spoko podkład, generalnie wszystko tu jest w porządku. „Momenty” są mocno obciążone chipmunkami, Reno nasłuchał się Ameryki Północnej. Podkład jest ok, trochę wariacja na temat tego co było wcześniej. „Delfonics” pamiętam z bestki. Reno, joł, sro, jo, taaa. Ale numer ogólnie jest niezły, chociaż na tle płyty i tak traci. „Jeden dzień na rano” to trochę to samo co wszystko.
„Czy jak” ma te wokale ala Daft Punk, co w sumie jest jednocześnie chujowe i spoko. Nie wiem, może w tym kontekście mi po prostu nie siedzą. Natomiast późniejsze wokale ala Sistars kompletnei niepotrzebne. Jest wystarczająco miękko bez nich.
„Czwarta Rano” – Reno, ugh, bee, ALE psycho klimat robi to doskonałą robotę i nawet tekst jest spoko. O ile na albumie jest dużo klimatów neonowych, tak tutaj jesteśmy gdzieś na obrzeżach, dzieją się dziwne rzeczy i generalnie elo.
„Musimy Uczcić” – wieczorny smooth jazzik, kojarzy mi się z 90sami. Wspomniany zostaje Biggie, więc szacun. Nie zaskakuje mnie to oczywiście, bo w końcu to rodzina Jacy, ale miło.
Utwór jest całkiem ok.
„Back to School”, to faktycznie oldschool, puszczenie oka do przeszłości. No i potwierdza się, że jestem dziadem hip-hopu i wolę takie loopy, takie sample, takie klimaty, niż wybłyszczone, kolorowe i gładkie nowe brzmienia. Świetny tekst, doskonałe rapy, bit za który można się pokroić. Doskonałe.
Zakończenie w postaci tytułowego, wraca do poprzednich klimatów. Intro jak King Krule z ostatnich płyt, potem chipmunki, bit kwadratowy. Tekst taki se, ogólnie trochę meh, ale nie do końca, może urośnie. „50/50” fajnie kończy całość, co bym o nim nie sądził.
Całość jest jednak mniej niż 50/50, ale to nie jest jakaś wielka wina Reno, czy w jakimkolwiek wypadku sugestia, że chłop nagrał chujowy album, czy coś. Zerknąłem na recenzje w necie, prejz się wylewa. Ale ja współczesnego hip-hopu nie łykam za bardzo w polskim wydaniu. Nie siedzę też w tym tak głęboko, żeby docenić walory rapowanka Reno, dla mnie jest po prostu ok, takie jakich wiele. Teksty, no heh. Z jednej strony Reno rapuje, że w tym wieku wszystko jest prostsze i ja się z tym zgadzam i utożsamiam, ale z drugiej strony, album jest pełen pouczania i narzekania, jak to ktoś jest taki, a inny sraki. Murzyn mówił, że ta narracja startuje z punktu A i kończy się na punkcie B, trochę innym, ale ja tego za bardzo nie czuję. Koniec końców, jest to ok album polskiego hip-hopu, szacun dla brata Jacy za wyrobienie sobie kultu na tej scenie, bo jednak jest to nie byle jakie osiągnięcie. NRGeek niby próbował w tych samych czasach, ale nie wiem czy Kamikadze miało ten sam posłuch co debiut Reno, a płytę ostatecznie nagrał ze zrzuty subskrybentów na YT. Ehh, ten polski hip-hop.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn