Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 cze 2024 15:54

Zróbcie Murzynowi prezent i wjeżdżajcie xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 cze 2024 17:23

Albo zróbcie mi prezent i poczekajcie niech te urodziny zlecą najpierw xddd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 cze 2024 10:51

Panowie bez obaw można wjechać xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 cze 2024 10:55

Devotees sra na rodzinę Jacy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 24 cze 2024 19:07

Reno – 50/50

Dla nikogo nie jest chyba tajemnicą, że nie lubię zbytnio polskiego hip-hopu. Właściwie trzeba by się zastanowić dlaczego? Przecież nasi też coraz częściej potrafią robić dobre podkłady. Główny powód to słabość samych gadaczy, którzy nigdy nawet nie zbliżą się poziomem do czarnych. Drugi powód – teksty. Angielski znam na tyle słabo, że tych tekstów i tak nie rozumiem. Polski znam trochę lepiej i te polskie teksty często mnie po prostu irytują. Narzekania naszych raperów na podłość świata i manifestowanie swojej krzywdy jest już naprawdę nie do zniesienia. Że nie wspomnę o drażniących mnie wulgaryzmach. Te wszystkie fucki i bitche brzmią naprawdę niewinnie w porównaniu do polskich przekleństw. No i w końcu rap jakoś bardziej pasuje mi do czarnoskórych. To jest naturalne środowisko dla tej muzyki. No ale zobaczmy, jak do tego wszystkiego ma się Reno.
Obawiałem się tego albumu. Nie tylko dlatego, że to polski rap, ale w dodatku Reno to brat autora wrzutki. I jak tu ewentualnie mu napisać, że album jest do bani?
Podczas pierwszego odsłuchu trzymałem oczywiście wystawioną przed sobą tarczę i mieczyk. Wiadomo, że trzeba się dobrze uzbroić w uprzedzenia słuchając takich rzeczy. Pierwsze odsłuchy były robione w kilkudniowych odstępach, jak to mam w zwyczaju robić. Potem intensywność odsłuchów się mocno zagęszcza.
Między piekłem i niebem to dobry otwieracz. Jeden z najlepszych utworów w zestawie. Podkład na wysokim poziomie. Dzieją się tam naprawdę interesujące rzeczy. Jest dużo pianina, dobry i głęboki bas, dzwoneczkowate klawisze i dobry automat perkusyjny w refrenie.
Gonię sny to kolejny dobry podkład. Tym razem w starym stylu. Znów zagrywka na pianinie. Zagraniczny gość dodaje utworowi sporo klasy.
Na ławce niedawno dostał u mnie w Depeszwizji 1 pkt. Miał mieć więcej, ale trochę wkurzał mnie wokal. Reno ma dobrą barwę głosu, ale nie mogłem przyzwyczaić się do sposobu, w jaki śpiewa/rapuje. Nadal wydaje mi się to trochę dziwne jak on to robi, w jaki sposób wypowiada słowa, ale jednak na tyle się dzięki albumowi osłuchałem, że mi to przestało przeszkadzać. A nawet dodaje mu pewnej oryginalności. Fajne te żeńskie nucenie w tle. Znowu dobry i wyrazisty bas. Perka fajnie cyka. Zapętlona zagrywka klawiszowa i flet też ok. Ten utwór teraz podoba mi się dużo bardziej, niż w Depeszwizji.
Momenty ma jedną małą wadę – uważam, że feat. Ady Kaźmierczak jest zbędny i utwór dobrze obszedłby się bez niej. Nie jestem fanem jej wokalu. Reszta jest super. Podkład imponuje na każdym kroku. Aparat perkusyjny i bas rządzą. Nie jestem może wielkim fanem „wiewiórek”, ale na to też nie ma reguły. Czasami są dobrze zrobione i nie wadzą. Tak jest właśnie i tu.
O Delfonics kiedyś wypowiadałem się tak sobie. No ale to było dawno, a ja byłem na zupełnie innym etapie muzycznym. Teraz mogę powiedzieć, że to dobry utwór. Taki mocno na amerykańską modłę. Znów są chipmunki, ale fajne. Dobry ten podkład strasznie. Taki bardzo wyluzowany numer.
Jeden dzień na raz to pierwszy utwór, do którego mam większe zastrzeżenia. Zwrotki są spoko, ale refreny słabe. Znowu Ada mi wadzi i tutaj to już dosyć wyraźnie. Niepotrzebne te wtrącenia rnb. Drugi feat też zbędny. Reno doskonale dałby sobie radę sam.
Zastrzeżenia mam też do utworu Czy jak. Widocznie trafił się słabszy moment na albumie. Podkład jest dobry ogólnie, ale znowu kuleje refren. Nie lubię takich zniekształconych wokali. Brzmi to tutaj fatalnie. W końcówce znowu Ada. Znowu niepotrzebnie.
Czwarta rano to powrót na dobre tory. Świetny podkład i dobry występ gościnny. Jakoś te zagraniczne featy dużo lepsze od rodzimych. Znowu uwagę zwraca dobra praca automatu perkusyjnego.
Musimy to uczcić kontynuuje dobrą passę. Kolejny dobry podkład. Świetny bas.
Back to School to jeden z hajlajtów albumu. Co prawda niektórzy goście mocno średnio rapują, ale podkład wszystko rekompensuje. Znów taki w starym stylu. Już chyba zacząłem rozróżniać ten stary hip-hop od ówczesnego.
50/50 nie obniża poziomu. Świetnie i nowocześnie brzmiący podkład. Kwadratowy bit jak pisze Hien daje zdecydowanie radę. Ja takie lubię. No i wreszcie dobry występ Ady.
Album jest dosyć krótki i zlatuje naprawdę szybko. Dwa utwory takie sobie, reszta bardzo dobra. Sam nie wieżę w to co piszę, ale to dobry album. Dwa lata temu wyszorowałbym tym pewnie podłogę. Teraz jestem zdziwiony, że polski rap może być tak dobry. No ale muszę przyznać, że sporo się znowu z materiałem osłuchałem. Utwory, które w pojedynkę nie robiły na mnie wrażenia tutaj na albumie sporo zyskały. Jednak osłuchanie się jest ważne. Za to zawsze ceniłem bestkę albumową. Co jeszcze? W teksty aż tak mocno się nie wsłuchiwałem, ale w większości są spoko. Nie ma tyle lamentu i użalania się nad sobą, co zwykle u polskich raperów. Przekleństw też za dużo nie ma, co mi się podobało. Widać da się obejść bez prostytutko.wania w co drugim wyrazie. Fajnie też, że brat Murzyna wybrał sobie spoko ksywkę artystyczną, a nie jakąś bzdetną typu szczyl czy inny krzakowaluś. Ja na to zwracam uwagę.
Możesz Jacek pogratulować bratu albumu. Powiedz mu, że największemu wrogowi polskich gadaczy się podobało.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 26 cze 2024 21:05

(All the Way to) Reno (feat. Peżo) - 50/50

Murzyn zapodaje na tacy swego brata, brat zapodaje bity i rapsy, rapsy zapodają feelsy, feelsy zapodają nostalgię, nostalgia zapodaje czarne myśli, i tak to się wszystko wokół kwestii rasowych kręci. A tak zupełnie serio, to powiem tyle, że w mojej opinii Murzyn zapodał jakieś 75/25, więc jest sporo lepiej, niż myślałem, że będzie (serio, aż niecodziennie jak na mnie i rap, ale co mi tam).

Na początek to musiałem wrócić do swojej recki Delfonics sprzed, bagatela, ponad 2 lat. 16 marca 2022, co to był za paskudny czas, jak dobrze, że jest już za mną, z drugiej strony, burza, która się wkrótce miała rozpętać skończyła się dopiero niedawno temu xD Byłem tam raczej na tak, z drugiej strony Na ławce zmehałem, a teraz... Teraz jest trochę inaczej. Przede wszystkim dlatego, że w kontekście całości złapałem vibe zwłaszcza z muzyką, nie zaś z warstwą liryczną - przynajmniej nie od razu. Kiedy ta wpadła mi w końcu mocniej do głowy, to ogarnąłem, iż w sumie pasuje do tego, co leci w tle z jakiegoś DAWa. Pomimo wyraźnego wyfiokowania produkcji, ta jest naprawdę fajna i nie mam jakichś wielkich problemów z "plastikowym" brzmieniem, które ni huia nie przypomina klejenia bitów w piwnicy za czasów środkowego Buzka. Już od pierwszych dźwięków, tj. Między Piekłem I Niebem jest fajnie, bicik płynie lajtowo, wokal Brata Jacy luźny, tekst może dupy nie urywa, ale bardzo fajnie trzyma poziom utworu. Jest typowo hiphopowo pod kątem przekazu może, niemniej jednak mi to nie przeszkadza. Gonię Sny - o, to jak weszło kurde, z miejsca dosłownie, podkład jest świetny, aż się chce do tego... po prostu leżeć i czilować i mieć wszystko w d00pie. Ledwo się obejrzałem, a numer się skończył. Co wpadło? Na Ławce, i... zaskoczyło zupełnie inaczej. W kontekście albumu ten numer po prostu nie jest zły, powiem więcej, jest całkiem... spoko. Więcej uwagi poświęciłem muzyce, co prawda wciąż te chórki delikatnie krindżowe, ale instrumentalna końcóweczka jak znalazł. Nic, tylko siadać (ze mną) na ławce. Momenty się fajnie zaczynają, po czym mają... well, momenty (za długo myślałem nad tym żartem, przyznaję). Nie no, nie jest aż tak źle. Tzn. ze mnie też żaden ekspert, żeby oceniać teksty hh, ale tutaj jest całkiem nienajgorzej, choć trąci jakimś 2001 rokiem (może to coś ze starych nagrań?). Ada Kaźmierczak brzmi trochę tanio, ale lepiej ona niż, dajmy na to, Sylwia Grzeszczak. Generalnie kolejny numer do powolnego włóczenia się po mieście albo jarania samotnie w mieszkaniu. I faktycznie, bardziej na lato niż na zimę. Delfonics... o Delfonics już się wypowiedziałem dawno temu, więc właściwie podkreślę to samo, albowiem niewiele uległo zmianie lol. Niespecjalnie odkrywcze czilowe nic, ale jest spoko i ładnie trzyma w tym nastroju cały czas. Jeden Dzień Na Raz trochę traci rezon, albowiem teraz Kaźmierczak naprawdę brzmi jak Grzeszczak i mam poczucie, że ktoś chce być jak OSTR albo Łona, a wychodzi bardziej taki Mezo z bardziej profesjonalną produkcją (w ogóle na marginesie, taka uwaga, Reno w ogóle momentami zalatuje wokalnie... Łoną, ale takim lekko nawalonym lol). Jednocześnie nawet reluję trochę z tekstem lol. Czy Jak za to mnie skradło, i co ciekawe, nie aż tak bardzo przez muzę, jak przez wokal, a raczej tekst. Nie jest może najwyższych lotów (z drugiej strony znów - co ja wiem o hip hopie lol). Linijka "zdejmę najki ty zostań w szpilkach" jakoś mnie rozczuliła (za to fragment z nowym nazwiskiem zabawnie zaskoczył). Nawet ten talkbox fajnie zabrzmiał. Generalnie, co będę gadał, niezły numer. Po nim na szczęście poziom nie spada, wpada Czwarta Rano. Znów się fajnie zaczyna, pachnie jakimś takim... cóż, wczesnym porankiem lol. Tym razem jednak warstwa liryczna trochę rujnuje odbiór kawałka, dla odmiany "wejdź na mnie" sprawiło, że aż mnie skręciło xD Ten kawałek spokojnie mógłby być instrumentalem i wciąż byłby spoko. Tutaj zaczynam też odczuwać pewne zmęczenie materiału, mianowicie - pomimo tego, iż album jest dość krótki - słychać, że następuje tutaj lekko wpieprzanie własnego ogona. Wszystko zaczyna się zlewać trochę za bardzo w jedną całość, która, well, przestaje porywać. Zaczyna trochę nużyć, niestety. To jest dobra płyta na czil, ale po pewnym czasie to się wręcz zasypia. Musimy To Uczcić próbuje mnie wybudzić i nawet się mu to udaje, więc wracam na chwilę na "lepszy tor". Z drugiej strony teksty mam wrażenie orbitują mniej więcej wokół tych samych tematów xD I po raz kolejny trąci jakimś Liberem. Muzyka ratuje, ale i to paliwo się powoli kończy. Back to School... no właśnie, mogę powoli zacząć pisać to samo o każdym kolejnym numerze xD A że dobiegamy do końca... to chyba nie napiszę nic więcej, chcemy tego czy nie. Źle? Dobrze? Nie wiem, NIE WIEM. Właściwie mogę podsumowywać, 50/50 jest po prostu... 50/50 xD (to nie była moja najbardziej odkrywcza recenzja, może to przez te upały, NIE WIEM).

ALE. Nie będę się też na siłę przypieprzał, albowiem to, czego chciałem, to dostałem. Tzn. nie wiem, czego chciałem (albo raczej nie wiedziałem), jednak się dowiedziałem, gdy to dostałem. Czil, bezwzględny luz i przyjemne wpychanie mnie w fotel (bardziej w kanapę), abym sobie przyciął komara. Wyszło super, co tu dużo mówić. Pod tym względem. Pod innymi... tylko trochę gorzej.

75/25
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 cze 2024 21:26

Musiał z matmy to chyba miał mierne hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 26 cze 2024 21:53

Reno - 50/50

Nie będę wciskać kitu i pieprzyć, że znałem jakoś dobrze Reno przed tym, nim kolega Jacek dokonał swoistego coming outu. Mogłem o nim czytać, mogłem coś tam słyszeć, ale nie dam sobie nic za to uciąć ani żadnych konkretów ni szczegółów nie pomnę.

Mimo to, gdy dowiedziałem się, że brat mego wieloletniego znajomego z internetu jest legendą rapowego podziemia, to poczułem się mniej więcej jak po obejrzeniu finału LOST (tj. nie oglądałem go, ale skoro każdy mówi, że siusiaka z niego zrozumiał, to ja pewnie tym bardziej). To trochę jakby się dowiedzieć, że jeden ze członków Azbestu prowadzi uznany mikolski podcast, który kiedyś mi zarekomendował kumpel zupełnie niepowiązany z tym miejscem, albo nie wiem... poznać Drendę na żywo. No w każdym razie zakładam, że z tym statusem coś jest na rzeczy i to nie są żarty, bo aż z ciekawości to wpisałem ksywę Reno w Messengera i trafiłem na parę wiadomości, w których randomowi ludzie na czatach grupowych brata Jacy go cytowali, A TO CHYBA O CZYMŚ ŚWIADCZY.

Także ten i tego. Ja po zaznajomieniu się z 50/50 jeszcze nie stałem fanatykiem brata kolegi Murzyna, może to mi się zmieni, gdy zapoznam się z tym kultowym w pewnych kręgach mixtape'm, ale póki co ten jego drugi album oceniam... no może nie od razu na 50/50, ale też nie będę sugerować, że tylko połowa utworów jest dobra (uff, wystarczy chyba tych nawiązań do nazwy).

Nahm po prostu dobry album - celowo nie napiszę rzetelny, bo sam jestem świadom, że ten slogan jest trochę oklepany, a do tych rzetelnych rzeczy praktycznie nie wracam. A tu mam dziwne wrażenie, że raczej będę to robić. Nwet moje laickie ucho jest w stanie docenić to jak KOZACKIE i świetnie wyprodukowane są bity na tym albumie i nawet ktoś taki jak ja jest w stanie docenić te teksty.

Okej, mógłbym niby zarzucić, że na mój gust trochę tu zbyt monotematyczne - nawet od kultowego Eisa po latach się odbiłem, bo nie chciało mi się słuchać tych nawijek o wychodzeniu z bloków i imprezach, a tutaj jakos mniej tego nie ma. No ale przecież nie powinienem spodziewać się nawiązań do Heideggera czy czegoś. Paradoksalnie, mimo to, a może właśnie dlatego, mnie brat syna ojca Murzyna przekonuje, bo primo - wypada przekonująco w roli chłopaka z małego miasta, a dwa - udało mu się wiarygodnie oddać klimat dorastania w takiej miejscowości te dwie dekady temu. Powód dla któego to zrobił jest prosty - najzwyczajniej w świecie umie pisać.

Poświęce trochę atencji poszczególnym traczkom, bo w sumie czemu by nie. MIĘDZY PIEKŁEM A NIEBEM w mojej książce od początku figuruje jako rzecz poprawna - podoba mi się bit, podoba mi się produkcja, dużo ciekawych, acz mam wrażenie, że dość losowych przemyśleń. No ale jest git. Jeszcze bardziej jest w GONIĘ SNY i tu nie będę ukrywać, że to pianinko bardzo się mi spodobało. Jako domorosły polonista nie będę interpretować tekstu w sposób taki, że podmiot nawija o tym, że chce odnieść sukces, bo mam awersję do tego typu pierniczenia, tylko po prostu nie chce przejebać życia w małym miasteczku i przy tym móc spędzać czas z ekipą, bo prawdę powiedziawszy to mało co jest w życiu ważniejsze niż spoko mordy u boku (Paolo Mintjello).

Dobra, więcej o muzyce, mniej o pierdoletach. NA ŁAWCE ma vibe Smarkiego, co to go tutaj wrzucałem i chyba nawet bit brzmi podobnie. Może i byłbym większym fanem nawijki kilkanaście lat temu, ale doceniam wersy o tym, że małe szczęścia są spoko, bo jednak brat Murzyna jest pod tym aspektem subtelniejszy niż ten kolo z Varius Manx. MOMENTY mają... momenty, myślę, że to jest jedna z tych rzeczy, które by mnie parę lat temu odrzuciły, a teraz akceptuję i jest spoko. Chipmunki baza i sam się sobie dziwię, że to piszę, a przy okazji jakoś podoba mi się tu, że mimo wszystko obok nawijania o życiu na sto itepe itede znalazło się miejsce na parę ciekawszych refleksji o tym, że w sumie łatwo sobie wszystko spierdolić - nic głębokiego, ale no jakbym chciał głębi to bym se wpadł do studni hehe.

DELFONICS omawialiśmy w czasach prehistorycznych, że zabrzmiało dla mnie znajomo i podoba się mi bardziej niż te dwa lata temu. Nie dziwię się, że to poszło na singiel, bo refren jest chwytliwy. Trochę dużo tu narzekania na współczesność, sztuczność i pozerstwo, momentami zaryzykowałbym tezę, że boomerskiego, ale z drugiej - sam młody nie jestem, a jednak szkalowanie Warszawy baza...

JEDEN DZIEŃ NA RAZ ma fajny klimat r n'b - nie wiem, pewnie majaczę, bo wystarczy mi do tego usłyszeć babę w raperskim kawałku. No pasuje mi do tej płyty jako do całości, ale nie mam pojęcia co mam napisać o tym kawałku odrywając go z niej - no mogę jedynie docenić nawiązanie do teleturnieju Miliard w Rozumie. Pojebane, że gdybym miał dostać złotówkę za każdym razem gdy je znajdę w polskim kawałku hiphopowym to miałbym 3 złote i może to nie jest dużo, ale i tak dziwne, że wydarzyło się trzy razy. No spoko rzecz tho.

CZY JAK to lovesong. Można powiedzieć, że to jakaś zmiana tematyki, za co szanuję, zwłaszcza, że tekstowo obyło się nie tylko bez ofiar w ciarach żenady, ale w sumie to mi się podobało. Zgrabne rymy i w ogóle środki stylistyczne. Plusami są wstawki w bicie brzmiące jak ośmiobitowe cuś oraz cudownie kiczowaty refren balansujący na granicy kiczu.

CZWARTA RANO pewnie brzmiałaby wykurwiście, gdybym słuchał jej wracając z jakiejś nocki czy czegoś podobnego. Bit trochę trąci jakimiś vaporami czy kim chujstwem, nie znam się, fajny jest. MUSIMY MNIE UCZCIĆ wywołuje u mnie pieczenie, bo gdybym pewnie usłyszał ten album w okresie, gdy jarałem się Eisem to bym propsował bardziej, ale i z obecnej perspektywy nie kręcę nosem.

BACK TO SCHOOL szanuję za Ortega Cartel - tak bym napisał z automatu, gdybym znał ten projekt lepiej niż słabo. Zamiast tego napiszę tak po przesłuchaniu tego kawałka, bo najzwyczajniej w świecie kolesie mają spoko vibe i pomiędzy nimi a bratem murzyna jest chemia, co sprawia, że tego... późnego letniaczka? słucha się dobrze.

No i tak sobie pieprząc głupoty, wyziewy i impresje dotarłem do tytułowego kawałka. Brzmi poważnie, brzmi momentami gorzko, se mogę tylko przypuszczać, że jedna z bardziej osobistych rzeczy na tym albumie i chyba najpoważniejsza jeśli chodzi o rozkminy. Znaczy trochę to dla mnie trąci strumieniem świadomości, ale jakoś tak się składa, że mam to w dupie. Przyjemna klamra.

No i wyszła mi taka laurka. Jestem świadom, że trochę na wyrost, ale ciężko mi się tu czegoś konkretnego czepić, będąc świadomym pewnej konwencji, którą bym w pełni docenił na innym etapie życia niż obecnym. Ale tak szkiełkiem i okiem patrząc to ciężko mi się czegoś konkretnego uczepić i zupełnie mnie nie dziwi status tej płyty w raperskim półświatku. JEST GITÓWA
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 cze 2024 08:28

Spoko, gicio. W sumie to obstawiałem że Kuba będzie miał reckę na 50/50 a wyszedł na największego powiedzmy mehacza z zestawu, Wujek zaskoczył że nie zroastował a nawet jakby miejscami polubił (?), Musiał niby pisze że płyta jest 50/50 ale jednak 75/25 czyli jak zawsze o kant dupy jego recki potłuc bo przeważnie pisze że jakaś płyta jest ch*jowa ale generalnie to ZŁOTO, mentos bardziej chyba docenił niż polubił, na pewno nie tak jak kolega Dragon czym też odrobinę zaskoczył. W sumie każdy zaskoczył mniej lub bardziej tymi reckami ale jest OK, powiedzmy hehe 50/50.

Jedźmy dalej póki munlup na urlopie.

Nine Horses i ich Snow Borne Sorrow
Hien pisze:
10 cze 2024 11:10
Nine Horses – Snow Borne Sorrow

Czas jakiś po tym, jak uraczyłem was Librarianinem, pora poszerzyć horyzonty. Nine Horses to współpraca Sylviana, jego brata Steve’a Jansena (z którym grali razem w Japan) oraz Burnta Friedmana. Bracia pracowali z Friedmanem głównie zdalnie (bo ten mieszka w Niemczech) i wyglądało to głównie na przerabianiu przez Sylviana, kompozycji napisanych osobno przez Jansena i Friedmana. Owocem było wyjątkowo spójne dzieło jakim jest „Snow Borne Sorrow”. W/w współpraca zaczęła się od feata Sylvka na wspólnym albumie Friedmana i Jakkiego Liebezeita. Efekty był owocne więc pociągnięto to dalej, acz w wersji hybrydowej. Wydaje mi się, że za istnienia zespołu, trio spotkało się osobiście, w komplecie, jedynie na sesji zdjęciowej do wkładki.
Nie jest to jednak istotne. Istotne jest to, że wyszła z tego płyta wybitna. Wspominałem już o tamtej nocy, kiedy wracałem z wakacji i słuchałem płyty pierwszy raz, patrząc na rozgwieżdżone, nocne niebo (co dla mieszkańca dużego miasta, nadal jest towarem atrakcyjnym i egzotycznym). Każdy kolejny kawałek wydawał się lepszy, czekałem na jakiś moment zastoju, ale ten nigdy nie nastąpił, a finałowy „The Librarian” tak bardzo mnie rozłożył i wbił w fotel, że nie byłem w stanie słuchać już czegokolwiek innego do końca podróży. Miałem też przez jakiś czas zasadę, aby nie słuchać tego albumu inaczej niż w nocy, ale w jakiś czas później, mój ojciec odpalił to przy jakieś okazji w aucie (bo mu oczywiście tę płytę z sukcesem sprzedałem), oczywiście w dzień, i od tamtej pory położyłem już lachę na to o jakiej porze dnia leci „Snow Borne Sorrow”. W każdym razie, z czasem ukształtowało się w mojej głowie (i uszach) żelazne trio tego albumu: „The Librarian”, „The Banality of Evil” i „A History of Holes”. To są dla mnie naprawdę rzeczy 13/10, odhaczające praktycznie wszystkie ptaszki na liście munluplubi i błogo szarpiąc odpowiednie sznurki emocjonalne. Reszta płyty to jest 12/10. Nie ma tu słabych rzeczy, nawet obiektywnie nie słyszę tu niczego, co by jakoś zwisało poniżej poprzeczki zawieszonej przez resztę.

Nie będę się rozpisywał na temat stylistyki, bo jest tu na bogato. Słyszeliście jeden numer i myślę, że dosyć dobrze oddaje on to, czego można się spodziewać po reszcie. Rzadko się zdarza, że takie nagromadzenie instrumentów dla mnie (i na mnie) działa z większa mocą, ale tutaj to po prostu wszystko ma sens. Nie czuję żadnego przesycenia mnogością i ilością brzmień, jest akurat. Jeżeli zeszłoroczne „Dead Bees On a Cake” Sylviana było jedną stroną letniego-sentymentalnego medalu, to „Snow Borne Sorrow” jest drugą (pomimo, że tytuł co innego sugeruje, ale to już kwestia indywidualna). Słuchajcie!

https://www.youtube.com/watch?v=fEGcX3S ... sJiU183s1Y
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 lip 2024 11:12

Nine Horses - Snow Borne Sorrow

Nine Horses czyli David Sylvian po raz kolejny, atakował w utworowej, atakował raz solo w albumowej rok temu, teraz w wraca w towarzystwie dwóch znajomków ale wciąż jakby trochę solo. W utworowej chyba najlepiej wypadał bo munlup fajne rodzynki nam podrzucał, nawet jeśli czasem potrzebowałem czasu aby się przekonać jak właśnie do wrzutki Nine Horses. Zeszłoroczne Dead Bees... oceniłem trochę średnio acz otwierający tamten album kawałek to nadal mój Sylvianowy faworyt. Kuba obawiał się że będę narzekał na Nine Horses latem tak jak na wrzucany z niego The Librarian, ale uspokajałem go że raczej już się nieco obyłem z jego munlupizmami na tyle by to nie grało tak wielkiej roli, ale sprawdźmy jak to wyszło w praniu...

Otwierający album utwór "Wonderful World" praktycznie z miejsca mnie ujął tym jazzowym aranżem, ma to taki noirowy klimat rodem z Twin Peaks, lekka perkusja, niepokojące smyczki pod spodem i cudny głos samego Sylviana w tym wszystkim. Drugi na płycie Darkest Birds zaczyna się trochę zmyłkowo jakąś cyfrową glitchującą elektroniką, mógłby to być zaledwie średniak tej płyty gdyby nie zgrabny plot twist z gitarą elektryczną w refrenach. To całkowicie odmienia vibe kawałka na te momenty, kawałek fajnego gitarowego grania to jest jakiego właśnie oczekuję czasem od Kuby i jego wrzutek. Podoba mi się w tekście ten fragment "I promise to tread more lightly", śmiechowo bo raptem chyba drugi raz w życiu się z tym zwrotem spotykam a za pierwszym razem usłyszałem go w serialu Breaking Bad

(link spoilerowy dla tych co oglądali heh)


https://youtu.be/-WKRsHgYIoE?si=tKFvgcq4v-31LE_8

Mostek z fletem jest całkiem fajny w tym numerze też. Jako trzeci w playliście wlatuje mój osobistych faworyt całego albumu - The Banality of Evil. Perkusja, gitara, dęciaki, to wszystko robi fajny suspensowy klimat jakiegoś starego filmu, może nawet westernu? Wibrafon pobrzękuje tu i ówdzie z ładnym delayem. Damskie chórki dobrze uzupełniają wokal gospodarza. Muszę przyznać że te pierwsze trzy kawałki z płyty to dla mnie niekwestionowane piąteczki, naprawdę bardzo dobre kawałki które podobają mi się chyba nawet bardziej niż dotychczas znany zamykacz - The Librarian. Nie chcę tym samym powiedzieć że reszta płyty to już jakaś lipa bo tak nie jest ale jednak później brak już kolejnym utworom jakiejś iskry bożej która wzniosła by je na ponadprzeciętny poziom.

Czwarty Atom and Cell utrzymuje znajome instrumentarium z perkusji, dęciaków i wibrafonu ale przy tym wszystkim no czegoś mu brak bym faktycznie wracał myślami do niego po czasie. A History of Holes mógłbym właściwie ocenić identycznie bo wciąż zgrabny kontynuator klimatu albumu i nazywanie go zapychaczem byłoby uwłaczające ale jednocześnie z czasem sam klimat to ciut za mało i moja uwaga powoli się rozprasza. Snow Borne Sorrow otwiera znów glitchująca, skrząca się niczym śnieg z mroźny dzień elektronika by po chwili wrócić do utartych schematów brzmieniowych nieco. Znów nie bardzo chce mi się nad nim pastwić bo lepiej funkcjononuje jako element całości niż wyrywany z kontekstu. Napiszę za to nieco cieplej o kolejnym czyli The Day The Earth Stole Heaven w którym otrzymujemy już zgrabniejszą piosenkę z melodią na gitarze akustycznej wspieranej przez saksofon. Podoba mi się tu szczególnie niektóre zagrania na gitarze brzmiącej jak sitar chyba że to sitar we własnej osobie się wtrąca. Kiedy wchodzi Serotonin mam jakby flashback ze słuchania TDF Soundtracks bo numer otwiera coś co brzmi jak jingiel Eurosportu pod jakieś plansze z wynikami US Open albo co, niestety to chyba i tak najciekawsze w tym utworze dla mnie. Album zamyka znany już The Librarian który przekonał mnie do siebie w środku śnieżnej zimy i nie dziwi mnie to, ma chyba najcieplejszy aranż i najwięcej melancholii w sobie, a może to winrafon tu szczególnie świątecznie mi pobrzmiewa? Wciąż bardzo dobry numer do którego potrafię wracać ciepło myślami, niby podobny do tych z początku albumu ale jednak robi mi inny vibe.

Podchodziłem do tej płyty z całkiem sporą nadzieją muszę przyznać i nawet po początkowych odsłuchach miałem wrażenie że mogą zostać spełnione, jednakże... czas zweryfikował i później album powoli jakby zaczął mi się rozjeżdżać poziomem. Początek zdecydowanie najlepszy bo otrzymujemy serię trzech bardzo celnych strzałów które mają zapewnioną u mnie rotację na sluchawkach na następne lata. Po nich otrzymujemy serię numerów niby dobrych i trzymających klimat acz z pewnymi zastrzeżeniami już co do pełnej satysfakcji, wśród nich jeden spoko krótszy gitarowy rodzynek aż dojeżdzamy do znanego już i szanowanego zamykacza. Pomimo pewnych minusów jak się bliżej przyjrzeć to kiedy odłożymy lupkę otrzymujemy wciąż dobry album którego można z satysfakcją posłuchać od A do Z myślę napawając się po prostu klimatem, wrócę za jakiś czas może i decydujący werdykt dopiero może zapaść.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 lip 2024 02:04

Nine Horses Snow Borne Sorrow

Całe szczęście, że poznałem całość trochę czasu temu. W tej dziesiątce Hien raczy nas dość gęstymi rzeczami. Nie ma lekkiej gry. Kilka dłuższych płyt z poważną produkcją, zatrzęsieniem brzmień, inspiracji, gatunkowych skojarzeń. Albo jest dobrze albo trochę jak droga przez mękę - w większości przypadków na szczęście nie dlatego, że to zła muzyka. Po dłuższym uczestnictwie w bestce coraz bardziej przyzwyczajam się do pewnego zjawiska. Recenzja raczej funkcjonuje jako zapis kontaktu na początku drogi. Piszę je przy okazji ostatnich odsłuchów - najspokojniejszych, najbardziej dokładnych. Może i do większości rzeczy nie wracam, ale potem może być jak w tym przypadku. Na zapoznaniu wypada dobrze, a przy kolejnym kontakcie podtrzymuję dobre wrażenie. Czasem zdarza się tak. W momencie wysłania tekstu bywa średnio. Po kilku miesiącach myślę o muzyce trochę inaczej. Tak mam np. z rzuconym wcześniej Sylvianem. Metodyczne przebijanie się przez parę dni potrafi zmęczyć i dopiero po dłuższym czasie jest jakiś sensowny punkt odniesienia. Wrażenia w tej formule lekko zniekształcają faktyczne odczucia. No cóż, przyzwyczaiłem się, ale jednocześnie nie lubię czasem pisać zbyt mocno - w wielu sytuacjach takie natchnione krytyczne teksty miały krótki termin ważności.

Na użytek tej kolejki Snow Borne Sorrow słuchałem dwa razy. Znacznie lepiej podejść do tego wiedząc, co się tutaj wyprawia. Inaczej wyglądałoby to podobnie jak z Dead Bees On a Cake. Męczarnie, przysypianie w trakcie, ale przynajmniej na ostatnim odcinku podróży wyszło coś sensownego. SBS trwa niecałą godzinę. Mimo to wciąż jest kolejną płytą z bardzo specyficznymi kompozycjami. Po no-man, solo Sylvianie czy Peterze Gabrielu to się staje znakiem rozpoznawczym Hiena. W przypadku wymienionej trójki dalej jestem dość głupi i nie za dobrze pamiętam dokładnie zawartość. Inaczej było z Laughing Stock i jest tutaj, no ale ile czasu temu zaczęły się te przygody? Albo po prostu te płyty mają w sobie to coś, dzięki czemu mogłem się przemóc, a potem docenić, polubić, pokochać. Gdy tak na luźno myślę o tej płycie to mam przed oczami chmarę luźno skomponowanych utworów. Pamiętam pojedyncze linijki czy melodie z większości płyty i oczywiście rewelacyjne zakończenie, które i tak żyje we mnie swoim życiem. Zawsze mam problem ze swoistym przegadaniem tej płyty. Już same aranżacje i gąszcz gatunkowych rozwiązań nie stanowi niskiego progu wejścia. Rzadko kiedy faktycznie można jakoś rozróżnić sposób wykonania tych utworów (chyba tylko jeden zasługuje na miano piosenki). Mimo tego solidnego marudzenia żywię do tej płyty dużo sympatii.

Wonderful World. Przyjemnie wprowadzenie w świat muzyki PROGRESYWNEJ. Członek wie, jak to do końca nazwać. No właśnie taka rozmyta kompozycja, w tym przypadku na modłę jazzową, trochę noir. Sylvian nie jest taki zmiażdżony i zniechęcony, dokłada coś więcej. Urokliwa melodia i sporo życia w tej interpretacji. Bardziej muzyka do słuchania niż opisywania. Jak już robi wrażenie to całościowo, każdy element z osobna gra w swojej lidze. Skala szarości, melancholii i emocji rozrośnie się później.

Darkest Birds. Przez tę nowszą płytę Gabriela przestałem lubić te gliczowe, bardzo sterylne ozdobniki. Tu Sylvian podoba mi się znacznie bardziej. Więcej konkretów, melodii, nie ma niepotrzebnych dźwięków, poza tym cykaniem w refrenie jak z płyt Nicolaia i Sakamoto. Przy okazji temperatury powyżej 30 stopni byłoby zupełnie nie do słuchania. Nocną porą pod lekki chłód jesienny wręcz... jest dobrze, tak jak wtedy gdy odkrywałem ten świat pierwszy raz. Bardzo dobry numer. Ładne punktowe zagrywki na trąbce.

The Banality of Evil. Płyta na kilkanaście minut ulega gabrielyzacji, utwory są trochę za długie, zbyt przekombinowane, ale mają bardzo dobre momenty. Będzie bardziej intelektualnie niż emocjonalnie. Na szczęście Sylvian nie śpiewa o dagerotypie jak pewien starszy pan w okularach, więc nie wywracam oczami. Wczytuję się w teksty i na swój sposób rozumiem, co autor chce mi przekazać, choć koniec końców po prostu się w tym gubię. Przez ten wykręcony rytm ginie za dużo. Bardziej jak wymyślna, przemyślana improwizacja. BTW nie lubię tej tytułowej frazy, mała okropność... co gorsza Sylvian wyśpiewuje ją bardzo dobrze, to moje ulubione fragmenty heh

Atom and Cell. O właśnie tutaj jest jeszcze mniej tkanki muzycznej w tle. To wręcz przypomina gospelowe zakusy Wildera z Liquid. Większość strasznie przegadana. Momenty z tytułową frazą to co innego. Bardziej rzewne niż reszta, jakby tu było coś elegijnego wręcz. Chciałbym, żeby ten poetycki przekaz do mnie trafił, ale jest podany w odpychającej formie. Częste słuchanie na dystansie tygodnia czy coś skończyłoby się przysypianiem i zniechęceniem... a tak to lepiej rozumiem. Po prostu nie wracam do tego typu utworów, bywa tu bardziej angażująco. Laboratorium dźwiękowe na drugim planie jak ze słuchowiska, pod koniec pojawi się kolejny jazzowy szkic i to jest zaleta.

A History of Holes. "Normalnie" czepiałbym się tego, że za dużo tutaj wibrafonu, ale potem Sylvian wjeżdża z jednym z ładniejszych popisów wokalnych na płycie... nie da się nie ulec. Nie bez powodu i ten utwór zapisałem na playliście-muzycznym notatniku. Jest czego słuchać, a nie analizować i czekać nie wiadomo na co. Wreszcie koniec pitolenia na instrumentach, dzieje się dużo pięknie rozbudowanych rzeczy.

Utwór tytułowy nie jest za dobry. Elektronika robiona przez ludzi, którzy kompletnie jej nie czują. Dwa różne pomysły wsadzone do jednego worka. Ten specyficzny refren i filmowo brzmiące hooki kompletnie zmarnowane. I jeszcze końcówka od czapy.

The Day the Earth Stole Heaven. Prosiłoby się o więcej takich perełek, przestojów między kobyłami. Wreszcie można po prostu płynąć za tym akustykiem, nieuchwytną często melancholią, która tutaj udziela się tak nienachalnie. Cud miód.

Serotonin też jest fajne. Brzmi jak Junior Boys. Tutaj to sylvianowe bycie od niechcenia robi więcej niż połowę efektu. Odwalający się tutaj czasami śmietnik w aranżu nawet tak nie drażni.

...a zakończenie jest po prostu idealne. W tej pozornej lekkości kryje się najwięcej emocji. Nie potrzebuję się powtarzać. Jak wielbię od pierwszych odsłuchów bestkowych, tak do dzisiaj tutaj wracam najczęściej. Majstersztyk. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Nie ma niepotrzebnych kombinacji rytmicznych, instrumenty pięknie się uzupełniają. Sylvian nie musi wchodzić na wysokie rejestry, w tej układance w ten sposób pasuje jak ulał.

Miło było wrócić, choć może nawet dwa razy to trochę za dużo? Nie potrzebuję wracać za często, całością naprawdę szybko można się przesycić.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 04 lip 2024 12:08

Przypomnę że wciąż możecie zrobić prezent koledze urlopowiczowi i wjechać z recką nim wróci do szarej łódzkiej codzienności
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 04 lip 2024 12:15

Zamierzam jutro.

Swoją drogą, fenomenalny album, zakochałem się.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 04 lip 2024 12:18

Ja dzisiaj albo jutro. Zobaczę jak się wyrobię.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 06 lip 2024 02:16

Dlatego nie lubię tych głupich postów "wlece wtedy i wtedy", bo to niepotrzebny spam i rzadko kiedy dotrzymujemy słowa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 06 lip 2024 02:28

Ja dzisiaj nawet zacząłem pisać, ale inne obowiązki mnie przytłoczyły. Dlatego przekładam to na sobotę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 06 lip 2024 09:13

I tak już dziś wracam do domu, więc się nie spieszcie xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 06 lip 2024 12:24

A ja jutro wyjeżdżam, więc muszę podomykać.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 06 lip 2024 12:39

Nie śpieszcie się, do dedlajnu jeszcze trochę zostało :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 06 lip 2024 13:50

Nine Horses - Snow Borne Sorrow

Wróciłem sobie do mojego opisu The Librarian z 29 kolejki. Było to prawie sto kolejek temu i nie pamiętałem, co wtedy pisałem. Chwaliłem warstwę dźwiękową, marudziłem zaś na wokal i poziom samej kompozycji. Rok temu był album solo Sylviana i tutaj już nie musiałem zaglądać do mojej recenzji, bo pamiętam doskonale, że byłem bardzo zadowolony. Warstwa dźwiękowa znów była na wysokim poziomie, kompozycje też dobre. No i na dystansie albumu przekonałem się też do wokalu. Pora więc na kolejną rzecz od Davida.
Album ma uważam sporo wspólnego z „Dead Bees On a Cake”. Nawet wczoraj dla porównania przesłuchałem solową płytę Davida. Podobny spokojny klimat, gęste aranże z dużą ilością żywych instrumentów. Oba albumy nie są łatwe w odbiorze. Trzeba chwili czasu, żeby przebrnąć przez te kompozycje i je że tak powiem zrozumieć. Z „Dead Bees On a Cake” trochę się na początku męczyłem, nie wszystkie utwory chciały z miejsca zatrybić, ale dawanie kolejnych szans się jednak mocno opłaciło. A jak będzie w przypadku „Snow Borne Sorrow”?
Wonderful World to chyba mój faworyt z albumu. Od pierwszego przesłuchania się w tym zakochałem. Ten jazzujący klimat jest niesamowity. Piękna kompozycja. Lekko cykająca perkusja wspaniała. Arabskie i złowrogo brzmiące smyki to coś, do czego mam niesamowitą słabość. W tle cudny kontrabas – kolejny instrument, który zawsze mnie rozmiękcza. No i niesamowicie dobre refreny z damskim wokalem. I jeszcze na koniec klawiszowe arpeggio. Przepiękna rzecz na samym początku albumu. Lepszego wejścia być nie mogło.
Darkest Birds nie obniża właściwie poziomu. Mnie w odróżnieniu od Murzyna bardziej podobają się zwrotki. Ładna melodia, znowu fajna i delikatna perkusja. Ozdobniki na trąbce i dobra klawiszowa zagrywka. Oczywiście gitarowy refren też dobry. Jedyne co mi tu mniej pasuje, to mostek na trąbce. Ale ogólnie dobry utwór, głównie dzięki zwrotkom.
The Banality of Evil – drugi faworyt po otwieraczu. Klasowa kompozycja w przepięknej aranżacji. Znowu damski wokal fantastycznie się wkomponowuje w refrenach. Zagrywka na elektrycznej gitarze jest niezwykle klimatyczna. Nadaje utworowi klimatu country. Cały utwór jest niezwykle klimatyczny. Pięknie buczy sobie basik, pięknie cyka perkusja. Akustyczna gitara w tle. To wszystko brzmi niesamowicie. Właściwie to ten utwór jest równie piękny co Wonderful World.
Atom and Cell zaczyna się syntezatorami w stylu Sundfor. Potem wchodzi wibrafon, co mnie od razu kupuje. Znowu pięknie cykają talerze, brzęczy trąbka. No i znak rozpoznawczy tego albumu – damski wokal w tle. Strasznie dobry ten damsko-męski duet znowu.
A History of Holes to znowu sporo wibrafonu i bardzo dobra zagrywka na „gdaczącej” gitarze. Obowiązkowe dęciaki, które mi absolutnie nie przeszkadzają, o ile nie jest ich za dużo.
Snow Borne Sorrow wydawał mi się dosyć długo jakimś dziwadłem. Głównie za sprawą tego zgrzytliwego elektronicznego początku. Nadal mnie on jakoś do końca nie przekonuje, ale potem robi się znowu bardziej klasycznie. Robi się naprawdę dobrze. A są momenty wręcz genialne. Te zaśpiewy typu „uuu-uuu-uuu-uuu” rewelka.
The Day the Earth Stole Heaven – utwór chwalony przez moich przedmówców. Dobra chwytliwa piosenka, dla mnie jednak w tym momencie jednak słabsza od wszystkich wcześniejszych. Słabsza czyli jakieś 9/10.
Serotonin jest bardzo spoko. Ten basowy syntezator brzmi super. Fade out na klawiszach też robi robotę.
No i znany już wcześniej The Librarian. Odbieram go teraz na tle albumu dużo lepiej niż w bestce utworowej. Przede wszystkim od tamtego czasu przekonałem się mocno do wokalu Davida. Utwór, który zawiera w sobie wszystkie zalety wcześniejszych piosenek. Piękna ta gitara. Do tego niezawodny wibrafon a nawet harmonijka. Piękne tu dosłownie wszystko. Nie wiem naprawdę jak mogłem kiedyś narzekać na poziom kompozycji. Bestka albumowa pokazuje, że z niektórymi rzeczami naprawdę trzeba się porządnie osłuchać, żeby docenić. Pojedynczy utwór nie zawsze zadziała jak należy.
Kolega Hien w tej drugiej odsłonie albumowej bestki serwuje nam albumy niełatwe, albumy, z którymi trzeba się porządnie przespać. Albumy, które długo nie przekonują, ale jak już człowiek załapie ten klimat, to nie ma odwrotu. Zauroczył mnie ten album. Na początku wydawało mi się, że tym kompozycjom być może brakuje jakości. Nic bardziej błędnego. Kompozycje są nieoczywiste, nie wpadają w ucho w locie, ale są piękne po bliższym poznaniu. Album brzmi rewelacyjnie dzięki niesamowicie dobrym aranżacjom, dużej ilości żywych instrumentów. Klimat płyty jest fantastyczny. Wokal Davida wspomagany damskim głosem pierwsza klasa. Miałem z tym albumem dokładnie odwrotnie, niż Jacek. Początki niemrawe, ale po przekroczeniu pewnego pułapu było już tylko coraz lepiej. Każdy kolejny odsłuch lepszy i lepszy. Ten album bankowo zostaje przy mnie na stałe.