Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 07 lip 2024 16:00

Nine Horses - Snow Borne Sorrow

Nine Horses to projekt, który jest mi bardzo dobrze znany - znam bardzo dobrze ten jeden kawałek, który w swoim czasie próbował nam tu sprzedać wrzucający tę płytę Jakub i kawałek ten zapamiętałem jako całkiem przyjemne granie spod znaku jakiejś audycji w Programie Trzecim Polskiego Radia. Nie wiem jakiej, bo nigdy go jakoś na poważnie nie słuchałem i nawet nie wiem do jakiej mógłby pasować - na potrzeby tego tekstu załóżmy, że mógłby to być Minimax.

No w każdym razie próbka ta zabrzmiała całkiem obiecująco - nie na tyle, by mi się chciało sprawdzać coś więcej, ale na tyle, by widząc znajomą nazwę i okładkę wrzuconą przez imć Jakuba stwierdzić, że to dobra okazja do nadrobienia horyzontów oraz poszerzenia znajomości. Pełna ekscytacji notka Opa też nie była czynnikiem zniechęcającym, bo generalnie to ja wam tu wierzę, jak piszecie o tym, że uważacie, że dane cuś jest wybitne, wspaniałe i arcygenialne.

Tylko, cholera jasna, odbiłem się. Tak po prostu.

Wiecie, mógłbym teoretycznie machnąć tu kolejną reckę, w której mógłbym machnąć parę mniej lub jeszcze mniej sensownych zdań na temat z każdego kawałków, a potem skwitować to stwierdzeniem, że w sumie jest rzetelna i spoko. Szczerze mówiąc, nie będę tu stał daleko od prawdy, bo ja słyszę, że to jest dobry album, ale jest jeden mały, zasadniczny problem: no ja go po prostu nie czuję.

I tu mógłbym gdzieś tę recenzję zakończyć, bo od razu powiem, że nie czuję się na siłach rozkładać jej na poszczególne utwory. Nie tak, że próbowałem, bo podchodziłem do tej płyty dobrych kilka razy, włącznie z podejściem preferowanym przez rekomendującego, czyli z zamkniętymi oczami i słuchawkami na uszach, ale za każdym razem kończyło się to tak samo.

Nie jest to płyta na pewno beznadziejna, są tu rzeczy które mają potencjał. Chociażby te kawałki, które wrzucający zarekomendował ze szczególnym znakiej jakości - to są faktycznie mocarne, fajne kompozycje i gdyby ta płyta ograniczała się tylko do nich, to kto wie co by to było. Bo to jest w zasadzie wszystko, czego misie pragną, bo oprócz wyżej wzmiankowanych przymiotów jest spoko instrumentarium, budujące fajny i unikalny klimat - gdybym miał go jakoś opisywać, to bym stwierdził, że trochę mi to trąci jakimś jazzowym bandem, a trochę czymś pokroju Talk Talk, a to są już konkretne skojarzenia i skojarzenia bardzo mocne. Nawet okołobownessowy wokal mi nie wadzi (w sumie nigdy mi nie wadził, po prostu nie słucham za często, ale po prostu chciałem o nim gdzieś nadmienić).

Tyle że no właśnie - poza nimi są jeszcze rzeczy inne i nawet jeśli są to rzeczy typu niezłe, to zawsze znajdzie się coś, co mi zgrzyta. Często są to dosłownie PIERDOŁY, ale nic nie poradzę na to, że te pierdoły mnie wybijają i przeszkadzają. A to jakiś niepotrzebny wstęp około elektroniczny, a to zbyt często pojawiający się kobiecy wokal, a to coś tam jeszcze.

Nie chce mi się tego wypisywać i zbierać, bo bardziej jednak mnie boli coś innego - że tych zgrzytów i nieporywających, zbyt podobnych do siebie kompozycji jest tu na tyle dużo, że każda godzina spędzona z tym albumem mnie jednak w ostatecznym rozrachunku bardziej męczy niż satysfakcjonuje.

Powiedzmy, że dostałem kolejny argument za tym, że optymalna długość płyty z muzyką rozrywkową to 45 minut, ale mniemam, że nie o to chodziło wrzucającemu.

Także ten, sorry, ale ten Hiencore mi nie siada. Przynajmniej na dziś, ale umówmy się, że nie będę wstrzymywać kolejki na parę lat licząć, że wtedy zaskoczy. Całkiem możliwe, że w innych okolicznościach przyrody tak by się stało, ale diabli wiedzą. Na ten moment jestem na raczej nie.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lip 2024 08:56

No dobra Panie M., wiem że wiesz ale teraz już mówię to oficjalnie - pora zamykać.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 10 lip 2024 11:36

Nadchodzę.

Nine Horses - Snow Borne Sorrow

Hien znany jest z tego, że jest znany (na tym forum) z tego, że wrzuca dobrą muzykę. Ale czasem nie wrzuca po prostu dobrej muzyki. Wrzuca muzykę WYBITNĄ. A Sylvian... Sylvian to jest nazwisko, które można brać w ciemno. Czego mi Hien nie zasugerował od Sylviana (Blemish), albo tu na forum (Dead Bees on a Cake), to było złoto. I teraz nie jest inaczej.

Oczywiście nie znałem wcześniej tego krążka, istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że był mi on wspomniany, tylko okoliczności nie pasowały. Interesujący dobór w ogóle, albowiem mnie to się bardziej z jesienią kojarzy i na jesieni by leżało zdecydowanie lepiej - zresztą, na pewno będzie wtedy słuchane, nie widzę odmiennej opcji, to będzie doskonałe do lasu.

Zaczyna się od Wonderful World, które jazzuje w taki doskonały sposób, to jest basically miks wszystkiego, czego teraz szukam w muzyce niosącej pewien spokój. Instrumentarium jest fantastyczne, głos Sylviana... jak zawsze. Do tego Stina Nordenstam, którą rozpoznałem z miejsca, featuje na jednym z moich ulubionych numerów Yello pt. To The Sea (świetny utwór, polecam każdemu). I to pianino na koniec, cud miód i orzeszki. Nie wytrąci mnie z zachwytu nawet giez, który dostał się do pokoju na piętrze (jak on tu wleciał mimo moskitier?).

Darkest Birds kontynuuje klimat, w ogóle bardzo pachnie Kejwem z okolic And No More Shall We Part dla mnie, ale też no-man. Prawdę mówiąc skojarzenia Mentosa dotyczące Bowness-like wokalu nie są wzięte z kosmosu. Późnego Talk Talk też trochę tutaj słyszę. Ale serio, lato to dziwna pora na ten krążek, ja po prostu słyszę tutaj jesień, siedzenie na ogrodzie (względnie stanie) w towarzystwie przychmurzonego nieba, mgły, pożółkłych liści, znam kilka miejsc, w których się będzie tego cudownie słuchało (podobnie miałem z Dead Bees, jak rok temu w listopadzie jechałem autobusem przez cały Wawer w DC właśnie z tym krążkiem na talerzu, cudowne doświadczenie). Numer ma wspaniały mostek pod koniec.

A potem wchodzi dość monumentalne The Banality of Evil, które urzeka nie tylko klimatem muzycznym, ale i tekstem. Post rock jest tutaj bardziej słyszalny, w ogóle Sylvian solo jest jakiś taki przebijający się... basically to mogłaby być solówka Sylviana. Oszczędność środków w tym utworze daje bardzo dobry efekt, świetnie podbity przez okazjonalne chórki. Aż czuć w powietrzu ducha Spirit of Eden przynajmniej. Zupełnie nie przeszkadza długość.

Podobnie sprawa się ma z Atom and Cell, które kontynuuje hipnotyzowanie mojej osoby. Dziwnie się tego mimo wszystko słucha w taki skwar, chyba, że łaziłbym teraz po Łagiewnikach Małych, sunąc Łabędzią w stronę Kreciej, a potem skrajem łącznicy Łódź Widzew - Zgierz, tuż za garażami, w tle majaczyłyby bloki Radogoszcza Wschodu, lepiej by nie mogło teraz być. Właściwie mogę za samym Kubą mówić, jak on mnie przy okazji Discovery od ELO - DLACZEGO TEN ALBUM WLECIAŁ TERAZ A NIE W PAŹDZIERNIKU? No ale co mogę zrobić...

A History of Holes to kolejna czasowa kobyła, ale serio, w ogóle nie czuć tej długości. Właściwie każdy kawałek z Sylvianem to uczta, ale tutaj dostaję żarcie z knajpy z 10-ma gwiazdkami Michelin. Hien daje temu numerowi (obok dwóch innych) 13/10, ja dam 23/10, to jest tak dobre. Czil, lekka melancholia, ale przede wszystkim spokój który aż się prosi o konsumpcję w towarzystwie natury. Naprawdę, szkoda, że nie miałem okazji zabrać tego krążka na spacer teraz, ale na pewno to nadrobię. Więcej post rocka czuć, gdy wchodzi perka, ale do moich uszu dociera jeszcze trochę The Cinematic Orchestra, właściwie wszystko to, co lubię, jest tutaj zamknięte w jeden i to doskonały kawałek.

Tytułowy nie zwalnia tempa, za to dodaje trochę psychodeli poprzez zastosowane zabiegi. Jest to o tyle fajne, że nie sposób się znudzić mimo wszystko pewną jednostajnością tego wydawnictwa. Odrobina zglitchowania nie odbiera jednak ani odrobiny zachowanego względem całej reszty klimatu. prostytutka, Sylvian mógłby mi czytać książkę telefoniczną, a ja bym się rozpływał. Koleś zawsze miał dobry głos (Japan <3), ale to, jak on mu się zestarzał jest jeszcze lepsze. Mało kto może tak powiedzieć (może tylko tak nisko śpiewane "let the children come to me" wyrwane z kontekstu nie wydaje się być ekstremalnie fortunne lol).

The Day the Earth Stole Heaven to najbardziej no-manowy numer na albumie dla mnie, wręcz nieco ciągnie Wilsonem solo. Moja osobista topka tutaj, sylvianowe zaśpiewy są wspaniałe. Do tego trąbka, prosta gitara, jakiś klawisz w tle, takie rzeczy na składanki Radia RAM albo wprost do radia jako single, względnie na jakiś soundtrack dobrego niezależnego kina. Doskonała piosenka, jestem zakochany <3

Serotonin w ogóle stanowi pewien twist, albowiem jest wyraźnie żywsze od całej prezentowanej jak dotąd reszty. Bicik w tle wraz z przeszkadzajkami sufluje mi w głowie jakieś Club des Belugas, a jednocześnie to jest po prostu Sylvian at his finest (and his friends), i tyle lol. Przy jednoczesnych różnicach względem pozostałych numerów jego "sylvianowość" jest zachowana. Jestem oczarowany.

A to nie koniec, bowiem jest jeszcze The Librarian. Wróciłem do swojej recki sprzed, bagatela, dwóch lat, i znalazłem tam zachwyty, choć nie weszły one od razu. Zasugerowałem też, że Hien zeżarłby gówno na talerzu gdyby tylko zaserwował je Sylvian. I wiecie co, właśnie wyrzucam go od stolika, bo sam chcę spróbować. W kontekście całego albumu ten numer wchodzi JESZCZE lepiej, o ile to w ogóle było możliwe. Powiedzieć, że jestem zafascynowany, to nie powiedzieć wiele. Wciąż mam wąty do lata dla takiego krążka, ale może zabiorę go na Bałkany i tam chwyci jeszcze inaczej, zobaczymy. Póki co jest...

No właśnie, jak jest? Jest, proszę Państwa, PT Osoby Forumowe, kapitalnie. Sylvian jest zasranym (hehe) geniuszem, i właściwie z rzeczy, które słyszałem od niego jak dotąd nie ma nic, co mógłbym określić jako przynajmniej średnie, czy przeciętne, albo wręcz RZETELNE. Tu po prostu wszystko jest doskonałe. Po prostu. Sylvian is the king, end of fuckin' story.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lip 2024 11:47

No i pięknie, mamy to, kolejne ZŁOTO od Pana M. oraz kolejne złote usta...
Zasugerowałem też, że Hien zeżarłby gówno na talerzu gdyby tylko zaserwował je Sylvian. I wiecie co, właśnie wyrzucam go od stolika, bo sam chcę spróbować.
;(

No to tego, Panie K. podsumowuj Pan i lecimy dalej...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 10 lip 2024 12:07

Jestem wyrozumiały, ale scat shaming się należy Adrianowi...
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lip 2024 12:10

Lol...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 lip 2024 12:12

Nie pokazujcie musialowi coil - scatology
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 lip 2024 12:28

Potwierdzam, to co napisał Musiał, acz niestety od długiego czasu Sylvian niczego nie wysrał, poza fotografiami, które są, mówiąc łagodnie, takie sobie.

Podsumowanie krótkie, wszystkim się mniej lub bardziej spodobało, poza Sebą, który mnie mimo wszystko zaskoczył. Ja wiem, że to nie brzmi jak Albini, ale kurde, żeby w ogóle nic? Popchnijmy tę karawanę w milczeniu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 lip 2024 12:31

Niechaj się stanie.

Jedziemy z Pawn Hearts od Van Der Graaf Generator
Dragon pisze:
14 cze 2024 03:07
Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts (1971)

Lepszego momentu nie będzie. Do gry wkracza finałowy boss rocka progresywnego. Serio. Obok Islands KC to jedyna przedstawicielka tego gatunku, która do dziś wzbudza we mnie większe emocje, wzrusza, przestrasza. Jak się szybko jednak zorientujecie, w tym przypadku będzie znacznie więcej eksperymentów, totalnych wariacji i absolutnego szaleństwa. Nic dziwnego, że po takim artystycznym wystrzale niezbędna była przerwa. W połowie 1972 roku nie było co zbierać z Van Der Graaf Generator.

Trzy kompozycje. Około czterdzieści pięć minut. Ile emocji, gwałtownych zwrotów akcji, rewelacyjnych melodii, harmonii, pasaży. VDGG poznałem po wielkim zachwycie nad King Crimson. Poprzeczka była postawiona wysoko, ale po H To He nabrałem ciekawości i rumieńców. Jeden krok w tył, kilkadziesiąt do przodu, choć najważniejszy był ten pojedynczy naprzód właśnie. Pod koniec liceum nie mogłem uwierzyć. Słuchając wieczorem przed ostatecznym sporządzeniem notki wciąż nie mogłem ogarnąć do końca całej masy piękności dziejących się na Pawn Hearts. Pozycja obowiązkowa do zakupienia, jeden z poważniejszych braków w mojej skromnej kolekcji.

Nie będę szczegółowo opisywał tych utworów. Gęsto skomponowane przypominają wręcz coś w rodzaju muzycznych spektakli. Lemmings i Man-Erg trwają każdy lekko ponad dziesięć minut. Najpiękniejsza kobyła progrocka, A Plague of Lighthouse Keepers, ma ponad 23 minuty długości. Zasłuchiwałem się tak często, że dzisiaj nie miałem problemu z przywołaniem sporej ilości motywów. Gorzej z wokalem Hammilla. Wspina się tutaj na absolutne wyżyny - nie tylko na poziomie interpretacji i ekspresji, ale również pod względem głębi samych tekstów. Nie wydumane pierdy fantastyczne o skrzatach czy historyczne nudy tylko trzy poważniejsze poetyckie poematy nt. kondycji człowieka, jego walce z samotnością, nieprzystosowaniem, wątpliwościami, chęcią podjęcia działań zmierzających do zmiany stanu rzeczy. Ileż tu jest pięknych linijek...

Progrock z całą lawiną zaskakujących inspiracji. Między jazzowymi piruetami, atonalnymi fragmentami godnymi twórczości Oliviera Messiaena czy pierwszych krautów od Tangerine Dream (Alpha Centauri, ten sam rocznik!) a ostrym łojeniem w duecie... saksofonu i organów Hammonda. Mimo wszystko gitara jest na drugim planie - nic dziwnego, bo jednak w zespole nie było pełnoprawnego gitarzysty, pomógł im pewien sprawny technik, Szanowny Pan Robert piepshony Fripp. W Lemmings najbardziej lubię subtelną partię saksofonową przed ewolucją w i poważną zmianą klimatu w środku. Man-Erg to przede wszystkim świetna melodia i kontrast z doskonałą techniczną rąbaniną na saksofon i organy. To 1971 rok, a jak plastycznie ten numer zwalnia, przyspiesza, zero chamskich przejść, cudo. Lepszej płyty z tym instrumentalnym duetem na pierwszym planie nie znam, ale też nie jestem koneserem jazzu. Wolę być koneserem VDGG. A trzeci akt to już w ogóle emocjonalny rollercoaster. Nic dziwnego, skoro składa się z dziesięciu naprawdę charakternych i rozbudowanych części. Od zawsze największą słabość i najpoważniejszy meltdown osiągam przy tym, co oni tam odwalili z melotronem, za każdym razem CIARY. Nie muszę dodawać, że wobec takiej, a nie innej tematyki tekstów charakter płyty jest refleksyjny, a jednocześnie mocno pesymistyczny, introwertyczny, psychodeliczny. Na końcu czeka pozorne światełko w tunelu, choć... no dobra, więcej nie zdradzam.

Dla nieobytych pierwszy raz może być wręcz przytłaczający. Zrozumiem marudy, choć wiadomo - wyjdzie na to, że się nie znacie. Przynajmniej pomogłem wam rozpocząć tę znajomość. Bez pełnego wejścia w tę muzykę, wczucia się w klimat, próby odczytania tekstów będą ciężary. Nie proponuję niczego prostego, ale też... nie trzeba sięgać tylko po łatwe rzeczy. Mocne wyzwania dobra rzecz, ta bestka już wielokrotnie udowadniała, że można z nich wyjść zwycięsko.

Naprawdę zazdroszczę niektórym pierwszego kontaktu. Powodzenia! Ja do tej pory jaram się jak dziecko. Zapraszam do świata moralnego niepokoju i to tak na serio, bez wspomagania.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... QtU07DXoHA
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 lip 2024 23:15

Ja wiem, że to nie brzmi jak Albini, ale kurde, żeby w ogóle nic?
No nie napisałem, że zupełnie nic - "twoje" kawałki były faktycznie spoko. Na innych słyszałem potencjał, ale jednocześnie w prawie każdym mi coś zgrzytało. Być może jest coś na rzeczy z aurą za oknem, być może to ja nie jestem w odpowiednim stanie mentalnym na takie granie, a może po prostu to nie płyta dla mnie i ciul. Nie neguję tego, że jak kiedyś wrócę z czystą głową to docenię czy coś
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 lip 2024 23:25

Dobra tam, nie ważne
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 lip 2024 19:50

Van der Graaf Generator - Pawn Hearts

Kurde. Już w momencie, w którym myślałem, że się uwolniłem, Smoku przypieprza mi prawym sierpowym i dostaję progową KOBYŁĘ. Powiem przewrotnie, że jeszcze nie tak dawno temu byłem gotów dać prog rockowi większy kredyt zaufania (nawet w kontekście TEGO albumu), ale mi przeszło (ZGADNIJCIE DLACZEGO, HE HE HE). No i co, zostałbym jak ten Himilsbach z angielskim, a jedyne, co naprawdę mam, to ten krążek i konieczność jego odsłuchania. No dobra, bo wygląda na to, że jęczę, ale to nie do końca prawda. Tzn. progowe kobyły mnie trochę męczą, albowiem nigdy nie ma dla mnie dobrego timingu na ich odsłuch. Tbh ostatnio zostałem uraczony całą Selling England By the Pound podczas malowniczej podróży samochodem w miłym towarzystwie, i wtedy siadło. I nie była to wyłącznie kwestia towarzystwa, ale po prostu... setting był właściwy. Teraz słucham sobie VdGG już czwarty raz w tym tygodniu, siedząc na tyłku w podłódzkim Zgierzu i średnio mi na głowie, w życiu i tak w ogóle. Przynajmniej burza nad miastem<TM>, trochę się powietrze przerzedziło, i w ogóle teraz dźwięki Lemingów do mnie bardziej trafiają...

Co mogę powiedzieć, prog jak prog, tutaj nawet nie jestem w stanie się za bardzo skupić na pojedynczych sekwencjach, albowiem musiałbym rozbijać ten album do konkretnych fragmentów tych trzech czasowych potworów, na co - nie będę ukrywał - nie mam najmniejszej ochoty. Pełnoskalowa analiza tego typu wydawnictwa wymagałaby poświęcenia mu czasu przynajmniej zbliżonego do tego, który zajął mi pisanie podsumowania pierwszej stówki naszej utworowej (a zajęło mi to, bagatela, 3 godziny). Skoncentruję się więc na swoich po prostu odczuciach. Ale gdzieś tam mogę minutkę czy dwie wyodrębnić niejako, podkreślić, dać łapkę w górę bądź w dół, choć mój overall feeling dotyczący propozycji Roberta to jest... łapka neutralna, w bok. W bok to wszystko. No dobra, takie miałem pierwsze wrażenie. Potem zrobiło się lepiej, proszę mi uwierzyć!

I tak Lemingi zlewały mi się w całość trochę nazbyt długo, to już ten moment, gdzie musiałbym być, nie wiem, ostrym fanatykiem jazzu, żeby znajomym mówić "EEEJ, ZARAZ SIĘ ZACZNIE, PATRZ, 16 MINUTA 47 SEKUNDA I WJEŻDŻA TA SUPER KWARTA A ZA NIĄ TAKIE SMYCZKOWE GLISSANDO, KTÓRE SŁUCHAĆ WYŁĄCZNIE NA MOICH SENNHEISERACH ZA 25 TYSIĘCY ZŁOTYCH, ALE MÓWIĘ CI, MUSISZ SIĘ PRZYSŁUCHAĆ MOCNIEJ, JAK TO NIE SŁYSZYSZ, CO TO ZNACZY, ŻE WSZYSTKO JEST TAKIE SAME ZŁYCH JAZZÓW PRÓBOWAŁEŚ MÓWIĘ CI MUSISZ SPRÓBOWAĆ INNYCH BO RÓŻNE SĄ". Urgh, zmęczyłem się xD No dobra, ale są fajne rzeczy. Jak np. ten nagły chaos zaczynający się w okolicach 5:15, który zarzuca delikatną psychodelią (Hammill ma naprawdę pasujący do niej głos). Lubię takie atakujące berserki chyba bez względu na typ muzyki, a tutaj robi się jeszcze fajniej tak przy 7:10, choć mam wrażenie, że takie zabiegi gitarowe to słyszałem już ze 100 razy wcześniej. Jak się później bębny uspokajają, to przywodzą mi na myśl - uwaga - Candidate od Joy Division. Tylko te organy wszystko rujnują. A może to już sam Mellotron, nie mam pojęcia. Czilowa końcówka stanowi wprost idealną codę jak na tak żywe 10 minut, zaś te wszystkie dziwne i lekko niepokojące zabiegi dźwiękowe na koniec cisną mi skojarzenia z Jethro Tull, a nawet Belbury Poly. Fajne, nie będę kłamał. Tylko czemu w postaci jednej sekwencji...

Nadchodzi Man-erg i przyznam, że tutaj miałem najbardziej mieszane uczucia. Trąci wczesnym Genesis potwornie (choć myślę, że w tamtym czasie cały prog brzmiał niemal tak samo. Zamykam jednak mordę, albowiem rozumiem potrzebę ludzi biegania za taką samą muzyką graną po prostu przez kogoś innego, sam wpadłem w tę fazę po odkryciu The Advisory Circle). Kawałek zaczyna się jak dość klasyczne okołorockowe granie tamtych czasów, Hammill brzmi bardzo dobrze, jeszcze lepiej brzmią wszystkie klawisze, a potem tuż przed 3-cią minutą mamy oryginalne Belbury Poly grane na gitarach miast na analogowych klawiszach. Wszystkie te efekty na instrumentach, które wlatują chwilę później właściwie kontynuują psychodeliczną ścieżkę, wiosła to istna wirtuozeria, ale then again, Robert piepshony Fripp, więc czego innego możnaby się spodziewać? Faktycznie, przejścia w tym numerze są miodne, wszystko doskonale zaplanowane, z sensem i pomysłem, i tak sobie myślę... skąd się rekrutowali tacy muzycy, co to byli niby orkiestra symfoniczna, ale tłukący na gitarach w taki cudowny sposób, masa talentu i pracy, a to przecież młodzi ludzie byli... Wszyscy po konserwatoriach czy co? No ale mniejsza, jak po 5:30 na pierwszy (w sumie) plan wyłazi saksofon, to robi mi się ciepło na sercu (i w uszach też, ale to może być woskowina). Właściwie cała druga połowa jest przepiękna, cudownie wjeżdża do tych samych motywów, które były grane na początku (a na pewno w ich bezpośrednie pobliże). A już na sam sam koniec znów dostaję w łeb intensywnością brzmień. Generalnie wszystko gites, do czego miałbym się przypieprzać?

Ano do tego, że mnie prog rock w dużych dawkach po prostu męczy o tyle, że ja to mogę sobie puścić jedno takie 10 minut, odczekać kilka godzin, puścić kolejne, znów kilka godzin i potem kolejne, a takie A Plague of Lighthouse Keepers to powinienem słuchać następnego dnia. Smoku opisuje to jako najciekawszy emocjonalnie element wydawnictwa, i w zasadzie to ja się z nim zgadzam. Przede wszystkim jest to najlepsze w mojej opinii co w ogóle się tutaj znalazło. Poczytałem sobie tekst i mam trochę bekę, albowiem w kontekście tego typu muzyki i tego konkretnego utworu (jako całości) to jest dobre, jednocześnie gdybym sam coś takiego napisał, miałbym poczucie stworzenia potwornie grafomańskiego i pretensjonalnego wysrywu. Tzn. zdarza mi się pisać podobne rzeczy i kiedy wracam do nich po jakimś czasie, to dochodzę do wniosku, iż stworzyłem gówno (a nie jestem Sylvianem, więc to gówno to gówno i do tego sztyni). Jak miałbym potem zmuszać innych do konsumpcji? Więc spuszczam to tam, gdzie tego miejsce - w sraczu. A tutaj, proszę, niby tanio, a wcale nie, niby niektóre zabiegi wołają o pomstę do nieba ("why can't I let me live and be free? But I die very slowly alone", no kaman), a tak naprawdę to wprost z niebiesiech ten utwór spada mi na ryj wraz z łaską bożą ogarnięcia proga do krawędzi szaleńczego obłędu ("staggering madly over the brink I fall" HE HE HE), a na pewno pewnej nieskrywanej fascynacji. Oto pojawia się w oczach mych odpowiedź na bardzo ważne pytanie - czy można zrobić fajnego proga? NO PROSZĘ, JEDNAK MOŻNA. Czemu się więc tak przychrzaniłem na samym początku, a nawet na początku tego akapitu? Bo to wciąż jest ociupinkę, kurdebele, ZA DŁUGIE. Po pierwszym segmencie muszę robić rewind, bo jak wchodzi drugi, to ja tego pierwszego już nie pamiętam. Jak czytałem sobie tekst wraz z muzą, to nie byłem w stanie w pewnym momencie stwierdzić, gdzie ja właściwie w tym kawałku jestem. Najbardziej podoba mi się część opisana na Wiki/Discogs jako Presence of the Night/Kosmos Tours. To tam padają co prawda te na pierwszy rzut ucha cheesy fragmenty, ale w akompaniamencie TEJ muzyki to po prostu niknie, ginie, to się wszystko tak ładnie składa w całość, że aż mnie obezwładnia (a nie jesteśmy nawet w połowie!), klimacik bije ostry. Mógłbym się tutaj zatrzymać i powiedzieć głośno "PROPSUJĘ!", ale seans trwa nadal, przestawia mi styki w mózgu, na moment katalizuje mego hartbrejka. Noc jest burzliwa, najpierw mamy spokój, a potem wpada Fripp z ekipą (nie wierzę, że to nie on te cuda czaruje co to się tam dzieją, a dzieją się rzeczy niestworzone) i dostaję palpitacji/oczopląsu/skoliozy i paru innych. Co za miszmasz dźwiękowy! I wszystko zakończone jednym uderzeniem w jeden klawisz na pianinie a la Fletch. Tylko że, niestety, skończyła się trochę oryginalność, wjeżdża coś, co już słyszałem. To mógłby być kolejny numer na płycie, jakieś dwie części, COKOLWIEK, bo potrzebuję przerwy, damn it. Na szczęście tuż przy progu 16 minuty się to dzieje - ok, mój skażony ADHD umysł się odnalazł, attention span zaspokojony. Zwłaszcza, że znów nadchodzi psychodela i jest bardzo fajnie. Potem wraca "maelstrom" i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Z muzyki znów wydobywa się niepokój, aż czuć morze w tle, jakbym się znajdował sam na takiej latarni morskiej i obserwował rozbite statki i trupy wokół, albo wręcz sam na takim statku był. Nie no, tego się nie da słuchać na trzeźwo, jakieś grzyby by się chociaż przydały.

I nagle, znikąd, nadchodzi Land's End/We Go Now i zrobiło się bardzo w stylu wczesnego Bowiego, trochę wczesnego Genesis, trochę wczesnego wszystkiego. Pianino ma tutaj jednak swój specyficzny styl, a potem wpadają harmonie wokalne na ostatnie słowa i ta piękna frippowa gitara, także no... proste niby, niby nic zaskakującego, niby ogień już ujarzmiono, koło wymyślono, a jednak udaje się tę świeżość utrzymać, jednak wszystko jest wciąż na wysokim poziomie. Powtarzalne ale fajne. Kotlet odgrzewany, ale wciąż strawny (wystarczy mizerii więcej pierdulnąć). Końcówka doskonale zaś licuje z charakterem utworu i jego przesłaniem lirycznym, po dłuższej lekturze wątków pobocznych wybieram to drugie rozwiązanie, co chyba mówi mi coś na temat tego, iż mój łeb nie rozleciał się do reszty... Co mogę dodać, to jest... fajna płyta. Fajna, ale po prostu za długa, albo raczej zbyt zbita i wymagająca ode mnie zbyt wiele uwagi, której nie jestem w stanie teraz dać. Nie będzie w dającej się przewidzieć przyszłości żadnej fajnej wycieczki w takim towarzystwie, w jakim ostatnio wchodził Gabriel i spółka, nie będzie już okołobrodnickich jezior i komarów kąsających w dupę, będzie tylko Generator Van der Graafa i Generator Klęski. Przynajmniej Fripp wszystko ratuję. W ostatecznym rozrachunku - 7+ na 10. Jestem ukontentowany (ale zobaczymy, jak będzie później lol).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lip 2024 20:25

diwotis 1:0 VDGG

Najbardziej rozczulające fragmenty prawdziwej wczuty takiej prawie adhd, momentami też mi się to udziela przy słuchaniu xD

Wbrew pozorom DOBRZE, że to tylko 40 minut, w założeniu Pawn Hearts miało być długości dwóch winyli...
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 12 lip 2024 20:35

Czytałem o tym na Wiki, chyba bym się popłakał albo słuchał cały urlop xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 lip 2024 20:58

Z tego co słuchałem bonusów to część byłaby w innym klimacie... korciło dorzucić ambientowego rodzynka jako dodatek do plejlisty na YT, chyba dobrze zrobiłem xd
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 13 lip 2024 08:55

Prawdopodobnie tak xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lip 2024 22:10

vdGG - PAWN HEARTS

Nie wiem, czy o tym pamiętacie, ale jakieś 25429 razy na łamach tego miejsca wspominałem, że swego czasu byłem kimś, o kim można było powiedzieć, że sympatyzuje z rockiem progresywnym. Lata minęły, obrosłem w tłuszcz, bywałem już kim się da, pomijając człowieka z godnością, słuchałem czego się da, tu akurat sam stwierdzę, że często rzeczy przynajmniej niezłych, i z tej perspektywy jestem w stanie powiedzieć jedno.

Rock progresywny bywa spoko.

A w wydaniu, które zaprezentował nam tu zgromadzonym kolega Robert, to nawet bardziej niż spoko.

Wiecie, ja generalnie będąc tym zapyziałym fanem proga często uczestniczyłem w bardzo produktywnych i wcale nie jałowych dyskusjach na temat tego co jest de facto kanonem tego gatunku. Wiecie, z tym to jak z dupą - każdy ma swój i dla jednego będzie to tylko Pink Floyd i King Crismon, drugi dorzuci jakieś Yesy i Genesisy, a trzeci coś tam coś tam, ale w mojej książce pewne było to, że w tym kanonie koniecznie musi się znaleźć van der Graaf Generator.

I kropka. I tu w sumie mógłbym zakończyć, gdyż łatwo się domyślić, że reszta tej recenzji to będzie wankerstwo i pretensjonalna egzaltacja wymieszana z ekscytacją. Nawet nie mam zamiaru ukrywać, że będzie inaczej.

Trzy utwory, trzy progresywne kobyły przekraczające 10 minut każda. Wszystkie piękne, wspaniałe, cudowne i generalnie kwintensencja wszystkiego, czego ten gatunek, do ciężkiej prostytutki, powinien być, ale ostatecznie najwyżej bywał. Bogate instrumentarium, świetne, połamane kompozycje (które są pełnoprawnymi UTWORAMI/SUITAMI, a nie po prostu kilkoma piosenkami zagranymi jedna po drugiej) pełne zmian rytmu, tempa, nastroju - wszystkie te składniki tu dostaję, w najwyższej jakości i na najwyższym poziomie.

Omawianie każdej z tych kompozycji jest dla mnie wyzwaniem karkołomnym, i to pomimo faktu, że znam całość doskonale od lat. Kolejny raz potwierdza się ta maksyma, że najciemniej nomen omen pod latarnią i najciężej pisać o albumach wybitnych, a tak się składa, że płytę kolegi Roberta uważam za jedną z wybitniejszych jakie kiedykolwiek słyszałem.

W każdym razie LEMMINGI mnie biorą tak samo, jak brały te kilkanaście lat temu, kilka lat temu i pewnie będą jarać mnie, gdy będę już stary i będę dawać swoim wnukom Western's Original. To jak ten utwór płynie, jednocześnie zmieniając co chwila nastrój niczym była Musiała, skacząc po pełnej gamie emocji, które ciężko mi nawet niekiedy zwerbalizować, jest wręcz nierealne. Ale to co robi tu ten SAKSOFON, ten CHOLERNY SAKSOFON to jest coś niesamowitego.

Ludzie i ludziska często narzekają to właśnie na ten saksofon, to na ekspresyjny i specyficzny wokal Hammilla, ale dla mnie prawda jest taka, że ta kompozycja w zyciu by nie dosięgneła tego poziomu i nie była tak spektakularnie epicka, gdyby nie one. Nie znam się na teorii muzyki, nie będę rozkminiać niczego rozkminiać, bo pewnie i tak nie dałbym rady, ale nawet taki pień jak ja słyszy jaką robi tu niesamowitą robotę, to budując schizofreniczną, niepokojająca atmosferę, to uspokajając i zmniejszając napięcie.

Pisząc o MAN-ERG w sumie mógłbym dodać to samo, ale ten utwór jest jeszcze większy, jeśli chodzi o okazywanie emocji. Ktoś tam gdzieś zasugerował, że to tekst o Hitlerze, podpierając się tym, że niby tytuł to anagram GERMAN. Ciekawa interpretacja, acz ja się bardziej skłaniam ku temu, że to raczej nie jest nic o nikim konkretnym. To bardziej utwór o człowieku, którego sytuacja doprowadziła na skraj wycieńczenia psychicznego - może ma schizofrenię, może "tylko" atak paniki, ale jest jednocześnie wściekły, smutny, rozdarty, niezdecydowany, euforyczny, ekstatyczny, chce wyznać miłość, potem nienawiść, potem dać w mordę, potem przeprosić, a potem wszystko naraz, wie, że nie powinien, uważa, że powinien i generalnie to jest o krok od Choroszczy.

Podoba mi się określenie "final boss proga" względem PLAGI LATARNIKÓW, bo jest perfekcyjne i pasuje jak ulał. W sumie zabawne, ja nigdy nie bawiłem się w jakieś poważne analizy ani interpretacje tekstu - może dlatego, że właściwie to zapoznałem się z nim dopiero podczas przygotowywania do tej recenzji. Nie będę się podejmować recenzji pod tym kątem, ani rzucał tekstami, że jest spoko, ale grafomański, bo prawdę powiedziawszy odgrywa tu dla mnie - mimo wszystko - znaczenie drugorzędne.

Bo najważniejsze jest tu jednak to, co się dzieje w tle, a to co się dzieje w tle, jest podniosłe, epickie, patetyczne, ale przy tym jednocześnie wybitne. Ja to zawsze interpretowałem jako muzyczny odpowiednik jakiejś apokalipsy, czegoś ostatecznego i w sumie to nawet nie zdziwiłem się, że nie byłem jakoś bardzo daleko od stanu faktycznego - dla mnie te 23 minuty to podróż po meandrach psychiki człowieka, który obserwuje wydarzenia tragiczne oraz ostateczne.

I tu nawet nie chodzi o popadanie w szaleństwo - nie wyobrażam sobie siebie w tak abstrakcyjnej sytuacji, ale zakładam, że gdybym w niej był, to bym pewnie też nawet nie wiedział jak reagować i też byłbym kalejdoskopem emocji i nastrojów. I tak generalnie ta suita brzmi, w moim przynajmniej odczuciu i moim mniemaniu.

Gdyby kogoś interesowało, zawsze byłem największym fanem tych najbardziej psychodelicznych, jeśli można to tak określić, momentów oraz tych, w których Hammill jest wkurzony i maksymalnie ekspresyjny - czyli szóstej i ósmej części tej suity. Wiadomo, to trochę jak z wybieraniem ulubionego dziecka, ale to są fragmenty, które zdarzało mi się puszczać osobno, więc możecie uwierzyć, że coś to oznacza.

Pytanie co konkretnie i czy coś o mnie, zostawiam już wam. O ile ktokolwiek to przeczyta, w co wątpie. Kapitalna płyta i kapitalna podróż, fajnie było ją zaliczyć raz jeszcze i siąść do tego albumu na trochę poważniej - okazało się, że nic przy tym nie stracił, ale wręcz dokładnie odwrotnie, ale nie mam pojęcia czemu mogłem w ogóle taki scenariusz zakładać. Genialna płyta i basta.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 lip 2024 07:47

Jeśli to jest finałowy boss proga no to sorry Panowie, ja odpadam. Słuchałem tej płyty już kilka razy i ni w ząb mi to nie wchodzi, kobylaste utwory, zmienność tempa, melodii itd, sporo chaosu, nie czuję tej muzyki totalnie i chyba jeszcze się tak mocno nie odbiłem od żadnej wrzutki tutaj. Męczę się słuchając tego, nie widzę sensu męczyć się próbując to opisywać i wyszukiwać zmyślnych metafor by opisać jak bardzo mi coś nie leży, to z pewnością nie jest zła muzyka ale nie jest to dla mnie po prostu, paradoksalnie powiem że niejako z szacunku dla czyjegoś gustu ja tej recenzji po prostu nie napiszę. Nie trawię tego, długaśne suity które musiałbym dzielić na kilkanaście odrębnych segmentów do opisywania a efekt końcowy i tak jest taki że dojeżdżam do końca numeru i NIC z niego nie pamiętam. Dochodzi do tego nieco efekt przemęczenia/wypalenia i nieco więcej innych spraw na głowie ostatnio by tym bardziej nie mieć siły na kopanie się z koniem. Myślę że po prostu na tym etapie odpuszczę sobie dalszy udział w bestce albumowej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 lip 2024 09:12

Dragon wywalił Murzyna z jego własnej bestki, róbcie screeny xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lip 2024 09:14

Gdy ja się rozkręciłem, to nagle wszyscy zaczęli zamulać lub rezygnować. Mam pisać te recenzje na ryma czy jak xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA