Post
19 lip 2024 11:56
Van Der Graaf Generator – Pawn Hearts
Czas bywa bezlitosny dla niektórych zaułków muzycznych, a rock progresywny potrafi być ekstremalnie na to narażony (niektóre wczesne Genesis, niektóre Yes, trochę Jethro), jak i kompletnie odporny (Pink Floyd, King Crimson, do jakiegoś stopnia Camel). Van Der Graaf Generator leży zdecydowanie bliżej tej pierwszej kategorii, na pewno z tym albumem. To, co swego czasu było świeże i nowoczesne, dziś zostało ograne w lepszy sposób przez innych, lub brutalnie zweryfikowane, kiedy pierwsza fala uniesień opadła. Z płytami takimi, jak „Pawn Hearts” problem jest taki, że nasza zabawa po prostu nie do końca jest w stanie to udźwignąć. W idealnym świecie, człowiek odsłuchał by ten album raz, odłożył na tydzień, lub i miesiąc, potem wrócił, potem znowu odłożył, pozwolił tej muzyce poukładać się w głowie. Bo ten album to taka kupa rozsypanych puzzli 1000000 kawałków, z obowiązkowym obszarem z bezchmurnym niebem obejmującym 60% całości. Trudno jest wziąć to na klatę prosto z marszu. Jedni dadzą radę (Mentos), inni będą udawać, że dali radę (Musiał), a jeszcze inni dostaną przez to załamania psychicznego (Murzyn). Osłuchanie z progiem też nie jest tutaj pewnym lekarstwem, bo ta łata jest tak bardzo umowna i rozepchana jak laski z filmów porno, że choćbym przesłuchał milion tych płyt, to i tak mogę zostać pokonany przez tego, jak to Smoku ujął, final bossa. Ja odnoszę wrażenie, że ta final bossowość tyczy się tego, że jak ogarniesz i polubisz „Pawn Hearts”, to już nic w progresywnym rocku nie będzie wydawało się wujowe.
Poszedłem na całość, jak to ja, i oprócz głównego albumu, przesłuchałem też wszystkie bonusy z deluxa oraz album „Pawn Hearts Sessions” (niektóre rzeczy się tam powtarzają), więc będę też do tego dodatkowego materiału się odnosił, ze względów kontekstowych.
Płyta na dzień dobry strzela w pape najsłabszym kawałkiem na albumie, czyli „Lemmings”. Przypomina mi się słynny cytat z Czeza o grających muppetach, tylko o ile w kontekście „Discipline” to było trochę bez sensu, tak tutaj zdecydowanie bardziej by pasowało. Poczytałem to i owo, wiem że Peter Hammill nad tym długo siedział, że to wszystko faktycznie jest skomponowane oraz, że stoją za tym faktyczne i ciekawe inspiracje. Niemniej, efekt końcowy brzmi jak zagrane na setkę jam session, przypadkowo nagrane przez jakiegoś inżyniera dźwięku. Panowie coś grają, nagle stwierdzają, że jednak jest to wujowe i podejmują decyzje, żeby to olać i zacząć coś innego. I tak co kilka minut. Segmenty nie są jednak zbyt interesujące, nie wyróżniają się niczym, jest to głównie kanonada dźwięków i chaotyczny śpiew Hammilla, po których w głowie nie zostaje nic. Nie będę ściemniał, to nie jest muzyka, którą można sobie wrzucić na luźną tapetę w tej bestce. Jest tu zbyt gęsto, nawet jak na progresywnego rocka. Oryginalni artyści określeni tym nurtem, inspirowali się muzyka klasyczną, ale w klasyce zawsze było jakieś sensowne poukładanie. Vibe jest natomiast w „Lemmings” dosyć spoko, chociaż te jazzowe wstawki bledną przy King Crimson. Więcej o tym utworze napisać nie jestem w stanie, może za pół roku by coś sensownego wynikło z tego słuchania i rozmyślań.
„Man-Erg” zaczyna się, dla odmiany, jak normalna piosenka. Piosenka średnia, ale z jakimś szkieletem. Rock-jazzowanie, które wchodzi w 3 minucie, ponownie czaruje vibem, ale też straszy muzyczną gimnastyką i salą prób. Od 5 minuty znowu wracają konkrety, w tle jakieś klarnety, ale rockowy podkład trochę bezjajeczny. Czasami taki mezalians stylowy wychodzi spoko, tutaj są chwilowe przebłyski, ale też sporo fragmentów zrealizowanych na chybił trafił, zresztą jak większość tego albumu. Natłok dźwięków momentami wkurza bardziej niż u Alana. Peter Hammill to facet o doskonałym głosie i umiejętnościach, ale przez większość czasu, jego maniera zwyczajnie zniechęca do dalszego słuchania. Utwór zostawia po sobie dziwną i nieprzyjemna pustkę.
„A Plague of Lighthouse Keepers” ma w tle bardzo fajne, morskie inspiracje Hammilla. Początek też bardzo obiecujący. Ja wiem, że organy to był ważny instrument w tym zespole, ale po „Pawn Hearts” nie mam ochoty słuchać go przez najbliższy rok. Wrażenie siedzenia w kościele przebija się momentami mocno, ale w kościele nie dogrywa jakiś cover band rockowy z lat 60. W 2:35 miła niespodzianka, Steven Wilson samplował ten fragment na początku lat 90-tych. Bardzo przyzwoity segment, podobnie jak ten co startuje około 8:30. Peter H. ciągnie niestety każdy fragment w ten sam sposób, więc wokalnie przynudzanie level hard. Szanuję użycie jazzowego instrumentarium, ale po wielokrotnym przesłuchaniu odpowiednich płyt np. King Crimson, trudno w pełni docenić, to co się dzieje na „Pawn Hearts”. Zmyślne użycie czegoś, to jedno, a kaprys to drugie. Im dalej kawałka, tym gorzej, ale końcówka z chórkami jest bardzo spoko. Płyta się kończy, człowiek czuje się jak pod tona kamieni.
Nie pożarłem całej dyskografii VDGG, ale znam nowsze albumy, debiut oraz „The Least We Can Do…”, który jest świetną płytą, i gdyby ten album był tutaj omawiany, to inaczej byśmy rozmawiali, a tak to lekko klops. Nie jest to „Pawn Hearts” tragiczne, ale na przestrzeni całego prog rocka, czy nawet prog rocka orbitującego w takiej stylówie, jest to zabawa dla dzieci. Co ciekawe, wykonania u Peela, które dorzucono do deluxa, czy tam „Pawn Hearts Sessions”, brzmiały ciekawiej, podobnie jak odrzuty takie jak „W”, „Angle of Incidents”, a przede wszystkim „Diminutions”, które jest kozackie.
Każdy ma takie płyty w topie, które są mega specyficzne, ale poznało je się w odpowiedniej chwili, czy zajawce i na stałe odcisnęły swoje piętno na mózgu i uszach, ale dla innych może to być nieczytelne. To jest taki album. Generalnie, uważam, że dla niektórych wrzut, powinna istnieć alternatywna wersja bestki, w której dajemy sobie minimum pół roku na kolejkę. Tam, takie „Pawn Hearts” by mogło odżyć, a tu niestety średnio. Piszę tę recenzję teraz, bo i talk nic się tu nie wykluje w ciągu tygodnia, czy dwóch, może za miesiąc, czy więcej, kiedy będę miał chęć do tego wrócić. Rozumiem zarówno to, że Mentosowi się bardzo podobało, jak i to, że Murzyn się zesrał. To nie jest uniwersalnie słaby, ani dobry album, ale nie każdy doceni te muppety. Mnie album zmęczył, bo o ile brzmi bardzo ambitnie, to jednak bardzo mało przebija się tu talentu, co mimo wszystko mnie dziwi, bo pozostałe albumy Van Der Graaf Generator, które słyszałem, były przynajmniej przyzwoite pod tym względem, a tutaj nie jest to takie oczywiste (dla mnie).
W bestce możemy sobie omawiać jakieś The Bravery, Birdy, czy Reno, ale jak przychodzi do takich albumów, to jest to jednak zaproszenie do samozaorania, dlatego sam jeszcze nie rzuciłem niczym gęściej progresywnym, bo to może się skończyć różnie. Taka uroda tej muzyki.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn