Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No obawiam się że mamy kolejną ofiarę tej płyty
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie bój żaby Mentos.
Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts
Hien ma rację, że takie albumy wymagają trochę więcej czasu niż tydzień czy dwa. Jestem raczej mało obyty w progu. Bo co ja tam słuchałem? Porcupine Tree i Wilsona, dwie płyty KC, dwie Floydów i jedną Jehtro Tull. I to z grubsza tyle. Tutaj mamy rok 1971. To mnie od razu napawało niepokojem. Jak ja zawsze stroniłem od zespołów z tamtych czasów! Długowłose dziady w dzwonach skaczący z gitarami po scenie i drący ryja. Takie miałem wyobrażenie. Z drugiej strony z KC, PF i JT się jednak nawet nieźle udało. Przekonałem się, że nie taki diabeł straszny jak się wydawało. Dragon przedstawił VDGG jako finałowego bossa proga. Tym samym wysoko ustawił poprzeczkę oczekiwań. Ja się już przez te bestki nauczyłem, żeby za bardzo nie wychwalać i nie windować oczekiwań, bo potem upadek jest tym boleśniejszy. Ludzie chyba nie lubią, gdy autor wrzutki zanadto coś idealizuje. Takie mam wrażenie.
Powiem od razu, że mój stosunek do tego albumu jest taki raczej neutralny. Prawdopodobnie potrzebowałbym albo więcej czasu, albo to jednak nie do końca moja bajka. Nie będę tu utworów analizował, bo się po prostu na progu nie znam. Skupię się raczej na ogólnym wrażeniu. Z tych wszystkich progowych rzeczy, których słuchałem ten album wypada jednak najgorzej. Myślę, że to kwestia nie tyle długości utworów, co ich budowy. 10 minut nie jest niczym szokującym, czy nawet 23, ale już ilość materiału, który w tym czasie upakowano już trochę tak. Muzycy VDGG jakby nieco na siłę próbowali skonstruować jakieś napakowane czym się da kobyły. Wolałbym rozłożenie tego na 3-4 dodatkowe utwory, ale krótsze. Utwór nawet bardzo długi nie wadzi, pod warunkiem, że się w całości podoba. Na Pawn Hearts każdy utwór niestety obok fragmentów dobrych zawiera też irytujące. Lubię niby zmiany tempa w utworach, ale tutaj mi to czasami nie gra. Taki A Plaque... zbudowany jest z kilku według mnie nie pasujących do siebie segmentów. No i właśnie niektóre segmenty mi się nawet podobają, inne mocno wkurzają. Tym samym nie potrafię jednoznacznie określić swojego stosunku do danego utworu. Lemmings ma fajny początek i znakomitą końcówkę. W środku też kilka spokojniejszych dobrych fragmentów. A pomiędzy nimi wybuchy hałasu. Jak Hammillton śpiewa spokojnie to jest ok. Nie lubię zaś momentów, gdy zaczyna unosić głos wyśpiewując te swoje wokalne arpeggia. Bo wtedy bardziej skrzeczy. A może nawet gdacze. Są momenty kompletnego nieprzyjemnego chaosu jak w okolicy 7-ej minuty.
Man-Erg zaczyna się spokojnie, zwyczajnie. Nawet ładna ta melodia. W 3-ej minucie zaczyna się fragment strasznie irytujący dla mnie. To właśnie takie typowe napieprzanie rodem z lat 70-tych, które mnie zawsze odstraszało. Hammill drze ryja nieprzyjemnie. Mimo tego saksofon brzmi fajnie. Znowu miesza się coś fajnego z czymś mało przyjemnym. Na szczęście potem się znowu uspokaja i prawie do końca jest ok.
A Plaque zaczyna się bardzo spoko. Podoba mi się ten fragment mimo, że Hammill znów chwilami gdacze. Potem znów jest fajny saksofon i klimatyczny fragment z organami. Środek przydługi i nieco chaotyczny chwilami. Tutaj organy występują już w zbyt dużej dawce. Ale najgorsze dopiero nadciąga. To co Hammill wyczynia od 16.35 woła o pomstę do nieba. Instrumentalnie też nie lepiej. Strasznie nie lubię takich akcji. Potworna kakofonia. Końcówka na szczęście dużo lepsza.
Tak więc każdy utwór ma momenty dobre oraz takie, które mi się nie podobają. Te momenty się czasami ze sobą wielokrotnie przeplatają co utrudnia ocenę utworu. Ogólnie brakuje mi tu jakiegoś konkretnego klimatu. Coś takiego jak na Islands. Tutaj klimatyczne są tylko fragmenty. Ale równie dużo jest chaosu. Wolałbym jak już mówiłem, żeby ten materiał bym podzielony na kilka utworów więcej, ale krótszych. Wtedy sobie można choćby te lepsze utwory posłuchać, a te nie lubiane pominąć. A tak jest coś w stylu „posłuchałbym tego A Plaque… ale w 17-ej minucie Hammillton znowu rozstroi mi nerwy”. Nie umiem powiedzieć, czy ta muzyka jest wtórna czy odkrywcza, czy koś już wcześniej wykorzystywał podobne zabiegi czy nie. Po prostu nie mam na temat rocka progresywnego żadnej sensownej wiedzy. Mogę jedynie stwierdzić czy mi się to podoba czy nie. I jest tak pół na pół.
Jak pokazało nasze forumowe zgromadzenie ten album dla jednych jest genialny, dla innych bardzo zły. Ja w sumie jestem tak pośrodku, no i piszę to z perspektywy osoby zupełnie nieobytej z taką muzyką. Dlatego ani nie zmeham, ani nie będę gloryfikował. Jak na proga z lat 70-tych to i tak mi się nieźle przyjął. Kiedyś bym spieprzał przed taką muzyką gdzie pieprz rośnie. Na początku miałem podobne odczucia do Murzyna - jeden wielki chaos. Ale po paru przesłuchaniach to i owo zacząłem łapać. Czy będę do tego wracał? Pewnie nie. Stary prog to naprawdę nie jest to, czego chce mi się na co dzień słuchać. Ale poznać coś nowego zawsze warto.
Jeżeli dotychczas wynik rywalizacji Devotees - VDGG brzmiał 2:2, to po mojej wypowiedzi myślę można ten remis utrzymać w mocy.
Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts
Hien ma rację, że takie albumy wymagają trochę więcej czasu niż tydzień czy dwa. Jestem raczej mało obyty w progu. Bo co ja tam słuchałem? Porcupine Tree i Wilsona, dwie płyty KC, dwie Floydów i jedną Jehtro Tull. I to z grubsza tyle. Tutaj mamy rok 1971. To mnie od razu napawało niepokojem. Jak ja zawsze stroniłem od zespołów z tamtych czasów! Długowłose dziady w dzwonach skaczący z gitarami po scenie i drący ryja. Takie miałem wyobrażenie. Z drugiej strony z KC, PF i JT się jednak nawet nieźle udało. Przekonałem się, że nie taki diabeł straszny jak się wydawało. Dragon przedstawił VDGG jako finałowego bossa proga. Tym samym wysoko ustawił poprzeczkę oczekiwań. Ja się już przez te bestki nauczyłem, żeby za bardzo nie wychwalać i nie windować oczekiwań, bo potem upadek jest tym boleśniejszy. Ludzie chyba nie lubią, gdy autor wrzutki zanadto coś idealizuje. Takie mam wrażenie.
Powiem od razu, że mój stosunek do tego albumu jest taki raczej neutralny. Prawdopodobnie potrzebowałbym albo więcej czasu, albo to jednak nie do końca moja bajka. Nie będę tu utworów analizował, bo się po prostu na progu nie znam. Skupię się raczej na ogólnym wrażeniu. Z tych wszystkich progowych rzeczy, których słuchałem ten album wypada jednak najgorzej. Myślę, że to kwestia nie tyle długości utworów, co ich budowy. 10 minut nie jest niczym szokującym, czy nawet 23, ale już ilość materiału, który w tym czasie upakowano już trochę tak. Muzycy VDGG jakby nieco na siłę próbowali skonstruować jakieś napakowane czym się da kobyły. Wolałbym rozłożenie tego na 3-4 dodatkowe utwory, ale krótsze. Utwór nawet bardzo długi nie wadzi, pod warunkiem, że się w całości podoba. Na Pawn Hearts każdy utwór niestety obok fragmentów dobrych zawiera też irytujące. Lubię niby zmiany tempa w utworach, ale tutaj mi to czasami nie gra. Taki A Plaque... zbudowany jest z kilku według mnie nie pasujących do siebie segmentów. No i właśnie niektóre segmenty mi się nawet podobają, inne mocno wkurzają. Tym samym nie potrafię jednoznacznie określić swojego stosunku do danego utworu. Lemmings ma fajny początek i znakomitą końcówkę. W środku też kilka spokojniejszych dobrych fragmentów. A pomiędzy nimi wybuchy hałasu. Jak Hammillton śpiewa spokojnie to jest ok. Nie lubię zaś momentów, gdy zaczyna unosić głos wyśpiewując te swoje wokalne arpeggia. Bo wtedy bardziej skrzeczy. A może nawet gdacze. Są momenty kompletnego nieprzyjemnego chaosu jak w okolicy 7-ej minuty.
Man-Erg zaczyna się spokojnie, zwyczajnie. Nawet ładna ta melodia. W 3-ej minucie zaczyna się fragment strasznie irytujący dla mnie. To właśnie takie typowe napieprzanie rodem z lat 70-tych, które mnie zawsze odstraszało. Hammill drze ryja nieprzyjemnie. Mimo tego saksofon brzmi fajnie. Znowu miesza się coś fajnego z czymś mało przyjemnym. Na szczęście potem się znowu uspokaja i prawie do końca jest ok.
A Plaque zaczyna się bardzo spoko. Podoba mi się ten fragment mimo, że Hammill znów chwilami gdacze. Potem znów jest fajny saksofon i klimatyczny fragment z organami. Środek przydługi i nieco chaotyczny chwilami. Tutaj organy występują już w zbyt dużej dawce. Ale najgorsze dopiero nadciąga. To co Hammill wyczynia od 16.35 woła o pomstę do nieba. Instrumentalnie też nie lepiej. Strasznie nie lubię takich akcji. Potworna kakofonia. Końcówka na szczęście dużo lepsza.
Tak więc każdy utwór ma momenty dobre oraz takie, które mi się nie podobają. Te momenty się czasami ze sobą wielokrotnie przeplatają co utrudnia ocenę utworu. Ogólnie brakuje mi tu jakiegoś konkretnego klimatu. Coś takiego jak na Islands. Tutaj klimatyczne są tylko fragmenty. Ale równie dużo jest chaosu. Wolałbym jak już mówiłem, żeby ten materiał bym podzielony na kilka utworów więcej, ale krótszych. Wtedy sobie można choćby te lepsze utwory posłuchać, a te nie lubiane pominąć. A tak jest coś w stylu „posłuchałbym tego A Plaque… ale w 17-ej minucie Hammillton znowu rozstroi mi nerwy”. Nie umiem powiedzieć, czy ta muzyka jest wtórna czy odkrywcza, czy koś już wcześniej wykorzystywał podobne zabiegi czy nie. Po prostu nie mam na temat rocka progresywnego żadnej sensownej wiedzy. Mogę jedynie stwierdzić czy mi się to podoba czy nie. I jest tak pół na pół.
Jak pokazało nasze forumowe zgromadzenie ten album dla jednych jest genialny, dla innych bardzo zły. Ja w sumie jestem tak pośrodku, no i piszę to z perspektywy osoby zupełnie nieobytej z taką muzyką. Dlatego ani nie zmeham, ani nie będę gloryfikował. Jak na proga z lat 70-tych to i tak mi się nieźle przyjął. Kiedyś bym spieprzał przed taką muzyką gdzie pieprz rośnie. Na początku miałem podobne odczucia do Murzyna - jeden wielki chaos. Ale po paru przesłuchaniach to i owo zacząłem łapać. Czy będę do tego wracał? Pewnie nie. Stary prog to naprawdę nie jest to, czego chce mi się na co dzień słuchać. Ale poznać coś nowego zawsze warto.
Jeżeli dotychczas wynik rywalizacji Devotees - VDGG brzmiał 2:2, to po mojej wypowiedzi myślę można ten remis utrzymać w mocy.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobra, idziemy dalej
Loża Powierników Tajemnicy Pawn Hearts elitarnym gronem pozostaje...
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie jest to dziwne, jako że jesteś byłą Mentosa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Prawda
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Akurat moja była nie cierpiała proga pod każdą postacia
Jak kiedyś będę miał ten mityczny czas, to sobie popowracam do tych albumów z pierwszych edycji i zrewiduje to co o nich pisałem. Czyli nigfyCzy będę do tego wracał? Pewnie nie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zatem karawana może jechać dalej i rozjeżdżać Cher z jej płytą Believe
devotional pisze:14 cze 2024 17:51Cher - Believe (1998)
Nie będę się rozpisywał, bo chyba nie ma o czym. To tak, jakbym próbował Wam, PT Osoby Forumowe, reklamować chleb. Względnie truskawki. Znacie kogoś, kto nie zna i nie lubi truskawek? No właśnie. Powiem tylko, że Cher ma ormiańskie korzenie, co czyni ją trzecią najbardziej znaną osobą z takimi korzeniami w świecie muzycznym na, well, świecie, zaraz obok Charlesa Aznavoura i Serja Tankiana z System of a Down. Na scenie jest chyba od zawsze, utrzymanie jej przy życiu (i na rzeczonej scenie) kosztuje już chyba tyle samo, co utrzymanie we względnym stanie mumii Towarzysza Lenina na Placu Czerwonym. Trochę żarcik, ale z drugiej strony, z takiej Maryli wszyscy toczą bekę z tych samych powodów (czy zasadnie, nie wiem, choć się domyślam).
Believe usłyszałem pierwszy raz w roku premiery, i musiało to być jakoś latem. Tzn. mogło być wcześniej, bo sam singiel o tym samym tytule latał po wszystkich stacjach radiowych, strach było zresztą lodówkę otworzyć. Moja mama się tak bardzo zakochała w tym krążku, że błyskiem go kupiła (ale w wersji spiraconej, bez choćby okładki) i puszczała przy każdej możliwej okazji z domowego boomboxa. Zapamiętałem zwłaszcza jedną taką scenę, siedzę w jednym z pokoi zwanym biblioteką przed świeżo co zmontowanym swoim pierwszym pecetem, na korytarzu mama sprząta zawartość wielkiej szafy, a obok niej stoi ów boombox i z niego leci cała płyta. Na repeacie, dosłownie. Śmiesznie, bo w ogóle na samym samym początku myślałem, że tytułowy numer (i wszystkie kolejne też w sumie) śpiewa... facet. Cóż, Cher chyba miała swoją androgeniczną fazę... Tak mi się przynajmniej wydaje. Tytułowy to tam tytułowy, jakie cuda tutaj są. I wszystkie single, All or Nothing, Strong Enough, Dov'e l'amore, ale też trochę deep cuty, jak Runaway, The Power (to akurat cover, ale co z tego), Taking Back My Heart czy We All Sleep Alone, to są dopiero numery. Złoto wśród złota.
Coś więcej? Nie wiem, kocham ten album też. Muszę go posłuchać przynajmniej raz w roku, i tak staram się robić. Kojarzy mi się z najlepszym momentem najntisów, kiedy wszystko było takie spokojne i beztroskie, a w ogóle to w maju bodaj tamtego roku (1998) pierwszy raz zobaczyłem Warszawę, do której przylazłem 14 lat później. A to było... prawie 14 lat temu ;_; Czas ucieka, coś tam coś tam. Tak czy inaczej, raz, że beztroska, a dwa, że to jest po prostu dobry krążek i tyle. Warto dodać, że pierwszy raz soczyście użyto tutaj efektu auto-tune, który przez chwilę nazywany był nawet, jakże oryginalnie, "Cher effect". Najlepsze jest w tym to, że został zmiażdżony przez krytykę lol. Ale nie słuchajcie krytyki. Słuchajcie sami (i się cieszcie).
https://youtu.be/oOGxKLUMbbc?si=kdQ9RRur0G67iXhM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Cher Believe
Szer. Ikona, ale gdy przychodzi co do czego to nawet nie jestem w stanie przywołać tytułów jej piosnek. Nie wiem o czym to świadczy - na pewno o braku rozeznania w jej twórczości wśród moich znajomych i samego piszącego. Wszystko w porządku. Bez specjalnej przesady w jakimkolwiek kierunku. Diva z dość posągowym wizerunkiem, tak bym powiedział. Porównanie do Maryli całkiem zasadne (ofc nie w kontekście wizerunku...), choć Rodowiczowa potrafi przyłożyć ostatnimi czasami wyjątkowo kampowymi rzeczami i to z pełną świadomością. Żarty dotyczące wieku jakoś już mnie nie kręcą, lepiej się skupić na muzyce i samych popisach artystycznych. Trochę kręciłem nosem, ale to spotkanie było mile zaskakujące. Obawiałem się smęcenia, a dostałem płytę z wyraźnym klubowym odciskiem. Materiał, który łączy wiele zaskakujących elementów, być może nawet sprzeczności, tyle że efekt końcowy... ciekawskich zapraszam do lektury.
Zonk na dzień dobry. Po pierwszym odsłuchu poznałem połowę rzeczy. Albo to kwestia zbyt dokładnego osłuchania z radiem albo Szer naprawdę (zasłużenie?) cieszy się uznaniem prowadzących i realizatorów. Believe to już pełnoprawny szlagier. W ramach bestki można jednak trochę podłubać. Od razu w uszy rzuca się przedawkowany auto-tune, ale z drugiej strony coś z tym wokalem trzeba było kombinować, by pasował do aranżacyjnego plastik fantasik. W zderzeniu z potężnym kickiem wychodzi wyjątkowy salon osobliwości. Koniec końców buja, ma zaraźliwy refren, nie daje wyjść z głowy. Wchodzi bez odrazy bez większych przemyśleń. W czasach artystów celowo podkręcających autotune w taki sposób, by głos brzmiał bardziej robotycznie niż organicznie to wręcz jak prekursorska awangarda. Power robi za dobry moment na oddech między szybszymi kawałkami. Tutaj niby też bit się wyróżnia, ale jeszcze są te hinduskie akcenty, gitarka... dobrze zbilansowane, choć nie kusi aż tak by wracać zbyt często. Mimo to solidna robota. Wokal tym razem uciekł przed maseczką z efektów, to też dobre urozmaicenie.
Runaway, czyli pierwsze przebudzenie głęboko ukrytych wspomnień. Początek może jeszcze jak u Sonique, no cóż, takie czasy, ale linijkę tytułową kojarzę jak przez mgłę z czasów tłuczenia na pierwszych PlayStation i dziwnych wycieczek po znajomych rodziców. Duużo dobrych rozwiązań. Trochę płaczliwy refren, generalnie melodramatyczna otoczka przez tekst. Na to nałożony znowu ostry, choć nie za szybki bicior z całą masą acid brzmień, dobrze tandetnych hooków... i jeszcze chórki na zamknięcie, cud miód malina. Wiecie, że lubię Metamorphoses, a tutaj jest bardzo podobnie, a do tego z nutką powagi i świadomości robienia czegoś mniej eksperymentalnego. Podoba mi się. All of Nothing, czyli KOLEJNY powrót do dobrze znanej przeszłości. Serio, przynajmniej połowa płyty żyła swoim życiem na falach radiowych. Tutaj trochę inny bas robi za bazę dla umpa-umpa, a nad tym pozornie konwencjonalny popik. Elementy smyków, fortepian, ekspresyjny wokal. Skrojone z brzmień niegodnych Parlophone, ale ja koniec końców nie jestem purystą, brzmi dobrze. Lekko, przyjemnie, z wyraźnymi pulsacjami, a jednocześnie bez przesady. Numery godne wczorajszej ceremonii otwarcia. To jest ta wizja heteronormy i powagi, niestety. Podskórnie płyta zaczęła mnie kąsać i już nie puściła, hihi.
Strong Enough. Seria skutecznych (przynajmniej w polskim piekiełku) singli nie ma końca? Poprzednik trochę inaczej realizował wizję muzyki glamour, a tutaj to już wybieg, scena pasują jak ulał. Trąbeczki, wyraźny bardziej rozbudowany bas, wszystko mi mówi, że ktoś lubił funk i nie wstydził się go tutaj wszczepić. Może nawet tutaj mamy punkt kulminacyjny tego teatralnego nadęcia i patosu w zderzeniu z parkietowymi patentami, ale mi tam rybka. W zaciszu domowym bawię się dostatecznie dobrze. Dove L'amore. Nie wierzę, początek jeszcze zwodniczy. Później jednak kolejny muzyczny znajomy z dzieciństwa. Kulminacja przesady chyba jednak leży w tym miejscu. Niby takie ksero na kserze. Do szerokiej skali na wokalu dochodzi schemat rodem ze sceny tanich płaczliwych love songów, typowy akustyk z momentem na solówkę... Przede wszystkim ma być rozrywkowo, lekko i ja w to wchodzę jak głupi. Muzyka bez wymyślnego przekazu i ambicji wyżej niż łeb się ma. Serowy bangerek wysokiej próby. Znowu acid syntezatorek między wersami... Kamp jako świadomy zabieg, no nie ma innej opcji że nie. Oczywiście łatwiej tak mówić po latach. Wtedy pewnie to mogło uchodzić za dość pokrętne nadążanie za trendami. Takie Ray of Light dobrze pasuje dla porównania. Bardziej subtelne, wyważone. Mimo to oba mariaże popowych ikon z elektroniką z tamtej epoki wypadają korzystnie. Czasem mocniej przemawia serce, rozum albo sentyment właśnie, zaszczepienie lub przyzwyczajenie do określonych rytmów. Na moje to dobry punkt zaczepienia do ciekawej dyskusji.
Dopiero tutaj zaczyna się Believe, którego nie znałem... ale do końca tylko cztery kawałki. To już wiecie, czemu jednak warto było wlecieć tutaj relatywnie szybko xD Takin Back My Heart brzmi już trochę inaczej. Tutaj właśnie robi się bardziej subtelnie. Produkcja aż tak nie atakuje uszu. Każdy element faktycznie się wyróżnia. Numer nie jest tak przebojowy, ale podtrzymuje z grubsza tempo płyty. Tyle dobrego. To 'maj infekszon', takiego akcentu często się nie spotyka. Bardziej fillerowy niż Power. Taxi Taxi, czyli jednak nie będzie żadnych przestojów na dłuższą metę, oj nie. Tutaj wraca soczysty groove i klubowa energia pełną gębą. Mimo wszystko trochę inaczej niż na początku płyty, tutaj pozwala się wybrzmieć poszczególnym elementom wyraźniej. Na solidnej sekcji rytmicznej co najwyżej melodyjki na padach, bo większość roboty musi zrobić sama Szer. Kontrast w refrenie działa. Numer prawie mroczny, można powiedzieć.
Końcówka płyty przynajmniej za sprawą trochę innego sposobu śpiewania przez Szer miała być bardziej liryczna. Love Is The Groove to już trochę taka kreatywna woda po parówkach, w której najciekawszy jest spokojny refren, bo w tle dzieje się już dużo rzeczy godnych ówczesnego Tangerine Dream... niby to samo, ale gorzej. Ostrzejsze gitary na takim plastikowym i pustawym tle nie wypadają zbyt wdzięcznie. Kandydat do najsłabszego numeru. Na koniec zostaje wyjątkowo urodziwy okaz. Produkcyjnie bardzo blisko polskiej sceny dansowej. Takie poważne pętle z synthowymi melodyjkami kojarzą mi się przede wszystkim z polskimi wyrobami kasetowymi. Szer za to w najbardziej pesymistycznym, surowym wydaniu. We All Sleep Alone, a zaraz potem melodyjka na melodyjce. Outsider eurodans czy co? W takim momencie myślę: szkoda, że nie poszli w stronę Introspective od SSB, czyli mniej numerów za to w wersjach jak na 12' singlach. Ten numer zasługuje na to szczególnie. Ostatnie i tak dostały trochę więcej czasu niż reszta, czysto klubowe outro aż krzyczy o obecność w DJ secie. Najbardziej speluniarskie zakończenie jakie można sobie wyobrazić, ale żadne wyobrażenie nie byłoby bliskie temu, co tutaj dostajemy.
Nie wiem co by wyszło z takiej płyty w wykonaniu Sośnickiej czy innej Haliny Frąckowiak, ale w realiach rynku artystycznego z korzeniami w PRLu taki eksperyment nawet nikomu by się nie przyśnił. Na Zachodzie myślano zupełnie inaczej i sama Szer wypada tu całkiem szczerze, po prostu DOBRZE, choć to wyjątkowo zaskakujące zestawienie. Nie liczyłem na tak serową produkcję, która jednak wyszła spod rąk ludzi czujących klubową energię. Koniec końców autotune'a nie ma aż tak dużo. Utwory są całkiem zróżnicowane. W najbliższych dniach będę jeszcze myślał o hipotetycznym Believe w wersji ala Introspective. Oryginał dał mi zaskakująco dużo frajdy. Udało się tutaj nawet odkryć coś nowego. A to ci heca...
Szer. Ikona, ale gdy przychodzi co do czego to nawet nie jestem w stanie przywołać tytułów jej piosnek. Nie wiem o czym to świadczy - na pewno o braku rozeznania w jej twórczości wśród moich znajomych i samego piszącego. Wszystko w porządku. Bez specjalnej przesady w jakimkolwiek kierunku. Diva z dość posągowym wizerunkiem, tak bym powiedział. Porównanie do Maryli całkiem zasadne (ofc nie w kontekście wizerunku...), choć Rodowiczowa potrafi przyłożyć ostatnimi czasami wyjątkowo kampowymi rzeczami i to z pełną świadomością. Żarty dotyczące wieku jakoś już mnie nie kręcą, lepiej się skupić na muzyce i samych popisach artystycznych. Trochę kręciłem nosem, ale to spotkanie było mile zaskakujące. Obawiałem się smęcenia, a dostałem płytę z wyraźnym klubowym odciskiem. Materiał, który łączy wiele zaskakujących elementów, być może nawet sprzeczności, tyle że efekt końcowy... ciekawskich zapraszam do lektury.
Zonk na dzień dobry. Po pierwszym odsłuchu poznałem połowę rzeczy. Albo to kwestia zbyt dokładnego osłuchania z radiem albo Szer naprawdę (zasłużenie?) cieszy się uznaniem prowadzących i realizatorów. Believe to już pełnoprawny szlagier. W ramach bestki można jednak trochę podłubać. Od razu w uszy rzuca się przedawkowany auto-tune, ale z drugiej strony coś z tym wokalem trzeba było kombinować, by pasował do aranżacyjnego plastik fantasik. W zderzeniu z potężnym kickiem wychodzi wyjątkowy salon osobliwości. Koniec końców buja, ma zaraźliwy refren, nie daje wyjść z głowy. Wchodzi bez odrazy bez większych przemyśleń. W czasach artystów celowo podkręcających autotune w taki sposób, by głos brzmiał bardziej robotycznie niż organicznie to wręcz jak prekursorska awangarda. Power robi za dobry moment na oddech między szybszymi kawałkami. Tutaj niby też bit się wyróżnia, ale jeszcze są te hinduskie akcenty, gitarka... dobrze zbilansowane, choć nie kusi aż tak by wracać zbyt często. Mimo to solidna robota. Wokal tym razem uciekł przed maseczką z efektów, to też dobre urozmaicenie.
Runaway, czyli pierwsze przebudzenie głęboko ukrytych wspomnień. Początek może jeszcze jak u Sonique, no cóż, takie czasy, ale linijkę tytułową kojarzę jak przez mgłę z czasów tłuczenia na pierwszych PlayStation i dziwnych wycieczek po znajomych rodziców. Duużo dobrych rozwiązań. Trochę płaczliwy refren, generalnie melodramatyczna otoczka przez tekst. Na to nałożony znowu ostry, choć nie za szybki bicior z całą masą acid brzmień, dobrze tandetnych hooków... i jeszcze chórki na zamknięcie, cud miód malina. Wiecie, że lubię Metamorphoses, a tutaj jest bardzo podobnie, a do tego z nutką powagi i świadomości robienia czegoś mniej eksperymentalnego. Podoba mi się. All of Nothing, czyli KOLEJNY powrót do dobrze znanej przeszłości. Serio, przynajmniej połowa płyty żyła swoim życiem na falach radiowych. Tutaj trochę inny bas robi za bazę dla umpa-umpa, a nad tym pozornie konwencjonalny popik. Elementy smyków, fortepian, ekspresyjny wokal. Skrojone z brzmień niegodnych Parlophone, ale ja koniec końców nie jestem purystą, brzmi dobrze. Lekko, przyjemnie, z wyraźnymi pulsacjami, a jednocześnie bez przesady. Numery godne wczorajszej ceremonii otwarcia. To jest ta wizja heteronormy i powagi, niestety. Podskórnie płyta zaczęła mnie kąsać i już nie puściła, hihi.
Strong Enough. Seria skutecznych (przynajmniej w polskim piekiełku) singli nie ma końca? Poprzednik trochę inaczej realizował wizję muzyki glamour, a tutaj to już wybieg, scena pasują jak ulał. Trąbeczki, wyraźny bardziej rozbudowany bas, wszystko mi mówi, że ktoś lubił funk i nie wstydził się go tutaj wszczepić. Może nawet tutaj mamy punkt kulminacyjny tego teatralnego nadęcia i patosu w zderzeniu z parkietowymi patentami, ale mi tam rybka. W zaciszu domowym bawię się dostatecznie dobrze. Dove L'amore. Nie wierzę, początek jeszcze zwodniczy. Później jednak kolejny muzyczny znajomy z dzieciństwa. Kulminacja przesady chyba jednak leży w tym miejscu. Niby takie ksero na kserze. Do szerokiej skali na wokalu dochodzi schemat rodem ze sceny tanich płaczliwych love songów, typowy akustyk z momentem na solówkę... Przede wszystkim ma być rozrywkowo, lekko i ja w to wchodzę jak głupi. Muzyka bez wymyślnego przekazu i ambicji wyżej niż łeb się ma. Serowy bangerek wysokiej próby. Znowu acid syntezatorek między wersami... Kamp jako świadomy zabieg, no nie ma innej opcji że nie. Oczywiście łatwiej tak mówić po latach. Wtedy pewnie to mogło uchodzić za dość pokrętne nadążanie za trendami. Takie Ray of Light dobrze pasuje dla porównania. Bardziej subtelne, wyważone. Mimo to oba mariaże popowych ikon z elektroniką z tamtej epoki wypadają korzystnie. Czasem mocniej przemawia serce, rozum albo sentyment właśnie, zaszczepienie lub przyzwyczajenie do określonych rytmów. Na moje to dobry punkt zaczepienia do ciekawej dyskusji.
Dopiero tutaj zaczyna się Believe, którego nie znałem... ale do końca tylko cztery kawałki. To już wiecie, czemu jednak warto było wlecieć tutaj relatywnie szybko xD Takin Back My Heart brzmi już trochę inaczej. Tutaj właśnie robi się bardziej subtelnie. Produkcja aż tak nie atakuje uszu. Każdy element faktycznie się wyróżnia. Numer nie jest tak przebojowy, ale podtrzymuje z grubsza tempo płyty. Tyle dobrego. To 'maj infekszon', takiego akcentu często się nie spotyka. Bardziej fillerowy niż Power. Taxi Taxi, czyli jednak nie będzie żadnych przestojów na dłuższą metę, oj nie. Tutaj wraca soczysty groove i klubowa energia pełną gębą. Mimo wszystko trochę inaczej niż na początku płyty, tutaj pozwala się wybrzmieć poszczególnym elementom wyraźniej. Na solidnej sekcji rytmicznej co najwyżej melodyjki na padach, bo większość roboty musi zrobić sama Szer. Kontrast w refrenie działa. Numer prawie mroczny, można powiedzieć.
Końcówka płyty przynajmniej za sprawą trochę innego sposobu śpiewania przez Szer miała być bardziej liryczna. Love Is The Groove to już trochę taka kreatywna woda po parówkach, w której najciekawszy jest spokojny refren, bo w tle dzieje się już dużo rzeczy godnych ówczesnego Tangerine Dream... niby to samo, ale gorzej. Ostrzejsze gitary na takim plastikowym i pustawym tle nie wypadają zbyt wdzięcznie. Kandydat do najsłabszego numeru. Na koniec zostaje wyjątkowo urodziwy okaz. Produkcyjnie bardzo blisko polskiej sceny dansowej. Takie poważne pętle z synthowymi melodyjkami kojarzą mi się przede wszystkim z polskimi wyrobami kasetowymi. Szer za to w najbardziej pesymistycznym, surowym wydaniu. We All Sleep Alone, a zaraz potem melodyjka na melodyjce. Outsider eurodans czy co? W takim momencie myślę: szkoda, że nie poszli w stronę Introspective od SSB, czyli mniej numerów za to w wersjach jak na 12' singlach. Ten numer zasługuje na to szczególnie. Ostatnie i tak dostały trochę więcej czasu niż reszta, czysto klubowe outro aż krzyczy o obecność w DJ secie. Najbardziej speluniarskie zakończenie jakie można sobie wyobrazić, ale żadne wyobrażenie nie byłoby bliskie temu, co tutaj dostajemy.
Nie wiem co by wyszło z takiej płyty w wykonaniu Sośnickiej czy innej Haliny Frąckowiak, ale w realiach rynku artystycznego z korzeniami w PRLu taki eksperyment nawet nikomu by się nie przyśnił. Na Zachodzie myślano zupełnie inaczej i sama Szer wypada tu całkiem szczerze, po prostu DOBRZE, choć to wyjątkowo zaskakujące zestawienie. Nie liczyłem na tak serową produkcję, która jednak wyszła spod rąk ludzi czujących klubową energię. Koniec końców autotune'a nie ma aż tak dużo. Utwory są całkiem zróżnicowane. W najbliższych dniach będę jeszcze myślał o hipotetycznym Believe w wersji ala Introspective. Oryginał dał mi zaskakująco dużo frajdy. Udało się tutaj nawet odkryć coś nowego. A to ci heca...
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ekhm.
Tak widzę że na razie recki stoją i myślę sobie już że wiem dlaczego.
Zwrócono mi ANONIMOWO uwagę że Musiał dał link tylko do utworu Believe a nie całej płyty xD
Jak coś tu link do całej płyty ;-)
https://youtube.com/playlist?list=PLaHP ... 9nxNMbwqoi
Tak widzę że na razie recki stoją i myślę sobie już że wiem dlaczego.
Zwrócono mi ANONIMOWO uwagę że Musiał dał link tylko do utworu Believe a nie całej płyty xD
Jak coś tu link do całej płyty ;-)
https://youtube.com/playlist?list=PLaHP ... 9nxNMbwqoi
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czekam na Sebę (bo reszta pewnie karta pułapka z pominięciem płyty) i lecę z Vegą *smile*
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mówisz masz. 
O tym, że jest ktoś taki jak Cher wiem, bo nie słyszeć o tej artystce to faktycznie trochę tak, jakby nie słyszeć o chlebie i truskawkach. Co prawda zaryzykuje tezę, że mimo wszystko z jej twórczością zetknęło się nieco mniej osób, niż jadło chleb i mam dziwne przeczucie, że wywołuje nieco większe kontrowersje, ale nie będę się czepiać na siłę, bo mimo wszystko przyszedłem tu napisać coś o muzyce, a nie owocach i wyrobach mącznych.
Od razu zaznaczę, że jako rasowy wieśniak i człowiek bez większego kapitału kulturowego, przed tą polecajką nigdy nie słuchałem tej płyty w całości, zatem od razu powiem, że odpada mi tzw. Czynnik nostalgiczny, bo w 1999 to ja raczej nie miałem jak się dowiedzieć kto to jest ta cała Cher i czy ma coś wspólnego z Cherry Cherry Lady tudzież coś.
Jakikolwiek pierwszy świadomy kontakt z twórczością CHER miałem pod koniec lat zerowych - było to rzecz jasna BELIEVE. W ówczesnym, rockistycznym Internecie uchodził on za synonim tandety, kiczu i generalnego bezguścia, bo raz, że kto to widział jakiegoś eurodance'u słuchać, a dwa, że najebano tam tyle vocodera i efektów, że w sumie to nie wiadomo czy to baba śpiewo czy chłop iksde iksde. Na pewno pomagał też ten jeden z odcinków South Parku (tak, znam odcinek South Parku na każdą okoliczność).
W każdym razie sam przez lata byłem w gronie lżących po tym kawałku, ale minęło trochę czasu, polubiłem się z wieloma rzeczami, których kiedyś bym nawet nie włączył, poszerzyłem horyzonty, nagrano 942952 rzeczy z wykorzystaniem autotune, a nawet przesłuchałem ponownie tę piosenkę. No i okazało się, że ten diabeł to nie taki straszny, bo to po prostu fajny popowy kawałek, który właściwie historia zweryfikowała pozytywnie - autotune dziś jest normą, a ja sam nie widuję tego kawałka na listach najgorszych rzeczy w muzyce rozrywkowej.
Ale by nie było - ta recenzja nie będzie laurką. Album jako całość jest dla mnie wręcz archetypicznym przykładem tzw. Poprawnego albumu popowego. Z reguły takie albumy zawierają się z kilku spoko rzeczy napisanych jako single, jednego lub dwóch równie spoko deep cutów, które z różnych przyczyn się nie wybiły i jakichś zapychaczy, które może i złe nie są, ale dobrymi to bym ich nie nazwał. I tu nie jest inaczej
No i takim sztandarowym zapychaczem są dwie kolejne pozycje na trackliście - THE POWER oraz RUNAWAY. Generalnie to rzeczy, które mógłbym kurtuazyjnie napisać poprawnymi czy rzetelnymi, bo wiecie no - wkurzyć mnie nie wkurwiły, zęby mi nie wypadły z rozpaczy, ale jednak no raczej nigdy ich sam z siebie nie włącze. Ta pierwsza zbyt często irytuje, a to tym plumkaniem, a to męczącym refrenem, a ta druga sprawia wrażenie może i niezłej, ale pozbawionej jakiejkolwiek energii i wyrazu.
Ciekawe w sumie, że tuż po nich pojawiają się akurat trzy singlowe kawałki. Gdybym nagrywał płytę pop według schematu, o którym pisałem wyżej, to też bym je umieścił mniej-więcej w tym samym miejscu… Nad ALL OR NOTHING nie widzę sensu się jakoś szczególnie pochylać. Ot, jeden z tych sztandarowych przedstawicieli gatunku, gdzie nie przełączam radia z krzykiem gdy to tam słyszę, ale sam z siebie nigdy nie włącze. Okej, niech będzie że bridge SPOKO. STRONG ENOUGH trąci mi czymś podobnym do I WILL SURVIVE, oba te kawałki mają podobny vibe i pewnie nie jedna i nie siedemnaście osób je kiedyś pomyliło. W każdym razie to akurat jest fajne, dobry bicior i motyw na smykach, dla takich bangerów nic nie robię.
Niestety, przejazd przez zagłębie singlowe nie obył się bez turbulencji, bo dostaliśmy tu też prawdziwy koszmaret w postaci DOV'E L'AMORE. Może jestem uprzedzony i jestem rasistą czy coś, ale trudno - ciężko mi znieść latino pop, a zwłaszcza ten mainstreamowy. Drażni mnie to, wkurza mnie to, jak słyszę ten wokal Cher krzyczący w tym okropnym języku to chcę coś rozwalić, a jak czytam, że ktoś to nazywa złotem to chcę go w najlepszym razie wyśmiać.
TAKIN' BACK MY HEART na szczęście koi moje serduszko. Wydawało mi się, że to będzie jeden z tych fillerów, które w ostateczności przemęczę, a to naprawdę całkiem spoko "czarne" granie, którego spodziewałbym się od Murzyna w bestce kiedyś tam, a nie od Musiała na płycie Cher. Spoko funkowe gitarki, przyjemna sekcja rytmiczna i generalnie całkiem to ładne, przyjemne i w duchu 70sów. Bierę to. To jest ten słynny deep cut.
TAXI TAXI to jest jeden z tych kawałków, które niby przyciągają uwagę podczas pierwszego odsłuchu i każą sobie zadawać pytanie dlaczego, u licha, to nie zostało singlem, ale jak później człowiek do tego wraca, to jednak człowiek zupełnie się temu nie dziwi. Nie chcę sugerować, że to jakaś słabizna, bo nie - to nawet fajny eurodance i ciekawy ukłon w stronę muzyki klubowej, ale traktuję to bardziej jako ciekawostkę.
No i ten no… zostały dwa kawałki. LOVE IS THE GROOVE ma może i wpadający w ucho refren, ale dupy mi on nie urwał, a poza nim nic nie przyciągneło uwagi. No trudno, pomysły skończyły i się tak zaskakująco późno jeśli mam być szczery. Ich brak najlepiej symbolizuje to, że album wieńczy remix jednego ze starych przebojów artystki - pewnie nie jeden Melczet jojczał i krzyczał na chmury słysząc, że taki banger jak WE ALL SLEEP ALONE nagrany z Jonem Bon Jovi został przerobiony na dyskotekową siekę. Ja z tym problemu nie mam, ale też nie jest to rzecz, której chciałoby mi się słuchać z własnej nieprzymuszonej woli.
Czego się spodziewałem, to dostałem, a tam gdzie byłem - miód i mleko piłem. Trochę spoko bangerów, trochę nieznośnych, trochę deep cutów i trochę zapychaczy, wszystko na szczęście w akceptowalnych dla mnie proporcjach. Trochę jak chleb i truskawki mrożone z Biedronki - człowiek się niby najadł, nawet nie było to takie złe, ale wiadomix, że rozkoszy podniebienia nie zaznałem. Czyli ZŁOTO GENIUSZ itd
O tym, że jest ktoś taki jak Cher wiem, bo nie słyszeć o tej artystce to faktycznie trochę tak, jakby nie słyszeć o chlebie i truskawkach. Co prawda zaryzykuje tezę, że mimo wszystko z jej twórczością zetknęło się nieco mniej osób, niż jadło chleb i mam dziwne przeczucie, że wywołuje nieco większe kontrowersje, ale nie będę się czepiać na siłę, bo mimo wszystko przyszedłem tu napisać coś o muzyce, a nie owocach i wyrobach mącznych.
Od razu zaznaczę, że jako rasowy wieśniak i człowiek bez większego kapitału kulturowego, przed tą polecajką nigdy nie słuchałem tej płyty w całości, zatem od razu powiem, że odpada mi tzw. Czynnik nostalgiczny, bo w 1999 to ja raczej nie miałem jak się dowiedzieć kto to jest ta cała Cher i czy ma coś wspólnego z Cherry Cherry Lady tudzież coś.
Jakikolwiek pierwszy świadomy kontakt z twórczością CHER miałem pod koniec lat zerowych - było to rzecz jasna BELIEVE. W ówczesnym, rockistycznym Internecie uchodził on za synonim tandety, kiczu i generalnego bezguścia, bo raz, że kto to widział jakiegoś eurodance'u słuchać, a dwa, że najebano tam tyle vocodera i efektów, że w sumie to nie wiadomo czy to baba śpiewo czy chłop iksde iksde. Na pewno pomagał też ten jeden z odcinków South Parku (tak, znam odcinek South Parku na każdą okoliczność).
W każdym razie sam przez lata byłem w gronie lżących po tym kawałku, ale minęło trochę czasu, polubiłem się z wieloma rzeczami, których kiedyś bym nawet nie włączył, poszerzyłem horyzonty, nagrano 942952 rzeczy z wykorzystaniem autotune, a nawet przesłuchałem ponownie tę piosenkę. No i okazało się, że ten diabeł to nie taki straszny, bo to po prostu fajny popowy kawałek, który właściwie historia zweryfikowała pozytywnie - autotune dziś jest normą, a ja sam nie widuję tego kawałka na listach najgorszych rzeczy w muzyce rozrywkowej.
Ale by nie było - ta recenzja nie będzie laurką. Album jako całość jest dla mnie wręcz archetypicznym przykładem tzw. Poprawnego albumu popowego. Z reguły takie albumy zawierają się z kilku spoko rzeczy napisanych jako single, jednego lub dwóch równie spoko deep cutów, które z różnych przyczyn się nie wybiły i jakichś zapychaczy, które może i złe nie są, ale dobrymi to bym ich nie nazwał. I tu nie jest inaczej
No i takim sztandarowym zapychaczem są dwie kolejne pozycje na trackliście - THE POWER oraz RUNAWAY. Generalnie to rzeczy, które mógłbym kurtuazyjnie napisać poprawnymi czy rzetelnymi, bo wiecie no - wkurzyć mnie nie wkurwiły, zęby mi nie wypadły z rozpaczy, ale jednak no raczej nigdy ich sam z siebie nie włącze. Ta pierwsza zbyt często irytuje, a to tym plumkaniem, a to męczącym refrenem, a ta druga sprawia wrażenie może i niezłej, ale pozbawionej jakiejkolwiek energii i wyrazu.
Ciekawe w sumie, że tuż po nich pojawiają się akurat trzy singlowe kawałki. Gdybym nagrywał płytę pop według schematu, o którym pisałem wyżej, to też bym je umieścił mniej-więcej w tym samym miejscu… Nad ALL OR NOTHING nie widzę sensu się jakoś szczególnie pochylać. Ot, jeden z tych sztandarowych przedstawicieli gatunku, gdzie nie przełączam radia z krzykiem gdy to tam słyszę, ale sam z siebie nigdy nie włącze. Okej, niech będzie że bridge SPOKO. STRONG ENOUGH trąci mi czymś podobnym do I WILL SURVIVE, oba te kawałki mają podobny vibe i pewnie nie jedna i nie siedemnaście osób je kiedyś pomyliło. W każdym razie to akurat jest fajne, dobry bicior i motyw na smykach, dla takich bangerów nic nie robię.
Niestety, przejazd przez zagłębie singlowe nie obył się bez turbulencji, bo dostaliśmy tu też prawdziwy koszmaret w postaci DOV'E L'AMORE. Może jestem uprzedzony i jestem rasistą czy coś, ale trudno - ciężko mi znieść latino pop, a zwłaszcza ten mainstreamowy. Drażni mnie to, wkurza mnie to, jak słyszę ten wokal Cher krzyczący w tym okropnym języku to chcę coś rozwalić, a jak czytam, że ktoś to nazywa złotem to chcę go w najlepszym razie wyśmiać.
TAKIN' BACK MY HEART na szczęście koi moje serduszko. Wydawało mi się, że to będzie jeden z tych fillerów, które w ostateczności przemęczę, a to naprawdę całkiem spoko "czarne" granie, którego spodziewałbym się od Murzyna w bestce kiedyś tam, a nie od Musiała na płycie Cher. Spoko funkowe gitarki, przyjemna sekcja rytmiczna i generalnie całkiem to ładne, przyjemne i w duchu 70sów. Bierę to. To jest ten słynny deep cut.
TAXI TAXI to jest jeden z tych kawałków, które niby przyciągają uwagę podczas pierwszego odsłuchu i każą sobie zadawać pytanie dlaczego, u licha, to nie zostało singlem, ale jak później człowiek do tego wraca, to jednak człowiek zupełnie się temu nie dziwi. Nie chcę sugerować, że to jakaś słabizna, bo nie - to nawet fajny eurodance i ciekawy ukłon w stronę muzyki klubowej, ale traktuję to bardziej jako ciekawostkę.
No i ten no… zostały dwa kawałki. LOVE IS THE GROOVE ma może i wpadający w ucho refren, ale dupy mi on nie urwał, a poza nim nic nie przyciągneło uwagi. No trudno, pomysły skończyły i się tak zaskakująco późno jeśli mam być szczery. Ich brak najlepiej symbolizuje to, że album wieńczy remix jednego ze starych przebojów artystki - pewnie nie jeden Melczet jojczał i krzyczał na chmury słysząc, że taki banger jak WE ALL SLEEP ALONE nagrany z Jonem Bon Jovi został przerobiony na dyskotekową siekę. Ja z tym problemu nie mam, ale też nie jest to rzecz, której chciałoby mi się słuchać z własnej nieprzymuszonej woli.
Czego się spodziewałem, to dostałem, a tam gdzie byłem - miód i mleko piłem. Trochę spoko bangerów, trochę nieznośnych, trochę deep cutów i trochę zapychaczy, wszystko na szczęście w akceptowalnych dla mnie proporcjach. Trochę jak chleb i truskawki mrożone z Biedronki - człowiek się niby najadł, nawet nie było to takie złe, ale wiadomix, że rozkoszy podniebienia nie zaznałem. Czyli ZŁOTO GENIUSZ itd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Seba SZEF, tuszeee
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Cher - Believe
Cher – stara dobra znajoma. Nigdy nie zgłębiałem jej dyskografii, ale po przesłuchaniu albumu się okazało, że większość utworów doskonale znam. Trudno uwierzyć, ze to już 26 lat minęło od chwili, kiedy Believe latało w eterze jak oszalałe. Czas leci zbyt szybko.
Album jest całkiem przebojowy. Większość utworów jak mówiłem znam ze stacji radiowych. Ale po kolei.
Tytułowy utwór Believe to był niezły przebój. Nie wrzuciłbym go do bestki, bo aż tak mnie nie chwycił, ale generalnie jest spoko. Wkręca się ta melodia do głowy mimo wszystko. Z efektami na wokalu przesadzono, choć z drugiej strony mają one tutaj jakiś sens. Utwór z rodzaju – spoko hicik, ale spokojnie się bez niego obejdę.
Ciekawiej jest w przypadku The Power, który to też znałem. Spokojniejszy numer z fajną gitarową zagrywką i ładną melodią. Nieźle buja.
Runaway to kolejny znany mi utwór. I ten podoba mi się najmniej z dotychczasowych. Taka disco łupanka po prostu za jaką nie przepadam. Produkcja typowa dla lat 90’.
Gdy zaczyna się Al lor Nothing człowiek od razu myśli „co jest, znowu Believe?”. Utwór bliźniaczo wręcz podobny i równie przebojowy. Czwarty utwór, który doskonale znam. Ja już sam nie wiem czy czasami tego albumu jednak kiedyś nie słyszałem. Albo składa się on z prawie samych singli, albo słuchałem płyty i już nie pamiętam o tym. Okładka też doskonale się kojarzy.
Strong Enough – tutaj to jestem pewien, że to był singiel, bo latało w eterze nie gorzej od Believe. Te smyki fajnie mi się kojarzą z jednym utworem Robbiego Williamsa. A fajne skojarzenia mogą podbić wartość utworu. I tak jest też w tym przypadku.
Dov’e l’amore to po The Power kolejny utwór z latino naleciałościami. Chyba nie muszę dodawać, że utwór doskonale znam. Nie przepadam za latino, więc wzdychał nie będę.
O i wreszcie coś, co mi niewiele mówi, czyli Takin’ Back Ny Heart. Szkoda tylko, że przelatuje przez uszy właściwie niezauważenie. Taki mały zapychacz jednak. Nie jest to nic irytującego, ale też nic interesującego. Jest bo jest i tyle.
Potem Taxi taxi zdecydowanie na eurodanceową modłę. Stronię raczej od eurodance jak mogę. Strasznie się ten gatunek zestarzał. Taxi niby melodyjne, chwytliwe, ale i nieco obciachowe. To już nie nuta na moje uszy.
Love Is The Groove już lepsze. To też takie disco, ale w spokojniejszym tonie. Przyjemniej się tego jednak słucha. Chociaż w innej aranżacji na pewno utwór mógłby mocno zyskać.
Wee All Sleep Alone z kolei mocno mi się skojarzył z jednym utworem Katy B (ciekawe czy Murzyn też miał takie odczucia). Utwór lepszy od kilku poprzednich.
No cóż, album przeleciał dosyć szybko. Okazało się, że większość utworów, nawet tych nie singlowych doskonale znałem. Może tego kiedyś słuchałem, a może nie. Już sam nie wiem. W sumie powinno zadziałać coś takiego jak nostalgia, ale jednak nie za bardzo zadziałało. Utwory przebojowe, chwytliwe, ale w mało interesujących dla mnie aranżacjach. Eurodance to nie jest coś, do czego bym chciał wracać. Nawet często się dziwię, jak ja mogłem tego nurtu na początku lat 90’ słuchać. Był to raczej krótki epizod, ale był. Believe to takie trochę disco tłuczenie na jedną modłę. Jeszcze w okresie wydania albumu odbierałem te utwory lepiej, ale teraz to już jestem w zupełnie innym muzycznym świecie. Żeby nie było że tylko narzekam – album nie jest zły. Jest nawet kilka niezłych momentów. Posłuchałem bez krzywienia i marudzenia, ale serce nie chciało za bardzo przyspieszyć.
I ostatnia rzecz – nie jestem jednak fanem wokalu Cher. Nie podoba mi się jej głos i nic na to nie poradzę.
Cher – stara dobra znajoma. Nigdy nie zgłębiałem jej dyskografii, ale po przesłuchaniu albumu się okazało, że większość utworów doskonale znam. Trudno uwierzyć, ze to już 26 lat minęło od chwili, kiedy Believe latało w eterze jak oszalałe. Czas leci zbyt szybko.
Album jest całkiem przebojowy. Większość utworów jak mówiłem znam ze stacji radiowych. Ale po kolei.
Tytułowy utwór Believe to był niezły przebój. Nie wrzuciłbym go do bestki, bo aż tak mnie nie chwycił, ale generalnie jest spoko. Wkręca się ta melodia do głowy mimo wszystko. Z efektami na wokalu przesadzono, choć z drugiej strony mają one tutaj jakiś sens. Utwór z rodzaju – spoko hicik, ale spokojnie się bez niego obejdę.
Ciekawiej jest w przypadku The Power, który to też znałem. Spokojniejszy numer z fajną gitarową zagrywką i ładną melodią. Nieźle buja.
Runaway to kolejny znany mi utwór. I ten podoba mi się najmniej z dotychczasowych. Taka disco łupanka po prostu za jaką nie przepadam. Produkcja typowa dla lat 90’.
Gdy zaczyna się Al lor Nothing człowiek od razu myśli „co jest, znowu Believe?”. Utwór bliźniaczo wręcz podobny i równie przebojowy. Czwarty utwór, który doskonale znam. Ja już sam nie wiem czy czasami tego albumu jednak kiedyś nie słyszałem. Albo składa się on z prawie samych singli, albo słuchałem płyty i już nie pamiętam o tym. Okładka też doskonale się kojarzy.
Strong Enough – tutaj to jestem pewien, że to był singiel, bo latało w eterze nie gorzej od Believe. Te smyki fajnie mi się kojarzą z jednym utworem Robbiego Williamsa. A fajne skojarzenia mogą podbić wartość utworu. I tak jest też w tym przypadku.
Dov’e l’amore to po The Power kolejny utwór z latino naleciałościami. Chyba nie muszę dodawać, że utwór doskonale znam. Nie przepadam za latino, więc wzdychał nie będę.
O i wreszcie coś, co mi niewiele mówi, czyli Takin’ Back Ny Heart. Szkoda tylko, że przelatuje przez uszy właściwie niezauważenie. Taki mały zapychacz jednak. Nie jest to nic irytującego, ale też nic interesującego. Jest bo jest i tyle.
Potem Taxi taxi zdecydowanie na eurodanceową modłę. Stronię raczej od eurodance jak mogę. Strasznie się ten gatunek zestarzał. Taxi niby melodyjne, chwytliwe, ale i nieco obciachowe. To już nie nuta na moje uszy.
Love Is The Groove już lepsze. To też takie disco, ale w spokojniejszym tonie. Przyjemniej się tego jednak słucha. Chociaż w innej aranżacji na pewno utwór mógłby mocno zyskać.
Wee All Sleep Alone z kolei mocno mi się skojarzył z jednym utworem Katy B (ciekawe czy Murzyn też miał takie odczucia). Utwór lepszy od kilku poprzednich.
No cóż, album przeleciał dosyć szybko. Okazało się, że większość utworów, nawet tych nie singlowych doskonale znałem. Może tego kiedyś słuchałem, a może nie. Już sam nie wiem. W sumie powinno zadziałać coś takiego jak nostalgia, ale jednak nie za bardzo zadziałało. Utwory przebojowe, chwytliwe, ale w mało interesujących dla mnie aranżacjach. Eurodance to nie jest coś, do czego bym chciał wracać. Nawet często się dziwię, jak ja mogłem tego nurtu na początku lat 90’ słuchać. Był to raczej krótki epizod, ale był. Believe to takie trochę disco tłuczenie na jedną modłę. Jeszcze w okresie wydania albumu odbierałem te utwory lepiej, ale teraz to już jestem w zupełnie innym muzycznym świecie. Żeby nie było że tylko narzekam – album nie jest zły. Jest nawet kilka niezłych momentów. Posłuchałem bez krzywienia i marudzenia, ale serce nie chciało za bardzo przyspieszyć.
I ostatnia rzecz – nie jestem jednak fanem wokalu Cher. Nie podoba mi się jej głos i nic na to nie poradzę.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No ten wokal jest specyficzny, nie psuł mi jakoś bardzo tych rzeczy które mi się podobały, ale w tych najbardziej wkurwiajacych momentach był najgorsza częścią
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jako że czuję się wywoływany do tablicy napiszę jedynie że
Takin' Back My Heart to jednak takie białe pop-r&b w stylu George Michaela jak dla mnie i nie w stylu rzeczy jakie będę jeszcze wrzucał
Taxi Taxi ma mega nachalny refren i taki kiczowaty eurodance bicik że brzmi jak jakiś pastiszowy numer który mógłby lecieć w radiu z GTA3, to się trochę wkręca wbrew woli słuchacza
We All Sleep Alone kurde... powiedz shodan o którym kawałku Katy B myślisz bo coś mi dzwoni ale nie wiem w którym kościele
Takin' Back My Heart to jednak takie białe pop-r&b w stylu George Michaela jak dla mnie i nie w stylu rzeczy jakie będę jeszcze wrzucał
Taxi Taxi ma mega nachalny refren i taki kiczowaty eurodance bicik że brzmi jak jakiś pastiszowy numer który mógłby lecieć w radiu z GTA3, to się trochę wkręca wbrew woli słuchacza
We All Sleep Alone kurde... powiedz shodan o którym kawałku Katy B myślisz bo coś mi dzwoni ale nie wiem w którym kościele
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czy chodzi o I Wanna Be?
https://youtu.be/9K1jmwIgH5s?si=J99NbFPthFhGc5Ad
Całkiem możliwe, podobna melodia i generalnie ostra inspira latami 90.
https://youtu.be/9K1jmwIgH5s?si=J99NbFPthFhGc5Ad
Całkiem możliwe, podobna melodia i generalnie ostra inspira latami 90.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja myślałem o takim np. Everything.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tak, też jak najbardziej, widzisz szukałem tego w myślach, jest coś w tym jak oba te numery otwierają się z buta bez ceregieli prosto porywają mniej lub bardziej na parkiet, dobre ucho Wuju
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Cher – Believe
Kiedy zobaczyłem, że Musiał wrzucił ten album Cher, to od razu się ucieszyłem. Z singlami z tego albumu mam niesamowite wspomnienia z dzieciństwa i te numery uwielbiam (o czym Musiał wie), ale nigdy nie sięgnąłem po cały album. Nie wiem czemu, ale takich albumów jest mnóstwo i na pewno większość z Was relnie. Pretekst idealny, za co kocham tę bestkę. Numer tytułowy znam na pamięć tak bardzo, jak się da. Grano go wtedy dosłownie wszędzie i ciągle. To był naprawdę pierwszy raz kiedy auto-tune został użyty na taką skalę, ale nie żeby maskować niedoskonałości wokalne, ale żeby zrobić ten świadomie kosmiczny efekt. Niektórzy fani Cher mieli pewnie ból dupy, bo jednak shift stylistyczny jest olbrzymi w porównaniu do tego co nagrywała wcześniej, ale ja nie miałem tego obciążenia, zawsze lubiłem, zawsze chętnie wracam do tego numeru, nigdy nie wyłączam.
„The Power” to pierwsza dla mnie nowość i kurde, zmiana klimatu. Nie jest tanecznie, to znaczy jest kompletnie tanecznie, ale nie tak jak się spodziewałem. Bardzo nocny i taki wręcz noirowy klimat, połączony z czymśtam, nie wiem, tańczenie o architekturze. Fajny kawałek, którego się na tej płycie zupełnie nie spodziewałem. Jeden z ulubieńców, mimo że totalnie inny klimat.
„Runaway” zaczyna się nocnymi padami. Bit niemal identyczny jak w „Believe”, ale kawałek ma jednak zupełnie inny vibe. Z początku szykowałem się na wariacja „Waiting for the Night” (a raczej protoplastę), ale nie, skręca to w trochę inne rejony. Fajny, skoczny numer w stylu fajnych skocznych numerów z tego albumu. Może brakuje mu naprawdę chwytliwego refrenu, no ale temu też pewnie nie był singlem. Cher effect się pojawia, jest super.
„All or Nothing” znowu praktycznie ten sam bit i tempo, wychodzi na to, że na tym albumie tak jest. Numer oczywiście pamiętam z radia, sprzed lat ale nie tylko, bo to non stop jest puszczane do dziś. Tutaj wspomnienia znowu górują, ale poza tym, jest to po prostu zajebisty kawałek. Ja chyba lubię po prostu słuchać wokalu Cher do techno bitów. Ok, ten spoken word mostek może trochę trąci cringem,a le jest krótki i jednak jest to produkt swoich czasów. W tle słyszę jakiś fretless bass, więc fikuśnie. Wypasiony kawałek.
Po jednym hicie, dostaję w mordę kolejnym. Mam takie wspomnienie, jak gramy sobie w szkole podstawowej w ping ponga i koleś z którym grałem, non stop śpiewał „Strong Enough”, po prostu nie mogło mu to wyjść z głowy. Tak, w 1998 roku dzieci słuchały Cher. Fajnie mieć klarowne wspomnienia z tak dalekiej przeszłości (26 lat, kaman). Kawałek jest, nikogo nie zaskoczę, zajebisty.
„Dov’e L’amore”, trzeci mega hit z rzędu, Cher trzyma równo za jaja na tej płycie. Numer w stylu jakiegoś „Zbuntowanego Anioła”, powinienem to hejtować, ale nie potrafię, bo to jest, pomimo tej konwencji, po prostu dobre. Wspomnienia tez elewują ten numer, ale nie „ratują”.
„Takin’ Back My Heart” w starym stylu, typowy numer z lat 90-tych. Uwielbiam takie kawałki, no i te obowiązkowe dzwoneczki, magia. Jest funky, w tanecznym stylu, który kojarzę między innymi z płyt George’a Michaela. Aż człowiek by miał ochotę wskoczyć w kabriolet i przejechać się nocą po najntisowej Polsce, ehh.
„Taxi Taxi” wjeżdża zabawnie, trochę jak „Calcuta”, którą Musiał zna. Ogólnie cały kawałek jest zabawny i ma mocno chwytliwy refren. To by mógł być jakiś limitowany, wakacyjny singiel tylko na Europę, ludzie by się zabijali żeby tego posłuchać, zwłaszcza w 1998 r.
„Love is the Groove” to jeden z tych numerów, które kojarzą się z jakimś filmem familijnym, gdzie ktoś wjeżdża na hipopotamie i śpiewa. Też letniaczek, ale trochę luźniejszy. MEGA chwytliwy refren śpiewany przez wynajęte laski. Nie ma co się tu bardziej rozpisywać, dobrze że mam jeszcze ułamek urlopu nad morzem we wrześniu, to ten numer (jak i generalnie ten album) wjedzie na pełnej.
„We All Sleep Alone”, Cher kończy bangerem najwyższej próby i to w postaci remake’u własnego numeru sprzed lat. Kojarzy mi się to z wakacyjnymi przebojami z lat 90, Scatman John miał niesamowite rzeczy w tym stylu, a Cher fachowo i pełnymi garściami z tego czerpie i robi to dobrze <3 Fenomenalny finał doskonałego albumu!
Generalnie, jestem wielce wdzięczny Musiałowi, że wrzucił tę Cher, bo bym pewnie nigdy nie sięgnął, nie z braku chęci, ale po prostu bym na to nie wpadł, a tymczasem okazało się, że ten album jest zajebisty. Nie wiem, co by było gdybym go przesłuchał w 1998 r., pewnie by mi się podobało i miał bym mega fazę na tę wersję „We All Sleep Alone”, bo wtedy mnie kręciły takie bangery bardzo. Dziś mogę po prostu z uznaniem się ukłonić w stronę Cher! <3
Kiedy zobaczyłem, że Musiał wrzucił ten album Cher, to od razu się ucieszyłem. Z singlami z tego albumu mam niesamowite wspomnienia z dzieciństwa i te numery uwielbiam (o czym Musiał wie), ale nigdy nie sięgnąłem po cały album. Nie wiem czemu, ale takich albumów jest mnóstwo i na pewno większość z Was relnie. Pretekst idealny, za co kocham tę bestkę. Numer tytułowy znam na pamięć tak bardzo, jak się da. Grano go wtedy dosłownie wszędzie i ciągle. To był naprawdę pierwszy raz kiedy auto-tune został użyty na taką skalę, ale nie żeby maskować niedoskonałości wokalne, ale żeby zrobić ten świadomie kosmiczny efekt. Niektórzy fani Cher mieli pewnie ból dupy, bo jednak shift stylistyczny jest olbrzymi w porównaniu do tego co nagrywała wcześniej, ale ja nie miałem tego obciążenia, zawsze lubiłem, zawsze chętnie wracam do tego numeru, nigdy nie wyłączam.
„The Power” to pierwsza dla mnie nowość i kurde, zmiana klimatu. Nie jest tanecznie, to znaczy jest kompletnie tanecznie, ale nie tak jak się spodziewałem. Bardzo nocny i taki wręcz noirowy klimat, połączony z czymśtam, nie wiem, tańczenie o architekturze. Fajny kawałek, którego się na tej płycie zupełnie nie spodziewałem. Jeden z ulubieńców, mimo że totalnie inny klimat.
„Runaway” zaczyna się nocnymi padami. Bit niemal identyczny jak w „Believe”, ale kawałek ma jednak zupełnie inny vibe. Z początku szykowałem się na wariacja „Waiting for the Night” (a raczej protoplastę), ale nie, skręca to w trochę inne rejony. Fajny, skoczny numer w stylu fajnych skocznych numerów z tego albumu. Może brakuje mu naprawdę chwytliwego refrenu, no ale temu też pewnie nie był singlem. Cher effect się pojawia, jest super.
„All or Nothing” znowu praktycznie ten sam bit i tempo, wychodzi na to, że na tym albumie tak jest. Numer oczywiście pamiętam z radia, sprzed lat ale nie tylko, bo to non stop jest puszczane do dziś. Tutaj wspomnienia znowu górują, ale poza tym, jest to po prostu zajebisty kawałek. Ja chyba lubię po prostu słuchać wokalu Cher do techno bitów. Ok, ten spoken word mostek może trochę trąci cringem,a le jest krótki i jednak jest to produkt swoich czasów. W tle słyszę jakiś fretless bass, więc fikuśnie. Wypasiony kawałek.
Po jednym hicie, dostaję w mordę kolejnym. Mam takie wspomnienie, jak gramy sobie w szkole podstawowej w ping ponga i koleś z którym grałem, non stop śpiewał „Strong Enough”, po prostu nie mogło mu to wyjść z głowy. Tak, w 1998 roku dzieci słuchały Cher. Fajnie mieć klarowne wspomnienia z tak dalekiej przeszłości (26 lat, kaman). Kawałek jest, nikogo nie zaskoczę, zajebisty.
„Dov’e L’amore”, trzeci mega hit z rzędu, Cher trzyma równo za jaja na tej płycie. Numer w stylu jakiegoś „Zbuntowanego Anioła”, powinienem to hejtować, ale nie potrafię, bo to jest, pomimo tej konwencji, po prostu dobre. Wspomnienia tez elewują ten numer, ale nie „ratują”.
„Takin’ Back My Heart” w starym stylu, typowy numer z lat 90-tych. Uwielbiam takie kawałki, no i te obowiązkowe dzwoneczki, magia. Jest funky, w tanecznym stylu, który kojarzę między innymi z płyt George’a Michaela. Aż człowiek by miał ochotę wskoczyć w kabriolet i przejechać się nocą po najntisowej Polsce, ehh.
„Taxi Taxi” wjeżdża zabawnie, trochę jak „Calcuta”, którą Musiał zna. Ogólnie cały kawałek jest zabawny i ma mocno chwytliwy refren. To by mógł być jakiś limitowany, wakacyjny singiel tylko na Europę, ludzie by się zabijali żeby tego posłuchać, zwłaszcza w 1998 r.
„Love is the Groove” to jeden z tych numerów, które kojarzą się z jakimś filmem familijnym, gdzie ktoś wjeżdża na hipopotamie i śpiewa. Też letniaczek, ale trochę luźniejszy. MEGA chwytliwy refren śpiewany przez wynajęte laski. Nie ma co się tu bardziej rozpisywać, dobrze że mam jeszcze ułamek urlopu nad morzem we wrześniu, to ten numer (jak i generalnie ten album) wjedzie na pełnej.
„We All Sleep Alone”, Cher kończy bangerem najwyższej próby i to w postaci remake’u własnego numeru sprzed lat. Kojarzy mi się to z wakacyjnymi przebojami z lat 90, Scatman John miał niesamowite rzeczy w tym stylu, a Cher fachowo i pełnymi garściami z tego czerpie i robi to dobrze <3 Fenomenalny finał doskonałego albumu!
Generalnie, jestem wielce wdzięczny Musiałowi, że wrzucił tę Cher, bo bym pewnie nigdy nie sięgnął, nie z braku chęci, ale po prostu bym na to nie wpadł, a tymczasem okazało się, że ten album jest zajebisty. Nie wiem, co by było gdybym go przesłuchał w 1998 r., pewnie by mi się podobało i miał bym mega fazę na tę wersję „We All Sleep Alone”, bo wtedy mnie kręciły takie bangery bardzo. Dziś mogę po prostu z uznaniem się ukłonić w stronę Cher! <3
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn