Post
31 sie 2011 10:12
Historia Pewnej Znajomości Bez Wzajemności czyli... Taka Rewolucja Jaki Jej Wykonawca P. 1
Cóż… Moja znajomość z tzw. administratorem forum datuje się na bardzo, bardzo dawno temu. Konkretnie w czasach kiedy we Wrocławiu powstawał fanzine ‘Painkiller’ (późniejsze [Shame]). Fanzine tworzyły trzy osoby: ja, Szymon i Sebastian. No i był ten czwarty do brydża… Choć w tym przypadku słowa: ‘był’ i ‘tworzenie’ to chyba jednak zbyt dużo powiedziane. Było to raczej coś na popularnej, przysłowiowej zasadzie: „Przyczepiło się gówno do okrętu i krzyczy: Płyniemy!”. Był i tyle… Był tylko dlatego, że jakimś cudem był kuzynem wspomnianego Szymona czy czymś takim, no jakimś jego ziomalem był. Nie do końca wiem jak to możliwe, bo ów Szymon to był bardzo stateczny człowiek, fajny gość… A ten…? Sam nie wiem, a Wy sami wiecie... Coś widać po drodze się wydarzyło, że takową rodziną ponoć byli i w jakiś sposób ją stanowili. Przynajmniej tak to zostało mi przedstawione. Dobra niech sobie chłopak będzie z nami... Na tej to zasadzie omawiany jegomość przynależał do naszego teamu. Łaził na te nasze spotkania, przynosił jakieś tłumaczenia z niemieckiego Bravo czy coś w ten deseń… Nic specjalnego, bez wyraźnego błysku. W sumie bardziej się obijał niż cokolwiek robił. Ale był! W momencie, kiedy zin osiągnął pewien sukces rynkowy, kolega, w swoim rozumku, wykombinował sobie, że to on przejmie dowodzenie nad całością. Jak postanowił tak też uczynił, ale… taka rewolucja jaki jej wykonawca. W celu obalenia ówczesnego układu sił rozesłał do moich pozostałych kolegów pewien email mówiący o tym, że dobrze byłoby mnie usunąć z towarzystwa. Mnie! Pomysłodawcę i jednego z głównych twórców owego fanzinu! (dla młodzieży: kiedyś kiedy Internet był dobrem luksusowym były takie gazetki od fanów dla fanów przybliżające zespół i życie subkultury). Dobra, rozesłał to rozesłał… Zapomniał tylko sierota, że wysłał email grupowo… w tym do mnie! Po tym wydarzeniu dziwnie uciekał po bocznych uliczkach Wrocławia unikając spotkania ze mną kiedy stawałem na jego drodze… Ciekawe czemu? Zadanie miał tym bardziej utrudnione, że często przebywał wtedy w okolicy willowej niedaleko dzielnicy Wrocławia Leśnicy, w której to ja pomieszkiwałem jako tzw. student. Chyba nawet tam mieszkał... Tego nie wiem na 100%. Jego dodatkowy pech polegał na tym, że niedaleko mieszkała moja bardzo dobra znajoma Dorota, którą zwykłem odwiedzać nader często w tamtym okresie.
Było jeszcze jedno zdarzenie godne odnotowania pokazujące jak bardzo teorie spiskowe są bliskie sercu naszego bohatera. Mniej więcej na ten okres datuje się mój pierwszy kontakt z A. Wilderem. Któregoś dnia Alan przysłał mi na domowy adres paczkę zawierającą różne gadżety związane z DM i Recoil. Część tej przesyłki była prezentem dla mnie, część została wysłana z przeznaczeniem na rozdanie fanom w konkursach organizowanych przez nasz fanzine (podpisane fotki, płyty, koszulka itp.). Zgodnie z zaleceniem wszystkie te gadżety trafiły do ludzi w Polsce. Również część swojej prywatnej przesyłki postanowiłem rozdać wśród znajomych. Jak łatwo się domyśleć dostał prawie każdy poza naszym super-hero, co stanowiło wystarczająco przesłankę do rzucenia na mnie oskarżeń, że rozdałem wszystkie gadżety znajomym, a nie dałem nic na nagrody. Ba, że sprzedałem podobno... ! Tak to sobie wykombinował. Biedak nie wiedział o tym, że paczki były dwie. Taka klasyczna, podręcznikowa mentalność Kalego. Co ciekawe... dość specyficzny mechanizm rynkowy związany z gadżetami DM nasz bohater zastosował nieco później przy okazji charytatywnych aukcji. Zresztą ogólnie finanse nigdy nie były mocną stroną naszego przyjaciela, nowe technologie, prawo - to może już szybciej, ale finanse to nie - co udowodnimy w następnej części opowieści. Wystarczy powiedzieć, że w związku z jego uprzedzeniami pewne chore dziecko mogło zostać pozbawione pewnej (ostatecznie nieokreślonej) kwoty pieniędzy, które chciał wydać Slick na zakup gadżetu. Mogło to być 100 PLN, ale mogło też 10 000. Tego się już nie dowiemy niestety... Sprawa polegała na tym, że Slick (główny wróg) zdecydował się wziąć udział w licytacji gadżetów. Licytował jak szalony i jego oferta przebijała inne a mimo to odmówiono mu sprzedaży.
Lata mijały…, Fanzin rozrósł się do wielkości małej instytucji pod nową nazwą [Shame]. Tworzyli go już inni ludzie, zyskał sympatię wielu środowisk fanów Depeche Mode, antypatie również bo pisany był w specyficzny sposób bez tzw. wazeliny. Niestety z perspektywy czasu można stanowczo stwierdzić, że udział w tym owego Gentelmana był na poziomie zero, choć pewnie do dziś zdarza mu się erotycznie pofantazjować na temat tego jak tworzył jeden z najbardziej znanych profesjonalnych fanzinów w Polsce. No nie tworzył! I takie są fakty. jedynie był i napisał kilka artykulików.
Zmieniły się czasy, Internet wszedł do powszechnego obiegu, narodziło się forum (bezpośrednio wywodzące się z DMPL o czym wielu nie pamięta)…
c.d.n.