Best of DM (nasze top 5)
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wróćmy może do tematu na tapecie.
Mentos?
Livv?
Ktoś coś jeszcze?
Mentos?
Livv?
Ktoś coś jeszcze?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Livv
- Posty: 772
- Rejestracja: 22 lut 2024 22:16
- Ulubiony utwór: Blue Dress Personal Jesus
Ja dzisiaj wyślę!
;*
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie i Panie zamykajmy ten wątek
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czar prysł
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mentos???
Livv??
Ktokolwiek?
Livv??
Ktokolwiek?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To może napiszę za Sebę
Dreaming of Me
Siedziałem sobie w swojej wsi, jako pierdzący w stołek nastolatek i nagle w GTA Vice City poleciał ten zajebisty kawałek. Uderzył w moje serce, bo byłem wtedy zmęczony związkami (ale nie seksem), i zacząłem na poważnie myśleć o sobie i swoim dobrostanie. A może to już były studia? W każdym razie, fajnym dodatkiem było to, że utwór trwał dokładnie tyle, ile zajmowało mi żeby zebrać się od kompa, do kibla i z powrotem. To były piękne czasy, których szczerze nienawidzę i generalnie cały ten zespół jest gówno warty. Także, ten no, to by było to. Ale o sobie nadal zdarza mi się śnić.
Dreaming of Me
Siedziałem sobie w swojej wsi, jako pierdzący w stołek nastolatek i nagle w GTA Vice City poleciał ten zajebisty kawałek. Uderzył w moje serce, bo byłem wtedy zmęczony związkami (ale nie seksem), i zacząłem na poważnie myśleć o sobie i swoim dobrostanie. A może to już były studia? W każdym razie, fajnym dodatkiem było to, że utwór trwał dokładnie tyle, ile zajmowało mi żeby zebrać się od kompa, do kibla i z powrotem. To były piękne czasy, których szczerze nienawidzę i generalnie cały ten zespół jest gówno warty. Także, ten no, to by było to. Ale o sobie nadal zdarza mi się śnić.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To się uśmialiśmy
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Przynajmniej coś weszło, poza obiecankami
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Po prostu myślałem że jak zamkniemy ten temat może spróbujemy z tym Deep 5 o którym pisałem Wam swego czasu na priv ale widzę że nie ma co tu dowalać tematów
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18356
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Sam chciałeś uciekać po 4-tej kolejce czym zniechęciłeś co niektórych. 
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobra Wujek nie pieprz głupot bo nie czas na żarty
Temat leży i zdycha
Temat leży i zdycha
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
DREAMING OF ME
Siedziałem sobie w swojej wsi, jako pierdzący w stołek nastolatek i nagle w GTA Vice City poleciał ten zajebisty kawałek. Uderzył w moje serce, bo byłem wtedy zmęczony związkami (ale nie seksem), i zacząłem na poważnie myśleć o sobie i swoim dobrostanie. A może to już były studia? W każdym razie, fajnym dodatkiem było to, że utwór trwał dokładnie tyle, ile zajmowało mi żeby zebrać się od kompa, do kibla i z powrotem. To były piękne czasy, których szczerze nienawidzę i generalnie cały ten zespół jest gówno warty. Także, ten no, to by było to. Ale o sobie nadal zdarza mi się śnić.
Siedziałem sobie w swojej wsi, jako pierdzący w stołek nastolatek i nagle w GTA Vice City poleciał ten zajebisty kawałek. Uderzył w moje serce, bo byłem wtedy zmęczony związkami (ale nie seksem), i zacząłem na poważnie myśleć o sobie i swoim dobrostanie. A może to już były studia? W każdym razie, fajnym dodatkiem było to, że utwór trwał dokładnie tyle, ile zajmowało mi żeby zebrać się od kompa, do kibla i z powrotem. To były piękne czasy, których szczerze nienawidzę i generalnie cały ten zespół jest gówno warty. Także, ten no, to by było to. Ale o sobie nadal zdarza mi się śnić.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
to się pośmialiśmy [2]
PEOPLE ARE PEOPLE
Nie wiem czy ktoś liczył, że w ostatnim odcinku nie będzie powrotu do pradziejów - bo nie wiem czy ktokolwiek liczył na cokolwiek z mojej strony. Boję się sprawdzać co tam pisałem w poprzednich, bo abstrachując od tego, że w swoim osobistym mniemaniu jestem kosmicznym grafomanem, to zawsze znajduję w tych tekstach szereg błędów na widok których mi wstyd, ale zapewne wielokrotnie pisałem, że ciekawe historie w moim życiu związane z DM ograniczającą się praktycznie do tej jednej żenującej depoteki sprzed 2,5 roku.
Więc znowu wracamy do początku roku pańskiego 2010, konkretniej końcówki stycznia, czyli tego okresu, gdy już świat na dobre budzi się z świąteczno-sylwestrowego letargu i wraca do życia. Chyba, że się jest jakimś licealistą jak ja i ma się ferie, a tak się składa, że w tamtym roku one wypadały w moim rejonie dość wcześnie.
I ówczesne ferie kojarzą mi się z trzema rzeczami. Pierwszą z nich był... Quake Live. Nie wiem czy ktoś z was w to grał czy pamięta, ale tak w telegraficznym skrócie był to Quake 3 Arena w którego można było grać bez instalowania czegokolwiek z poziomu przeglądarki. Nie pamiętam jakim cudem się o nim dowiedziałem wtedy, ale pamiętam, że spędziłem w nim masę czasu wraz z moimi ówczesnymi ziomkami (wszyscy byliśmy w to beznadziejni).
Druga jest niejako powiązana z pierwszą. Były nią intensywne opady śniegu i duże przymrozki. To jeszcze był ten czas, w których faktycznie zimą temperatury potrafiły wynosić ujemne wartości, a intensywne opady śniegu potrafiły sparaliżować ruch drogowy i nie tylko - gwoli formalności to był jego schyłek, bo później to już za bardzo tak intensywnych zim nie pamiętam. Z jednej strony lubię sobie je romantyzować, ale z drugiej doskonale jestem świadom, że gdybym nie był w tamtych czasach dzieciakiem, to kurwiłbym niemożebnie za każdym razem, gdyby zwały białego gówna uniemożliwiałyby wyjście praktycznie gdziekolwiek i załatwienie czegokolwiek.
Nie mówiąc o tym, że doprawadzały do przerw w dostawie prądu, z czego wyniknęło ostatecznie to, że nie przyssałem się do tego komputera z KWEJKIEM 3 na śmierć, tylko musiałem sobie znaleźć inne sposoby na organizację wolnego czasu.
Oprócz grania w ping-ponga z kolegami w świetlicy i patrzenia jak śnieg topnieje, moją ówczesną zajawką było DEPECHE MODE, o czym pisałem chociażby w odcinku o Lillian. I wiecie - to jeszcze był etap, w którym słuchałem empetrójek z pobrane-mp3 czy innej wrzuty, ale po ograniu ich na wszelkie możliwe sposoby postanowiłem, że w końcu ściągne jakiś album.
Zrobiłem to po swojemu, tj. Wpisałem hasło DEPECHE MODE w wyszukiwarkę na takiej stronie z warezami, która chyba do niedawna jeszcze istniała. Jak zapewne pamiętacie, wyszukiwarki na tych forach działały dość losowo, więc pierwszym wynikiem było... People are People. Ale nie singiel czy teledysk, tylko ten dziwny twór, który był kompilacją ich rzeczy z wczesnego okresu dobraną według w sumie siusiak wie jakiego klucza. Z racji tego, że nigdzie nie widziałem tej informacji, żyłem stanowczo zbyt długo ze świadomością, że to kolejny "zwykły" ich album długogrający.
Ale nie obchodziło mnie to z racji dwóch faktów. Po pierwsze - nie obchodziło mnie to, a po drugie - zawierał on tytułową kompozycję, która była dla mnie... No była czymś wow. Mało w życiu znałem, mało słyszałem, samo DM znałem z raptem paru utworów, ale ten... No ten to mnie, zmiótł z planszy. Może i zabrzmi to śmiesznie, a nawet pretensjonalnie, ale dosłownie nigdy do tamtej pory nie słyszałem czegoś takiego i poczułem się jakbym odkrył muzykę skrojoną wprost pode mnie i pod mój gust i znalazł coś, czego szukam całe życie, czyli muzyki może lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale niebanalnej i nieszablonowej.
Słuchalem tej piosenki nałogowo i do dziś pamiętam jak poszedłem sobie na zapiekankę w proszowickim Hercie i jak prawie jej nie dostałem, bo założyłem słuchawki w oczekiwaniu na nią, przez co nie usłyszałem jak pani mnie wywołuje. No proszę, nawet znalazła się pasjonująca historia związana z tym utworem!
No i potem to było z górki, bo później poszła reszta dyskografii, potem nie tylko popularni DEPESZE, ale PIPU A PIPU B, jak to mawiają co poniektórzy, było tym punktem zapalnym, od którego wszystko się zaczęło. Być może gdybym odkrył wtedy Suzanne Vegę to bym skończył tak samo albo inaczej, ale nie ma co gdybać. Fakty są fakty, ludzie są ludzie.
PEOPLE ARE PEOPLE
Nie wiem czy ktoś liczył, że w ostatnim odcinku nie będzie powrotu do pradziejów - bo nie wiem czy ktokolwiek liczył na cokolwiek z mojej strony. Boję się sprawdzać co tam pisałem w poprzednich, bo abstrachując od tego, że w swoim osobistym mniemaniu jestem kosmicznym grafomanem, to zawsze znajduję w tych tekstach szereg błędów na widok których mi wstyd, ale zapewne wielokrotnie pisałem, że ciekawe historie w moim życiu związane z DM ograniczającą się praktycznie do tej jednej żenującej depoteki sprzed 2,5 roku.
Więc znowu wracamy do początku roku pańskiego 2010, konkretniej końcówki stycznia, czyli tego okresu, gdy już świat na dobre budzi się z świąteczno-sylwestrowego letargu i wraca do życia. Chyba, że się jest jakimś licealistą jak ja i ma się ferie, a tak się składa, że w tamtym roku one wypadały w moim rejonie dość wcześnie.
I ówczesne ferie kojarzą mi się z trzema rzeczami. Pierwszą z nich był... Quake Live. Nie wiem czy ktoś z was w to grał czy pamięta, ale tak w telegraficznym skrócie był to Quake 3 Arena w którego można było grać bez instalowania czegokolwiek z poziomu przeglądarki. Nie pamiętam jakim cudem się o nim dowiedziałem wtedy, ale pamiętam, że spędziłem w nim masę czasu wraz z moimi ówczesnymi ziomkami (wszyscy byliśmy w to beznadziejni).
Druga jest niejako powiązana z pierwszą. Były nią intensywne opady śniegu i duże przymrozki. To jeszcze był ten czas, w których faktycznie zimą temperatury potrafiły wynosić ujemne wartości, a intensywne opady śniegu potrafiły sparaliżować ruch drogowy i nie tylko - gwoli formalności to był jego schyłek, bo później to już za bardzo tak intensywnych zim nie pamiętam. Z jednej strony lubię sobie je romantyzować, ale z drugiej doskonale jestem świadom, że gdybym nie był w tamtych czasach dzieciakiem, to kurwiłbym niemożebnie za każdym razem, gdyby zwały białego gówna uniemożliwiałyby wyjście praktycznie gdziekolwiek i załatwienie czegokolwiek.
Nie mówiąc o tym, że doprawadzały do przerw w dostawie prądu, z czego wyniknęło ostatecznie to, że nie przyssałem się do tego komputera z KWEJKIEM 3 na śmierć, tylko musiałem sobie znaleźć inne sposoby na organizację wolnego czasu.
Oprócz grania w ping-ponga z kolegami w świetlicy i patrzenia jak śnieg topnieje, moją ówczesną zajawką było DEPECHE MODE, o czym pisałem chociażby w odcinku o Lillian. I wiecie - to jeszcze był etap, w którym słuchałem empetrójek z pobrane-mp3 czy innej wrzuty, ale po ograniu ich na wszelkie możliwe sposoby postanowiłem, że w końcu ściągne jakiś album.
Zrobiłem to po swojemu, tj. Wpisałem hasło DEPECHE MODE w wyszukiwarkę na takiej stronie z warezami, która chyba do niedawna jeszcze istniała. Jak zapewne pamiętacie, wyszukiwarki na tych forach działały dość losowo, więc pierwszym wynikiem było... People are People. Ale nie singiel czy teledysk, tylko ten dziwny twór, który był kompilacją ich rzeczy z wczesnego okresu dobraną według w sumie siusiak wie jakiego klucza. Z racji tego, że nigdzie nie widziałem tej informacji, żyłem stanowczo zbyt długo ze świadomością, że to kolejny "zwykły" ich album długogrający.
Ale nie obchodziło mnie to z racji dwóch faktów. Po pierwsze - nie obchodziło mnie to, a po drugie - zawierał on tytułową kompozycję, która była dla mnie... No była czymś wow. Mało w życiu znałem, mało słyszałem, samo DM znałem z raptem paru utworów, ale ten... No ten to mnie, zmiótł z planszy. Może i zabrzmi to śmiesznie, a nawet pretensjonalnie, ale dosłownie nigdy do tamtej pory nie słyszałem czegoś takiego i poczułem się jakbym odkrył muzykę skrojoną wprost pode mnie i pod mój gust i znalazł coś, czego szukam całe życie, czyli muzyki może lekkiej, łatwej i przyjemnej, ale niebanalnej i nieszablonowej.
Słuchalem tej piosenki nałogowo i do dziś pamiętam jak poszedłem sobie na zapiekankę w proszowickim Hercie i jak prawie jej nie dostałem, bo założyłem słuchawki w oczekiwaniu na nią, przez co nie usłyszałem jak pani mnie wywołuje. No proszę, nawet znalazła się pasjonująca historia związana z tym utworem!
No i potem to było z górki, bo później poszła reszta dyskografii, potem nie tylko popularni DEPESZE, ale PIPU A PIPU B, jak to mawiają co poniektórzy, było tym punktem zapalnym, od którego wszystko się zaczęło. Być może gdybym odkrył wtedy Suzanne Vegę to bym skończył tak samo albo inaczej, ale nie ma co gdybać. Fakty są fakty, ludzie są ludzie.
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15
-
Livv
- Posty: 772
- Rejestracja: 22 lut 2024 22:16
- Ulubiony utwór: Blue Dress Personal Jesus
Blue Dress
O Boże, to będzie takie chaotyczne… Ale kocham, mam taką wenę… Nie wiem, a w sumie to wiem dlaczego tak długo z tym zwlekałam, z myśleniem o DM… Ogólnie to życie w kryzysie psychicznym jest ciężkie i cóż, trzeba się starać z dnia na dzień. Często się czuje jak na skraju przepaści, choć jestem tak młoda. I ostatnio też tak miałam.
Facetów, którzy złamali mi serce i wystawili, też na studniówkę, która mam w lutym, już nie zliczę (a jestem niepoprawną romantyczką). Przepracowywanie traum z dosłownie każdym rodzajem przemocy też ciężkie (zwłaszcza sex abuse). Nieustający Potok myśli, ciągłe myślenie… Lęk przed przyszłością i wszystko z maturami i studiami. Bez najbliższych osób dawno bym się zmyła z tej planety w przeciągu tych kilku tygodni, przysięgam.
I pewnie by się to ciągnęło, bo uczucie, że wszystko Ci się w życiu rozpada mnie nie opuszczało (yikes). Ale nie wiem, po prostu z dnia na dzień, poczułam taką zmianę w nastroju i we wszystkim.
Dosłownie jest to kwestia u mnie kilku rzeczy- leki, których i tak bede brala więcej, wiara (wahania ustały i jednak I'm obsessed about Jesus), pracy z psychologami, zbliżającej się wielkimi krokami terapii i w ogóle. Ale chyba ten proces zakończyli DEPESZE, jakkolwiek to nie brzmi.
No ogólnie to ja słyszałam już nie raz, że na wszystkie moje rozterki życiowe najlepsza będzie Literatura i seriale (będąc w klasie humanistycznej tym bardziej). No ale jakoś nic nie działa na mnie jak muzyka, i to tego jedynego zespołu. Przysięgam, że poza Bogiem I Depeche Mode nie potrzebuje niczego do szczęścia. Nawet faceta, jak dotychczas myślałam… no, może jeszcze KAWY.
No dosyć tego smęcenia, bardziej bym chciała się skupić na moim ukochanym od lat już utworze, czyli BLUE DRESS. Dlaczego? Najbardziej niedoceniany kawałek w historii depeszy (a może i muzyki w ogóle?) jest moim faworytem odkąd jestem na tym forum? Nie wiem. To trochę jak z wiarą, ja po prostu czuję to jakoś. I czuję, że kocham ten utwór nad życie, pamiętam swój pierwszy odsłuch. Po prostu moje serce przy głosie Martina topnieje, a wtedy doświadczyłam tego ukojenia chyba pierwszy raz (pierwszy odsłuch Violatora). I tak zostało. Kocham ten utwór za jego kojącą, dobranocną melodię, jest taki uspokajający. Zawsze jak miałam doła, to go słuchałam, aż w pewnym momencie przestałam, co było ogromnym błędem. Bo muzykę DM poznałam w podobnym okresie swojego życia w jakim jestem teraz- na skraju. To było w podstawówce świeżo po kolejnych doświadczeniach z SA. Ale po prostu Depesze jakoś pomogli mi sobie z tym poradzić, przetrwać. I teraz wracam do korzeni, do tego, co mnie kiedyś wzmacniało w najgorszych chwilach… I to uwielbiam. Tak bardzo niedocenione przeze mnie. Znowu czuję jakbym była pełna, tak dawno nie słuchałam DM… A to oni stanowią jeden z filarów mojej osobowości, muzyka w ogóle, kiedy byłam z niej kompletnie wyprana.
Wracając do Blue Dress przypominają mi się wszystkie wspomnienia z Martinem. Dla mnie Martin to jest ktoś, kto jest inspiracją i fascynacją. Moją artystyczną hiperfiksacją. Wszystkim co mnie pasjonuje w człowieku. To tak jakby on nadał swoją muzyką w najgorszym moim okresie jakiejś wartości mojemu życiu. A raczej pozwolił mi ją odkryć na nowo. My love, Mi amore, kocham go nad życie XDD. Poeta I wariat życiowy, aahh.
Kocham Blue Dress za tekst, który jest bardzo namiętny i od zawsze podobała mi się obesja podmiotu na punkcie sukienki. Sama taką załapałam na Martina, do tego stopnia, że z niebieskiej sukienki jaką miałam w domu zrobiłam tą “depeszową”. Byłam w niej na koncercie w Warszawie, zakochana i wrzeszczącą każdy werset ich piosenek z pamięci. Kocham to, że doznałam tyle czułości i miłości, ale też romantycznej formy pożądania, wsłuchując się w sam tekst. Moja pościelówa, jak to moja mama mówi na takie piosenki XDDD
Nie wiem, co mogę napisać o Blue Dress, tak bardzo nie umiem tego wytłumaczyć… mam wrażenie, że wszystko co pisze jest na około… ale może ta otoczka czyni dla mnie ten utwór tak znaczący i wartościowy? Tak obstawiam
O Boże, to będzie takie chaotyczne… Ale kocham, mam taką wenę… Nie wiem, a w sumie to wiem dlaczego tak długo z tym zwlekałam, z myśleniem o DM… Ogólnie to życie w kryzysie psychicznym jest ciężkie i cóż, trzeba się starać z dnia na dzień. Często się czuje jak na skraju przepaści, choć jestem tak młoda. I ostatnio też tak miałam.
Facetów, którzy złamali mi serce i wystawili, też na studniówkę, która mam w lutym, już nie zliczę (a jestem niepoprawną romantyczką). Przepracowywanie traum z dosłownie każdym rodzajem przemocy też ciężkie (zwłaszcza sex abuse). Nieustający Potok myśli, ciągłe myślenie… Lęk przed przyszłością i wszystko z maturami i studiami. Bez najbliższych osób dawno bym się zmyła z tej planety w przeciągu tych kilku tygodni, przysięgam.
I pewnie by się to ciągnęło, bo uczucie, że wszystko Ci się w życiu rozpada mnie nie opuszczało (yikes). Ale nie wiem, po prostu z dnia na dzień, poczułam taką zmianę w nastroju i we wszystkim.
Dosłownie jest to kwestia u mnie kilku rzeczy- leki, których i tak bede brala więcej, wiara (wahania ustały i jednak I'm obsessed about Jesus), pracy z psychologami, zbliżającej się wielkimi krokami terapii i w ogóle. Ale chyba ten proces zakończyli DEPESZE, jakkolwiek to nie brzmi.
No ogólnie to ja słyszałam już nie raz, że na wszystkie moje rozterki życiowe najlepsza będzie Literatura i seriale (będąc w klasie humanistycznej tym bardziej). No ale jakoś nic nie działa na mnie jak muzyka, i to tego jedynego zespołu. Przysięgam, że poza Bogiem I Depeche Mode nie potrzebuje niczego do szczęścia. Nawet faceta, jak dotychczas myślałam… no, może jeszcze KAWY.
No dosyć tego smęcenia, bardziej bym chciała się skupić na moim ukochanym od lat już utworze, czyli BLUE DRESS. Dlaczego? Najbardziej niedoceniany kawałek w historii depeszy (a może i muzyki w ogóle?) jest moim faworytem odkąd jestem na tym forum? Nie wiem. To trochę jak z wiarą, ja po prostu czuję to jakoś. I czuję, że kocham ten utwór nad życie, pamiętam swój pierwszy odsłuch. Po prostu moje serce przy głosie Martina topnieje, a wtedy doświadczyłam tego ukojenia chyba pierwszy raz (pierwszy odsłuch Violatora). I tak zostało. Kocham ten utwór za jego kojącą, dobranocną melodię, jest taki uspokajający. Zawsze jak miałam doła, to go słuchałam, aż w pewnym momencie przestałam, co było ogromnym błędem. Bo muzykę DM poznałam w podobnym okresie swojego życia w jakim jestem teraz- na skraju. To było w podstawówce świeżo po kolejnych doświadczeniach z SA. Ale po prostu Depesze jakoś pomogli mi sobie z tym poradzić, przetrwać. I teraz wracam do korzeni, do tego, co mnie kiedyś wzmacniało w najgorszych chwilach… I to uwielbiam. Tak bardzo niedocenione przeze mnie. Znowu czuję jakbym była pełna, tak dawno nie słuchałam DM… A to oni stanowią jeden z filarów mojej osobowości, muzyka w ogóle, kiedy byłam z niej kompletnie wyprana.
Wracając do Blue Dress przypominają mi się wszystkie wspomnienia z Martinem. Dla mnie Martin to jest ktoś, kto jest inspiracją i fascynacją. Moją artystyczną hiperfiksacją. Wszystkim co mnie pasjonuje w człowieku. To tak jakby on nadał swoją muzyką w najgorszym moim okresie jakiejś wartości mojemu życiu. A raczej pozwolił mi ją odkryć na nowo. My love, Mi amore, kocham go nad życie XDD. Poeta I wariat życiowy, aahh.
Kocham Blue Dress za tekst, który jest bardzo namiętny i od zawsze podobała mi się obesja podmiotu na punkcie sukienki. Sama taką załapałam na Martina, do tego stopnia, że z niebieskiej sukienki jaką miałam w domu zrobiłam tą “depeszową”. Byłam w niej na koncercie w Warszawie, zakochana i wrzeszczącą każdy werset ich piosenek z pamięci. Kocham to, że doznałam tyle czułości i miłości, ale też romantycznej formy pożądania, wsłuchując się w sam tekst. Moja pościelówa, jak to moja mama mówi na takie piosenki XDDD
Nie wiem, co mogę napisać o Blue Dress, tak bardzo nie umiem tego wytłumaczyć… mam wrażenie, że wszystko co pisze jest na około… ale może ta otoczka czyni dla mnie ten utwór tak znaczący i wartościowy? Tak obstawiam
;*
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dziękujemy za domknięcie tematu.
Lista końcowa wzmiankowanych utworów tak się prezentuje:
Best of DM
Czez
I Want You Now
I Feel You
Dream On
Shake The Disease
Blasphemous Rumours
devotional
My Cosmos Is Mine
Enjoy The Silence
Breathe
Everything Counts (Absolut Mix)
Higher Love
Hien
Little Soul
Slowblow
Ghosts Again
Zenstation
I Feel You (Swamp/Life’s Too Short Mix)
Livv
Enjoy The Silence
Shake The Disease
The Child Inside
Personal Jesus
Blue Dress
Malkolit
Freelove
I Feel You
When The Body Speaks
Cover Me
Surrender
mintaj
Shine
Wrong
Ice Machine
Lilian
People Are People
shodan
World In My Eyes
A Pain That I'm Used To
Surrender
The Sweetest Condition
In Your Room
stripped
Where's The Revolution
Come Back
The Great Outdoors!
Walking In My Shoes
Barrel of a Gun (Underworld Soft Mix)
Jeśli ktoś chciałby się do czegoś odnieść to oto jest ten moment, zapraszam.
Lista końcowa wzmiankowanych utworów tak się prezentuje:
Best of DM
Czez
I Want You Now
I Feel You
Dream On
Shake The Disease
Blasphemous Rumours
devotional
My Cosmos Is Mine
Enjoy The Silence
Breathe
Everything Counts (Absolut Mix)
Higher Love
Hien
Little Soul
Slowblow
Ghosts Again
Zenstation
I Feel You (Swamp/Life’s Too Short Mix)
Livv
Enjoy The Silence
Shake The Disease
The Child Inside
Personal Jesus
Blue Dress
Malkolit
Freelove
I Feel You
When The Body Speaks
Cover Me
Surrender
mintaj
Shine
Wrong
Ice Machine
Lilian
People Are People
shodan
World In My Eyes
A Pain That I'm Used To
Surrender
The Sweetest Condition
In Your Room
stripped
Where's The Revolution
Come Back
The Great Outdoors!
Walking In My Shoes
Barrel of a Gun (Underworld Soft Mix)
Jeśli ktoś chciałby się do czegoś odnieść to oto jest ten moment, zapraszam.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24709
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Byki są
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przepraszam
Już poprawione
Już poprawione
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13846
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Będę tu wlatywał po trochu z tym co tam mi się uroi w głowie nt. wrzuconych przez Was kawałków, na początek taka czwórka:
Little Soul
Fajnie że ktoś wspomniał o takim utworze jak ten w tym zestawieniu, Depeche Mode ma w swoim katalogu sporo takich drobnych perełek, krótkich w miarę utworów które utkane w tracklistę albumu robią moment jakiejś odskoczni, wytchnienia od bardziej typowego brzmienia DM. Nie inaczej jest z Little Soul, które jak już zauważył Kuba oparte jest o rytmikę bossa novy, do tego wzbogaconej o świetny wokalny duet Gore-Gahan (zdecydowanie za mało takich było na przestrzeni lat!). Doskonale pamiętam tamten czas i zwłaszcza to jakim orędownikiem SOTU był Kuba powracający na forum a którego ja kompletnie nie kojarzyłem. Nie miałem pojęcia kim jest ten koleżka ale niezmiernie wkurzało mnie wtedy to jak hajpował album od którego ja się wtedy dość mocno odbiłem po premierze i kompletnie nie słyszałem tego wszystkiego co on, w Little Soul chyba najbardziej moją uwagę zwrócił fakt wykorzystania tego dźwięku który brzmiał trochę jak uderzanie łyżką o aluminiowy kubek xD cały ten vintage sound, taki dość szkieletowy doceniłem dużo, dużo później dopiero za sprawą... Studio Sessions z Delty Maszyn. Niemniej dziś to jeden z paru takich ulubionych underdogów w dyskografii, przynajmniej tak mi się wydaje że to nie dość doceniony kawałek.
Cover Me
Numer ten jeszcze kilka lat temu mógłby być takim pewniakiem do umieszczenia go w tym osobistym top5, pamiętam do dziś jak jarałem się tym numerem gdy wyszło Spirit, to był jeden z moich faworytów. Podobało mi się brzmienie tego numeru i jego tekst, w tamtym czasie pracowałem jeszcze nocki i te pierwsze wersy - I've felt better, I've been up all night, I can feel it coming, the morning light - kojarzyły mi się właśnie z ciężkimi porannymi powrotami po pracy kiedy byłem rozwalony i zmęczony po nocy. Na fali zachwytu tym numerem zakupiłem nawet w Empiku sobie singielek gdy się ukazał i pamiętam dokładnie że zrobiłem to gdy poszliśmy z żoną (wtedy jeszcze dziewczyną) do kina na seans Blade Runner 2049, od tamtej pory też ten nieco kosmiczny vibe kawałka kojarzy mi sie też z klimatem tamtego filmu. Singielek zaś kupiłem z takim przeświadczeniem że to być może będzie ostatni ich singiel w karierze i w pod pewnym względem był - ostatnim singlem wydanym na fizyku w ogólnodostępnej sprzedaży bo Ghosts Again wypuścili tylko digitala nie licząc skromnego promo na 7" winylu. Najciekawsze a może najsmutniejsze w mojej relacji z tym numerem jest chyba to że dziś umieszczam go niżej w mojej hierarchii numerów ze Spirit, tak jak u mnie zabłysnął tak z czasem się wypalił, podobnie jak hajpowane z początku Fail.
Higher Love
Numer którym pierwotnie planowałem domykać moją piątkę bo wiecie ten ULUBIENY i w ogóle ale nie zawsze tak było. Choć od początku był u mnie w czołówce. Wspominam o nim bo przede wszystkim totalnie reluję z doświadczeniami Młodego Musiała (aka Young Musli) bo gdy pierwszy raz usłyszałem SOFAD miałem identyczny mindfuck że jak to, gdzie te typowe chwytliwe riffy klawiszowe i w ogóle ta elektronika jakaś taka inna i zepchnięta na drugi plan jakby, co to w ogóle jest. Z tym że miałem w ogóle wypaczony odbiór albumu który dostałem od zioma bo u niego na cedeku Higher Love miał wypalone jako pierwszy numer na płycie a potem normalnie od początku I Feel You, WIMS itd. Poczatkowo to jakoś te trzy numery jako tako chwyciły a płytę męczyłem dobry miesiąc po którym ostatecznie pokochałem go całym jestestwem swym. HL dla mnie to unikatowy numer z tym takim gotyckim nieco klimatem ma w sobie więcej z takiego Black Celebration niż choćby poprzedniego Violatora (ok, nie mówię tu o gęstej Wilderowskiej produkcji akurat która się intensyfikowała z płyty na płytę). Chyba de facto jedyny numer z SOFADA z riffem klawiszowym z prawdziwego zdarzenia. Uwielbiam mocno końcówkę tego numeru gdy na zmianę melodia wybrzmiewa a to echem a to tym piłującym synthem. Wykony live zza wielkiej kurtyny i gra cieni to był majstersztyk, we wczesnych latach fascynacji depeszami chciałem wyglądać jak Devotional Dave xd
People Are People
Ten numer ma też specjalne miejsce i w moim serduchu bo był to jeden z pierwszych kawałków DM jakie znałem i co istotne - miałem w kolekcji empetrójek. Nie pamiętam dziś już dobrze czy było to już po zapoznaniu SOFADA czy jeszcze przed, ale raczej po. W każdym razie poza SOFADem moja kolekcja była bardzo skromna bo wraz z nim zgarnąłem od kumpla jeszcze Precious oraz wideoklip do APTIUT, wcześniej miałem też Personal Jesus którego NAGRAŁEM sobie z GTA San Andreas (odpaliłem program do nagrywania audio z kompa a potem odpaliłem menu gry, ustawiłem Radio X i zgrałem go jak leciał, nawet nie wiem czy nie kleiłem go z różnych wersji bo w tej grze komentarze DJa były osobne na intro i outro i chyba losowo się pojawiały lub nie). No i w końcu było People Are People które znalazłem na płycie z ejtisowymi empetrójkami od ziomka ze szkolnej ławki. Był to chyba pierwszy utwór z SGR jaki poznałem i bardzo mi się podobał wtedy. Swoją drogą mentos poza kwestią samego utworu poruszył też wspominki ściągania właśnie randomowych plików z neta z różnych stronek i przez to poznawania dyskografii niektórych wykonawców totalnie od czapy, oraz kwestie braku internetu chociażby. Z tym też reluję bo tak się śmiesznie złożyło że najpierw pomiędzy styczniem 2007 a marcem 2008 bodajże w ogóle nie miałem w domu kompa i moje słuchanie muzy ograniczało się do wymieniania zawartości mojego odtwarzacza mp3 który mieścił całe 256 mb co zwykle starczało na dwa albumy z hakiem lub po prostu ze 20-30 utworów dobrej jakości o ile pamiętam. Drugi sposób na poszerzanie horyzontów to było proszenie się brata o wypalanie mi albumów na cedekach i zabranie ich kiedy przyjeżdżał z Łodzi. Neta też nie miałem długo, zaczęło się gdzieś w 2009 roku bodajże od antenki Wi-Fi którą ściągałem od sąsiadów nieblokowany sygnał ale że zasięg był słaby podpięta była jeszcze do przedłużki USB żeby móc wystawić ją na parapet, najlepiej przy uchylonym oknie heh. Ściąganie u kumpla losowych empetrójek ze stronek typu wrzuta czy ulub prowadziło nieraz do poznawania wyrywków totalnie różnych płyt, tak szukając Björk jednym z pierwszych utworów na jaki się natknąłem był np. cover Gloomy Sunday który wrzucalem do depeszwizji a poszukując numerów The Cure jakoś na samym początku natrafiłem na Subway Song, żałuję że niektórych tak poznanych losowo numerów nie pamiętam już ALE właśnie przypomniałem sobie że wciąż mam jeszcze kilka takich cedeków z losowymi plikami więc muszę zrobić sobie trip down memory lane i je odkurzyć. Wracając do Pipa A Pipa mam jeszcze jedno ostatnie wspomnienie z nim związane a mianowicie rok 2006 i przyniesiony przez brata do domu mixtape z rapsami 50 Centa zblendowanymi z bitami samplującymi hity lat 80., konkretnie ten:
https://www.discogs.com/release/2213671 ... uQVqHtG31i
Wśród utworów samplowanych było tam też właśnie PAP i ten dziwaczny blend mi się ostatnio przypomniał a nawet udało mi się mixtape zassać z neta (ciekawskich zapraszam priv). Na koniec odnośnie tej pioseneczki DM dopowiem jeszcze że ja tam zawsze preferowałem wersję tzw. cold end czyli albumową i bardzo lubię te takie porcelanowe klawisze w tym kawałku.
Little Soul
Fajnie że ktoś wspomniał o takim utworze jak ten w tym zestawieniu, Depeche Mode ma w swoim katalogu sporo takich drobnych perełek, krótkich w miarę utworów które utkane w tracklistę albumu robią moment jakiejś odskoczni, wytchnienia od bardziej typowego brzmienia DM. Nie inaczej jest z Little Soul, które jak już zauważył Kuba oparte jest o rytmikę bossa novy, do tego wzbogaconej o świetny wokalny duet Gore-Gahan (zdecydowanie za mało takich było na przestrzeni lat!). Doskonale pamiętam tamten czas i zwłaszcza to jakim orędownikiem SOTU był Kuba powracający na forum a którego ja kompletnie nie kojarzyłem. Nie miałem pojęcia kim jest ten koleżka ale niezmiernie wkurzało mnie wtedy to jak hajpował album od którego ja się wtedy dość mocno odbiłem po premierze i kompletnie nie słyszałem tego wszystkiego co on, w Little Soul chyba najbardziej moją uwagę zwrócił fakt wykorzystania tego dźwięku który brzmiał trochę jak uderzanie łyżką o aluminiowy kubek xD cały ten vintage sound, taki dość szkieletowy doceniłem dużo, dużo później dopiero za sprawą... Studio Sessions z Delty Maszyn. Niemniej dziś to jeden z paru takich ulubionych underdogów w dyskografii, przynajmniej tak mi się wydaje że to nie dość doceniony kawałek.
Cover Me
Numer ten jeszcze kilka lat temu mógłby być takim pewniakiem do umieszczenia go w tym osobistym top5, pamiętam do dziś jak jarałem się tym numerem gdy wyszło Spirit, to był jeden z moich faworytów. Podobało mi się brzmienie tego numeru i jego tekst, w tamtym czasie pracowałem jeszcze nocki i te pierwsze wersy - I've felt better, I've been up all night, I can feel it coming, the morning light - kojarzyły mi się właśnie z ciężkimi porannymi powrotami po pracy kiedy byłem rozwalony i zmęczony po nocy. Na fali zachwytu tym numerem zakupiłem nawet w Empiku sobie singielek gdy się ukazał i pamiętam dokładnie że zrobiłem to gdy poszliśmy z żoną (wtedy jeszcze dziewczyną) do kina na seans Blade Runner 2049, od tamtej pory też ten nieco kosmiczny vibe kawałka kojarzy mi sie też z klimatem tamtego filmu. Singielek zaś kupiłem z takim przeświadczeniem że to być może będzie ostatni ich singiel w karierze i w pod pewnym względem był - ostatnim singlem wydanym na fizyku w ogólnodostępnej sprzedaży bo Ghosts Again wypuścili tylko digitala nie licząc skromnego promo na 7" winylu. Najciekawsze a może najsmutniejsze w mojej relacji z tym numerem jest chyba to że dziś umieszczam go niżej w mojej hierarchii numerów ze Spirit, tak jak u mnie zabłysnął tak z czasem się wypalił, podobnie jak hajpowane z początku Fail.
Higher Love
Numer którym pierwotnie planowałem domykać moją piątkę bo wiecie ten ULUBIENY i w ogóle ale nie zawsze tak było. Choć od początku był u mnie w czołówce. Wspominam o nim bo przede wszystkim totalnie reluję z doświadczeniami Młodego Musiała (aka Young Musli) bo gdy pierwszy raz usłyszałem SOFAD miałem identyczny mindfuck że jak to, gdzie te typowe chwytliwe riffy klawiszowe i w ogóle ta elektronika jakaś taka inna i zepchnięta na drugi plan jakby, co to w ogóle jest. Z tym że miałem w ogóle wypaczony odbiór albumu który dostałem od zioma bo u niego na cedeku Higher Love miał wypalone jako pierwszy numer na płycie a potem normalnie od początku I Feel You, WIMS itd. Poczatkowo to jakoś te trzy numery jako tako chwyciły a płytę męczyłem dobry miesiąc po którym ostatecznie pokochałem go całym jestestwem swym. HL dla mnie to unikatowy numer z tym takim gotyckim nieco klimatem ma w sobie więcej z takiego Black Celebration niż choćby poprzedniego Violatora (ok, nie mówię tu o gęstej Wilderowskiej produkcji akurat która się intensyfikowała z płyty na płytę). Chyba de facto jedyny numer z SOFADA z riffem klawiszowym z prawdziwego zdarzenia. Uwielbiam mocno końcówkę tego numeru gdy na zmianę melodia wybrzmiewa a to echem a to tym piłującym synthem. Wykony live zza wielkiej kurtyny i gra cieni to był majstersztyk, we wczesnych latach fascynacji depeszami chciałem wyglądać jak Devotional Dave xd
People Are People
Ten numer ma też specjalne miejsce i w moim serduchu bo był to jeden z pierwszych kawałków DM jakie znałem i co istotne - miałem w kolekcji empetrójek. Nie pamiętam dziś już dobrze czy było to już po zapoznaniu SOFADA czy jeszcze przed, ale raczej po. W każdym razie poza SOFADem moja kolekcja była bardzo skromna bo wraz z nim zgarnąłem od kumpla jeszcze Precious oraz wideoklip do APTIUT, wcześniej miałem też Personal Jesus którego NAGRAŁEM sobie z GTA San Andreas (odpaliłem program do nagrywania audio z kompa a potem odpaliłem menu gry, ustawiłem Radio X i zgrałem go jak leciał, nawet nie wiem czy nie kleiłem go z różnych wersji bo w tej grze komentarze DJa były osobne na intro i outro i chyba losowo się pojawiały lub nie). No i w końcu było People Are People które znalazłem na płycie z ejtisowymi empetrójkami od ziomka ze szkolnej ławki. Był to chyba pierwszy utwór z SGR jaki poznałem i bardzo mi się podobał wtedy. Swoją drogą mentos poza kwestią samego utworu poruszył też wspominki ściągania właśnie randomowych plików z neta z różnych stronek i przez to poznawania dyskografii niektórych wykonawców totalnie od czapy, oraz kwestie braku internetu chociażby. Z tym też reluję bo tak się śmiesznie złożyło że najpierw pomiędzy styczniem 2007 a marcem 2008 bodajże w ogóle nie miałem w domu kompa i moje słuchanie muzy ograniczało się do wymieniania zawartości mojego odtwarzacza mp3 który mieścił całe 256 mb co zwykle starczało na dwa albumy z hakiem lub po prostu ze 20-30 utworów dobrej jakości o ile pamiętam. Drugi sposób na poszerzanie horyzontów to było proszenie się brata o wypalanie mi albumów na cedekach i zabranie ich kiedy przyjeżdżał z Łodzi. Neta też nie miałem długo, zaczęło się gdzieś w 2009 roku bodajże od antenki Wi-Fi którą ściągałem od sąsiadów nieblokowany sygnał ale że zasięg był słaby podpięta była jeszcze do przedłużki USB żeby móc wystawić ją na parapet, najlepiej przy uchylonym oknie heh. Ściąganie u kumpla losowych empetrójek ze stronek typu wrzuta czy ulub prowadziło nieraz do poznawania wyrywków totalnie różnych płyt, tak szukając Björk jednym z pierwszych utworów na jaki się natknąłem był np. cover Gloomy Sunday który wrzucalem do depeszwizji a poszukując numerów The Cure jakoś na samym początku natrafiłem na Subway Song, żałuję że niektórych tak poznanych losowo numerów nie pamiętam już ALE właśnie przypomniałem sobie że wciąż mam jeszcze kilka takich cedeków z losowymi plikami więc muszę zrobić sobie trip down memory lane i je odkurzyć. Wracając do Pipa A Pipa mam jeszcze jedno ostatnie wspomnienie z nim związane a mianowicie rok 2006 i przyniesiony przez brata do domu mixtape z rapsami 50 Centa zblendowanymi z bitami samplującymi hity lat 80., konkretnie ten:
https://www.discogs.com/release/2213671 ... uQVqHtG31i
Wśród utworów samplowanych było tam też właśnie PAP i ten dziwaczny blend mi się ostatnio przypomniał a nawet udało mi się mixtape zassać z neta (ciekawskich zapraszam priv). Na koniec odnośnie tej pioseneczki DM dopowiem jeszcze że ja tam zawsze preferowałem wersję tzw. cold end czyli albumową i bardzo lubię te takie porcelanowe klawisze w tym kawałku.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6943
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Już losowo, San Andreas to była pierwsza odsłona w której radiostacje nie były puszczonym w pętli plikiemchyba losowo się pojawiały lub nie
Ja w sumie nie miałem od kogo kraść, ale pierwszy internet w domu to było jakieś radiowe łącze od Orange, które pojawiło się bodaj w 2007 roku. Kosztowało to bardzo dużo jak na ówczesne czasy, ale za to chodziło jak krew z nosa - ówczesne stronki wczytywały się bardzo długo, o oglądaniu YouTube'a mogłem pomarzyć, a o poważniejszych zastosowaniach - nawet nie myślałem. Kupiliśmy nawet specjalną antenę w celu wzmocnienia sygnału, bawiliśmy się w jakieś sztuczki typu wkładanie modemu do miski i jak krew w piach. Sensowne łącze pojawiło się u nas dopiero dwa lata później.Neta też nie miałem długo, zaczęło się gdzieś w 2009 roku bodajże od antenki Wi-Fi którą ściągałem od sąsiadów nieblokowany sygnał ale że zasięg był słaby podpięta była jeszcze do przedłużki USB żeby móc wystawić ją na parapet, najlepiej przy uchylonym oknie heh
Też to był jeden z pierwszych utworów The Cure które poznałem, bo z jakichś przyczyn poleciał w jakimś radio internetowym o Depeche Mode.poszukując numerów The Cure jakoś na samym początku natrafiłem na Subway Song
Przypomniało mi się jak robiąc sobie takiego tripa i wyciągając płyty z czasów przed tym, nim zacząłem się interesować jakkolwiek muzyką byłem w nielada szoku, gdyż na jednej z nich obok hitów z Eski i jakiejś łupaniny znalazłem dwa albumy Radiohead. Może jak zajadę do domu to pogrzebię głębięj, ale boję się tego co mogę znaleźć (albo tego że nic nie znajdę i się zawiodę)ALE właśnie przypomniałem sobie że wciąż mam jeszcze kilka takich cedeków z losowymi plikami więc muszę zrobić sobie trip down memory lane
DEPESZWIZJA 123: EDYCJA NOWOFALOWA
FINAŁ 21:15
FINAŁ 21:15