Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mentos to wszystko tylko dla Twojego i pani Vegi dobra.
Właśnie siedzę i przemodelowuję pewne części napisanej już recenzji. Tak więc za chwilę się zamelduję.
Właśnie siedzę i przemodelowuję pewne części napisanej już recenzji. Tak więc za chwilę się zamelduję.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
mnie też jeststripped pisze:19 sie 2024 11:25Dobra Panowie, bez jajec, dojeżdżajcie z tymi reckami co by koledze mentosowi nie zrobiło się przykro
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Suzanne Vega - Solitude Standing
Pora zweryfikować album owianej mentosową legendą Suzanne Vegi. W zapowiedzi padały grube zapowiedzi – przedstawicielka mentosowego panteonu czy jeden z albumów życia. Ja w odróżnieniu od Mentosa bardzo lubię określanie najlepszych albumów wykonawców ich prywatnymi Violatorami. Bo to od razu mówi człowiekowi (przynajmniej fanowi DM), z czym będzie miał do czynienia. Czy Solitude Standing jest dla Vegi tym, czym Violator dla DM – tego nie wiem, bo innych albumów nie słyszałem. Nie mam więc porównania. Ale samo określanie tego albumu w ten sposób stawia poprzeczkę oczekiwań wysoko.
Pamiętam też, jak parę miesięcy temu Mentos zalecał mi porzucenie Taylor Swift na rzecz Suzanne Vegi. Tutaj z góry wiem, że o żadnej zamianie nie może być mowy. Możliwe jest natomiast w teorii jak najbardziej dołączenie Vegi do moich ulubionych wokalistek. Ale czy tak się stanie, to się okaże na koniec tego tekstu.
Pierwsze trzy, cztery, a może i pięć odsłuchów to było mocne odbicie się od ściany. Byłem sam zaskoczony, że jest aż tak źle. Że tak długo nic do mnie nie przemawia. Dwa znane mi single, z czego jeden w wersji acapella i osiem innych utworów, z których żaden nie jest w stanie do mnie przemówić. No i jak tu zrobić opis nie narażając się na mentosowy gniew? Robiłem przerwy między odsłuchami licząc na jakiś cud. I w pewnym sensie on przynajmniej częściowo nadszedł, bo coś wreszcie z tego albumu do mnie zaczęło docierać. Po kilku kolejnych odsłuchach mam względem tego albumu wciąż pewne zastrzeżenia, ale też i sporo pochwał.
Zacznę może od marudzenia. Gdybym pisał ten tekst tydzień temu, to byłyby tylko i wyłącznie marudzenia. No ale po kilkunastu kolejkach albumowych wiem, że często opłaca się nieco zamulić, zamiast rzucać szybkim mehnięciem.
Według tego co piszą w Wikipedii pani Vega sama komponuje lub współkomponuje swoje utwory. I tutaj zarzut największy w sumie – kompozycyjnie jest miejscami dosyć przeciętnie. Jest kilka fajnych melodii, ale też kilka kompletnie nijakich. Kilka kompozycji mimo wielu odsłuchów zupełnie nie zapamiętywalnych i nudnych. Jeszcze parę dni temu lista tych nijakich utworów obejmowała jakieś 70-80% albumu. Z każdym kolejnym dniem na szczęście mogłem kolejne utwory z tej listy wykreślać. Ogólnie melodie na albumie są mocno wypłaszczone, czasami w obrębie dosłownie jednej oktawy. Prawie żadnych wycieczek poza ten wąski zakres nut. Generalnie nie należę do słuchaczy, którzy na takie rzeczy zwracają uwagę, ale jak cały album jest taki, to już staje się zauważalne. Nie wiem, czy Suzanne ma taki styl po prostu komponowania, czy zdaje sobie sprawę ze swoich jakichś może ograniczeń wokalnych i po prostu komponuje na miarę swoich możliwości? Głos ma miękki, przyjemny, taki wręcz pościelowy, ale brakuje mi tu czasami odrobiny mocy, szaleństwa, odmiany. Właściwie to bym się tego wszystkiego nie czepiał, gdyby te melodie (niektóre) były po prostu lepsze. Bo takie spokojne folkowe albumy ja przecież bardzo lubię.
No ale pisałem przecież, że album ma też zalety, którymi mnie w pewnym stopniu do siebie przekonał. I tutaj dochodzimy do warstwy dźwiękowej, która jest w jak najlepszym porządku. A dostrzegłem to przy którymś tam odsłuchu w terenie. Byłem pewnego dnia na pięknej ukwieconej łące otoczonej lasem. Usiadłem sobie w trawie w cieniu drzewa, założyłem słuchawki i włączyłem Solitude Standing. Nie mogąc zaprzyjaźnić się z melodiami postanowiłem tym razem całą uwagę skupić na aranżacjach, na brzmieniu. I w tych warunkach przyrody te elementy byłem w stanie wreszcie docenić. Nawet jak utwór nie domagał kompozycyjnie, to był na tyle ładnie zaaranżowany, że słuchało się całkiem przyjemnie. Stworzenie sobie odpowiednich warunków do słuchania muzyki ma jednak znaczenie. Nawet później słuchając albumu ponownie w domu i tak oczyma wyobraźni byłem na tej kwiecistej łące w piękny, ciepły, letni dzień.
Jak pisałem wcześniej dwa singlowe utwory znałem od dekad. Tom’s Dinner to był naprawdę w latach mojej młodości spory przebój. Luca zresztą też. Oba utwory lubię. Żałuję jedynie, że ten pierwszy jest na albumie acapella. Uważam, że nawet najskromniejszy podkład pod wokal robi jednak różnicę. No ale trudno.
Oprócz singli jest kilka kompozycji, które są co najmniej przyzwoite: Ironbound/Fancy Poultry, Night Vision, Solitude Standing, Gypsy. Szczególnie Gipsy ostatnio zupełnie niespodziewanie, ale miło zaskoczyło.
Jest też jak pisałem kilka słabych kompozycji, które ratuje trochę jedynie warstwa dźwiękowa: In The Eye, Calypso, Language. Mentos zachwalał refren w Language. Problem w tym, że dla mnie ten niby refren jest chyba najsłabszy z całej płyty. Wooden Horse za to stoi tak na rozdrożu pomiędzy grupą utworów ok, a utworów słabszych.
Ostatnia na albumie Repryza to uważam fajne zamknięcie płyty. Przypomina mi to jak nic krótką instrumentalną wersję Wrong na końcu TOTU. Podobny zamysł.
Podsumowując – przygoda z Solitude Standing zaczęła się zwyczajowo od zgrzytania zębami. Wyjątkowo długo album się przede mną bronił. Jednak nastąpiło przełamanie dzięki pewnym okolicznościom odsłuchu i zmianie mojego podejścia. Z każdym kolejnym odsłuchem lista utworów nielubianych topniała. Te lepsze kompozycje też z reguły nie są jakimiś szczytowymi osiągnięciami w muzyce. Jak pisałem Vega operuje w dosyć skromnym zakresie tonów. To powoduje, że materiał wydaje się nieco monotonny. Brakuje mi trochę kompozycji naprawdę chwytających za serce. I pewnie odpuściłbym sobie ten album wcześniej, gdyby nie warstwa dźwiękowa. A ta jest po prostu ładna i przyjemna. Dużo żywych, akustycznych instrumentów powoduje, że aranżacje są ładne, przyjemne i potrafią nawet uratować w pewnym stopniu mało udane kompozycje.
Myślę, że album pozostanie ze mną, bo na pewno zdarzą się okoliczności, w których go czasami włączę. Może też sprawdzę jakąś inną płytę dla porównania. Może się okaże, ze Mentos zamiast Violatora zapodał nam co najwyżej Deltę. Kto wie.
Pora zweryfikować album owianej mentosową legendą Suzanne Vegi. W zapowiedzi padały grube zapowiedzi – przedstawicielka mentosowego panteonu czy jeden z albumów życia. Ja w odróżnieniu od Mentosa bardzo lubię określanie najlepszych albumów wykonawców ich prywatnymi Violatorami. Bo to od razu mówi człowiekowi (przynajmniej fanowi DM), z czym będzie miał do czynienia. Czy Solitude Standing jest dla Vegi tym, czym Violator dla DM – tego nie wiem, bo innych albumów nie słyszałem. Nie mam więc porównania. Ale samo określanie tego albumu w ten sposób stawia poprzeczkę oczekiwań wysoko.
Pamiętam też, jak parę miesięcy temu Mentos zalecał mi porzucenie Taylor Swift na rzecz Suzanne Vegi. Tutaj z góry wiem, że o żadnej zamianie nie może być mowy. Możliwe jest natomiast w teorii jak najbardziej dołączenie Vegi do moich ulubionych wokalistek. Ale czy tak się stanie, to się okaże na koniec tego tekstu.
Pierwsze trzy, cztery, a może i pięć odsłuchów to było mocne odbicie się od ściany. Byłem sam zaskoczony, że jest aż tak źle. Że tak długo nic do mnie nie przemawia. Dwa znane mi single, z czego jeden w wersji acapella i osiem innych utworów, z których żaden nie jest w stanie do mnie przemówić. No i jak tu zrobić opis nie narażając się na mentosowy gniew? Robiłem przerwy między odsłuchami licząc na jakiś cud. I w pewnym sensie on przynajmniej częściowo nadszedł, bo coś wreszcie z tego albumu do mnie zaczęło docierać. Po kilku kolejnych odsłuchach mam względem tego albumu wciąż pewne zastrzeżenia, ale też i sporo pochwał.
Zacznę może od marudzenia. Gdybym pisał ten tekst tydzień temu, to byłyby tylko i wyłącznie marudzenia. No ale po kilkunastu kolejkach albumowych wiem, że często opłaca się nieco zamulić, zamiast rzucać szybkim mehnięciem.
Według tego co piszą w Wikipedii pani Vega sama komponuje lub współkomponuje swoje utwory. I tutaj zarzut największy w sumie – kompozycyjnie jest miejscami dosyć przeciętnie. Jest kilka fajnych melodii, ale też kilka kompletnie nijakich. Kilka kompozycji mimo wielu odsłuchów zupełnie nie zapamiętywalnych i nudnych. Jeszcze parę dni temu lista tych nijakich utworów obejmowała jakieś 70-80% albumu. Z każdym kolejnym dniem na szczęście mogłem kolejne utwory z tej listy wykreślać. Ogólnie melodie na albumie są mocno wypłaszczone, czasami w obrębie dosłownie jednej oktawy. Prawie żadnych wycieczek poza ten wąski zakres nut. Generalnie nie należę do słuchaczy, którzy na takie rzeczy zwracają uwagę, ale jak cały album jest taki, to już staje się zauważalne. Nie wiem, czy Suzanne ma taki styl po prostu komponowania, czy zdaje sobie sprawę ze swoich jakichś może ograniczeń wokalnych i po prostu komponuje na miarę swoich możliwości? Głos ma miękki, przyjemny, taki wręcz pościelowy, ale brakuje mi tu czasami odrobiny mocy, szaleństwa, odmiany. Właściwie to bym się tego wszystkiego nie czepiał, gdyby te melodie (niektóre) były po prostu lepsze. Bo takie spokojne folkowe albumy ja przecież bardzo lubię.
No ale pisałem przecież, że album ma też zalety, którymi mnie w pewnym stopniu do siebie przekonał. I tutaj dochodzimy do warstwy dźwiękowej, która jest w jak najlepszym porządku. A dostrzegłem to przy którymś tam odsłuchu w terenie. Byłem pewnego dnia na pięknej ukwieconej łące otoczonej lasem. Usiadłem sobie w trawie w cieniu drzewa, założyłem słuchawki i włączyłem Solitude Standing. Nie mogąc zaprzyjaźnić się z melodiami postanowiłem tym razem całą uwagę skupić na aranżacjach, na brzmieniu. I w tych warunkach przyrody te elementy byłem w stanie wreszcie docenić. Nawet jak utwór nie domagał kompozycyjnie, to był na tyle ładnie zaaranżowany, że słuchało się całkiem przyjemnie. Stworzenie sobie odpowiednich warunków do słuchania muzyki ma jednak znaczenie. Nawet później słuchając albumu ponownie w domu i tak oczyma wyobraźni byłem na tej kwiecistej łące w piękny, ciepły, letni dzień.
Jak pisałem wcześniej dwa singlowe utwory znałem od dekad. Tom’s Dinner to był naprawdę w latach mojej młodości spory przebój. Luca zresztą też. Oba utwory lubię. Żałuję jedynie, że ten pierwszy jest na albumie acapella. Uważam, że nawet najskromniejszy podkład pod wokal robi jednak różnicę. No ale trudno.
Oprócz singli jest kilka kompozycji, które są co najmniej przyzwoite: Ironbound/Fancy Poultry, Night Vision, Solitude Standing, Gypsy. Szczególnie Gipsy ostatnio zupełnie niespodziewanie, ale miło zaskoczyło.
Jest też jak pisałem kilka słabych kompozycji, które ratuje trochę jedynie warstwa dźwiękowa: In The Eye, Calypso, Language. Mentos zachwalał refren w Language. Problem w tym, że dla mnie ten niby refren jest chyba najsłabszy z całej płyty. Wooden Horse za to stoi tak na rozdrożu pomiędzy grupą utworów ok, a utworów słabszych.
Ostatnia na albumie Repryza to uważam fajne zamknięcie płyty. Przypomina mi to jak nic krótką instrumentalną wersję Wrong na końcu TOTU. Podobny zamysł.
Podsumowując – przygoda z Solitude Standing zaczęła się zwyczajowo od zgrzytania zębami. Wyjątkowo długo album się przede mną bronił. Jednak nastąpiło przełamanie dzięki pewnym okolicznościom odsłuchu i zmianie mojego podejścia. Z każdym kolejnym odsłuchem lista utworów nielubianych topniała. Te lepsze kompozycje też z reguły nie są jakimiś szczytowymi osiągnięciami w muzyce. Jak pisałem Vega operuje w dosyć skromnym zakresie tonów. To powoduje, że materiał wydaje się nieco monotonny. Brakuje mi trochę kompozycji naprawdę chwytających za serce. I pewnie odpuściłbym sobie ten album wcześniej, gdyby nie warstwa dźwiękowa. A ta jest po prostu ładna i przyjemna. Dużo żywych, akustycznych instrumentów powoduje, że aranżacje są ładne, przyjemne i potrafią nawet uratować w pewnym stopniu mało udane kompozycje.
Myślę, że album pozostanie ze mną, bo na pewno zdarzą się okoliczności, w których go czasami włączę. Może też sprawdzę jakąś inną płytę dla porównania. Może się okaże, ze Mentos zamiast Violatora zapodał nam co najwyżej Deltę. Kto wie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Music For The Masses
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Zuzanna z Vegas - Solitude Standing
Zaczę od tego, że podoba mi się tytuł albumu, za to w ogóle nie podoba mi się okładka. Teraz, kiedy już podzieliłem się z Wami tą bezsensowną i pozbawioną rzeczywistej treści przemyśleniową trivią, mogę przejść dalej. Płyta zrobiła na mnie... przyjemne wrażenie, not gonna lie. Czy jest to Violator dla Vegi, NIE WIEM, albowiem za mało znam jej twórczość poza tym, aby móc tego typu oceny wydawać. Niemniej jednak... chyba sobie dodam do Spotifaja. A co.
Tom's Diner w wersji a cappella odpaliłem sobie przy okazji wcześniejszych wrzutek i - muszę przyznać - że robi równie dobre wrażenie w tej wersji, jak i w kolabo z DNA. Po prostu, ta historia zwyczajnego siedzenia na dupie w knajpie i obserwowania rzeczywistości wewnątrz lokalu i za oknem jest wyjątkowo fajna, zaś prowadząca ją linia wokalu wyjątkowo czilowa i w całej swojej neutralności jest, no, super. Podoba mi się i tyle. Luka to z kolei hicior, wiadomo, ale jak kiedyś nie trawiłem tej piosenki (a przez nią średnio przepadałem za Vegą), dziś patrzę na nią inaczej. Raz, że podejmuje ciekawą dość tematykę, która w tamtych czasach chyba w ogóle nie była specjalnie eksplorowana, to ma też ładunek emocjonalny będąc właściwie opowieścią autobiograficzną (wg samej Vegi). Znam ten utwór na wylot, więc ciężko mi napisać o nim coś zaskakującego, to po prostu sprawny kawałek pop, który musiał zrobić karierę w mediach, nie było innej opcji. Zbyt chwytliwy. Jeśli chodzi o kolejny numer, no to tutaj dopiero mam możliwość zapoznania się z Vegą "behind the curtain", i jak na pierwsze wrażenie to jestem bardzo zadowolony. Ironbound w para-duecie z Fancy Poultry (dziwaczny tytuł btw) daje vibe niby takiego zwyczajnego, a jednak bardzo, hmmm, czarującego popowego amerykańskiego grania lat 80. bez zbyt wielu naleciałości nowofalowych. Zwłaszcza pierwsza część, wyjątkowo urocza melancholia. Z kolei Fancy Polutry podtruwa mnie... Radiohead, tym wczesnym, a nawet Tears For Fears. Nie wyjaśnię, po prostu tak to czuję. I tyle. In the Eye brzmi jak coś, co mogłoby być b-sidem Luki (a było nim Night Vision). Tu z kolei słyszę... właściwie nieważne, porównania i tak są w większości z dupy. Czytam, że numer nie był singlem, ale w mojej opinii miał szanse się jako taki odnaleźć. Jest i chwytliwy i zupełnie nieinwazyjny, że tak to ujmę. To jest w ogóle dość zabawne, iż Wuja np. narzeka na mało porywające melodie w tych numerach, zaś dla mnie to jest wręcz atut. To jest wprost doskonały krążek do spędzania przy nim niedzielnego popołudnia, najlepiej późniejszym latem. Można się zanurzać w książce albo we śnie, tak czy inaczej zaprasza do odpoczynku. Głos Vegi również z każdym kolejnym kawałkiem robił się w moim odczuciu coraz to przyjemniejszy. Więc też całkowicie rozumiem mentosową fascynację Zuzą. Night Vision też tworzy świetny klimacik, mogliby to puszczać na jakimś Chilli Zet. Kompozycyjnie przebija mi się tutaj późniejsze China Crisis... dobra, miało być bez porównań. No, udana piosenka. Następnie wchodzi utwór, który był singlem, jakiego nie znam. No no, muszę przyznać, że jest to więcej niż dobre. Bardzo podoba mi się linia wokalu, tekst jest udany, i w ogóle czuję tutaj wspomniany przez Mentosa klimat The Dreaming. Dobrze mi współgra z porą roku, a jeszcze został ten utwór jako singiel wypuszczony akurat w sierpniu. Pasażyk na końcu jak znalazł, miodzio po prostu. I napada mnie Calypso, które - jak czytam - nawiązuje do Odysei. Choć prawdę mówiąc idzie to wywnioskować z tekstu, jak ktoś jeszcze pamięta polski w pierwszej licealnej. Zrobiło się... nadmorsko lol. Z czymś mi się bardzo ten numer kojarzy, ale przypomnieć sobie nie mogę. Za to Vegę bezczelnie i ZNÓW porównam tutaj do kogoś (choć pisałem wcześniej, że już nie będę tego robił), a mianowicie do Julii Holter. Bardzo luźno oczywiście, ale jednak, jakieś tam elementy wspólne znajduję. Bardzo fajny motyw na klawiszu, choć pachnie końcówką ejtisów na dalej niż kilometr. Jednocześnie... tutaj wokal Vegi pasuje mi chyba najmniej. A przynajmniej momentami. Wciąż, puszczenie sobie tego wieczorem na plaży mogłoby zrobić bardzo fajny setting (na razie tego nie sprawdzę, ale przyjmuję na wiarę). Language kontynuuje ten klimat i w dość prosty sposób (tzn. prostymi dosyć zabiegami) wyrzuca go na wręcz wyższy poziom. Gitary, klawisze, nakładające się na siebie wokale... jednocześnie refren wcale nie robi tu jakoś roboty. Za to instrumentarium - zdecydowanie tak. Wprost zachwyca powiem, to jest topka moich ulubionych na tym krążku numerów. Gypsy z kolei nawet przypomina trochę numer o tym samym tytule od pewnego bardzo znanego brytyjsko-amerykańskiego zespołu. I to jest dla mnie highlight - ciężko nazwać deep cutem coś, co było singlem, ale też... kto to wcześniej słyszał? xD Letniaczek jak się patrzy, ale na leżenie w hamaku na działeczce w lesie u babci. Albo do przygrywania ze starego, trzeszczącego radia. Bardzo przyjemny utwór, wprowadza mnie w jeszcze lepszy nastrój. Po takim ataku czilu wjeżdża Wooden Horse, który właściwie z powodzeniem mógłby kontynuować klimat, gdyby nie ta perkusja (wciąż fajna tho). Na moment zrobiło się nieco mroczniej, bądź inaczej - znów mroczno-neutralnie, co zdaje się być swego rodzaju znakiem rozpoznawczym Vegi. Melancholia, ale zupełnie niewymuszona. Cały ten nieco wyciszony i wygłuszony charakter Solitude Standing umieszcza mi to wydawnictwo gdzieś na dalekim końcu spektrum niby zwyczajnego, wciąż po prostu popowego grania. Parę zabiegów i w takim 2012 roku to mógłby być hipsterski hicior. Kolejny kawałek i kolejne pozytywne zaskoczenie, zwłaszcza gitary. Fajne to wszystko, przyznam, że się aż trochę nie spodziewałem... Jeśli z kolei chodzi o riprajs Jadłodajni Toma, to wyszedł całkiem przyjemny zabieg klamrowy, choć brakuje mi wersji "zwyczajnej", którą osobiście wepchnąłbym gdzieś w środek płyty (zapewne ją w ten sposób psując). Ale też muszę dodać, iż w połączeniu z tą muzyką - którą przecież słyszę po raz pierwszy - wychodzi dziwaczny cottage-core, który powoduje u mnie zwarcie w mózgu ze względu na clash ze znaną powszechnie wersją feat. DNA (tak naprawdę DNA feat. Vega). Alternatywne ejtisy na pełnej, cudowna rzecz!
Ok, bo znów się rozpisałem. Album, który w sumie ciężko było mi jakoś porządnie opracować tekstowo, albowiem dla mnie to właśnie było tańczenie o architekturze. Po prostu siadł, wajbowałem, wajbowałem bardzo przyjemnie, czilowałem i generalnie się rozpływałem. Klimat takiej płyty, którą się przypadkiem wygrzebało z kosza z tanimi CDkami w Saturnie lat temu 15, okładka w formie cienkiej książeczki, z tyłu czarny wykrzyknik na żółtym tle (OKAZJA SKURWIGNATY), zaś sam kompakt jest niemal czysty, jeśli nie liczyć na czarno wydrukowanych podstawowych informacji podstawowym fontem (numerki obowiązkowo w kwadracikach). Człowiek kupuje trochę dla beki, trochę dlatego, że 10 ziko, a potem ani się obejrzy, a zostaje to z nim na dziesięciolecia. Poza tym Vega prejzowała Ridgwaya, to dla mnie dostateczna rekomendacja. Jestem zadowolony.
Zaczę od tego, że podoba mi się tytuł albumu, za to w ogóle nie podoba mi się okładka. Teraz, kiedy już podzieliłem się z Wami tą bezsensowną i pozbawioną rzeczywistej treści przemyśleniową trivią, mogę przejść dalej. Płyta zrobiła na mnie... przyjemne wrażenie, not gonna lie. Czy jest to Violator dla Vegi, NIE WIEM, albowiem za mało znam jej twórczość poza tym, aby móc tego typu oceny wydawać. Niemniej jednak... chyba sobie dodam do Spotifaja. A co.
Tom's Diner w wersji a cappella odpaliłem sobie przy okazji wcześniejszych wrzutek i - muszę przyznać - że robi równie dobre wrażenie w tej wersji, jak i w kolabo z DNA. Po prostu, ta historia zwyczajnego siedzenia na dupie w knajpie i obserwowania rzeczywistości wewnątrz lokalu i za oknem jest wyjątkowo fajna, zaś prowadząca ją linia wokalu wyjątkowo czilowa i w całej swojej neutralności jest, no, super. Podoba mi się i tyle. Luka to z kolei hicior, wiadomo, ale jak kiedyś nie trawiłem tej piosenki (a przez nią średnio przepadałem za Vegą), dziś patrzę na nią inaczej. Raz, że podejmuje ciekawą dość tematykę, która w tamtych czasach chyba w ogóle nie była specjalnie eksplorowana, to ma też ładunek emocjonalny będąc właściwie opowieścią autobiograficzną (wg samej Vegi). Znam ten utwór na wylot, więc ciężko mi napisać o nim coś zaskakującego, to po prostu sprawny kawałek pop, który musiał zrobić karierę w mediach, nie było innej opcji. Zbyt chwytliwy. Jeśli chodzi o kolejny numer, no to tutaj dopiero mam możliwość zapoznania się z Vegą "behind the curtain", i jak na pierwsze wrażenie to jestem bardzo zadowolony. Ironbound w para-duecie z Fancy Poultry (dziwaczny tytuł btw) daje vibe niby takiego zwyczajnego, a jednak bardzo, hmmm, czarującego popowego amerykańskiego grania lat 80. bez zbyt wielu naleciałości nowofalowych. Zwłaszcza pierwsza część, wyjątkowo urocza melancholia. Z kolei Fancy Polutry podtruwa mnie... Radiohead, tym wczesnym, a nawet Tears For Fears. Nie wyjaśnię, po prostu tak to czuję. I tyle. In the Eye brzmi jak coś, co mogłoby być b-sidem Luki (a było nim Night Vision). Tu z kolei słyszę... właściwie nieważne, porównania i tak są w większości z dupy. Czytam, że numer nie był singlem, ale w mojej opinii miał szanse się jako taki odnaleźć. Jest i chwytliwy i zupełnie nieinwazyjny, że tak to ujmę. To jest w ogóle dość zabawne, iż Wuja np. narzeka na mało porywające melodie w tych numerach, zaś dla mnie to jest wręcz atut. To jest wprost doskonały krążek do spędzania przy nim niedzielnego popołudnia, najlepiej późniejszym latem. Można się zanurzać w książce albo we śnie, tak czy inaczej zaprasza do odpoczynku. Głos Vegi również z każdym kolejnym kawałkiem robił się w moim odczuciu coraz to przyjemniejszy. Więc też całkowicie rozumiem mentosową fascynację Zuzą. Night Vision też tworzy świetny klimacik, mogliby to puszczać na jakimś Chilli Zet. Kompozycyjnie przebija mi się tutaj późniejsze China Crisis... dobra, miało być bez porównań. No, udana piosenka. Następnie wchodzi utwór, który był singlem, jakiego nie znam. No no, muszę przyznać, że jest to więcej niż dobre. Bardzo podoba mi się linia wokalu, tekst jest udany, i w ogóle czuję tutaj wspomniany przez Mentosa klimat The Dreaming. Dobrze mi współgra z porą roku, a jeszcze został ten utwór jako singiel wypuszczony akurat w sierpniu. Pasażyk na końcu jak znalazł, miodzio po prostu. I napada mnie Calypso, które - jak czytam - nawiązuje do Odysei. Choć prawdę mówiąc idzie to wywnioskować z tekstu, jak ktoś jeszcze pamięta polski w pierwszej licealnej. Zrobiło się... nadmorsko lol. Z czymś mi się bardzo ten numer kojarzy, ale przypomnieć sobie nie mogę. Za to Vegę bezczelnie i ZNÓW porównam tutaj do kogoś (choć pisałem wcześniej, że już nie będę tego robił), a mianowicie do Julii Holter. Bardzo luźno oczywiście, ale jednak, jakieś tam elementy wspólne znajduję. Bardzo fajny motyw na klawiszu, choć pachnie końcówką ejtisów na dalej niż kilometr. Jednocześnie... tutaj wokal Vegi pasuje mi chyba najmniej. A przynajmniej momentami. Wciąż, puszczenie sobie tego wieczorem na plaży mogłoby zrobić bardzo fajny setting (na razie tego nie sprawdzę, ale przyjmuję na wiarę). Language kontynuuje ten klimat i w dość prosty sposób (tzn. prostymi dosyć zabiegami) wyrzuca go na wręcz wyższy poziom. Gitary, klawisze, nakładające się na siebie wokale... jednocześnie refren wcale nie robi tu jakoś roboty. Za to instrumentarium - zdecydowanie tak. Wprost zachwyca powiem, to jest topka moich ulubionych na tym krążku numerów. Gypsy z kolei nawet przypomina trochę numer o tym samym tytule od pewnego bardzo znanego brytyjsko-amerykańskiego zespołu. I to jest dla mnie highlight - ciężko nazwać deep cutem coś, co było singlem, ale też... kto to wcześniej słyszał? xD Letniaczek jak się patrzy, ale na leżenie w hamaku na działeczce w lesie u babci. Albo do przygrywania ze starego, trzeszczącego radia. Bardzo przyjemny utwór, wprowadza mnie w jeszcze lepszy nastrój. Po takim ataku czilu wjeżdża Wooden Horse, który właściwie z powodzeniem mógłby kontynuować klimat, gdyby nie ta perkusja (wciąż fajna tho). Na moment zrobiło się nieco mroczniej, bądź inaczej - znów mroczno-neutralnie, co zdaje się być swego rodzaju znakiem rozpoznawczym Vegi. Melancholia, ale zupełnie niewymuszona. Cały ten nieco wyciszony i wygłuszony charakter Solitude Standing umieszcza mi to wydawnictwo gdzieś na dalekim końcu spektrum niby zwyczajnego, wciąż po prostu popowego grania. Parę zabiegów i w takim 2012 roku to mógłby być hipsterski hicior. Kolejny kawałek i kolejne pozytywne zaskoczenie, zwłaszcza gitary. Fajne to wszystko, przyznam, że się aż trochę nie spodziewałem... Jeśli z kolei chodzi o riprajs Jadłodajni Toma, to wyszedł całkiem przyjemny zabieg klamrowy, choć brakuje mi wersji "zwyczajnej", którą osobiście wepchnąłbym gdzieś w środek płyty (zapewne ją w ten sposób psując). Ale też muszę dodać, iż w połączeniu z tą muzyką - którą przecież słyszę po raz pierwszy - wychodzi dziwaczny cottage-core, który powoduje u mnie zwarcie w mózgu ze względu na clash ze znaną powszechnie wersją feat. DNA (tak naprawdę DNA feat. Vega). Alternatywne ejtisy na pełnej, cudowna rzecz!
Ok, bo znów się rozpisałem. Album, który w sumie ciężko było mi jakoś porządnie opracować tekstowo, albowiem dla mnie to właśnie było tańczenie o architekturze. Po prostu siadł, wajbowałem, wajbowałem bardzo przyjemnie, czilowałem i generalnie się rozpływałem. Klimat takiej płyty, którą się przypadkiem wygrzebało z kosza z tanimi CDkami w Saturnie lat temu 15, okładka w formie cienkiej książeczki, z tyłu czarny wykrzyknik na żółtym tle (OKAZJA SKURWIGNATY), zaś sam kompakt jest niemal czysty, jeśli nie liczyć na czarno wydrukowanych podstawowych informacji podstawowym fontem (numerki obowiązkowo w kwadracikach). Człowiek kupuje trochę dla beki, trochę dlatego, że 10 ziko, a potem ani się obejrzy, a zostaje to z nim na dziesięciolecia. Poza tym Vega prejzowała Ridgwaya, to dla mnie dostateczna rekomendacja. Jestem zadowolony.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Coś drgnęło.
Wuja w swoim stylu, który na swój sposób podziwiam i szanuję. Gdy mi coś nie siada, to po prostu nie siada i odpuszczam po kilku próbach, bo każda kolejna tylko pogłębiłaby moją niechęć, a nasz shodan analizuje, szuka i próbuje znaleźć jakiekolwiek pozytywy i zalety, nawet jeśli zaczyna od zgrzytania zębami. W każdym razie cieszę się, że udało się docenić brzmienie, które też mnie urzekło na tyle, że ta płyta tu wylądowała i parę kompozycji - nawet jeśli nie słyszymy tego samego w utworze Kasperze Hauserze.
No i miło było przeczytać parę pozytywnych słów ze strony kolegi Adriana. Co prawda niektóre skojarzenia wydają mi się być... abstrakcyjne, ale generalnie jest coś na rzeczy z tym, że Gypsy to bardzo specyficzny letniak (i imo nie miałbym oporów z nazwaniem go DEEP CUTEM). Generalnie skojarzenie z płytą z tzw. kosza z marketu wydaje mi się być na miejscu, bo tbh to jedna z tych płyt, które planowałem obczaić no może nie dla beki, ale bardziej z ciekawości, a została ze mną na dłużej niż mi się wydawało.
Jestem nawet zadowolony.
Wuja w swoim stylu, który na swój sposób podziwiam i szanuję. Gdy mi coś nie siada, to po prostu nie siada i odpuszczam po kilku próbach, bo każda kolejna tylko pogłębiłaby moją niechęć, a nasz shodan analizuje, szuka i próbuje znaleźć jakiekolwiek pozytywy i zalety, nawet jeśli zaczyna od zgrzytania zębami. W każdym razie cieszę się, że udało się docenić brzmienie, które też mnie urzekło na tyle, że ta płyta tu wylądowała i parę kompozycji - nawet jeśli nie słyszymy tego samego w utworze Kasperze Hauserze.
No i miło było przeczytać parę pozytywnych słów ze strony kolegi Adriana. Co prawda niektóre skojarzenia wydają mi się być... abstrakcyjne, ale generalnie jest coś na rzeczy z tym, że Gypsy to bardzo specyficzny letniak (i imo nie miałbym oporów z nazwaniem go DEEP CUTEM). Generalnie skojarzenie z płytą z tzw. kosza z marketu wydaje mi się być na miejscu, bo tbh to jedna z tych płyt, które planowałem obczaić no może nie dla beki, ale bardziej z ciekawości, a została ze mną na dłużej niż mi się wydawało.
Jestem nawet zadowolony.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Suzanne Vega – Solitude Standing
Ta płyta uzmysłowiła mi, że ja za wokalem Vegi jednak nie przepadam. Ona śpiewa tak jakby mogła, a nie chciała, jak speszone dziewczęcie, które ma zaspiewać coś wujkom przy całej rodzinie, ale się blokuje. Nie kręci mnie to. No, ale stylówa wokalu, to nie jest przecież wszystko.
Pomyślałem, że jak już będę miał z głowy pierwsze dwa numery, to będzie przygoda, ale z początku nie było tak wesoło. „Tom’s Diner” w tej wersji… kurde, miałem pisać, że tylko dla fanów wokalu Vegi, czyli średnio dla mnie, że w ogóle po co to istnieje… ale kurde, na ten moment podoba mi się chyba bardziej niż wersja z muzyką. „Luke” pamiętam z lat 90, z tv. Co ciekawe, dopiero parę lat temu dowiedziałem się, że to nie jest kawałek z 90sów. Nie wiem, czy była jakaś wznowiona wersja, ale ten numer zajebiście się zestarzał, przynajmniej na tamten czas. Poza paroma klawiszami, brzmi rasowo 90sowo, jak z czołówki „Przyjaciół”, czy coś. Vega wyprzedziła swoje czasy. Numer jest ok, nie włączam go z własnej woli, ale jak leci w eterze, to się nie krzywię, jak Mentos przy Mike & the Mechanics.
Wspomniana wcześniej PRZYGODA miała rozpocząć się z pierwsza niewiadomą – „Ironbound/Fancy Poultry”. Zaczyna się wiosennie, szkoda że ta płyta nie wjechała wcześniej, ale planowanie czegokolwiek w tej bestce, to trudna sprawa. Kawałek ma vibe numerów Sylviana z „Secrets of the Beehive”, podobna produkcja, itd., zresztą chyba też podobne czasy. Po pierwszym razie, zapisałem sobie w notatkach, że to takie „pitu pitu”, i zdania nie zmieniam, jest to „pitu pitu”, ale „pitu pitu” które ostatecznie uważam za fajne. Fajne połączenie dwóch kawałków. Vega przynudza, jak to ona, ale powiedzmy, że ten krępujący chill w jej głosie, nawet pasuje. „In the Eye”, miałem podpisane jako „jeszcze większe pitu pitu”. Mimo większej energii utworu, to faktycznie jest to pitu pitu totalne. Tak mi teraz przyszło do głowy, że Vega to taki damski Tim Bowness, i teraz rozumiem, czemu niektórzy mogą mieć problem z jego wokalem od 1991 r. O dziwo, jego śpiew uwielbiam, ale Suzan mnie triggeruje niesamowicie. Może powinienem się z tym udać do lekarza. Tymczasem w tle leci jeszcze większe pitu pitu. Szanuję instrumentarium i muzyków, jest to momentami bardzo przyjemne pitu pitu, ale zwrotki są mocno mehawcze. Ostatecznie, odkładam kawałek na bok, bo kto wie, może w sprzyjających okolicznościach się uklepie, ale nie będzie łatwo.
„Night Vision” jest super, wiadomo że lubię miniaturki, a ta jest wyjątkowo zajebista. Nie ma przesady w instrumentarium, jest singersongwriterski vibe i tutaj nawet wokal Vegi mi się bardzo podoba, bo pasuje. Jest bardzo spoko. Utwór tytułowy znowu wjeżdża w cięższe rejony, wg. Vegi inspirowany Phillipem Glassem. Na tym etapie zauważyłem, że album dzieli się na numer 1, numer 2 i resztę. Te single wydają się być kompletnie z innej bajki, a późniejsze kawałki zdecydowanie bardziej spójnie płyną. Wkurzają mnie w „Solitude Standing” ejtisowe klawisze, a szkoda, bo numer generalnie jest fajny, zwłaszcza mostek mi się podoba, końcówka też spoko. Już kiedyś wyratowałem numer Vegi, znajdując nowszą wersję, więc może i tu się uda. (EDIT: potwierdzam, udało się).
„Calypso” jeszcze bardziej wbija w sylvianowy vibe. Klasycznie, niektóre klawisze do wyjebania, ale fretless bas ładnie buja. Nawet solo nie razi, tak jak powinno w takim kawałku. „Language” toczy się w podobnym klimacie. Słucham sporo takiej muzyki na wiosnę, ale powiedzmy, że jest to potrzebny podmuch wiosennego wiatru w te koszmarne upały. Kawałek jest spoko, chociaż Vega wali flegmą w sposób obezwładniający. „Gypsy” brzmi jakby zaczynał się numer Dave Matthews Band. Robi się ogniskowo i bardziej piosenkowo, chyba po raz pierwszy od „Luki” robi się tak melodyjnie. Miło to sobie płynie. „Wooden Horse” znowu wkracza w rejony japanowo/wczesnosylvianowe, co jest spoko. Fajny kawałek, zgodny zresztą albumu. Jeśli chodzi o „Tom’s Diner (Reprise)”, to cytując polskich rajdowców – co to prostytutka jest? A serio, to przypomina mi trochę main theme do serii „The Puppet Master”, więc ujdzie.
Powiem szczerze, po pierwszym przesłuchaniu, nawet nie dokończyłem notatek, bo tak się męczyłem. Wszystko to było po prostu pitu pitu, i wylatywało drugim uchem. Podobnie jak Wuja, towar wszedł na ostatnią chwilę, bo już miałem zgłaszać reklamację do dilera. Płyta ma znajomy zabiegi, które lubię, instrumentalnie, poza jakimiś archaizmami, jest bardziej niż przyzwoicie. „Luka” wyraźnie z innej epoki, względem reszty, ale ostatecznie muszę (a nawet chcę) uznać ten album za niezły. Suzanne Vega miała rigcz wykonać płytę w całości live jakoś w 2012 r., może i nawet robiła to częściej, ale to z tamtego koncertu wyszedł oficjalny live. Dzięki temu, rozwiązało się kilka problemów, które miałem ze studyjną wersją, między innymi over80s-produkcja i tanich klawiszy. Widzę, że Suzanne Vega to taka artystka, której trzeba dawać szanse, bo pierwsze wrażenie niemal zawsze robi średnie, a potem jakoś się to przegryza.
Ta płyta uzmysłowiła mi, że ja za wokalem Vegi jednak nie przepadam. Ona śpiewa tak jakby mogła, a nie chciała, jak speszone dziewczęcie, które ma zaspiewać coś wujkom przy całej rodzinie, ale się blokuje. Nie kręci mnie to. No, ale stylówa wokalu, to nie jest przecież wszystko.
Pomyślałem, że jak już będę miał z głowy pierwsze dwa numery, to będzie przygoda, ale z początku nie było tak wesoło. „Tom’s Diner” w tej wersji… kurde, miałem pisać, że tylko dla fanów wokalu Vegi, czyli średnio dla mnie, że w ogóle po co to istnieje… ale kurde, na ten moment podoba mi się chyba bardziej niż wersja z muzyką. „Luke” pamiętam z lat 90, z tv. Co ciekawe, dopiero parę lat temu dowiedziałem się, że to nie jest kawałek z 90sów. Nie wiem, czy była jakaś wznowiona wersja, ale ten numer zajebiście się zestarzał, przynajmniej na tamten czas. Poza paroma klawiszami, brzmi rasowo 90sowo, jak z czołówki „Przyjaciół”, czy coś. Vega wyprzedziła swoje czasy. Numer jest ok, nie włączam go z własnej woli, ale jak leci w eterze, to się nie krzywię, jak Mentos przy Mike & the Mechanics.
Wspomniana wcześniej PRZYGODA miała rozpocząć się z pierwsza niewiadomą – „Ironbound/Fancy Poultry”. Zaczyna się wiosennie, szkoda że ta płyta nie wjechała wcześniej, ale planowanie czegokolwiek w tej bestce, to trudna sprawa. Kawałek ma vibe numerów Sylviana z „Secrets of the Beehive”, podobna produkcja, itd., zresztą chyba też podobne czasy. Po pierwszym razie, zapisałem sobie w notatkach, że to takie „pitu pitu”, i zdania nie zmieniam, jest to „pitu pitu”, ale „pitu pitu” które ostatecznie uważam za fajne. Fajne połączenie dwóch kawałków. Vega przynudza, jak to ona, ale powiedzmy, że ten krępujący chill w jej głosie, nawet pasuje. „In the Eye”, miałem podpisane jako „jeszcze większe pitu pitu”. Mimo większej energii utworu, to faktycznie jest to pitu pitu totalne. Tak mi teraz przyszło do głowy, że Vega to taki damski Tim Bowness, i teraz rozumiem, czemu niektórzy mogą mieć problem z jego wokalem od 1991 r. O dziwo, jego śpiew uwielbiam, ale Suzan mnie triggeruje niesamowicie. Może powinienem się z tym udać do lekarza. Tymczasem w tle leci jeszcze większe pitu pitu. Szanuję instrumentarium i muzyków, jest to momentami bardzo przyjemne pitu pitu, ale zwrotki są mocno mehawcze. Ostatecznie, odkładam kawałek na bok, bo kto wie, może w sprzyjających okolicznościach się uklepie, ale nie będzie łatwo.
„Night Vision” jest super, wiadomo że lubię miniaturki, a ta jest wyjątkowo zajebista. Nie ma przesady w instrumentarium, jest singersongwriterski vibe i tutaj nawet wokal Vegi mi się bardzo podoba, bo pasuje. Jest bardzo spoko. Utwór tytułowy znowu wjeżdża w cięższe rejony, wg. Vegi inspirowany Phillipem Glassem. Na tym etapie zauważyłem, że album dzieli się na numer 1, numer 2 i resztę. Te single wydają się być kompletnie z innej bajki, a późniejsze kawałki zdecydowanie bardziej spójnie płyną. Wkurzają mnie w „Solitude Standing” ejtisowe klawisze, a szkoda, bo numer generalnie jest fajny, zwłaszcza mostek mi się podoba, końcówka też spoko. Już kiedyś wyratowałem numer Vegi, znajdując nowszą wersję, więc może i tu się uda. (EDIT: potwierdzam, udało się).
„Calypso” jeszcze bardziej wbija w sylvianowy vibe. Klasycznie, niektóre klawisze do wyjebania, ale fretless bas ładnie buja. Nawet solo nie razi, tak jak powinno w takim kawałku. „Language” toczy się w podobnym klimacie. Słucham sporo takiej muzyki na wiosnę, ale powiedzmy, że jest to potrzebny podmuch wiosennego wiatru w te koszmarne upały. Kawałek jest spoko, chociaż Vega wali flegmą w sposób obezwładniający. „Gypsy” brzmi jakby zaczynał się numer Dave Matthews Band. Robi się ogniskowo i bardziej piosenkowo, chyba po raz pierwszy od „Luki” robi się tak melodyjnie. Miło to sobie płynie. „Wooden Horse” znowu wkracza w rejony japanowo/wczesnosylvianowe, co jest spoko. Fajny kawałek, zgodny zresztą albumu. Jeśli chodzi o „Tom’s Diner (Reprise)”, to cytując polskich rajdowców – co to prostytutka jest? A serio, to przypomina mi trochę main theme do serii „The Puppet Master”, więc ujdzie.
Powiem szczerze, po pierwszym przesłuchaniu, nawet nie dokończyłem notatek, bo tak się męczyłem. Wszystko to było po prostu pitu pitu, i wylatywało drugim uchem. Podobnie jak Wuja, towar wszedł na ostatnią chwilę, bo już miałem zgłaszać reklamację do dilera. Płyta ma znajomy zabiegi, które lubię, instrumentalnie, poza jakimiś archaizmami, jest bardziej niż przyzwoicie. „Luka” wyraźnie z innej epoki, względem reszty, ale ostatecznie muszę (a nawet chcę) uznać ten album za niezły. Suzanne Vega miała rigcz wykonać płytę w całości live jakoś w 2012 r., może i nawet robiła to częściej, ale to z tamtego koncertu wyszedł oficjalny live. Dzięki temu, rozwiązało się kilka problemów, które miałem ze studyjną wersją, między innymi over80s-produkcja i tanich klawiszy. Widzę, że Suzanne Vega to taka artystka, której trzeba dawać szanse, bo pierwsze wrażenie niemal zawsze robi średnie, a potem jakoś się to przegryza.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Okej, więc mogę podsumować. Hien pewnie przekopiował recenzję od Shodana i zamienił parę zdań by antyplagiat się nie dosrał heh. Nie no, tak serio to szanuję, że udało się coś tam usłyszeć i docenić, a może nawet i polubić. Coś jest w tej 90sowości Luki, porównanie wokalu do Bownessa... interesujące, chociaż w życiu bym sam na nie nie wpadł. BTW kolejny raz dostrzegam, że kol. Hienowski ma problem z aranżami, więc sugeruję w wolnym czasie poobczajać kompilacje z serii Close-Up z nowymi, bardziej akustycznymi wersjami jej najlepszych kawałków. Lub nie.
No i jeszcze zapomniałem sprejzować kolegę Roberta, który poznał się od razu, wiedział co dobre i napisał śliczną, trafiającą w moje fanowskie serduszko recenzję. GIGABAZA as usual
No i jeszcze zapomniałem sprejzować kolegę Roberta, który poznał się od razu, wiedział co dobre i napisał śliczną, trafiającą w moje fanowskie serduszko recenzję. GIGABAZA as usual
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tam się zaraz poznał. Dowiedział się tego wszystkiego z jakiegoś RYMu, RAMu czy jakoś tak.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No i ostatnia płyta kolejki letniej czyli Robbie Williams i jego Escapology
shodan pisze:16 cze 2024 02:04Robbie Williams - Escapology
Długo myślałem nad obecną kolejką. A to wydawało mi się za bardzo jesienne, a to za bardzo zimowe. W końcu zadecydowałem, że tego gościa nie mogło tutaj zabraknąć. Wielka postać muzyki, wielka gwiazda. Kiedyś Robbie był członkiem boys bandu pod tytułem Take That. Zawsze się dziwiłem, dlaczego gość o takim głosie jest tylko jednym z wielu. W zespole brylował jakiś Barlow, gdy tymczasem Robbie bił go na każdym kroku. W pewnym momencie Williams odszedł z zespołu i zaczął solową karierę. W pewnym okresie to był absolutny dominator. Potem oczywiście popadł raczej w zapomnienie. Tak to już niestety jest, że nawet największa gwiazda wcześniej czy później idzie w odstawkę. Można być wciąż aktywnym, a jednak czas mija, sława mija. Pojawiają się młodsze gwiazdy muzyki. Stare gwiazdy idą w zapomnienie. Ja jednak jestem z generacji tych, co wielkość Robbiego pamiętają. To był mega gość. Nagrał mnóstwo wielkich hitów i kilka dobrych albumów. Zawsze lubiłem Escapology. To był szczyt popularności Robbiego. Na Escaapology jest kilka genialnych hitów z jednym z absolutnie najlepszych utworów wszechczasów, czyli Feel.
Feel jest wielkie, genialne, absolutnie wyjątkowe. Ale ja mam tu jeszcze jednego cichego faworyta. „My and my monkey”. Utwór na meksykańską modłę. Cudeńko.
Generalnie Robbie to jest gość. Jeden z największych wokalistów w historii.
https://www.youtube.com/watch?v=fX-Ugj7 ... 8WhB69omQi
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Z vortalu SRAM dokładnie, niezła rzeczshodan pisze:21 sie 2024 07:14Tam się zaraz poznał. Dowiedział się tego wszystkiego z jakiegoś RYMu, RAMu czy jakoś tak.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Nie mam co robić od środy (żartuję, mam co robić, ale brakuje mi nowej muzyki trololo), więc cisnę Williamsa. I ponieważ doszedłem do wniosku, że nie wycisnę z niego więcej, to po prostu usiadłem do pisania. I napisałem takie coś.
Robin Williams - Escapology
Robin, Robbie, zabawne, że długo - gówniarzem będąc - zastanawiałem się, kto komu podpieprzył tożsamość. W moim nędznym łebku nie mieściło się, że można się nazywać prawie tak samo i być dwiema różnymi osobami (a i założę się, że na świecie jest cała masa ludzi nazywających się w tenże sposób). Pomijając fakt, iż - przede wszystkim - jest to Williams, za którym właściwie przepadam (acz nie za każdym jego numerem, wiadomo), dostajemy od Wujasa sążnistą dawkę wczesnych lat dwutysięcznych w postaci zwyczajnie muzyki pop z epoki. Z epop-oki? Coś w tym stylu. Ale w dawkach, których nie tyle się nie spodziewałem, co o których w ogóle nie myślałem. Znając twórczość Williamsa od strony singlowej nie miałem zbyt dużego pojęcia na temat tego, cóż takiego gość pakował w swoje albumy, albowiem nie znałem dosłownie żadnego (poza jednym, który daaawno temu polecił mi Hien, Take the Crown o ile dobrze pamiętam). No i co teraz? No, nie wiem lol. Escapology to jest wszystko po trochu w pigułce, ale najbardziej... Dido, Avril Lavigne, Enrique Iglesias i Westlife w jednym. I jednocześnie... ani trochę. Ot, zawsze słynąłem z konsekwencji.
Zaczyna się od kawałka, który możnaby mi sprzedać jako kogokolwiek, tylko nie Williamsa, i ja bym to kupił. Numer - wyjątkowo dobry zresztą - stanowi jakiś pokręcony miks hipsterskiego grania z 10-ciu lat później i alternatywy, która pachnie przynajmniej Beckiem. Być może w przeklętym 2002 takie rzeczy nie były rzadkością, tylko ja najzwyczajniej w świecie gniję w świecie singli-hitów od artystów, których radio obrzydziło mi do cna (niestety, długo mogłem to powiedzieć o samym Williamsie). Tak czy inaczej, lekkie zaskoczenie i przyznam, że wracałem do tego utworu najczęściej. I akustyk jest super (czy tam klasyk, jakie to ma znaczenie), i te cudowne bębny, no i BAS. Bas chodzi w tym numerze kapitalnie, a jego brzmienie nasuwa mi skojarzenia z Derekiem Forbesem z Simple Minds (ale nie tylko). Swaggerski kawałek z nutką wyjebania, me gusta (czy jak to się mówiło w 2011). Feel... Jesus, jak ja kiedyś nienawidziłem tej piosenki. Tak szczerze i doszczętnie, po prostu za każdym razem, kiedy leciała w radio musiałem ją przełączyć, względnie błagałem starych, by to zrobili (nie było to łatwe, kiedy mowa o radiu samochodowym i to oni siedzieli z przodu i - o zgrozo - LUBILI TEN NUMER). Ja nim rzygałem. Niestety, nadmierna ekspozycja potrafi wiele zepsuć. A wtedy ja nie miałem jeszcze discmana, jeno walkmana i raptem z 4-5 kaset na krzyż z muzyką bardzo dziwaczną (a królowało to, co "nagrywałem" z przeróżnych gier wideo). No dobra, ALE. Oczywiście, że jest ale, ale to jest to dobre ale. Czasy się zmieniają, przede wszystkim płyną, tak więc odbiór pewnych dzieł kultury też ulega zmianie (we mnie, cóż za truizm). Feel jest tego "ofiarą", albowiem teraz, kiedy włączam ten numer - chyba po raz pierwszy w życiu - w medium innym niż radio (bądź inaczej: po prostu go włączam, sam i z własnej i nieprzymuszonej woli), mam zupełnie inne nastawienie, czeka mnie więc zupełnie inny odbiór. Kurde, to jest dobry kawałek, nie dziwię się, że był wielkim hitem przez całą Europę (Polskę wliczając). Materiał na hit, dobra muzyka, dobra melodia wokalu, chwytliwy refren, mostek z gitarą, która nawet wtedy mi się podobała (tzn. te 20-parę lat temu, a była to chyba jedyna rzecz, która mi się w tym kawałku wówczas autentycznie podobała). Jasne, w tej chwili będę obrzydliwie zbiasowany, ponieważ w tym momencie żywota swego lekko reluję z tekstem. Także, no, nie jestem w stanie nie zapropsować. Hit i tyle, fajnie było - a raczej dobrze było - odświeżyć to sobie w innym kontekście po odpowiednim czasie. Ja oczywiście - znając tylko williamsowe single - nie byłem w stanie do końca umieścić jego singli na czaslinii jakichś albumów, więc z początku się troszkę skrzywiłem widząc tutaj Feel (ale przynajmniej nie było Love Supreme, tego w sumie nie lubię do dziś lol), ale zaskoczenie przyszło tak naprawdę trochę później (tak minimalnie później). Dotarło do mnie, iż... ja nie znam ANI JEDNEGO SINGLA WIĘCEJ z tego krążka. Tymczasem Wikipedia informuje mnie, że Something Beautiful takowym singlem właśnie było. Musiało mnie to zupełnie ominąć, bądź też kawałek jawił mi się wówczas jako na tyle bezpłciowy, bym w ogóle nie zwrócił nań uwagi. No i... pierwsze zderzenie z rzeczywistością - numerowi brakuje hitowości Feel, nie ma tutaj "tego czegoś", jakiegoś chwytliwego hooku (może brakuje Hooka?), niby jest ta sekcja dęta robiąca za mostek, ale aż tak mnie nie buja. Nie jest to zła piosenka, taki Zet-friendly numer (ew. RMF FM-friendly, wiadomo, o co chodzi), dość pozytywna w brzmieniu i przekazie, ale po pierwszych dwóch naprawdę dobrych utworach troszeńkę jestem rozczarowany. No, taki urok tamtych czasów. Monsoon dla odmiany ratuje sytuację (co jest o tyle zabawne, że przy pierwszym odsłuchu wszystko na tym krążku - poza Feel może - wydawało mi się być jednym, a czym, to już napisałem wyżej, po prostu latami 2001-2004 w pigułce). W tym numerze, który swoją drogą ma świetny tekst, dosłownie słyszę Radiohead z Pablo Honey lol (może poza wokalem, ten pachnie właściwie dowolnym teenage rock bandem z amerykańskich najntisów). Monsun jest rozkosznie lekki, choć przecież solidniej gitarowy względem poprzedników, jakiś taki, nie wiem, uroczy xD To chyba najlepsze słowo, jakie dla niego mam. Zapisuję sobie kolejny (po pierwszych dwóch, niezły streak) udany numer z tego krążka. Sexed Up to z kolei coś, czego mogłem się chyba spodziewać. I czytam - to też singiel był, ale przeszedł niemal bez echa. Z tym, że tę piosenkę akurat trochę pamiętam, coś się przebija w mózgu, zwłaszcza refren. Pod kątem lekko ckliwej pop ballady chyba niczego innego bym od Williamsa nie oczekiwał. Po raz kolejny rok 2002 wylewa się zewsząd, wyłazi z każdego otworu (i w każdy włazi u mnie, trochę dziwnie to zabrzmiało, ale hui), instrumentarium, brzmienie, produkcja, nawet akordy cuchną tamtym okresem, nie umiem tego uzasadnić xD Ale myślę, że chociaż jeszcze jedna osoba tutaj będzie wiedziała, co mam na myśli. W ogóle, w komentarzach na YT pod tym numerem ludzie piszą głównie po portugalsku, zastanawiałem się chwilę dlaczego tak, a potem sprawdziłem, że Sexed Up było obrzydliwie wprost popularne w Brazylii, bo znalazło się na OST do telenoweli pt. Zakochane Kobiety. Cóż, as good a reason as any. Love Somebody troszkę kontynuuje klimat poprzednika, choć w nieco innym kierunku. Znów jest wolniej, znów balladowo, ale też bardziej dramatycznie (akurat to pasuje mi na singla zdecydowanie bardziej niż Sexed Up). Co tu jest super? Pianino, ale dla mnie pianino prawie wszędzie jest super, fenomenalne gitary w refrenie, potem mocny (i jakże dramatyczny dzięki smyczkom i chórkowi) mostek (który się potem w dobrym miejscu powtarza, tylko tekst trochę cheesy), miodzio. Kurde, dobry album to jest xD Nie będę ściemniał - nie spodziewałem się. Kolejna topka dla mnie, teraz pytanie, utrzyma się ten streak czy nie? Oto nadchodzi Revolution z jakimś featem, później sprawdzam, że to wokalistka ze Sly and the Family Stone, trochę lipa nie rozpoznać tego od razu, z drugiej strony - co ja wiem o psychodeli? I co, i kolejna dobra piosenka, ładnie buja, jest "groovy", że tak to ujmę, a jednocześnie przyjemnie lajtowa. Głos Stone świetnie się uzupełnia z Williamsem, po raz kolejny dostaję doborowe pianinko, na dokładkę dęciaki, trochę organów, właściwie końcówka tego kawałka jest nawet lepsza od całej jego reszty xD Udany pop podlany sosikiem z r'n'b i wręcz funku, zajebiście. I jeszcze to domknięcie "w stylu z epoki", aż szkoda, że z fade outem. No, nie można mieć wszystkiego (a czasem nie można mieć nic).
A żeby nie było za dobrze, Handsome Man jest (jak na ironię) kropelką dziegciu w łyżce miodu, ale tylko trochę - dobry tekst, fajny refren, przypomina trochę Monsoon sprzed paru cyferek na krążku, no, ale właśnie... przypomina trochę za bardzo. To jest to, co miałem na myśli pisząc, iż przy pierwszym odsłuchu za dużo mi się tutaj zlewało w jedno. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, iż pod pewnymi względami ta płyta minimalnie przypomina poprzednią wrzutkę, czyli Vegę od Mentosa - niby wszystko jest git, ale za dużo rzeczy brzmi podobnie i zdaje się być robione na jedno kopyto. Z zastrzeżeniem, że to Williams, a nie Vega, także życia w tym wszystkim więcej, i werwy i w ogóle... Także, abym był właściwie zrozumiany - Handsome Man nie jest złą piosenką, ale za bardzo brzmi jak tysiąc rzeczy (nie tylko przecież Monsoon z tego samego wydawnictwa), które już słyszałem wcześniej, a jednocześnie nie ma tego "sparku", którego mógłbym się po Williamsie spodziewać (najwyraźniej gros tegoż pakuje w single hehe). Ameryka kończy się na chwilę wraz z wjazdem kolejnego balladowego brzmienia, jednak to trochę zmyłka (a trochę nie), ciężko mi traktować w ten sposób numer o tak pierwszorzędnie ironicznym charakterze. Bezapelacyjnie jeden z najlepszych tekstów na albumie. I kolejny singiel, którego ni cholery nie pamiętam (acz poczytawszy o klipie, jaki doń powstał, nabrałem przeświadczenia, iż powinienem to pamiętać; no nic, nie pamiętam ani trochę lol). To jest właśnie utwór, który ma dla mnie ów williamsowski "spark", na pierwszy rzut oka (ucha?) nic o wadze wynalezienia koła, a wystarczy jego wykonawca, i od razu jest hit. Dopisuję do listy, absolutnie. No, kolejka się przesuwa o oczko do przodu i wlatuje piosenka, którą zachwalał w swojej wrzucie sam Wujas. Cóż, zachwalał zasadnie. Znów zrobiło się amerykańsko, faktycznie z lekką może meksykańską nutką (dzięki dętym dmuchańcom i jakże wprost wyrażonym referencjom; tak poza tym to ja tutaj wręcz Concrete Blonde słyszę), ale nie to jest w niej najlepsze - najlepszy jest liryczny storytelling, który przywodzi na myśl Stana Ridgwaya (zupełnie inny kaliber, wiadomo, jednak gość miał bardzo podobny styl wbrew pozorom), z przyjemnością się wsłuchiwałem. Także... kolejna pozycja dopisana do listy, i o. Po dłuższej chwili wlatuje Song 3 (czy jest to jakiekolwiek nawiązanie do Song 2?), Williams ukazuje się w nieco innym entourage'u i stwierdzam, iż i to pasuje. Gość ma coś takiego, że jego głos pasuje chyba do każdego rodzaju muzyki (a na pewno do wielu). W tym wydaniu chyba go jeszcze nie słyszałem, ale to dobrze. Trafne było też umieszczenie tego numeru właśnie w tym miejscu na albumie, albowiem przy tych czternastu piosenkach to już się mimo wszystko zaczyna troszkę dłużyć, jednak kolejne Sexed Up czy Handsome Man zaczęłoby mnie już odsyłać w dysocjację xD No dobra, i tak zostały jeszcze na dobrą sprawę tylko 3 piosenki (jeśli nie liczyć hidden bonusów). I żaden z nich nie jest nawet odrobinę zły. Hot Fudge - to mogłoby być chociaż jakieś promo, odjazdowa piosenka xD Raz, że - OCZYWIŚCIE - piano, to jeszcze rewelacyjny refren (mam niemożliwe do pozbycia się wrażenie, iż tę melodię wokalu słyszałem gdzieś jeszcze, może u samego Williamsa?), to mógłby być świetny letniaczek. Nie no, to jest świetne, serio. Naprawdę, zbyt wiele czasu zwracałem uwagę głównie na single, na podstawie których (a raczej: na podstawie ODBIORU których) "wyrobiłem" sobie jakąś opinię, która to opinia - jak to często w moim przypadku bywa - okazała się być kompletnie z dupy. Szczęśliwie każdy błąd (no, prawie każdy) idzie naprawić, zdanie zmienić, na dobrą muzykę się otworzyć. Cursed to znów Rockin' Robbie (za długo nad tym myślałem, zdecydowanie), kolejny zapadający w ucho refren i - również po raz kolejny - dobra liryka. Well, typ umie w te teksty, nawet, jeśli momentami zalatują krindżem (z tym, że chyba ludziom jego formatu wolno). Szukając interesujących faktów dot. tego wydawnictwa trafiam na przewijającą się tu i ówdzie informację, iż Escapology można odczytywać jako concept album, autobiograficzny dla Williamsa w tamtym momencie jego życia. I na dobrą sprawę wszystko pasuje, wydźwięk poszczególnych piosenek, płyty jako całości, myślę o tym krindżu wokół piosenek stricte o miłości, a potem przypominam sobie, że te same rzeczy mogę zarzucić własnym tekstom, gdzie też nie unikam odniesień autobiograficznych (z tym, że nie jestem Williamsem) i też bywa krindżowo. Może nawet jest głównie tak z perspektywy osoby zupełnie trzeciej, nie wiem. Nan's Song uderza w dokładnie te tony melancholii (jaka w sumie inna może być piosenka o śmierci babci, z którą było się blisko), jakich spodziewałbym się po zamknięciu tego typu albumu (w sensie jego całościowego charakteru). Wokal, gitara, garstka innych rzeczy schowanych w tle, i minimalistycznie i trafnie i w ogóle git. A raczej by tak było, bo album raczy jeszcze dwoma hidden trackami, "riprajzem" How Peculiar, który pokazuje inną - również ciekawą - stronę, w jaką mógłby ten numer pójść GDYBY, a następnie kolejną prawie-akustyczną balladką o nieco ckliwym tytule I Tried Love, za to z następnym udanym i nieco zabawnym tekstem (kekłem ostro przy "we'd all be gay"). I świetną codą. Właściwie lepszego podsumowania już wszystkiego (od How Peculiar po ten moment) dostać bym nie mógł, to tak aby nie zrobiło się nazbyt smutno po Nan's Song. Ale też odrobina tego smutku powinna zostać. I została (dokładnie tyle, ile trzeba tho).
Urgh, chyba się rozpisałem xD Oczywiście, podczas pisania puszczałem sobie Escapology jeszcze raz, niektóre piosenki kilkakrotnie, czasem dla lepszego kontekstu, a czasem tylko dlatego, że mi się na tyle spodobały. Dobre to jest wydawnictwo, naprawdę udane i pełne porządnie napisanych i wyprodukowanych numerów nawet, jeśli kilka z nich na dłuższą metę w jakimś tam ograniczonym zakresie lekko przynudza. Niby rok 2002, ale myślę, że spokojnie mogłoby się ukazać i teraz, niechybnie sprzedawałoby się równie dobrze, co wtedy. Williams ma talent i do piosenkopisarstwa (jak inaczej przetłumaczyć songwriting lol) i do śpiewania, głos tak mocny i uwodzicielski jak i jednocześnie znudzony i zrezygnowany gdzie trzeba, niemniej w każdym wypadku z klasą. Shodan nie napisał może dużo o swojej wrzutce (w przeciwieństwie do mnie LOL), ale i tak zapodał złoto, co, choć nie jest oczywiste, zawsze jest trafione, kiedy jest złotem (Paulo Coelho). Być może większość mojej recenzji to powtarzanie w kółko tego samego, mojemu pióru (bądź klawiaturze) brak polotu itp., ale mam to gdzieś, dobrze się przez te 3 dni bawiłem i zapewne będę dalej. Spróbuję we wrześniu.
Robin Williams - Escapology
Robin, Robbie, zabawne, że długo - gówniarzem będąc - zastanawiałem się, kto komu podpieprzył tożsamość. W moim nędznym łebku nie mieściło się, że można się nazywać prawie tak samo i być dwiema różnymi osobami (a i założę się, że na świecie jest cała masa ludzi nazywających się w tenże sposób). Pomijając fakt, iż - przede wszystkim - jest to Williams, za którym właściwie przepadam (acz nie za każdym jego numerem, wiadomo), dostajemy od Wujasa sążnistą dawkę wczesnych lat dwutysięcznych w postaci zwyczajnie muzyki pop z epoki. Z epop-oki? Coś w tym stylu. Ale w dawkach, których nie tyle się nie spodziewałem, co o których w ogóle nie myślałem. Znając twórczość Williamsa od strony singlowej nie miałem zbyt dużego pojęcia na temat tego, cóż takiego gość pakował w swoje albumy, albowiem nie znałem dosłownie żadnego (poza jednym, który daaawno temu polecił mi Hien, Take the Crown o ile dobrze pamiętam). No i co teraz? No, nie wiem lol. Escapology to jest wszystko po trochu w pigułce, ale najbardziej... Dido, Avril Lavigne, Enrique Iglesias i Westlife w jednym. I jednocześnie... ani trochę. Ot, zawsze słynąłem z konsekwencji.
Zaczyna się od kawałka, który możnaby mi sprzedać jako kogokolwiek, tylko nie Williamsa, i ja bym to kupił. Numer - wyjątkowo dobry zresztą - stanowi jakiś pokręcony miks hipsterskiego grania z 10-ciu lat później i alternatywy, która pachnie przynajmniej Beckiem. Być może w przeklętym 2002 takie rzeczy nie były rzadkością, tylko ja najzwyczajniej w świecie gniję w świecie singli-hitów od artystów, których radio obrzydziło mi do cna (niestety, długo mogłem to powiedzieć o samym Williamsie). Tak czy inaczej, lekkie zaskoczenie i przyznam, że wracałem do tego utworu najczęściej. I akustyk jest super (czy tam klasyk, jakie to ma znaczenie), i te cudowne bębny, no i BAS. Bas chodzi w tym numerze kapitalnie, a jego brzmienie nasuwa mi skojarzenia z Derekiem Forbesem z Simple Minds (ale nie tylko). Swaggerski kawałek z nutką wyjebania, me gusta (czy jak to się mówiło w 2011). Feel... Jesus, jak ja kiedyś nienawidziłem tej piosenki. Tak szczerze i doszczętnie, po prostu za każdym razem, kiedy leciała w radio musiałem ją przełączyć, względnie błagałem starych, by to zrobili (nie było to łatwe, kiedy mowa o radiu samochodowym i to oni siedzieli z przodu i - o zgrozo - LUBILI TEN NUMER). Ja nim rzygałem. Niestety, nadmierna ekspozycja potrafi wiele zepsuć. A wtedy ja nie miałem jeszcze discmana, jeno walkmana i raptem z 4-5 kaset na krzyż z muzyką bardzo dziwaczną (a królowało to, co "nagrywałem" z przeróżnych gier wideo). No dobra, ALE. Oczywiście, że jest ale, ale to jest to dobre ale. Czasy się zmieniają, przede wszystkim płyną, tak więc odbiór pewnych dzieł kultury też ulega zmianie (we mnie, cóż za truizm). Feel jest tego "ofiarą", albowiem teraz, kiedy włączam ten numer - chyba po raz pierwszy w życiu - w medium innym niż radio (bądź inaczej: po prostu go włączam, sam i z własnej i nieprzymuszonej woli), mam zupełnie inne nastawienie, czeka mnie więc zupełnie inny odbiór. Kurde, to jest dobry kawałek, nie dziwię się, że był wielkim hitem przez całą Europę (Polskę wliczając). Materiał na hit, dobra muzyka, dobra melodia wokalu, chwytliwy refren, mostek z gitarą, która nawet wtedy mi się podobała (tzn. te 20-parę lat temu, a była to chyba jedyna rzecz, która mi się w tym kawałku wówczas autentycznie podobała). Jasne, w tej chwili będę obrzydliwie zbiasowany, ponieważ w tym momencie żywota swego lekko reluję z tekstem. Także, no, nie jestem w stanie nie zapropsować. Hit i tyle, fajnie było - a raczej dobrze było - odświeżyć to sobie w innym kontekście po odpowiednim czasie. Ja oczywiście - znając tylko williamsowe single - nie byłem w stanie do końca umieścić jego singli na czaslinii jakichś albumów, więc z początku się troszkę skrzywiłem widząc tutaj Feel (ale przynajmniej nie było Love Supreme, tego w sumie nie lubię do dziś lol), ale zaskoczenie przyszło tak naprawdę trochę później (tak minimalnie później). Dotarło do mnie, iż... ja nie znam ANI JEDNEGO SINGLA WIĘCEJ z tego krążka. Tymczasem Wikipedia informuje mnie, że Something Beautiful takowym singlem właśnie było. Musiało mnie to zupełnie ominąć, bądź też kawałek jawił mi się wówczas jako na tyle bezpłciowy, bym w ogóle nie zwrócił nań uwagi. No i... pierwsze zderzenie z rzeczywistością - numerowi brakuje hitowości Feel, nie ma tutaj "tego czegoś", jakiegoś chwytliwego hooku (może brakuje Hooka?), niby jest ta sekcja dęta robiąca za mostek, ale aż tak mnie nie buja. Nie jest to zła piosenka, taki Zet-friendly numer (ew. RMF FM-friendly, wiadomo, o co chodzi), dość pozytywna w brzmieniu i przekazie, ale po pierwszych dwóch naprawdę dobrych utworach troszeńkę jestem rozczarowany. No, taki urok tamtych czasów. Monsoon dla odmiany ratuje sytuację (co jest o tyle zabawne, że przy pierwszym odsłuchu wszystko na tym krążku - poza Feel może - wydawało mi się być jednym, a czym, to już napisałem wyżej, po prostu latami 2001-2004 w pigułce). W tym numerze, który swoją drogą ma świetny tekst, dosłownie słyszę Radiohead z Pablo Honey lol (może poza wokalem, ten pachnie właściwie dowolnym teenage rock bandem z amerykańskich najntisów). Monsun jest rozkosznie lekki, choć przecież solidniej gitarowy względem poprzedników, jakiś taki, nie wiem, uroczy xD To chyba najlepsze słowo, jakie dla niego mam. Zapisuję sobie kolejny (po pierwszych dwóch, niezły streak) udany numer z tego krążka. Sexed Up to z kolei coś, czego mogłem się chyba spodziewać. I czytam - to też singiel był, ale przeszedł niemal bez echa. Z tym, że tę piosenkę akurat trochę pamiętam, coś się przebija w mózgu, zwłaszcza refren. Pod kątem lekko ckliwej pop ballady chyba niczego innego bym od Williamsa nie oczekiwał. Po raz kolejny rok 2002 wylewa się zewsząd, wyłazi z każdego otworu (i w każdy włazi u mnie, trochę dziwnie to zabrzmiało, ale hui), instrumentarium, brzmienie, produkcja, nawet akordy cuchną tamtym okresem, nie umiem tego uzasadnić xD Ale myślę, że chociaż jeszcze jedna osoba tutaj będzie wiedziała, co mam na myśli. W ogóle, w komentarzach na YT pod tym numerem ludzie piszą głównie po portugalsku, zastanawiałem się chwilę dlaczego tak, a potem sprawdziłem, że Sexed Up było obrzydliwie wprost popularne w Brazylii, bo znalazło się na OST do telenoweli pt. Zakochane Kobiety. Cóż, as good a reason as any. Love Somebody troszkę kontynuuje klimat poprzednika, choć w nieco innym kierunku. Znów jest wolniej, znów balladowo, ale też bardziej dramatycznie (akurat to pasuje mi na singla zdecydowanie bardziej niż Sexed Up). Co tu jest super? Pianino, ale dla mnie pianino prawie wszędzie jest super, fenomenalne gitary w refrenie, potem mocny (i jakże dramatyczny dzięki smyczkom i chórkowi) mostek (który się potem w dobrym miejscu powtarza, tylko tekst trochę cheesy), miodzio. Kurde, dobry album to jest xD Nie będę ściemniał - nie spodziewałem się. Kolejna topka dla mnie, teraz pytanie, utrzyma się ten streak czy nie? Oto nadchodzi Revolution z jakimś featem, później sprawdzam, że to wokalistka ze Sly and the Family Stone, trochę lipa nie rozpoznać tego od razu, z drugiej strony - co ja wiem o psychodeli? I co, i kolejna dobra piosenka, ładnie buja, jest "groovy", że tak to ujmę, a jednocześnie przyjemnie lajtowa. Głos Stone świetnie się uzupełnia z Williamsem, po raz kolejny dostaję doborowe pianinko, na dokładkę dęciaki, trochę organów, właściwie końcówka tego kawałka jest nawet lepsza od całej jego reszty xD Udany pop podlany sosikiem z r'n'b i wręcz funku, zajebiście. I jeszcze to domknięcie "w stylu z epoki", aż szkoda, że z fade outem. No, nie można mieć wszystkiego (a czasem nie można mieć nic).
A żeby nie było za dobrze, Handsome Man jest (jak na ironię) kropelką dziegciu w łyżce miodu, ale tylko trochę - dobry tekst, fajny refren, przypomina trochę Monsoon sprzed paru cyferek na krążku, no, ale właśnie... przypomina trochę za bardzo. To jest to, co miałem na myśli pisząc, iż przy pierwszym odsłuchu za dużo mi się tutaj zlewało w jedno. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, iż pod pewnymi względami ta płyta minimalnie przypomina poprzednią wrzutkę, czyli Vegę od Mentosa - niby wszystko jest git, ale za dużo rzeczy brzmi podobnie i zdaje się być robione na jedno kopyto. Z zastrzeżeniem, że to Williams, a nie Vega, także życia w tym wszystkim więcej, i werwy i w ogóle... Także, abym był właściwie zrozumiany - Handsome Man nie jest złą piosenką, ale za bardzo brzmi jak tysiąc rzeczy (nie tylko przecież Monsoon z tego samego wydawnictwa), które już słyszałem wcześniej, a jednocześnie nie ma tego "sparku", którego mógłbym się po Williamsie spodziewać (najwyraźniej gros tegoż pakuje w single hehe). Ameryka kończy się na chwilę wraz z wjazdem kolejnego balladowego brzmienia, jednak to trochę zmyłka (a trochę nie), ciężko mi traktować w ten sposób numer o tak pierwszorzędnie ironicznym charakterze. Bezapelacyjnie jeden z najlepszych tekstów na albumie. I kolejny singiel, którego ni cholery nie pamiętam (acz poczytawszy o klipie, jaki doń powstał, nabrałem przeświadczenia, iż powinienem to pamiętać; no nic, nie pamiętam ani trochę lol). To jest właśnie utwór, który ma dla mnie ów williamsowski "spark", na pierwszy rzut oka (ucha?) nic o wadze wynalezienia koła, a wystarczy jego wykonawca, i od razu jest hit. Dopisuję do listy, absolutnie. No, kolejka się przesuwa o oczko do przodu i wlatuje piosenka, którą zachwalał w swojej wrzucie sam Wujas. Cóż, zachwalał zasadnie. Znów zrobiło się amerykańsko, faktycznie z lekką może meksykańską nutką (dzięki dętym dmuchańcom i jakże wprost wyrażonym referencjom; tak poza tym to ja tutaj wręcz Concrete Blonde słyszę), ale nie to jest w niej najlepsze - najlepszy jest liryczny storytelling, który przywodzi na myśl Stana Ridgwaya (zupełnie inny kaliber, wiadomo, jednak gość miał bardzo podobny styl wbrew pozorom), z przyjemnością się wsłuchiwałem. Także... kolejna pozycja dopisana do listy, i o. Po dłuższej chwili wlatuje Song 3 (czy jest to jakiekolwiek nawiązanie do Song 2?), Williams ukazuje się w nieco innym entourage'u i stwierdzam, iż i to pasuje. Gość ma coś takiego, że jego głos pasuje chyba do każdego rodzaju muzyki (a na pewno do wielu). W tym wydaniu chyba go jeszcze nie słyszałem, ale to dobrze. Trafne było też umieszczenie tego numeru właśnie w tym miejscu na albumie, albowiem przy tych czternastu piosenkach to już się mimo wszystko zaczyna troszkę dłużyć, jednak kolejne Sexed Up czy Handsome Man zaczęłoby mnie już odsyłać w dysocjację xD No dobra, i tak zostały jeszcze na dobrą sprawę tylko 3 piosenki (jeśli nie liczyć hidden bonusów). I żaden z nich nie jest nawet odrobinę zły. Hot Fudge - to mogłoby być chociaż jakieś promo, odjazdowa piosenka xD Raz, że - OCZYWIŚCIE - piano, to jeszcze rewelacyjny refren (mam niemożliwe do pozbycia się wrażenie, iż tę melodię wokalu słyszałem gdzieś jeszcze, może u samego Williamsa?), to mógłby być świetny letniaczek. Nie no, to jest świetne, serio. Naprawdę, zbyt wiele czasu zwracałem uwagę głównie na single, na podstawie których (a raczej: na podstawie ODBIORU których) "wyrobiłem" sobie jakąś opinię, która to opinia - jak to często w moim przypadku bywa - okazała się być kompletnie z dupy. Szczęśliwie każdy błąd (no, prawie każdy) idzie naprawić, zdanie zmienić, na dobrą muzykę się otworzyć. Cursed to znów Rockin' Robbie (za długo nad tym myślałem, zdecydowanie), kolejny zapadający w ucho refren i - również po raz kolejny - dobra liryka. Well, typ umie w te teksty, nawet, jeśli momentami zalatują krindżem (z tym, że chyba ludziom jego formatu wolno). Szukając interesujących faktów dot. tego wydawnictwa trafiam na przewijającą się tu i ówdzie informację, iż Escapology można odczytywać jako concept album, autobiograficzny dla Williamsa w tamtym momencie jego życia. I na dobrą sprawę wszystko pasuje, wydźwięk poszczególnych piosenek, płyty jako całości, myślę o tym krindżu wokół piosenek stricte o miłości, a potem przypominam sobie, że te same rzeczy mogę zarzucić własnym tekstom, gdzie też nie unikam odniesień autobiograficznych (z tym, że nie jestem Williamsem) i też bywa krindżowo. Może nawet jest głównie tak z perspektywy osoby zupełnie trzeciej, nie wiem. Nan's Song uderza w dokładnie te tony melancholii (jaka w sumie inna może być piosenka o śmierci babci, z którą było się blisko), jakich spodziewałbym się po zamknięciu tego typu albumu (w sensie jego całościowego charakteru). Wokal, gitara, garstka innych rzeczy schowanych w tle, i minimalistycznie i trafnie i w ogóle git. A raczej by tak było, bo album raczy jeszcze dwoma hidden trackami, "riprajzem" How Peculiar, który pokazuje inną - również ciekawą - stronę, w jaką mógłby ten numer pójść GDYBY, a następnie kolejną prawie-akustyczną balladką o nieco ckliwym tytule I Tried Love, za to z następnym udanym i nieco zabawnym tekstem (kekłem ostro przy "we'd all be gay"). I świetną codą. Właściwie lepszego podsumowania już wszystkiego (od How Peculiar po ten moment) dostać bym nie mógł, to tak aby nie zrobiło się nazbyt smutno po Nan's Song. Ale też odrobina tego smutku powinna zostać. I została (dokładnie tyle, ile trzeba tho).
Urgh, chyba się rozpisałem xD Oczywiście, podczas pisania puszczałem sobie Escapology jeszcze raz, niektóre piosenki kilkakrotnie, czasem dla lepszego kontekstu, a czasem tylko dlatego, że mi się na tyle spodobały. Dobre to jest wydawnictwo, naprawdę udane i pełne porządnie napisanych i wyprodukowanych numerów nawet, jeśli kilka z nich na dłuższą metę w jakimś tam ograniczonym zakresie lekko przynudza. Niby rok 2002, ale myślę, że spokojnie mogłoby się ukazać i teraz, niechybnie sprzedawałoby się równie dobrze, co wtedy. Williams ma talent i do piosenkopisarstwa (jak inaczej przetłumaczyć songwriting lol) i do śpiewania, głos tak mocny i uwodzicielski jak i jednocześnie znudzony i zrezygnowany gdzie trzeba, niemniej w każdym wypadku z klasą. Shodan nie napisał może dużo o swojej wrzutce (w przeciwieństwie do mnie LOL), ale i tak zapodał złoto, co, choć nie jest oczywiste, zawsze jest trafione, kiedy jest złotem (Paulo Coelho). Być może większość mojej recenzji to powtarzanie w kółko tego samego, mojemu pióru (bądź klawiaturze) brak polotu itp., ale mam to gdzieś, dobrze się przez te 3 dni bawiłem i zapewne będę dalej. Spróbuję we wrześniu.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja pierdoIe xddddd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Moja recenzja spróbuje odpowiedzieć na pytanie co gorsze: płyta Robina (?) czy recenzja Musiała płyty Robina.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nawet nie próbuję tego czytać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ta ściana tekstu mnie przytłoczyła wręcz fizycznie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Czasem jak napiszę recenzję, to się zastanawiam "a może to za krótkie?" Teraz już wiem, że nigdy nic nie jest za krótkie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja tylko nadmienię że imć Musiał to myślę nie jest jakiś tam wzór do naśladowania... w niczym...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup