Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dopiero zajarzyłem, że to już recka o moim Robbiem, a nie Suzanne. 
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Co ty stary, my piszemy recenzję Birdy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Następna będzie czterozdaniowa, słowo daję
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie, o Robbiem pisz ile chcesz.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ale następna nie będzie o Robbiem
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ooo to nie. To nic nie pisz dev.
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
W ogóle nic nie napiszę
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan nawet nie podjął walki, mimo wszystko dev poprawnie zatytułował ten skromny felietonik 
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ależ ja dziękuję. Dopiero przeczytałem tę ścianę tekstu, która wcale mi się jednak nie dłużyła. Cieszy mnie, że dev docenił tak dużo nie-singli.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dojeżdżajcie i tu Panowie, póki co ciężko to idzie widzę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
W tym przypadku nie ma co pospieszać, skończy się samymi roastami... do poniedziałku spróbuje się zmieścić.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Robbie Williams - Escapology (2002)
Przed odsłuchami nie miałem żadnych oczekiwań. Do popularniejszych numerów nie mam większych zarzutów, ale też nie traktuję ich lepiej niż powietrze. Swoją drogą moją ulubioną jest Candy, która nie cieszy się szczególnym uznaniem kogokolwiek. Nie jestem w stanie przywołać żadnej piosenki Take That. Czysta głowa. Początkowo jeszcze jakoś szło, gdy materiał podzieliłem na odcinki. Za pierwszym razem po pierwszej czwórce jeszcze się łudziłem, ale wszystko puściło po odsłuchu całości. 75 minut pop rocka... no to na pewno trzeba mieć sporo do powiedzenia zarówno lirycznie jak i muzycznie, prawda?
Notatki z dzisiejszego odsłuchu.
How Peculiar: niezły groove, lekko drażni przesterowany wokal, dość ciężki lekki numer
Feel: kiedyś nie słyszałem tej elektroniki w tle, dzięki niej jest trochę wszystkiego za dużo - poza tym to wciąż najlepszy kawałek na płycie, chyba najbardziej w pamięć zapada mostek gitarowy
Something Beautiful: szybko wjeżdża cepelia i zakończenie roku, refren ma ładną melodię, ale cała otoczka przesłodzona do granic + smętnie dudniąca perka robi z tego takiego bezbarwnego muzaka
Monsoon: rockerski muzak ze słynnym powerem, do bólu schematyczny z tymi akcentami pod koniec niektórych fragmentów, po co tak mocno i bez sensu?
Sexed Up: wyróżnikiem w sumie jest tylko wokal - czasem wyżej, czasem szeptanki, bo w tle kolejny musical pop rockowy
Love Somebody: najpierw smętne pianinko, a potem kolejna zawiesina pop rockowa ze smykami... tu nawet wokal jest taki przechodzony
Revolution: trąbeczki, dodatkowy żeński wokal, kolejna barowa cepelia w dalszej części...
Handsome Man: RW chce być chyba jakimś sztywnym ziomkiem, no ale nad pokładem godnym czołówki serialu młodzieżowego (już ósmego z rzędu) może być średnio - tu wyróżniają się pojedyncze przekleństwa w tekście
Come Undone: początek trochę inny niż reszta, przez chwilę sam bicik, do refrenu jeszcze ujdzie, a potem... szkoda że nie cover Duran Duran
Me and My Monkey: te latino akcenty muzyczne są wręcz szokującym ożywieniem, ale żeby nie było za dobrze to w zwrotkach RW wpada w słowotok, ja pierredole, o czym w ogóle są te piosenki? siedem minut chyba najmniej irytującego, choć wciąż kuriozum
>dont test my patience
>w 50 minucie płyty wchodzi setne z rzędu takie samo emocjonalne zawieszenie przed tak samo wysoko zaśpiewanym refrenem i losową solówką na czymkolwiek
Song 3: to nawet nie jest już śmieszne; tutaj wraca wyjątkowo usmażony wokal
Hot Fudge: rymy częstochowskie & cowbell, wyjątkowo dobre i subtelne próby urozmaicenia płyty... odnoszę wrażenie, że RW w wielu miejscach chciał jakoś nawiązać do glam rockowej ery w wykonaniu Bowiego, efektu pozwolę sobie szerzej nie komentować
Cursed: tutaj gitarki za to jak z czołówki programu sportowego tudzież wyścigowej gierki przeglądarkowej, przynajmniej to ostre męskie granie jest do samego końca bez żadnych smyków i symfonii, a nie czekaj.. między wierszami i żeńskim chórkiem coś się jednak czai
Nan's Song: gdyby to był tylko ten kawałek to naprawdę by uszedł - RW brzmi czasem jak George Michael, nie ma klapy od kibla, wystarczyłoby... a tu jeszcze dwa hidden tracki.
Nie mam się do czego przyczepić. Poza chroniczną nudą, jałowością, schematycznością i potencjałem irytowania słuchacza nawet przy robieniu jakichś innych rzeczy poza słuchaniem trzeba przyznać, że płyta na pewno jest wyprodukowana. Lista płac na RYMie w zestawieniu z materiałem wyjściowym wręcz szokuje. Tyle ludzi dla pojedynczych wyróżników na dystansie 75 minut... to też trzeba umieć wykonać. Największe dramaty to sample i gadane epizody (może nawet miały być na rapowo?). Nie sądzę, by pod warstwą piosenek o miłości, częstochowskich rymów i miałkich patentów krył się jakiś poważniejszy koncept. Co najwyżej słychać dwie rzeczy: brak szacunku do słuchacza i osobliwe poczucie humoru. Niektórzy narzekali na interlude wieńczący SOTU, że trochę trzeba na niego poczekać... no to sobie czekajcie sześć minut na kolejną lichą balladzinę tutaj i wrócćcie do symaptycznego instrumentala Wrong.
Jestem ciekaw czy w ogóle ktoś słuchał tej płyty przed wypuszczeniem. Każdy numer z osobna mógłby się bronić w określonych okolicznościach, ale tutaj jest jednak płyta. Jeśli nie koncept to przynajmniej pomysł na brzmienia, teksty, zestawienie numerów jeden po drugim. Może w standardzie Radia Spotify działa? Może gdyby tak słuchać wszystkiego pojedynczo dałoby się po trzech miesiącach wyróżnić wszystkie patenty? Poza tym, że każdy kawałek jest raczej taki sam. Niektóre, co jeszcze gorsze, mają wyciszenia! Śmieszne, że dostało się w ten sposób np. piosence z takim typowo koncertowym zakończeniem. Williams to podobno też super wokalista. Mówiąc delikatnie, nie pomagał. Jeśli gdzieś się wyróżniał to tylko w pojedynczych zwrotkach, ale też częściej na minus.
Na plus co najwyżej Feel, ale to potwierdzenie status quo. Ujdzie jeszcze ten właściwy ostatni kawałek, gdyby tak wziąć tył wydania płytowego i zobaczyć listę piosenek na nośniku.
Myślę, że osiągnąłem mur w segmencie nudnych pop rockowych płyt. Jeśli ktoś chce mnie okładać czymś podobnym w przyszłości to może się spodziewać porównywalnej reakcji albo olewki. Niby Williams taka gwiazda, a te płyty kolejne coraz mniej popularne... miałem pisać o brakującym ogniwie tego typu sław czyli płycie świątecznej w dyskografii, ale Robbie zdążył już coś takiego wydać. Dwupłytowe dzieło. Osiemdziesiąt minut. Pogratulować samozaparcia i chęci twórczych. Byle z daleka ode mnie.
Przed odsłuchami nie miałem żadnych oczekiwań. Do popularniejszych numerów nie mam większych zarzutów, ale też nie traktuję ich lepiej niż powietrze. Swoją drogą moją ulubioną jest Candy, która nie cieszy się szczególnym uznaniem kogokolwiek. Nie jestem w stanie przywołać żadnej piosenki Take That. Czysta głowa. Początkowo jeszcze jakoś szło, gdy materiał podzieliłem na odcinki. Za pierwszym razem po pierwszej czwórce jeszcze się łudziłem, ale wszystko puściło po odsłuchu całości. 75 minut pop rocka... no to na pewno trzeba mieć sporo do powiedzenia zarówno lirycznie jak i muzycznie, prawda?
Notatki z dzisiejszego odsłuchu.
How Peculiar: niezły groove, lekko drażni przesterowany wokal, dość ciężki lekki numer
Feel: kiedyś nie słyszałem tej elektroniki w tle, dzięki niej jest trochę wszystkiego za dużo - poza tym to wciąż najlepszy kawałek na płycie, chyba najbardziej w pamięć zapada mostek gitarowy
Something Beautiful: szybko wjeżdża cepelia i zakończenie roku, refren ma ładną melodię, ale cała otoczka przesłodzona do granic + smętnie dudniąca perka robi z tego takiego bezbarwnego muzaka
Monsoon: rockerski muzak ze słynnym powerem, do bólu schematyczny z tymi akcentami pod koniec niektórych fragmentów, po co tak mocno i bez sensu?
Sexed Up: wyróżnikiem w sumie jest tylko wokal - czasem wyżej, czasem szeptanki, bo w tle kolejny musical pop rockowy
Love Somebody: najpierw smętne pianinko, a potem kolejna zawiesina pop rockowa ze smykami... tu nawet wokal jest taki przechodzony
Revolution: trąbeczki, dodatkowy żeński wokal, kolejna barowa cepelia w dalszej części...
Handsome Man: RW chce być chyba jakimś sztywnym ziomkiem, no ale nad pokładem godnym czołówki serialu młodzieżowego (już ósmego z rzędu) może być średnio - tu wyróżniają się pojedyncze przekleństwa w tekście
Come Undone: początek trochę inny niż reszta, przez chwilę sam bicik, do refrenu jeszcze ujdzie, a potem... szkoda że nie cover Duran Duran
Me and My Monkey: te latino akcenty muzyczne są wręcz szokującym ożywieniem, ale żeby nie było za dobrze to w zwrotkach RW wpada w słowotok, ja pierredole, o czym w ogóle są te piosenki? siedem minut chyba najmniej irytującego, choć wciąż kuriozum
>dont test my patience
>w 50 minucie płyty wchodzi setne z rzędu takie samo emocjonalne zawieszenie przed tak samo wysoko zaśpiewanym refrenem i losową solówką na czymkolwiek
Song 3: to nawet nie jest już śmieszne; tutaj wraca wyjątkowo usmażony wokal
Hot Fudge: rymy częstochowskie & cowbell, wyjątkowo dobre i subtelne próby urozmaicenia płyty... odnoszę wrażenie, że RW w wielu miejscach chciał jakoś nawiązać do glam rockowej ery w wykonaniu Bowiego, efektu pozwolę sobie szerzej nie komentować
Cursed: tutaj gitarki za to jak z czołówki programu sportowego tudzież wyścigowej gierki przeglądarkowej, przynajmniej to ostre męskie granie jest do samego końca bez żadnych smyków i symfonii, a nie czekaj.. między wierszami i żeńskim chórkiem coś się jednak czai
Nan's Song: gdyby to był tylko ten kawałek to naprawdę by uszedł - RW brzmi czasem jak George Michael, nie ma klapy od kibla, wystarczyłoby... a tu jeszcze dwa hidden tracki.
Nie mam się do czego przyczepić. Poza chroniczną nudą, jałowością, schematycznością i potencjałem irytowania słuchacza nawet przy robieniu jakichś innych rzeczy poza słuchaniem trzeba przyznać, że płyta na pewno jest wyprodukowana. Lista płac na RYMie w zestawieniu z materiałem wyjściowym wręcz szokuje. Tyle ludzi dla pojedynczych wyróżników na dystansie 75 minut... to też trzeba umieć wykonać. Największe dramaty to sample i gadane epizody (może nawet miały być na rapowo?). Nie sądzę, by pod warstwą piosenek o miłości, częstochowskich rymów i miałkich patentów krył się jakiś poważniejszy koncept. Co najwyżej słychać dwie rzeczy: brak szacunku do słuchacza i osobliwe poczucie humoru. Niektórzy narzekali na interlude wieńczący SOTU, że trochę trzeba na niego poczekać... no to sobie czekajcie sześć minut na kolejną lichą balladzinę tutaj i wrócćcie do symaptycznego instrumentala Wrong.
Jestem ciekaw czy w ogóle ktoś słuchał tej płyty przed wypuszczeniem. Każdy numer z osobna mógłby się bronić w określonych okolicznościach, ale tutaj jest jednak płyta. Jeśli nie koncept to przynajmniej pomysł na brzmienia, teksty, zestawienie numerów jeden po drugim. Może w standardzie Radia Spotify działa? Może gdyby tak słuchać wszystkiego pojedynczo dałoby się po trzech miesiącach wyróżnić wszystkie patenty? Poza tym, że każdy kawałek jest raczej taki sam. Niektóre, co jeszcze gorsze, mają wyciszenia! Śmieszne, że dostało się w ten sposób np. piosence z takim typowo koncertowym zakończeniem. Williams to podobno też super wokalista. Mówiąc delikatnie, nie pomagał. Jeśli gdzieś się wyróżniał to tylko w pojedynczych zwrotkach, ale też częściej na minus.
Na plus co najwyżej Feel, ale to potwierdzenie status quo. Ujdzie jeszcze ten właściwy ostatni kawałek, gdyby tak wziąć tył wydania płytowego i zobaczyć listę piosenek na nośniku.
Myślę, że osiągnąłem mur w segmencie nudnych pop rockowych płyt. Jeśli ktoś chce mnie okładać czymś podobnym w przyszłości to może się spodziewać porównywalnej reakcji albo olewki. Niby Williams taka gwiazda, a te płyty kolejne coraz mniej popularne... miałem pisać o brakującym ogniwie tego typu sław czyli płycie świątecznej w dyskografii, ale Robbie zdążył już coś takiego wydać. Dwupłytowe dzieło. Osiemdziesiąt minut. Pogratulować samozaparcia i chęci twórczych. Byle z daleka ode mnie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Akurat kolejny album, Intensive Care, to chyba jego peak popularności lol. I też dużo lepszy album.Dragon pisze:01 wrz 2024 16:56Niby Williams taka gwiazda, a te płyty kolejne coraz mniej popularne...
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Niczego z tytułów nie kojarzę, no ale skoro tak... w porządku.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mi też ani tytuł tej płyty, ani nazwy singli niewiele mówią. Byłbym w stanie rękę sobie odciąć, że takie Kids z Minogue czy Rock DJ były o wiele większymi przebojami.
Tak w ogóle to chciałem tylko napisać, że Shodan nieźle nas strollował wybierając akurat dwupłytowy album xd
Tak w ogóle to chciałem tylko napisać, że Shodan nieźle nas strollował wybierając akurat dwupłytowy album xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Konkretne single może tak, ale ja mówię o płycie, popularności, sprzedaży, rozmachu trasy koncertowej, itd. Inna sprawa, że spadek popularności nie musi wiązać się ze spadkiem poziomu kompozycji, no ale ja tylko słuchałem tych płyt, to co ja wiem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No to już kwestia bycia świadomym słuchaczem w tamtych czasach. Do mnie to już nie dotarło zupełnie, a po i latach jakoś nigdzie o tej płycie nie słyszałem. W kwestii innej sprawy nawet tego nie sugeruję, szczególnie że w przypadku RW raczej mam to już w dupie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kończcie Panowie... jutro mijają 2 tygodnie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Robbie Williams – Escapology
Jestem chyba największym fanem Robbiego Williamsa na tym forum, i jednym z niewielu (z dwóch?), co w sumie nie jest też jakoś wyjątkowo zaskakujące, biorąc pod uwagę, że to forum Depeche Mode. Gdybym robił jakieś zestawienie top5 płyt Robbiego, to wiem, że „Escapology”, by się tam nie znalazło. Świadczy to jednak bardziej o tym, jak dobre są niektóre inne albumy, niż o tym, że to jest jakiś wyjątkowo słaby album. Dla Williamsa, to był wyjątkowy czas, bogata umowa z EMI, pierwsze piosenki napisane bez wspomagania innych (np. „Come Undone”, który był hitem), odejście od pewnych utartych schematów, itd. Lata 00, to był chyba najbardziej ekscytujący okres w karierze Robbiego, bo facet miał taką pozycję, że mógł zrobić wszystko, czego wynikiem były bardziej eksperymentalne „Intensive Care” i komercyjne samobójstwo w postaci kwaśnego „Rudebox”.
Na tle tych albumów, „Escapology” brzmi wręcz jakby nagrano to pod publikę, żeby każdemu się podobało, bez większych wyzwań muzycznych, ALE wtedy to było jednak coś innego w katalogu Robbiego. Po lekkim odtruciu, jakie Williams zafundował sobie i fanom, w postaci płyty swingowej (do dziś w siusiak dobrej), byłem ciekawy, co on tam wymyśli, no i „Feel”, razem z tym klipem, robiło mocne wrażenie. Do dzieła.
„How Peculliar”, heh. Ostatnio oglądałm na YT film na temat beefu Robbiego z Oasis. I to jest podobne do Oasis, a momentami zalatuje nawet Stevenem Wilsonem z czasów „Lightbulb Sun”. Trochę dziwaczny numer, ale rozumiem, że Robbie chciał trochę przyszokować na wstępie albumu, który jednak jako całość, nie jest wcale taki szokujący.
„Feel”, dużo napisałem jak Wujas wrzucał to do bestki, ale napisze ponownie, klasa sama w sobie. Jeden z najlepszych kawałków Robbiego w ogóle, doskonała kompozycja, świetna aranżacja, wszystko tutaj jest perfekcyjne. Może przez to, niektóre inne rzeczy na „Escapology” tracą, bo po prostu w towarzystwie „Feel” wyłażą najdrobniejsze niedociągnięcia.
„Something Beautiful” brzmi trochę jak typowo amerykański numer, co być może wiązało się z tym, że EMI bardzo chciało sprzedać Robbiego w Stanach. Te trąbki, ten refren, wszystko tu kipi amerykańskim wielkim snem. Podobno ten numer odrzucił wcześniej Tom Jones, i słychać że pisano go pod niego, co jest dosyć śmieszne, biorąc pod uwagę, że to nadal numer Robbiego i Chambersa. Ostatecznie, jak teraz sprawdzam na wiki, singiel nie istniał w USA, więc to by było na tyle w kwestii wożenia drewna do lasu. Lubię ten kawałek, ale bez większego wzwodu.
„Monsoon”, kurde, dałbym sobie niemal głowę uciąć, że to był singiel. Na pewno prędzej bym go wydał w takim charakterze niż kawałek wcześniej. Te fragmenty, które brzmią jak ukradzione z „Radio Gaga” Queen, to dobry myk, żeby wcisnąć coś pozornie znajomego, ale nie będącego jeszcze chamskim plagiatem, czy zapożyczeniem. Refren robi robotę, ale ogólnie aranżacja mogłaby być nieco mocniejsza, bo momentami robi się mdło, tam gdzie powinno być pierdoInięcie. Na żywo, to było coś. Byłem na koncercie Robbiego raz, w 2015 r., i „Monsoon” zmiatało z płyty. Facet na żywo jest niesamowity, zawsze ma dobrych i ciekawych muzyków w składzie.
„Sexed Up”, kolejny singiel, którego kompletnie nie pamiętam w tej roli, ale wychodzi na to, że nic dziwnego, bo to, jak czytam teraz, był hit tylko w UK, i szczerze mówiąc, jest to zrozumiałe. To jest totalnie britpopowy numer, brzmi jak jedna z ballad Blur z połowy lat 90-tych. Brytolstwo wylewa się z tego gara tak mocno, że cała kuchnia jest zalana. Anglicy kochają takie rzeczy. Mnie się ten numer też wyjątkowo podoba. Po tytule, można spodziewać się bangera, ale to zwykła, mdła, brytyjska ballada i ja kocham takie rzeczy.
„Love Somebody” przypomina mi jak coś, co by mogła nagrać lata później Adele. Jest w tym ten taki chamski patos, jakby to był numer z Bonda, ale gdyby to był numer z Bonda, to byłby to raczej taki sobie numer z Bonda (z BondazBonda). Powiem szczerze, zapomniałem o tym kawałku, aż byłem zaskoczony. Końcówka to już niemal „Gangsta Paradise”. Robbie rzucał się na różne sroki w tamtym czasie, z różnymi skutkami. Nie jest to chujowe, ale też rozumiem, czemu mi ten numer wyleciał z głowy.
„Revolution”, duet ze śpiewającą panią. Ameryka spotyka UK, co z tego może wyniknąć? Nie wiem, mam wrażenie jakbym słuchał czegoś z lat 90, opakowanego w 00wy celofan. Powtórzę się, nie jest to złe, ale też nie wzbudza wielkich emocji, i generalnie z tego powodu „Escapology” nigdy nie będzie u mnie w topie Williamsa, za dużo tu kawałków, które na dłuższą metę nie trzymają się ucha, a do tego jest to lekka powtórka z rozrywki. Może nie w katalogu Robbiego, ale jednak w katalogu muzyki tak, a piosenka nie jest tu wystarczająco oryginalna, żeby w tym gąszczu kompletnie nie zginąć.
„Handsome Man”, uuuu, Robbie gada, Robbie bluzga, Robbie gitarowy. Brzmi to trochę jak pop punk w wersji slower 500%. Znowu produkcja zmiękcza niesamowicie numer, który powinien mieć jakiś atak przy wejściu riffów w refrenie. Brak tego typu kompromisów, to coś z czym Robbie będzie dopiero flirtował w przyszłości. Tu jest bezpiecznie, na tyle, że nawet panie domu nie wyłączą. Refren mnie cieszy tym klimatem „American Pie”, ale poza tym trochę zmarnowana okazja na coś naprawdę fajnego. Jednak, żeby taki kawałek wyszedł, to trzeba się trochę ubrudzić.
„Come Undone”, jak byłem w dżimbazie, to nie wiedzieć czemu, słyszałem tam zawsze „Come on Undone”. I to jest singiel, który pamiętam. Mostek lepszy nawet niż refren, zapada w pamięć. Jestem w stanie nawet wybaczyć mdłą orkiestrę w tle, z tego się Robbie leczył długo. Naprawdę dobra piosenka, które żadna aranżacja nie jest w stanie zepsuć. Robbie pokazuje, że faktycznie ma jakieś śladowe ilości talentu jeśli chodzi o piosenkopisarstwo, a przynajmniej, że ma wyczucie melodii. Mam sentyment do tego kawałka.
„Me and My Monkey”, pamiętam jak usłyszałem to w Trójce, jakoś blisko koncertu Robbiego w Spodku. 7 minut u Williamsa, to już prog-rock. To chyba jedyny moment na tym albumie, w którym Robbie i Chambers naprawdę zaszaleli. Meksyk wylewający się z tego numeru, to nie tylko preset, konwencja, pastisz, tutaj czuć szczerość. Piękny jest ten numer, począwszy od zwrotek, po refren, w którym Robbie pokazuje w końcu jakieś emocje na wokalu, brakuje tu naprawdę kliszowych, tandetnych rozwiązań, jest po prostu fajnie. Te 7 minut, to nie jest jakieś sztuczne rozciąganie, w ogóle tego nie czuć. Numer trwa tyle ile powinien trwać. Wzrusz. Robbie potrafi.
„Song 3”, tutaj teoretycznie odrobinę odpuszczono lekkości w produkcji, bo prostytutka, to by było już przegięcie, gdyby taki numer był kompletnie wygładzony. Niemniej, i tak przydało by się tutaj więcej kopa, bo to rasowy rock i wyjątkowo fajna piosenka. Robert tego nigdy nie zagrał live, a wielka szkoda, bo tam by ten numer naprawdę wystrzelił. Zajebiste są te gitary w mostku, przypominają mi momentami Nirvanę. Trochę ten „Song 3” brzmi na kaprys Robbiego, żeby pokazać, że on też umie dać czadu na gitarach, i że Liam Gallagher to fiut, no ale mnie się podoba.
„Hot Fudge” to przedziwny numer. Trudno powiedzieć na jaki rynek to jest kierowane. Jak to u Williamsa, mostek znacznie lepszy od refrenu, który znowu próbuje dokonać mariażu angielskiej flegmy z amerykańskim luzem, ale to się po prostu nie może udać i w efekcie żadna ze stron nie jest do końca zadowolona. Na szczęście ja jestem z Polski i mi to wszystko nie przeszkadza jakoś wyjątkowo. Nie jest to jednak jakiś hajlajt albumu, mógłby być, ale niektóre rozwiązania kompozycji po prostu nie mają dla mnie sensu.
Ale, ale… zróbcie przejście. Może „Cursed” nie chce kupić U2, ale kupił mnie, i to już lata temu. Mój ulubiony kawałek z tej płyty, od dawna. Robbie znowu próbuje trochę dać czadu, może nawet wychodzi mu to jeszcze bardziej niezdarnie, jak w „Song 3”, ale mnie ten numer bierze, a co najważniejsze, jest tu jakiś porządny refren, a Robbi pozwala sobie na więcej. Momentami brzmi to jak jakieś wczesne Mansun, czy też Oasis, generalnie coś rockowo britpopowego. Nawet wjeżdżająca z dupy orkiestra w drugim refrenie, mnie nie odrzuca, wszystko tu jakoś do siebie pasuje. Wiadomo, jak to na tej płycie, numer mógłby mieć jeszcze więcej mocy, ale nie będę się pastwił. Znalazło się nawet miejsce na mini solo (na szczęście proste). Nawet ten breakdown z pianinkiem nie psuje dobrego wrażenia. Fenomenalny utwór.
Robbie kończy album na letnio-słoneczno-akustyczno-folkowo. I to jest spoko. Tu sobie może być miękko. Aranżacja prosta, ale jednak pojawia się sporo ciekawych smaczków, zwłaszcza w drugim refrenie. Taki dosłownie mikroskopijne drobiazgi, ale piękne. Robbie napisał ten numer, jak można się domyślić, dla ś.p. babci i może dzięki temu, słychać tu jakieś autentyczne emocje w wokalu. Robbie jeszcze będzie miał przed sobą mniej wystudiowane płyty, ale nie od razu Rzym zbudowano, czy coś. Hidden track z „How Peculiar”, tak samo dziwny, jak i intro.
To jest bardzo dobry album, ale przy długości 60+ minut, trudno powstrzymać się przed chęcią skrócenia „Escapology” zwłaszcza że kilka numerów by można było z powodzeniem oddelegować na b-side’y i płyta by z tego powodu nie ucierpiała. Z drugiej strony, rozumiem, że Robbie był w gazie i nie chciał się ograniczać, kiedy umowa z wytwórnią dawała mu taką wolność twórczą. Podejrzewam, że komercyjni eksperci, w pierwszej kolejność by wywalili „Me and My Monkey”, więc nie będę narzekał, jest ok jak jest.
Fajnie było wrócić do tego albumu, dawno go nie słuchałem w całości, naprawdę dawno. Trochę wspomnień z dwóch bardzo różnych dekad, kilka ujmujących momentów, ale też bez diametralnej zmiany opinii. Nie uważam jednak, że Robbie kiedykolwiek wydał album, który bym mógł z całą pewnością nazwać słabym. I na tym zakończę.
Jestem chyba największym fanem Robbiego Williamsa na tym forum, i jednym z niewielu (z dwóch?), co w sumie nie jest też jakoś wyjątkowo zaskakujące, biorąc pod uwagę, że to forum Depeche Mode. Gdybym robił jakieś zestawienie top5 płyt Robbiego, to wiem, że „Escapology”, by się tam nie znalazło. Świadczy to jednak bardziej o tym, jak dobre są niektóre inne albumy, niż o tym, że to jest jakiś wyjątkowo słaby album. Dla Williamsa, to był wyjątkowy czas, bogata umowa z EMI, pierwsze piosenki napisane bez wspomagania innych (np. „Come Undone”, który był hitem), odejście od pewnych utartych schematów, itd. Lata 00, to był chyba najbardziej ekscytujący okres w karierze Robbiego, bo facet miał taką pozycję, że mógł zrobić wszystko, czego wynikiem były bardziej eksperymentalne „Intensive Care” i komercyjne samobójstwo w postaci kwaśnego „Rudebox”.
Na tle tych albumów, „Escapology” brzmi wręcz jakby nagrano to pod publikę, żeby każdemu się podobało, bez większych wyzwań muzycznych, ALE wtedy to było jednak coś innego w katalogu Robbiego. Po lekkim odtruciu, jakie Williams zafundował sobie i fanom, w postaci płyty swingowej (do dziś w siusiak dobrej), byłem ciekawy, co on tam wymyśli, no i „Feel”, razem z tym klipem, robiło mocne wrażenie. Do dzieła.
„How Peculliar”, heh. Ostatnio oglądałm na YT film na temat beefu Robbiego z Oasis. I to jest podobne do Oasis, a momentami zalatuje nawet Stevenem Wilsonem z czasów „Lightbulb Sun”. Trochę dziwaczny numer, ale rozumiem, że Robbie chciał trochę przyszokować na wstępie albumu, który jednak jako całość, nie jest wcale taki szokujący.
„Feel”, dużo napisałem jak Wujas wrzucał to do bestki, ale napisze ponownie, klasa sama w sobie. Jeden z najlepszych kawałków Robbiego w ogóle, doskonała kompozycja, świetna aranżacja, wszystko tutaj jest perfekcyjne. Może przez to, niektóre inne rzeczy na „Escapology” tracą, bo po prostu w towarzystwie „Feel” wyłażą najdrobniejsze niedociągnięcia.
„Something Beautiful” brzmi trochę jak typowo amerykański numer, co być może wiązało się z tym, że EMI bardzo chciało sprzedać Robbiego w Stanach. Te trąbki, ten refren, wszystko tu kipi amerykańskim wielkim snem. Podobno ten numer odrzucił wcześniej Tom Jones, i słychać że pisano go pod niego, co jest dosyć śmieszne, biorąc pod uwagę, że to nadal numer Robbiego i Chambersa. Ostatecznie, jak teraz sprawdzam na wiki, singiel nie istniał w USA, więc to by było na tyle w kwestii wożenia drewna do lasu. Lubię ten kawałek, ale bez większego wzwodu.
„Monsoon”, kurde, dałbym sobie niemal głowę uciąć, że to był singiel. Na pewno prędzej bym go wydał w takim charakterze niż kawałek wcześniej. Te fragmenty, które brzmią jak ukradzione z „Radio Gaga” Queen, to dobry myk, żeby wcisnąć coś pozornie znajomego, ale nie będącego jeszcze chamskim plagiatem, czy zapożyczeniem. Refren robi robotę, ale ogólnie aranżacja mogłaby być nieco mocniejsza, bo momentami robi się mdło, tam gdzie powinno być pierdoInięcie. Na żywo, to było coś. Byłem na koncercie Robbiego raz, w 2015 r., i „Monsoon” zmiatało z płyty. Facet na żywo jest niesamowity, zawsze ma dobrych i ciekawych muzyków w składzie.
„Sexed Up”, kolejny singiel, którego kompletnie nie pamiętam w tej roli, ale wychodzi na to, że nic dziwnego, bo to, jak czytam teraz, był hit tylko w UK, i szczerze mówiąc, jest to zrozumiałe. To jest totalnie britpopowy numer, brzmi jak jedna z ballad Blur z połowy lat 90-tych. Brytolstwo wylewa się z tego gara tak mocno, że cała kuchnia jest zalana. Anglicy kochają takie rzeczy. Mnie się ten numer też wyjątkowo podoba. Po tytule, można spodziewać się bangera, ale to zwykła, mdła, brytyjska ballada i ja kocham takie rzeczy.
„Love Somebody” przypomina mi jak coś, co by mogła nagrać lata później Adele. Jest w tym ten taki chamski patos, jakby to był numer z Bonda, ale gdyby to był numer z Bonda, to byłby to raczej taki sobie numer z Bonda (z BondazBonda). Powiem szczerze, zapomniałem o tym kawałku, aż byłem zaskoczony. Końcówka to już niemal „Gangsta Paradise”. Robbie rzucał się na różne sroki w tamtym czasie, z różnymi skutkami. Nie jest to chujowe, ale też rozumiem, czemu mi ten numer wyleciał z głowy.
„Revolution”, duet ze śpiewającą panią. Ameryka spotyka UK, co z tego może wyniknąć? Nie wiem, mam wrażenie jakbym słuchał czegoś z lat 90, opakowanego w 00wy celofan. Powtórzę się, nie jest to złe, ale też nie wzbudza wielkich emocji, i generalnie z tego powodu „Escapology” nigdy nie będzie u mnie w topie Williamsa, za dużo tu kawałków, które na dłuższą metę nie trzymają się ucha, a do tego jest to lekka powtórka z rozrywki. Może nie w katalogu Robbiego, ale jednak w katalogu muzyki tak, a piosenka nie jest tu wystarczająco oryginalna, żeby w tym gąszczu kompletnie nie zginąć.
„Handsome Man”, uuuu, Robbie gada, Robbie bluzga, Robbie gitarowy. Brzmi to trochę jak pop punk w wersji slower 500%. Znowu produkcja zmiękcza niesamowicie numer, który powinien mieć jakiś atak przy wejściu riffów w refrenie. Brak tego typu kompromisów, to coś z czym Robbie będzie dopiero flirtował w przyszłości. Tu jest bezpiecznie, na tyle, że nawet panie domu nie wyłączą. Refren mnie cieszy tym klimatem „American Pie”, ale poza tym trochę zmarnowana okazja na coś naprawdę fajnego. Jednak, żeby taki kawałek wyszedł, to trzeba się trochę ubrudzić.
„Come Undone”, jak byłem w dżimbazie, to nie wiedzieć czemu, słyszałem tam zawsze „Come on Undone”. I to jest singiel, który pamiętam. Mostek lepszy nawet niż refren, zapada w pamięć. Jestem w stanie nawet wybaczyć mdłą orkiestrę w tle, z tego się Robbie leczył długo. Naprawdę dobra piosenka, które żadna aranżacja nie jest w stanie zepsuć. Robbie pokazuje, że faktycznie ma jakieś śladowe ilości talentu jeśli chodzi o piosenkopisarstwo, a przynajmniej, że ma wyczucie melodii. Mam sentyment do tego kawałka.
„Me and My Monkey”, pamiętam jak usłyszałem to w Trójce, jakoś blisko koncertu Robbiego w Spodku. 7 minut u Williamsa, to już prog-rock. To chyba jedyny moment na tym albumie, w którym Robbie i Chambers naprawdę zaszaleli. Meksyk wylewający się z tego numeru, to nie tylko preset, konwencja, pastisz, tutaj czuć szczerość. Piękny jest ten numer, począwszy od zwrotek, po refren, w którym Robbie pokazuje w końcu jakieś emocje na wokalu, brakuje tu naprawdę kliszowych, tandetnych rozwiązań, jest po prostu fajnie. Te 7 minut, to nie jest jakieś sztuczne rozciąganie, w ogóle tego nie czuć. Numer trwa tyle ile powinien trwać. Wzrusz. Robbie potrafi.
„Song 3”, tutaj teoretycznie odrobinę odpuszczono lekkości w produkcji, bo prostytutka, to by było już przegięcie, gdyby taki numer był kompletnie wygładzony. Niemniej, i tak przydało by się tutaj więcej kopa, bo to rasowy rock i wyjątkowo fajna piosenka. Robert tego nigdy nie zagrał live, a wielka szkoda, bo tam by ten numer naprawdę wystrzelił. Zajebiste są te gitary w mostku, przypominają mi momentami Nirvanę. Trochę ten „Song 3” brzmi na kaprys Robbiego, żeby pokazać, że on też umie dać czadu na gitarach, i że Liam Gallagher to fiut, no ale mnie się podoba.
„Hot Fudge” to przedziwny numer. Trudno powiedzieć na jaki rynek to jest kierowane. Jak to u Williamsa, mostek znacznie lepszy od refrenu, który znowu próbuje dokonać mariażu angielskiej flegmy z amerykańskim luzem, ale to się po prostu nie może udać i w efekcie żadna ze stron nie jest do końca zadowolona. Na szczęście ja jestem z Polski i mi to wszystko nie przeszkadza jakoś wyjątkowo. Nie jest to jednak jakiś hajlajt albumu, mógłby być, ale niektóre rozwiązania kompozycji po prostu nie mają dla mnie sensu.
Ale, ale… zróbcie przejście. Może „Cursed” nie chce kupić U2, ale kupił mnie, i to już lata temu. Mój ulubiony kawałek z tej płyty, od dawna. Robbie znowu próbuje trochę dać czadu, może nawet wychodzi mu to jeszcze bardziej niezdarnie, jak w „Song 3”, ale mnie ten numer bierze, a co najważniejsze, jest tu jakiś porządny refren, a Robbi pozwala sobie na więcej. Momentami brzmi to jak jakieś wczesne Mansun, czy też Oasis, generalnie coś rockowo britpopowego. Nawet wjeżdżająca z dupy orkiestra w drugim refrenie, mnie nie odrzuca, wszystko tu jakoś do siebie pasuje. Wiadomo, jak to na tej płycie, numer mógłby mieć jeszcze więcej mocy, ale nie będę się pastwił. Znalazło się nawet miejsce na mini solo (na szczęście proste). Nawet ten breakdown z pianinkiem nie psuje dobrego wrażenia. Fenomenalny utwór.
Robbie kończy album na letnio-słoneczno-akustyczno-folkowo. I to jest spoko. Tu sobie może być miękko. Aranżacja prosta, ale jednak pojawia się sporo ciekawych smaczków, zwłaszcza w drugim refrenie. Taki dosłownie mikroskopijne drobiazgi, ale piękne. Robbie napisał ten numer, jak można się domyślić, dla ś.p. babci i może dzięki temu, słychać tu jakieś autentyczne emocje w wokalu. Robbie jeszcze będzie miał przed sobą mniej wystudiowane płyty, ale nie od razu Rzym zbudowano, czy coś. Hidden track z „How Peculiar”, tak samo dziwny, jak i intro.
To jest bardzo dobry album, ale przy długości 60+ minut, trudno powstrzymać się przed chęcią skrócenia „Escapology” zwłaszcza że kilka numerów by można było z powodzeniem oddelegować na b-side’y i płyta by z tego powodu nie ucierpiała. Z drugiej strony, rozumiem, że Robbie był w gazie i nie chciał się ograniczać, kiedy umowa z wytwórnią dawała mu taką wolność twórczą. Podejrzewam, że komercyjni eksperci, w pierwszej kolejność by wywalili „Me and My Monkey”, więc nie będę narzekał, jest ok jak jest.
Fajnie było wrócić do tego albumu, dawno go nie słuchałem w całości, naprawdę dawno. Trochę wspomnień z dwóch bardzo różnych dekad, kilka ujmujących momentów, ale też bez diametralnej zmiany opinii. Nie uważam jednak, że Robbie kiedykolwiek wydał album, który bym mógł z całą pewnością nazwać słabym. I na tym zakończę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn